- Opowiadanie: Mercedes - Szaleństwo magii

Szaleństwo magii

W mieście Crystal Fall doszło do serii morderstw na istotach nadnaturalnych. W sprawę zostaje zamieszana pewna czarownica o ciętym języku i talencie do kłopotów. W rozwiązaniu sprawy pomagać jej będzie wieloletni przyjaciel demon oraz seksowny wampir, który najchętniej uczyniłby z niej swoją kochankę. Kłopoty zaczynają się gdy nieznany morderca upatruje sobie Alex jako... no właśnie?
Przekonaj się!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Szaleństwo magii

PROLOG

23 Października 2008

Zima w tym roku ostro zaatakowała już na początku października. Wiatr hulał wyjąc swoją pieśń, kąsając każdego kto naraził się na jego gniew. W wichurze było coś magicznego, co sugerowało gniew jakiegoś boga. Pozostawało tylko pytanie, który bóg postanowił zabawić się kosztem śmiertelników i nielicznych nieśmiertelnych oraz to jaki idiota postanowił wyprowadzić z równowagi kogoś takiego. W takiej chwili nie miałam litości dla takich idiotów ani szacunku do istoty, która zamiast przysmażyć łeb delikwentowi zsyła na wszystkich piekielne zimno. Gdyby nie fakt, że otwarcie ust równało się z wdychaniem kolejnym otworem lodowatego powietrza pewnie wykrzyczałabym teraz bluźnierstwa.

Uderzyłam kolejny raz łopatą w zamrożoną ziemię. Nawet praca fizyczna nie dawała rady mnie rozgrzać. Próbowałam również wzmocnić się magią i chyba tylko to ratowało mnie przed zamarznięciem. Na szczęście nie padał śnieg niwecząc moje plany wykopania trupa.

Nie to żebym była jakimś pieprzonym nekrofilem. Nawet oni i ghule w taką pogodę trzymają tyłki w swoich ciepłych norach… tylko jakaś durna czarownica postanowiła się w środku nocy kopać w środku lasu, za jedyne światło mając własnoręcznie stworzoną kulę światła, która co rusz zmieniała miejsce pod wpływem obcej magii.

Wzmocniłam uderzenie magią i w końcu udało mi się oderwać duży kawałek ziemi. Gdyby Konwent miasta zdecydował się sprowadzić do miasta choćby jednego nekromantę to on by teraz kopał ten parszywy dół, a nie ja. No, ale po co marnować środki na specjalistę skoro w mieście jest kilku czarowników znających pobieżnie nekromagię. Oni przecież z największą chęcią przyjmą zlecenia i będą budować dobre imię Konwent, nawet gdy do niego nie należą! Hura!

Kolejne uderzenie przyniosło od dawna oczekiwany rezultat. Nie mogłam się powstrzymać i musiałam się uśmiechnąć. Pod cienką warstwą ziemi pojawiło się ubranie. Sądząc z wyglądu i wybrzuszenia w okolicy piersi znalazłam swoją zgubę. Rozgrzebałam delikatnie ziemię nad torsem chcąc obejrzeć twarz.

 Odetchnęłam z ulgą. Nie jestem nekromantą , ale należę do tych kilku nieszczęśników znających trochę nekromagii. To „trochę” ma tu kluczowe znaczenie. Na przykład moje zaklęcia mogły mnie doprowadzić do niewłaściwego trupa. Na szczęście twarz martwej dziewczyny zgadzała się ze zdjęciem, które dostałam od jej rodziców. Chociaż byłam przyzwyczajona do tragicznych zakończeń zrobiło mi się żal jej rodziny, która wciąż wierzyła, że sprowadzę ją żywą do domu.

Upewniłam się jeszcze czy znalazłam właściwą szesnastolatkę zaglądając pod zmrożoną koszulę. Nad lewą piersią powinno znajdować się okrągłe znamię będące pamiątką po wrzątku. Faktycznie, na bladej skórze znajdowało się opisane znamię. Teraz już miałam stuprocentową pewność, że trafiłam na właściwą osobę. Nie umiałam określić kiedy umarła, tego potrzebny jest patolog albo nekromanta znający się na swojej robocie. Mróz mógł dobrze zakonserwować ciało. Równie dobrze mogła umrzeć wczoraj jak i tydzień temu.

Nie mogłam zrobić nic więcej. Wyjęłam z kieszeni telefon i zadzwoniłam na prywatny numer znajomego policjanta. Nie chciałam żeby miejscowe władze wiązały mnie ze znalezieniem ciała, a od niego mogłam oczekiwać dyskrecji. W końcu my nadnaturalni trzymamy się razem, prawda?

– Znalazłam ciało. Las za Focus Park, jakiś kilometr od drogi na wschód.– Powiedziałam gdy tylko odebrał telefon i równie szybko się rozłączyłam. Właściwie wrzasnęłam. W tym wietrze ledwo słyszałam samą siebie to co ma powiedzieć mój rozmówca, który dodatkowo słyszał jeszcze ryk. Moja komórka miała tendencję do zawieszania się w skrajnych temperaturach, więc i tak nie ucięlibyśmy sobie pogawędki. Wiedziałam, że mając nawet tak skąpe informacje znajdzie właściwe miejsce.

Podniosłam łopatę i zarzuciłam ją sobie na bark. Pora się stąd zmywać zanim przyjedzie policja. Wysunęłam telefon jeszcze na chwilę żeby wysłać sms do rodziców dziewczyny. 

„Znalazłam ciało”.

Resztę powie im policja.

 

 

****************************************

Rozdział 1

12 Marzec 2009

Ze snu wyrwał mnie irytujący dzwonek telefonu. Otworzyłam jedno oko i nieprzytomnie spojrzałam na zegarek stojący na szafce nocnej. Trzecia w nocy. Ciekawe co za idiota wydzwania do mnie o tej godzinie? Zamorduje drania…

– Alexandra Marr.– Wymruczałam zmęczonym głosem. Nie sprawdziłam kto dzwoni, więc wolałam się przedstawić. Może to kolejny świrus mylący czarownicę z nekromantką.

– Hej Alex, mam nadzieję, że cię nie obudziłem.– W słuchawce usłyszałam głos mojej przyszłej ofiary, którą okazał się mój przyjaciel. Demon i policjant w jednym. Po jego tonie poznałam, że wcale nie liczył na twierdzącą odpowiedź.

– Zabiję cię.– Wymamrotałam starając się odpędzić zmęczenie.

– Tylko tym razem skutecznie. Przyjedź na Main Street przy stawie. Musisz coś zobaczyć.– Wyrzucił z siebie i rozłączył zanim zdążyłam go zwymyślać.

Z jękiem protestu podniosłam się z przytulnego łóżka. Po głowie latała mi masa różnych przekleństw przeznaczonych na właśnie takie okazje, ale nie miałam sił wypowiadać ich na głos. John rzadko prosi mnie o pomoc przy jakiejś sprawie, ale jak już to robi to zwykle ma ważny powód. A skoro wzywa mnie o tak nieprzyzwoitej godzinie musi to znaczyć, że zdarzyło się coś naprawdę poważnego.

Zgarnęłam torbę leżącą obok łóżka i zapakowałam do niej Athame i pistolet. Nigdy nie wiadomo kiedy może przydać mi się broń, więc wolałam dmuchać na zimne, a skoro wezwano właśnie mnie to oczywistością było zapakowanie rytualnego sztyletu. Z zawalonego papierami biurka zgarnęłam kluczyki od starego samochodu, który udało mi się kupić od jakiegoś starszego małżeństwa i zabrałam się za poszukiwanie jakiś ubrań. Padło na ciemne jeansy, czarne t-short oraz lekką kurtkę w kolorze khaki. Co prawda mieliśmy wiosnę, ale tu u nas w Crystal Fall w Minnesocie późno przychodziły ciepłe noce. Z łazienki wzięłam dwa amulety, które zawsze noszę na szyi ( trzeci nigdy z niej nie schodził, był to okrągły, płaski amulet z czarnego granitu z wyżłobionymi starożytnymi runami na obu stronach).

Gdy upewniłam się, że zabrałam wszystkie potrzebne mi rzeczy zamknęłam mieszkanie i wyszłam. Mieszkam na samym skraju miasta tuż przy ogromnym lesie w dziesięciopiętrowym wieżowcu, w którym stała wiecznie zepsuta winda. Dziś też nie działała i przyszło mi schodzić z siódmego piętra. Jak się okazało przebieżka dobrze mi zrobiła, bo odegnała resztki snu i pozwoliła mi jaśniej pomyśleć. Dowlokłam się na koniec parkingu i wsiadłam do mocno wysłużonego już samochodu. Schowałam papierki będące pozostałościom po wczorajszej niezdrowej kolacji do schowka i ruszyłam. Po drodze minęłam tylko kilka pojazdów zapewne prowadzonych przez pracowników niewielkiej fabryki kleju.

Po dojechaniu do centrum, którym znajdował się park wraz z przylegającą do niego wyznaczoną przez John’a ulicą od razu zorientowałam się gdzie mam podjechać. Zresztą nawet idiota by wiedział. Przy wejściu do parku i na części ulicy rozstawiono samochody policyjne, a miejsce zbrodni otoczono tradycyjnie taśmą. Zaparkowałam po przeciwnej stronie i wyskoczyłam z samochodu. Twarz owiał mi chłodny wiaterek, na który ewidentnie nie zwróciłam wcześniej uwagi. Wyminęłam dwa radiowozy lawirując w niewielkiej szczelinie z gracją godną tancerki, gdy przed mną wyrosła prawdziwa góra mięsa. Nie przesadzając facet miał mięśnie większe niż terminator i bardzo kwadratową szczękę wyglądającą jakby ktoś wsadził mu tam cegłę i zapomniał wyjąć. Przy moim metr siedemdziesiąt musiałam porządnie zadrzeć głowę do góry żeby zobaczyć chociaż jego podbródek. Nic dziwnego, że wzięli go do działu kryminalnego.

– Panienka wybaczy, ale tu nie wolno wchodzić.– Burknął potężnym barytonem.

– Gdyby panienka nie musiała to by nie wchodziła.– Odgryzłam się. Zwykle staram się być miła nawet dla takich gburów, ale wstawanie o czwartej rano to jedna z tych sytuacji, w których nie umiem powstrzymać bardziej zawziętej i zgryźliwej części swojej osoby.

– Spokojnie Jacob, ona jest ze mną.

Obok Terminatora stanął moja przyszła ofiara. Pocieszyłam się faktem, że przy dryblasie nawet on wyglądał mizernie. John to przystojniak komendy ( wśród żeńskiej części kadry zajmuje pierwsze miejsce na liście najlepszych ciach). Długie, farbowane na czarno włosy zawsze nosi zawiązane w kucyk ( jego naturalny kolor włosów to ognista czerwień, ale z racji poważnego zawodu postanowił ukrywać ten fakt). Wysoki i szczupły o skórze barwy cappuccino i czarnymi jak noc oczami przyciągał jak magnez kobiety.

Wyminęłam wielkoluda i przywitałam się z John’em. Demony bardzo sobie cenią kontakt fizyczny, więc jak tylko zbliżyłam się do niego pochwycił mnie w ramiona i mocno uściskał. Przy takim powitaniu cała moja złość za przebudzenie uleciała. Na John’a po prostu nie da się dużo gniewać. Był jednym z tych osób, które bardzo szybko zjednywali sobie przyjaciół.

– Dobra dość tego tulenia.– Zaczęłam wyswabadzając się z jego ramion.– Po co mnie ściągałeś tutaj o tak późnej porze?

– Sama zobacz.

Zaprowadził mnie w stronę niewielkiego tłumu policjantów rozmawiających między sobą. Gdy John się zbliżył dwóch młodzików zrobiło nam miejsce. Przedmiotem ogólnego zainteresowania było ciało młodego chłopaka. Na moje oko dzieciak nie skończył jeszcze dwudziestu lat. Nogi leżały prosto złożone razem, a ręce przylegały do torsu. Twarz nie wyrażała żadnych emocji, zastygła w stanie spokoju jaki jest charakterystyczny dla osoby śpiącej. Chłopak wyglądałby normalnie gdyby nie jeden istotny szczegół… No dobra żaden szczegół, a porządny argument w postaci dwóch pustych dziur zamiast oczu, z których zdążyła wycieknąć krew tworząc rzeki krwawych łez. Jednak jakby nie patrzeć od wyrwania oczu nie mógł on umrzeć jeżeli miał w sobie choćby gram mocy, a miał go. Wokół ciała wciąż unosiła się słaba niebieska mgiełka aury. Taki kolor posiadają wyłącznie czarownicy.

– Co mu się stało?– Myślałam na głos. John najwyraźniej to dosłyszał bo zaraz odpowiedział.

– Sam chciałbym wiedzieć. Niecałe czterdzieści minut temu zadzwoniła do nas jakaś prostytutka ze zgłoszeniem. Znalazła tylko ciało, chłopak już nie żył.

Przesunęłam ręką nad ciałem chłopaka na tyle blisko żeby moja aura zetknęła się z resztkami jego aury. W ten sposób można wyczuć emocje jakie towarzyszyły delikwentowi tuż przed śmiercią, czasami można pochwycić wizję zabójcy lub chociaż dowiedzieć się jakiej konkretnej broni użyto. Tutaj niestety niż znalazłam niczego poza spokojem. Zupełnie jakby nie został zamordowany. Przesunęłam ręką nad oczodołami z nadzieją, że może tam dostrzegę jakiś znak lub poznam aurę zabójcy. Nic.

– Nie zabito go za pomocą magii, musiano do tego użyć tradycyjnych narzędzi.– Odparłam przyglądając się niskiej dziewczynie stojącej obok swojego przełożonego i zapisującej moje słowa w notesie. – Miał jakieś cechy szczególne?– Dodałam po chwili namysłu. Sama nic nie mogę zdziałać w tym wypadku, ale może coś wymyślę jak będę miała więcej informacji.

– Kilka tatuaży z runami.– Odpowiedziała dziewczyna z notatnikiem. Nie zdziwiłam się, że potrafi rozpoznać runy. W dzisiejszych czasach nawet małolaty wiedzą jak wygląda przynajmniej jedna runa.

Westchnęłam. Tatuaże to żaden trop. Większość czarowników je nosi. Sama mam kilka. Już miałam się podnosić z zamiarem powiedzenia John’owi, że na darmo mnie tu ściągnął gdy moją uwagę przykuła jedna z dziar młodzika. Nachyliłam się nad obojczykiem chłopaka i przyjrzałam rysunkowi. Były to trzy czerwone krople wpisane w kąty trójkąta. Znałam tez znak aż za dobrze.

– John, znam ten znak.– Przywołałam przyjaciela gestem wskazując na tatuaż.– Identyczny noszą wampiry James’a, ale nie wiem dlaczego nosi go czarownik.– James to lokalny przywódca klanu wampirów i jednocześnie właściciel klubu „Nocna przygoda”, jedynego klubu gdzie usługują prawdziwe dzieci nocy.

– Jesteś całkowicie pewna?

– Tak. Widziałam go nie raz gdy wykonywałam drobne usługi magiczne James’owi.– Położyłam nacisk na słowo ‘’magiczne”. Wampiry uchodzą za jedne z najbardziej atrakcyjnych nadnaturalnych i wolałam żeby tutaj zebrani nie mięli wątpliwości co do charakteru tych usług. Plotki bywają zgubne.

– Mogłabyś do niego zadzwonić żeby przybył tu?– Odparł z rezygnacją. John i James mieli już kiedyś okazję się spotkać i nieszczególnie przypadli sobie do gustu… a raczej omal nie pozabijali się nawzajem.– Wiesz, wolałbym porozmawiać z nim przy tobie. Jesteś tu jedyną osobą, która może nas powstrzymać przed rzuceniem się sobie do gardeł.– Dokończył cicho tak żebym tylko ja mogła go wyraźnie usłyszeć. Ostatnim razem też ich powstrzymałam, ale kosztowało mnie to naprawdę dużo energii.

Przetarłam oczy, do których ponownie wdzierało się zmęczenie i sięgnęłam do torby po telefon. Gdybym miała jakiś wybór to nigdy nie spółkowałabym z wampirami, ale takie już mam szczęście, że zawsze dostaje coś zupełnie odwrotnego od tego czego chcę. Odnalazłam numer w kontaktach i zadzwoniłam. Zaliczałam się do tych nielicznych osób, które miały prywatny numer James’a, a nie firmowy. Odebrał po pierwszym sygnale.

– Witaj Alexandro, czemu dzwonisz o tak późnej porze?– Odezwał się głosem, od którego miękły kolana każdej kobiecie. Wstyd się przyznać, ale też uwielbiałam ten głos.

– Mam do ciebie sprawę.– Zaczęłam.– A raczej policja. Przyjedź na Main Street obok stawu. Jakaś prostytutka znalazła ciało chłopaka ze znakiem twojego klanu.

– Nie posyłałem dziś nigdzie żadnego z moich wampirów.– Odpowiedział zdziwiony. U wampirów ciężko jest wyczuć jakieś emocje, ale ta konkretna była klarowna.

– To czarownik. Przyjedź.-Rozłączyłam się zanim zdążył zaprotestować albo zażądać czegoś w zamian. Nie musiałam się upewniać czy przyjdzie, wiedziałam, że to zrobi, bo tego wymaga dobro jego klanu.

Wstałam otrzepując kolana z nagromadzonego na nich piachu. Ze zmęczenia zrobiło mi się zimno. Gdy się wzdrygnęłam John oddał mi swoją kurtkę. Był demonem ognia, nosił ją tylko na pokaz, więc bez skrupułów przyjęłam odzież. Staliśmy tak razem wpatrując się w ciało w nadziei, że któreś z nas nagle dozna olśnienia, gdy przy wozach policyjnych stanął czarny BMV. Nie mam tak dobrego wzroku jak wszelkiej maści zmiennokształtni, ale nawet ja w słabym świetle lamp ulicznych nie musiałam wysilać wzroku żeby zobaczyć kto siedzi za kierownicom.

James zgasił silnik i leniwym ruchem wyszedł z samochodu. Jeżeli ktoś myśli, że James ma tylko fantastyczny głos to jest w dużym błędzie. Wampiry to piękne stworzenia, które ściągają na siebie spojrzenia wszystkich mężczyzn i kobiet. Ma im to ułatwić omamienie ofiary i wypiciu jej krwi. Jednak w obecnych czasach nie muszą się specjalnie starać. Zawsze znajdzie się jakiś wariat, który zechce dobrowolnie oddać swoją krew lub zwyczajnie uprawiać seks z istotą nadprzyrodzoną. Ten konkretny okaz był właścicielem jasnozielonych oczu, jasnej cery i średniej długości ciemnoblond włosów. Kilka dłuższych kosmyków włosów zawsze opadały mu na oczu kusząc aby założyć je za ucho.

– Witaj, moja piękna.– Objął mnie jedną ręką w pasie i pocałował w czoło na powitanie. Musiałam mieć naprawdę dziwaczną minę, bo na twarzy John’a wykwitł uśmiech, który w innym wypadku w ogóle by się nie pojawił.

– Cześć.– Odpowiedziałam, gdy tylko udało mi się wyswobodzić z jego objęć.– To twój człowiek?– Wskazałam palcem trupa.

– To mój czarownik, Samuel Sparks. Zatrudniłem go miesiąc temu, gdy ty odmówiłaś.– Odpowiedział bez śladu emocji w głosie, ale wystarczyło, że spojrzałam w jego oczy i już miałam pewność, że nadal nie pogodził się z moją decyzją. Jeszcze tylko brakowało mi pracy na pełny etat… Chwila moment.

– Skoro miałeś zatrudnionego czarownika to po co byłam ci potrzebna ja?– W ciągu ostatniego miesiąca sprawdzałam u niego różne zabezpieczenia i wzmacniałam te, które straciły większość mocy, a teraz dowiaduje się, że miał własnego czarownika.

– Dopiero się szkolił, nie miał pojęcia o tworzeniu takich barierach jakie zakładałaś ty. Potrzebny mi był do sprawdzania ludzi wnoszących podejrzane przedmioty do klubu.– Dobra, punkt dla niego, nie sądziła, że ma jakiś solidny argument.

– Dlaczego ma wytatuowany symbol twojego klanu? Żaden czarownik nie dałby się oznakować.

– Tego nie wiem. Był młody, widocznie spodobał mu się.

– Idiota.– Skomentowałam krótko.

– Ktoś się na niego skarżył?– Wtrącił John. No tak, przecież James przywlekł tu swój tyłek z powodu trupa, a nie osobliwych tatuaży delikwenta.

– Nie. Był lubiany przez wampiry, nawet wtedy gdy wypił za dużo. Goście też nie wnosili nietypowych skarg.– Odpowiedział James lekceważącym tonem. Mam nadzieję, że nie będę musiała interweniować. Z jednym może bym sobie poradziła, ale na pewno nie dam rady powstrzymać dwójki. Poprzednim razem miałam farta.

Nie słuchałam reszty przesłuchania. Ponownie uklękłam obok ciała i wysunęłam dłoń. Aurę chłopaka stanowiły już tylko pojedyncze niebieskawe pasma. Magia opuszczała ciało, jeszcze trochę a nikt nie będzie w stanie bez wgłębiania się stwierdzić jakim rodzajem nadnaturalnego był. Może nie wystarczy połączyć aur, ale należy zadziałać własną energią? Idąc nowym tropem przyłożyłam dłoń do największego pasma i pchnęłam tam więcej własnej magii. Ciało chwilowo rozjaśniło się mocniej. Gdy myślałam, że to również nic nie da, przed oczami błysnęła mi postać. Trwało to zdecydowanie za krótko żebym mogła zobaczyć twarz, ale zyskałam pewność, że ostatnią osobą jaką widział chłopak był mężczyzna ( który prawdopodobnie był również mordercą). Jednak to nie wizja mnie zaniepokoiła lecz ledwo wyczuwalna czarna magia. Jeżeli do miasta przybył ktoś kto potrafi jej używać to możemy mieć duży problem. Przekazałam wszystko John’owi i James’owi.

– Jesteś pewna?– Dopytywał się już z dziesiąty raz John. Zaczynało mnie to irytować.

– Tak jestem pewna, facet, czarna magia to wszystko było w jego wspomnieniu. Może jakbym wcześniej wpadła na ten pomysł to bym mogła dowiedzieć się więcej.

– To nie twoja wina. Wracaj do domu się przespać, jak będę wiedział więcej to do ciebie zadzwonię.

Nie czekając aż wpadnie na jakiś pomysł pożegnałam się, chwyciłam torbę i ruszyłam w stronę samochodu. Większość policjantów wróciła już na komisariat, więc nie musiałam kolejny raz przeciskać się między radiowozami. Gdy byłam już przy własnym pojeździe musiałam kolejny raz zbesztać się w duszy za wrzucanie luzem kluczyków. Stałam teraz, wkurzona i zmęczona w torbie w poszukiwaniu tych złośliwych przedmiotów. Słowo daję, gdybym siebie nie znała podejrzewałabym jakiegoś wrednego chochlika o zadomowienie się u mnie.

– Alexandro.– Wymruczał mi tuż nad uchem James. Byłam tak pochłonięta poszukiwaniem kluczyków, że nie zauważyłam kiedy się zbliżył i idiotycznie podskoczyłam na dźwięk jego głosu.

– Następnym razem, proszę cię bądź tak miły i się nie skradaj.– Wysyczałam zła na siebie za utratę czujności.– O co chodzi?– Dodałam zaciekawiona.

– Dzisiaj ktoś wyrysował na tylnych drzwiach klubu jakiś znak. Chciałbym żebyś sprawdziła co to jest.

Westchnęłam. Znowu jakaś robota.

– Przyjdę jutro, spotykam się z kilkoma osobami wieczorem i wpadnę do ciebie zaraz po tym.

– Nie możesz teraz? Obiecuję postawić ci drinka.– Próbował namawiać.

– To twój klub, więc z tym stawianiem to różnie bywa. Poza tym muszę na rano wstać do pracy.

– Jesteśmy więc umówieni skarbie.– Uśmiechnął się, ujął moją dłoń, złożył na niej delikatny pocałunek i odszedł w stronę swojego samochodu.

– Skarbie, kochanie, kiedyś zduszę w tobie te słowa klątwą i przez tydzień będziesz czuł chuć tak wielką, że nawet deska klozetowa stanie się wybawieniem.– Mruczałam pod nosem. Nie miałam pewności czy to usłyszał czy nie, ale szczerze powiedziawszy miałam to głęboko w poważaniu.

ROZDZIAŁ 2

W wyniku nocnej eskapady gdy wróciłam do mieszkania przez długi czas nie mogłam zasnąć i teraz zamiast wyglądać jak przyzwoita barmanka przypominałam prawdziwego zombie. Na szczęście w knajpce gdzie pracowałam większość gości stanowili równie niewyspani studenci, miejscowe pijaczynki oraz jeden wariat, Stephen mieszkający na piętrze w budynku, w którym pracowałam. Z całej ferajny, która tu przychodzi był najciekawszym egzemplarzem. Zawsze przesiadywał przy barze, popijał sok pomarańczowy i opowiadał masę historii ze swojego życia ( a raczej twierdził, że to wszystko przeżył, bo ciężko uwierzyć facetowi gdy opowiada jak to brał udział w wojnie secesyjnej). Jako czarownik umiałam wyczuć defekt w jego umyśle, który spowodował spaczenie jego umysłu, ale nie byłam ani lekarzem ani uzdrowicielem żeby się w to zagłębiać. Ludzie przychodzili tu i odchodzili i dlatego ja, która stałam kilka godzin przy barze stałam się jego ulubionym słuchaczem.

Dzisiaj bar był pełny jak nigdy w piątkowe poranki, a głównym tematem stało się nocne morderstwo. Nie wiem jakim cudem informacja tak szybko przedarła się na teren publiczny. Najpewniej obwiniać należałoby za to tutejszych mieszkańców, którzy mieszkają obok stawu. Drugim powodem takiego nalotu może być John, który często przychodził tutaj na śniadania lub lunch. Dzisiaj go oczywiście nie było, a ja wcale mu się nie dziwiłam. Nie jest tajemnicą gdzie pracuje mój przyjaciel i na pewno byłby dzisiaj najbardziej obleganym gościem.

– Hej, Alex, gdzie twój przyjaciel? Dużo tu plotek, a każdy chciałby poznać fakty na temat morderstwa!- Krzyknął zza stolika jeden ze starszych studentów, ten który za punkt honoru obrał sobie rozkochanie mnie w sobie. Jak na razie szło mu kiepsko.

– Nie wiem Jack.– Odpowiedziałam odrobinę zbyt głośno, bo wraz z zadaniem pytania większość osób lokalu zamilkło w oczekiwaniu na to co powiem.– Nie widziałam się z nim.– Dokończyłam ucinając resztę pytań. Zapewne niektórzy nie uwierzyli w moje słowa, ale znali mnie na tyle, że będą wiedzieć, że nic nie powiem.

– Oj Alex, powiedz coś!- Drążył temat student.

– Jak panienka Alexandra mówi, że nic nie wie to tak jest.– Burknął w stronę młodzików Stephen, mój kompan przy barze.– Co to za czasy gdzie młodzik nie daje spokoju damie. Przed wojną byli lepiej wychowani.

Nawet nie próbowałam się dowiedzieć, o którą mu wojnę chodziło. Uśmiechnęłam się do Stephena w podzięce. Może i był szalony, ale swoją posturą zniechęcał do dalszych dyskusji niepohamowanych barowiczów. Zdarzało się nawet, że pomagał mi i kelnerkom wyrzucać co gorszych typów. Co prawda mogłabym takiego przepędzić stąd czarami, ale tylko niepotrzebnie mogłabym nastraszyć pozostałych klientów (a przynajmniej tych nowych). Ta, był naszym skarbem w tej ruderze. Tak jak właściciel czart, jeden z niewielu jakie można dziś spotkać. Właśnie siedziałam i walczyłam z zamykającymi się powiekami gdy wszedł wspomniany czart.

Jak na przedstawiciela swojego gatunku wypadało, Esten prezentował się bardzo okazale. Miał jakieś dwa metry wzrostu, a każdy cal jego ciała pokrywały mięsne w kolorze płynnego złota. Krótkie czarne włosy zawsze nosił postawione na żel. Tylko trzy warkoczyki z naplecionymi na nie koralikami zwisały mu zza prawego ucha. Na oko można by mu dać jakieś trzydzieści pięć lat, chociaż na pewno ma znacznie więcej na karku. Esten jest miłym facetem, ale zdecydowanie odradzam próby wkurzenia go. Nikt przy zdrowych zmysłach nie denerwuje demona a co dopiero mowa o pełnokrwistym czarcie, który w szale spokojnie może rozwalić kilka budynków.

Gdy wchodził do baru głównym wejściem przyciągnął na siebie wzrok porannych turystów i kilku studentów. Reszta z nas znała go bardzo dobrze i nie wzbudzał już u nas takiej sensacji. Przeszedł przez lokal witając się z kilkoma osobami i stanął przed barem.

– Chcesz się czegoś napić?– Spytałam uśmiechając się szeroko. Znam go już kilka lat, a mimo to nadal nie mogę uwierzyć jak ktoś o takich gabarytach prowadzi niewielki lokal zamiast być zawodowym bokserem. Stawiam dziesięć do jednego, że wygrywałby wszystkie walki.

– Daj mi tylko soku– Odpowiedział swoim mocnym barytonem zamykając mnie w niedźwiedzim uścisku. Tylko ze mną się tak witał. Podejrzewam, że to dlatego, że, po pierwsze jestem tu jedyną pracującą istotą magiczną; po drugie, jestem najpewniej jedyną czarownicą, która zachowuje się przy nim swobodnie.

Nalałam mu standardowo jego ulubiony sok pomarańczowy i postawiłam na blacie. Chwycił szklankę, która w jego dłoni przypominała filiżankę dla lalki Barbie.

– Dzięki– Mruknął gdy napił się i odstawił szklankę.– Mogę cię na chwilkę prosić do mnie do gabinetu?

– Jasne. Tylko posprzątam i zaraz przyjdę.

Sięgnęłam pod blat po szmatkę służącą do wycierania barku i przemyłam go dokładnie. Od rana zdążyło się tu nanieść trochę brudu. Potem złapałam za szklankę po soku wymyłam ją, wytarłam i pozostawiłam do wyschnięcia. Krzyknęłam na Amber, jedną z kelnerek żeby przez chwilę zajęła się obsługą przy barze i poszłam na tyły go gabinetu Estena.

Gabinet nie był okazały. Właściwie był malutki. Ledwo starczyło w nim miejsca na biurko, trzy krzesła ( dla szefa i jego gości), szafę zawaloną papierami i stary wieszak, który już dawno zasłużył na emeryturę. Czart wyglądał w nim jak tłusta baba w bikini. Swoją osobą zdominował całe pomieszczenie.

Zrobiłam te kilka kroków dzielących mnie od jednego z krzeseł i usiadłam na nim. Wiedziałam, że gdy Esten jest czymś zaaferowany to zapomina o wszystkim. Dziś właśnie sprawiał takie wrażenie, a ja nie miałam zamiaru z tego powodu sterczeć tu całe wieki i czekać aż zaproponuje mi żebym usiadła. Dopiero gdy to zrobiłam zamrugał kilkakrotnie i spojrzał na mnie przytomnie. Jak na czarta ma naprawdę dziwny charakter.

– Alex. Słyszałem, że w mieście zabili czarownika.– Zaczął.

– Tak, jakiegoś młodego chłopaka.– Taa, ten facet ma oczy dookoła głowy i zapewne jeszcze kilku przyjaciół wśród nocnych stworzeń.

– Nie podoba mi się to. Coś się szykuje, czuję to w kościach, a mi można wierzyć.

– Nigdy nie zbagatelizowałabym twojego ostrzeżenia.– Odpowiedziałam przyglądając mu się czujnie.

– Może powiem to prosto z mostu. Wiem, że nie lubisz jak ktoś tak w kółko kręci. Miałem strzępy wizji, za mało tego było żeby poskładać to w jakąś logiczną całość ale wystarczyło tego by stwierdzić, że wydarzy się tu coś nieprzyjemnego.

– Co masz na myśli?– Rzuciłam zaintrygowana. Czarty praktycznie nie doświadczają wizji, ale jeżeli już jakąś mają to zazwyczaj nie pokazują one niczego przyjemnego. Zawsze towarzyszą im krew, śmierć i dużo paskudnej magii.

– Trzymaj się blisko tego demona i wampira.– Odparł, a ja spojrzałam na niego jak na wariata. Przy innym czarcie już musiałabym kopać sobie grób.– Nie chcę żeby coś ci się stało. Tutaj ja mogę cię pilnować, ale potem byłbym spokojniejszy gdyby ktoś inny nad tobą czuwał.

– Dlaczego myślisz, że trzeba mnie pilnować?– Odparłam urażona. Jestem dorosła i umiem sama zadbać o swój tyłek.

– Alex, przyciągasz kłopoty jak silny magnez, a niekiedy sama ich szukasz.

Zastanowiłam się chwilę nad jego słowami. Cholera, ma czart jeden rację.

– Widziałeś mnie w tej wizji– Dodałam gdy chwilkę pomyślałam nad jego radą. Każda jaką mi dawał miała jakieś oparcie w rzeczywistości. Lub w tym wypadku w wizji, ale zwarzywszy w jakich czasach żyjemy to oba te pojęcia można uznać za to samo.

Spojrzał tylko na mnie i wiedziałam, że celowałam i trafiłam w sam środek tarczy. Bynajmniej ów fakt wcale nie poprawił mi humoru ani nie połechtał mojej dumy. Właściwie to poczułam się jakby ktoś smagnął mnie batem, a potem osypał ranę solą. Skoro wydarzenia w wizji miały się naprawdę źle, to mój udział w tym wcale nie będzie przyjemny. Miałam już dość walk i nie chciałam wpadać w sam środek kolejnej (bo tylko o to mogło chodzić).

– Nie pcham się do walk– Jęknęłam.

– Alex, wiesz, że to może się jeszcze zmienić – Próbował mnie pocieszyć. Bezskutecznie.

– Przysięgnij na ognie piekielne, że nikomu o tym nie powiesz– Spojrzałam na niego twardo. Im mniej osób zna szczegóły tym lepiej. Jeszcze tylko tego by mi brakowało żeby załatwiał mi przyzwoitkę dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu.

– Wiesz, że jak władze każą to muszę.

– Wystarczy, że zapomnisz wspomnieć o mnie– Podstawowa zasada świata brzmi: Im mniej sukinsynów wie o twoim istnieniu tym spokojniej możesz żyć.

– Alex, naprawdę nie sądzę żeby to był dobry pomysł…– Próbował protestować.

– Proszę– Uderzyłam w ton błagalny. Gdybym umiała dobrze zagrać jeszcze i wykorzystać chwyt pod tytułem „mina zbitego szczeniaka” to na pewno bym to zrobiła. Na niekorzyść tej strategii niestety działa fakt, że nikt kto mnie zna nie uwierzyłby w jej prawdziwość. Co gorzej od razu cel domyśliłby się, że coś kombinuję.– Wolałabym sama powiedzieć najbardziej zaufanym osobom.– Bingo! Teraz nikomu nie powie. Sam też nie musi wiedzieć, że zachowam tę informację dla siebie.

– Obiecaj mi tylko, że nie wpakujesz się w żadne kłopoty.– Ostrzegł po ojcowsku.

– Obiecuję.– Odpowiedziałam prostując się na krześle niczym żołnierz przed swoim przełożonym i przybierając poważny ton głosu.

– Jakoś ciężko mi w to uwierzyć.– Mruknął rozbawiony zapewne chcąc mi dokuczyć.– Zmykaj już. A! Pamiętałaś przekazać dziewczyną, że dziś musimy zamknąć wcześniej.

– Jasne generale.– Odpowiedziałam stojąc już na baczność.– Nigdy nie zapominam o tym, że mogę skończyć wcześniej.

Wróciłam do dziewczyn i zza baru podałam informację wszystkim, że dziś bar zamykany jest wcześniej. Jednocześnie gdy przekazywałam nowinę powitaną jękiem przez wszystkich całodobowych bywalców za oknem zauważyłam mi jakąś postać. Normalnie nawet nie odwróciłbym głowy żeby to sprawdzić. W końcu ulicą przechodzą codziennie tłumy ludzi, ale wyczułam w tym kimś coś niepokojącego. Poza tym gość ewidentnie gapił się na mnie.  Niestety gdy wyszłam na chwilę na zewnątrz nie spotkałam nikogo. Gap musiał się zmyć gdy szłam do drzwi i widok na okno przesłoniła mi ścianka. Poczułam ulgę, że zniknął. Nie jestem paranoiczką, ale gdy Esten chce potrafi wbić człowiekowi do głowy masę rzeczy.

 

***

Dzięki wcześniejszemu zamknięciu lokalu mogłam jeszcze przed wieczornym wyjściem załatwić większość spraw, które od dłuższego czasu odkładałam na później. Nawarstwiło się tego trochę i wiedząc, że kilka z nich nie może dłużej czekać postanowiłam trochę skurczyć ten przykry stosik. Najboleśniejsze okazało się sprawdzenie konta, które (nie)lubiłam nazywać ‘’na czarną godzinę”. Sumka tam zawarta była żałośnie mała co oznaczało, że będę musiała załatwić jakieś magiczne usługi. Ta myśl również nie poprawiła mi humoru. Większość moich klientów wyjechało na wczasy chcąc wykorzystać czas przedwakacyjny kiedy to wszędzie jest masa turystów z rozwrzeszczanymi dziećmi. Były to głównie starsze osoby, które o dziwo lepiej czuły się z myślą, że korzystają z usług czarownicy niż osoby młodsze.

Odgoniłam ponure wizje MKOB (Miesiąca Kaszy i Ogólnej Biedy) i starając się przywrócić dobry humor wróciłam do domu. Powinnam najpierw posprzątać mieszkanie ale wystarczyło jedno spojrzenie na zegar żeby się przekonać, że zdążę się tylko przebrać w jakąś kieckę. Poleciałam pędem do szafy w sypialni i z prędkością światła przesuwałam wieszaki w poszukiwaniu nowo-nabytej bordowej bluzki na ramiączkach. Gdy poszukiwania dobiegły końca odpięłam ramiączka od stanika, ubrałam bluzkę, na którą narzuciłam czarne bolerko i do tego czarną, szeroką spódnicę do kolan. Ubrana poszłam do łazienki rozpuścić włosy, wzmocnić trochę makijaż i użyć czerwonej szminki, którą trzymam specjalnie na takie okazje.

Gdy byłam już zadowolona z efektu zadzwonił telefon. Z hałasu panującego w słuchawce mogłam się domyślić, że wszystkie dziewczyny już są i zapewne wkurzają swoimi chichotami jakiegoś biednego taksówkarza.

– Alex! Jesteśmy już pod twoim blokiem. Złaaaaaź!- Z głosu poznałam Jannet, którą dosłownie wrzeszczała w słuchawkę.

– Już schodzę– Odkrzyknęłam.

W biegu złapałam torebkę i wrzuciłam do niej trzy niezbędne rzeczy: telefon, talizmany i klucze. Przy drzwiach ubrałam jeszcze szpiki kolorystycznie padujące do bluzeczki i wybiegłam z mieszkania. Tradycja nakazuje aby w każdy piątkowy wieczór (i nie tylko) winda pozostawała w stanie głębokiego uśpienia, więc musiałam zdjąć buty i kolejny raz zbiegać po schodach. Na dole tuż przed klatką stała żółta taksówka z roześmianymi trzema dziewczynami. Gdy wsiadłam przywitały mnie okrzyki radości przyjaciółek oraz nietęga mina kierowcy.

– Dokąd panie zawieść?– Burknął. Dziś był wieczór, w którym to Jannet wybierała miejsce, do którego chce się z nami udać. Podała adres kierowcy na ucho i ruszyliśmy.

W Crystall Fall mamy całą ulicę barów, klubów i dyskotek. Ulica została ochrzczona na cześć Szekspira, ale i tak każdy nazywał ją Ulicą Zabaw. Nie było więc zaskoczeniem fakt, że kierowca skręcił w tamtą stronę. Wieczór był jeszcze wczesny, a bary i ulica już tętniły życiem. Tłum był tak wielki, że taksówkarz musiał co chwila trąbić i zatrzymywać się gdy jakaś grupka przebiegała przez jezdnię. Policja już dawno przestała reagować na występek nieprzechodzenia przez pasy w tym miejscu. Gdyby miała wlepiać mandat każdemu kto łamał prawo w ten sposób to najlepszym sposobem byłoby użycie magnetofonu i wykrzyczenie wszystkim, ze mają stawić się na komendzie.

Kolejna grupka pijanych już ludzi postanowiła zrobić wężyka i przejść przez środek ulicy. Widząc, że w takiej sytuacji nie ma sensu jechać samochodem zapłaciliśmy taksówkarzowi i resztę drogi miałyśmy przejść pieszo. Facet nie był tym faktem zadowolony. Nie ważne czy z nami czy bez nas i tak musiał przedostać się do najbliższego skrzyżowania żeby się stąd wydostać, a gdybyśmy z nim pojechały odrobinę dłużej to by na nas więcej zarobił.

Wysiadłyśmy żegnane gniewnym mamrotaniem kierowcy i wbiłyśmy się w tłum na chodniku. Szybko się okazało, że ta droga również nie będzie łatwa. Przed każdym przybytkiem stały tłumy, a Jannet najwyraźniej nie miała zamiaru zatrzymywać się przed którymkolwiek z nich.

– Gdzie nas prowadzisz?– Wykrzyknęła Lotte po piętnastu minutach przedzierania się przez miejską dżunglę. Najwyraźniej miała już dość tej masy ludzi wpadających na nią co krok w czym w pełni ją popierałam. Nienawidziłam takich zbiorowisk. Szczerze powiedziawszy to nawet nieszczególnie lubiłam te wyprawy do klubów i dlatego gdy ja wybierałam miejsce naszego spotkania zawsze były to bardziej stonowane miejsca.

– Zaraz zobaczysz, już prawie jesteśmy.– Odsapnęła. Miała niewdzięczną robotę naszego przewodnika i to ona musiała torować nam drogę.– O jest!- Krzyknęła uradowana gdy na ścianie budynku zajarzył się czerwony napis „Nocne rozkosze”. Taaaaa… po prostu super. Z kilkudziesięciu klubów w naszym mieście musiała wybrać akurat ten prowadzony przez wampiry. Reszta dziewczyn również była zszokowana, ale raczej w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu. Widziałam po ich twarzach zaciekawienie i fascynację.– Mam wejściówki na dzisiejszy striptiz.– Krzyczała machając nam przed nosami czerwono– czarnymi biletami, które od razu pokazała wikidajłu, co reszta osób w kolejce przywitała z pełnymi oburzenia pomrukami.

Wampir oddał bilety Jannet i odsunął się pozwalając nam wejść. Gdy go minęłam nie mogłam się powstrzymać i odwróciłam się. Facet ciągle przyglądał mi się, a ja nie mogłam się pozbyć wrażenia, że gdzieś go już widziałam.

Korytarz był ciemny i lekko zakręcał tak, że po chwili nie widziałam już bramkarza. Uspokoiłam oddech. Wampiry lubią gdy ich ofiary/goście/przyjaciele mają przyspieszony puls, a ja nie chciałam się dziś rozstawać się nawet z kroplą własnej krwi. Kto wie jak podziałała by na któregoś z krwiopijców. Otrząsnęłam się z myśli i weszłyśmy do głównego pomieszczenia. Po lewej od wejścia ciągnął się długi bar, pod ścianami na niewielkim podwyższeniu na lewo stały stoliki, a po prawej były boksy, które jak ktoś chciał można było oddzielić kotarą od reszty klubu, a wszystko to utrzymane w barwach czerwieni i czerni. Na wprost wejścia stał sprzęt muzyczny, za którym stał DJ krzyczący coś do publiczności na parkiecie.

Jannet przepchała się wzdłuż baru do schodów prowadzących do podziemi, przy których stał kolejny umięśniony wampir. Pokazała mu wejściówki i wszystkie zeszłyśmy na dół. Na szczęście w tym miejscu na ścianach ktoś powstawiał lichwiarze ze świecami.

Musiałyśmy zejść naprawdę głęboko pod ziemię, bo muzyka z góry ledwo docierała do małej sali na dole. Była utrzymana w takich samych barwach jak ta na górze. Bar był na lewo od wejścia i z racji niewielkich rozmiarów pomieszczenia ciągnął się przez całą długość. Na wprost baru była scena w tej chwili zasłonięta kotarą, widoczny była tylko ta część wysunięta w publiczność. Stoły były w większości zajęte, co wcale nie zraziło Jannet, która od razu skierowała się pod scenę, gdzie, jak na powiedziała podczas przedzierania się przez gąszcz kobiecych torebek stał zarezerwowany dla niej stolik. Zdjęłyśmy wiosenne płaszcze i zagrałyśmy w marynarza chcąc wyłonić dwie zwyciężczynie, które spotka wątpliwy zaszczyt powrotu do baru i przyniesienia drinków. Padło na mnie i Sarę.

Ponownie przedarłyśmy się przez torebkowy gąszcz i stojąc przy barze uświadomiłyśmy sobie, że nie wiem co chcą wypić Lotte i Jannet.

– Może spytamy o specjalność klubu?– Sara ewidentnie nie chciała przywoływać barmana, więc ja to zrobiłam.

– Jaki jest wasz najlepszy drink?– Spytałam gościa wyglądającego jak Indianin.

– Krwawa Uczta oczywiście.– Odpowiedział z wyuczonym uśmiechem. Odpowiedziałam mu tym samym i zamówiłam cztery… cokolwiek się w nich znajdowało.

Wampir przygotował drinki w imponująco dużych kieliszkach. Z samej nazwy można było wywnioskować kolor napoju, ale tajemnicą stały się dziwne kuleczki na dnie. Dopiero gdy usłyszałam cenę przed oczami stanęła mi ponownie kasza. Będzie to mój jeden z najtrzeźwiejszych pobytów w klubach nocnych.

– Ja zapłacę.– Zadeklarowałam się nachylając się do Sary aby usłyszała mnie w tłumie innych kobiecych głosów i chichotów.– Później mi oddacie.

Sara wzięła dwa kieliszki i poszła do naszego stolika. Wyjęłam żałośnie chudy i zniszczony portfel z torebeczki i zaczęłam odliczać banknoty gdy jakaś dłoń chwyciła mnie za nadgarstek. Zaskoczona drgnęłam i już miałam odpyskować nachalnemu gościowi (bo dłoń ewidentnie nie należała do kobiecych) gdy mój wzrok zatrzymał się na oczach James’a. No tak, wiedziałam, że na dziewięćdziesiąt procent spotkam go dzisiaj ( w końcu to jego klub) jednak nie sądziłam, że nastąpi to tak szybko.

– Cześć– Przywitałam się.

-Witaj Alexandro. Nie sądziłem, że spotkam cię tu tak wcześnie.

– Nie wiedziałam, że Jannet wybierze akurat twój klub. Możesz mnie puścić? Chciałabym zapłacić.

– Ty masz tu wszystko za darmo. Twoje przyjaciółki też.– Odpowiedział patrząc na barmana.

– Mogę zapłacić.– Zaprotestowałam, wiedząc, że w przypadku tego konkretnego faceta mogłabym to nawet wyśpiewać a i tak nic bym nie zdziałała.

– Temat skończony. Teraz chciałbym wiedzieć dlaczego wybrałaś się tu na striptiz? Wystarczyło wspomnieć, że brakuje ci męskiego towarzystwa, a szybko przybyłbym.– Na ustach pojawił mu się figlarny uśmieszek.

– Przykro mi ale nie wiem czy masz odpowiednie kwalifikacje.– Odcięłam się gładko.

– Podejrzewam, że nie łatwo jest dogodzić tak pięknej kobiecie, ale mimo to chciałbym spróbować.

– W takim razie prześlij mi swoje CV.– Zakończyłam potyczkę.

– Mogłabyś teraz rzucić okiem na wypalony znak?– Spytał.

– Teraz?

– To właśnie powiedziałem.

– Dobra, lepiej to załatwić na trzeźwo.– Mruknęłam. Nie miałam zamiaru się upijać, ale każdy kretyn wie, że po alkoholu pewne hamulce puszczają zwłaszcza u nadnaturalnych (chociaż trudniej jest nam wprowadzić w stan upojenia alkoholowego niż zwykłemu człowiekowi).

Zaniosłam pozostałe dwa drinki do stolika i w skrócie wyjaśniłam dziewczynom sytuację i zapewniłam je, że zaraz wracam. Każda z nich przyjęła obecność wampira inaczej. Sara była spięta i starała się patrzeć wszędzie byleby nie na James’a, Lotte rzucała nam niedwuznaczne spojrzenie na temat tego co myśli o mojej ‘’przysłudze”, a Jannet zrobiła się jakaś markotna.

Myślałam, że James chce wyjść schodami, którymi tu zeszłam będąc z dziewczynami, ale on poprowadził mnie w stronę sceny. Weszliśmy po kilku stopniach i znaleźliśmy się za kurtyną. Była to najpewniej przebieralnia dla striptizerów sądząc po strojach powieszonych na wieszakach i krzesłach oraz akcesoriach do niegrzecznych zabaw zakotwiczonych na ścianach.

– Masz ładną kolekcję.– Mruknęłam zanim zdążyłam się opanować.– Czy tak wygląda twój dom?

– Oczywiście, że tak. Lubię odgrywać rolę seksualnego niewolnika.– Rzucił z miną sugerującą, że nigdy nie pozwoliłby się tak potraktować.– Nadal nie mam odpowiednich kwalifikacji?

– Jeszcze nie widziałam twojego CV, więc łapska przy sobie.– Odpowiedziałam i strzepnęłam jego rękę z mojego tyłka.

James poprowadził mnie przez wąski korytarz, a potem schodami do góry. Bywałam czasami służbowo w jego klubie ale to przejście widziałam pierwszy raz. Zapewne ten budynek skrywa jeszcze więcej tajemnic odkąd wprowadziły się tu wampiry.

Schody zaprowadziły nas do pomieszczenia małego jak schowek na miotły, a potem prosto do gabinetu wampira. Jak na starych filmach wejście do osobistego pomieszczenia James’a zostało ukryte za regałem. Od dołu można było się tam łatwo dostać, ale będąc w gabinecie nie miało się żadnych podejrzeń co do obecności tam tajemniczych drzwi.

Gabinet odzwierciedlał zamiłowanie James’a do ciemnych kolorów i luksusowego wyposażenia. Stawiam swoją prawą rękę na to, że mosiężne biurko było warte więcej niż cały sprzęt znajdujący się w moim mieszkaniu. Do tego pod ścianą stała kanapa i dwie mniejsze wykonane ze skóry i szklany stolik. Na ścianach wisiały obrazy, zapewne byli to jacyś sławni malarze, ale nie znałam się na sztuce i wolałam nie zgadywać kto był ich autorami. Nie pierwszy raz miałam okazję podziwiać to pomieszczenie, a za każdym razem nie mogłam się powstrzymać przed myślami ile ten wampir ma kasy, że stać go na takie bogactwa?

Przeszliśmy przez gabinet nie zatrzymując się i wyszliśmy na kolejny korytarz, w którym słychać było dudnienie muzyki. Poszliśmy w przeciwnym kierunku mijając po drodze kilkoro drzwi i wyszliśmy na tylny prywatny parking. Zamknęłam za nami drzwi i spojrzałam na znak wielkości dłoni znajdujący się dokładnie na wysokości moich oczu. Runa rzeczywiście wyglądała jak wypalona jednak gdyby przyjrzeć się jej bliżej można było zobaczyć metaliczny połysk wewnątrz. Był to sygnał, że zaklęcie w niej zawarte działa albo już wykonało swoje zadanie i powoli dogasało. Ostre zakończenia rysunku oraz symbol czarnego oka na samym środku nie pozostawał złudzeń co do znaczenia symbolu.

– Wypalono tu Runę Śmierci.– Wyjaśniłam.– Ktoś zginął lub zginie w najbliższym czasie i będzie to osoba związana z tym budynkiem.– Dodałam.

– Samuel?

– Niekoniecznie. On zginął kilkanaście godzin temu, rzadko runy utrzymują w sobie moc w tyle godzin po wykonaniu zadania.

– Jak uruchomić zaklęcie?

– Zazwyczaj tak runa ma tylko oznajmiać, że ktoś ma umrzeć, ale ta miała jeszcze nałożyć na ofiarę piętno. Zapewne po to żeby zabójca mógł ją łatwo znaleźć.– Pokazałam mu trzy pionowe kreski nad i pod okiem, które zmieniały przeznaczenie runy.

– Czyli ten ktoś nie działa w pojedynkę.

– Mogę spróbować zdjąć Znak.– Zaproponowałam. Nie jest to łatwe zadanie, ale jak najbardziej możliwe.

James skinął głową na znak zgody. Przysunęłam się bliżej drzwi i skupiłam moc w prawej ręce. Przyłożyłam dłoń do drzwi nad znakiem i mrucząc odpowiednie zaklęcia przesuwałam dłoń w dół. Na skórze poczułam gorąco a potem nieprzyjemne szczypanie i kłucie. Spod palców uleciały niewielkie pasemka czarnego dymu. Z początku szło mi opornie, jakby jakaś niewidzialna siła postawiła na drodze blokadę, ale gdy udało mi się zmazać połowę Znaku, reszta poszła zadziwiająco łatwo.

Gdy runa zniknęła uśmiechnęłam się zadowolona, ale po chwili moja mina zrzedła. Runa na moich oczach zaczęła się odnawiać.

– Co jest do cholery?– Mruknęłam nieświadomie. Użyłam odpowiednich zaklęć, więc znak powinien zniknąć na zawsze. Coś mi tu nie grało, a tak duże odstępstwa od normy zawsze powinny wzbudzać czujność. Zwłaszcza gdy te anomalie dotyczą run.

Spojrzałam na dłoń. Nie dostrzegłam tam niczego, co powinno mnie uspokoić, ale zadziałało zupełnie odwrotnie.

– Nic mi nie jest.– Powiedziałam do James’a gdy ujął moją dłoń i zaczął się jej przyglądać.

– Myślałem, że tak. Nie wyglądałaś jak ktoś komu udało się uniknąć obrażeń.

– Nie ma nawet śladu sadzy.– Wyjaśniłam.– Sam widziałeś dym, po czymś takim powinnam mieć brudną dłoń, a jest zupełnie czysta.– Westchnęłam i zabrałam rękę.– Ktoś musi na poważnie traktować swoją robotę, takich efektów nie da się uzyskać czystymi metodami.

– W takim razie jak można się tego pozbyć?

– Nie wiem. Naprawdę nie wiem.– Odpowiedziałam zrezygnowana.– Może jak popytam to ktoś ze starszych będzie wiedział.

James westchnął. Wampiry nie muszą oddychać chociaż ich serca biją, znacznie wolniej niż u większości, ale jednak, głownie po to aby rozprowadzać po ciele krew (chociaż nie wiem po co skoro i tak są martwi). Jego zachowanie wskazywało na to, że martwi go ta sytuacja. Zresztą, nie ma się czemu dziwić. Ten budynek został obrany na główną siedzibę jego klanu, a pojawienie się znaku zwiastującego śmierć któregoś z członków nie wróżyła dobrze nie tylko samemu zainteresowanemu.

– Myślisz, że mógłbyś zamknąć klub na kilka nocy?– Spytałam gdy wpadłam na pomysł jak utrudnić zadanie przyszłemu mordercy.

– To da się zrobić.

– Teraz zabójca może się ukryć w tłumie gości, ale gdybyś zamknął klub to trudniej byłoby się mu dostać do środka. Obstawiam, że przynajmniej kilkoro wampirów mieszka na stałe w tym budynku, więc mogliby oni sprawdzać wszystko i pilnować czy ktoś się nie wdarł.

– Czy tylko osoby tu mieszkające są zagrożone? I co z zaklęciami chroniącymi budynek?

– Runa może dotyczyć każdego kto ma jakiekolwiek powiązania z budynkiem. A co do zaklęć, to nie liczyłabym zbytnio na nie. Jeżeli ktoś potrafił zakląć runę tak jak tą tutaj, to zaklęcia ochronne budynku na niewiele się zdadzą, co najwyżej powiedzą ci, że ktoś nieproszony dostał się do środka.

– Nie brzmi to pocieszająco.– Stwierdził z ponurą miną.

– Nie.– Przyznałam rację.

– No, ale to nie twój problem.– Rzucił weselej.– Przyszłaś się tu bawić, a ja popsułem ci nastrój. Jednak to nic straconego, mogę ci zafundować prywatny pokaz z dodatkowymi atrakcjami.– Uśmiechnął się figlarnie.

Popatrzyłam przez chwilę na niego jak na wariata nie wiedząc o czym mówi dopóki po chwili nie przypomniałam sobie, że miałam brać udział w pokazie striptizu! A teraz dodatkowo otrzymałam ofertę matrymonialną od James’a (nie żeby to był pierwszy raz).

– Głupi jesteś. – Skwitowałam.

-Po prostu myślę życiowo. Naprawdę sądzisz, że twoje towarzyszki uwierzyły ci, że mi pomagasz w pracy?

– A co twoim zdaniem pomyślały?– Rzuciłam podejrzliwie znając odpowiedź.

– Że uprawiamy długi i gorący seks na zapleczu.

Teraz to do mnie dotarło. Każda z nich mogła pomyśleć, że James zabrał mnie stamtąd bo nie chciał aby jego ‘’dziewczyna” oglądała cudze przyrodzenie. Gdy to sobie uświadomiłam zupełnie zapomniałam o runie i niemal wbiegłam z powrotem do korytarza. Jedyną szansą aby chociaż trochę to odkręcić było pojawienie się na tym pieprzonym striptizie. James szedł za mną i pomimo docierającej z klubu muzyki słyszałam jak śmieje się pod nosem. Ominęłam drzwi jego gabinetu i poszłam dalej w stronę głównej sali klubowej. Gdybym wróciła przejściem, którym wyszłam potwierdziłabym tylko słowa wampira.

Gdy tylko przekroczyłam próg uderzyła we mnie głośna muzyka dobiegająca z głośników nieopodal. Doprawdy, zawsze mnie zastanawiało jak znoszą taki hałas wampiry skoro mają dziesięciokrotnie lepszy słuch od mnie. Przeszłam obok stolików gdzie panował względny spokój i przepchałam się do schodów, przy których stał ten sam wampir, któremu wcześniej Jannet pokazała bilety wstępu.

Wampir najpierw spojrzał na mnie, a potem na kogoś ponad moim ramieniem ( na pewno James’a, tylko on wzbudza większe zainteresowanie klienteli niż pozostałe wampiry, a nie miałam złudzeń, że te wszystkie oczy zwracały się w moją stronę) i gestem dał znak, że mogę zejść.

Gdybym umiała biegać w szpilkach po schodach na pewno bym to zrobiła. Powstrzymywał mnie również fakt, że po takim biegu, zdyszana i zaczerwieniona, rzeczywiście sprawiałabym wrażenie jak po „długim i gorącym seksie”.

Otworzyłam dolne drzwi i weszłam do salki. Na szczęście pokaz już trwał i tylko dwie głowy odwróciły się w naszą stronę żeby po chwili powrotem podziwiać roznegliżowanych facetów (jeden w bardzo skąpym stroju policjanta, a drugi więźnia, jakby kto pytał). Reszta była zbyt zajęta okrzykami radości i chichotaniem żeby zwrócić na nas uwagę.

Rozejrzałam się za najlepszym dojściem do stolika. W końcu, nie chcąc żadnej z pań zasłaniać pokazu zdecydowałam się spróbować przecisnąć wzdłuż ściany. James przez chwilę sprawiał wrażenie jakby chciał iść ze mną, ale po chwili zrezygnował.

– Do zobaczenia później.– Pocałował moją dłoń na pożegnanie jak to miał w zwyczaju czynić i zniknął za drzwiami.

Spojrzałam jeszcze raz na wyznaczoną przez siebie trasę i zaczęłam się przedzierać. Na szczęście widok półnagich wampirów był tak egzotycznym widokiem dla obecnych tu kobiet, że większość nawet nie zwróciła uwagi jak je niechcący potrąciłam.

Gdy dotarłam w końcu do naszego stolika byłam święcie przekonana, że zasłużyłam na medal w dziedzinie sportu wysiłkowego. Ani Jannet ani Lotte nie zwróciły uwagi na mój powrót, tylko Sara siedziała jakaś przygnębiona. Unikała mojego wzroku gdy próbowałam ją zagadnąć. Zachowywała się dziwnie w stosunku do reszty uradowanych kobiet. Postanowiłam dać jej spokój i sama zajęłam się podziwianiem pokazu.

***

– Jak było?– Zadała pytanie po raz dziesiąty Lotte. Musiała krzyczeć aby było ją słychać. Muzyka w głównej sali była znacznie głośniejsza niż ta wykorzystana podczas striptizu. Nawet zasłonięcie boksu nic nie dawało i w końcu dałyśmy sobie z tym spokój pozostawiając je rozsunięte.

– Lotte, po raz kolejny mówię ci, że do niczego nie doszło. Czasami wykonuję dla James’a drobne usługi magiczne. Dzisiaj po naszej wyprawie też chciał abym mu w czymś pomogła, ale Jannet wybrała ten klub na nasze spotkanie i mogłam to załatwić szybciej.

– Ale podczas pokazu nie wydawałaś się szczególnie podniecona. To znaczy, że już ktoś się tobą zajął.– W Lotte odezwała się jej natura prawnika. Pomyślałam chwilę. Rzeczywiście mogłam być przez część pokazu zbyt zamyślona żeby zwracać uwagę na męskie wdzięki, ale moją głowę jeszcze przez pewien czas zajmowała runa.

– Bo się zamyśliłam.

– Taaa, myślałaś o zgrabnym tyłeczku wampira?– Zatrzepotała teatralnie rzęsami. Dałam jej za to kukstańca w bok.

– To, że ktoś ma zgrabny tyłek jeszcze nie znaczy, że trzeba ten tyłek przetestować!- Odpowiedziałam i również zatrzepotałam rzęsami.

Wiedziałam, że minie jeszcze sporo czasu zanim uda mi się to wyperswadować im z głów. Plusem naszej dyskusji był fakt, że Sara zdążyła się rozchmurzyć i nie rzucała nerwowych spojrzeń na każdego wampira, który przeszedł obok. Widocznie ciężko było jej się przyzwyczaić do bliskiej obecności nieumartych, w przeciwieństwie do Jannet, która zaczepiała prawie każdego, który się na nią natknął, a chwilę temu powiedziała, że wychodzi z jednym z nich. Rzuciłyśmy jej tylko wymowne spojrzenie i pomachałyśmy na pożegnanie.

– Dzieeczyny! Ja już musze iść, jutro po poludniu mam spotkanie z klientem!- Seplemiła Lotte. Była jednym z najlepszych prawników w mieście i dostawała praktycznie wszystkie sprawy, które chciała. Ostatnio zajmuje się rozwodem jakiegoś bogatego biznesmena, który zapłacił jej fortunę aby nie dopuściła do tego żeby jego żona zgarnęła cokolwiek wartościowego z ich domu (i konta).

– Ja też mam jutro robotę!- Odpowiedziała Sara. Chyba jednak nie była tak rozluźniona jak myślałam, bo niemal się uśmiechała na myśl, że może już opuścić wampirzy klub.

– Alex, jedziesz z nami? Tom po nas przyjedzie!

– Nie ma sensu żeby krążył, mieszkam w przeciwnym kierunku niż wy dwie. Skończę drinka i złapię taksówkę.

– Drodzy Państwo zostało dziesięć minut do zamknięcia klubu! Wykorzystajmy te ostatnie chwile jak najlepiej!- Ogłoszenie DJ’a spotkało się z buczeniem ludzi, którzy pomimo dochodzącej godziny czwartej nadal nie mięli zamiaru opuszczać klubu. Większość z nich zaszyje się w mniejszych barach specjalizujących się w przyjmowaniu niedobitków. Już teraz wielu opuszczało stoliki i wychodziło (czy raczej próbowało wyjść, niewielu w miarę trzeźwych pozostało. Niektórym musieli pomagać koledzy aby zdołali wyjść.

Pożegnałam się z Sarą i Lotte, do której zadzwonił jej narzeczony, że czeka już pod klubem. Tom to naprawdę wspaniały i miły facet. Niewielu jest takich, którzy odpuściliby nocne picie tylko po to aby ich ukochana mogła bezpiecznie wrócić do domu.

Usiadłam i jednym łykiem dokończyłam niebieskiego drinka, którego koniecznie chciała spróbować Lotte, w efekcie czego wszystkie go piłyśmy. Zdjęłam na chwilę obcasy żeby rozsmarować obolałe stopy. Nie byłam przyzwyczajona do ich noszenia i po całonocnej zabawie czułam się jakbym nadepnęła na jeża.

Właśnie sprawdzałam w telefonie czy mam zapisany numer jakiejś taksówki gdy dosiadł się do mnie jakiś facet. Z początku nie zwróciłam na niego szczególnej uwagi, w końcu nie był pierwszym facetem, który to dzisiaj robił. Dopiero gdy podniosłam wzrok żeby go spławić przekonałam się, że nie mam do czynienia ze zwykłym pijanym gościem. Pierwsza myśl jaka przeleciała mi przez głowę gdy ujrzałam jego twarz to: jak on się tu do cholery dostał? Bo każdy kto ma choćby odrobinę oleju w głowie trzymałby się od kogoś takiego z dalekie wpuścił by kogoś takiego do swojego domu czy klubu. Włosy przybysza były rzadkie i połyskiwały jak smoła. Cała twarz wyglądała jak pognieciony pergamin i była ponaznaczana głębokimi bliznami. Usta były całe popękane, a z jednej ranki wciąż sączył się malutki strumyczek krwi. Ciężkie powieki opadały na oczy, które jako jedyne sprawiały wrażenie jakby nie pasowały do całości. Błękitne źrenice i czyste białko spoglądały uparcie na mnie.

Wzdrygnęłam się gdy dotarła do mnie fala magii. Niemal widziałam delikatny, czarny dym okalający moje stopy i powodujący nieprzyjemne drętwienie nóg. Spróbowałam cofnąć wywołany przez tą kreaturę efekt, ale moje działania nic nie dały. Przybysz był silniejszy od mnie, a jego wygląd sugerował, że nie stronił od praktykowania nielegalnej, czarnej magii.

– To na wypadek gdybyś chciała uciec.– Wychrypał. Jednocześnie po brodzie spłynęła mu kolejna strużka krwi. Między wargami dostrzegłam sczerniałe zęby.– A ja lubię gawędzić ze ślicznymi dziewczynami.

– Przestań chrzanić, czego chcesz?– Warknęłam. Nie znoszę owijania w bawełnę, zwłaszcza gdy to ja jestem na straconej pozycji.

– Oj, jaka ostra. Lubisz szybką zabawę, prawda?– Uśmiechnął się, o ile to co stało się z jego ustami można tak nazwać. Widząc, że nie odpowiadam ciągnął dalej.– Przyszedłem się tylko przywitać i zobaczyć czy runa wykonała swoje zadanie.– Dokończył.

– Przywitałeś się, sprawdziłeś, teraz możesz stąd spadać.– Odpyskowałam.

– Eh, jaka niemiła, aż szkoda.– Wstał niezdarnie i opierając się o blat okrążył stół i stanął nad mną. Był mojego wzrostu. Szarą, naznaczoną bliznami ręką ujął mój podbródek i spojrzał mi w oczy. Dotyk jego skóry spowodował u mnie ciarki. Odtrąciłam jego rękę elektryzując swoją skórę. Chciałam mu pokazać, że chociaż mnie uziemił to nadal nie powinien mnie lekceważyć.– Wielka szkoda.

– Ta pani ma już dość twojego towarzystwa.

Nad przybyszem wyrosła sylwetka James’a. Wampir chwycił go za ramię i odciągnął od mnie. Poranione usta wykrzywiły się w wyrazie bólu. Próbował wyszarpnąć ramię, ale nic mu to nie dało, z fizyczną siłą nieumartych nie miał żadnych szans na zwycięstwo. W końcu zrezygnował i przygarbił ramiona.

– Do zobaczenia, Państwu.– Wyrzęził z podłym uśmieszkiem na twarzy i gdy James puścił jego ramię udał się szybko w stronę wyjścia. Odprowadzały go liczne spojrzenia wampirów i pozostałych maruderów.

– Dobrze się czujesz?– Spytał James gdy zauważył, że nie spuszczam wzroku z pleców kreatury. Miałam niejasne uczucie, że gdzieś już spotkałam tego faceta. Było to dla mnie niezrozumiałe uczucie, bo nigdy z własnej woli nie zbliżyłabym się do czarnoksiężnika.– Alexandro?

Odwróciłam w końcu i spojrzałam na wampira.

– Chyba już wiem kto odpowiada za nałożenie runy.– Odpowiedziałam i rzuciłam znaczące spojrzenie na wyjście z lokalu.

– Ten cherlawiec?

– Może wygląda cherlawie, ale ktoś kto się para czarną magią bynajmniej nie należy do słabeuszy.

– Odwiozę cię do domu. – Powiedział gdy przemyślał moje słowa. Mieć na karku czarnoksiężnika to wielki kłopot. Większość z nich nie tylko ma zmasakrowane ciała, ale też popada w obłęd, a nie ma nic gorszego niż szalony czarownik.

– Mamy drobny problem.– Dodałam i znacząco spojrzałam na swoje nogi. Nie czułam nic od pasa w dół i tak miało być przez kolejne kilka godzin.

– Jaki?– Spytał nie wiedząc o czym mówię. Pewnie wyczuł, że przybysz użył magii, ale nie był czarownikiem i nie mógł rozpoznać charakteru czaru.

– Tak jakby jestem uziemiona na jakiś czas.

– Nie możesz chodzić?– W jego głosie wyczułam zdenerwowanie. Cóż, miło gdy ktoś się o ciebie martwi.

– Przez najbliższych kilka godzin nie będę czuła niczego od pasa w dół.– Wyjaśniłam.– Możesz mi urwać nogę, a ja nawet nie mrugnę.

– Kto by pomyślał, że z jedną dziewczyną może być tyle kłopotów.

Złapałam torebkę leżącą obok. James jedną ręką objął mnie w pasie, a drugą wsunął pod kolana i mnie podniósł. Objęłam go ramionami wokół szyi. Zrobiłam to bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Wampir był wystarczająco silny żebym nie sprawiała mu najmniejszego kłopotu.

– Hej, moje szpilki!

– Nie zginą, dośle je ci w najbliższym czasie.

Mruknęłam coś niezrozumiale i w ciszy dałam się ponieść. Każdy kogo mijaliśmy zwracał uwagę na nas. Starałam się zakrywać twarz włosami, ale z przodu były krótsze i efekt moich zmagań był raczej mizerny. Przysięgłam sobie solennie, że przez najbliższy rok nie zajrzę dalej niż za zaplecze klubu. Teraz nie tylko osoby ze striptizu miały mnie za dziewczynę wampira, ale też połowa innych. Zza kurtyny włosów dostrzegłam wiele zazdrosnych spojrzeń. Gdyby tylko wiedzieli jak jest naprawdę nie patrzyliby na mnie w ten sposób.

Gdy tylko znaleźliśmy się na prywatnym parkingu westchnęłam z ulgą. Nie lubiłam zwracać na siebie uwagi tłumu (dziwna niechęć u barmanki, prawda?). James skierował się w stronę swojego BMV.

– Wyjmij kluczyki z tylnej kieszeni.

Wychyliłam się tyle na ile pozwalało mi w połowie nieczynne ciało i zanurzyłam rękę w kieszonce, w której zauważyłam wybrzuszenie. Gdy przesuwałam dłonią po materiale poczułam jak wampir napina mięśnie pośladków, a z jego gardła wydobywa się mruczenie, jak u zadowolonego kociaka.

– Nie podniecaj się tak kochanie, dzisiaj nici z długiego i gorącego seksu.– Odpowiedziałam na jego reakcję najsłodszym głosem na jaki udało mi się zdobyć.

– Kotku, jeżeli chciałabyś sprawdzić jak bardzo mnie podniecasz musiałabyś włożyć rękę z drugiej strony.– Zripostował.

– Obawiam się, że dzisiaj zakład pomocy samotnym pozostanie zamknięty.– Odpowiedziałam gdy naciskałam przy kluczykach przycisk odblokowujący drzwi do samochodu. James posadził mnie ostrożnie na przednim siedzeniu pasażera i zamknął drzwi.

– Dzisiaj? Czyli mam jakąś szansę jutro?

– Lepiej patrz na drogę gdy będziesz jechał. Nawet wampir może spowodować wypadek gapiąc się na cycki.

Zaśmiał się i odpalił samochód. Silnik pracował cichutko, właściwie nie było go słychać, w przeciwieństwie do silnika z mojego samochodu. Gdy go odpalam, pół okolicy wie kto właśnie zwalnia miejsce na parkingu.

– Wolę dotykać niż patrzeć.

Westchnęłam ostentacyjnie. Jak każdy facet, musiał mieć ostatnie słowo w dyskusji.

Dalej jechaliśmy w milczeniu. Byłam tak skupiona na próbie skojarzenia czarnoksiężnika z kimś kogo znałam, że nie zauważyłam kiedy dojechaliśmy pod mój blok. James’owi jakimś cudem udało się znaleźć miejsce na wiecznie zatłoczonym parkingu i ponownie wziął mnie na ramiona. Na szczęście tym razem darował sobie uwagi nawiązujące do seksu. Byłam zmęczona, mój umysł pracował na rezerwach swoich sił i próba zripostowania mogłaby wyjść nadzwyczaj nieudolnie. Zakładając oczywiście to, że w ogóle byłabym zdolna do wymyślenia czegoś naprawdę zjadliwego.

– Dlaczego wchodzisz tak wolno? Przecież gdybyś chciał mógłbyś być już na moim piętrze.– Spytałam gdy mijaliśmy piąte piętro z prędkością zwykłego człowieka. Przecież gdyby chciał mógłby poruszać się tak szybko, że potencjalny obserwator zobaczyłby tylko smugę.

– Bo tylko w ten sposób mogę cię potrzymać dłużej w ramionach.– Odpowiedział zaskakując mnie tym samym. Spodziewałam się zupełnie czegoś innego.

– Wykorzystujesz mój stan półkłody żeby zaspokoić swoje egoistyczne potrzeby?

– Nie.– Uśmiechnął się przenosząc na mnie wzrok.– Wykorzystuję OKAZJĘ żeby zaspokoić swoje egoistyczne potrzeby.

Punkt dla wampira. Ostateczny wynik rozgrywki 1:0.

Doszliśmy w końcu pod drzwi mojego mieszkania. Wygrzebałam z torebeczki klucze.

– A no tak– Pacnęłam się ręką w czoło. Gdy wampir chce przekroczyć pierwszy raz próg czyjegoś domu należy go zaprosić.– Możesz wejść.

James już wcześniej bywał u mnie, ale to było zanim się wprowadziłam do tego mieszkania, więc musiałam ponowić swoje zaproszenie. Dopiero gdy je otrzymał przekroczył swobodnie próg domu zamykając za sobą drzwi nogą. Wskazałam mu drzwi do sypialni gdzie mnie zaniósł. Właściwie sam by tam łatwo trafił. Układ mojego mieszkania jest banalny. Na lewo krótki korytarzyk, na końcu z sypialnią i łazienką. Na wprost drzwi wejściowych znajduje się niewielka kuchnia oddzielona blatem od salonu.

Lampy uliczne rzucały do środka wystarczającą ilość światła żebym widziałam dostatecznie dużo. Posadził mnie na niepościelonym łóżku. Obok leżała piżama, a raczej przyduża koszulka i dresowe spodnie, które pełniły tą rolę.

– Nie musisz tak nad mną stać. Chciałabym się przebrać.– Dodałam gdy zobaczyłam, że wampir nie miał najmniejszego zamiaru opuszczać pokoju.

– A mówią, że czarownice nie są wstydliwe.– Rzucił prowokacyjnie i wycofał się za drzwi. Nic mu nie odpowiedziałam tylko pokazałam język.– Skąd masz pewność, że to on narysował runę?– Dodał zza drzwi gdy walczyłam ze spódnicą.

– Bo sam mi powiedział.

– Myślisz, że ma pomocników?

Na to nie wpadłam.

– Nie wiem.– Odpowiedziałam szczerze.– Być może. Jeżeli praktykuje zakazane rytuały od niedawna to przydadzą mu się jacyś.-Gdybym była wypoczęta to może rozwinęłabym ten temat, ale obecność poduszki i kołdry była wystarczającym argumentem żeby na jakiś czas dać sobie spokój z tym. Ułożyłam się w miarę wygodnie i naciągnęłam kołdrę po samą brodę. Z szafki nocnej ściągnęłam mleczko do demakijażu i kilka wacików i zaczęłam wycierać nimi twarz.– Pogadamy o tym jak się wyśpię.

Odłożyłam wszystko z powrotem na szafkę i momentalnie zasnęłam.

 

ROZDZIAŁ 3 

Rano obudził mnie potworny ból nóg zwiastujący przywrócenie mi w nich władzy. Gdy chciałam zmienić pozycję poczułam jak czyjaś ręka obejmuje mnie w pasie, a druga gładzi po plecach. Nie wiedząc co się dzieje chciałam szybko wyskoczyć z łóżka, ale zaplątana w pościel  sturlałam się na podłogę. Na moim łóżku leżał półnagi James i uśmiechał się z zadowoleniem. Miał na sobie tylko bokserki.

– Zboczeniec!- Wysyczałam.

– Przecież jestem ubrany.– Wymruczał i zsunąwszy się z łóżka usiadł naprzeciwko mnie. Po chwili jego uśmiech zniknął i zastąpił go poważy wyraz twarzy. O co chodzi?– Kto ci zafundował te blizny na plecach?

– Podglądałeś– Oskarżyłam go gdy tylko odzyskałam głos. Chciałam się jakoś odgryźć, ale nie przychodziło mi do głowy nic sensownego. Od odpowiedzi uratowała mnie sytuacja rodem z filmu, ktoś zapukał do drzwi.– Idę! Nawet nie waż się wychodzić z tego pokoju w takim stanie.– Zagroziłam.

Podpierając się o szafkę podniosłam się z podłogi. Nogi bolały mnie jakby ktoś w każdą komórkę ciała wbijał mi igły. James chciał mi pomóc, ale powstrzymałam go gestem. O dziwo posłuchał i ponownie położył się na łóżku.

Pukanie rozległo się znowu.

– Idę!- Krzyknęłam idąc zygzakiem.– Cześć John.– Przywitałam się autentycznie uradowana. Wpuściłam go do mieszkania i zamknęłam drzwi.– Co cię sprowadza tak wcześnie?

– Wcześnie? Jest trzynasta słonko.

Niedowierzając spojrzałam na zegar ścienny. W tym samym momencie zza rogu wyszedł James… wciąż w samych bokserkach. Na mojej twarzy wykwitł wyraz przerażenia . John spojrzał z niedowierzaniem najpierw na mnie, potem na niego, by na końcu spojrzeć mi w oczy.

– Witaj demonie.– Przywitał się bez skrępowania James.

– Widzę, że wieczór się udał.– Twarz John’a nie zdradzała żadnych emocji.

– To nie tak jak myślisz.– Pospieszyłam z wyjaśnieniami nie bacząc na fakt, ze tylko winny się tłumaczy.– Sam wlazł mi do łóżka, nie wiedziałam, że tam jest!

– Alex.– Odparł spokojnie. Spojrzałam na niego podejrzliwie.– Nie musisz mi się spowiadać z tego z kim spędzasz noc.

– No nie wierzę, ty też myślisz, że z nim sypiam!?– Kurde, kurde, kurde! Musiałam się oprzeć o barek gdy ból w nogach się wzmógł.

– Co…?

John złapał mnie zanim zdążył to zrobić James i zaniósł do kanapy stojącej na wprost kuchni pod ścianą. Demony gdy chcą mogą być tak szybkie jak wampiry. Gdy siedziałam już w miarę wygodnie streściłam mu wydarzenia z nocy wyjaśniając przy okazji skąd u mnie taka niemoc w nogach. James znając historię poszedł w tym czasie pod prysznic. Chcąc też rozwiać wszelkie podejrzenia co do mojego rzekomego romansu wyjaśniłam dlaczego pewien nieprzyzwoity pan stał w moim salonie tylko w majtkach.

– Czyli mamy trupa, runę, przy której ktoś majstrował oraz podejrzanie wyglądającego typa. Nadal mało wiemy.– Rozmyślał na głos. Mówił zmęczonym głosem, włosy miał zmierzwione jakby dopiero co się obudził, a pod oczami wielkie sińce.– Mało spałem. Mam masę roboty przy tym morderstwie od naszej strony.– Zerknął na mnie porozumiewawczo. Mówiąc „naszej strony” miał na myśli nadnaturalnych, których zaciekawiło tak nietypowe zabójstwo.

– Jeżeli nie dają ci spokoju możesz się przespać tutaj.– Zaproponowałam.– Tu cię nie znajdą. Zresztą jeżeli nawet to i tak nie dostaną się do środka.

W tej chwili wrócił James już w pełni ubrany. Tylko częściowo mokre włosy sugerowały, że przed chwilą brał prysznic. Dlaczego on musi być tak przystojny? Nawet w trochę pogiętym ubraniu wyglądał olśniewająco i co gorsza sprawia wrażenie jakby przed chwila oddawał się niegrzecznym igraszkom… Stop! Spojrzałam na John’a, który z kolei patrzył się na mnie jakby chcąc odgadnąć moją reakcję. A figa z makiem drogi panie! Od razu przybrałam obojętną minę licząc na to, że nie zauważył tego co najpewniej miałam na początku wypisane na twarzy. Chyba mi to do końca nie wyszło. Wystarczyło spojrzeć na usta demona, których kąciki powędrowały lekko w górę. James podszedł do nas (tak, tak wolałam myśleć, że chodzi tu o mnie i John’a, każdy czasami może się okłamać, prawda?).

– Muszę już iść kochanie, mam nadzieję, że znów będziemy mieć okazję spędzić razem noc.-Nachylił się szybko i pocałował mnie. Nie odpowiedziałam na te nagłą deklarację uczuć, ale też nie odsunęłam się, niekoniecznie dlatego, że nie miałam dokąd. Widocznie moja reakcja spodobała się James’owi, bo już nic nie mówił tylko uśmiechał się szeroko jakby dostał darmową dostawę świeżej krwi prosto do domu.– A co do naszej wcześniej rozmowy, to jeszcze do niej wrócimy.

Jęknęłam i uświadomiłam sobie, że dźwięk jaki wydałam wcale nie zabrzmiał jak „jęk zawodu”, ale raczej czegoś zupełnie innego. Widząc jak pierś James’a unosi się i opada z napadu śmiechu załamana ukryłam twarz w dłoniach.

– Może już po prostu idź.– Odparłam. Nie odkryłam twarzy dopóki śmiech wampira nie zniknął za drzwiami.– Co?– Rzuciłam widząc, że John ledwo powstrzymuje wybuch śmiechu.

– Zastanawiam się kiedy ten tępy umarlak w końcu uświadomi sobie, że nie mam zamiaru z nim walczyć o prawo do twoich majtek.

– Prawo do moich majtek nie podlega walkom, sama je oddam komu zechcę.– Burknęłam

– Już mam wystarczająco dużo prania, więc mnie możesz wykluczyć z grona osób zainteresowanych.

Już miałam mu odpowiedzieć jakąś kąśliwą uwagą, gdy zadzwonił mój telefon. Nogi nadal mnie bolały jakbym przez ostatni tydzień traktowała je zaklęciami na wytrzymałość, więc John nawet nie pytając wstał i przyniósł mi go z pokoju. Spojrzałam na numer. Nie znałam go, więc uznałam, że to może dzwonić kolejny potencjalny klient.

– Halo?

– Witam, z tej strony Sebastian Blackwood. Pamięta mnie pani?

– Ojciec Mai.– Odpowiedziałam po chwili gdy przypomniałam sobie niskiego mężczyznę słusznej wagi oraz jego drobną małżonkę. W zeszłym roku znalazłam ciało ich córki.

– Pamięta pani– Odpowiedział jakby potrzebował potwierdzenia. Po tym nastała chwila ciszy. Gdy znów się odezwał mówił już spokojniejszym głosem jakby moja pamięć była najważniejszą sprawą z jaką dzwonił.– Chciałbym spytać czy nie zechciałaby pani zrobić dla mnie i małżonki jeszcze jednej rzeczy… Oczywiście za opłatą.

Zmarszczyłam brwi. Znalazłam ciało, a policja wyjaśniła przyczynę śmierci. Jedyne czego nie udało się dowiedzieć ani mi ani policji to tego kim był sprawca tragedii… Chyba ojciec Mai nie oczekiwał, że będę się uganiać za jakimś szaleńcem?

– O co chodzi?

– Wolałbym… wolałbym porozmawiać z panią w cztery oczy.– Wahanie w jego głosie podsunęło mi myśl, że wcale nie chce mi zlecić nałożenia czaru ochronnego na dom.

– Proszę pana, powiedzenie mi tego teraz i potem raczej nie zrobi różnicy, a ja nie mam teraz zbyt wiele czasu.– W słuchawce rozległo się głośne westchnienie.

– Może pani chwilkę zaczekać?

– Jasne– Odpowiedziałam i niezadowolona stałam z telefonem przy uchu. W słuchawce usłyszałam jakieś oddalone głowy, ale niespecjalnie mnie interesowało czego dotyczy rozmowa po drugiej stronie i nie podsłuchiwałam.

– Jestem– Znowu odezwał się męski głos. Trwało to jakieś pięć minut zanim wróciliśmy do rozmowy.– Chodzi o to, że chciałbym wraz z małżonką prosić o pomoc w wskrzeszeniu Mai… chcielibyśmy z nią porozmawiać…

Tym razem to ja westchnęłam nawet nie próbując się z tym kryć.

– Mówiłam już wcześniej, że nie jestem nekromantką i nie znam nekromagii na tyle dobrze żeby być w stanie wskrzesić kogokolwiek. Musi pan z małżonką poszukać nekromanty, ja nie odbyłam odpowiednich nauk i raczej tylko pogorszyłabym sprawę.– O ile trupowi można zrobić coś gorszego, dodałam w myślach.

– Nie mogłaby pani chociaż spróbować? Mamy już odpowiednie papiery zezwalające…

– Lepiej będzie jak poszuka pan jakiegoś nekromanty– Ucięłam jego wypowiedź.

– Jest pani pewna? Mamy pieniądze…

– Proszę pana, powtórzę jeszcze raz, tu nie chodzi o pieniądze, ale o to, że nie jestem odpowiednio wykształcona. Znam się na innym rodzaju magii i w tym wypadku mogłabym co najwyżej zaszkodzić. Radzę znaleźć kontakt do Konwentu w Duluth, a oni już państwu pomogą. Do usłyszenia.

Rozłączyłam się zanim zdążył dodać cokolwiek i spojrzałam na zegarek.

– Jasna cholera! Powinnam być w pracy!

Jak na zawołanie zadzwoniła moja komórka, z wyświetlonym numerem mojego szefa. Wiedziałam, że mnie nie wyleje, ale i tak nie czekała mnie miła rozmowa. Nie mam zbyt wielu znajomych i nie czuję się dobrze gdy zawodzę tą nieliczną garstkę, która wytrwała u mojego boku.

– Mogę się wytłumaczyć…– Zaczęłam, ale czart nie dał mi skończyć.

– Ja ci mówię, że masz się trzymać z dala od kłopotów, a ty pchasz w nie nosa głębiej!- Nawet przez słuchawkę wyczułam jego irytację. Czułam się jak małe dziecko karcone przez rodzica.– Dziewczyno czy ci trzeba smycz założyć żebyś w końcu zmądrzała? Miałaś się trzymać blisko przyjaciół!- Nie pamiętam żebym kiedykolwiek słyszała go tak rozłoszczonego. Sprawa musi być poważniejsza niż sam wcześniej przyznał.

– Był tam James, nie złamałam obietnicy…– Broniłam się mając jednocześnie przed oczami widok Jamesa w bokserkach.

– Tak to nie będzie. Dzisiaj zostań w domu. Już ja porozmawiam sobie z tym wampirem.  Widać ktoś musi zadbać o twój tyłek skoro sama nie potrafisz.– I rozłączył się nie czekając na moją odpowiedź. Zawsze tak robił.

Nie lubię gdy ktoś stara mi się coś narzucić, ale musiałam przyznać Estenowi. W mieście pojawił się ktoś kto zna czarną magię, a nie bez przyczyny większość wolała trzymać się od niej z daleka. Nie była to magia zakazana, właściwie jest niewiele zaklęć, użyciem których można przypłacić bardzo wysoką cenę. Czarna magia po prostu wymagała dużej ilości paskudnych czynów, wymagał również więcej od swojego użytkownika. Nie oznacza to jednak, że każdy kto jej używa jest od razu zły i niedobry i trzeba go od razu zabić odcinając głowę i wyrywając serce. Są na świecie magowie, którzy używają tej magii do dobrych celów. Sama raz użyłam zaklęcia z pogranicza czarnej. Nie było to dla mnie przyjemne doświadczenie, ale czasami inaczej się nie da.

Opadłam z powrotem na poduszki, a John objął mnie ramieniem. Wiedział już o magu, ale mógł się tylko domyślać co oznacza jego obecność w mieście dla osób z mojego gatunku. Facet jest silny i dlatego nie mam zamiaru go szukać i próbować unieszkodliwić. W mieście jest kilka osób od mnie silniejszych i to one powinny się zająć ochroną naszej społeczności. Teraz pozostało przekonać o tym kilka osób z mojego otoczenia.

– Może ci coś odgrzać?– Spytałam gdy zaburczało mu w brzuchu, po czym mój własny żołądek postanowił mnie zdradzić i też zawołał o pomoc.

– Chyba chciałaś powiedzieć nam?

– To zamówię pizzę. Zapasy są u mnie na wyczerpaniu, a nie chce mi się gotować czegoś od nowa.

Złapałam za telefon i wykręciłam numer do pizzeri, która swoją siedzibę miała po drugiej strony ulicy.  No co? Jestem kontuzjowana i dopadła mnie powszechna choroba lenistwa. W końcu od czego mają dostawców? Złożyliśmy się pieniędzmi i zostawiając demona samego poczłapałam do pokoju po ubranie na zmianę i poszłam się wykąpać. Chciałam jak najszybciej pozbyć się resztek aury maga, a woda bardzo przy tym pomagała. Czułam się brudna, zupełnie jakbym wpadła w błoto i chodziła z brudną skórą przez cały dzień.

Woda okazała się zbawienna. Mimowolnie zaczęłam się zastanawiać jakim cudem James wytrzymał przy mnie całą noc, skoro ja ledwo wytrzymywałam we własnej skórze? Wytarłam się różowym ręcznikiem z napisem „ I’m sexy and I knowi t”, który dostałam w zeszłym roku na urodziny od John’a, ubrałam się w granatową bluzkę i czarne spodnie i rozczesując mokre włosy wróciłam do salonu.

John w tym czasie wyciągnął z szafki dwie szklanki z truskawkami i nalał do nich soku pomarańczowego– jedynego jakiego miałam. Pizza przyszła jak byłam w łazience i teraz leżała uroczyście na środku stołu. Demon nie czekał na mnie i już zajadał się pierwszym kawałkiem. Pewnie miał taki nawał pracy, że nie miał czasu zjeść coś porządniejszego.

Próbowałam się odprężyć jak on oglądając „ Ed, Edd i Eddie”, ale nie dawało mi spokoju nocne wydarzenie. Dlaczego zainteresował się akurat mną skoro w klubie było więcej magicznych? Dlatego, że znam James’a? Skąd by o tym wiedział? Może ma wtyki w klubie… To oznaczałoby, że w klanie James’a jest zdrajca. Jednak nie mam nawet pewności co do tego czy czarnoksiężnik wybrał mnie przypadkowo czy celowo, więc wolałam na razie zachować dla siebie swoje podejrzenia. Zbytnia wylewność zwykle szkodzi bardziej niż chwila milczenia.

– Słonko, słyszałaś co do ciebie mówiłem?– Spojrzałam na John’a. Gdzieś w głębi mojego umysłu słyszałam, że coś do mnie mówił, jednak mój mózg niczego nie zarejestrował. Westchnął. – Pytałem czy idziesz na spotkanie Konwentu dzisiaj?

– A ty skąd wiesz, że dzisiaj odbywa się zebranie?

– Spotykam się od jakiegoś czasu z jedną z czarownic.

– Którą?– Rzuciłam z ciekawością.

– Anastazją

– Nie znam jej.– Odpowiedziałam szczerze po chwili.

– Bo nie chodzisz na zebrania, jest w mieście od pół roku.

– Nie chodzę, bo zachowuję status „samotnej czarownicy”, nie wchodzę w skład żadnego Konwentu.– Powiedziałam po raz kolejny odkąd się znamy. Mówiłam to też już z milion razy miejscowemu Konwentowi, a on i tak nie daje za wygraną i ciągle mnie zapraszają na swoje spotkania. Są gorsi od tych fanatyków religijnych, który regularnie mnie odwiedzają i wysyłają pogróżki.

-Powinnaś zacząć chodzić, to da ci sprzymierzeńców

– Mam sprzymierzeńców w kraju– I jednego dłużnika krwi, ale tego nie powiedziałam już głośno. Takimi rzeczami lepiej się nie chwalić nawet przed osobami, którym się ufa.– Prościej mówiąc, występuje konflikt interesów.

Telefon zadzwonił kolejny raz. Mamy dziś ruch większy niż ci z seksu przez słuchawkę, czy jak się oni tam nazywają. Raz musiałam zadzwonić na taki numer jak przegrałam zakład. Do tej pory nie rozumiem jak można się podniecić słuchając jak do ucha dyszy ci facet. Albo moje niezrozumienie płynie z faktu, że trafiłam na laika albo jestem istotą niezdolną do wzniosłych uczuć. Tak czy siak, straciłam tylko niepotrzebnie czas i pieniądze.

John odebrał i jak to miał w zwyczaju zaczął chodzić po pokoju słuchając monologu. Jego mina stawała się coraz bardziej ponura w miarę jak rozmowa się rozwijała. Mogłam tylko zgadywać, że rozmawia z jednym ze swoich podwładnych. Miałam też nadzieję, że dotyczy to ciała młodego czarownika, a nie czegoś nowego. Jednak moja nadzieja jak zwykle mnie zawiodła. Ze strzępek informacji i pytań jakie zadawał demon wywnioskowałam, że doszło do kolejnego morderstwa.

– Mamy kolejne ciało– Powiedział potwierdzając moje przypuszczenia.

– Gdzie?

– W Alei Totemów– Odpowiedział.

Zmarszczyłam brwi w uczuciu niesmaku. Aleja Totemów była świętym miejscem okolicznych plemion Indian oraz ich szamanów. Podobno gdy umiera stary szaman, a duchy wybierają nowego musi on odbyć samotną wędrówkę do Pustki, jest to miejsce będące swoistą magiczną próżnią, gdzie każda magia przestaje działać. Dlatego jeżeli ma się sto lat, to lepiej tam nie zaglądać, bo niewiele zostaje z takich śmiałków… Właśnie, jak John, mając sto trzynaście lat, wejdzie na zakazany dla niego teren? Spytałam go o to.

– Nie wejdę– Odpowiedział krótko– Ty musisz to zrobić

– Niewiele ci pomogę, w Pustce każdy jest zwykłym śmiertelnikiem.

– Ale posłuchają cię gdy każesz wynieść ciało poza teren bez chwili zwłoki. Ja co najwyżej stanę się drugim trupem jeżeli przekroczę granicę.

– Dobrze, pomogę ci– Od początku byłam gotowa z nim jechać, zrobiłabym to nawet gdyby zaprotestował. Po nocnej przygodzie chciałam się dowiedzieć, czy ta kreatura jest odpowiedzialna za morderstwa, czy też zamiast jednego kłopotu musimy się zmierzyć z dwoma.

Zostawiłam naczynia do posprzątania Johnowi ,a sama zabrałam się za szybką „poranną” toaletę, co w moim stanie wyglądało jakbym się zataczał po suto zakrapianej imprezie. Nawet wciągnięcie spodni zajęło mi dwa razy więcej czasu niż zwykle. Wkurzało mnie to. To, że dałam się tak podejść, że gdyby nie James to ta kreatura mogłaby zrobić ze mną co by tylko chciała, ale najbardziej dręczyła mnie myśl, że byłam taka bezsilna. Przypominało mi to o rzeczach, o których wolałam zapomnieć. O bliznach na ciele mogłam zapomnieć gdy przestawałam się im przyglądać, ale to co pozostaje w głowie, nigdy tak naprawdę jej nie opuszcza i atakuje wtedy gdy padną wszystkie mury.

Potrząsnęłam głową w nadziei, że to jakimś magicznym sposobem wygna z mojej głowy ponure myśli. Niestety, nic to nie dało. Musiałam się czymś zająć, coś zrobić, coś co wymagałoby od mnie myślenia.  Nie mogłam siedzieć bezczynnie i poddawać się przeszłości, którą miałam nadzieję zostawić już za sobą.

Wzięłam torbę, w której wciąż leżał sztylet i pistolet i wrzuciłam do niego resztę podstawowych rzeczy, z którymi żadna szanująca się istota nie rusza się z domu. Oczywiście miałam na myśli klucze i portfel. Wstałam jak miss pokrak i wróciłam do salonu. John już skończył czytać i stał przy drzwiach z ostatnią paczką chipsów jaka znajdowała się w mieszkaniu. Ostatnią. Paczką. Moją. Będzie musiał ją odkupić.

Dokuśtykałam do drzwi i wyszliśmy z mieszkania. Lewa noga bolała mnie mniej niż prawa, więc starałam się utrzymywać większość ciężaru na niej. John podał mi ramię żeby łatwiej mi się schodziło. Z początku chciał mnie znieść, ale zaprotestowałam. Im więcej będę chodzić tym szybciej przestanie mi dokuczać ból. Nawet przytępianie go niewiele dawało, a nie mogłam się całkowicie znieczulić, bo miałabym nogi z galarety. Dosłownie. Na szczęście niemożność ustania na jednej nodze dłużej niż kilka sekund poskutkowało tym, że zleciałam na parter niczym rakieta i tylko John powstrzymał mnie przed pocałowaniem podłogi. Dalej poszło wszystko o wiele gładziej. John prowadził, więc mogłam w spokoju zacząć marudzić na swój stan. Wiem, że to okropne, ale cóż zrobić? Każdy miewa czasem chwilę słabości.

John jechał, jak na policjanta przystało, przepisowo, czyli zupełnie inaczej niż ja. Sama już nie wiem ile moich mandatów przeleciało przez jego ręce. Mógłby zapewne mieć z nich całkiem niezły album… a może ma? Nie zdziwiłoby mnie to zbytnio. Miałam zdecydowanie za ciężką nogę do samochodu.

Gdy dojechaliśmy na miejsce pogoda się popsuła. Niebo zaszło grubymi chmurami zwiastującymi burzę. Momentalnie poczułam się jak w kiepskim horrorze. Cała sceneria temu sprzyjała. Otoczenie jak z małego, zapomnianego przez świat miasteczka, na obrzeżach którego znajdowało się niewielkie wzgórze obstawione totemami ilością których mogłoby konkurować z Górą Krzyży. Dodajmy do tego policyjne wozy i dziewczynę, która zaraz ma wejść w miejsce przypominające cmentarz. Aż chciałoby się krzyczeć do telewizora „ Nie idź tam idiotko!”. Jednak ja nie mogłam sobie pozwolić na luksus ominięcia miejsca, które w niebezpieczeństwie mogłoby stanowić zarówno schronienie jak i pułapkę. Z własnej woli nikt oprócz szamanów nie zapuszczał się nawet w pobliże podobnych miejsc.

Wysiadłam z samochodu i idąc obok Johna podeszłam do najbliższego policjanta. Okazał się nim młody chłopak, dla którego demon był niemal bogiem. Chodził za nim krok w krok za każdym razem gdy zjawiałam się na komendzie.

– Makarov, co się tam dzieje?– Spytał demon gdy tylko młodzik nas zauważył.

– Jedna starsza pani widziała jak ktoś wlókł ciało w stronę Alei Totemów. Mówiła, że nie chciała sprawdzać co się dzieje, bo się bała i zadzwoniła po nas jak tylko wróciła do domu. Sprawdziliśmy to i rzeczywiście, znaleźliśmy zwłoki na szczycie wzgórza. Należą do kobiety, ale… – Zbladł.– Ale, skóra z jej twarzy została zdarta…

Chłopak zbladł jeszcze bardziej. Nic dziwnego, nawet najwytrwalszych może powalić widok zmasakrowanego ciała. Punkt dla niego, że nie zwymiotował.

– Gdzie jest teraz ta kobieta?

– Mieszka w pierwszym domu na lewo– Wskazał dom oddalony od nas o jakiś kilometr rozpoczynający pierwszą ulicę w mieście od strony zachodniej.– Są z nią dwaj funkcjonariusze.

– Alex, weź moją odznakę na wszelki wypadek i sprawdź co się tam dzieje, każ im sprowadzić ciało poza teren szamanów. Jeszcze nam tylko brakuje ich klątw. Jak by były jakieś kłopoty to będę w domu świadka.

Zgodziłam się bez wahania, bo to był jedyny sposób żeby bez podejrzeń nie musiał wchodzić na zakazany dla niego teren. Jednak nawet mnie nie uśmiechała się perspektywa wejścia na teren szamanów. Jak każdy, byłam zbyt przywiązana do magii i idących z nią korzyści. Nagłe odcięcie od jej źródła przerażało mnie.

– Mógłbyś w końcu załatwić mi własną.

Wzięłam podaną mi odznakę i ruszyłam w stronę pierwszych totemów. Wyglądały na całkiem nowe, najstarsze znajdowały się na środku wzgórza. Każdy z nich oznaczał kolejnego zmarłego członka plemienia i kolejne odbicie duszy, która wywędrowała na drugi świat. Właśnie w takich miejscach występowało najdziwniejsze zjawisko świata. Pomimo magicznej pustki jaka tutaj powstała, jakimś cudem część dusz lub ich odbić nadal mogła tędy wędrować. Normalnie każda istota niematerialna potrzebowały energii żeby móc pojawić się na rzeczywistym świecie. Tutaj powstała jakaś dziwna anomalia, która zaprzeczała wszelkim zasadą.

Stanęłam przed granicą wyznaczoną przez dwa malutkie totemy i wzięłam kilka głębszych oddechów. Nawet niemagiczni czują się nieswojo na tym terenie, to co dopiero ma powiedzieć ktoś, kto całe życie się nią posługuje? Nadal się wahałam, ale wiedziałam, że to jedna z tych rzeczy, od których się nie wywinę, więc wyciągnęłam nogę żeby przekroczyć próg jednym dużym krokiem i z spiętymi mięśniami stanęłam na terenie Pustki.

Poczułam się jakbym wskoczyła do wody bez nabrania wcześniej powietrza. Przez chwilę nie mogłam oddychać, przed oczami mi zawirowało. Miałam wrażenie jakby każdy ruch wymagał od mnie użycia większej siły. Jak ktoś z własnej woli chciałby tutaj zaglądać? Wydawało mi się jakby nagle ziemia zaczęła mnie przyciągać mocniej niż zwykle.

– Dobrze się pani czuje?– Spytał za mną Makarov.

Złapałam kilka oddechów i uspokoiłam się.

– Tak, nic mi nie jest.– Odpowiedziałam chociaż nieprzyjemny uścisk wciąż pozostał. Na świecie jest tak niewiele miejsc i rzeczy zdolnych powstrzymać magię i właśnie ja dobrowolnie przekroczyłam próg jednego z takich miejsc.

Ruszyłam między totemami wyszukując najlepszą drogę na szczyt. Nie było tu jednolitej ścieżki, rzeźby wyrastały w przypadkowych miejscach, więc należało nieźle lawirować ciałem żeby nie potrącić którejś. A nie chciałam rozgniewać jakiejś duszy. Jeszcze trafię na dawnego szamana i będę miała zdrowo przechlapane. Mało kto jest zdolny uciec przed zemstą umarłych. Nawet teraz gdzieniegdzie widziałam zarysy postaci stojące lub przemykające od jednego totemu do drugiego. Starałam się nie zwracać na nie uwagi żeby one również nieinteresowany się mną bardziej niż to konieczne.

Przy szczycie dostrzegłam zbiegowisko policjantów. Wszyscy kręcili się nerwowo wokół zapewne okrążając ciało. Kilku już mnie dostrzegło i rozpoznało, bo odstąpili robiąc mi miejsce. Wszyscy byli bladzi, kilku się pociło i nie wiedziało co robić z rękoma, więc miętosili rzeczy, które akurat mieli przy sobie. Spojrzałam w dół w miejsce, które każde z nich unikało wzrokiem. Wzdrygnęłam się. Ciało faktycznie należało do kobiety. Skóra z twarzy została całkowicie zdjęta. Widać, że skalpowaniem zajmował się ktoś z wprawą, bo krawędzie na szyi i przy uszach były równiutkie. Z twarzy patrzyły zielone oczy nienaturalnie wyglądające na tle zakrwawionych mięśni. Młody policjant zapomniał wspomnieć, że prócz skóry kobieta straciła również wszystkie zęby i teraz w dziąsłach ziała cała siatka dziur. Brakowało u niej również innych ran mogących pomóc w dojściu do przyczyny śmierci, a wątpiłam żeby cokolwiek dało się znaleźć po wyjściu z Alei. Magiczne ślady zniknęły bezpowrotnie.

-Wynieście ciało poza teren, tutaj lepiej nie zostawać zbyt długo jeśli to niekonieczne.

– Gdzie pan komendant?– Spytał blondyn stojący po mojej prawej.

– U świadka, kazał mi sprawdzić jak wam tutaj idzie, a ja mówię, że lepiej nie drażnić istot tutaj mieszkających chyba, że chcecie aby na wasze rodziny spadły wielopokoleniowe klątwy.– Mówiąc to wcale nie musiałam się starać żeby zabrzmiało to poważnie.

– Nie ma tu niczego co mogłoby nam zagrozić– Powiedział z butom na oko trzydziestoletni mężczyzna.

– Zdziwiłbyś się kolego ile istot w tej chwili kręci się wokół ciebie.– Odpowiedziałam starając się przybrać złowieszczy ton i wpatrując się w totem ponad ramieniem tamtego. Miałam nadzieję, że pomyśli, że wpatruję się w ową istotę. Udało się i facet spojrzał za siebie.– To jak będzie z tym wynoszeniem ciała?

– Punkt dla ciebie czarownico.

Stałam i patrzyłam jak chłopaki zawijają zwłoki w tradycyjny czarny worek. Teraz czekała ich ciężki powrót. Będą musieli się bardzo postarać żeby nie potrącić żadnego totemu.

– Mogłabyś rzucić jakiś czar, który pomógłby nam przenieść zwłoki?

– Tutaj nic to nie da, to strefa Pustki.– Odpowiedziałam nie sprawdzając czy zrozumieli.

Przeszłam się wokół miejsca, w którym leżało ciało kobiety licząc na to, że znajdę coś co przeoczyli policjanci. W końcu miałam większe doświadczenie w sprawach paranormalnych niż którykolwiek z nich, prawda? Może powinnam podrzucić Johnowi sprowadzenia tutaj takiego speca? Czytałam kiedyś, ze na jednym z uniwersytetów otworzyli nawet specjalny kierunek studiów. Tylko ludzie mogli wpaść na taki pomysł… Chociaż z drugiej strony to nie głupie, mało który nadnaturalny chce zwracać na siebie uwagę i pomaga policji, a tak będą mieć speca, któremu będą mogli w pełni zaufać.

Zajrzałam za poszczególne totemy w poszukiwaniu jakiegoś przedmiotu, który morderca mógł nieopatrznie zgubić. Ciało raczej nie dostarczy zbyt wielu informacji, ale przedmiot mógłby coś wyjaśnić, zwłaszcza jeżeli byłby to przedmiot, który długo trzymał przy swoim ciele. Ku mojemu rozczarowaniu przez pierwszych kilka minut nic nie mogłam znaleźć, aż natrafiłam na kartkę leżącą za złamaną rzeźbą.  Była równo złożona i przygwożdżona do ziemi pierścionkiem, który zawieszony był na zwykłym sznurku. Szaman nie położyłby tutaj czegoś takiego, oni informacje zostawiają na kawałku skóry. Jak grupa wyszkolonych policjantów mogła przeoczyć tak widoczną rzecz?

Podniosłam kartkę bez obaw o ewentualne zaklęcia je otaczające, w tym miejscu nie miały one mocy. Przyglądałam się przez chwilę pierścionkowi. Wyglądał jak zwykła obrączka, był tylko odrobinę grubszy. Schowałam go do tylnej kieszeni spodni i otworzyłam kartkę. Na samym środku pięknie stylizowanym pismem było napisane:

mogę zmienić słowa,

zmienić kolory, 

ale nigdy nie poprawię

uczuć - 

moich do Ciebie.

One zawsze będą

niepoprawne…

 

Mocno się rozczarowałam gdy przeczytałam wiadomość. Wyglądało na to, że kartkę zostawił tu ktoś zraniony. Mogłoby to tłumaczyć obecność obrączki. Najpewniej jakiś człowiek zebrał się na odwagę i zostawił tutaj wiadomość. Mimo to kartkę również schowałam do kieszeni i pospieszyłam za policjantami. Nie chciałam tu zostawać dłużej niż to konieczne. Granicę Alei niemal przebiegłam i uśmiechnęłam się gdy tak dobrze znana mi magia znów mnie otoczyła. Nie mogłam się powstrzymać i pstryknęłam palcami wywołując iskry. Był to niezbity dowód, że moje zdolności ponownie do mnie wróciły.

Wciąż się uśmiechając podeszłam do worka z ciałem, które już zapakowano do wozu. Dla pewności chciałam sprawdzić czy totemy faktycznie wyssały z niego wszystko. Pewnie z tym uśmiechem wyglądałam na zdrowo kopniętą, ale już dawno przestałam się przejmować opinią innych. Już samo bycie czarownicą dawało mi metkę nie do końca normalnej.

 Przesunęłam zamek worka i do moich nozdrzy dotarł zapach rozkładającego się ciała. Fuj! Wcześniej byłam chyba zbyt przejęta żeby to zauważyć, ale teraz, w ciasnym pomieszczeniu odór zaatakował z pełnią swej mocy. W takich chwilach pozostawałam pełna współczucia dla nekromantów. Zawiesiłam dłoń jak najniżej ciała kobiety starając się nie dotknąć mięśni i zamknęłam oczy. Nic nie wyczułam, było tak samo jak z ciałami, z których magia zdążyła wyparować. Zresztą tego się spodziewałam, nie widziałam nawet strzępka aury, więc od początku nie było na co liczyć. Po prostu profesjonalizm kazał mi sprawdzić wszystko dokładnie.

Z powrotem zasunęłam suwak ukrywając makabryczną twarz. Nie chciałabym tak odjeść, nie ważne czy czułabym wcześniej ból czy nie, wolałabym żeby moje ciało pozostało w jednym kawałku aż do spalenia. Wyszłam z wozu dając znak, że można zamknąć drzwi i ruszać.

– Gdzie jest Komendant?– Spytałam drobniutką policjantkę.

– Rozmawia z koronerem, powinien być przy jego wozie.

Jeżeli sprawę prowadził ten sam koroner co zawsze, znaczyło, że powinnam zacząć szukać czerwonego samochodu. Zmieniał auta jak rękawiczki, ale zawsze miały one ten sam kolor. Im głębsza czerwień tym lepiej. Rozejrzałam się ze swojego stanowiska, ale widok stanowiły wyłącznie wozy policyjne. Ruszyłam w stronę drogi licząc na to, że koroner dotarł dość późno i jest gdzieś przy trasie. Stanęłam na asfalcie i się rozejrzałam. Silny wiatr ciągnący za sobą burzowe chmury uderzał moimi włosami w twarz utrudniając widzenie. Gdzieś daleko uderzył grzmot. Mimowolnie przypomniała mi się legenda o tym, że każda burza jest pamiątką po śmierci ulubieńca bogów i każda z nich przybywa w dniu śmierci danego bohatera. Taka opowiastka dla małych dzieci. Sama usłyszałam ją po raz pierwszy gdy miałam jakieś sześć lat.

W końcu dostrzegłam ciemne włosy demona stojącego obok niskiego grubaska z ogromnymi wąsami. Był to nie kto inny a koroner z Crystal Fall. Obrzydliwie bogaty człowiek, ale jednocześnie najmilszy człowiek jakiego znałam. Idealnie pasował do powiedzenia „jak do rany przyłóż”. Kiedy go pierwszy raz spotkałam myślałam, że John mnie wkręca mówiąc o jego zawodzie.

Podeszłam do nich obejmując się ramionami. Wiatr stał się zimny i zapowiadała się jedna z gorszych nawałnic, a ja nie miałam z sobą niczego cieplejszego. Dodatkowo po wyjściu z Pustki nogi znów zaczęły mnie boleć.

Obaj panowie odwrócili się w moją stronę gdy do nich podeszłam. Fredric Corsa, bo tak nazywał się koroner uśmiechnął się na mój widok i ująwszy moją dłoń pokłonił się i złożył na niej pocałunek. Facet totalnie z innej epoki.

– Witam panno Marr, miło panienkę widzieć.

– Dzień dobry panie Corsa, mnie również miło pana widzieć.– Odpowiedziałam szczerze.– O czym to panowie rozmawiali?

– O tych dziwnych morderstwach, najpierw ciało bez oczu, potem oskalpowana twarz. Zastanawia mnie kto zadaje sobie tyle trudu zamiast po prostu zastrzelić lub zaczarować.

– Widocznie ma ku temu jakiś powód.

– Dowiedziałaś się czegoś?– Rzucił bez ogródek John.

– Nic. Pustka pozbawiła ciało wszelkiej magii, jeżeli chciałbyś się dowiedzieć teraz czegokolwiek od trupa musiałbyś wezwać nekromantę… Chociaż nawet to mogłoby nie pomóc, Pustka ma dziwne działanie i być może zrobiła z ciała obiekt sobie podobny.– Postanowiłam na chwilę zachować dla siebie informację o kartce, chciałam ją najpierw sama przeskanować i zyskać stuprocentową pewność, że nie ma ona nic wspólnego z morderstwami.

– To znaczy?– Spytał Corsa

– To znaczy, że nie da się na nie zadziałać magią, dopóki rysownicy nie stworzą portretu ofiary nie dowiemy się nawet kim była i czy należała do jednej z ras nadnaturalnych.

– Jeszcze gorzej niż za pierwszym razem.– Mruknął John. Wyglądał na wyczerpanego, sprawa musiała go męczyć bardziej niż reszta. Zresztą nic w tym dziwnego, rzadko dochodzi do morderstw na nadnaturalnych, a jak już dochodzi to zwykle sprawa sama się wyjaśnia po kilku dniach, a nawet godzinach.

– Pozwolicie państwo, że was zostawię, muszę się zająć ofiarą.

Wraz z Johnem kiwnęłam potakująco głową. Odczekałam chwilę aż się oddalił zanim powiedziałam Johnowi o swoim znalezisku, treści na kartce i moich przypuszczeniach. Dopiero teraz do mnie dotarło, że moja hipoteza brzmi trochę naciąganie, ale nigdy nic nie wiadomo.

– Nadal to masz?– Spytał

– Oczywiście, w kieszeni.

– Dobrze, zatrzymaj to, potem sprawdzimy kartkę.

– O ile nie stało się z nią to samo co z ciałem.

– O ile nie stało się z nią to samo co z ciałem– Powtórzył. Zamyślił się. Wiatr targał jego włosami. W oddali odezwały się grzmoty, gdzieś na horyzoncie błyskawica przecięła niebo. John też to zauważył.– Znasz legendę o tym skąd się wzięła burza?

– Znam, wcześniej to samo przyszło mi do głowy.

– Chyba mój mózg potrzebuje większej ilości odpoczynku skoro zamiast skupić się na ważnych sprawach przypomina sobie bajki.

– Mój ciągle to robi– Odpowiedziałam przywołując na jego usta uśmiech.– Może wrócimy do mnie? Prześpisz się to więcej wymyślisz.

Potrząsnął głową.

– Muszę wraz z resztą wracać na komendę.

– W takim wypadku zabieram twój wóz, nie mam zamiaru szukać przystanku gdy idzie burza.

– Odbiorę go przy najbliższej okazji– Zgodził się bez protestów– Dokumenty są w wozie. Nie przekrocz tylko prędkości, nie mam zamiaru stać się kolejnym obiektem żartów w pracy.

Zasalutowałam obiecując utrzymać dozwoloną prędkość i pomaszerowałam w stronę samochodu. Nieszczególnie lubiłam prowadzić to auto, zawsze miałam wrażenie, że prowadzę bardzo oporny czołg. Odpaliłam i wyjechałam starając się wypaść wzorowo, w końcu prowadziłam mając obok całą watahę stróżów prawa. Pewnie każdy z nich wynalazłby inny przepis, który rzekomo złamałam.

Skręciłam w stronę miasta oddalając się od burzy jednak nie kierowałam się do mieszkania. Spojrzałam na zegarek na tablicy. Było już po szesnastej, więc istniała możliwość, że James już jest w swoim klubie. Jak nie, to trudno, zadzwonię do niego i go ściągnę.

Przejechałam Ulicę Pubów mijając po drodze ten należący do wampira i skręciłam uliczkę na następnym skrzyżowaniu. Dojazd do parkingów właścicieli nie jest łatwy i gdybym nie wiedziała gdzie się kierować mogłabym nieźle pobłądzić. Dodatkowo ludzie dostrzegłszy nadchodzącą nawałnicę biegali w poszukiwaniu schronienia i zasłaniali widok.

Zajechałam pod drzwi baru i zgasiłam silnik. Właśnie w tej chwili dotarło do mnie, że przecież poprosiłam James’a o zamknięcie klubu na parę dni. Bardziej prawdopodobne, że jest w domu niż tutaj. Mimo to musiałam spróbować go znaleźć, a że byłam już pod klubem postanowiłam nie marnować okazji. Złapałam torbę i wysiadłam z samochodu. Już z daleka dostrzegłam, że runa wciąż zdobiła drzwi.

Zapukałam i kilka sekund później w progu staną wampir. Był to barman, u którego ostatnio zamawiałam drinki.

– Jest James?– Spytałam

– Mistrz jest w tej chwili zajęty rozmową.

– Pytałam czy jest, a nie co robi– Odpyskowałam zanim zdążyłam się pohamować. Znowu.

– Jest w gabinecie, ale nie przyjmie teraz nawet swojej towarzyszki.– Warknął. Dosłownie.

– Towarzyszki? Proszę proszę, ten dzień staje się coraz ciekawszy. – Nie wytrzymałam. Jeszcze brakuje oświadczyn i skrzata z garncem złota. Wtedy będę spełniona.– Przekaż mu, że jak skończy to chciałabym się z nim spotkać, poczekam w samochodzie– Dygnęłam przed wampirem i już miałam się odwrócić gdy tamten się odezwał.

– Stój, Mistrz byłby na mnie zły gdybym się tobą nie zajął– Uśmiechnął się pokazując kły. Zwykle wampiry unikały ich pokazywania chyba, że chciały kogoś przerazić. Ze mną nie pójdzie mu tak ławo.– Zechce panienka wejść?– Odsunął się pokazując ręką na hol.

Uśmiechnęłam się w odpowiedzi. Może i James coś tam nagadał swojej bandzie o mnie, ale to nie znaczy, że nagle zacznę im na tyle ufać, że pozwolę jednemu z nich iść za moimi plecami. Zwłaszcza, że już zdążyłam go sprowokować.

– Ty pierwszy– Odpowiedziałam i nie ruszyłam się z miejsca. Zaszła między nami swego rodzaju walka charakterów, kto ustąpi pierwszy– przegra, a jak wiadomo wśród wampirzej społeczności bezpieczniej jest mieć opinię twardego jeżeli nie chce się skończyć z głową w kuble na śmieci, torsem w rzece, a nogami w miejskiej toalecie. Byłam mocno przywiązana do nóg, a jeszcze bardziej do głowy i nie chciałabym barć z nią rozwodu.

– Alexandra?– Z korytarza dobiegł głos James’a, ale nie odwróciłam wzroku od barmana żeby na niego spojrzeć. Niech on zrobi to pierwszy.– Charon, przepuść ją.– Dodał nieznoszącym sprzeciwu głosem. Znam James’a na tyle żeby mieć pewność co do walki jaka wybuchła między jego wampirem a mną.

Wampir zwany Charonem ( stawiam własne włosy na głowie, ze je sobie wymyślił) niechętnie oderwał od mnie wzrok. Nikt nie powinien lekceważyć słowa Mistrza jeżeli chce dożyć kolejnej nocy. Teraz już bez obaw go wyminęłam i podeszłam do James’a.

– Cóż się stało, że z własnej woli zawitałaś w me skromne progi?– Spytał ucałowawszy moją dłoń na powitanie.

– Mam do ciebie sprawę… a właściwie to pytanie.– Odpowiedziałam– Wejdziemy do twojego gabinetu?

James tylko kiwnął w odpowiedzi głową i otoczywszy mnie ramieniem wprowadził do swojego biura. Tam usiadłam na dużej kanapie pod ścinaną i odruchowo rozejrzałam się.

– Może chcesz coś do picia?

– Nie, przyjechałam tylko na chwilkę.– Wzięłam głębszy oddech.– Dzisiaj znaleziono kolejne ciało, konkretnie to w Alei Totemów. Kobiecie oskalpowano twarz.– Mówiłam jednocześnie przypominając sobie pełny obraz zmasakrowanej twarzy.– Jak zapewne wiesz, w Alei panuje Pustka, nie ma więc szans żeby rozpoznać rasę kobiety.

– Ale podejrzewasz, że była czarownicą?– Spytał bezbłędnie zgadując.

– Tak, chociaż to całkowicie bezpodstawne przypuszczenia. Nie ma jakichkolwiek dowodów, że nią była i dopóki jej rodzina się nie zgłosi nie dowiemy się tego.

– To dlaczego tutaj jesteś?

– Skoro wampiry już raz przekroczyły próg śmierci, to czy byłyby w stanie wyczytać cokolwiek z ciała?

– Przecież sama to potrafisz.

– Nie w tym konkretnym przypadku, Pustka wytarła z ciała wszelką magię, a ja tylko na podstawie niej jestem w stanie cokolwiek wyczytać.

– Mogę kogoś podesłać do demona.

– Dzięki

Milczeliśmy chwilę i wcale mi ta cisza nie ciążyła jak to nieraz bywa.

– To nie było to, po co tu przyjechałaś.– Stwierdził.

– Nie– Odpowiedziałam szczerze.– Sama nie wiem dlaczego tu przyjechałam.

– Doskonale wiesz, tylko się nie przyznasz, nawet przed sobą.

– Idę– Powiedziałam gdy znów zapadła cisza. Nie miałam zamiaru się przed nikim tłumaczyć.

Złapałam torbę i wstałam. James zrobił to samo.

– Pamiętaj, że zawsze możesz się zwrócić do mnie po pomoc.– Powiedział.

Przytaknęłam. Wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć. Niestety należę to tych idiotów, którzy nigdy na nikim nie polegają. Być może to był właśnie mój największy problem. Choćby mi się świat na głowę walił i goniłby mnie Dziki Gon, to i tak bym milczała.

– Wiesz, nie pamiętam kiedy ostatnim razem rozmawialiśmy tyle czasu nie czyniąc sobie przytyków.– Uśmiechnęłam się chcąc mu pokazać, że wszystko jest w porządku, ale po jego minie poznałam, że nie bardzo mi to wyszło.– Było miło, naprawdę.

Pożegnałam się i wyszłam nie czekając na odpowiedź.

***

Gdy zajechałam pod blok zaparkowałam samochód Johna obok własnego. W ten sposób będzie mu go łatwiej znaleźć gdy przyjdzie go odebrać. Wyszłam na zewnątrz i po raz kolejny uderzył we mnie wiatr niosąc ze sobą pierwsze krople deszczu. Chmury zdążyły już całkowicie zasłonić niebo i sprowadziły nieprzyjemny mrok. Pospieszyłam w stronę bloku chcąc jak najszybciej znaleźć się w ciepłym budynku. Byłam już niemal pod drzwiami gdy moją uwagę przykuł ruch w rogu. Odwróciłam się w tamtą stronę, ale gdy niczego nie dostrzegłam złapałam za klamkę i już miałam otwierać gdy przez moje ciało przebiegł dreszcz zwiastujący użycie magii.

Po ostatnich przeżyciach nie miałam najmniejszej ochoty sprawdzać skąd pochodzi uczucie, ale wrodzona ciekawość kazała mi to sprawdzić. Odsunęłam się od budynku żeby nie wychylić się zza samego rogu i w razie co nie dostać łopatom i powoli zbliżyłam się do rogu budynku. Wiedziona instynktem zanim sprawdziłam co się znajduje za ścianą postawiłam wokół siebie bariery… i mogę szczerze powiedzieć, że tylko owa ostrożność sprawiła, że nadal mogłam się cieszyć życiem.

W chwili gdy zauważyłam postać w kapturze, w tarczę uderzył potężny pocisk magii. Siła uderzenia była ogromna. Potknęłam się i przewróciłam. Wzmocniłam ochronę najmocniej jak mogłam żeby się nie osłabić i mieć jeszcze energie na atak. Wypowiedziałam zaklęcie i posłałam w stronę przeciwnika kulę ognia. Ku mojemu rozczarowaniu nie zrobiła ona żadnej szkody w jego obronie. Spróbowałam więc delikatniej. Wysłałam wiązkę energii w celu wyszukania jakiejkolwiek szczeliny w tarczy. Niestety nic nie znalazłam. Kompletnie nic! Żadnej dziury, odprysku czy zadrapania! Nic! Zupełnie jakbym natrafiła na szklaną taflę. W dodatku pancerną.

Moje oczy powędrowały w stronę dwóch postaci opartych o ścianę bloku. Były to dwie kobiety, których głowy bezwładnie opierały się o zakrwawione piersi. Bez sprawdzania ich aur byłam przekonana, że żadna z nich już nie żyje. Nie widziałam natomiast, czego tym razem zostały pozbawione ofiary. Z ilości krwi mogłam zgadywać, że tym razem nie skończyło się na kradzieży skóry i oczu.

Podniosłam wzrok z ciał na twarz wroga. Nie miałam żadnych wątpliwości, że mam do czynienia z tym samym typem co wcześniej w barze. Ta sama złowroga aura, która powodowała, ze po skórze przechodziły ciarki, a włosy stawały dęba. Dlaczego pozwala mi spokojnie się skanować?Ale to nie aura mnie przeraziła, tylko wygląd osobnika. Krzywe zęby zastąpione zostały dwoma rzędami lśniących odpowiedników. Usta nie były już popękane, ale przyjęły miły dla oka kolor różu, a skóra odzyskała dawną barwę.

Trybiki w mojej głowie pracowały jak szalone żeby znaleźć wyjaśnienie tych zmian. Analizowały wszystko co wiedzą o czarnej magii i doszły do bardzo niepokojącego wniosku, bo jeżeli to jest prawda… to nie mam żadnych szans w starciu z tym przeciwnikiem. Jak mam teraz wezwać pomoc?

– Nie spodziewałem się ciebie tak wcześnie. – Z odnowionych ust wyszedł wciąż ten sam ochrypły głos. Nie udało mu się go odnowić? A może się jeszcze za to nie zabrał?

– Co?– Palnęłam. Spodziewał się mnie? Miał nadzieję, ze to zobaczę? Bogowie, dlaczego to zawsze ja mam tak w życiu pod górkę? Czy chociaż raz, tak dla odmiany, nie mogłaby mnie spotkać miła niespodzianka?

– Miałem nadzieję, że zajmiesz się wierszem od mnie.

– Co…– Zaczęłam, ale nie skończyłam. Ten list miał być do mnie?!

Wsunęłam rękę do tylnej kieszeni i złapałam kartkę wraz z sznurkiem, gdy cała moja tarcza pękła, świat zawirował mi przed oczami. Drugi raz tego dnia poczułam jak opuszcza mnie magia. Znów nie mogłam złapać oddechu. Wyrzuciłam sznurek z pierścionkiem jak najdalej od siebie. Martwe włókno. Zawiesił ten przeklęty pierścionek na martwym włóknie! Jak mogłam tego nie zauważyć? Szybko postawiłam ponownie tarczę gdy tylko wróciły mi siły.

– Odrzucasz mój prezent? To niemiłe, na pewno wiesz jak ciężko jest zdobyć skrawek tego cudu.– Roześmiał się chrapliwie. Odrobina śliny wystąpiła mu w kącikach ust.

– Czego chcesz?– Zadałam pytanie, mając nadzieję, że tym razem otrzymam konkretną odpowiedź.

– Naprawdę mnie nie poznajesz?– Rozłożył ramiona i okręcił się. Jakby mogła rozpoznać go po plecach. Ten typ jest kompletnie szalony, a z takimi jest zawsze najgorzej. Gdy milczałam dodał– Eh, szkoda, naprawdę szkoda. Widocznie jeszcze nie czas… tak chyba jeszcze jest za wcześnie. Pozwolisz, że się oddalę i odwiedzę cię później ukochana? Chcę się dobrze przygotować, mam dla ciebie prezent i nie chciałbym żeby coś poszło nie tak jak powinno.

– O czym ty do cholery mówisz?!- Wściekłam się. Nie chcę już nigdy więcej oglądać tego wariata na oczy!

– Tak, chyba przyjdę później…– Wycharczał i odwrócił się do mnie tyłem.

W chwili gdy podnosił zakrwawiony worek leżący między ciałami wykrzyknęłam kolejne zaklęcie. Tym razem posłałam w jego stronę energię uformowaną w błyskawicę. Miałam nadzieję, że bardziej skupiona energia zrobi mu cokolwiek, choćby zadraśnie… ale niestety znowu nic się nie stało. Błyskawica odbiła się od tarczy i z głośnych hukiem uderzyła w ziemię. W dziwnym, na wpół panicznym odruchu wyszukałam w torbie telefon i wybrałam ostatni numer na chybił trafił…

– Tak?

– James…

Potężna dawka energii owinęła się wokół mojej tarczy i napierała na nią ze wszystkich stron. Z każdą chwilą nacisk stawał się coraz mocniejszy. Miejscami tarcza pękała i tylko sekundy dzieliły mnie od jej całkowitego rozpadu, a wtedy najpewniej usmażę się jak kurczak na rożnie.

– Alexandro…!

Odrzuciłam telefon i wyszarpałam z torby Athame. Było moją ostatnią deską ratunku, jeżeli ta magia zawiedzie, mój pogrzeb stanie się faktem dokonanym. Nacięłam przedramię, trochę zbyt mocno, ale w tej chwili miałam to gdzieś. Odrzuciłam sztylet i zamoczyłam jeden z palców we krwi. Niezgrabnie narysowałam na czole okrąg. Wewnątrz namalowałam kropkę, a wokół niej cztery kreski, których końce dotykały okręgu.

– Krwi dająca życie i je odbierająca, przelej magię w krąg i pozwól swej służebnicy korzystać z przywilejów Cór Krwi.– Niemal wyrzuciłam z siebie tradycyjną litanię.

Po przezroczystej tarczy przebiegł nieprzyjemny dźwięk pękającego szkła i obca magia uderzyła we mnie. Krzyknęłam. Zabolało. Bardzo zabolało, ale krąg na moim czole pulsował od magii i nie pozwalał zrobić obcemu nic więcej. Gdybym miała czas narysować krąg wokół siebie, nie poczułabym nawet łaskotek. Miałam wrażenie jakby z każdej strony ktoś wbijał we mnie ostrza. Ból był ogromny, ale przysięgłam sobie, że nie dam mu satysfakcji i nie krzyknę. Otuchy dodawała mi myśl, że jednak jest sposób żeby się przed nim bronić. Mam do dyspozycji moc, z pomocą której może będę w stanie go pokonać.

Z oczu pociekły mi łzy każda cząstka ciała paliła żywym ogniem. Coraz trudniej było mi złapać oddech. Wokół zaczęły tańczyć czarne punkciki. Był to znak, że moje siły były na wyczerpaniu i jeszcze trochę to zemdleję, a wtedy nawet krąg mnie nie uratuje.

Już traciłam nadzieję gdy nacisk zelżał i zaczął maleć stopniowo, aż całkowicie zniknął. Wzięłam głębszy oddech. Wszystko mnie przy tym bolało, ale myśl, że udało mi się przetrwać rekompensowała wszystko.

– Chyba już pójdę, muszę przygotować niespodziankę.

Odwrócił się i odszedł w stronę lasu. Nie miałam sił żeby podnieść rękę, a co dopiero mowa o gonieniu go. Pozwoliłam mu odejść, a mojemu ciału opaść na bruk. Chwilkę jeszcze widziałam dwa ciała gdy mrok całkowicie przesłonił mi widok i zemdlałam.

 

Rozdział 4

Nim otworzyłam oczy do moich nozdrzy dotarł sterylny zapach, taki jaki można wyczuć w szpitalu lub gabinecie dentystycznym. Uchyliłam jedną powiekę i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Ku swojej uldze stwierdziłam, z Skręciłam w stronę miasta oddalając się od burzy jednak nie kierowałam się do mieszkania. Spojrzałam na zegarek na tablicy. Było już po szesnastej, więc istniała możliwość, że James już jest w swoim klubie. Jak nie, to trudno, zadzwonię do niego i go ściągnę.

Przejechałam Ulicę Pubów mijając po drodze ten należący do wampira i skręciłam uliczkę na następnym skrzyżowaniu. Dojazd do parkingów właścicieli nie jest łatwy i gdybym nie wiedziała gdzie się kierować mogłabym nieźle pobłądzić. Dodatkowo ludzie dostrzegłszy nadchodzącą nawałnicę biegali w poszukiwaniu schronienia i zasłaniali widok.

Zajechałam pod drzwi baru i zgasiłam silnik. Właśnie w tej chwili dotarło do mnie, że przecież poprosiłam James’a o zamknięcie klubu na parę dni. Bardziej prawdopodobne, że jest w domu niż tutaj. Mimo to musiałam spróbować go znaleźć, a że byłam już pod klubem postanowiłam nie marnować okazji. Złapałam torbę i wysiadłam z samochodu. Już z daleka dostrzegłam, że runa wciąż zdobiła drzwi.

Zapukałam i kilka sekund później w progu staną wampir. Był to barman, u którego ostatnio zamawiałam drinki.

– Jest James?– Spytałam

– Mistrz jest w tej chwili zajęty rozmową.

– Pytałam czy jest, a nie co robi– Odpyskowałam zanim zdążyłam się pohamować. Znowu.

– Jest w gabinecie, ale nie przyjmie teraz nawet swojej towarzyszki.– Warknął. Dosłownie.

– Towarzyszki? Proszę proszę, ten dzień staje się coraz ciekawszy. – Nie wytrzymałam. Jeszcze brakuje oświadczyn i skrzata z garncem złota. Wtedy będę spełniona.– Przekaż mu, że jak skończy to chciałabym się z nim spotkać, poczekam w samochodzie– Dygnęłam przed wampirem i już miałam się odwrócić gdy tamten się odezwał.

– Stój, Mistrz byłby na mnie zły gdybym się tobą nie zajął– Uśmiechnął się pokazując kły. Zwykle wampiry unikały ich pokazywania chyba, że chciały kogoś przerazić. Ze mną nie pójdzie mu tak ławo.– Zechce panienka wejść?– Odsunął się pokazując ręką na hol.

Uśmiechnęłam się w odpowiedzi. Może i James coś tam nagadał swojej bandzie o mnie, ale to nie znaczy, że nagle zacznę im na tyle ufać, że pozwolę jednemu z nich iść za moimi plecami. Zwłaszcza, że już zdążyłam go sprowokować.

– Ty pierwszy– Odpowiedziałam i nie ruszyłam się z miejsca. Zaszła między nami swego rodzaju walka charakterów, kto ustąpi pierwszy– przegra, a jak wiadomo wśród wampirzej społeczności bezpieczniej jest mieć opinię twardego jeżeli nie chce się skończyć z głową w kuble na śmieci, torsem w rzece, a nogami w miejskiej toalecie. Byłam mocno przywiązana do nóg, a jeszcze bardziej do głowy i nie chciałabym barć z nią rozwodu.

– Alexandra?– Z korytarza dobiegł głos James’a, ale nie odwróciłam wzroku od barmana żeby na niego spojrzeć. Niech on zrobi to pierwszy.– Charon, przepuść ją.– Dodał nieznoszącym sprzeciwu głosem. Znam James’a na tyle żeby mieć pewność co do walki jaka wybuchła między jego wampirem a mną.

Wampir zwany Charonem ( stawiam własne włosy na głowie, ze je sobie wymyślił) niechętnie oderwał od mnie wzrok. Nikt nie powinien lekceważyć słowa Mistrza jeżeli chce dożyć kolejnej nocy. Teraz już bez obaw go wyminęłam i podeszłam do James’a.

– Cóż się stało, że z własnej woli zawitałaś w me skromne progi?– Spytał ucałowawszy moją dłoń na powitanie.

– Mam do ciebie sprawę… a właściwie to pytanie.– Odpowiedziałam– Wejdziemy do twojego gabinetu?

James tylko kiwnął w odpowiedzi głową i otoczywszy mnie ramieniem wprowadził do swojego biura. Tam usiadłam na dużej kanapie pod ścinaną i odruchowo rozejrzałam się.

– Może chcesz coś do picia?

– Nie, przyjechałam tylko na chwilkę.– Wzięłam głębszy oddech.– Dzisiaj znaleziono kolejne ciało, konkretnie to w Alei Totemów. Kobiecie oskalpowano twarz.– Mówiłam jednocześnie przypominając sobie pełny obraz zmasakrowanej twarzy.– Jak zapewne wiesz, w Alei panuje Pustka, nie ma więc szans żeby rozpoznać rasę kobiety.

– Ale podejrzewasz, że była czarownicą?– Spytał bezbłędnie zgadując.

– Tak, chociaż to całkowicie bezpodstawne przypuszczenia. Nie ma jakichkolwiek dowodów, że nią była i dopóki jej rodzina się nie zgłosi nie dowiemy się tego.

– To dlaczego tutaj jesteś?

– Skoro wampiry już raz przekroczyły próg śmierci, to czy byłyby w stanie wyczytać cokolwiek z ciała?

– Przecież sama to potrafisz.

– Nie w tym konkretnym przypadku, Pustka wytarła z ciała wszelką magię, a ja tylko na podstawie niej jestem w stanie cokolwiek wyczytać.

– Mogę kogoś podesłać do demona.

– Dzięki

Milczeliśmy chwilę i wcale mi ta cisza nie ciążyła jak to nieraz bywa.

– To nie było to, po co tu przyjechałaś.– Stwierdził.

– Nie– Odpowiedziałam szczerze.– Sama nie wiem dlaczego tu przyjechałam.

– Doskonale wiesz, tylko się nie przyznasz, nawet przed sobą.

– Idę– Powiedziałam gdy znów zapadła cisza. Nie miałam zamiaru się przed nikim tłumaczyć.

Złapałam torbę i wstałam. James zrobił to samo.

– Pamiętaj, że zawsze możesz się zwrócić do mnie po pomoc.– Powiedział.

Przytaknęłam. Wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć. Niestety należę to tych idiotów, którzy nigdy na nikim nie polegają. Być może to był właśnie mój największy problem. Choćby mi się świat na głowę walił i goniłby mnie Dziki Gon, to i tak bym milczała.

– Wiesz, nie pamiętam kiedy ostatnim razem rozmawialiśmy tyle czasu nie czyniąc sobie przytyków.– Uśmiechnęłam się chcąc mu pokazać, że wszystko jest w porządku, ale po jego minie poznałam, że nie bardzo mi to wyszło.– Było miło, naprawdę.

Pożegnałam się i wyszłam nie czekając na odpowiedź.

***

Gdy zajechałam pod blok zaparkowałam samochód Johna obok własnego. W ten sposób będzie mu go łatwiej znaleźć gdy przyjdzie go odebrać. Wyszłam na zewnątrz i po raz kolejny uderzył we mnie wiatr niosąc ze sobą pierwsze krople deszczu. Chmury zdążyły już całkowicie zasłonić niebo i sprowadziły nieprzyjemny mrok. Pospieszyłam w stronę bloku chcąc jak najszybciej znaleźć się w ciepłym budynku. Byłam już niemal pod drzwiami gdy moją uwagę przykuł ruch w rogu. Odwróciłam się w tamtą stronę, ale gdy niczego nie dostrzegłam złapałam za klamkę i już miałam otwierać gdy przez moje ciało przebiegł dreszcz zwiastujący użycie magii.

Po ostatnich przeżyciach nie miałam najmniejszej ochoty sprawdzać skąd pochodzi uczucie, ale wrodzona ciekawość kazała mi to sprawdzić. Odsunęłam się od budynku żeby nie wychylić się zza samego rogu i w razie co nie dostać łopatom i powoli zbliżyłam się do rogu budynku. Wiedziona instynktem zanim sprawdziłam co się znajduje za ścianą postawiłam wokół siebie bariery… i mogę szczerze powiedzieć, że tylko owa ostrożność sprawiła, że nadal mogłam się cieszyć życiem.

W chwili gdy zauważyłam postać w kapturze, w tarczę uderzył potężny pocisk magii. Siła uderzenia była ogromna. Potknęłam się i przewróciłam. Wzmocniłam ochronę najmocniej jak mogłam żeby się nie osłabić i mieć jeszcze energie na atak. Wypowiedziałam zaklęcie i posłałam w stronę przeciwnika kulę ognia. Ku mojemu rozczarowaniu nie zrobiła ona żadnej szkody w jego obronie. Spróbowałam więc delikatniej. Wysłałam wiązkę energii w celu wyszukania jakiejkolwiek szczeliny w tarczy. Niestety nic nie znalazłam. Kompletnie nic! Żadnej dziury, odprysku czy zadrapania! Nic! Zupełnie jakbym natrafiła na szklaną taflę. W dodatku pancerną.

Moje oczy powędrowały w stronę dwóch postaci opartych o ścianę bloku. Były to dwie kobiety, których głowy bezwładnie opierały się o zakrwawione piersi. Bez sprawdzania ich aur byłam przekonana, że żadna z nich już nie żyje. Nie widziałam natomiast, czego tym razem zostały pozbawione ofiary. Z ilości krwi mogłam zgadywać, że tym razem nie skończyło się na kradzieży skóry i oczu.

Podniosłam wzrok z ciał na twarz wroga. Nie miałam żadnych wątpliwości, że mam do czynienia z tym samym typem co wcześniej w barze. Ta sama złowroga aura, która powodowała, ze po skórze przechodziły ciarki, a włosy stawały dęba. Dlaczego pozwala mi spokojnie się skanować?Ale to nie aura mnie przeraziła, tylko wygląd osobnika. Krzywe zęby zastąpione zostały dwoma rzędami lśniących odpowiedników. Usta nie były już popękane, ale przyjęły miły dla oka kolor różu, a skóra odzyskała dawną barwę.

Trybiki w mojej głowie pracowały jak szalone żeby znaleźć wyjaśnienie tych zmian. Analizowały wszystko co wiedzą o czarnej magii i doszły do bardzo niepokojącego wniosku, bo jeżeli to jest prawda… to nie mam żadnych szans w starciu z tym przeciwnikiem. Jak mam teraz wezwać pomoc?

– Nie spodziewałem się ciebie tak wcześnie. – Z odnowionych ust wyszedł wciąż ten sam ochrypły głos. Nie udało mu się go odnowić? A może się jeszcze za to nie zabrał?

– Co?– Palnęłam. Spodziewał się mnie? Miał nadzieję, ze to zobaczę? Bogowie, dlaczego to zawsze ja mam tak w życiu pod górkę? Czy chociaż raz, tak dla odmiany, nie mogłaby mnie spotkać miła niespodzianka?

– Miałem nadzieję, że zajmiesz się wierszem od mnie.

– Co…– Zaczęłam, ale nie skończyłam. Ten list miał być do mnie?!

Wsunęłam rękę do tylnej kieszeni i złapałam kartkę wraz z sznurkiem, gdy cała moja tarcza pękła, świat zawirował mi przed oczami. Drugi raz tego dnia poczułam jak opuszcza mnie magia. Znów nie mogłam złapać oddechu. Wyrzuciłam sznurek z pierścionkiem jak najdalej od siebie. Martwe włókno. Zawiesił ten przeklęty pierścionek na martwym włóknie! Jak mogłam tego nie zauważyć? Szybko postawiłam ponownie tarczę gdy tylko wróciły mi siły.

– Odrzucasz mój prezent? To niemiłe, na pewno wiesz jak ciężko jest zdobyć skrawek tego cudu.– Roześmiał się chrapliwie. Odrobina śliny wystąpiła mu w kącikach ust.

– Czego chcesz?– Zadałam pytanie, mając nadzieję, że tym razem otrzymam konkretną odpowiedź.

– Naprawdę mnie nie poznajesz?– Rozłożył ramiona i okręcił się. Jakby mogła rozpoznać go po plecach. Ten typ jest kompletnie szalony, a z takimi jest zawsze najgorzej. Gdy milczałam dodał– Eh, szkoda, naprawdę szkoda. Widocznie jeszcze nie czas… tak chyba jeszcze jest za wcześnie. Pozwolisz, że się oddalę i odwiedzę cię później ukochana? Chcę się dobrze przygotować, mam dla ciebie prezent i nie chciałbym żeby coś poszło nie tak jak powinno.

– O czym ty do cholery mówisz?!- Wściekłam się. Nie chcę już nigdy więcej oglądać tego wariata na oczy!

– Tak, chyba przyjdę później…– Wycharczał i odwrócił się do mnie tyłem.

W chwili gdy podnosił zakrwawiony worek leżący między ciałami wykrzyknęłam kolejne zaklęcie. Tym razem posłałam w jego stronę energię uformowaną w błyskawicę. Miałam nadzieję, że bardziej skupiona energia zrobi mu cokolwiek, choćby zadraśnie… ale niestety znowu nic się nie stało. Błyskawica odbiła się od tarczy i z głośnych hukiem uderzyła w ziemię. W dziwnym, na wpół panicznym odruchu wyszukałam w torbie telefon i wybrałam ostatni numer na chybił trafił…

– Tak?

– James…

Potężna dawka energii owinęła się wokół mojej tarczy i napierała na nią ze wszystkich stron. Z każdą chwilą nacisk stawał się coraz mocniejszy. Miejscami tarcza pękała i tylko sekundy dzieliły mnie od jej całkowitego rozpadu, a wtedy najpewniej usmażę się jak kurczak na rożnie.

– Alexandro…!

Odrzuciłam telefon i wyszarpałam z torby Athame. Było moją ostatnią deską ratunku, jeżeli ta magia zawiedzie, mój pogrzeb stanie się faktem dokonanym. Nacięłam przedramię, trochę zbyt mocno, ale w tej chwili miałam to gdzieś. Odrzuciłam sztylet i zamoczyłam jeden z palców we krwi. Niezgrabnie narysowałam na czole okrąg. Wewnątrz namalowałam kropkę, a wokół niej cztery kreski, których końce dotykały okręgu.

– Krwi dająca życie i je odbierająca, przelej magię w krąg i pozwól swej służebnicy korzystać z przywilejów Cór Krwi.– Niemal wyrzuciłam z siebie tradycyjną litanię.

Po przezroczystej tarczy przebiegł nieprzyjemny dźwięk pękającego szkła i obca magia uderzyła we mnie. Krzyknęłam. Zabolało. Bardzo zabolało, ale krąg na moim czole pulsował od magii i nie pozwalał zrobić obcemu nic więcej. Gdybym miała czas narysować krąg wokół siebie, nie poczułabym nawet łaskotek. Miałam wrażenie jakby z każdej strony ktoś wbijał we mnie ostrza. Ból był ogromny, ale przysięgłam sobie, że nie dam mu satysfakcji i nie krzyknę. Otuchy dodawała mi myśl, że jednak jest sposób żeby się przed nim bronić. Mam do dyspozycji moc, z pomocą której może będę w stanie go pokonać.

Z oczu pociekły mi łzy każda cząstka ciała paliła żywym ogniem. Coraz trudniej było mi złapać oddech. Wokół zaczęły tańczyć czarne punkciki. Był to znak, że moje siły były na wyczerpaniu i jeszcze trochę to zemdleję, a wtedy nawet krąg mnie nie uratuje.

Już traciłam nadzieję gdy nacisk zelżał i zaczął maleć stopniowo, aż całkowicie zniknął. Wzięłam głębszy oddech. Wszystko mnie przy tym bolało, ale myśl, że udało mi się przetrwać rekompensowała wszystko.

– Chyba już pójdę, muszę przygotować niespodziankę.

Odwrócił się i odszedł w stronę lasu. Nie miałam sił żeby podnieść rękę, a co dopiero mowa o gonieniu go. Pozwoliłam mu odejść, a mojemu ciału opaść na bruk. Skręciłam w stronę miasta oddalając się od burzy jednak nie kierowałam się do mieszkania. Spojrzałam na zegarek na tablicy. Było już po szesnastej, więc istniała możliwość, że James już jest w swoim klubie. Jak nie, to trudno, zadzwonię do niego i go ściągnę.

Przejechałam Ulicę Pubów mijając po drodze ten należący do wampira i skręciłam uliczkę na następnym skrzyżowaniu. Dojazd do parkingów właścicieli nie jest łatwy i gdybym nie wiedziała gdzie się kierować mogłabym nieźle pobłądzić. Dodatkowo ludzie dostrzegłszy nadchodzącą nawałnicę biegali w poszukiwaniu schronienia i zasłaniali widok.

Zajechałam pod drzwi baru i zgasiłam silnik. Właśnie w tej chwili dotarło do mnie, że przecież poprosiłam James’a o zamknięcie klubu na parę dni. Bardziej prawdopodobne, że jest w domu niż tutaj. Mimo to musiałam spróbować go znaleźć, a że byłam już pod klubem postanowiłam nie marnować okazji. Złapałam torbę i wysiadłam z samochodu. Już z daleka dostrzegłam, że runa wciąż zdobiła drzwi.

Zapukałam i kilka sekund później w progu staną wampir. Był to barman, u którego ostatnio zamawiałam drinki.

– Jest James?– Spytałam

– Mistrz jest w tej chwili zajęty rozmową.

– Pytałam czy jest, a nie co robi– Odpyskowałam zanim zdążyłam się pohamować. Znowu.

– Jest w gabinecie, ale nie przyjmie teraz nawet swojej towarzyszki.– Warknął. Dosłownie.

– Towarzyszki? Proszę proszę, ten dzień staje się coraz ciekawszy. – Nie wytrzymałam. Jeszcze brakuje oświadczyn i skrzata z garncem złota. Wtedy będę spełniona.– Przekaż mu, że jak skończy to chciałabym się z nim spotkać, poczekam w samochodzie– Dygnęłam przed wampirem i już miałam się odwrócić gdy tamten się odezwał.

– Stój, Mistrz byłby na mnie zły gdybym się tobą nie zajął– Uśmiechnął się pokazując kły. Zwykle wampiry unikały ich pokazywania chyba, że chciały kogoś przerazić. Ze mną nie pójdzie mu tak ławo.– Zechce panienka wejść?– Odsunął się pokazując ręką na hol.

Uśmiechnęłam się w odpowiedzi. Może i James coś tam nagadał swojej bandzie o mnie, ale to nie znaczy, że nagle zacznę im na tyle ufać, że pozwolę jednemu z nich iść za moimi plecami. Zwłaszcza, że już zdążyłam go sprowokować.

– Ty pierwszy– Odpowiedziałam i nie ruszyłam się z miejsca. Zaszła między nami swego rodzaju walka charakterów, kto ustąpi pierwszy– przegra, a jak wiadomo wśród wampirzej społeczności bezpieczniej jest mieć opinię twardego jeżeli nie chce się skończyć z głową w kuble na śmieci, torsem w rzece, a nogami w miejskiej toalecie. Byłam mocno przywiązana do nóg, a jeszcze bardziej do głowy i nie chciałabym barć z nią rozwodu.

– Alexandra?– Z korytarza dobiegł głos James’a, ale nie odwróciłam wzroku od barmana żeby na niego spojrzeć. Niech on zrobi to pierwszy.– Charon, przepuść ją.– Dodał nieznoszącym sprzeciwu głosem. Znam James’a na tyle żeby mieć pewność co do walki jaka wybuchła między jego wampirem a mną.

Wampir zwany Charonem ( stawiam własne włosy na głowie, ze je sobie wymyślił) niechętnie oderwał od mnie wzrok. Nikt nie powinien lekceważyć słowa Mistrza jeżeli chce dożyć kolejnej nocy. Teraz już bez obaw go wyminęłam i podeszłam do James’a.

– Cóż się stało, że z własnej woli zawitałaś w me skromne progi?– Spytał ucałowawszy moją dłoń na powitanie.

– Mam do ciebie sprawę… a właściwie to pytanie.– Odpowiedziałam– Wejdziemy do twojego gabinetu?

James tylko kiwnął w odpowiedzi głową i otoczywszy mnie ramieniem wprowadził do swojego biura. Tam usiadłam na dużej kanapie pod ścinaną i odruchowo rozejrzałam się.

– Może chcesz coś do picia?

– Nie, przyjechałam tylko na chwilkę.– Wzięłam głębszy oddech.– Dzisiaj znaleziono kolejne ciało, konkretnie to w Alei Totemów. Kobiecie oskalpowano twarz.– Mówiłam jednocześnie przypominając sobie pełny obraz zmasakrowanej twarzy.– Jak zapewne wiesz, w Alei panuje Pustka, nie ma więc szans żeby rozpoznać rasę kobiety.

– Ale podejrzewasz, że była czarownicą?– Spytał bezbłędnie zgadując.

– Tak, chociaż to całkowicie bezpodstawne przypuszczenia. Nie ma jakichkolwiek dowodów, że nią była i dopóki jej rodzina się nie zgłosi nie dowiemy się tego.

– To dlaczego tutaj jesteś?

– Skoro wampiry już raz przekroczyły próg śmierci, to czy byłyby w stanie wyczytać cokolwiek z ciała?

– Przecież sama to potrafisz.

– Nie w tym konkretnym przypadku, Pustka wytarła z ciała wszelką magię, a ja tylko na podstawie niej jestem w stanie cokolwiek wyczytać.

– Mogę kogoś podesłać do demona.

– Dzięki

Milczeliśmy chwilę i wcale mi ta cisza nie ciążyła jak to nieraz bywa.

– To nie było to, po co tu przyjechałaś.– Stwierdził.

– Nie– Odpowiedziałam szczerze.– Sama nie wiem dlaczego tu przyjechałam.

– Doskonale wiesz, tylko się nie przyznasz, nawet przed sobą.

– Idę– Powiedziałam gdy znów zapadła cisza. Nie miałam zamiaru się przed nikim tłumaczyć.

Złapałam torbę i wstałam. James zrobił to samo.

– Pamiętaj, że zawsze możesz się zwrócić do mnie po pomoc.– Powiedział.

Przytaknęłam. Wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć. Niestety należę to tych idiotów, którzy nigdy na nikim nie polegają. Być może to był właśnie mój największy problem. Choćby mi się świat na głowę walił i goniłby mnie Dziki Gon, to i tak bym milczała.

– Wiesz, nie pamiętam kiedy ostatnim razem rozmawialiśmy tyle czasu nie czyniąc sobie przytyków.– Uśmiechnęłam się chcąc mu pokazać, że wszystko jest w porządku, ale po jego minie poznałam, że nie bardzo mi to wyszło.– Było miło, naprawdę.

Pożegnałam się i wyszłam nie czekając na odpowiedź.

***

Gdy zajechałam pod blok zaparkowałam samochód Johna obok własnego. W ten sposób będzie mu go łatwiej znaleźć gdy przyjdzie go odebrać. Wyszłam na zewnątrz i po raz kolejny uderzył we mnie wiatr niosąc ze sobą pierwsze krople deszczu. Chmury zdążyły już całkowicie zasłonić niebo i sprowadziły nieprzyjemny mrok. Pospieszyłam w stronę bloku chcąc jak najszybciej znaleźć się w ciepłym budynku. Byłam już niemal pod drzwiami gdy moją uwagę przykuł ruch w rogu. Odwróciłam się w tamtą stronę, ale gdy niczego nie dostrzegłam złapałam za klamkę i już miałam otwierać gdy przez moje ciało przebiegł dreszcz zwiastujący użycie magii.

Po ostatnich przeżyciach nie miałam najmniejszej ochoty sprawdzać skąd pochodzi uczucie, ale wrodzona ciekawość kazała mi to sprawdzić. Odsunęłam się od budynku żeby nie wychylić się zza samego rogu i w razie co nie dostać łopatom i powoli zbliżyłam się do rogu budynku. Wiedziona instynktem zanim sprawdziłam co się znajduje za ścianą postawiłam wokół siebie bariery… i mogę szczerze powiedzieć, że tylko owa ostrożność sprawiła, że nadal mogłam się cieszyć życiem.

W chwili gdy zauważyłam postać w kapturze, w tarczę uderzył potężny pocisk magii. Siła uderzenia była ogromna. Potknęłam się i przewróciłam. Wzmocniłam ochronę najmocniej jak mogłam żeby się nie osłabić i mieć jeszcze energie na atak. Wypowiedziałam zaklęcie i posłałam w stronę przeciwnika kulę ognia. Ku mojemu rozczarowaniu nie zrobiła ona żadnej szkody w jego obronie. Spróbowałam więc delikatniej. Wysłałam wiązkę energii w celu wyszukania jakiejkolwiek szczeliny w tarczy. Niestety nic nie znalazłam. Kompletnie nic! Żadnej dziury, odprysku czy zadrapania! Nic! Zupełnie jakbym natrafiła na szklaną taflę. W dodatku pancerną.

Moje oczy powędrowały w stronę dwóch postaci opartych o ścianę bloku. Były to dwie kobiety, których głowy bezwładnie opierały się o zakrwawione piersi. Bez sprawdzania ich aur byłam przekonana, że żadna z nich już nie żyje. Nie widziałam natomiast, czego tym razem zostały pozbawione ofiary. Z ilości krwi mogłam zgadywać, że tym razem nie skończyło się na kradzieży skóry i oczu.

Podniosłam wzrok z ciał na twarz wroga. Nie miałam żadnych wątpliwości, że mam do czynienia z tym samym typem co wcześniej w barze. Ta sama złowroga aura, która powodowała, ze po skórze przechodziły ciarki, a włosy stawały dęba. Dlaczego pozwala mi spokojnie się skanować?Ale to nie aura mnie przeraziła, tylko wygląd osobnika. Krzywe zęby zastąpione zostały dwoma rzędami lśniących odpowiedników. Usta nie były już popękane, ale przyjęły miły dla oka kolor różu, a skóra odzyskała dawną barwę.

Trybiki w mojej głowie pracowały jak szalone żeby znaleźć wyjaśnienie tych zmian. Analizowały wszystko co wiedzą o czarnej magii i doszły do bardzo niepokojącego wniosku, bo jeżeli to jest prawda… to nie mam żadnych szans w starciu z tym przeciwnikiem. Jak mam teraz wezwać pomoc?

– Nie spodziewałem się ciebie tak wcześnie. – Z odnowionych ust wyszedł wciąż ten sam ochrypły głos. Nie udało mu się go odnowić? A może się jeszcze za to nie zabrał?

– Co?– Palnęłam. Spodziewał się mnie? Miał nadzieję, ze to zobaczę? Bogowie, dlaczego to zawsze ja mam tak w życiu pod górkę? Czy chociaż raz, tak dla odmiany, nie mogłaby mnie spotkać miła niespodzianka?

– Miałem nadzieję, że zajmiesz się wierszem od mnie.

– Co…– Zaczęłam, ale nie skończyłam. Ten list miał być do mnie?!

Wsunęłam rękę do tylnej kieszeni i złapałam kartkę wraz z sznurkiem, gdy cała moja tarcza pękła, świat zawirował mi przed oczami. Drugi raz tego dnia poczułam jak opuszcza mnie magia. Znów nie mogłam złapać oddechu. Wyrzuciłam sznurek z pierścionkiem jak najdalej od siebie. Martwe włókno. Zawiesił ten przeklęty pierścionek na martwym włóknie! Jak mogłam tego nie zauważyć? Szybko postawiłam ponownie tarczę gdy tylko wróciły mi siły.

– Odrzucasz mój prezent? To niemiłe, na pewno wiesz jak ciężko jest zdobyć skrawek tego cudu.– Roześmiał się chrapliwie. Odrobina śliny wystąpiła mu w kącikach ust.

– Czego chcesz?– Zadałam pytanie, mając nadzieję, że tym razem otrzymam konkretną odpowiedź.

– Naprawdę mnie nie poznajesz?– Rozłożył ramiona i okręcił się. Jakby mogła rozpoznać go po plecach. Ten typ jest kompletnie szalony, a z takimi jest zawsze najgorzej. Gdy milczałam dodał– Eh, szkoda, naprawdę szkoda. Widocznie jeszcze nie czas… tak chyba jeszcze jest za wcześnie. Pozwolisz, że się oddalę i odwiedzę cię później ukochana? Chcę się dobrze przygotować, mam dla ciebie prezent i nie chciałbym żeby coś poszło nie tak jak powinno.

– O czym ty do cholery mówisz?!- Wściekłam się. Nie chcę już nigdy więcej oglądać tego wariata na oczy!

– Tak, chyba przyjdę później…– Wycharczał i odwrócił się do mnie tyłem.

W chwili gdy podnosił zakrwawiony worek leżący między ciałami wykrzyknęłam kolejne zaklęcie. Tym razem posłałam w jego stronę energię uformowaną w błyskawicę. Miałam nadzieję, że bardziej skupiona energia zrobi mu cokolwiek, choćby zadraśnie… ale niestety znowu nic się nie stało. Błyskawica odbiła się od tarczy i z głośnych hukiem uderzyła w ziemię. W dziwnym, na wpół panicznym odruchu wyszukałam w torbie telefon i wybrałam ostatni numer na chybił trafił…

– Tak?

– James…

Potężna dawka energii owinęła się wokół mojej tarczy i napierała na nią ze wszystkich stron. Z każdą chwilą nacisk stawał się coraz mocniejszy. Miejscami tarcza pękała i tylko sekundy dzieliły mnie od jej całkowitego rozpadu, a wtedy najpewniej usmażę się jak kurczak na rożnie.

– Alexandro…!

Odrzuciłam telefon i wyszarpałam z torby Athame. Było moją ostatnią deską ratunku, jeżeli ta magia zawiedzie, mój pogrzeb stanie się faktem dokonanym. Nacięłam przedramię, trochę zbyt mocno, ale w tej chwili miałam to gdzieś. Odrzuciłam sztylet i zamoczyłam jeden z palców we krwi. Niezgrabnie narysowałam na czole okrąg. Wewnątrz namalowałam kropkę, a wokół niej cztery kreski, których końce dotykały okręgu.

– Krwi dająca życie i je odbierająca, przelej magię w krąg i pozwól swej służebnicy korzystać z przywilejów Cór Krwi.– Niemal wyrzuciłam z siebie tradycyjną litanię.

Po przezroczystej tarczy przebiegł nieprzyjemny dźwięk pękającego szkła i obca magia uderzyła we mnie. Krzyknęłam. Zabolało. Bardzo zabolało, ale krąg na moim czole pulsował od magii i nie pozwalał zrobić obcemu nic więcej. Gdybym miała czas narysować krąg wokół siebie, nie poczułabym nawet łaskotek. Miałam wrażenie jakby z każdej strony ktoś wbijał we mnie ostrza. Ból był ogromny, ale przysięgłam sobie, że nie dam mu satysfakcji i nie krzyknę. Otuchy dodawała mi myśl, że jednak jest sposób żeby się przed nim bronić. Mam do dyspozycji moc, z pomocą której może będę w stanie go pokonać.

Z oczu pociekły mi łzy każda cząstka ciała paliła żywym ogniem. Coraz trudniej było mi złapać oddech. Wokół zaczęły tańczyć czarne punkciki. Był to znak, że moje siły były na wyczerpaniu i jeszcze trochę to zemdleję, a wtedy nawet krąg mnie nie uratuje.

Już traciłam nadzieję gdy nacisk zelżał i zaczął maleć stopniowo, aż całkowicie zniknął. Wzięłam głębszy oddech. Wszystko mnie przy tym bolało, ale myśl, że udało mi się przetrwać rekompensowała wszystko.

– Chyba już pójdę, muszę przygotować niespodziankę.

Odwrócił się i odszedł w stronę lasu. Nie miałam sił żeby podnieść rękę, a co dopiero mowa o gonieniu go. Pozwoliłam mu odejść, a mojemu ciału opaść na bruk. Chwilkę jeszcze widziałam dwa ciała gdy mrok całkowicie przesłonił mi widok i zemdlałam.

 

Rozdział 4

Zbudził mnie potężny grzmot, do uszu dotarł dźwięk uderzających w szybę kropel. Raz za razem pod powiekami dostrzegałam rozbłyski. Zanim zdążyłam otworzyć oczy do moich nozdrzy dotarł zapach charakterystyczny dla szpitali i gabinetów dentystycznych. Uchyliłam lekko powiekę żeby w razie co nie zaalarmować jakiegoś doktorka i z ulgą stwierdziłam, że leże w własnym pokoju. Skąd więc ten zapach?

Rozejrzałam się i mój wzrok padł na wodę utlenioną, bandaże i kilka innych przyrządów. Obejrzałam swoje przedramię. Było opatrzone i zawiązane w bialutki bandaż. Uniosłam się na łokciach… a właściwie łokciu, bo lewa ręka eksplodowała bólem gdy spróbowałam się na niej oprzeć. Była cała obolała, zupełnie jakby ktoś na treningu boksu zafundował mi niezły wycisk. Ucieszyłam się, że nie było ze mną tak źle. Mogłam przecież mieć połamane kości lub zniszczone narządy, albo mogłam już być martwa.

Do pokoju wszedł James. Patrzył na mnie chwilę, a potem w wampirycznym tempie podszedł i mnie przytulił. Zaskoczona zaimitowałam pozę klasycznego kija w dupie. Przez chwilę nie mogłam sobie przypomnieć co on tutaj robi. Dobrą chwilę mi zajęło zanim szare komórki podjęły ze mną współpracę. Przecież sama do niego zadzwoniłam gdy zostałam zaatakowana. Poddałam się panice i zadzwoniłam.

– James… co z tym gościem?– Zadałam pierwsze pytanie jakie przyszło mi na myśl. Nie byłam przyzwyczajona do okazywania mi czułości i nieszczególnie wiedziałam jak mam zareagować na ten wybuch uczuć.

– Alexandro, prawie umarłaś, a obchodzi cię jakiś gnojek? Twój puls był ledwo wyczuwalny nawet dla mnie! Możesz być pewna, że teraz już zbyt długo nie nacieszy się życiem. Już ja się o to postaram.

– A te dwie kobiety?– Westchnął okazując zniecierpliwienie. Nie musiał tego robić, ale jak kiedyś stwierdził mojego uporu, masy pytań i totalnemu znieczuleniu na jakiekolwiek przejawy uczucia nie da się skwitować inaczej.

– Policjanci już je zabrali. Nie powiążą ciebie z tymi ciałami bardziej niż reszty mieszkańców. Miałaś szczęście, ze zadzwoniłaś do mnie, a nie do tego demona.

Powiedzieć mu, że to los zdecydował o tym czyj numer wybrałam? Nawet nie pamiętam żebym spojrzała na listę kontaktów. Hmm, chyba jednak nie powiem. Nie sobie chłopak podbuduje ego, że w chwili niebezpieczeństwa zadzwoniłam właśnie do niego. Może to będzie subtelniejsza szansa na pokazanie mu, że nie łączy mnie z demonem… to znaczy Johnem, nic poza przyjaźnią? Ale czy ja na pewno tego właśnie chcę?

– Co zniknęło?– Spytałam. Od razu domyślił się czego dotyczy moje pytanie.

– U jednej język i cała tchawica wraz z płucami. Druga miała rozerwany brzuch, w którym brakowało wątroby i żołądka. Obie też straciły wszystkie paznokcie.

Skrzywiłam się na myśl o paznokciach. Odruchowo musiałam potrzeć własne i sprawdzić czy nadal są na swoich miejscach. Naoglądałam się ich wyrywania w horrorach i mogę szczerze przyznać, że zdecydowanie właśnie ta tortura wygrywa w rankingu obrzydliwości.

– Widziałaś jego twarz?

– Częściowo, miał kaptur.– Odpowiedziałam zamyślona.

Ten potwór zdołał już zabić cztery osoby i pozbawić je niektórych części ciała. Moja teoria ma mocne korzenie. Facet znalazł sposób na przyspieszenie regeneracji ciała po zmianie magii. Gdy tylko odzyska całkowitą sprawność ciała będzie jeszcze trudniej go zabić, a nie mamy pojęcia ile osób zabił już wcześniej. Może być tak, że te dwie nieszczęśniczki były ostatnimi potrzebnymi.

Zostawała jeszcze kwestia mojej osoby. Twierdzi, że powinnam go znać. Aury chociaż zabarwionej teraz czarną magią nie zdołałam poznać, co więcej mogłam stuprocentowo przyznać, że nigdy jej nie czułam. Może mnie z kimś pomylił? Miałam taką nadzieję, ale instynkt podpowiadał mi, że jestem właśnie tą osobą, o którą mu chodzi. Może jego szaleństwo doprowadziło go do tego, że widzi we mnie kogoś innego i bierze za tą osobę? Albo zobaczył mnie przypadkowo w jakimś mieście i zapamiętał? Jakieś naciągane teorie mi powstają. Sama w je nie wierzę, to co dopiero mają powiedzieć inni? Zresztą czy jestem tą właściwą czy nie i tak będzie mnie próbował dorwać. Dla niego jestem tą, którą powinnam być i raczej żadne tłumaczenia mi nie pomogą.

– Musimy go dorwać– Powiedziałam. Podzieliłam się z nim moją teorią na temat jego zdolności regeneracyjnych. Pominęłam tylko część o szykowanej dla mnie niespodziance. Chciałam pomóc w poszukiwaniach, a wiadomo jacy są faceci, gdy mu powiem o względach jakimi mnie darzy ten wariat najpewniej najbliższe dni spędzę gdzieś w głębokiej piwnicy, z której nie będę mogła się wydostać.

– Dobrze by było. Mamy jednak mały problem, nie wiemy gdzie się ukrywa.

– Zanim zemdlałam, zobaczyłam, że kierował się w stronę lasu.

– Niekoniecznie ma tam kryjówkę.

– A gdzie indziej wariat zataszczyłby niezauważenie zakrwawiony worek?– Odpyskowałam.

– O, widzę, że wraca ci humorek. Czyli niepotrzebnie się martwiłem, gdy zaczynasz pyskować znaczy to, że jest wszystko w porządku.

– Ja zawsze pyskuję.– Odparłam

– No właśnie– Przytaknął. Zapadła między nami cisza, w której James nieustannie lustrował mnie wzrokiem.– Pójdziesz to sprawdzić.– Zawyrokował.

Sprzeczać się czy potwierdzić?

– Może– Odpowiedziałam wykorzystując półśrodek.

– Alexandro, on ma nad tobą przewagę. Co zrobisz jeżeli cię zaatakuje? Rozprawił się już z co najmniej czterema osobami, dlaczego tobie miałoby się udać?

-Bo wiem w co się pakuję?– Miało to zabrzmieć pewnie, z wyszło jak wyszło…

– Alexandro, zabraniam ci!

– Nie możesz– Odpyskowałam dobrze wiedząc, że protestuję jak małe dziecko.– Jestem dorosła. Fakt, może nie w stosunku do twojej metryki, ale już dawno nauczyłam się dbać o siebie!

– Nie wydaje mi się skoro tak lekkomyślnie chcesz mu się podłożyć. Równie dobrze możesz już teraz popełnić samobójstwo!- Niemal krzyknął. Podskoczyłam na dźwięk jego głosu. Patrzył przy tym na mnie tak intensywnie, że miałam wrażenie, że gdyby mógł to by mnie zahipnotyzował.– Alexandro, proszę.– Dokończył szeptem.

Wytrzeszczyłam na niego oczy. W jego wydaniu zabrzmiało to jak błaganie. Mistrz wampirów mnie błaga! Mnie, zwykłą czarownicę! Może naprawdę nie doceniałam jego uczuć biorąc je za zwykłą mistyfikację? Taki kolejny temat dla naszych przepychanek słownych? A co ja tak naprawdę czuję?

– James…– Zaczęłam, ale nie wiedziałam co powiedzieć. Co ja chciałam mu powiedzieć?– Być może mam na niego sposób– Wydukałam mając na myśli moją magię krwi.

– Skończmy ten temat.– Wstał i wyszedł cicho zamknąwszy drzwi.

Zostałam sama w pokoju z własnymi myślami. Nie należały one do najweselszych. Burza dodatkowo pogłębiała ponury nastrój jaki mnie dopadł po wyjściu James’a… Pierwszy raz się zezłościł. Pierwszy raz usłyszałam jak podnosi głos. Pierwszy raz nie krył się z uczuciami. Czy umiem odwdzięczyć się tym samym? Umiałabym do niego podejść i powiedzieć coś, cokolwiek, bez sarkazmu, dowcipu czy… No właśnie. Czy umiałabym podejść do niego bez jakiejś konkretnej sprawy?

Wstałam z łóżka lekceważąc obolałe mięśnie. Dopiero teraz zauważyłam, że ktoś zmienił mi wcześniej ubranie na nocne dresy. Jak tak dalej pójdzie to popadnę w jakąś paranoję. Słyszałam kiedyś o jakiejś dziewczynie, która co rano budziła się inaczej ubrana niż była gdy kładła się spać. Była przekonana, ze jest molestowana przez ducha i po jakimś czasie była już tak znerwicowana, że popełniła samobójstwo. Na szczęście mnie to nie groziło. Ostatni duch jaki się na mnie natknął obiecywał natychmiastową poprawę, o ile już nigdy więcej nie będzie musiał mnie widzieć.

Wzięłam wdech i uchyliłam drzwi sypialni. Nie słyszałam żeby wychodził z mieszkania. Najpewniej jest w salonie. Żałowałam tylko, ze nie mam szans podejść do niego niezauważenie. Wampiry miały jeden z najlepszych słuchów wśród wszystkich ras. Będzie wiedział, że się zbliżam i zauważy, że mojemu sercu daleko do spokojnego rytmu.

Siedział w salonie na kanapie z rękoma wspartymi na kolanach. Wyglądał teraz bardziej ludzko niż kiedykolwiek wcześniej. Włosy przesłoniły mu oczy. Gdybym nie wiedziała z kim mam do czynienia, powiedziałabym, że mam do czynienia z człowiekiem, któremu właśnie umarła bliska osoba. Albo faktycznie przekroczyłam jakąś granicę albo umie fantastycznie grać… Stop! Jak będę tak myśleć to nigdy nie dojdę z nim do porozumienia. Muszę zaprzestać ciągłego szukania dziury w całym. I pohamować wyobraźnię.

– Uspokój się, nic ci nie zrobię– Powiedział nie zmieniając pozycji błędnie rozszyfrowując reakcje mojego ciała.– Masz rację, nie mam prawa ci rozkazywać. Przepraszam.

– Tak właściwie to… to nie o to chodzi. – Spojrzał na mnie. Pewnie się dziwił widząc mnie zachowującą się jak podlotek. Czekał, spokojny jak skała. – Ja również nie miałam racji. Przynajmniej częściowo.– Powiedziałam. Chyba mury jakie zbudowałam wokół siebie są znacznie grubsze i wyższe niż sama się spodziewałam.– To znaczy, faktycznie mam pewien pomysł jak przynajmniej zablokować działanie jego magii, ale sama też nie mam z nim szans. Myślę, że jedyna szansa to go zaskoczyć. Sama raczej tego nie przeprowadzę tak skutecznie. Potrzebuję kogoś kto się na tym zna lepiej niż ja. Kogoś kto ma wystarczającą ilość lat doświadczenia i mógłby podpowiedzieć co nieco takiej smarkuli jak ja.

 – Ktoś kto ma dwadzieścia osiem lat nie może byś smarkulą– Skomentował. Załamałam ręce, ale się ucieszyłam gdy na jego ustach zatańczył cień uśmiechu.

– Akurat tego musiałeś się przyczepić w mojej patetycznej mowie?

– Patosem to to nie zaśmierdziało nawet na metr.

– Ah tyyy…– Zgrzytnęłam.– Nigdy więcej cię nie pochwalę, nigdy ci nawet nie powiem, że masz ładną koszulę, nie mówiąc już o opiewaniu twoich zalet.

– Moich zalet? Jakich to zalet się u mnie dopatrzyłaś?

– Na chwilę obecną? Czy w chwili gdy próbowałam złapać cię na moją mowę?

– I tu właśnie tkwi problem. Nie mówiłaś szczerze. Wcale nie uważasz, że nie masz żadnych szans samotnie, sądzisz, że jakoś się z tego wykaraskasz. Po drugie sama nie uważasz siebie za smarkulę. Doskonale wiesz, że jesteś w pełni dorosłą kobietą, psychicznie jak i fizycznie.

– Wow, Toś mi dowalił.– Mruknęłam zaskoczona.

– Proszę cię, spoważniej, chociaż na chwilę.

– Jestem poważna, po prostu mój język nie bardzo lubi mnie słuchać.

Zaśmiał się.

– Właśnie dlatego jesteś ty a nie inna.– Dodał tajemniczo.– Wyruszymy na tą ekspedycję, spróbujemy znaleźć twojego czarownika…

– Czarnoksiężnika– Poprawiłam odruchowo.

 – Czarnoksiężnika– Powtórzył bez protestów, że mu przerywam– Jeśli znajdziemy jego kryjówkę sprawdzimy co tam robi. Jeżeli niefartem go spotkamy, to spróbujemy go zabić. Raczej nie będzie się nas spodziewał w swojej kryjówce.

– Też tak myślę. Będzie przekonamy, że będziemy go szukać w mieście.

– Dokładnie

– Muszę coś sprawdzić.– Mruknęłam i zaczęła się rozglądać za torebką, w której powinien leżeć telefon.– Gdzie moja torebka?

– W twoim pokoju

Pobiegłam tam. Leżała przy szafce nocnej. Chyba ktoś wcześniej ją przewrócił, bo Athame wyleciał z torby, a lufa pistoletu wystawał w jednym z rogów. Wygrzebałam telefon i wybierając numer wróciłam do saloniku. Esten odebrał po kilku sygnałach.

– Cześć, chyba nie dzwonisz do mnie żeby mnie poinformować o nowych kłopotach?

– Noo, tak jakby…– Streściłam mu szybko wydarzenia od momentu gdy rozmawiałam z nim po raz ostatni z oczywistych powodów naginając odrobinę prawdę przy co bardziej dramatycznych momentach. Mimo to czułam, że gdyby teraz stał obok mnie to zdjąłby pas od spodni i zdrowo zdzieliłby mnie po tyłku. Nie pomogło nawet tłumaczenie, że to morderca przylazł pod mój blok, a nie ja go szukałam. Dla Estena sprawa była jasna.

– Miałem rację, tobie tylko kaganiec może pomóc. I mocna obroża. Miałaś się trzymać przyjaciół!

– Trzymałam! Przecież najpierw byłam z Johnem, a potem spotkałam się z James’em…

– Ale jak zaatakował cię ten typ to byłaś sama, mam rację?– Wpadł mi w słowo. Milczałam wiedząc, że dobrze zrozumie moją odpowiedź.– Jest teraz z tobą któryś z nich?

– James

– Dawaj tą wywłokę do telefonu.– Podałam bez słowa telefon James’owi. Na pewno słyszał jak go nazwał Esten. W innym wypadku ten ktoś już by nie żył, ale nikt nie lekceważy tak potężnego czarta, nawet Mistrz.

Bardzo żałowałam, że nie mam słuchu wilkołaków albo wampirów, albo jakiegokolwiek zmiennokształtnego. Jedyne co udało mi się uchwycić to szum. Esten potrafił bluźnić jak nikt inny, a jego wiązanki kwiecistością biją na głowę nawet bukiet panny młodej. Sama nauczyłam się od niego kilku składanek chociaż sam był tego nieświadom. Byłam pewna, że obrzuca teraz wampira swoją salwą honorową przeznaczoną na najgorsze sytuacje.

Wampir słuchał nie próbując się odezwać dopóki Esten nie skończył i po drugiej stronie nie zaległa cisza.

– Rozumiem doskonale i przyjmuję na siebie część winy, choć nie całą. Tak, będę jej pilnował osobiście, a gdy mi obowiązki nie pozwolą przyślę kogoś innego.– Umilkł na chwilkę.– Tak, zdaję sobie sprawę jakiego mogę zyskać wroga jeżeli coś jej się stanie i zrobię wszystko żeby do tego nie doszło. Tak, zarówno ze względu na klan jak i na Alexandrę, która ma również w nim swoje miejsce i atak na nią jest równoznaczny z atakiem na któregoś z jego członków. Tak, zrobiłem to i mam zamiar ją o tym poinformować.– Uśmiechnął się pokazując zaostrzone kły.– Zdaję sobie z tego sprawę.

O czym ma zamiar mnie poinformować? Zżerała mnie ciekawość, ale czułam też pewien niepokój. Zwykle gdy ktoś miał mnie o czymś poinformować, raczej nie oznaczało to dobrej wiadomości, ale ton James’a nie sugerował niczego nieprzyjemnego… no, przynajmniej dla niego.

Rozłączyli się i wampir oddał mi telefon, patrzyłam na niego czekając aż podzieli się ze mną tą tajemnicą. Jednak wampir nie wykazywał żadnych oznak życia. Dosłownie, stał z tym swoim uśmieszkiem na twarzy i parzył na mnie stojąc nieruchomo niczym posąg. Jak nic, podpuszczał mnie żebym sama go spytała o to „coś”. Z kimś innym miałam szansę wygrać taki pojedynek, ale miałam przed sobą starego nieumartego faceta, który zapewne przez stulecia (a może nawet tysiąclecia) trenował sztukę milczenia.

– To jak? Poinformujesz mnie o tym, o czym zamierzałeś czy będziesz tylko tak stać i się gapić?– Odezwałam się gdy milczenie zaczynało się przedłużać. Wampir dalej milczał.– Wiesz, że są magiczne sposoby wyciągnięcia informacji nawet z bardzo opornych osób?– Ciągnęłam. Nadal nie udało mi się wzbudzić jakiejkolwiek reakcji. Doprawdy, skaranie boskie z mężczyznami. Czy mają oni dziesięć, czterdzieści, czy tysiąc lat, nadal zachowują się jak dzieciaki. Chyba zacznę wierzyć, że faktycznie bogowie dali mózgi tylko kobietom, a facetom w rekompensacie dostała się umiejętność sikania na stojąco.– Halo, ziemia do James’a, zdechła ci ta ostatnia szara komórka, że nie potrafisz wykonać już nawet najprostszej funkcji życiowej? No, może w twoim wypadku powinnam powiedzieć, funkcji imitującej życie… chwila, skoro ty umarłeś już dawno temu, to twoja komórka też jest martwa od dawna… więc w sumie czego ja oczekuję?– Myślałam na głos, sprawdzając, czy zwróci to w jakikolwiek sposób jego uwagę.

– Czasami się zastanawiam, jakim cudem dożyłaś tego wieku ze swoim językiem.– Doczekałam się reakcji.

– Kto wie? Może jestem jedną z najpotężniejszych czarownic na ziemi pod przykrywką? Może pobłogosławiła mnie jakaś wróżka tuż po urodzeniu? Albo urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą… Nie, czekaj. To ostatnie do mnie nie pasuje.

– Wstań.– Powiedział nie komentując mojej ostatniej wypowiedzi. Zrobiłam jak poprosił (a raczej kazał, bo prośby, to się tu nie doszukałam).– Cokolwiek teraz usłyszysz, proszę cię nie denerwuj się, bo…

– Zwykle jak ktoś tak zaczyna zdanie, to należy się zacząć martwić.– Wtrąciłam.

-… bo– Kontynuował– Zrobiłem to tylko dla twojego dobra.

– James, wcale nie pomagasz robiąc te teatralne pauzy.– Powiedziałam gdy przerwał i wyglądało na to, że szybko nie zacznie mówić dalej.

– Alexandro Marr– Wziął mnie za rękę i przytrzymał moją dłoń między swoimi.– Ogłosiłem ciebie moją Towarzyszką i chciałbym żebyś to potwierdziła przed klanem.

Zakrztusiłam się. Ogłosił mnie swoją Towarzyszką?! Czy on kompletnie zwariował?! Przecież to bardziej zobowiązuje niż chrześcijański ślub, gody czarowników, czy rytuały demonów! Oszalał? I jeszcze chce żebym to potwierdziła? Przecież to najrzadsze i najbardziej zobowiązujące przyrzeczenie! Gdy się je złoży i jedna ze stron złamie śluby, to w ramach zadośćuczynienia pokrzywdzony może żądać głowy Towarzysza. Rozumiem, że on po tylu przeżytych latach mógł zapragnąć takiego związku, ale ja nie mam jeszcze nawet trzydziestu lat! Nie przypominam sobie, żeby w historii jakikolwiek nadnaturalny zdecydował się na ten krok mając mniej niż sto lat… a to i tak mało według miary większości z nas.

– James… ja nie mogę tego zrobić, ja…– Wybełkotałam, nie wiedząc jak mu odmówić nie urażając go bardziej niż to konieczne. Nie chcę tego robić, jeszcze nie teraz.

– Nie będę od ciebie żądał przestrzegania ślubów. Zrobiłem to żeby cię chronić. Nie wiem czym, ale zwróciłaś uwagę innych Mistrzów, a większość z nich nie jest… powiedzmy przyjaźnie nastawiony do innych ras. Swoich pracowników często traktują jak niewolników.

– Dlaczego zwrócili na mnie uwagę?

– Być może dlatego, ze ja sam zacząłem się tobą interesować. Mam w kręgach mistrzów dobrą opinię i mogli pomyśleć, że skoro ciebie wybrałem, to warto by było przeciągnąć cię na swoją stronę.

– Cholera! Ja to zawsze muszę się w coś wpakować! Esten miał rację! Jak nie szukam kłopotów to same zaczynają się o mnie upominać! Wampirzy Mistrzowie, co będzie następne? Sauron? Vader? Nie patrz tak na mnie! Teraz to dopiero zacznie się zabawa!- Usiadłam z impetem na kanapie załamując ręce. Najpierw czarnoksiężnik, potem propozycja James’a, a teraz jeszcze to! Mnie chyba naprawdę przydałby się kaganiec. I bunkier.– James– Zaczęłam gdy się trochę uspokoiłam.– Czy wiesz, co niesie ze sobą obustronne złożenie ślubów?

– Obustronne wzmocnienie siłą, możliwość wyczuwania drugiej osoby, ułatwiony kontakt z drugą osobą.

– Tak, ale co ważniejsze, utrudnia ona złamanie ślubów, zwłaszcza na początku gdy więź jest świeża i potężna. To bardzo stara magia James. Mówisz, że nie będziesz od mnie wymagał przestrzegania ślubów, ale… ale może się tak stać, że nie będę w stanie ich złamać. Stara magia– Dodałam mówiąc ciszej.– Nikt do końca nie wie jak działa, już od tysiącleci nie żyje nikt kto by wiedział o niej coś więcej, nie mówiąc o czarownikach i czarownicach, którzy potrafili nią władać. Dziś pozostały już tylko jej szczątki. Wierz mi James, moja rasa od tysiącleci próbuje odzyskać przynajmniej część wiedzy sprzed Wojny Ras, jedyne co znamy to przysięgi wiążące. Dokładnie trzy. To wszystko co pozostało z wiedzy o tej potędze.

– Czyli się nie zgadzasz.– Nie pytał tylko stwierdził, ale i tak uznałam za stosowne odpowiedzieć.

– Nie, dopóki nie będę miała stuprocentowej pewności nie wypowiem słów żadnej z tych trzech przysiąg.

– W takim razie, prosiłbym cię żebyś za mnie wyszła.

– Co proszę?

– Tylko po to, żeby inni Mistrzowie nie zaczęli cię nachodzić. Weźmiemy nasz, wampirzy ślub, w nim nie ma żadnej magii, więc nie będziesz do niczego przymuszona, a zapewni ci to ochronę.

– James, mogę o tym pomyśleć potem? Zajmijmy się obecnym problemem jaki stanowi dla nas czarnoksiężnik, potem przejdziemy do tego.

W tej chwili wszedł do mieszkania John. Wyglądał jeszcze gorzej niż wcześniej. Spróbowałam przybrać obojętny wyraz twarzy, ale wystarczył mi rzut oka na twarz demona żeby mieć pewność, że zrobiłam to za późno. Super, czeka mnie później prywatne przesłuchanie.

– Słonko, powinnaś coś zjeść, jesteś okropnie blada.

– Nie nachlap mi na podłogę, bo sam będziesz zmywał.– Odparłam i poszłam do kuchni zrobić kanapki dla siebie i dla niego. Wampir z racji swojej diety będzie musiał się tylko przyglądać, bo nie trzymam w swojej lodówce krwi.

Udało mi się szybko uwinąć z kanapkami i po chwili niewielki stosik, wraz z herbatą stał na stole. John w tym czasie za pomocą magii wysuszył swoje ubranie i usiadł na kanapie jak najdalej od wampira. Widok był naprawdę zabawny. Dwaj skrajnie się różniący mężczyźni, na dwóch krańcach kanapy. Jeden gorący niczym ognie piekielne, drugi zimny jak śniegi w Niflheimie. Wzięłam krzesło z kuchni żeby widzieć ich obu jednocześnie i usiadłam na wprost.

– Jak cię nie niebyło – Zwróciłam się do Johna biorąc jedną z kanapek.– Padła propozycja wyśledzenia czarnoksiężnika.

– Cały czas to robimy.

– Nie mówię o policji. Widziałam jak kierował się w stronę lasu, może tam mieć kryjówkę. Moja propozycja brzmi, udajmy się tam. Jeżeli weźmiemy go z zaskoczenia, być może uda nam się go dorwać.

– Czarnoksiężnika? Czarnoksiężnika nie tak łatwo dorwać.

– To samo próbowałem jej uświadomić.– Wtrącił James.

– Chłopaki, słuchajcie. Moja magia nie bardzo daje sobie radę przeciwko jego mocy, ale jest sposób. Brzmi on: Magia krwi.– Wytłumaczyłam licząc, że po przeżytych latach mają trochę większą wiedzę o tym rodzaju magii niż podstawowa wiedza.

– Masz na myśli tą, przez którą mogłaś się wykrwawić na dole?

– Przyznaję się, że trochę spanikowałam i mogłam trochę za mocno naciąć, ale mam pewność, że to się więcej nie powtórzy.– Odparłam w obronie magii. W końcu nielicznym udało się ją opanować i umożliwić nazywanie się Córkami i Synami krwi.– Sama mam za nim pójść?– Zagroziłam, wiedząc jaki uzyskam efekt.

– Zwariowałaś?!- Krzyknął John. James siedział cicho, ale miał przewagę nad Johnem. Wiedział o wszystkim wcześniej.

– To już dawno, ale nadarzyła się okazja, można powiedzieć, że mamy szczęście w nieszczęściu. Słuchajcie, on te części ciała wykorzystuje do regeneracji własnego ciała, myślę, że to nie jest prosty proces, bo przecież nie da się w pięć minut wszczepić sobie nowych płuc, więc będzie przez pewien czas tym zajęty. Może go to też znacznie osłabić… A tak przy okazji, gdzie moja torebka? I sztylet?– Rozejrzałam się w nadziei, że przeoczyłam je wzrokiem wcześniej.

– W łazience.– Odpowiedział James, a ja odetchnęłam z ulgą. Athame nie należą do tanich rzeczy, a przecież trzeba w nie jeszcze tchnąć własną magię… Słowem, bardzo drogi i długotrwały proces.

– A pierścionek? Należał do niego, mógłby pomóc w namierzaniu.

– Ja mam.– Odezwał się John i wyjął z kieszeni zawieszoną na sznurku obrączkę. Chciał mi ją dać, ale gwałtownie potrząsnęłam głową.

– To martwe włókno, trzymaj je z dala od mnie. Nie dotknę tego pierścionka dopóki jest na tym sznurku.

– Nic nie od niego nie czuję– Stwierdził.

– Ja też nie czułam dopóki nie dotknęłam go skórą. Zresztą to działa tylko na czarowników, elfy i wróżki, działa mniej więcej jak srebro na wampiry, wilkołaki i demony.

Przyłożył dwa palce do jednego miejsca na sznurku. Pojaśniało i po chwili sznurek się zapalił rozrywając się na dwa końce. Wtedy John zsunął obrączkę i podał mi ją na dłoni, teraz już nie miałam problemu z jej odebraniem.

– Dobra, każdy wie jak działa włókno, ale jedno mnie zastanawia.– Powiedział James.– Skoro blokuje ono magię czarowników, to w jaki sposób wzięłaś to wcześniej do ręki i nic nie poczułaś?

– Byłam na terenie Pustki.

– A co zrobimy jeżeli ma więcej tego włókna? Jeżeli wybierzemy się do jego kryjówki, ty będziesz naszą jedyną tarczą. Co zrobimy jeżeli uda mu się związać cię tym włóknem? Albo jeżeli będzie miał srebro, które powstrzyma mnie i demona? Wtedy zostaniesz sama na polu walki.

– Nie pierwszy raz. Może nigdy jeszcze nie sprowokowałam czarnoksiężnika, ale wkurzyłam już niejedną osobę i jakoś żyję.– Odparłam nie bez dumy.

– Ale pewnie żadna z tych osób nie miała martwego włókna.– Skwitował James, próbując ugasić mój zapał.

– Miała. Jedna, ale to teraz nieważne.– Skończyłam temat, zanim zaczęłoby się prawdziwe przesłuchanie.– Co robimy z czarnoksiężnikiem?

– Na niego zadziała ten twój sznurek?– Spytał John. Punkt dla niego za dobre pytanie.

– Nie wiem, słyszałam o poskramianiu czarnoksiężników, ale nikt nigdy nie wdawał się w zbytnie szczegóły.– Zastanowiłam się chwile nad tym problemem.– Moim zdaniem powinno, bo choć zaczął się bawić czarną magią to wciąż jest czarownikiem.

– Więc lepiej tego nie wyrzucać– Stwierdził chowając sznurek do kieszeni.

– Tylko trzymaj go z dala od mnie– Uprzedziłam. Zdecydowanie wystarczyła mi wiedza, o tym jak powstaje i co robi.

– Aż tak się tego boisz?– Spytał poważnie.

– A przymrozić ci tyłeczek?– Odpyskowałam. Podniósł ręce w obronnym geście.– Może ustalmy co robimy z czarnoksiężnikiem? Teraz mamy najlepszą szansę na pozbycie się go.

– Zalazł ci za skórę, co?– Spytał James przeciągając samogłoski.

– Możliwe, a ja takim nie odpuszczam.– Odpowiedziałam hardo. Skoro już postanowiłam, że osobiście zajmę się polowaniem, to nie miałam zamiaru pokazać, że się boję czy waham. Tak, zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie to ze sobą niesie, w końcu zasadzam się na czarnoksiężnika, ale to on zaatakował mnie pierwszy i z jego słów można było się domyślić, że nie były to jego jedyne odwiedziny. Drugi raz nie dam się zaskoczyć i pokonać. A najlepiej byłoby gdybym to ja dopadła go pierwsza, a nie on mnie.– Kto jest za pomysłem żeby iść zaraz po burzy i przeszukać część lasu?– Podniosłam rękę jak na głosowaniu w szkole.

– To demokratyczne głosowanie, czy pytanie retoryczne? Zanim zagłosuję wolałbym wiedzieć, czy zrobisz tak jak wyjdzie?– James spojrzał na mnie z uśmieszkiem sugerującym, że doskonale zna odpowiedź.

– Demokracja sprawdza się tylko w czasie pokoju, na wojnie nikt nie przeprowadza głosowań wśród ludu.– Odparłam.

– Błagam, powiedz, że nie naszykowałaś kolejnej patetycznej mowy!

– Zamiast mowy z patosem mogę łupnąć jakimś zaklęciem.– Odparłam z uśmiechem.– To mi wychodzi znacznie lepiej.

– Masz jakieś konkretne miejsca, które chciałabyś przeszukać?– Spytał poddańczo John. Cieszyłam się, że mi pomogą. Będę czuła się bezpieczniej i będę mogła sobie pozwolić na odważniejsze zaklęcia.

– Jaskinie nad jeziorem.

– Logiczne, o ile rzeczywiście poszedł do lasu, a nie skręcił gdzieś po drodze.

– Ale wcale nie tak nieprawdopodobne.– Argumentował James. Miło, że mnie poparł bez kłótni.– Ale nie da się do tego ułożyć żadnego planu ataku.

– Czasami lepiej jest nie planować, tylko iść na żywioł. Pierścionek powinien nas nakierować na niego.

– Czyli co? Po prostu idziemy, jak go nie znajdziemy to wracamy na śniadanie, a jak się okaże, że siedzi w jednej z tych jaskiń, to go atakujemy?– Z niedowierzaniem kontynuował John.– Czyste szaleństwo.

– Czasami to szaleństwo ratuje nam tyłek, a nie logiczny plan.– Odparłam.

– Jak przez ciebie zginiemy…

– To skopiesz mi tyłek w Zaświatach– Dokończyłam za niego.– Skoro wszystko ustalone to pozwolicie, że pójdę się wykąpać, a wy w tym czasie postarajcie się nie pozabijać.

 

ROZDZIAŁ 5

Świtało gdy poczułam jak coś dotyka mnie w policzek. Odruchowo spróbowałam to odpędzić dłonią i natrafiłam na czyjąś rękę. Uchyliłam powiekę żeby sprawdzić kto przyszedł. James.

– Jak tak dalej pójdzie, będziesz mógł zacząć przynosić mi śniadanie do łóżka– Mruknęłam i z powrotem zamknęłam oko.

– Wstawaj Słonko, chciałaś ruszać po burzy.

– „Słonkiem” może mnie nazywać tylko John.– Wymamrotałam w poduszkę.

– W takim razie, Księżniczko, wstaniesz?

Wymamrotałam w poduszkę przekleństwo. Nie ważne jak sprawa byłaby nagląca, nienawidzę wstawania tak wcześnie. Zwłaszcza, że nie spałam przynajmniej pół nocy. Cały czas myślałam o czarnoksiężniku i wsłuchiwałam się w przepychanki słowne wampira i demona. Pocieszała mnie myśl, że nie rzucili się sobie do gardeł. Zwłaszcza, że przebywali w moim mieszkaniu… ruina zostałaby z całego budynku, a ja musiałabym szukać nowego lokum.

Wstałam niechętnie ( mogłam się założyć, że tak wygląda wyłażący z grobu nieboszczyk) i wypędziwszy wampira ubrałam się w wcześniej przygotowane rzeczy. Mieliśmy iść do lasu, po solidnej burzy, więc należało się odpowiednio odziać. Ubrałam stare jeansy, które już gorzej wyglądać nie mogą, szary podkoszulek i koszulę. Znalazłam w szafie jakiś stary płaszcz, po którym nie będę płakać jak się zniszczy. Do równie stare kozaki… tak, wiem, że powinnam ubrać kalosze, ale ostatni jaki mam ma dziurę wyżartą przez jakiegoś gnom. Drugi zaginął bezpowrotnie. Jednym zdaniem: Istna bogini pożądania i seksu. Złapałam torbę z Athame i pistoletem. Kto wiem, może kula zdoła przełamać bariery?

Weszłam na chwilę do łazienki i poszłam po chłopaków świadoma faktu, że zaraz zabiję resztki swojego seksapilu. Koniec z uwodzeniem, w takim stroju sama Afrodyta miałaby problem, nie mówiąc o mnie. Ona przynajmniej umie mówić elokwentnie, a mój niewyparzony język zna w większości same przekleństwa… w sumie to teraz pasowałyby do mnie.

– Dobra chłopaki, idziemy?– Spytałam zarzucając sobie torbę na ramię.

– Nie chcesz niczego zjeść?

– Nie jestem głodna, poza tym, mówiłeś, że jak go nie znajdziemy to wracamy na śniadanie.

– Nie masz dzisiaj pracy?

– Mam, ale dopiero na osiemnastą, łapię nocną zmianę.

Przyjrzałam się Johnowi. Czy on w ogóle dziś spał? Jeszcze trochę, a spokojnie będzie mógł imitować trupa na wystawie w domu pogrzebowym. Pomogłabym mu nawet wybrać garnitur żeby tylko móc to zobaczyć. Wiem, że on zrobiłby dla mnie to samo.

Wyszliśmy z budynku starając się hałasować jak najmniej na klatce. Zdolności akustyczne tego budynku zadziwiłyby pewnie niejednego inżyniera, a mieszkańców nieraz doprowadzały do szału. Zwłaszcza jak w jakimś mieszkaniu była impreza.

Gdy tylko zeszliśmy z przyjaznego betonu i weszliśmy w breję nazywaną powszechnie ziemią od razu pożałowałam, że wcześniej nie zainwestowałam w kalosze. Teraz wątpiłam, że jeszcze kiedykolwiek ubiorę te buty, nawet do lasu. Spokojnie można by się tu ślizgać niczym na lodowisku. Sama wywinęłabym epickiego orła tuż przed skrajem lasu, gdyby James w porę mnie nie złapał. Kolejna rzecz, której zazdroszczę wampirom– refleks.

Weszliśmy do lasu. Wszędzie leżały powalone drzewa i połamane gałęzie. Miejscami można było dostrzec truchło zwierzęcia, które nie zdążyło znaleźć schronienia na czas. Las wyglądał jak pogorzelisko. Straż czekała masa pracy przy usuwaniu konarów z dróg i dachów. Wolę nawet sobie nie wyobrażać ile zniszczeń mogła poczynić zwykła burza.

Prowadziłam ich przez las znaną sobie ścieżką, z której często korzystałam. Nie była to udeptana trasa, wątpię żeby ktoś, poza mną, chodził tędy. Wolałam unikać utartych szlaków gdy kombinowałam z zaklęciami. Jakbym niechcący poczyniła jakieś zniszczenia wolałaby uniknąć spotkania z policją, nawet jeżeli mam w niej masę znajomych. Zresztą nawet gdyby zaklęcie wymknęło się spod kontroli lepiej żeby nikogo nie było w tym czasie w pobliżu.

Zbliżyliśmy się do niewielkiego jeziorka w głębi lasu. Dotarcie tutaj, w bagnie jakie opanowało świat, zajęło nam jakieś półgodziny. Pół godziny w kompletnej ciszy. Mnie osobiście cisza ta odrobinę ciążyła, być może dlatego, że byłam lekko podenerwowana. W takich sytuacjach wolę gdy osoba lub osoby mi towarzyszące coś mówiły, cokolwiek, nawet totalne głupoty. Ale niestety, znalazłam się w towarzystwie, które potrafi milczeć jak zaklęte gdy nie ma niczego sensownego do powiedzenia, a ja nie chciałam się odzywać pierwsza. Byłam pewna, że wtedy zauważyliby mój niepokój.

Skały znajdowały się po prawej od miejsca, w którym staliśmy. Całkiem blisko, bardzo blisko zważywszy na sytuację. Skierowałam się w tamtą stronę. Gdy byliśmy jakieś dwieście kilometrów od pierwszych głazów wystających z wody i otaczających brzeg zatrzymałam się i wyciągnęłam z kieszeni pierścionek. Wcześniej sprawdziłam z ciekawości czy pasuje na mój palec i ze zgrozą przekonałam się, ze tak jest w rzeczywistości. Mogłabym go nosić jak zwykłą obrączkę i nie byłby ani za ciasny, ani za szeroki. To odkrycie wstrząsnęło mną na tyle, że więcej nie nałożyłam go na palec tylko trzymałam w kieszeni spodni.

Ustawiłam rękę wierzchem do góry i na otwartej dłoni położyłam obrączkę. Wyszukałam w obrączce ślady magii czarnoksiężnika. Gdyby mnie nie zaatakował przed blokiem, pierścionek byłby pozbawiony resztek aury jak ciało, a tak przedmiot w pewnym sensie „rozpoznał” swojego poprzedniego właściciela i ściągnął z niego część mocy. Podłapałam część tej aury, poszło szybko, bo moje ciało miało już z nią dwukrotny kontakt i reagowało na każdy jej dotyk dreszczem. Wyszeptałam zaklęcie lokalizujące i pozwoliłam się poprowadzić po nici do celu. Gdy skończyłam zaczęłam dostrzegać ślady magii, która przybrała formę czarnych plam w miejscach, które dotknął przybysz.

– Znalazłam…– Mruknęłam nie chcąc się rozpraszać, nie chciałabym zgubić śladu gdy zyskałam pewność, że on tutaj był. Może nadal przebywał. John złapał mnie za wolną rękę.

– Prowadź Słonko– Powiedział tylko. Teraz gdy wiedział, że może czekać go walka, jego postawa całkowicie się zmieniła. Oczy zaczęły błyszczeć, tym dziwnym i zarazem niesamowitym blaskiem wyczekiwania, skóra zrobiła się gorąca, a mięsnie napięły.

Uwolniłam rękę z jego uścisku i wyciągnęłam z torby Athame żeby mieć do niego łatwy dostęp. Rzuciłam jeszcze okiem na James’a. Stał niewzruszony, piękny i niebezpieczny zarazem, z drapieżnym uśmiechem na ustach ukazującym ostre kły. W tej chwili miałam już całkowitą pewność, dlaczego ludzie kobiety ( zresztą nie tylko one) tak pragną zdobyć serce wampira. To po prostu istoty niemal doskonałe. W takim towarzystwie nie potrafiłam czuć się pokonana. W końcu czarownic też się należy bać, prawda?

Wzięłam głębszy oddech i ruszyłam za śladami starając się nie dotykać tych miejsc. Zauważyłam, że gdy John przez przypadek wszedł w jedno wzdrygnął się jak rażony prądem. Ja miałam to szczęście, że widziałam wszystkie strzępki aury i mogłam je w porę omijać. Przypomniała sobie, że nie podwinęłam rękawa żeby w razie co móc szybko naciąć skórę, a nie szarpać się z materiałem. Poluzowałam sprzączkę przy nadgarstku i podwinęłam nad łokieć tkaninę. Pod łokciem ukazał się świeży opatrunek, który założyłam przed położeniem się do łóżka. Rana nie dawała o sobie znać dopóki zbytnio nie nadwyrężałam ręki. Poniżej było kilka bladych blizn z okresu kiedy nie umiałam jeszcze nacinać odpowiednio skóry. Teraz mam większą wprawę i zazwyczaj po zagojeniu się skaleczenia, nie mam żadnego śladu.

Zbliżyłam się do pierwszej szczeliny. Nie spodziewałam się ataku u samego wejścia, ale przezorny zawsze ubezpieczony, więc postawiłam lekką tarczę mogącą powstrzymać rzut noża czy lżejsze zaklęcie. Zawsze mogłam ją wzmocnić. Chciałam zajrzeć głębiej, ale ręka James’a mnie powstrzymała. Wampir wysforował się na przód. Chciałam mu powiedzieć żeby zaczekał, ale nim zdążyłam choćby otworzyć usta, zniknął za nawiasem skalnym i straciłam go z oczu. Przyspieszyłam kroku i zaraz też, wraz z Johnem minęłam nawias. Wewnątrz momentalnie zapanował mrok. Brakowało tego charakterystycznego przejścia światła w ciemność. Korciło mnie żeby zawołać James’a, bo w tych ciemnościach nie widziałam wyciągniętej ręki.

Wyciągnęłam rękę w tył i z złączyłam dłoń z dłonią Johna. Pozwoliłam mu się wyprzedzić, z naszej dwójki widział znacznie lepiej, chociaż nadal nie mógł konkurować z wampirem. Stawiałam ostrożnie kroki i posłusznie szłam za demonem. Gdyby nie obawa, że ktoś mógłby nas nakryć stworzyłabym kulę światła, a tak brodziłam w ciemnościach jak ślepiec. Nie jest wstydem przyznać się, że poczułam ukłucie strachu, a żołądek zwinął się w słupek. Gdybym widziała cokolwiek! Brakowało mi uczucia pewności.

John nagle się zatrzymał. Nic nie widząc wpadłam na niego.

– Co…– Zaczęłam, ale w porę się powstrzymałam. Przede wszystkim należało zachować ciszę.

– Czujesz? Ten zapach?– Spytał Jams. Jego głos spotęgowało echo. Skrzywiłam się, bo zabrzmiało to jak krzyk.

Pociągnęłam nosem. Niczego nie wyczułam, tylko zapach glonów i butwiejących roślin. Nic nadzwyczajnego zwarzywszy na miejsce w jakim się znajdowaliśmy.

– Krew.– Wyjaśnił John zanim zdążyłam zaprzeczyć.

– Ja niczego nie czuję.– Przyznałam się.

– Bo nie masz dostatecznie mocnego węchu.

Skoro wampir i demon rozmawiali normalnymi głosami, znaczyło to, że nic nam nie grozi. Podbudowana tą myślą stworzyłam niewielkie światełko i wysłałam je pod sam sufit groty. Nie uleciało daleko. Klepisko było jakiś metr ad naszymi głowami. Zamrugałam gdy kilka razy i poczekałam aż oczy przyzwyczają się do nagłej jasności… i momentalnie zamarłam. Wszędzie na ziemi były plamy krwi, ogromne. Cud, że w żadną nie weszłam.

– Czy ona jest…?

– Ludzka?– Dokończył James. Pokiwałam głową.– Tak, z pewnością nie należy do zwierząt.

Spojrzałam na ciągle trzymany pierścionek. Znowu wymamrotałam zaklęcie nawigujące. Obrączka tylko zawibrowała lekko, ale poza tym nie stało się nic więcej. Weszliśmy w niewłaściwą jaskinię? Wytężyłam wzrok chcąc mieć pewność, że nie przeoczyłam żadnych śladów. Nigdzie też nie było żadnego przejścia, które moglibyśmy przeoczyć. Co w takim razie było nie tak?

– Chodźmy stąd.– Powiedziałam gdy zyskaliśmy pewność, że nie znajdziemy tutaj niczego więcej.

Wyszliśmy na światło dzienne. Dopiero gdy znalazłam się na świeżym powietrzu dotarło do mnie jaki zaduch panował w jaskini. Włosy oklapły mi od wilgoci panującej wewnątrz, a krótsze pasma skręciły się w strąki. Powtórzyłam zaklęcie na obrączce po raz trzeci. Ku mojemu rozczarowaniu nie udało mi się dostrzec niczego więcej. Jedyny ślad magii przy skałach prowadził do groty, z której właśnie wyszliśmy. Dla pewności sprawdziliśmy jeszcze dwie, ale okazały się one tak wąskie, że do jednej udało się wcisnąć tylko mi i to z wielkim trudem. Do ostatniej żadne z nas nie miało szansy wejść.

– To niemożliwe.– Żachnęłam się gdy staliśmy nad brzegiem jeziorka. To znaczy, oni stali, ja usadowiłam się na jednym z głazów. Nie byłam gotowa pogodzić się z porażką, zwłaszcza, że on tutaj był!- Jak on to robi?– Zastanawiałam się. Nie mógł tak po prostu zniknąć. Teleportacja była niemożliwa dla jednej osoby, bo pochłaniała zbyt wiele energii i zabiłaby gdyby ktoś próbowałby tgo solo.

– Wracajmy Słonko– Powiedział zrezygnowany John. Wiem co chciał powiedzieć, ale nie zrobił tego żeby mnie nie urazić. Wyprawa od początku nie miała poparcia solidnymi argumentami, tylko urojenie mdlejącego mózgu. Sytuacji nie poprawił nawet fakt obecności krwi i magii czarnoksiężnika, bo go tu po prostu nie było. Szczerze, to bałam się spotkania z nim, ale to byłoby lepsze od rozczarowania jakie najpewniej czuł każdy z nas w tej chwili. Być może my tu teraz siedzimy jak trójka idiotów, a gdzieś w mieście jest właśnie mordowana kolejna osoba.

Chwyciłam wyciągniętą w moją stronę dłoń demona i właśnie wstawałam gdy czaszkę przeszył mi okropny ból. Czułam się jakby ktoś wwiercał mi w kość śruby z każdej strony. Złapałam obiema dłońmi za głowę i upadłam na kolana uderzając o jakiś ostry kamień wystający z trawy. Na twarzy wystąpił mi grymas, jeszcze chwila i zacznę krzyczeć!

– Alexandro!

– Co ci jest?!

Krzyknęli jednocześnie. Dotarło to do mnie w postaci niejasnego bełkotu. Byłam bliska utraty przytomności, właściwie to nawet tego pragnęłam. Jedyne co mnie powstrzymywało przed bezopornym osunięciem się w ciemność, był cichy głoski z tyłu głowy. Instynkt podpowiadał mi, że jak pozwolę się teraz pokonać, to zrobi się jeszcze gorzej.

Spróbowałam odeprzeć atak, ale nie potrafiłam zlokalizować jego źródła. Osłony wokół umysłu jakby nie istniały. Zachowywały się tak jakbym była atakowana fizycznie, a nie mentalnie. Byłam na granicy wyczerpania i nie myślałam jasno. Próbowałam się skupić, wywołać jakiś przebłysk myśli, który pomógłby mi w znalezieniu sposobu na odparcie ataku. Przez chwilę, która wydawała mi się wiecznością tkwiłam w bezruchu przyjmując kolejne ciosy. Nic nie przychodziło mi do głowy. Nie byłam w stanie składnie zobrazować choćby jednej myśli. Pustka w mojej głowie przerażał równie mocno, co kolejne fale bólu, bo nie dawała żadnej szansy na zwycięstwo.

 W końcu, gdy potężna błyskawica bólu przeszyła moją czaszkę zmuszając do schowania głowy między nogi, wpadłam na pomysł. Skoro nie działały moje mentalne osłony, może zadziała tarcza chroniąca ciało?

– Odsncie sie– Wybełkotałam między przerwami w ataku. Dzięki bogom, posłuchali bez sprzeciwu.

Podniosłam tarczę wykorzystując do tego wszystkie siły jakie byłam zdolna przywołać w tej chwili. W miarę jak przelewałam w obronę coraz więcej energii, ból stawał się słabszy, a ataki rzadsze. Po chwili mogłam już spokojnie odsunąć ręce od głowy. Miałam wrażenie jakby ktoś wyprał mi mózg, w głowie mi się kręciło, a sylwetki Johna i James’a raz zyskiwały, a raz traciły na ostrości.

– Alexandro…

– Chwila.– Wyrzuciłam z siebie. Tarcza była przezroczysta, ale niewielkie zniekształcenia powietrza jakie powodowała, sprawiały, że kręciło mi się w głowie jeszcze bardziej. Nawet nie próbowałam się podnieść. W głowie miałam tak namieszane, że wypowiedzenie nawet jednego słowa graniczyło z cudem. Nie leżałam na ziemi tylko dzięki dłoniom, które zanurzyłam w brei w poszukiwaniu oparcia. Wydawało mi się, że siedzę w miarę prosto, ale wzrok przekonywał mnie, że świat to jedna wielka, pieprzona huśtawka.– Chwila.– Powtórzyłam dla pewności, ze zrozumieli. Tym razem udało mi się powiedzieć wyraźniej.

Po kilku minutach oderwałam ręce od ziemi i spróbowałam się wyprostować. Udało się, chociaż musiałam balansować rękoma w powietrzu, żeby nie mieć na twarzy maseczki błotnej. Gdy chwianie się złagodniało oparłam ręce na kolanach i uśmiechnęłam się. Albo raczej skrzywiłam. Nie mam pojęcia co mogło z tego wyjść.

Udało się. Przetrwałam ten atak. Poczułam tak ogromną ulgę, że straciłam na chwilę koncentrację i w tej właśnie chwili poczułam jakby moją pierś przeszył grot wielkości pięści. Z płuc uleciało mi całe powietrze. Siła uderzenia była tak wielka, że wygięłam plecy do przodu i krzyknęłam. Ból zaatakował cały kręgosłup i klatkę piersiową. Nie mogłam złapać oddechu. Czułam jak powoli zaczyna brakować mi powietrza. Spanikowałam, nie chciałam umierać, na pewno nie tak. Uduszenie to chyba najgorsza śmierć. Kona się powoli. Nie byłam w stanie wykrztusić żadnego zaklęcia. Żadnego! A nie potrafiłam czarować niewerbalnie!

Kątem oka zobaczyłam jak John biegnie i mnie mija. Obok mnie przyklęknął James i wziął mnie w objęcia.

– Alexandro! Co ci jest?! Alexandro!- Jego krzyk docierał do mnie jak zza ściany. Przestawałam widzieć wyraźnie co się dzieje. Siedziałam już tylko dlatego, że on mnie przytrzymywał.– Alexandro, do cholery.

Pocałował mnie. Do ust popłynęłam mi ciecz o metalicznym smaku. Krew. James próbował mnie ratować wampirzą krwią. Pomogło, ale niewiele. Wciąż czułam dziwny uścisk wokół serca i płuc. Zupełnie jakby ktoś ściskał moją klatkę piersiową w gigantycznej dłoni. Nacisk raz się wzmagał, raz się robił słabszy, tak że nie mogłam złapać jednego pełnego oddechu. Minimalna ilość tlenu jaka docierała do organów nie wystarczyła. Wciąż słabłam chociaż w wolniejszym tempie.

Nagle James zesztywniał. Puścił mnie i tylko dzięki oparciu jakie dawała mi jego pierś nie przewróciłam się na bok.

– Coo…– Wykrztusiłam i zaraz pożałowałam tego. Próba wypowiedzenie słowa wywołała u mnie mocny spazm. Igiełki bólu znów zakłuły z pełną mocą i nie byłam w stanie powiedzieć nic więcej. Zgięłam się w pół niemal dotykając głową nóg. Nie było mowy o rzucaniu zaklęć skoro nie byłam w stanie mówić. Nawet postawienie tarczy nie wchodziło w grę. W prawdzie to zaklęcie nie wymagało wypowiadania słów, w końcu polegało tylko na nadaniu odpowiedniego kształtu energii, ale byłam na granicy wyczerpania.

– Proszę, proszę. Nie sądziłem, że tak szybko postanowisz za mną pobiec.– Usłyszałam głos za plecami. Ten sam głos, co w klubie i pod blokiem.– Niespodzianka jeszcze nie jest gotowa.– Kontynuował.

Powiedział coś jeszcze, ale go nie zrozumiałam. Wszystkie bodźce wciąż docierały do mnie z opóźnieniem i niekoniecznie wszystkie w komplecie. Stanął przed mną. Nie byłam w stanie podnieść głowi i spojrzeć mu w twarz, więc kucnął i chwyciwszy mnie mocno za podbródek kazał spojrzeć w swoją twarz. Syknęłam gdy nagły ruch wywołał kolejną falę bólu.

– Hmm… Chyba odrobinę przesadziłem z tym zaklęciem.– Powiedział patrząc mi w oczy i wymamrotał kilka słów. Miło było wiedzieć, że pomimo statusu czarnoksiężnika wciąż musi wymawiać zaklęcia.

Ucisk na klatce zelżał, do płuc nagle wtargnęło powietrze. Gwałtowny atak kaszlu wstrząsnął mną i potrzebowałam chwili żeby się uspokoić. Z radością przyjęłam miarowe bicie serca i drogocenny oddech.

Gdy zaczęłam oddychać normalnie, spróbowałam wykrzyknąć mu zaklęcie w twarz. Byłam w połowie słowa mającego nadać magii kształt ognia, gdy uścisk powrócił. Nie był tak mocny jak wcześniej, ale wciąż uniemożliwiał mi funkcjonowanie.

– Bądź grzeczną dziewczynką, to nie będę musiał więcej tego robić.– Mówił. Z przerażeniem odkryłam, że mówił znacznie składniej niż wcześniej i nie paplał jak szaleniec. Czyżby prócz odzyskania ciała znalazł sposób jak przywrócić sprawność umysłowi? Bogowie, kogo ja sobie wybrałam na przeciwnika…

Uścisk znowu zelżał. Znów mogłam oddychać normalnie. Zamachnęłam się pięścią na jego twarz, ale mój cios nie pokonał nawet połowy dzielącej nas odległości gdy napastnik złapał mnie z łatwością za rękę. Nic dziwnego, ledwo byłam w stanie zgiąć palce, nie mówiąc już o porządnym zamachu.

– Ale ty jesteś dzika. Przydałoby się cię okiełznać, jak prawdziwą klacz.– Powiedział gładząc mnie po podbródku. Po ciele przebiegł mi dreszcz pod wpływem jego dotyku.– Posłuchaj mnie uważnie Tygrysico… ładnie to brzmi prawda? Pasuje do ciebie, będę cię tak nazywał… Zrób jeszcze jeden niewłaściwy ruch, zacznij choćby jedno zaklęcie, a ten tutaj padnie martwy na twoich oczach.– Zaśmiał się.– Chyba powinienem był powiedzieć, definitywnie martwy, bo trupem to on już jest.

Spojrzałam na James. Siedział nieruchomo jak posąg i byłam pewna, że nie robi tego z własnej woli. Tylko jego oczy poruszały się. Raz spoglądały na mnie, innym razem przenosiły swój błękit na czarnoksiężnika. Zdążyłam na własnym ciele poznać siłę czarów napastnika, więc wiedziałam, że nie mam co liczyć na pomoc wampira.

– Mógłbym cię ujarzmić już teraz, ale zepsułoby to całą zabawę.– Mówił dalej uśmiechając się jakby znalazł największy na świecie skarb.– O, a co trzymasz w tej torbie? Hmm? Podzielisz się chyba ze mną tą wiedzą, co?– Nie czekając na odpowiedź wsadził rękę do torby i wyjął Athame i pistolet. – Magia Krwi, co? Całkiem ciekawa rzecz, ale nie będzie to nam potrzebne.– Odrzucił oba przedmioty poza zasięg rąk. Tym samym pozbył się mojej jedynej przewagi nad nim.

On chce mnie. Dał mi to wyraźnie do zrozumienia. Może więc jak się oddalę od tego miejsca i skupię całą jego uwagę na sobie, James’owi uda się uwolnić? I gdzie jest John? Problem stanowiło moje ciało, było znacznie osłabione po kolejnym ataku i miałam ogromne wątpliwości, czy byłabym w stanie wstać, nie mówiąc już o bieganiu? Ale jeśli tu zostanę, nie będę mogła zrobić niczego w obawie, że skrzywdzi James’a. Znalazłam się między młotem a kowadłem.

Decyzję podjęłam w oka mgnieniu, instynktownie. Złapałam go za ramię i wykorzystując je jak podporę, dźwignęłam się i wystartowałam. W biegu wysłałam za siebie wiązkę energii żeby dodatkowo go wkurzyć i zmusić do biegu za mną. Taka marna ilość energii nie zrobiłaby nic nikomu, nawet świeżemu adeptowi, ale działała skutecznie gdy chciało się kogoś wyprowadzić z równowagi.

Biegłam wolniej niż zwykle zahaczając o połamane gałęzie, omijając powalone drzewa i zakopując się w licznych bagienkach. Zmęczyłam się bardzo szybko, ale adrenalina nie pozwalała mi się zatrzymać. Odgłos zatapianych w błocku nóg goniących mnie podziałał jak na maratończyka widok mety. Co chwila widziałam uderzające w pnie zaklęcia, omijające mnie minimalnie. Trzymałam wokół siebie tarczę, mimo że już nie raz przekonałam się o jej nieskuteczności w obliczu czarnoksiężnika. Jej obecność dodawała mi otuchy, nadziei, że póki stoi, jego siła nie będzie w stanie mnie skrzywdzić.

Nie wiedziałam gdzie biegnę. Liczyłam tylko na to, że wkrótce będę miała możliwość oparcia stóp na twardszym gruncie. Tutaj co chwilę moje nogi tonęły spowalniając mnie i zmniejszając dzielącą mnie odległość od napastnika. Nie miałam szans. Od początku nie miałam szans przed nim uciec, wiedziałam to, ale ruszyłam. Odciągnęłam go od chłopaków. Będą mieli swoją szansę. Później.

Po czasie, który wydawał mi się krótką chwilą, ciało zaczęło odmawiać mi posłuszeństwa. Dlaczego gdy człowiek na coś czeka, czas dłuży się niemiłosiernie, a gdy pragnie coś odwlec, czegoś się boi, on nagle przyspiesza? Miałam wrażenie, że nie udało mi się odbiec od chłopaków zbyt daleko, a przecież musiałam przebyć szmat drogi, prawda?

Kroki nie były już daleko. Niemal czułam na sobie oddech czarnoksiężnika, jego obcasy zanurzały się w błocie zaraz za moimi. Dalsza ucieczka nie miała najmniejszego sensu. Musiałam się zatrzymać i stawić mu czoła. A przynajmniej pokazać, że nie poddam się bez walki.

Zahamowałam gwałtownie gdy niegdyś potężne drzewo zatarasowało mi drogę. Odwróciłam się i wrzasnęłam zaklęcie. Wielki piorun wystrzelił z mojej dłoni, ugodził w tarczę przeciwnika i odbił się uderzając w drzewo. Skoro magia nie działa postanowiłam rzucić się na niego, za jedyną broń mając paznokcie i zęby. Gdy znajdowałam się przy nim gotowa go uderzyć potężna siła zwaliła mnie z nóg. Przed złamaniem nosa uratowały mnie łokcie, którymi zasłoniłam twarz. Drugi już raz dzisiaj uderzyłam w kamień i poczułam jak na prawym łokciu rozcina mi się skóra i zaczyna lecieć krew. Na szczęście nic nie złamałam. Jeszcze.

 Czarnoksiężnik podniósł nogę jak do kopnięcia i już brał zamach gdy czyjeś ręce chwyciły go od tyłu i cisnęły o najbliższy pień. James nie czekając, doskoczył do przeciwnika i złapał go za wyciągniętą nogę, zakręcił jak na karuzeli i rzucił o kolejne drzewo. Siła z jaką ciało uderzyło o drewno zachwiało rośliną, a w miejscu zderzenia odpadł wielki płat kory. Wezbrała we mnie nadzieja, że może się uda. Powtórzyłam zaklęcie pioruna i wysłałam wprost na znienawidzone ciało. Trafiłam w ramię, ale to nie miało znaczenia. Faceta kopną potężny prąd i przestał się ruszać. Głowa opadła mu na pierś, z ust poleciała krew.

– James trzeba mu odciąć głowę lub wyrwać serce!- Krzyknęłam próbując się podnieść. Na twarzy miałam masę błota, która przysłaniała mi widok, więc tylko usłyszałam jak wampir stawia kroki.

Walczyłam z leśnym makijażem gdy ktoś złapał mnie za kark i mocno ścisnął. Instynktownie kopnęłam w miejsce gdzie faceci trzymają swoje najcenniejsze skarby i jęknęłam gdy pięta uderzyła w twardą tarczę.

– Mówiłem ci żebyś nie rozrabiała.– Syknął mi do ucha czarnoksiężnik łapiąc za prawy nadgarstek i go ściskając.– Byłaś niegrzeczną kotką, a niegrzeczne kotki muszą dostać karę.– Ścisnął jeszcze mocniej miażdżąc mi nadgarstek. Chrupnęło. Miałam wrażenie jakby z kości pozostał sam pył. Już nie byłam w stanie ściskać palców, które teraz zwisały bezwładnie.– A mogliśmy się razem tak dobrze bawić…

Uderzył mnie pod potylicom. Nie poczułam bólu. Resztką sił chciałam zobaczyć, co stało się z James’em, ale nie udało mi się.  Zobaczyłam tylko ciemność i moja świadomość zgasła.

 

ROZDZIAŁ 6

 

Nie wiem, co mnie obudziło. Czy pierwszy zaczął boleć nadgarstek, głowa, żebra, czy nogi? Bolały mnie wszystkie mięśnie, w ciało wnikało zimno. Otworzyłam oczy. Niewiele widziałam. W pomieszczeniu, w którym leżałam jedynym źródłem światła była naga żarówka powieszona na środku krzywego sufitu… Zaraz, czy to na pewno sufit? Zmrużyłam oczy i przyjrzałam się dokładniej. To nie był sufit, a raczej klepisko jaskini. Na wprost wmontowano stare drzwi, zza których docierała nikła poświata.

Spróbowałam się podnieść. Łokieć pulsował tępym bólem. Ktoś opatrzył mi go, bo był owinięty w nienajlepszej jakości bandaż. Zmiażdżony nadgarstek też został owinięty podobnym opatrunkiem. Nie dawało to żadnej ochrony, ale przynajmniej nie uderzałabym nim we wszystko, co bym mogła tu znaleźć. Albo raczej powinnam była powiedzieć, „nie uderzałabym nim w ściany”, bo w pomieszczeniu nie było niczego.

Ręce miałam związane sznurkiem. Od razu wiedziałam, czym on jest, bo nie czułam nic. Żadnej magii. Właściwie, jedyne co w tej chwili czułam to ból w całym ciele. Dawno się tak nie urządziłam. Oj dawno…

Wiedziałam, że facet czegoś od mnie chce, ale myślałam, że po prostu upatrzył sobie mnie na swoją kolejną ofiarę. A raczej żadna z nich nie dostąpiła zaszczytu podziwiania tego przybytku. Wstałam chwiejnie na nogi. Zdecydowałam, że to jednak nadgarstek wiedzie prym, wicemistrzem bólu została klatka piersiowa, a trzecie miejsce otrzymuje głowa. Utykając doczłapałam się do drzwi i uderzyłam z barku.

– Hej! Jest tam kto?!- Krzyknęłam. Odczekałam kilkanaście sekund, a gdy nie otrzymałam odpowiedzi, ponowiłam próbę.– Do jasnej cholery! Czy ktoś tam siedzi i udaje, że nie słyszy? Mam się zacząć drzeć?!- Co z tego, że już się wydzierałam ile sił w płucach.

Za drzwiami rozległy się kroki. Szedł ktoś lekki, bo dźwięk tupania był cichy. Może gnomo podobne coś? Takimi stworami łatwo manipulować jeżeli obieca się strawę, dach nad głową i godną płacę.

– Czego?– Głos, który przemówił utwierdził mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z jakąś rasą Niskich ludzi. Nawet ich mężczyźni gadali jakby połknęli gwizdek.

Nie wyzywaj, nie wyzywaj, nie wyzywaj… Bo ci nic nie powie.  

– Gdzie jestem?– Spytałam starając się być uprzejmą na tyle, na ile pozwalały okoliczności.

– A czego to cię obchodzi?– Odpyskował.– Już stąd nie wyleziesz elfi pomiocie.

I bądź tu miłą gdy cię więżą i wyzywają. Co te gnomy mają do elfickiego pochodzenia czarowników? Dosłownie każdy, prędzej czy później ci to wypomni. Ten najwyraźniej nie był zbyt cierpliwą istotą.

– A to, że wiedziałabym, o którą ścianę rozwalić ci łeb kurduplu.– Odszczekałam nie wytrzymawszy. Podły nastrój zwyciężył. Ostateczny wynik walki uprzejmości ze zgryźliwością, zero do jednego.

– Wkrótce nie będziesz już taka harda wiedźmo. Pan Morfeusz już się tobą zajmie.– Odpowiedział uradowany.

– Teraz już wiem dlaczego twój pan jest zdrowo walnięty. Nikt nie wytrwałby w zdrowych zmysłach przy takiej paskudzie jak ty.– Wyzywałam dalej, gdy przypomniałam sobie najgorsze wyzwisko jakim można obrzucić jego pobratymców– Zapewne jesteś tak niski, bo twój ojciec miał za małe jaja żeby wyprodukować coś większego!

– Tyyy…– Wydyszał i walnął z całych swoich mizernych sił w drzwi. Zaśmiałam się żeby spotęgować jego złość. Może uda mi się wkurzyć na tyle żeby tu wlazł? Jeśli otworzyłby drzwi miałabym niewielką szansę na ucieczkę.– Nie waż się obrażać mojego ojca!

– A matka? Bidulka, pewnie jak cię zobaczyła to z przerażenia obcięła ci jaja! Taki piskliwy głoski niemiał nic wspólnego z mutacją! Ty, a może jesteś mały, bo twój ojciec nie dał rady zaspokoić swojej kobiety i musieli zastosować inseminację? Też masz ten problem?!- Odsunęłam się od drzwi gdy usłyszałam dziwne hałasy po drugiej stronie. Nie miałam złudzeń, co do tego, że szuka kluczy. Najpewniej wejście było zablokowane deskami. – Knyp.– Zakończyłam swoją litanię.

Nie miałam pojęcia, w którą stronę otwierają się drzwi na tych prowizorycznych zawiasach wkutych w skałę, więc wybrałam najbardziej prawdopodobny scenariusz i stanęłam po prawej stronie, tak żeby móc kopnąć knypka zdrową nogą. Przy każdym ruchu sznurek obcierał złamany nadgarstek wywołując kolejne fale bólu. Miałam tylko nadzieję, że zraniona noga nie zarwie się pod mną w decydującym momencie. Wcześniejszy kop adrenaliny skutecznie zamaskował ten problem.

Drzwi się uchyliły gdy w korytarzu czy pomieszczeniu z drugiej strony rozległy się kolejne kroki. Tym razem odgłosy były mocne, zupełnie jakby ktoś uderzał metalowymi podeszwami w podłoże. Westchnęłam sfrustrowana. Było tak blisko, a w obecnym stanie nie miałam szans z większą ilością napastników. Nawet biec nie mogłabym sprawnie… Może się jednak trochę zabawię i przywalę pierwszej osobie, która wejdzie? Kto obstawia drągala, który mi przerwał chwilę uciechy?

– Co się tutaj, do cholery, wyprawia?– Ciężki baryton odbił się od ścian jaskini.

– Ja tylko chciałem nauczyć odrobiny szacunku tę wiedźmę.– Odparł hardo Gwizdek.

Prychnęłam uśmiechając się. Zadbałam o to żeby ten dźwięk dotarł do knypa.

– Ty paskudna…– Zaczął.

– Zamknij się zasmarkany odmieńcze! Szacunku to będzie jej uczył Pan Morfeusz.

– Morfeusz– Powiedziałam przypominając sobie Matrixa.– A ty to pewnie Neo, a kurdupel to Trinity. Nie naoglądaliście się za dużo filmów?– Co pocznę, że gdy się denerwuję zaczynam nadużywać sarkazmu, ironii i całej gammy innych parszywych form.

Do środka weszła jedna osoba. Zauważyłam, że był nią facet, którego nazwałam Neo. Skręciłam biodra żeby kopnąć, ale się powstrzymałam, gdy zobaczyłam rozmiary jegomościa. Nie wiem czym go matka za młodu karmiła, ale osiągnęła swój cel. Drągal był ogromny! Miał około dwóch metrów, musiał się schylić żeby dostać się do środka. Każdy cal jego ciała pokrywały mięśnie. Gość musiał nieźle pakować i dodatkowo faszerować się sterydami na śniadanie, obiad i kolację. Nie powiem, struchlałam gdy na niego popatrzyłam. A ja się łudziłam ucieczką! Z takim gorylem bez magii nie mam żadnych szans. Dla niego to ja jestem knypkiem, a kurdupel, który teraz zaglądał zza jego pleców, robakiem.

– Wow– Wymknęło mi się gdy zadzierałam głowę żeby spojrzeć mu w twarz. W sumie, to przypominał mi trochę Rambo. Takiego przerośniętego Rambo. Nawet miał opaskę na czole.-Chyba już wiem, dlaczego mama nie pozwalała mi jeść wszystkiego, co zdołałam dorwać.

Uśmiechnął się jakby otrzymał komplement.

– Pójdziesz teraz ze mną. Ktoś chciałby się z tobą zobaczyć.– Powiedział ewidentnie gapiąc się na mojej cycki. Też tam spojrzałam chcąc zobaczyć, co takiego zwróciło jego uwagę, ale nie doszukałam się niczego szczególnego. Bluzka, teraz umazana odpadającym błotem zakrywała wszystko, a nawet więcej niż zazwyczaj.

– Przekaż temu komuś, że mam napięty grafik. Niech się zgłosi za miesiąc.

Zaśmiał się błyskając idealnie białymi zębami. Wyglądały jakby były wstawione, nikt przecież nie mógłby mieć tak lśniących i równych zębów. Nawet nie wiecie, jak bardzo zapragnęłam pobawić się w dentystę. Miałabym obcęgi i zrobiłabym mu w ustach szachownicę.

Złapał mnie pod łokieć, a że byłam znacznie niższa od niego, musiałam stanąć na palcach żeby ten pieprzony sznurek przestał zahaczać o zraniony nadgarstek. Miałam nadzieję, że mój wzrok przekazał mu moje mordercze myśli. Gdybym tylko mogła czarować. Jeden maluczki czarek by wystarczył. Naprawdę.

Schylił się żeby móc przejść przez próg i pociągnął mnie za sobą. Zaraz za drzwiami stał kurdupel sięgający mi do pasa. Gnom. Ohh, gdybym tylko mogła mu się jakoś odwdzięczyć za jego wcześniejszą uprzejmość. Przy okazji zemściłabym się za ukradzionego kalosza.

Gnom widocznie pomyślał to samo, bo gdy go mijałam wymierzył mi kopniaka w zgięcie zranionej nogi, która od razu odmówiła współpracy i wylądowałabym na nierównej powierzchni jaskini gdyby nie trzymał mnie Rambo. Szarpnął mnie za rękę utrzymując w pionie. Łzy stanęły mi w oczach gdy sznurek ponownie wbił się w nadgarstek. Syknęłam.

– Słowo czarownicy knypie, jak się uwolnię to cię zamorduję.

Pokazał mi język, a ja nie umiałam się powstrzymać przed odpowiedzeniem tym samym. W efekcie czego dwójka dorosłych ludzi (w pewnym sensie ludzi) zachowywała się jak pięciolatki. Uhg, gdybym tylko mogła mu pokazać Środkowy Palec Mocy!

– Hej, Rambo, jak ty się w ogóle nazywasz?– Spytałam gdy szarpnął mnie kolejny raz i zaczął ciągnąć za sobą. Już za samo to go nienawidziłam.

– Co cię to obchodzi?– Odparł opryskliwie. Chyba nie mam co tu liczyć na intelektualne wyżyny i kulturę… Ale co zrobić? Czego Jaś się nie nauczył, tego Jan nie będzie umiał. Dostosuję się do jego poziomu żeby nie musiał skakać.

– Chciałabym po prostu wiedzieć, co mam napisać na twoim nagrobku.– Odparłam lekko mimo, że w środku czułam jakby ktoś zawiązał mi wokół organów sznur. Wiedziałam gdzie mnie prowadzi, a po swoich wybrykach nie spodziewałam się miłego powitania.

– W tej chwili jedyne co możesz to napluć.

– Nie kuś…– Chciałam dodać coś jeszcze, ale właśnie minęliśmy zakręt, za którym znajdowała się wielka grota z długim stołem po środku. Przy węższych bokach stały pojedyncze krzesła. Blat był zastawiony jedzeniem. Może nie była to wykwintna uczta, ale jak na warunki, w których i tak się znajdowaliśmy, było naprawdę bogato.– Wow.– Wyrwało mi się już drugi raz jednego dnia.– Król gnomów ma przyjechać?

– Felixie, pomógłbyś zająć miejsce naszemu gościowi?– Z kąta odezwał się czarnoksiężnik– Morfeusz. Był cały ubrany na czarno, więc z początku go nie zauważyłam. Jego wygląd znacznie się poprawił. Mógłby nawet uchodzić za przystojnego gdyby ktoś lubił urodę Jeana Reno. Nawet jego głos uległ zmianie i teraz brzmiał już prawie normalnie. Jakim cudem zdołał dokonać tak szybkiej zmiany, w tak krótkim czasie?

– Felix?– Parsknęłam gdy pociągnął mnie w stronę bliższego krzesła.– Może lepiej już Neo? Serio, padłabym ze śmiechu gdybym miała ryć w skale imię „Felix” wiedząc, że właśnie pochowałam człowieka– górę.

W ramach zadośćuczynienia za moje przytyki ścisnął jeszcze mocniej mój łokieć, a gdy siadałam, niemal wdusił mnie w krzesło. Poczułam jak na kolanie otwiera się rana i po łydce zaczyna ściekać mi krew. Tym razem powstrzymałam się przed komentarzem, który zapragnął zwiedzić świat i siedziałam wyprostowana jakbym nie zauważyła wcześniejszego aktu agresji.

– Wyjdź.– Powiedział Morfeusz machając od niechcenia ręką w stronę Felixa.

– Uciekaj, piesiu.– Powiedziałam, gdy Felix zaczął się wycofywać. Jeżeli jest typowym mięśniakiem bez choćby odrobiny mózgu, to się za to wkurzy i będzie się zadręczał, że nie miał szansy się odegrać.

Morfeusz przybliżył się do stołu i stanął obok mnie. Nie miałam wątpliwości, że się we mnie wpatruje, ale pozostałam konsekwentna i patrzyłam się przed siebie jakby już zajął swoje miejsce po drugiej stronie. Dotknął moich włosów przesuwając między palcami kilka pasemek, które uciekły za ucho. Gumkę zgubiłam już w lesie.

– Taka piękna, taka zimna. Gdyby baśń o Królowej Śniegu była prawdziwa zapewne byłabyś słynną uwodzicielką.– Mruczał przesuwając delikatnie palcami po zarysie mojej szczęki.

– Wydaje mi się, że mój mało kobiecy język dyskwalifikuje na samym początku.

Zaśmiał się aż powietrze zawibrowało. Siedziałam spięta. Dopóki trzymał się na odległość, byłam w stanie zachować ten minimalny spokój, ale co innego gdy mnie dotykał… Jego skóra w dotyku niczym nie różniła się od skóry innych ludzi, ale było w niej coś… coś co czyniło jego dotyk nieznośnym. Odsunęłam twarz od niego. Dzięki bogom, nie próbował więcej mnie dotykać.

– Wina?– Spytał podnosząc kryształową karafkę stojącą na środku stołu.

– Czego od mnie chcesz?– Wypaliłam. Zaczęła mnie męczyć ta zabawa. Trudno jest znieść niewiedzę, a ja należę do tej części populacji, która jak czegoś nie wie, zaczyna się denerwować.

– Niegrzecznie jest wypytywać gospodarza o jego plany.– Odpowiedział nalewając mi czerwonego wina do ozdobnego kieliszka.

– Niegrzecznie jest wiązać gościa– Odszczekałam pokazowo unosząc dłonie.

– Nic na to nie poradzę, że gość nie jest zbyt przyjaźnie do mnie nastawiony.

– Nic na to nie poradzę, że gospodarz to psychopata, który próbował mnie zabić.

– Może nie udało mi się jeszcze doprowadzić umysłu do pełnej sprawności, ale nieważne co robiłem, nie miało to na celu zabicia ciebie.

– Ohh, takie to miłe. Wybacz mi, że opacznie zrozumiałam twoje intencje. Powinnam była wiedzieć, że to próba oświadczyn. Naprawdę mi przykro, zapomniałam o tradycji zaciągania kobiety do jaskini.– Odgryzłam się. Ugh, coraz bardziej zaczynała mnie wkurzać własna bezsilność. Gdyby nie ten nadgarstek, wybiłabym mu te równiutkie przednie ząbki.

– Obrączki nie przyjęłaś.– Odpowiedział urażony. Zabrzmiało to szczerze, ale równie dobrze mógł być znakomitym aktorem.

– Bo nie uklęknąłeś.

– Naprawdę mnie nie pamiętasz?

– Nie– Częściowo skłamałam. Miałam wrażenie, że gdzieś go już widziałam, ale uczucie to było tak słabe, że nie potrafiłam dopasować do jakiegoś miejsca lub czasu.– Dlaczego mnie tu sprowadziłeś? I co zrobiłeś James’owi i Johnowi?

– Na pierwsze pytanie odpowiem ci w trakcie kolacji.– Wytrzeszczyłam na niego oczy. Kolacji? Raptem chwile temu świtało. Gdy zobaczył mój wzrok wyjaśnił jak to się stało, że straciłam cały dzień.– Musiałem cię uśpić żeby łatwiej było cię tu zabrać.– Zrobił zamaszysty ruch ręką mającym objąć całą jaskinię.– Jeżeli dobrze pamiętam, to ten twój John to był ten demon. Tak, dobrze słyszysz, był. Z taką raną na pewno wykrwawił się zanim cię dorwałem. Co się zaś tyczy wampira, srebra nie miałem przy sobie, ale trochę czasu zajmie mu regeneracja tych ran, więc nie musisz się martwić o to, czy zacznie cię szukać. Niestety, nie miałem czasu na zabawę z wyrywaniem serca.

Zabił Johna? A może kłamie żeby wyprowadzić mnie z równowagi? Nie, nie powinnam wierzyć w to co mówi. Będę wszystko przyjmować obojętnie, a gdy się stąd wydostanę, zweryfikuję wszystko. Nie dam mu się złamać.

– Zjedz coś, na pewno jesteś głodna. Wprawdzie zaklęcie, które na tobie zastosowałem powinno spowolnić twój metabolizm, ale nigdy nie wiadomo.

 Spojrzałam z powątpieniem na potrawy leżące na stole. A może w jednej z nich czeka na mnie mało spektakularny koniec? Jeżeli przyjdzie mi umierać rzygając, przysięgam, że zabiję sukinsyna. Morfeusz ( czułam się jak idiotka, nawet gdy nie musiałam wymawiać jego imienia na głos) przyglądał mi się gdy chciałam z bliska przyjrzeć się kotletopodobnemu czemuś. W każdym razie było to jakieś mięso w panierce.

– Nie chcę znów wyjść na nieuprzejmego gościa, ale ciężko będzie mi jeść ze związanymi rękoma.– Powiedziałam gdy jego wzrok zaczął mi przeszkadzać.

– Pomogę ci nałożyć na talerz co będziesz chciała, ale dalej musisz radzić sobie sama.– Odpowiedział zirytowany. Jak dobrze wiedzieć, że mój dar wkurzania ludzi nadal jest aktywny.

Podszedł do mnie, ale nie zapytał co ma nałożyć, tylko sam zaczął nakładać na talerz kotlet, ziemniaki i marchewkę. Przynajmniej karmią tutaj dobrze swoich więźniów. Uda mi się zaoszczędzić kilka groszy. Ciekawe, czy czuł się urażony, że go nie poznałam. Może dlatego miał teraz tak kwaśną minę, od której kapusta mogłaby się uczyć.

– Dziękuję– Powiedziałam słodko. Nie odpowiedział mi tylko wrócił na swoje miejsce po drugiej stronie stoły i złączywszy dłonie na stole, powrócił do gapienia się na mnie. Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że się go nie boję. Zamiast tego byłam raczej zdenerwowana jego zachowaniem. Przypominał mi typowego syneczka swoich bogatych rodziców, który jak nie idzie po jego myśli, gotów tupnąć nogą i w złości rozbić najcenniejszy wazon w pomieszczeniu.

Spróbowałam manewrować związanymi rękoma tak żeby nie nadwyrężać nadgarstka, ale okazało się to niemożliwe.  Za każdym razem jak udało mi się coś nabić, czułam jakby ktoś wykręcał mi rękę. W efekcie nie zjadłam zbyt wiele i byłam pewna, ze przyjdzie mi jeszcze głodować. Zrezygnowana odłożyłam widelec i zaczęłam wpatrywać się w Morfeusza, który mimo swoich zapewnień, ze wyjaśni mi o co chodzi, milczał przez cały czas.

– Powiesz w końcu o co ci chodzi? Czy mam zacząć zgadywać?

– A jakie są twoje przypuszczenia?

– Pierwsze miejsce zajmuje wypatroszenie.– Odpowiedziałam nawiązując do jego ofiar.– Drugie, jakaś niemoralna propozycja.– Po coś mnie w końcu trzyma żywą, prawda?– Trzecie miejsce mówi, ze po prostu jesteś obłąkany i szukasz kogoś komu będziesz mógł się pochwalić jaki to wielki i sprytny jesteś.

– Bystra z ciebie czarownica… Wszystkie trzy punkty zgadzają cię, chociaż nie mówią dlaczego akurat ty, ale do tego jeszcze wrócimy.

– Hura, niech żyje bohater dnia.– Wzniosłam smętny toast. Nie mógł powiedzieć, że chociaż pierwszy punkt jest pudłem? Nieszczególnie miałam ochotę rozstawać się ze swoimi narządami. Jesteśmy przyjaciółmi całe życie i zdążyłam przywyknąć do tego, że się nigdy nie rozstajemy.– Dobra, to co to za propozycja, którą masz mi złożyć przed zabawą skalpelikiem?

– Chciałbym żebyś złożyła przysięgę i ogłosiła się moją Towarzyszką.– Wypalił jak z armaty.

Prychnęłam.

– Co was wszystkich wzięło na te przysięgi?

– Mnie zależy wyłącznie na mocy.– Kontynuował jakby nie usłyszał co powiedziałam.– A tobie już wkrótce zacznie zależeć na jak najszybszym odejściu w Zaświaty. Możliwie bezboleśnie.

– Aha.– Mruknęłam jakby jego słowa nie zrobiły na mnie wrażenia.– A co jeżeli nie przyjmę propozycji?

– Wtedy to ja, osobiście się postaram żebyś zmieniła zdanie.

W to akurat nie wątpiłam, pewnie miałby jeszcze z tego kupę śmiechu.

– Na decyzję masz czas do rana.– Powiedział i wstał.– Felix odprowadzi cię o twojej celi.

Jak na zawołanie Rambo-Felix wszedł do komnaty. Wstałam z krzesła zanim zdążył do mnie podejść i mi w tym pomóc. Złapał mnie pod łokieć jakbym zaraz miała mu uciec. Spokojnie pieseczku, dopóki jesteśmy w obecności Czarnoksiężnika, nie mam zamiaru niczego próbować. Zatrzymałby mnie zanim zdążyłabym dobiec do drzwi. Znam swoje ograniczenia.

Rambo ( jakoś nie potrafiłam przerzucić się na Felixa) pociągnął mnie za sobą. Stawiał tak duże kroki, że musiałam za nim bieg żeby nie zacząć szurać nogami po podłodze. Jednocześnie starałam się zapamiętać przebytą trasę. Idąc na spotkanie z Morfeuszem nie pomyślałam o tym i to był mój błąd, bo zamiast teraz weryfikować to co zapamiętałam, musiałam uczuć się wszystkiego pierwszy raz. A pamięć nie zawsze lubi współpracować. Na szczęście droga miała niewiele odnóg co minimalizowało możliwość zbłądzenia ale jednocześnie zwiększała ryzyko natknięcia się na Czarnoksiężnika. Oczywiście pod warunkiem, że jakimś cudem uda mi się ponownie sprowokować kurdupla i nawiać z celi.

Drzwi od celi stały otworem, ale nigdzie nie widziałam kurdupla.

– Gdzie nasz mikrej postury przyjaciel?– Spytałam gdy Rambo zamykał za mną drzwi. Eh, gdybym tylko miała możliwość ukradnięcia chociażby widelca ze stołu. Że też Morfeusz musiał się we mnie wgapywać jak troll w stary gnat.

– Uznałem, że będziesz wolała towarzystwo kogoś kulturalniejszego.

– A co? Macie tu kogoś jeszcze?– Spytałam wiedząc, że miał na myśli siebie.

– Dowcipna jesteś… ale do czasu.

Pokazałam w stronę drzwi Środkowy Palec Mocy. Wzrosła we mnie bezsilna złość. Rozejrzałam się za czymś co mogłabym kopnąć, ale mając do wyboru tylko skały i drzwi spróbowałam się uspokoić. Wolałam nie ryzykować złamania palca. Zdecydowanie wystarczył mi roztrzaskany nadgarstek.

Jak szczur zapędzony w pułapkę zaczęłam krążyć po pomieszczeniu. Nie miałam pomysłu. Żadnego. Nic. Pustka. Przyjdzie mi skonać jak prawdziwemu szczurowi? Czy naprawdę aż tak polegałam na magii, że gdy jej zabrakło stałam się bezsilna? Myśl Alexandro, myśl… A przede wszystkim się uspokój, bo jak zaczniesz panikować to już możesz zacząć uznawać się za trupa.

Może udać, że zemdlałam? Pomysł dobry, tylko nie miałam czym ogłuszyć Rambo. Zresztą nie miałam pewności czy usłyszałby mój upadek, a nawet jeśli tak, to czy uznałby za konieczne zaglądanie tutaj. To nie jemu byłam potrzebna.

Mogłabym też powiedzieć, że chcę do toalety…

Usiadłam na zimnym kamieniu. Nadgarstek spuchł i zaczerwienił się. Wolałam nawet nie myśleć ile będzie mnie kosztować jego wyleczenie. Zwłaszcza, że znam tylko kilka podstawowych czarów uzdrawiających, a nie ma w tym repertuarze naprawiania kości. Jak zwykle Los ze mnie zadrwił. Gdy potrzebna mi jest jakaś umiejętność okazuje się, że jej nauka nie została zawarta w moim szkoleniu. Mam teraz za swoje… było mi zostać uzdrowicielką.

Westchnęłam przygnębiona. Nie chcę umierać. Nie chcę znów przeżywać koszmaru tortur. Już raz przez to przechodziłam, wiem co może mi on zafundować i byłam niemal pewna, że drugi raz tego nie zniosę. Za pierwszym razem było łatwiej, bo nie wiedziałam co mnie czeka, a teraz… teraz być może uda się mnie złamać. Boję się bólu jaki może mi zafundować, boję się, że zacznę go błagać o śmierć, że zgodzę się na jego propozycję tylko po to żeby przestał mnie męczyć… Wiem, że to brzmi żałośnie, że jestem żałosna, słaba, ale nie jestem ze stali i też mam swoje granice, teraz znacznie zawężone, bo obawiam się tego, czego kiedyś nie znałam i nie myślałam o tym.

Co powinnam zrobić? No co? Obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie dam się skrzywdzić, nie dam się przechytrzyć, wykorzystać. A teraz? Siedzę w jakiejś wilgotnej jaskini, z jednym przygłupem pod drzwiami, mikrym kretynem i szaleńcem. I co? Pozwalam sobą pomiatać, daję się wykorzystywać i dobrowolnie zgadzam się na to żeby mnie skrzywdzili. Do cholery! Nigdy nawet nie liczyłam na czyjąkolwiek pomoc! Zawsze musiałam robić wszystko sama! Każdą pieprzoną rzecz! Zawsze liczyłam tylko na siebie, a teraz co? Siedzę tutaj i czekam na wybawienie?! Niedoczekanie.

Alexandro Kathleen Marr jak ci przyjdzie kopnąć kalendarz w tej zapadłej dziurze, to tylko na własnych warunkach! A potem jak coś, to dogadasz się ze strażnikami w Zaświatach żeby dali ci dwa tygodnie na straszenie idiotów, którzy postanowili się ciebie pozbyć. Zagwarantuję im co najmniej dwie dodatkowe duszyczki do męczenia… Tylko problem wciąż pozostawał. Jak się wydostać stąd? Mam za mało siły żeby nawet myśleć o wywarzeniu drzwi, a ten goryl po drugiej stronie…

Byłam tak głęboko zamyślona, że z początku nie zauważyłam, że drzwi ponownie się otworzyły. Do środka został wepchnięty mężczyzna ze związanymi na plecach rękoma, które uniemożliwiły mu zamortyzowania upadku.

– Teraz będziecie mogli sobie pogruchać gołąbeczki– Zaśmiał się Rambo.– Cieszcie się póki możecie.– Palnął przereklamowanym tekstem, po czym zamknął drzwi i ustawił deski na blokadę.

Mój nowy współlokator jakoś się podniósł. Z ulgą zobaczyłam, że podczas upadku nie przeorał głową ziemi. Na twarzy nie ostrzegłam żadnych obrażeń oprócz skaleczenia na górnej wardze. Świetnie, będę miała towarzysza bardziej sprawnego fizycznie niż ja. Może razem coś wykombinujemy.

Facet rozglądał się wokół. Pewnie wyglądałam tak samo jak się obudziłam. Z tym, że leżałam na ziemi, a wcześniej nieźle oberwałam. W końcu jego wzrok spoczął na mnie.

– Cześć– Przywitałam się.

– Cześć– Opowiedział oszołomiony.– Gdzie my jesteśmy?

– Ty chyba powinieneś lepiej wiedzieć od mnie. Mnie tu przywlekli nieprzytomną, ale strzelałabym, że to jedna z jaskiń, których pełno wokół jeziora.– Zadrwiłam zapominając o dobrym wychowaniu. Zresztą jak zawsze.– Czarownik?– Strzeliłam.

Pokiwał twierdząco głową.

– No to jest nas dwoje.– Mruknęłam. Pokiwałam palcem żeby podszedł bliżej. Z początku się ociągał, ale w końcu kucnął przed mną. Z bliska był nawet przystojny, tylko niewielka plama po (najpewniej) oparzeniu, nad prawą wargą psuła wrażenie. Ale kim ja jestem żeby osądzać po bliznach? Sama mam ich znacznie więcej. Za to miał piękne oczy, w słabym świetle w jakim się znajdowaliśmy wydawały się czarne. Niesamowite wrażenie. – Posłuchaj, wiem, że dopiero rozpocząłeś wycieczkę w tym miejscu, ale mnie zaczęło się już tu nudzić.– Wyszeptałam. Nie wiedziałam jak daleko od drzwi siedzi Rambo.– Może pomożesz mi wymyślić jak się stąd urwać? Bo chyba nie myślisz, że spotka nas tu szczęśliwe zakończenie?

– Wiesz, w którą stronę znajduje się wyjście?– Przeszedł od razu do sedna spawy. Dobrze, trafił mi się zdecydowany facet.

– Nie, a ty?

– Też nie, miałem na głowie worek, zdjął mi go ten dryblas przed samymi drzwiami. Nie mam pojęcia, w którą stronę mielibyśmy uciekać.

– Mnie to bez różnicy. Obiecano mi tutaj praktykę z użyciem kilku ostrych narzędzi i zabawę w chirurga. Oczywiście ja mam grać pacjenta.

– Dość kiepsko.

– Naigrywasz się?– Rzuciłam zirytowana. Pokręcił przecząco głową.– Przepraszam, jak się denerwuję robię się bardziej zgryźliwa niż zazwyczaj.

– Nie ma się czemu dziwić. Zastanawia mnie tylko czemu wsadzili nas razem do tej… celi? Jamy?

– Pewnie nie mając więcej komnat, albo Rambo to idiota, o czym jestem właściwie przekonana. Jeszcze gdzieś tu kręci się kurdupel i szalony czarnoksiężnik Morfeusz.– Wyjaśniłam.

– Morfeusz? Jak z Matrixa?

Zaśmiałam się.

– Miałam dokładnie takie same skojarzenie.

Zapadła cisza gdy żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. Byliśmy w beznadziejnej sytuacji. Oboje.

– Może udałoby się nam wzajemnie rozwiązać?– Spytał spoglądając na moje związane dłonie. W przeciwieństwie do niego nie miałam ich złożonych na plecach.

– Może być ciężko. Mam strzaskany nadgarstek i ledwo mogę manewrować przez to dłońmi.– Właściwie, to prawą dłonią nie mogłam wcale ruszać. Coś czuję, że jeśli uda mi się stąd wydostać, to jeszcze długo przyjdzie mi odczuwać skutki zniszczonych kości.

– W takim razie spróbuję przełożyć ręce pod sobą i wtedy zobaczymy, co a się zrobić.– Powiedział.-Przy okazji, jestem Benjamin, ale wszyscy mi mówią Ben.

– Alexandra, ale wszyscy mówią mi Alex.– Odwdzięczyłam się.– No dobra, prawie wszyscy.– Dodałam po chwili namysły gdy przypomniałam sobie, że James kategorycznie odmówił skracania mojego imienia.

Przez kilka minut przyszło mi oglądać niezłe widowisko. Gdyby nie sytuacja w jakiej się znajdowaliśmy uśmiałabym się do łez. Kto by pomyślał, że przełożenie rąk pod nogami może okazać się tak trudnym zadaniem. W końcu jednak udało mu się i z wypisanym triumfem na twarzy pokazał mi wyprostowane ręce. Hmm, tym uśmiechem pewnie podbił niejedno serce.

– Teraz może uda mi się rozplątać twoje dłonie.– Wyszeptał pochylając się nad mną. Chwila nieuwagi, niewłaściwe słowa i będziemy mieć na głowie Rambo.

Złączyłam dłonie na tyle na ile pozwalał mi nadgarstek i pokazałam mu supeł. Dopiero teraz przyjrzałam mu się dokładniej. Wyglądał na solidny i mocny. Ben może mieć z nim niemało problemu, a ja z moim nadgarstkiem byłam na straconej pozycji. Nawet zębami nie udałoby mi się tego rozplątać. Ktoś włożył sporo siły i umiejętności w ego zaplątanie.

Zabrał się do rozplątywania delikatnie, ale nawet mimo to kilka razy syknęłam gdy pociągnął zbyt mocno. Całe szczęście, że nie wymsknęły mi się inne słowa, które wtedy cisnęły mi się na usta. W nowej znajomości chciałam wypaść jak najlepiej żeby moja próżność mnie nie zadręczała, że jej nie dopieszczam. Tak więc, zero przekleństw, jak najmniej sarkazmu i ironii. Już i tak zawaliłam na wstępie.

Po czasie, który wydawał mi się wiecznością, w końcu Benowi udało się poluzować wiązania i uwolnić moje dłonie. Zalała mnie ogromna ulga gdy mogłam w końcu poruszać swobodnie chociaż jedną dłonią.

Szybko ukryłam swoja aurę. Nie miałam wątpliwości, że Morfeusz utkał wokół jaskini sieć zaklęć mających wykryć użycie czarów. Sam też pewnie był teraz niezwykle wyczulony na najdrobniejsze magiczne zmiany jakie mogłyby pojawić się w jego otoczeniu, a w moim interesie leżało żeby o mojej ucieczce dowiedział się jak najpóźniej.

Złapałam lewą dłonią rękę Bena i pomagając sobie prawą (na ile to było możliwe) zabrałam się za jego supeł. Moja moc znowu odpłynęła w nicość. Miałam już szczerze dość takiego stanu rzeczy i obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie dopuszczę do podobnej sytuacji.

Facet miał niezły problem z rozplątaniem mojego, więc nic dziwnego, że mnie zajęło to znacznie dłużej. Manewrowanie jedną zdrętwiałą ręką nie należało do najłatwiejszych zadań, ale w końcu i mnie się udało. Sapnęłam uradowana gdy również jego supeł puścił i mógł się uwolnić.

Jednocześnie odrzuciliśmy sznury i ukryliśmy aury. Nadal nie mogliśmy używać magii żeby nie ściągnąć sobie na głowy nowych kłopotów, ale teraz przynajmniej mieliśmy wolne ręce i mogliśmy spuścić łomot Rambo i knypkowi.

– I co teraz?– Spytał Ben spoglądając na mnie. Aha, czyli ja miałam tu dowodzić?

– Proponowałabym ściągnąć tutaj Rambo…

– Rambo?

– Oh, tego wielkoluda, który cię tu przytaszczył.– Wyjaśniłam szybko.– Tak mi się jakoś skojarzył… Wracając do tematu, najlepiej byłoby go tu ściągnąć i obezwładnić jak typowego faceta.– Spojrzał na mnie nierozumiejącym wzrokiem. Czy każdy facet ma we łbie tylko jedną szarą komórkę, do której każdy impuls dociera z opóźnieniem albo wcale?– Kopnie się go w jaja.

– A niby jak chcesz go tutaj ściągnąć? Jest mu obojętne czy się tu pozabijamy czy nie.

– Nie powinno być. Morfeuszowi zależy na tym żeby mieć nas żywych. Inaczej od razu by nas pozabijał.– Wyjaśniłam, ale przemilczałam informację o tym do czego byłam mu potrzebna. O tym mogłabym powiedzieć tylko Johnowi i James’owi, a możliwe, że im też bym nie powiedziała. Eh, muszę się stać bardziej otwarta na innych, bo w końcu to wieczne milczenie oprowadzi do mojej zguby.– Zrobimy hałas, po którym zaczniesz się drzeć, że zemdlałam, powinien tu przylecieć. Potem kopniesz go tam gdzie trzeba i go ogłuszysz. Umiesz ogłuszyć?– Upewniłam się. Pokiwał twierdząco głową. Dobrze, zbyt wielu nadnaturalnych polega wyłącznie na swoich zdolnościach i nie ma bladego pojęcia o walkach wręcz.– Dasz radę?– Spytałam gdy zobaczyłam, że nie wygląda zbyt dobrze. To znaczy, miałam na myśli, zbyt dobrze jak na obecne warunki.

– Tak, jasne.– Odpowiedział pewnie, więc doszłam do wniosku, że mi się przewidziało.

– To zaczynajmy.

Zasymulowaliśmy upadek, po którym położyłam się na środku sali. Dla niepoznaki złączyłam ręce żeby wyglądały na związane i zamknęłam oczy. Ben podszedł do drzwi i zaczął w nie walić pięścią. Przerażonym głosem zaczął się drzeć.

– Hej, jest tam kto? Tej dziewczynie coś się stało, zemdlała!- Gdy nie doczekał się reakcji, powtórzył.– Do cholery! Ta dziewczyna jest nieprzytomna!

Za drzwiami rozległo się stuknięcie i po chwili ciężkie kroki. Zaszurało drewno o drewno gdy Rambo ściągał kolejne deski. Gdy drzwi się uchylały zamknęłam uchyloną powiekę i postarałam się jak najbardziej rozluźnić. Gdyby Ben spanikował i wielkolud dotknąłby mojego napiętego ciała mógłby się zorientować, że coś jest nie tak.

– Co się stało?– Zaburczał.

– Nie wiem, rozmawialiśmy, zrobiło się jej słabo i upadła.– Wyjaśnił Ben. No dalej, kopnij go! Póki stoi masz szansę.– Przepraszam.– Powiedział.

Usłyszałam jak jego but zahacza o materiał. Otworzyłam oczy w chwili gdy Rambo wydał z siebie wysoki dźwięk i łapiąc się za krocze upadł na kolana. Ben uderzył go w potylicę, ale nie trafił we właściwe miejsce i tylko wywołał kolejny jęk bólu. Poprawił cios i tym ręka dotarła tam gdzie trzeba. Mięśniak zwalił się na podłogę z ogromną siłą uderzając głową o kamień. Idealnie, nie będzie nam przeszkadzał.

Dźwignęłam się z podłogi i oboje wyszliśmy z komnaty po drodze zabierając martwe włókna i chowając je do kieszeni. Kto wie, może się jeszcze przydadzą. Po cichu liczyłam, że zadziała na czarnoksiężnika, chociaż nigdy nie wiadomo.

Chwilę nasłuchiwaliśmy czy hałas nie zwrócił czyjejś uwagi. Gdy nie usłyszeliśmy żadnych kroków zamknęliśmy za sobą drzwi i zablokowaliśmy je deskami. Świetnie, pierwszy etap naszej ucieczki przebiegł bez zakłóceń, ale czekało nas trudniejsze zadanie. Nieuzbrojeni i nie znając drogi mieliśmy wydostać się na zewnątrz. I najlepiej gdybyśmy przy tym nie zwrócili na siebie uwagi.

W małej wnęce przy drzwiach stało krzesło i oparty o nie kij. Ben wziął go i zwarzył w dłoniach. Przynajmniej mamy jakąś broń. Fakt, patyk to mała pociecha przeciwko magii, ale jak trafimy na karła, to powinien wystarczyć, a takiemu przywalić… sama radość.

Ruszyliśmy dalej. Był to ten sam korytarz, którym szłam wcześniej z Rambo. Pamiętam, że po drodze minęliśmy kilka zakrętów. Warto byłoby wybrać któryś i sprawdzić co jest na końcu. Może w końcu natrafimy na jakiś podmuch powietrza hulający w korytarzach.

Doszliśmy do jednego z zakrętów gdy przed nami rozległ się jakiś dźwięk. Brzmiało zupełnie jak odgłos kroków. Jak oparzeni wskoczyliśmy do bocznego korytarza, mając przy tym wystarczająco dużo zdrowego rozsądku żeby zachować ciszę. Na paluszkach zaczęliśmy oddalać się od wejścia, a kroki stawały się coraz dalsze. Miejmy nadzieję, że owy przechodzeń nie zdecyduje się iść za nami ani do celi. Miałby niezłą niespodziankę, a my nowe kłopoty na głowie i to dość spore.

Po podłożu przebiegło jakieś zwierze. Myślałam, że serce mi stanie. Gdyby nie możliwość wykrycia, zabiłabym parszywca. Wystarczyło mi, że czułam na plecach oddech Morfeusza.

 Ben pociągnął mnie gdy przez dłuższy czas stałam w miejscu. Dobrze, że tutaj był, nie wiem ile bym tak tkwiła gdyby mnie nie ruszył. Pewnie aż do Apokalipsy, Ragnaroku, czy innej katastrofy. Ruszyliśmy dalej. W tunelu panowały ciemności. Zresztą nie ma się czemu dziwić, nikt nie marnowałby akumulatora na zwykły korytarz.

Staraliśmy się iść cicho, ale na ziemi walało się wiele kamyków, na które chcąc nie chcąc nadeptywaliśmy. Każde takie gruchnięcie brzmiało jak uderzenie dzwonu. Za każdym razem aż ciarki przebiegały mi po plecach. Jednak najgorsze dopiero miało nadejść, a swój początek miało wraz z potężnym dźwiękiem gwizdka. Echo poszło po korytarzach zwiększane przez ściany i wąskie pomieszczenia. Nie miałam wątpliwości, że nie jest to salwa powitalna dla gościa honorowego.

– Biegnij– Syknęłam na Bena, który też się zatrzymał gdy zaatakowało nas echo.

Wystartowaliśmy jak wystrzeleni z procy. Teraz zachowanie ciszy nie miało dla nas żadnego znaczenia skoro oprawcy już wiedzieli, że ptaszynki uciekły z klatki. W tej chwili liczyło się dla nich tylko znalezienie skowronków i połamanie im skrzydełek, a dla nas, ucieczka. Gotowa byłam walczyć o swój tyłek i nie miałam zamiaru oddawać im choćby jednego piórka ze swojej głowy. Ah, gdybym miała jakiś nóż, ostry kamień, cokolwiek czym mogłabym się zranić i użyć Magii krwi! Wiem, że nie powinnam wykorzystywać do tego niczego poza Athame, ale skoro sztylet zaginął, byłam gotowa zaryzykować. Jak mi się nie uda uciec to i tak zginę, więc niczym nie ryzykuję, a mogę zyskać szansę pokrzyżowania planów Morfeuszowi.

Nasze zniknięcie zostało zauważone, więc nie było sensu w dalszym ukrywaniu swojej aury. Uwolniłam ją jednocześnie zaczynając mamrotać zaklęcie. Chciałam wysłać do James’a Zwiastuna, który by go tu naprowadził. Jeżeli dobrze dobiorę słowa, to wiadomość dotrze do niego i wracając do mnie wskaże mu właściwy kierunek. Taki efekt bumerangu.

Gdy skończyłam nad moją głową zamajaczyła imitacja papierowego samolocika z wiadomością na skrzydłach. Nie był materialny, ale przez pewien czas mógł udawać ciało stałe. Przynajmniej ma się takie wrażenie gdy trzyma się Zwiastuna w dłoniach. Drugim plusem jest to, że nie korzysta on z magii czarownika tylko otoczenia i gdyby coś mi się stało to i tak dotrze on do adresata.

Bogowie, James błagam, bądź gdzieś blisko!

Korytarz ciągnął się i ciągnął. Przebiegliśmy szmat drogi, a nadal nie było czuć ruchów powietrza. Nie wróżyło to dobrze. Kierowaliśmy się niewłaściwą drogą i być może zagłębialiśmy się w skałę. Jednak miejsce, do którego przybyliśmy nie było pustą naturalną grotą. Mogę szczerze powiedzieć, że jej wystrój nie przypadł mi do gustu. Na suficie paliła się jedna lampa oświetlając część pomieszczenia, kryjąc ściany w mroku. Od czasu do czasu było tylko widać niewielki połysk, najpewniej z broni powieszonej na hakach. Na ziemi leżały stosy książek, bandaży i strzępków materiałów. Niektóre z nich miały miejscami rdzawy kolor. Na samym środku stał wyrzeźbiony ołtarz… a przynajmniej prostokąt z litej skały mi się z nim kojarzył, bo raczej prawdziwe ołtarze nie mają przymocowanych do krawędzi ciężkich kajdan, prawda? Wokół unosił się smród spalonego ciała. Obrzydlistwo. Miałam wrażenie, że żołądek podjechał mi do gardła i chciał wyjść. Miałam tylko nadzieję, że woń pochodzi z porozstawianych wszędzie flakoników, a nie z bardziej oczywistego źródła.

– No, no, no. Czyżbyś podjęła już decyzję?– Z jednego z niewidocznych w mroku kątów wyłonił się Morfeusz. W ręku trzymał jakąś książkę. Ciekawe jak on czytał pozbawiony choćby odrobiny światła.

– Chyba się nie zgodzę. Nie odpowiadają mi warunki umowy.– Odpowiedziałam jednocześnie rozglądając się za jakąś bronią. Kurde, czymkolwiek co zdołałoby przeciąć skórę! Jak na złość jedyne potencjalne bronie wisiały na ścianach.

– Jedyne co powinno cię interesować to szybkie zakończenie życia, reszta jest nieważna.– Położył książkę na jednym ze stosów i spojrzał na Bena.– A i jest z nami też drugi gość. Mniej ważny, ale mogę zapewnić, że równie przydatny. Nie musisz się niczym martwić, umierać będziesz powoli, ale niezbyt boleśnie. Przynajmniej w porównaniu do niej.– Kiwnął głową w moją stronę.

– Wariat…– Mruknął Ben nie odrywając wzroku od Czarnoksiężnika.

– No cóż, skoro sami tutaj przyszliście, wnioskuję, że chcecie to mieć jak najszybciej za sobą…– Zaśmiał się z własnego żartu. Chciałam mu odpyskować, tak jak mam w zwyczaju, ale nagle moje ciało zdrętwiało, a gardło się ścisnęło. Nie mogłam się ruszać. To chyba tyle jeżeli chodzi o rewanż.– Może zaprezentuję ci Alexandro ołtarz przygotowany specjalnie dla ciebie.– Wskazał na kamienny blok po środku. Wiedziałam, że to ołtarz. Już się nie mogę doczekać aż go wypróbuję.– A ty usiądziesz sobie na tamtym krześle.– Wskazał w dalszy róg pomieszczenia gdzie wykuto w skale siedzenie z oparciami. Ładne mi krzesło…– Będziecie musieli chwilę zaczekać, bo nie spodziewałem się was tak szybko i nie zdążyłem przygotować wszystkich narzędzi. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe.

– Spokojnie, nagrabiłeś sobie już wcześniej.– Odpowiedziałam mając na myśli ciała zabitych czarowników.

Co teraz, do cholery robić? Nie chcę żeby mu się udało, a jeszcze bardziej nie chcę umierać. Jestem zdecydowanie na to za młoda. Tak na marginesie, za sto lat tez będę za młoda na to. Umieranie nie jest dla mnie.

– Ty czarowniku usiądziesz sobie teraz. Chciałbym porozmawiać z twoją koleżanką.– Powiedział. Wymamrotał kilka słów i Ben posłusznie ruszył w stronę wyrzeźbionego fotela. Po drodze zachwiał się gdy spróbował sprzeciwić się nakazowi. Oczywiście bezskutecznie.– Teraz może powtórzysz mi swoją odpowiedz? Chciałbym ją usłyszeć jeszcze raz.

– Spieprzaj– Odparłam zajęta rozmyślaniem nad jakimś planem ucieczki.

Morfeusz nie unieruchomił rąk Ben, więc mógłby on wyciągnąć martwe włókno z kieszeni gdy ja ściągnęłabym na siebie uwagę. Tylko, czy Ben o tym pomyśli? Wydawał się kumatym gościem, a teraz nawet nikt nie zwraca na niego uwagi… Może gdybym zachwiała koncentrację Czarnoksiężnika uwolniłby swoje nogi?

Spojrzałam pod nogi starając się żeby to wyglądało naturalnie, jakbym nie chciała zwracać na siebie zbytniej uwagi. W tam samym czasie rozejrzałam się za potencjalną bronią. Dużo wysiłku wymagało od mnie utrzymanie emocji na wodzy, gdy niecały metr od siebie zauważyłam nóż. Wprawdzie odrobinę zardzewiały, ale w końcu było tutaj coś czym mogłabym się bronić! Pal licho zasady, byłam gotowa przeciąć sobie skórę tym paskudztwem byleby się stąd wydostać.

– Masz bardzo nieładny język, kobiecie nie przystoi przeklinać.

– A mężczyźnie grozić kobiecie.– Odparłam robiąc drobny krok w stronę noża. Patrzyłam mu przy tym w oczy żeby nie zauważył do czego podążałam. Jak zauważy, to mogiła.

– Ani pyskować.– Dokończył.

Odwrócił się w stronę Bena i podszedł w jego stronę kilka kroków… Chwila, czyżby zapomniał rzucić na mnie zaklęcie unieruchamiające? Nawet nie zablokował mojej magii. Punkt dla drużyny Alex.

Wykorzystałam chwilę gdy zajmował się Benem by cichaczem podejść do noża. Wzięłam go do zdrowej ręki i chowając ostrza za plecy wróciłam na stare miejsce. Morfeusz zdawał się być teraz tak pochłonięty czarownikiem, jak wcześniej mną.

– Ciekawy z ciebie osobnik.– Mówił.– Mam na myśli twoją aurę. Jesteś mieszańcem, prawda?

Przejechałam kciukiem po ostrzu. Cholera, dość tępe i w dodatku pokryte rdzą, ale czego się nie robi żeby przeżyć. Podwinęłam rękaw prawej ręki i zaraz nad nadgarstkiem przyłożyłam stal do ręki. Zaboli. Oj, i to mocno. Nacisnęłam i jednym szybkim ruchem przecięłam skórę. Krew spłynęła mi po ręce. Teraz nadeszła właściwa pora na rewanż.

 

ROZDZIAŁ 7

Manewrując sztyletem w lewej dłoni nałożyłam na palce krew. Przede wszystkim obrona, potem zajmę się atakiem. Wykorzystałam to, że Morfeusz wciąż był zajęty Benem i nakreśliłam na czole znak, który już wcześniej uratował mi tyłek. Szkoda, że samo utoczenie krwi nie wystarczy w dokonaniu rytuału i trzeba jeszcze rysować pentagramy. Z niesmakiem zauważyłam, że znowu będę go musiała narysować sobie na czole. Zwyczajnie nie miałam gdzie. Nienawidzę tego.

– Krwi dająca życie i je odbierająca, przelej magię w krąg i pozwól swej służebnicy korzystać z przywilejów Cór Krwi.– Wymamrotałam jak najciszej, ale starając się żeby słowa były zrozumiałe. Jeden błąd i mogiła, a ja już ryzykowałam wykorzystując do tego coś innego niż specjalne ostrze.

Magia popłynęła przez moje ciało i utworzyłam wokół siebie krąg ochronny dokładnie w chwili gdy przepływ mocy zwrócił uwagę Morfeusza. Zaatakował. Ilość energii jaką wysłał w moją stronę zatrzęsła ścianami zwalając kamienie. Tym razem nie dałam mu się zaskoczyć tak jak wcześniej i odpowiedziałam własnym uderzeniem uważając żeby nie zranić Bena. Znów napotkałam bariery gładkie jak szkło, ale nie miało to teraz znaczenia. Wiem, że nawet teraz nie mam z nim szans, jedynie kupiłam nam trochę czasu.

Musiałam tylko zablokować jego moc włóknem. To była nasza jedyna szansa, a przynajmniej innej w tej chwili nie widziałam.

Starałam się zbliżyć jak najbardziej do Morfeusza i spróbować zaatakować go nożem. Była to ryzykowna strategia, bo czułam jak moje bariery nie są tak silne jak wcześniej. Pewnie gdybym przyjrzała się im dokładniej dostrzegłabym dziury. Jedynie krew utrzymywała je w jako taki stanie. Nie byłam też w zbyt dobrej kondycji fizycznej. Jedno jest pewne, na ring się nie nadawałam.

Podjęłam decyzję. Teraz albo nigdy. Czułam jak siły mnie opuszczają. Musiałam się spieszyć. Nie dość, że nie użyłam Athame, to jeszcze wykorzystywałam ten rodzaj magii częściej niż to wskazane. I to wszystko w zwiększonych dawkach, a nie jestem na tyle potężna żeby móc bezkarnie szastać mocą. Wydrenowanie zawsze kończy się śmiercią, którą można zgotować sobie samemu jeżeli nie zna się umiaru. A ja dziś byłam już blisko tej niebezpiecznej granicy.

Podbiegłam do Morfeusza uskakując przed kolejnym ciosem z jego strony. Tylko tak mogłam oszczędzić energię, która w innym wypadku poszłaby na zneutralizowanie ataku. Jego twarz była wykrzywiona w wyrazie gniewu i tylko czekać aż z wściekłości zacznie broczyć śliną.

– Mam cię.– Syknęłam gdy udało mi się złapać go za ramię tak, że czułam pod palcami zarówno skórę jak i płótno.

Kolejna niebezpieczna sytuacja, bo nasze bariery się zmieszały i każdy atak mógł skończyć się rykoszetem. Jednak w tej chwili nie miało to dla mnie znaczenia. Chciałam się zemścić nie tylko za siebie, ale i za James’a i Johna. Wymówiłam zaklęcie, dzięki któremu z końców palców wystrzeliły błyskawice. Niestety on w tym samym czasie też wymówił swoje. Oboje wzdrygnęliśmy się gdy po naszych tarczach przebiegły różnego koloru pasma i uderzyły w nasze ciała.

Z płuc uciekło mi powietrze, zgięłam się w pół. Nie byłam zdolna utrzymać się na nogach i upadłam na kolana. Obok mnie klęczał Morfeusz trzymając się za koszulę w miejscu serca. Z oczu pociekły mi łzy. Z przerażeniem zauważyłam, że w kącikach ust pojawiła mi się krew. W co mnie trafił? Jaki narząd mi uszkodził? Ręce mi się trzęsły jak przy Parkinsonie, a w oczach się dwoiło. Część ataku zneutralizowała tarcza, ale i tak siła była przerażająca. Uderzenie spokojnie mogło mnie zabić gdyby trafiło do serca lub mózgu.

O bogowie… Dajcie mi chociaż jeszcze trochę sił żebym była zdolna go dobić. Tylko jeden cios. Jeden jedyny, a obiecuję być grzeczną duszyczką w Zaświatach… a przynajmniej spróbuję być.

Ben zdołał się uwolnić spod czaru Morfeusza. Wyjął z kieszeni włókno i doskoczywszy do Czarnoksiężnika nałożył mu je na szyję ściskając. Jak miło, że postanowił dołączyć do walki i go udusić. Osobiście wolałabym go wypatroszyć, ale jego sposób jest schludniejszy.

Wymacałam sztylet, który gdzieś mi wypadł z ręki gdy nasze ataki popełzły po tarczach i wbiły się w nasze ciała. Magia zawsze szuka punktu, w którym jest jej najwięcej zmagazynowanej. Dlatego tak łatwo zabić zaklęciem. Można powiedzieć, że ta dziwna energia instynktownie szuka ciał, które ją gromadzą. Dlatego teraz istnieje tak wiele zasad ograniczających jej użycie.

Przysunęłam się do Morfeusza. Jak dobrze, że nie pozbył się jeszcze odruchu każącego mu złapać za sznurek gdy odcięto mu dostęp do powietrza. Dzięki temu miałam pełny dostęp do jego serca. Z radością też zauważyłam, że jego magia zmalała. Włókno nie zdołało zablokować jej całkowicie, ale zmniejszyło jego zdolności wystarczająco by nie stanowił dla nas zagrożenia… No, przynajmniej dla Bena, bo ja pewnie wyglądałam niewiele lepiej niż mój porywacz.

Morfeuszowi udawało się jeszcze trzymać sznurek wystarczająco daleko żeby złapać co jakiś czas haust powietrza, ale była to za mała ilość by go uratować. Przedłużało to tylko jego męki, a ja z radością patrzyłam jak z jego twarzy odpływa krew.

Ben był całkowicie skupiony na duszeniu Czarnoksiężnika, który w ostateczności nie okazał się wcale taki sprytny, a ja byłam zbyt otępiała by zareagować na czas. Gdy zobaczyłam ruch z prawej strony odruchowo podniosłam ręce w obronnym geście… i właśnie w tym momencie potężny cios spadł na moje żebra. Nawet nie zauważyłam gdy moje osłony zniknęły dając bezpośredni do mnie dostęp czemuś, co przypominało kij bejsbolowy. Upadłam na bok. Żebra chrupnęły i byłam święcie przekonana, że nie tylko one ucierpiały. 

Dalej wszystko potoczyło się jak w zwolnionym tempie. Okropne uczucie. Zobaczyłam jak nad mną staje Rambo, a obok Morfeuszowi udaje się uwolnić z narzuconych więzów. Wykrzyczał jakieś zaklęcie, które uderzyło z potężną siłą w Bena obezwładnionego przez włókno. Czarownik uderzył plecami w ścianę i osunął się po niej nieprzytomny. Nie potrafiłam stwierdzić czy żyje. Oby tak, morderca ma już zbyt dużo istnień na sumieniu, nie potrzeba kolejnego.

Morfeusz wstał z klęczek dysząc ciężko. Dobrze tak sukinsynowi. Rambo nadal stał nad mną z kijem, z którego przed chwilą mi przywalił i uśmiechał się jak głupi do sera. Taaak, brawo chłopaczkowi za zbicie rannej kobiety, która w zasadzie nie mogła mu wyrządzić zbytniej szkody w obecnym stanie. Szóstka z wychowania fizycznego za dobrze wyprowadzony cios i piątka z wychowania do życia w rodzinie. Na ocenę celującą nie zasłużył, bo zapomniał nazwać ofiarę „zdzirą”. Przydałby się jeszcze medal dla wzorowego ucznia i kwiaty od dyrektora szkoły.

– Podnieś ją.– Rozkazał ochrypłym głosem masując sobie gardło jakby bolało go przy każdym słowie. Rambo zatopił rękę w moich włosach i podciągnął mnie do pozycji siedzącej. Chyba obrał sobie za punkt honoru zadać mi jak najwięcej bólu. A że byłam w sytuacji gdy najmniejszy ruch drażnił moje nerwy to muszę przyznać, że się mu udało.– Dobrze, bardzo dobrze. Wiedziałem, że potrafisz sprawiać kłopoty, ale przesadziłaś.– Uderzył mnie otwartą dłonią w twarz aż odrzuciło mi głowę ciągnąc za włosy.– Połóż ją na ołtarzu, martwa będzie bezużyteczna.

Złapał mnie pod pachy i pociągnął do góry. Gdy okazało się, że nie jestem stanie utrzymać własnego ciężaru przełożył jedną rękę pod moimi kolanami i mnie podniósł. Nie miałam nawet sił na kiwnięcie palcem, więc gdyby teraz wpadł na pomysł usmażenia jajka sadzonego na moim brzuchu nawet bym nie zaprotestowała… Chyba zaczynam bredzić.

 Zakaszlałam, a z kącików pociekła mi świeża krew. Chyba uszkodzenia nie były aż tak poważne skoro nie broczyłam posoką. Spróbowałam westchnąć, ale z mojego gardła wyszło coś na kształt mokrego skrzeku. Bogowie ześlijcie mi wybawiciela, nawet mikrego. Wiem, że ostatnio często was męczę, ale czy chociaż raz, tak dla świętego spokoju, nie moglibyście spełnić mojej prośby? Byłaby to całkiem miła odmiana, a ja przestałabym wam truć tyłki. Czy to nie fajny pomysł? Nawet złożę wam ofiarę. Z kurczaka. Albo lepiej, z prawdziwego indyka i spalę pióra z jego ogona ku waszej czci.

Dalej bredziłam w głowie o ofierze z indyka gdy Rambo zakuwał mniej w ciężkie kajdany. Gdy przymierzał się do zapięcia pierwszej nogi spróbowałam go kopnąć, ale w porę się uchylił i byłby mi oddał gdyby nie powstrzymał go Morfeusz, który z kolei trzymał w ręce zakrzywiony nóż. Nie będzie chyba dziwotą fakt, że nie spodobał mi się ten widok.

Gdy byłam już pewna, że raczej nie mam co liczyć na ratunek, pod sufitem pojawił się Zwiastun. Zakręcił koło i rozpłynął się w powietrzu. Spełnił już swoją powinność, a to znaczyło, że być może James jest w pobliżu. Na gnat Merlina, jeżeli mnie uwolni to przysięgam spełnić jego następną prośbę bez marudzenia! Spojrzałam w stronę Bena mając nadzieję, że pomoże mi w wykupieniu nam jeszcze trochę czasu. Wiadomość wróciła do mnie, ale James mógł być równie dobrze przy wejściu do jaskini. Czy ma na tyle dobry słuch, że usłyszałby mnie gdybym zaczęła mówić? 

Nie. Nie jestem w stanie wydusić z siebie choćby słowa. Jedyne co mogę zrobić to zebrać siły na ostatni atak, którego się nie spodziewa. Uważa mnie za zbyt słabą, nawet nie pofatygował się żeby mnie związać włóknem. Zamknęłam oczy. Chciałam wiedzieć na jak wiele mogę sobie pozwolić, ale to co zobaczyłam wcale mnie nie pocieszyło. Mój płomień ledwo świecił, jeszcze trochę, a zacznie przypominać iskierkę. Ale pytanie brzmi, czy mam wybór? Albo on mnie zabije, albo zginę próbując się uwolnić. Sytuację pogorszał jeszcze fakt, że chciałam rzucić zaklęcie niewerbalnie, a to już znacznie wyższa szkoła magii. Nie mam jednak wyboru, a tak przynajmniej zginę na własnych warunkach.

Złapałam resztkę energii pozostawiając niezbędne minimum, które właściwie i tak nie daje gwarancji przeżycia i formując ją w najprostszą formę, czyli zwykłą kulę. Banalne zaklęcia są niekiedy najskuteczniejszymi i stwarzają najmniej ryzyka dla rzucających je osób. Przytrzymałam utworzoną wiązkę i czekałam na odpowiedni moment.

– To teraz się zabawimy, nasza umowa już nie obowiązuje. Nie jesteś już w stanie oddać mi tego co chciałem, więc pozwolisz, że się trochę zabawię. Nie miałem okazji tego zrobić przy twoich poprzednikach…– Mówił Morfeusz okrążając ołtarz gdy Rambo zapiął ostatni kajdan i odsunął się pod ścianę.– Muszę też zmienić trochę rytuał, bo twój kolega chyba już nam się nie przyda.

Jednym szybkim ruchem złapał za moją bluzkę i rozciął ją odsłaniając stanik i brzuch. Do tej pory tkanina dawała mi złudne poczucie ochrony, teraz leżąc przed nim odsłonięta czułam się kompletnie bezbronna. Przejechał ostrzem po moim nagim ciele. Miałam wrażenie jakby całe zimno stali wbijało się we mnie. Nie patrzyłam jak bawi się drażniąc moją skórę, wystarczyło mi, że wszystko czuję.

Gdy znudziła mu się ta zabawa nachylił się nad mną i przyłożył mi nóż do gardła. Naparł na sztylet na tyle mocno, że ostrze zdołało przeciąć skórę i krew pociekła mi po karku. Lepszego momentu nie mogłam sobie wymarzyć. Uwolniłam zgromadzoną energię i posłałam ją w stronę Czarnoksiężnika trafiając go prosto w twarz. Poczułam szarpnięcie w okolicach piersi i na chwilę straciłam dech. Przed oczami zatańczyły mi gwiazdy. W uszach krzyk Morfeusza zmieszał się z okropnym piskiem, który zniknął tak nagle jak się pojawił. Miałam wrażenie jakby na piersi ktoś położył mi ogromny kamień. Czułam, że jeszcze chwila i stracę przytomność. Starałam się to odwlec jak najbardziej, ale czasem same chęci i siła woli nie wystarczą.

Potem rzeczy potoczyły się tak szybko, że nie byłam w stanie ich dokładnie zarejestrować swoim otępiałym umysłem. Morfeusz z przypaloną twarzą zamachnął się na mnie nożem, a po chwili uderzył z impetem w ścianę. Ktoś pojawił się u jego boku i uderzył go tak mocno, że ze swojego miejsca usłyszałam chrupnięcie. Czarnoksiężnik osunął się na ziemię i przestał się ruszać. Z drugiej strony też doszedł do mnie dźwięk łupnięcia. Byłam jednak zbyt słaba żeby obrócić głowę i spojrzeć w tamtą stronę. Mam nadzieję, że to ten tępy osiłek dostał w końcu za swoje.

Dobrą chwilę zajęło mi odgadnięcie, że osobą, która uderzyła Morfeusza był James. Ucieszyłabym się na jego widok gdybym była jeszcze zdolna do takiego wysiłku. Wampir podszedł do mnie i przytrzymując moja twarz w dłoniach, zaczął coś mówić. Nie słyszałam nic, a przed oczami pociemniało mi jeszcze bardziej, a może to tylko wynik słabego światła? James chyba zauważył, że nic do mnie nie dociera, bo zmienił taktykę. Rozerwał kajdany krępujące mi ręce i nogi uważając przy tym na tyle, że prawie nie zabolał mnie nadgarstek. A może po prostu już tego nie czułam. Nie wiem. Raz miałam wrażenie, że boli mnie każdy kawałek ciała, by za chwilę nie czuć zupełnie nic. Nie byłam nawet w stanie kiwnąć palcem.

James podniósł mnie delikatnie i trzymając w ramionach usiadł na podłodze opierając się o kamień. Pierwszy raz to skóra wampira wydawała mi się ciepła, a moja zimna. Zły znak, bardzo zły znak. Jeżeli temperatura spadnie niżej, będę martwa. Widziałam jak dłoń parta o jego pierś drży, palce miałam lodowate zupełnie jakbym włożyła dłoń w śnieg. Czułam jak zaczynam mieć gęsią skórkę. Dlaczego tu zrobiło się tak zimno?

Podniósł nadgarstek do ust i rozerwał go. Krew pociekła na już ubrudzoną koszulę barwiąc jej rdzawy odcień na świeżą czerwień. Podsunął rękę pod moje usta.

– Pij póki nie zarosła– Usłyszałam. Super, wrócił mi słuch. Przynajmniej jeden pozytyw w sytuacji.

Nie protestowałam i od razu zaczęłam pić jego krew. Swoją drogą, obrzydlistwo, ale ważne, że zaczęło działać. Wszystkie rany na ciele zaczęły mrowić i swędzieć. Tylko cudem udawało mi się powstrzymywać przed ich podrapaniem. Czułam jak kości w nadgarstku wracają na swoje miejsca, a w piersi coś się poruszyło. Upiorne wrażenie. Przed oczami od razu stanęła mi scena z „Obcego” jak kosmita wydostawał się z brzucha kosmonauty… Chyba muszę zacząć ograniczać filmy.

Odsunęłam jego dłoń gdy poczułam, że mojemu życiu nic nie zagraża. Lepiej nie korzystać w nadmiarze z wampirzej krwi, bo można doprowadzić do nieodwracalnych zmian. Zwłaszcza u kogoś kto ma dostęp do Magii Krwi i niedawno wzmacniał się krwią.

Nadgarstek wciąż nie był do końca zrośnięty, a całe ciało krzyczało o pomstę do nieba. Byłam zmęczona, obolała, zmęczona, pokonana, zmęczona. Czekają mnie naprawdę ciężkie dni albo nawet tygodnie. Wiem to z doświadczenia. Grunt, że byłam w stanie przynajmniej siedzieć, a ze wstawaniem wolałam jeszcze poczekać.

– James, odciąłeś mu głowę?– Spytałam gdy upewniłam się czy mogę mówić i jednocześnie skaleczyłam się w usta. Pomacałam językiem żeby sprawdzić co zahaczyło o wargi i krzyknęłam gdy pod językiem wyczułam zaostrzony kieł. James spojrzał na mnie zaskoczony gdy posadził mnie i chciał ruszyć w stronę Morfeusza.– Co to do cholery jest?!- Warknęłam z palcem w buzi. No co? Musiałam się upewnić.

Ktoś ma lusterko?!

– Wypiłaś dużo mojej krwi, a jesteś podatna na magię.– Odpowiedział spokojnie podchodząc do Morfeusza i podnosząc go do pozycji siedzącej. Głowa Czarnoksiężnika opadła na pierś. Mam nadzieję, że pozbawienie go głowy załatwi cały problem.– Po jakimś czasie powinny zniknąć.– Dodał po chwili.

– No ja myślę…– Mruknęłam wciąż dotykając zęba z każdej strony gdy wpadł mi do głowy głupi pomysł.– Mogę cię ugryźć?– Spytałam. Taaa, ja chyba faktycznie nie mam wszystkich klepek, a te które mi dano są niewłaściwie poustawiane.

– Może później…– Odpowiedział uśmiechając się pod nosem. Złapał jedno z narzędzi wiszących na ścianie i odkroił głowę Czarnoksiężnika. Zamknęłam oczy na ten czas, bo już sam widok przykładanego piło-podobnego czegoś do ciała sprawił, że wcześniejszy poczęstunek zawitał na wyższe piętra.– Teraz nie powinien już nam przeszkadzać.– Powiedział gdy skończył i odrzucił głowę.

Nagle ciało podskoczyło targnięte drgawkami. Palce powykrzywiały się, a nogi podkurczyły pod ciało. Oczy w głowie uciekły do góry ukazując same białka. Skóra najpierw zzieleniała, potem zaczęła się rozpadać na strzępy ukazując gnijące narządy, które w miarę tracenia oparcia obsuwały się i wypadały z plaśnięciem na podłoże. Tam rozdzielały się na drobne kawałki pozostawiając po sobie śluz i znikały. Włosy zbielały, białka skurczyły się aż zaczęły wyglądać jak upiorne rodzynki i wypadły z czerniejących oczodołów. Wywalony język odpadł od czaszki i samotnie zaczął zanikać. Cała posoka jaka wypłynęła z ciała zaczęła parować tworząc duszny zapach, który siłą wciskał się w oczy i nos.

Zakryłam rękawem nos chcąc odciąć się od smrodu, od którego zaczynało mi kręcić się w głowie, gdy kątem oka dostrzegłam nad głową błysk. Instynktownie zakryłam rękoma głowę i postawiłam tarczę nadwyrężając dopiero co odzyskane siły. Coś odbiło się od mojej obrony, a chwilę potem kamień za moimi plecami zadrżał. Nie odsłaniałam się w obawie przed odłamkami, które mogłyby przebić się przez ewentualne dziury w barierze. Coś nieprzyjemnie lepkiego skapnęło mi za kołnierz i raczej nie był to kisiel. Skrzywiłam się i spojrzałam w górę. Nad krawędzią ołtarza sterczała głowa Rambo… a raczej to co z niej zostało, bo siła James’a niemal całkowicie ją zmiażdżyła.

– A ja nadal nie mam serca napisać na jego grobie „Felix”.– Mruknęłam gdy przypomniałam sobie o Benie.– Co z nim?– Spytałam gdy James stanął przed mną i pomógł mi się przesunąć spod kapiącej krwi.

– Żyje, choć jest lekko oszołomiony. To on rzucił w tych gości jakimś zaklęciem.

– Wiesz co z John’em?– Spytałam. Martwiłam się o niego bardziej niż o James’a. W końcu sam Morfeusz potwierdził, że go tylko zranił.

– Żył jak widziałem go ostatnim razem, ale nie jest z nim najlepiej. Jak ten Czarnoksiężnik, ten cały Morfeusz cię zabrał nie byłam w stanie od razu za nim ruszyć. Gdy w miarę doszedłem do siebie wróciłem po niego. Nie wiem czym oberwał, ale nie wyglądało to zbyt dobrze, a wiesz, że nawet gdybym chciał, to nie mógłbym podzielić się z nim krwią. Zadzwoniłem po Estena żeby się nim zajął i ruszyłem w pościg.

Pokiwałam głową zmartwiona. Pomimo wspólnych korzeni krew wampira jest zabójcza dla demona i odwrotnie. Jeden łyk jest podobno zdolny wypalić drugiemu całe gardło. Jest nawet legenda o tym dlaczego tak jest, ale nie pamiętam jej dokładnie. Mowa była w niej o kochankach, wampirzycy i demonie… albo odwrotnie. W każdym razie klanom się to nie podobało i wykorzystując rytuały wypaliły w swoich ciałach piętna, które miały uniemożliwić podobne związki. Szczerze powiedziawszy, wcale by mnie nie zdziwiło gdyby okazało się to prawdą. Bardziej niezwykłe rzeczy zdarzały się na przestrzeni dziejów, a te są tak odległe, że raczej nie ma już na świecie istot mogących to potwierdzić.

Łzy napłynęły mi do oczu i pociekły po policzkach mimo moich usilnych starań żeby wróciły tam skąd przylazły. Nienawidziłam płakać. Nienawidziłam słabości jaka je tworzyła. Były jak woda przelewająca się przez szczelinę w tamie. I jeszcze ja do tego wszystkiego doprowadziłam, ja go za sobą pociągnęłam i teraz to z mojej winy może umrzeć. Gdybym nie wpadła na ten idiotyczny plan, nikt nie zostałby ranny, a John nie walczyłby teraz o życie. Jestem skończoną kretynką, zadufaną w sobie idiotką, debilką, która umie tylko wpadać w kłopoty i wciągać w nie innych.

– Ciiii, spokojnie.– James objął mnie, a ja wtuliłam się w jego pierś. Nie płakałam, nie tak naprawdę, to po prostu łzy spływały mi po policzkach.

James wsunął rękę pod moje kolana i mnie podniósł. Próbowałam się uspokoić. Chciałam się uspokoić i być znów tą twardą dziewczyną z ostrym językiem, którą wszyscy znają… a nie tą rozbeczaną, załamaną, użalającą się nad sobą ofiarą losu.

– Dasz radę iść?– Spytał James. Spojrzałam w górę chcąc mieć pewność czy mówi do mnie czy do Bena, ale jego twarz była skierowana w stronę Czarownika.

– Idźcie przodem.– Odpowiedział.– Ja potrzebuję chwili żeby dojść do siebie.– Byłam odwrócona do niego tyłem i nie widziałam jego twarzy, ale głos nie sugerował żeby był w dobrym stanie.

– Jesteś pewien?– Nie usłyszałam odpowiedzi, więc pewnie pokiwał głową.– Jak chcesz.

Trzymając mnie w ramionach James ruszył przez ciemny korytarz, którym oboje dotarliśmy do komnaty z ołtarzem. Nie potrafiłam uwierzyć, że Czarnoksiężnik jest już martwy. Po prostu do mnie nie docierało, że ktoś tak potężny, ktoś kogo było tak ciężko złapać, zginął tak szybko. Wystarczyło tylko kilka chwil i koniec. Raptem kilka stron w ogromnej księdze. Co najmniej cztery życia moich pobratymców kosztowało nas dorwanie jednego człowieka, który w ostateczności, pomimo swojej potęgi, okazał się najsłabszym graczem. Los potrafi być okrutny, zwłaszcza dla ludzi przekonanych o swojej sile.

– James…– Mruknęłam gdy w końcu udało mi się zatamować rzeki łez.– Postaw mnie.

– Nie dasz rady iść.– Zaprotestował, ale widząc mój zacięty wzrok postawił mnie ostrożnie na ziemi i podtrzymał za łokieć.

Zakręciło mi się w głowie i byłabym upadła gdybym nie przytrzymała się James’a. Byłam pewna, że gdybym teraz na niego spojrzała to spotkałabym się ze wzrokiem niosącym przekaz „A nie mówiłem?”. Zrobiłam kilka pierwszych chwiejnych kroków, a potem poszło mi lepiej. Głównie dlatego, że wampir po kolejnym razie, po którym zniosło mnie na ścianę złapał mnie w tali i niemal niósł. Czułam się jak worek kamieni, który postanowił nauczyć się chodzić. Ale przynajmniej szłam… jakoś.

Byłam zmęczona nie tylko fizycznie, ale także psychicznie i chyba ta druga dolegliwość dokuczała mi teraz znacznie bardziej niż pierwsza. Miałam wrażenie natłoku myśli, zdarzeń i informacji. To chyba właśnie w takich sytuacjach ludzie mówią, że czują się jakby przejechał ich walec.

– James…

– Tak?

– Czy jak tutaj wszedłeś, widziałeś jakiegoś karła?

– Nie. A po co ci karzeł?

– Obiecałam mu przywalić. Tylko kij zaginął.

– W takim razie on też, albo siedzi gdzieś ukryty. Gdy ten twój samolocik doleciał do jaskini nieszczególnie się rozglądałem.

Pokiwałam głową w odpowiedzi. Na szczęście na myśl o doznanych krzywdach nie naleciały mi łzy do oczu. Wcześniej też nie płakałam nad sobą tylko nad tym do czego doprowadziłam. Już dawno przekonałam się, że łzy wylane za siebie nie wnoszą niczego nowego do życia. Nie przynoszą ulgi i nie sprawiają, że jest łatwiej. Jedynie twarz ma się mokrą.

– Tęskniłbyś za mną gdybym umarła?– Spytałam nagle. Sama poczułam się zaskoczona, że wypowiedziałam ta myśl na głos.

– Tak.– Odpowiedział szybko żebym nie miałam wątpliwości, co do szczerości odpowiedzi.

– Dlaczego?– Drążyłam. Nie wiem czy wybrałam dobry czas na takie pytania, ale wątpię żebym zdobyła się na nie w innych okolicznościach.

– Wiesz ile mam lat?– Odpowiedział pytaniem.

– Podejrzewam, że około tysiąca.

– Ponad dwa tysiące. Po takim czasie każda błahostka, czy duży problem stają się nudne, niepotrzebne, nie dostarczają emocji. Gdy wydaje się, że życie jest już zbyt nudne żeby ciągnąć je dalej pojawia się iskierka, która wzbudza płomień, płomień tworzy ognisko, ognisko może stać się pożarem. Ty byłaś dla mnie tą iskrą, która na nowo rozpaliła mój płomień. Każdy zatęskniłby za kimś takim.

– Nie widzę w sobie niczego, co mogłoby do tego doprowadzić.– Odpowiedziałam szczerze. Bo niby co posiadam ja, czego nie mają inni?

– Ty nie, ale ja tak i mam nadzieję, że pewnego dnia też to dostrzeżesz i przestaniesz umniejszać swojej wartości.

Milczałam. Zastanawiałam się ile racji jest w jego słowach. Czy faktycznie umniejszałam sobie? Bardzo możliwe, że robiłam to już odruchowo, niezauważalnie. A on to dostrzegł. Był na tyle spostrzegawczy, że zobaczył to czego sama nie zauważałam lub nie chciałam widzieć. To mnie zmartwiło jeszcze bardziej, bo znaczyło, że nie znam sama siebie.

Szliśmy dalej w milczeniu. James się nie odzywał dając mi czas na przemyślenia. Ostatnio mam ich dużo, więc ucieszyłam się gdy zobaczyłam w końcu jaśniejszy punkt na końcu korytarza. W końcu coś, co było w stanie rozpędzić ciemne chmury znad mojej głowy.

Niezdarnie przyspieszyłam i niemal wyskoczyłam z jaskini. Nad koronami drzew górował księżyc rzucając słabe cienie na mech w dole. Wiatr poruszał liśćmi i przyjemnie omywał twarz swoim dotykiem. Świeże powietrze dotarło do moich nozdrzy, a następnie do płuc oczyszczając je z zaduchu podziemi. Uśmiechnęłam się, bo dopiero teraz uświadomiłam sobie, że wszystko się skończyło, jestem wolna.

– Ale skopaliśmy im tyłki, prawda?– Powiedziałam i się roześmiałam.

 

EPILOG

Ubierałam właśnie buty, gdy po raz kolejny zadzwonił telefon. Miałam już tego serdecznie dość. Jakiś kapuś doniósł do prasy, że to ja dorwałam mordercę i teraz komórka nie przestawała dzwonić. W kółko zadawali te same pytania, a że ja nie jestem szczególnie mile nastawiona do tych pisarczyków, to nie byłam miła. Po cichu liczyłam na to, że jak pomyślą, że mają do czynienia z jakąś zołzą to przestaną dzwonić. Niestety nie doceniłam kilku z nich, którzy od kilku dni usilnie próbowali namówić mnie na wywiad. Każdemu z nich miałam ochotę sprzedać solidnego kopa w dupę. Dobrze, że nie wiedzą gdzie mieszkam, bo dopiero miałabym problem.

– Słucham?– Zaczęłam dość nieprzyjemnym głosem gdy na wyświetlaczu pojawił się nieznany numer.

– Witam, jestem z gazety…

– Ile razy mam powtarzać, że nie daję wywiadów?– Warknęłam i rozłączyłam się bez pożegnania. Kolejny nachalny idiota. Tacy to dopiero potrafią zepsuć człowiekowi humor.

Współczuję temu nekromancie, którego w końcu sprowadziło miasto. Wzywał dusze wszystkich zabitych osób przez Morfeusza żeby je przesłuchać. Tego to dopiero muszą oblegać dziennikarze. Był jedną z czterech osób, które usłyszały relacje bezpośrednio z ust ofiar. Ja również miałam w tym uczestniczyć, ale nie chciałam ze względu na złe samopoczucie i to, że ledwo umiałam pokonać drogę z łóżka do łazienki, nie mówiąc już o wyprawie przez całe miasto do kostnicy. John też się wtedy nie stawił. Do tej pory, choć minęły już ponad dwa tygodnie, wygląda jak zombie. Nawet zaproponowałam mu żeby robił za reklamę cmentarza.

Złapałam za torbę, w której od ostatnich wydarzeń zawsze nosiłam pistolet i Athame. Udało mi się odzyskać sztylet. Kosztowało mnie to tylko trzy godziny brodzenia w zimnej wodzie po szyję, błocku i czymś galaretowatym w dotyku. Do tej pory nie mam pojęcia co to było i chyba lepiej będzie jak tak zostanie. Jedynym pozytywem w tym nagłowieniu sprawy było to, że dostawałam teraz więcej zleceń magicznych. Jeden chciał żeby mu rzucić czary ochronny, drugi myślał, że ma nawiedzony dom, jeszcze inny chciał zrobić na złość żonie i zażyczył sobie żeby obwisły jej piersi.

Jak co dzień wychodząc z budynku rozejrzałam się w poszukiwaniu dziennikarzy. Jeszcze nie dowiedzieli się gdzie mieszkam, ale nigdy nic nie wiadomo. Jak tylko dorwę typa, który to wszystko rozgłosił… będzie mógł zacząć uważać impotencję za swoją kochankę. Obstawiałabym, że to jeden z młodzików chciał zasmakować sławy i zobaczyć swoje nazwisko w artykule.

Wsiadłam do samochodu, zapaliłam światło wewnątrz i przejrzałam się w lusterku. Chciałam się upewnić czy moje kły zmalały znowu. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia i z radością odkryłam, że zęby zdążyły odzyskać swój naturalny kształt. Odpaliłam silnik. Już wiedziałam, że nie zdołam dojechać punktualnie, a jak wiadomo wampiry nie lubią czekać. Zbyt wiele czasu zajęło mi znalezienie sukienki i jednej ze szpilek. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze makijaż i upięcie włosów. Nie mogłam przecież wyglądać jak pokraka na swoim wampirzym ślubie, prawda? Chociaż wątpię żeby wysokie obcasy pomogły mi utrzymać równowagę w stresie. James nie był na tyle miły żeby mi wyjaśnić na czym to wszystko właściwie polega. Moje pytania o to kwitował zwykłym „Zobaczysz”. Kij mu w dupę za to.

Jechałam przez miasto na sztywnych rękach i nogach. Czułam paraliż, właściwie bezpodstawnie, bo wiedziałam, że nieważne co się stanie James nie pozwoli mnie skrzywdzić. Ale brałam ślub, a każda dziewczyna czuje stres w takiej chwili, prawda? A ja dodatkowo nie miałam opcji ucieczki sprzed ołtarza, bo wszyscy goście weselni byli od mnie zdecydowanie szybsi. I pozostaje jeszcze jedna, dość istotna kwestia. Jak to do cholery wygląda?!

Zajechałam na parking znajdujący się za budynkiem. Stał tam już samochód James’a i kilku pracowników. Dodatkowo były jeszcze dwa. Jeden czarny buggati (nie znam się na samochodach, ale kto nie rozpozna tego auta nawet w ciemnościach? Swoją drogą brzydactwo) i drugi nieznanej mi marki. Znając wampiry, jakiś nowy model, który dopiero co trafił do sprzedaży.

Wysiadłam i wzięłam kilka głębszych wdechów jakbym szykowała się do walki. Może faktycznie tak było. James wyjaśnił mi, że u wampirów właściwie każda rzecz jest pewnym przejawem dominacji. Nawet jeżeli nie widać tego na pierwszy rzut oka. Ten fikcyjny ślub też. Ma pokazać, że to właśnie jemu, a nie innemu udało się mnie zdobyć, pomimo tego, że inni Mistrzowie wykazali swoje zainteresowanie moją osobą.

Stanęłam przed drzwiami i miałam zapukać gdy drzwi otworzył mi wampir ubrany w garnitur. Dokładnie ten, którego wcześniej obraziłam. O, przypomniało mi się, że po ślubie będę stała wyżej od niego w hierarchii, nawet jeśli nie jestem wampirem. Może to nie poprawi moich relacji z nim, ale przynajmniej będę miała za sobą prawo klanu.

Bez słowa wpuścił mnie do środka i poprowadził do gabinetu James’a. Nie czekając aż otworzy przed mną drzwi pchnęłam je i weszłam do środka. Nienawidziłam sytuacji stresowych i zawsze dążyłam do tego żeby jak najszybciej minęły. A wejście do pomieszczenia pełnego nieznanych wampirów właśnie do takich należało. Na szczęście serce biło mi tylko odrobinę mocniej niż zwykle. Przynajmniej zachowam godność.

Na kanapie pod ścianą siedział mężczyzna, a u jego boku stał kolejny. Jeden był azjatą z włosami przystrzyżonymi na jeża. Wyglądał jakby został przemieniony w wieku dwudziestu lat, ale z azjatami nigdy nic nie wiadomo. Jego towarzysz miał około czterdziestu lat w dniu gdy został przemieniony i od razu wiedziałam, że to on jest ważniejszy. Nie tylko dlatego, że siedział, ale jego aura sugerowała, że jest bardzo stary. Nie tak stary jak James, ale wystarczająco by stanowić prawdziwe zagrożenie dla pozostałych. Był przystojny, chociaż czegoś mi w nim brakowało. Patrzyłam na niego przez chwilę gdy lustrował mnie wzrokiem i w końcu doszłam do tego co z nim jest nie tak. Nie zachowywał nawet pozorów człowieczeństwa. Był jak maszyna zaprogramowana żeby tylko przypominać istotę ludzką.

Na wprost niego siedział James wraz z kolejnym wampirem. Aż mnie zatkało gdy na niego spojrzałam. Pierwszy raz widziałam wampira, który wyglądał jak osiemdziesięciolatek! Owszem, wiedziałam, że w przeszłości zdarzało się, że w ten sposób nieśmiertelność zyskiwały dzieci nawet pięcioletnie, ale w życiu nie słyszałam o staruszkach! Co musi czuć człowiek na wieki zamknięty w tak starym ciele, nawet jeśli reszta uległa zmianie? Czy nie lepiej byłoby pozwolić odejść takiemu człowiekowi?

Wszyscy panowie wstali gdy weszłam do środka. James podszedł do mnie i ucałował moją dłoń. Z trudem powstrzymałam się przed spojrzeniem na resztę towarzystwa żeby zobaczyć ich reakcję. Niewielu wykonałoby taki gest w obecności innych wampirów. Ale w końcu za chwilę miałam się stać małżonką jednego z nich, prawda?

– Witaj Alexandro. To jest Mistrz Nicolas Courtois, będzie wymaganym przez prawo świadkiem.– Przedstawił najpierw wysokiego bruneta obok, którego stał azjata.– Jego zastępca Toshirou Tenzuka oraz mistrz ceremonii Alexander Sasnal.

– Miło mi w końcu Panią poznać, panno Alexandro. Od jakiegoś czasu jest wśród nas głośno o Pani.– Przywitał się Nicolas leniwie przeciągając samogłoski.

– A czymże to zasłużyłam sobie na uwagę tak wysokiego grona?– Spytałam nie mogąc się powstrzymać chociaż James wcześniej wyjaśnił mi prawdopodobne przyczyny tej „uwagi”. Teraz miałam okazję zweryfikować te informacje.

– Niewiele jest osób, które przyciągają uwagę James’a, a jeżeli już to robią, to są to zazwyczaj wybitne jednostki.– Wyjaśnił podchodząc do mnie.– Naturalnym, więc było, że reszta naszego „wysokiego grona” zainteresowała się kimś takim jak ty. Chociaż przyznam, nie sądziłem, że tym razem trafi na tak piękną istotę.

– Z komplementami lepiej uważać, raz trafią na podatny grunt, a innym razem uderzą o beton i będą tylko zawadą.

– Obosieczny miecz.

– Właśnie– Przyznałam mu rację. Takiego typa lepiej mieć za sojusznika niż wroga. Nie ukrywa się ze swoimi zamiarami. Wygląda na takiego, który zawsze dostawał to czego chciał i wątpię żeby w tym wypadku mój ślub cokolwiek zmienił.

– Zaczynamy kochanie?– James wyciągnął do mnie rękę. Tym razem nie złajałam go za nazwanie mnie „kochanie” chociaż mnie to raczej nie przejdzie przez usta.

Tylko nie spłoń rumieńcem dziewczyno! Doskonale wiesz, że to fikcja, podpis na papierze, zwykła formalność i nie będziesz do niczego zobowiązana. I chyba dlatego jest mi wstyd, bo kto normalny wywinąłby taki numer? Zwłaszcza, że to za James’a miałam wyjść…

Położyłam swoją dłoń na dłoni James’a i pozwoliłam mu się pociągnąć. Po drodze położyłam torbę przy kanapie żeby nie przeszkadzała. Ręce miałam lodowate. Gdybym chociaż wiedziała co mam robić! Mógł mi przecież powiedzieć, prawda? Nie wie, że mam zwiększoną szansę na palnięcie gafy?

Stanęliśmy na wprost staruszka, który miał być mistrzem ceremonii. Patrząc na takiego ciężko było uwierzyć, że z łatwością mógłby rzucić mną o ścianę. Alexander Sasnal, jak go przedstawił wcześniej James stał nieruchomo jak posąg w rękach trzymając sztylet, który przypominał odrobinę mój Athame. Z tym, że temu brakowało run, co mnie znacznie uspokoiło. Runy mogły związać nas magicznie, a tego zdecydowanie chciałam uniknąć.

– James’ie O’Connell, Alexandro Marr stajecie tu dzisiaj przed mną z własnej, nieprzymuszonej woli by złączyć się węzłem małżeńskim. Teraz macie ostatnią szansę by się wycofać ze swej umowy. Później staniecie się parą dzielącą życie, łoże i interesy. To co zrobi jedno, będzie również dotyczyć drugiego. Czy mimo to pragniecie się połączyć?– „Umowa”. To się dopiero nazywa romantyczne przemówienie. Najbardziej formalny ślub jaki w życiu widziałam.

– Tak– Odpowiedział James.

– Tak– Powtórzyłam za nim starając się wyglądać na najszczęśliwszą idiotkę na świecie.

– Weźcie teraz ten sztylet i niech was krew połączy.

Wiadomo jakie ma zastosowanie sztylet, więc nie zaskoczyło mnie gdy James wziął podane mu ostrze i naciął moją skórę na prawym przedramieniu. Rana była malutka, o połowę mniejsza niż te jakie sama robię chcąc wykonać rytuał. Potem odwrócił je rękojeścią do mnie. Wzięłam podaną broń i również nacięłam mu skórę robiąc takie same nacięcie. Po wszystkim odebrał mi sztylet i stając przed Nicolasem podał mu go.

– Przyjmuję to ostrze i przysięgam go strzec dopóki wasze drogi będą biegły wspólnie.– Powiedział przyjmując sztylet i odkładając go do mosiężnej szkatułki leżącej na biurku.

– Teraz w świetle prawa jesteście małżeństwem.– Powiedział staruszek uśmiechając się po raz pierwszy.

To wszystko?! Żadnych przysiąg, pocałunków ani oklasków? Wampiry to faktycznie strasznie sztywne i formalne stworzenia. Albo to ja jestem zbyt wymagająca. Nawet własny ślub mi się nie podobał.

– Gratulacje James tak pięknej żony.– Powiedział Nicolas, a ja musiałam bardzo zapanować nad twarzą, żeby nie wyskoczył na niej grymas na dźwięk słowa „żona”. Miałam awersję do małżeństw i dziwnie było mi z tym mianem.

– Nie tylko pięknej, ale też inteligentnej.

– A tobie, Alexandro, gratuluję wspaniałego męża. Lepszej partii nie mogłaś sobie wymarzyć.

– Partię to masz w rządzie lub w pokera.– Odpyskowałam.

– Oj, James, coś czuję, że nie będziesz się z nią nudził.– Zaśmiał się. Udawał, jego uśmiech nie sięgnął oczu.

Położył mi rękę na ramieniu dotykając nagiej skóry. Poczułam jego obecność na granicach swego umysłu. Czyżby potrafił penetrować cudze myśli? To była jego zdolność? Wzmocniłam osłony żeby w razie co być przygotowaną na wszystko.

„ Oboje wiemy, że go nie kochasz.” Usłyszałam w umyśle. „On też to wie. Robisz to by chronić własną skórę, nie z miłości. Podoba mi się to, oznacza to, że potrafisz myśleć i nie wierzysz w takie bajki jak wieczna miłość. A to daje mi jeszcze nadzieję, że może kiedyś podejmiemy wspólną współpracę.”

Uśmiechnął się do mnie.

– Do zobaczenia James.– Powiedział.

Jego asystent złapał za szkatułkę i podreptał za nim. Staruszek ukłonił się nam i również wyszedł bez słowa zamykając za sobą drzwi.

– Co ci przekazał?– Spytał James.

– Coś co może zwiastować kłopoty w przyszłości.– Odpowiedziałam.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam prolog i pierwszy rozdział. Wątpię, żeby wiele osób zapoznało się z całością – to bardzo długi tekst (bliżej mu do powieści niż do opowiadania), tym bardziej że kilku rzeczy o warsztacie jeszcze nie wiesz.

Interpunkcja kuleje, po nawiasach otwierających nie powinno być spacji, za to powinny znajdować się po obydwu stronach myślników. Poza tym powtórzenia, sporadyczne literówki (zwłaszcza końcówki -ą i -om lubią Ci się mylić), błędy w zapisie dialogów, niekiedy gramatyka się rozjeżdża, John i James odmieniają się bez apostrofów…

Gdyby nie fakt, że otwarcie ust równało się z wdychaniem kolejnym otworem lodowatego powietrza pewnie wykrzyczałabym teraz bluźnierstwa.

To znaczy, że oddychała wszystkimi pozostałymi otworami? Przecinek po “powietrza”, bo to zdanie złożone. Końcówka dziwnie brzmi; lepiej “wykrzykiwałabym bluźnierstwa” albo “wykrzyczałabym bluźnierstwo”.

Był jednym z tych osób, które bardzo szybko zjednywali sobie przyjaciół.

Osoba jest rodzaju żeńskiego.

Babska logika rządzi!

Przeczytałem niemały fragment trzeciego rozdziału i jestem w kłopocie, bo jedyne, co mogę z czystym sumieniem napisać, jest prośbą do Autorki, by najpierw zawarła jak najbliższą, najlepszą znajomość z naszym językiem i dopiero po dokonaniu tego siadała do pisania długich historii. Jeśli tak nie zrobi, wyda majątek na korektę… Przykro mi, ale cóż, prawda prędzej czy później i tak wyjdzie na jaw.

23 Paź­dzier­ni­ka 2008 – Dlaczego nazwa miesiąca jest napisana wielką literą?

 

tylko jakaś durna cza­row­ni­ca po­sta­no­wi­ła się w środ­ku nocy kopać w środ­ku lasu… – W jaki sposób czarownica kopała się? ;-)

Powtórzenie.

 

za je­dy­ne świa­tło mając wła­sno­ręcz­nie stwo­rzo­ną kulę świa­tła… – Powtórzenie.

 

Gdyby Kon­went mia­sta zde­cy­do­wał się spro­wa­dzić do mia­sta… – Powtórzenie.

 

będą bu­do­wać dobre imię Kon­went… – …będą bu­do­wać dobre imię Kon­wentu

 

Roz­grze­ba­łam de­li­kat­nie zie­mię nad tor­sem chcąc obej­rzeć twarz. – Ja, gdybym chciała obejrzeć twarz, rozgrzebałabym ziemię nad twarzą, nie nad torsem. ;-)

 

Nad lewą pier­sią po­win­no znaj­do­wać się okrą­głe zna­mię bę­dą­ce pa­miąt­ką po wrząt­ku. – Ślad po oparzeniu jest znakiem szczególnym, ale nie jest znamieniem.

 

Nie umia­łam okre­ślić kiedy umar­ła, tego po­trzeb­ny jest pa­to­log… – Nie umia­łam okre­ślić kiedy umar­ła, do tego po­trzeb­ny jest pa­to­log

 

Las za Focus Park, jakiś ki­lo­metr od drogi na wschód.– Po­wie­dzia­łam… – Las za Focus Park, jakiś ki­lo­metr od drogi na wschód – po­wie­dzia­łam

Źle zapisujesz dialogi. Zajrzyj tu: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Wy­su­nę­łam te­le­fon jesz­cze na chwi­lę żeby wy­słać sms do ro­dzi­ców dziew­czy­ny.Wy­su­nę­łam te­le­fon jesz­cze na chwi­lę, żeby wy­słać SMS-a/ esemesa do ro­dzi­ców dziew­czy­ny.

 

12 Ma­rzec 200912 marca 2009

 

Za­mor­du­je dra­nia… – Literówka.

 

Wy­rzu­cił z sie­bie i roz­łą­czył zanim zdą­ży­łam go zwy­my­ślać. – Co wyrzucił i rozłączył? ;-)

Pewnie miało być: Rzu­cił i roz­łą­czył się, zanim zdą­ży­łam go zwy­my­ślać.

 

Z ła­zien­ki wzię­łam dwa amu­le­ty, które za­wsze noszę na szyi ( trze­ci nigdy z niej nie scho­dził… – Skoro zawsze nosi amulety na szyi, to dlaczego są one w łazience? A może szyja była w łazience? ;-)

Czy trzeci amulet miał nóżki? ;-)

Zbędna spacja po otwarciu nawiasu.

 

Miesz­kam na samym skra­ju mia­sta tuż przy ogrom­nym lesie w dzie­się­cio­pię­tro­wym wie­żow­cu, w któ­rym stała wiecz­nie ze­psu­ta winda. – Ze zdania zrozumiałam, że bohaterka mieszka tuż przy lesie, mieszczącym się w dziesięciopiętrowym wieżowcu; oprócz lasu, w wieżowcu jest także

stojąca winda… ;-)

 

Scho­wa­łam pa­pier­ki bę­dą­ce po­zo­sta­ło­ściom po wczo­raj­szej nie­zdro­wej ko­la­cji do schow­ka i ru­szy­łam. – Czy to znaczy, że nie wszystkie papierki bohaterka zjadła na kolację i te pozostałe schowała na potem? ;-)

będące pozostałością

Powtórzenie.

 

Po do­je­cha­niu do cen­trum, któ­rym znaj­do­wał się… – Tu chyba czegoś brakuje.

 

park wraz z przy­le­ga­ją­cą do niego wy­zna­czo­ną przez John’a ulicą… – Czy John był projektantem parku i dlatego wyznaczył ulicę?

 

Bohaterka właśnie dojechała na miejsce zbrodni i obawiam się, że nie poznam jej dalszych losów.

Czytanie tego tekstu, to droga przez mękę. W przeczytanym fragmencie pojawiły się chyba wszystkie możliwe błędy. Wypisałam tylko niektóre, bo nie mogę poprawiać każdego zdania, szczególnie w tak długim opowiadaniu. :-(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka