- Opowiadanie: Mr_D - Upiór z Ichigoshimy

Upiór z Ichigoshimy

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Upiór z Ichigoshimy

Łódka kołysała się delikatnie na falach. Mike wiosłował jednostajnie, a Jane siedziała naprzeciwko, zachwycona. Wyspa przed nimi rysowała się coraz wyraźniej. Łagodne pagórki pokryte były lasem, na najbliższym można już było rozróżnić pojedyncze sosny. W jednym miejscu płat zieleni miał dużo jaśniejszy odcień. Wiedziała, co to oznacza, i ogarnęła ją błoga radość oczekiwania.

Nastrój Jane częściowo wywoływała Ichigoshima, czyli „Wyspa Truskawek”, jak mówili o niej miejscowi – faktyczna nazwa uleciała jej z głowy. Jednak głównym powodem jej szczęścia była świadomość, że mimo upływu lat, cały czas uwielbia spędzać czas ze swoim mężem. Dobrze, że dała się namówić na ten cały wyjazd.

 

Dwa miesiące wakacji w Japonii? Na początku nie potraktowała pomysłu Mike'a poważnie.

– Nie chwaliłeś się, że trafiłeś szóstkę w totka. – Ich budżet bibliotekarki i nauczyciela w państwowej szkole zostałby mocno nadszarpnięty biletami lotniczymi, hotelami i masą innych wydatków związanych z podróżą. – Przecież sam mówiłeś, że Tokio to jedno z najdroższych miejsc na świecie, Puchaczu.

Oboje uwielbiali słynny wiersz Edwarda Leara, więc często zwracali się do siebie per „Puchaczu” i „Kiciu”.

Zobaczyła, jak w oczach Mike'a pojawiają się iskierki, które widziała już setki razy.

– Jane, ja nie mówię o wycieczce dla leniwców. Znajdziemy nocleg na Couchsurfingu i pomieszkamy wśród mieszkańców jakiejś wioski. Zobaczymy jak żyją, spróbujemy ich jedzenia, pomożemy im w sadzeniu ryżu, czy coś w tym rodzaju. Jak będą mieli nas dość, pojedziemy do następnej wioski. Co ty na to, Kiciu? – Iskierki niemal wyfrunęły mu z oczu, tak bardzo zaaferowany był swoim pomysłem. Nie po raz pierwszy w trzydziestoletnim nauczycielu hiszpańskiego dostrzegła małego chłopca, który właśnie wykombinował, jak dobrać się do szafki ze słodyczami. Za każdym razem ten jego zapał napełniał ją przyjemnym, rozlewającym się po ciele ciepłem.

– Dobrze, Puchaczu.

Nie sądziła, że będzie to tak proste, jak przedstawiał Mike. Szczególnie nie miała zaufania do jego znajomości japońskiego, choć zapewniał, że sobie poradzi.

Rok po ślubie oznajmił jej, że spróbuje nauczyć się sam jakiegoś języka. Deklaracja nie zdziwiła Jane, bo Mike wpadał już na głupsze pomysły, z których większość na szczęście nie doczekała się realizacji. Dopiero kiedy kupił podręcznik do gramatyki i zaczął wypisywać dziwne znaczki na karteczkach, które rozwieszał po domu, zaczęła się zastanawiać, czy to w ogóle możliwe.

Jako dziecko mieszkał dwa lata w Madrycie – jego ojciec został dyrektorem filii dużej firmy farmaceutycznej. Mike był na tyle młody, że hiszpański wręcz wchłonął. Japoński wybrał, żeby sobie udowodnić, że jest w stanie nauczyć się języka wyłącznie pracą i siłą woli. Podejrzewała, że z tego samego powodu siedział w budżetówce, zamiast na jakimś intratnym stołku załatwionym przez ojca. Kochała go i za to – tym bardziej, że gdyby nie trafił do szkoły, gdzie pracowała, pewnie nigdy by się nie poznali.

 

Wydawało się, że Mike jest o swojej silnej woli niezłomnie przekonany. Jednak kiedy Jane półserio wyraziła wątpliwości w tym względzie, zareagował zaskakująco emocjonalnie. Zupełnie jakby jego pewność siebie opierała się wyłącznie na jej opinii.

– Choćbym sto lat myślał, nie wymyśliłbym tak skomplikowanej pisowni – powiedział pewnego razu. – Chyba Japończycy specjalnie utrudniają sobie życie, żeby nikt inny nie był w stanie opanować ich języka. Niedoczekanie! Nie spodziewali się żelaznej woli Mike'a Grahama!

Prychnęła z niedowierzaniem, a wtedy z jej mężem zaczęło się dziać coś dziwnego.

Zamarł, trzymając w ręku czajnik z gorącą wodą – właśnie miał zalać im obojgu herbatę. Utkwił wzrok w podłodze, zgarbił się lekko. Choć ściągnął obie łopatki, jakoś udało mu się sprawić, by klatka piersiowa cofnęła się o cal lub dwa. Skurczył się w sobie. Przypominał jej zwiniętego w kulkę jeża.

– Nie wierzysz, że mogę to zrobić – wydusił przez zaciśnięte gardło.

– Z pewnością żelaznej woli ci wystarczy, Puchaczu – starała się nadać głosowi naturalny ton, choć była zdezorientowana. Jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. – W końcu oszczędzasz ją już od dwóch miesięcy, od kiedy obiecałeś naprawić szafkę w przedpokoju.

Mike powoli rozluźnił się, zalał herbatę, ale nic nie powiedział. Do końca dnia każde pytanie Jane zbywał półsłówkami. Siedział do późna nad podręcznikiem do japońskiego, więc Jane poszła spać sama. Nie pamiętała, kiedy Mike do niej dołączył, ale kiedy się obudziła, spał obok niej jak zabity. Nie budząc go, wyszła z pokoju. Zamierzała iść do łazienki, ale kątem oka zarejestrowała jakąś zmianę. Rozejrzała się po przedpokoju. Szafka. Drzwiczki, które tyle czasu wisiały pod dziwnym kątem, były wreszcie domknięte. Otworzyła je na próbę. Chodziły jak nowe.

 

Na lodówce i nad zlewem w łazience pojawiały się nowe karteczki z dziwnymi krzaczkami. Po jakimś czasie zobaczyła, jak jej mąż czyta japońskie komiksy, potem książki, wreszcie zaczął oglądać seriale i filmy. Plan uznał za wykonany, chociaż nigdy nie słyszała, żeby faktycznie powiedział coś w nowym języku. Nadal miała wątpliwości, czy będzie się w stanie dogadać z prawdziwymi Japończykami, ale wolała o tym nie wspominać, żeby Mike znowu nie zwinął się w kolczastą kulkę.

 

W dzień wylotu ogarnęło ją dziwne uczucie.

Samolot właśnie odbił się od pasa startowego lotniska Johna F. Kennedy'ego. Nabierali wysokości. W dole z chmur wyłaniały się kolejne wieżowce Nowego Jorku, kiedy w umyśle Jane zrodził się pomysł, że samolot się rozbije. Nie była w stanie podać żadnego racjonalnego powodu, by tak sądzić – tym bardziej zdumiała ją nagła pewność, że to się stanie. Po chwili uczucie minęło, a Jane uznała po prostu, że musiała się zasugerować jakąś katastrofą, o której słyszała w radiu. Nie wspomniała o tym Mike'owi.

Trzynaście godzin później wylądowali bez żadnych utrudnień na lotnisku Narita, niedaleko Tokio. Musieli dotrzeć do małej nadmorskiej miejscowości, gdzie mieli zapewniony nocleg. Na serwisie o dziwnie brzmiącej nazwie Mike znalazł wcześniej kierowcę, który jechał w odpowiadającym im kierunku. Miał po nich podjechać na lotnisko.

To wszystko wydawało jej się trochę zwariowane. Jednak kierowca faktycznie na nich czekał. Mike mówił dość niepewnie, ale młody Japończyk go rozumiał. Pod koniec podróży dyskutowali już obaj o muzyce, filmach oraz bejsbolu, który, jak się dowiedziała, był tu bardzo popularny. Obawy Jane w kwestii japońskiego Mike'a okazały się równie bezpodstawne, jak te, które odczuwała w trakcie lotu. Mogła odetchnąć z ulgą.

 

Wszelkie jej wątpliwości rozwiały się, gdy przyjechali do swojego gospodarza. Pan Takada był w wieku ich rodziców i uczył angielskiego w lokalnej szkole. Chociaż akcent miał okropny, Jane była wniebowzięta, że może porozmawiać z kimś z tubylców. Okazał się niesamowicie gościnny, chociaż momentami rozbrajająco bezpretensjonalny.

– Maiku ma duzio ścięścia – powiedział jej kiedyś gospodarz. – U ciebie duzia pupa, łatufo będzie rodzić dzieci, będzie fas cała guromada!

Spędzili tam wspaniały tydzień. Pani Takada była świetną kucharką. Jane od razu pokochała udon, gruby makaron, podawany w wywarze pełnym bryłek tofu. Zwykłe czynności, jak wyjście po zakupy, były prawdziwą przygodą. Obcokrajowcy musieli być rzadkością w tych stronach, bo kiedy szli ulicą, czuła na sobie spojrzenia przechodniów. Japończycy byli jednak na tyle dyskretni, że bardzo rzadko udawało jej się złapać czyjś wzrok.

Dużo spacerowali po kamienistej plaży, skąd przy dobrej pogodzie można było dojrzeć wyspę, o którą zapytała gospodarza.

– Fispa Turuskafek. Lubiś turuskafuki, Jane? Tam są całe pola, będziecie moguli się nafupichać.

Miała ochotę nawpychać się truskawek. Wybrali się do sklepu, którego właściciel wypożyczał swoją łódkę nielicznym turystom. Japończyk tłumaczył coś Mike'owi, a kiedy wrócił na zaplecze, Jane mogła zapytać:

– I jak, pożyczy nam łódkę?

– Tak, ale – głos Mike'a spoważniał nagle – nie będziemy mogli jeść truskawek.

– Jak to? – zapytała rozżalona. Nastawiła się już na świeży, słodki miąższ, który zawsze kojarzył się jej z wakacjami. – Czemu?

– Inaczej mogą się na nas zemścić.

– Kto?

Mike rozejrzał się na lewo i prawo. Nachylił się i szepnął Jane do ucha:

– Duchy!

– Głupek – skwitowała Jane, ale uśmiechnęła się, kiedy jej mąż zaczął się śmiać.

– Nie znam się na lokalnym folklorze, nie wiem co tutejsze upiory, obake, mają wspólnego z truskawkami. Zrozumiałem tylko, że nie można ich jeść. Chyba, że nie boimy się duchów?

 

Po godzinie wiosłowania dobili do pomostu, służącego za przystań nielicznym o tej porze rybackim łodziom. Niedaleko kilka osadzonych na palach drewnianych domków częściowo „wisiało” nad wodą. Jane poczuła się, jakby trafiła do dzikiego, nie odkrytego przez zachodnich turystów zakątka, gdzie ludzie wstają o świcie, idą spać o zmroku i nie potrzebują internetu czy telefonów. Co mogło być prawdą, bo nie miała zasięgu – najwidoczniej nie było tu stacji przekaźnikowej. Nie zmartwiło jej to ani trochę.

– Ślicznie tu, prawda?

Mike potwierdził i przywiązał łódkę do mola. Kiedy gramolili się na nie, z jednego z domków wyszedł młody chłopak i zaczął iść w ich stronę. Miał około trzynastu lat i ogorzałą od słońca twarz. Jego bawełniany strój był szarawy i mocno znoszony.

Hajimemashite – Mike ukłonił się. – Maiku desu. Yoroshiku…

Rettsu gou! – chłopak przerwał mu i zaczął gestykulować, żeby podążyli za nim.

Mike i Jane spojrzeli po sobie.

– Czy on powiedział „Let's go”? – zapytała.

– Najwidoczniej. Chotto, matte! Doko ni…

Rettsu gou! Rettsu gou! – chłopak znowu na nich pomachał.

– Dobra, chodźmy. Zobaczymy, co chce nam pokazać – stwierdziła Jane.

 Weszli w las. Wśród wysokich sosen biegła wydeptana ścieżka. Kiedy chłopak zobaczył, że idą za nim, przyspieszył kroku. Mike próbował go zagadywać, to po japońsku, to po angielsku, ale ich przewodnik odpowiadał tylko „Rettsu gou!” i popędzał ich dalej.

– Czemu on nie chce z nami rozmawiać? – Mike był lekko zirytowany.

– Może mają tu inny akcent. Ja tylko mam nadzieję, że prowadzi nas do truskawek, bo mam ochotę się nafupichać.

– Oby tylko tubylcy nie mieli ochoty nafupichać się amerykańskich turystów.

– Nie strasz mnie! – Jane ze śmiechem uderzyła go w ramię.

Po chwili drzewa się skończyły, a oni wyszli na obszerne pole, na którym zamiast zboża czy ryżu rosły…

– Truskawki!

 Jane chciała podbiec do najbliższego krzaczka, ale chłopak zagrodził jej drogę. „Rettsu gou” stało się głośniejsze, nakazujące.

– Chyba traktują tu swoje legendy poważnie – uśmiechnął się Mike.

Jane wzruszyła ramionami. Ruszyli w dalszą drogę, ale teraz młody Japończyk oglądał się na nich częściej.

– Zwróciłaś uwagę? Jakoś dziwnie rosną. U nas truskawki sadzi się w rządkach.

Rozejrzała się. Faktycznie, zielone krzaczki, uginające się pod ciężarem owoców, rosły bez żadnego porządku, kępkami, to tu, to tam.

– Myślisz, że rosną tu dziko? – zapytała.

– Wątpię. Owoce nie byłyby tak duże. Chociaż… Może to jakaś tutejsza odmiana?

Mijali kolejne kępki, na których czerwieniły się dorodne owoce, a Jane płakała w duchu, że nie może ich nawet spróbować. Po jakimś czasie znowu weszli w las. Na rozstaju, przy którym stała przypominająca wielkiego grzyba kamienna latarnia, poszli prosto. Po chwili zobaczyli w oddali charakterystyczną konstrukcję z drewnianych bali, połączonych u góry dwiema belkami.

Torii. Czyli prowadzi nas do tutejszego chramu shinto – stwierdził Mike.

– To jakaś odmiana buddyzmu? – Jane nigdy nie interesowała się religią. Jej rodzice żadnej nie praktykowali. Jak sami twierdzili, jedyną istotą nadprzyrodzoną, w którą wierzą, jest Oprah Winfrey.

– Nie, to pierwotne wierzenia Japończyków, coś jak pogaństwo. W shinto drzewa, wyspy, a nawet duże skały mogą być siedliskiem kami, bóstw. Brama torii symbolizuje…

Mike mówił dalej, choć Jane słuchała jego wykładu jednym uchem. Nigdy nie mogła zrozumieć tej jego osobliwej pasji. Wiedziała, że w młodości był głęboko wierzącym chrześcijaninem. Potem zupełnie porzucił swoją wiarę, zaczął czytać Sama Harrisa i Richarda Dawkinsa. Mimo to fascynowała go każda forma religijności. Jego tłumaczenie – „wroga trzeba poznać” – irytowało Jane, bo nie przepadała za wojującymi ateistami. Miała jednak wrażenie, że u Mike'a jest to wyłącznie poza, pod którą kryje się znacznie więcej, niż jej mąż ma ochotę przyznać.

Kiedy mijali bramę, zaczęły do niej znowu docierać jego słowa.

– Przechodzimy właśnie do świata bóstw.

Jane była w stanie w to uwierzyć, kiedy zobaczyła rozciągający się za bramą ogród. Chociaż był tak różnorodny, poszczególne elementy nie rzucały się w oczy od razu, a ukazywały im się stopniowo. Mijali więc kwitnące różaneczniki, uzupełniane przez koliste wysepki bukszpanu. Staw, nad którym przechodził łukowaty mostek z okrągłych bali. Sosny o zygzakowatych kształtach, z których jedna pochylała się nad wodą pod nieprawdopodobnym kątem. Kompozycje głazów, które zdawały się wyrastać z ziemi niczym górskie pasma. Wodospad, z którego woda spływała do stawu po skrzących się w blasku słońca kamieniach.

Ścieżka prowadziła ich na niewielkie wzniesienie, na szczycie którego widzieli już budynek chramu, ale ogród cały czas skupiał ich uwagę kolejnymi kompozycjami. Zupełnie jakby oglądali film, którego zakończenie już znali, ale nie miało to żadnego znaczenia, tyle czaru było w każdej kolejnej scenie.

– Jak myślisz, ilu ogrodników ma tu stałe zatrudnienie? – zapytał Mike, kiedy przechodzili obok drzew, których korony uformowane były w zielone obłoki.

Wzgórze stało się bardziej strome, a ścieżka przeszła w kamienne schody, wiodące do drewnianego budynku. Mimo że nie przytłaczał wielkością, to emanował spokojnym dostojeństwem. Opadający delikatnym łukiem czterospadowy dach pokryty był zieloną dachówką. Kremowe ściany przecinane były czerwonymi belkami, które lśniły w słońcu.

– Mike, czy to jest…

– Tak. Drewno pokryte laką – potwierdził jej przypuszczenia Mike. – Chyba tutaj swoje legendy traktują naprawdę poważnie. Nie rozumiem, jakim cudem tego miejsca nie ma liście UNESCO.

Przy wejściu do chramu czekał na nich kapłan. Był ubrany w proste, białe kimono. Nie był szczególnie wysoki, nawet jak na Japończyka, ale pokryta zmarszczkami twarz przywoływała na myśl autorytet i doświadczenie, nie starość.

Ich przewodnik ukłonił się bardzo nisko, a gdy stojący przed nim mężczyzna ledwie skinął głową, pomaszerował z powrotem schodami w dół.

– Witam na Wyspie Truskawek. Jestem Michio Nakano. Mam nadzieję, że mieliście przyjemną podróż.

Jane otworzyła usta ze zdumienia. Mike tłumaczył jej kiedyś, że Japończykom bardzo trudno przychodzi przyswajanie wymowy obcych języków. Nawet pan Takada miał bardzo silny akcent, chociaż był nauczycielem angielskiego.

To, że mężczyzna stojący przed nimi nie był rodowitym Amerykaninem, zdradzał tylko jeden szczegół. Żaden rodowity Amerykanin nie mówił tak starannie.

– Mike Graham, a to moja żona, Jane. Miło nam pana poznać. – Mike pierwszy ocknął się z szoku.

– Pewnie przybyliście na naszą wyspę ze względu na truskawki? Niestety, dziś jeszcze nie będziecie mogli ich skosztować. Tutaj sezon na truskawki zaczyna się od jutra. – Kapłan uśmiechnął się nieznacznie. – Jeśli macie ochotę, możecie przenocować w domu dla pielgrzymów, a jutro obejrzycie Ichigo Matsuri, festiwal oczyszczenia truskawek. Wtedy najecie się ich do woli.

– Bardzo dziękujemy za zaproszenie… – zaczęła Jane, ale Mike jej przerwał.

– Oczyszczenia? Z czego? Z obake?

Kapłan spoważniał.

– Tak, z obake. Nie musisz kryć lekceważenia w swoim głosie, Mike'u Grahamie. Wiem, jak to musi brzmieć w uszach wykształconego nowojorczyka. Nie proszę was, żebyście wierzyli w duchy. Proszę was tylko, żebyście wstrzymali się z jedzeniem truskawek przez jeden dzień. Dla waszego własnego dobra.

– Oczywiście, przecież to żaden problem. – Jane, widząc minę męża, wolała sama odpowiedzieć. – Dziękujemy za gościnność, chętnie skorzystamy z zaproszenia.

– Tak, dziękujemy, ale jeśli mogę… – Jane obiecała sobie w duchu, że jeśli Mike będzie próbował wywołać dyskusję na temat religii, kopnie go w kostkę. – Czy te truskawki ktoś uprawia?

Westchnęła z ulgą.

– Nie. Około stu lat temu pewien handlarz przywiózł kilka sadzonek. Z jakiegoś powodu przyjęły się znakomicie i bardzo szybko rozprzestrzeniły po wyspie. Jeśli nie chcecie wierzyć w działanie obake, możecie uznać to za wyjątkowo przyjazny klimat. Z chęcią oprowadziłbym was po wyspie, ale muszę jeszcze przygotować się do naszego małego święta. Nie myślcie dziś o truskawkach. Zobaczycie, dzień czekania sprawi, że jutro będą jeszcze smaczniejsze.

 

Gdy już nacieszyli oczy ogrodem, wrócili do rozstaju, gdzie skręcili w boczną ścieżkę.

– Skąd on wiedział? – zapytał ją Mike.

– Że przybędziemy? Też się zastanawiam, może dojrzał nas z oddali.

– Mam na myśli: skąd wiedział, że jesteśmy z Nowego Jorku?

Jane zastanawiała się chwilę.

– Może pan Takada telefonował?

– Przecież tu nie ma zasięgu. Widziałaś jakieś linie telefoniczne?

– Może nie idą przy ścieżce.

Przez moment spacerowali w milczeniu. Drzewa rosły coraz gęściej, ścieżka zwężała się lekko.

– Zauważ, Kiciu, że jednak kapłani to kapłani, niezależnie od religii. Ledwie zaczęły tu rosnąć truskawki, już wymyślili jakiś "niezbędny" rytuał. Założę się, że główną częścią festiwalu będzie zbieranie datków. Ciekawe, ile ceremonii w roku musi poprowadzić pan Nakano, żeby zarobić na utrzymanie takiego ogrodu.

– Kochanie, przyjechałam na wakacje, chcę nacieszyć się tutejszymi zwyczajami. Nie psuj mi ich swoim antyklerykalizmem, dobrze?

– Widziałaś, w co ubrany był nasz przewodnik? Po prostu żal mi ludzi, których nie stać na ciuchy z tej epoki, bo utrzymują takiego pasożyta.

– W takim razie nie mamy wyjścia. Musimy przeprowadzić wśród miejscowych kampanię społeczną. Uświadomimy im, jakim złem jest religia i jak bardzo przez nią cierpią. To zajęcie w sam raz na dziś wieczór.

Mike zamilkł.

 

Z rozstaju można było dojść, oprócz świątyni i miejsca, gdzie zostawili łódkę, do dwóch innych, niewiele różniących się od siebie wiosek. W jednej spotkali grupkę rybaków. Mike próbował z nimi rozmawiać, ale albo udawali, albo naprawdę go nie rozumieli.

Jane chciała jeszcze rzucić okiem na pole truskawek. Słońce zeszło już nisko i oświetlało kępki krzaczków na pomarańczowy kolor.

– Och, Mike, spójrz tylko, ile jest już dojrzałych. Każ mi jutro przestać, jeśli zjem więcej niż tonę.

Jej mąż kucnął i przyjrzał się jednej wyjątkowo dużej truskawce.

– Nie rób tego, Mike.

– A co, nagle uwierzyłaś w duchy?

– Nie udawaj głupiego. To kwestia wychowania, nie wiary. Będziemy korzystać z gościnności tych ludzi, więc uszanujmy ich zwyczaje.

– Przecież nasz gospodarz nie mówił nic o zrywaniu truskawek.

To mówiąc, zerwał upatrzony owoc.

– Kretyn.

Mike wstał i roześmiał się.

– Nie martw się, Kiciu. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Masz, spróbuj.

Była na niego zła.

– Dziękuję bardzo. Wystarczy, że mój mąż jest aroganckim chamem.

– Jak chcesz. Ale żal marnować taką ładną truskawkę przez czyjeś zabobony.

– Mike, nie!

Wsadził sobie owoc do ust. Chwilę przeżuwał, wreszcie połknął i powiedział:

– Smaczna. Nie za słodka, lekko cierpka, całkiem… – przerwał i nagle zgiął się wpół, łapiąc się za brzuch.

(dla waszego własnego dobra)

– Mike! Mike!!!

Wyprostował się, zanosząc śmiechem. Miała ochotę wepchnąć mu ten śmiech z powrotem do gardła.

– Ty pieprzony imbecylu, ażebyś sraczki dostał.

 

Wrócili do świątyni pod wieczór. Kapłan zaprosił ich na kolację, na którą składały się gotowany ryż, japońska rzodkiew oraz ryba, o której żadne z nich wcześniej nie słyszało. Gdy się pożywili, ich gospodarz zaprowadził Jane i Mike’a do pawilonu za świątynią, gdzie pokazał im ich pokój. Był niewielki, mieściły się tam ledwie dwa zwijane materace futon oraz ścienna szafa. Kapłan pokazał im też znajdującą się w tym samym budynku łazienkę. Podziękowali swojemu gospodarzowi jeszcze raz, umyli się i poszli spać.

 

Jane już przysypiała, kiedy Mike zerwał się z łóżka i wybiegł z pokoju. Usłyszała jak wbiega do łazienki.

Gdy wrócił, zapytała słodkim głosem:

– Kochanie, czyżby duchy się mściły?

Popatrzył na nią spode łba.

– To musiała być ta ryba. Najgorzej, że żołądek nadal mnie boli, chociaż wszystko zwróciłem.

– Zapytać pana Nakano, czy ma jakieś proszki?

– Może zaraz przejdzie.

Jednak pół godziny później Jane nadal słyszała, jak Mike wierci się na swoim materacu. Wstała i oznajmiła:

– Zaraz wracam.

Mike wydusił tylko:

– Dzięki.

Ubrała się i wyszła na zewnątrz. Była noc, ale nie było widać gwiazd. Powietrze było ciężkie, czuło się w powietrzu nadchodzącą burzę. Miała nadzieję, że ich gospodarz jeszcze nie poszedł spać – szczerze mówiąc, nie miała pojęcia, gdzie jest jego pokój. Gdy stanęła na ganku, zapukała do drzwi i krzyknęła:

– Panie Nakano!

Już miała zapukać znowu, kiedy drzwi się uchyliły.

– Przepraszam za kłopot. Czy na tej wyspie jest lekarz?

Kapłan pokręcił głową.

– Coś się stało?

– Mąż ma jakieś kłopoty z żołądkiem. Może ma pan…

Kapłan przerwał jej, a w jego głosie wyczuła niepokój.

– Próbował truskawek?

Pytanie zbiło ją z pantałyku. Nie wiedziała, czy kłamać, czy przyznać, że Mike zlekceważył dane im ostrzeżenie.

– Pewnie to ta ryba, Mike ma czasem po nich…

– Czy pani mąż próbował truskawek? – Głos kapłana stał się surowszy. – Tu chodzi o jego życie!

Jane kiwnęła głową.

– Przepraszam, on…

– Proszę do niego iść. Żadne proszki tu nie pomogą. Muszę przygotować wywar, zaraz u was będę. Może jeszcze nie jest za późno.

„Za późno na co?” – chciała zapytać, ale ich gospodarz znikł już w głębi budynku. Z mętlikiem w głowie pobiegła do pokoju, gdzie Mike leżał zwinięty w kulkę i pojękiwał cicho.

– Jezuuu… i jak?

– Mike, pan Nakano mówi, że nie ma tu lekarza. On uważa, że to przez truskawkę…

– Powiedziałaś mu?

– Mike, on uważa, że…

(umrzesz)

…może stać ci się coś złego. Poszedł przygotować jakiś wywar, zaraz tu przyjdzie.

Mike, zaciskając zęby, wstał na nogi.

– Mike?

Zaczął się ubierać.

– Mike! Co ty robisz?

– A jak myślisz? Potrzebuję lekarza, bo inaczej żołądek wywróci mi się na drugą stronę. Lekarza, nie jakiegoś pieprzonego znachora i jego wywarów.

– Chcesz w takim stanie płynąć do brzegu? Zwariowałeś?

– Nie mamy wyjścia. Zresztą, dam radę. Jeeezuuu!

Chciała go przytrzymać, żeby się nie przewrócił, ale on tylko krzyknął:

– Idziemy!

– Mike, może spróbujmy chociaż…

– Idziemy! Sprzedał ci bajkę o wywarze, bo nie chce się przyznać, że ryba była nieświeża.

– Ale…

– Jane, do kurwy nędzy, dam radę, chodź wreszcie! Zaraz przyjdzie tu medyk-amator, a nie mam ochoty tłumaczyć mu, gdzie może sobie wsadzić swój wywar.

Poszła za nim. Nie chciała się z nim kłócić – wcale zresztą nie była pewna, czy jej mąż nie ma racji.

 

W nocy świątynny ogród, pełen osobliwych kształtów, wyglądał raczej strasznie. Jane, przejęta stanem Mike'a, ledwie rejestrowała szum drzew czy szemranie wodospadu.

– Mike… – zaczęła, kiedy jej mąż zgiął się w pół.

– Już dobrze, możemy iść.

Minęli bramę. Mike pojękiwał cicho, ale nie zatrzymywał się aż do rozstaju. Tam Jane zauważyła dwie rzeczy. Po pierwsze, kamienna latarnia jaśniała migotliwym blaskiem świecy.

(kto ją zapalił?)

Po drugie, zaczynał kropić deszcz.

– Pięknie – rzucił Mike.

– Może…

– Może przyspieszmy.

Kiedy doszli do pola truskawek, Mike zapytał:

– Słyszysz?

– Co?

– Nie wiem, jakiś taki… szum.

Zaczęła nasłuchiwać. Faktycznie, słyszała coś jak bzyczenie pszczół, ale dźwięk był tak cichy, że nie była pewna, czy nie sugeruje się słowami Mike'a.

– Może w okolicy jest jakiś stary generator?

– Nie słyszałem go wcześniej. – Twarz Mike'a wykrzywił kolejny grymas bólu. – Nieważne, idziemy.

Miał rację, dźwięk zaczął narastać. Ucichł dopiero kiedy weszli w las. Wtedy zamiast dziwnego szumu usłyszeli przed sobą głosy na ścieżce. Zdziwieni, spojrzeli po sobie.

– Do lasu! – polecił Mike.

Weszli w las i przykucnęli za dwoma drzewami. Jane była zbyt wystraszona, żeby zastanowić się, po co to robią. Po chwili na ścieżce ujrzeli grupkę mężczyzn, którzy rozmawiali ze sobą przejętymi głosami. Światło trzymanych przez nich latarni tworzyło tańczące cienie.

Gdy tamci już się oddalili, Mike i Jane wrócili na ścieżkę.

– Szukali nas – stwierdził Mike.

– Zrozumiałeś ich?

– Tak. Mówili normalnie, bez żadnego dziwnego akcentu. Czyli nasz przewodnik, rybacy… Jane, czemu oni udawali, że mnie nie rozumieją?

Jane nie odpowiedziała.

– Kiciu, nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi, ale zabierajmy się już z tej wyspy.

Jej też się to nie podobało. Dorośli mężczyźni, którzy na skinienie kapłana wstają z łóżek, żeby poszukać dwojga turystów? To znaczyło co prawda, że na wyspie musieli mieć linię telefoniczną, ale jakoś nie miała ochoty nikogo prosić o pomoc. Nie czuła się już tutaj jak gość. Czuła się jak uciekinier.

Poszli dalej. Deszcz wzmógł się, zimne krople spadały już tak gęsto, że po chwili byli zupełnie przemoczeni. Gdzieś w oddali zagrzmiało, chociaż między drzewami nie dostrzegli błysku pioruna.

– Puchaczu…

Tak?

– A jeśli burza złapie nas w łódce?

– Nie martw się, Kiciu, nie wiemy nawet, czy idzie w naszą stronę.

(idzie, oczywiście, że idzie, przez twoją pierdoloną truskawkę)

– Wiesz, że ja nigdy nie miałam w ręku wiosła?

– Nie martw się, powinienem dać radę.

 

W wiosce było ciemno i cicho. Weszli na pomost i przeszli do wynajętej łódki, która kołysała się na falach. Mike wsiadł pierwszy. Jane bała się, że straci równowagę i wpadnie do wody, ale zamiast tego usiadł z impetem. Kiedy miała wchodzić, niebo rozbłysło, a po chwili rozległ się potężny grzmot.

– Mike, to nie jest bezpieczne.

Zacisnął zęby.

– Wiem.

– Może przeczekamy burzę…

– W dupie mam burzę. I w dupie mam nawet lekarza, chociaż skręca mi flaki. Nie mam zamiaru zostać na tej wyspie nawet minuty dłużej.

Wsiadła. Bała się, ale dużo bardziej bałaby się zostać.

Odbili od brzegu. Mike wiosłował, siedząc przodem do dziobu. Przez chwilę Jane myślała, że skoro przestał jęczeć, to pewnie ból nie doskwierał mu tak mocno, kiedy skupił uwagę na wysiłku. Jednak gdy kolejna błyskawica rozświetliła jego oblicze, zrozumiała, jak bardzo się myliła. Cierpienie wykrzywiło mu twarz w okropny grymas, a nie jęczał tylko dlatego, że zagryzał wargi.

– Kochanie, jeśli chcesz, mogę powiosłować.

Zamiast odpowiedzieć, zgiął się w pół i osunął na dno łodzi. Ledwie zdążyła złapać wiosła, które miotane falami wyskoczyły z mocowań.

– Mike!

Jednostajny szum wiatru wzmógł się, a mimo to zagłuszany był przez narastający huk wyładowań elektrycznych. Wsadziła wiosła z powrotem w metalowe uchwyty, usiadła na miejscu Mike'a i zaczęła wiosłować. Nie mogła skoordynować pracy obu rąk, więc przez chwilę kręcili się w kółko. Bała się, że fale zniosą ich na wyspę, dlatego nie mogła nawet sprawdzić, co z mężem. Po chwili Mike zaczął krzyczeć z bólu. Przynajmniej wiedziała, że żył.

Po chwili ruchy Jane stały się bardziej składne i łódka zaczęła sunąć do przodu. Choć jednak wytężała wszystkie siły, była sfrustrowana tym, jak wolno płynęli. Poczuła się przytłoczona i bezradna.

Nagle krzyk Mike'a się urwał.

– Mike?

Nie odpowiedział.

– Mike!!!

Kiedy łzy zaczęły napływać jej do oczu, jej mąż podniósł się i usiadł naprzeciwko niej.

– Przeszło – powiedział, zdziwiony.

– Co?

– Przeszło! Już nie boli. Daj wiosła.

Zamienili się miejscami, a chociaż fale mało ich przy tym nie wywróciły, Jane poczuła ogromną ulgę. Siedziała teraz tyłem do dziobu i patrzyła na męża, który pewnymi ruchami zagarniał wodę. Nie widziała teraz, dokąd płynęli, ale i tak była pewna, że im się uda.

– Jezu, jak dobrze – westchnął Mike. – Już miałem wyskoczyć za burtę, żeby tylko się skończyło.

Jane nie miała sił mówić, mogła się tylko uśmiechnąć.

Płynęli w milczeniu. Kiedy huk burzy odrobinę przycichł, Mike zapytał:

– Słyszysz?

– Co? – zapytała zdezorientowana.

– Jak przy truskawkach, tylko głośniej.

Nadstawiła uszu, ale słyszała tylko szum wiatru, coraz odleglejsze grzmoty, i uderzające o powierzchnię wody fale, które cały czas podnosiły i opuszczały ich łódkę.

– Nie słyszę.

– Na pewno? – zdziwił się Mike. – Przecież słychać wyraźnie.

– Na pewno. Tylko burza. Coś ci się zdawało.

– Jane, to jest coraz głośniejsze. – Wyczuła w jego głosie nutkę paniki. – Jakby rój pszczół, bardzo blisko nas.

– Puchaczu, to niemożliwe. Może to przez stres.

– Nie rób ze mnie wariata! – krzyknął. – Co to jest, do cholery?!

– Przestań się wydzierać! Mówię ci, że nic nie słychać, coś sobie ubzdurałeś!

Przestał wiosłować.

– Jane, uwierz mi…

– Wiosłuj.

– Jane…

– Tak, wierzę ci! Zadowolony? A teraz wiosłuj, zanim ta pieprzona burza wywróci naszą łódkę!

Zaczął wiosłować. Jane poczuła ulgę, dlatego nie przywiązała wagi do zmian, jakie zaszły w jej mężu.

(jeżowa kulka)

Zmian, które widziała wcześniej jeden jedyny raz: zanim naprawił szafkę w przedpokoju.

Miała dość. Na szczęście, widać już było ląd. Chociaż fale nadal były duże, burza wyraźnie się oddalała. Zamknęła oczy i wzięła dziesięć głębokich oddechów. Rozluźniła się. Chciała dodać Mike'owi otuchy, zamiast się z nim kłócić.

– Przepraszam, Puchaczu.

Zaczął wiosłować szybciej, ale nic nie powiedział.

– Jesteś na mnie zły? Naprawdę nic nie słyszę.

Mike przyspieszył. Nie sądziła, że nadal miał tyle sił. Łódka wręcz pruła po falach. W takim tempie zaraz dobiją do brzegu, byleby tylko nie wpakować się na…

(!skały!)

Obróciła się gwałtownie. Płynęli wprost na ostre krawędzie skał, na których rozbijały się wzburzone fale.

Zamierzała krzyknąć, żeby Mike przestał się wygłupiać, ale gdy zobaczyła białą, wykrzywioną grymasem wściekłości twarz szaleńca, głos uwiązł jej w gardle. Nawet gdyby rzuciła się na niego i odebrała mu wiosła, było już za późno. Fale były dość silne, by rozbić ich łódkę o skały.

Przez głowę Jane przelatywały paniczne myśli.

To nie mógł być jej mąż. Mike'a opanował obake. Może teraz, może wcześniej, może cały ten ból brzucha był udawany, ale Mike'a opętał upiór.

Jane mogła w to uwierzyć, chciała w to uwierzyć.

(nie ma żadnego obake)

Musiała w to uwierzyć.

Koniec

Komentarze

Ludzie, czy Wy litości nie macie? Ja już chciałam iść spać… ;) 

 

(żartowałam) 

 

Obiecuję, że przeczytam :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fajne :) Trzyma w napięciu i duuuży plus za Japonię, którą również uwielbiam. Widać, że znasz temat, nie wymyślasz. Dzięki

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

[…] Nowojorczyka. ---> małą literą.

[…] nie wiele […] ---> razem

Gdy się pożywili, ich gospodarz pokazał im ich pokój, znajdujący się w małym pawilonie za świątynią. Był niewielki, mieściły się tam ledwie dwa zwijane materace futon oraz ścienna szafa. Kapłan pokazał im też znajdującą się w tym samym budynku łazienkę. ---> poza powtórzeniami: pawilon był niewielki, czy pokój? Składnia…

– Do lasu! – polecił Mike.

Weszli w las i przykucnęli za dwoma drzewami. Jane była zbyt wystraszona, żeby zastanowić się, po co to robią. Po chwili na ścieżce ujrzeli grupkę mężczyzn, którzy rozmawiali ze sobą cicho. Światło trzymanych przez nich latarni tworzyło tańczące cienie.

Gdy tamci już się oddalili, Mike i Jane wrócili na ścieżkę.

– Szukali nas – stwierdził Mike.

– Zrozumiałeś ich?

– Tak. Mówili normalnie, bez żadnego dziwnego akcentu. Czemu nie chcieli ze mną rozmawiać?

---> nie rozumiem zarzutu, że mężczyźni, idący ścieżką, nie chcieli rozmawiać z Michaelem. Schował się, razem z Jane, za drzewami? Schował… Odezwał się do idących ścieżką? Nic o tym nie piszesz… Brak konsekwencji w budowie sceny.

[…] załapała ruch, […] ---> kolokwializm, że jedno oko się samo zamyka. Skoordynowała ruchy rąk, na przykład.

[…] zamiatał wodę. ---> nie zauważyłem momentu zamiany wioseł w miotły. Zagarniał…

<><><>

Poza powyższymi napisane naprawdę ładnie; historia wciąga jak bagno, powoli, ale nieustępliwie.

 

 

Śniąca: nie patrzyłem od jakiegoś czasu na poczekalnię (śpieszyłem się, żeby zdążyć z opowiadaniem), także przepraszam:)

 

CountPrimagen: a wielkie dzięki. Przeczytałem też Twoje opowiadanie i chętnie się wypowiem, ale nie uznasz mnie za ostatniego złamasa jak moja opinia nie będzie pozytywna?

 

AdamKB: z rozmawianiem chodziło o to, że wcześniej inni mieszkańcy wyspy nie chcieli gadać z Mikiem, ale napisane to było faktycznie słabo, mam nadzieję, że teraz lepiej.

Miałem się ochotę kłócić, że skoro czas może się zmienić w wodę, to i wiosło może zamiatać, ale spojrzałem chłodnym okiem i masz rację, nie gra.

Także wdzięcznym, wszystko poprawione.

 

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie uznam Cię za złamasa :D Rozwój bierze się tylko z krytyki, także jeśli jest konstruktywna, to chętnie z niej skorzystam :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Świetnie opowiedziana historia – zaciekawiła mnie, przykuła uwagę, przestraszyła, a skończywszy się, pozostawiła niepokój. I bardzo dobrze. Jakakolwiek próba wyjaśnienia czegokolwiek, mogłaby zabić opowiadanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podoba mi się japoński klimat tej historii – zwłaszcza, te charakterystyczne niedopowiedzenia i elementy nie wiadomo czy zbędne, czy kluczowe dla rozwikłania historii :) Duży plus za pokazanie hamerykańskiej ignorancji w zderzeniu z kulturą innego kraju. To, co mi zgrzytnęło, to pan Takada komentujący duży tyłek Jane :p nie wierzę, żeby Japończyk w wieku rodziców bohaterów (a więc niemłody) skomentował w ten sposób zadek własnego gościa.

Bellatrix → rzeczywiście mało prawdopodobne, chociaż w Japonii zwrócenie uwagi, że kobieta ma szeroką, dobrą do rodzenia dzieci miednicę jest komplementem… Co prawda krępującym, ale ten zabieg to nie wymysł autora ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bellatrix: dzięki za komentarz. Jak napisał CountPrimagen, nie wymyśliłem tego:)

 

Regulatorzy: dzięki za komentarz i bibliotekę.

Cała przyjemność po mojej stronie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zdecydowanie najdłuższe opowiadanie (w momencie, gdy czytałam liczyło bodajże 30035 znaków – na ogonek przymknęłam oko). Miałam poczytać na raty, ale nie dałam rady – opowiadanie mnie wciągnęło i sztucznie wydłużyłam sobie przerwę w pracyJ

Zdecydowanie trzyma w napięciu. Klasyka horroru – burzliwa noc, dziwne dla głównych bohaterów zwyczaje i zabobony. Niejednoznaczne zakończenie – urwane tuż przed potencjalną katastrofą, niedopowiedziane – jak dla mnie na plus.

Widzę tu każdy wymagany element. Jest i groza i są truskawki, które stanowią kluczowy element opowieści. 

Pięknie opisana historia, oparta na obserwacji podejścia pewnych ludzi (nie tylko Amerykanów) do obcych wierzeń i tradycji. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję za miłe słowa. Licznik na stronie inaczej zlicza znaki niż mój edytor, jak zauważyłem to uciąłem, żeby było na styk.

Dobra historia. Jest mocny nastrój grozy, zbudowany trochę w Kingowskim stylu – te wcięcia w nawiasach, szaleństwo bohatera. Wszystkie elementy opowieści są ładne rozegrane – człowiek zachodu w zderzeniu z czymś obcym, obcość tych japończyków jest przekonująca. Truskawy doczekały się już własnej wyspy i demonów, więc jest coraz lepiej. Zakończenie trafnie podsumowuje opowieść. 

I po co to było?

Dziękismiley

Opko mi się podobało, chyba głównie dlatego, że w pewnym stopniu utożsamiałem się z protagonistą:) w innym wypadku, nie wiem, czy pierwsza połowa opowiadania nie wydawałaby mi się lekko przegadana.

Lubię jednak japońskie klimaty i sam próbuję dotrzymać kroku latorośli, której zachciało się uczyć japońskiego. Mocno już tracę dystans, ale jeszcze się nie poddaję. Też traktuję to trochę ambicjonalnie;) Wyprawa do Japonii również przed nami, ale ja się jednak nastawiam na wykosztowanie i zero partyzantki. Chyba już jestem za stary.

Co do samego opowiadania, bohaterowie ciekawi, a całość czytała się dość płynnie. Jest nastrój grozy i truskawki. Po przeczytaniu trochę doskwierało mi otwarte zakończenie, ale im dłużej o tym myślałem, tym bardziej opinia ewoluowała w stronę oceny Reg. Po tych kliku dniach od lektury również uważam, że tak jest lepiej. Domknięcie historii w którąkolwiek stronę – potwierdzenie klątwy lub jej negacja (trywializacja problemu), tylko by zaszkodziły opowiadaniu. A tak, klimat i niedopowiedzenie pozwalają na pozytywną opinię, że opowiadania jest i ciekawe i wiarygodne, niezależnie czy czytelnik będzie fantastą czy niedowiarkiem.

empatia

Dzięki. Jak idzie nauka? Samemu czy jakiś kurs?

Młoda poszła na kurs, a ja zaglądam jej przez ramię;) Wymiękłem przy hiraganie i doszedłem do wniosku, że chyba lepiej mi będzie uczyć się z słuchu. Bawimy się w naukę niecały rok, a młoda, widzę ostatnio, bardziej cieszy się z origami, które co tydzień przy okazji nauki składają, niż z czystej nauki;) Ale i tak łyknęła ten sylabiczny alfabet i niezły zasób słów. Ja najbardziej się cieszę z rozpracowania zapisu liczb :D Znalazłem fajną appkę na telefon i przeciwdziałając demencji, raz dziennie ćwiczę zapis i odczyt.

Latorośl na razie potwierdziła, że chce się uczyć dalej, więc jest szansa, że to nie była chwilowa fascynacja. Zobaczymy co będzie dalej.

empatia

Richard Dawkins nie jest wojującym ateistą, tylko głosem rozsądku. ;)

 

Ale cóż z tego, skoro przy tak napisanym opowiadaniu zupełnie o tym zapominam, dając się ponieść nastrojowi, grozie, fabule, bohaterom. Mike wyszedł Ci świetnie, Jane nieco słabiej (co nie znaczy, że słabo).

Jak to możliwe, że to opowiadanie nie jest jeszcze w bibliotece?

Bardzo dobre opowiadanie.

Podobnie jak syfowi, mnie również sposób budowania napięcia skojarzył się z Kingiem, Z tym że King nigdy nie osadziłby takiego tekstu poza USA. Japoński klimat jak najbardziej na plus. Spodziewałem się trochę bardziej spektakularnego finału, ale samo dość niejednoznaczne zakończenie sporo rekompensuje.

Gratuluje wygranej w konkursie.

zygfryd89: Bardzo dziękuję. Niejednoznaczna końcówka wynika z tego, że jak oglądam horrory, zawsze sprawiają mi przyjemność do momentu, w którym “ciemne siły” stają się zbyt jednoznaczne. Określona “niesamowitość” przestaje być tak niesamowita.

 

ocha: oczywiście, że jest głosem rozsądku:) Ale Jane była wychowana bez religii, więc nie czuła potrzeby manifestowania swojego ateizmu, dla niej to była normalność. Mike był “nawróconym” ateistą, i raczej jego zapał neofity denerwował Jane, nie Richard Dawkins.

Dzięki za lekturę i komentarz

Dennett jest głosem rozsądku, Dawkinsa mimo całej sympatii podciągnęłabym jednak pod wojującego :)

 

Niby niespecjalnie oryginalny pomysł (może poza motywem truskawek, ale to temat konkursu), ale tekst jest skonstruowany tak, że trudno się oderwać. Odpowiednia dawka dobrze rozlokowanych niedopowiedzeń, wzrastające napięcie, brak niepotrzebnych dygresji – słowem: bardzo dobrze się czyta. 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dziękuję:)

O Dennetcie wiem tylko tyle, że jako jedyny ze słynnej czwórki wygląda na poważnego filozofa. Dawkins? Serio? Ten taktowny gentleman z uroczym akcentem – wojujący?

I w końcu przecież nie udusił Wendy Wright! 

True ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Hmmm. A mnie tekst nie przekonał. To znaczy, początek i środek w porządku – miłe jest umieszczenie akcji w egzotycznej Japonii, ale końcówka mnie rozczarowała. Jak napisała Mirabell – poza konkursowymi truskawkami – niespecjalnie oryginalne motywy.

A może poszło o to, że nie lubię, kiedy bohaterowie są idiotami?

Babska logika rządzi!

Finkla: Dzięki, że mimo to chciało Ci się przeczytać i skomentować.

 

ocha: nawet gdyby udusił, to jeszcze o niczym by nie świadczyło;)

Ha ha, no fakt. :)

 

Finklo, z ciekawości – dlaczego uważasz, że bohaterowie są idiotami?

(Mr_D, przepraszam, już więcej nie będę się wtrącać).

Bo mówi im się pięć razy, że nie wolno, a oni swoje… A czytelnik wie, że to horror, więc musi się źle skończyć i wszystko wydaje się takie oczywiste…

OK, niesłuchanie mądrzejszych od siebie może wynikać z niewiary w upiory. W porządku, też bym nie wierzyła. Ale za to elementarna kultura wymaga, żeby się dostosować do wymogów. Nie wchodzi się w glanach do meczetu, nawet jeśli jest się ateistycznym turystą.

Babska logika rządzi!

Ach, i jednak się wtrącam. :) Moim zdaniem to jest świetnie wytłumaczone tym, że bohater jest ateistycznym neofitą.

A dla mnie ateizm to jeszcze nie powód, żeby ostentacyjnie lekceważyć zalecenia innych wiar i robić wyznawcom na złość.

Babska logika rządzi!

Dla mnie też, ale wszelacy neofici mają tendencję do przesady. Zachował się głupio, fakt, ale też uznanie go za idiotę jest chyba również przesadą. ;)

Ale taka głupota mnie wkurza, a to wystarcza, żebym bardzo znielubiła bohatera. :-)

Babska logika rządzi!

Ależ, Ocho, ja mam nadzieję, że będziesz się wtrącać częściej:)

;)

Cieszę się, że się nie wkurzyłeś. :)

Bardzo mi się podobało. Wciągające i świetnie napisane. Ogromny plus za Japonię. Co prawda wkurzało mnie zachowanie bohatera na wyspie, no buractwo w formie czystej, ale wydawało się prawdopodobne. Klikałabym:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Autor burak to i łatwo było bohatera buraka stworzyć:) Dzięki.

Ogromny minus za Japonię. ;) A reszta – może być. Tekst nie zrobił na mnie wyjątkowego wrażenia, ale przeczytałem bez bólu.

Sorry, taki mamy klimat.

Tekst nie zrobił na mnie wyjątkowego wrażenia

Szczerze – na mnie też nie. Tylko że ja już znałem fabułę:)

Dzięki za komentarz

cały czas uwielbia spędzać czas ze swoim mężem – spędzać chwile

zachwycona –> zachwycona widokiem / atmosferą / bicepsem mężusia, bo to takie urwane jest…

Oboje uwielbiali słynny wiersz Edwarda Leara, więc często zwracali się do siebie per „Puchaczu” i „Kiciu”. – bardzo ładne budowanie relacji, z odwołaniem do czegoś “ponad”

Couchsurfing i jakaś wioska z sadzeniem ryżu, w Japonii? :D no dobra, to jest w dialogu, więc rozumiem, że to tylko takie poczucie humoru mężusia :)

wykombinował, jak dobrać

Na serwisie,[+] o dziwnie brzmiącej nazwie,[+] Mike

Niedaleko kilka osadzonych na palach,[+] drewnianych domków

zachodnich turystów – a czemu zachodnich? czy to aby nie Azjaci zasuwają z lustrzankami i wszędzie ich pełno? Poza tym opis wskazuje na cywilizację, styl życia, a nie turystów.

przywiązał łódkę do mola – do tego, co zjada ubrania? musiał być wielki…

Po chwili drzewa się skończyły – smacznego wink

którym,[+] zamiast zboża czy ryżu,[+] rosły

Od tego momentu skupiłem się na historii, bo to przecież nie beta, a tekst już tu wisi… ho ho. Błędów sporo, ale czyta się przyjemnie. Podoba mi się wprowadzenie, niespieszne, budowanie relacji, bohaterów z wolnym posuwaniem akcji. Zanim docierają na tytułową wyspę mija już kupa czasu, a my mamy fajne postacie, niezłe przesłanki, choć jeszcze mgliste, o jakichś straszydłach. Ale nie to jest kluczem, nie to trzyma przy tekście, a nawiązania do Japonii, tamtejszej kultury. Szczegółowość tego wszystkiego.

Nie podoba mi się natomiast macdonaldyzacja bohaterów. Amerykanie swoje już powymyślali i napisali, dlatego warto wprowadzać naszych, rodzimych bohaterów. Bo i znamy ich lepiej. Historia by na tym ani trochę nie straciła.

Dzięki za odwiedziny i uwagi.

“Molo” można odmieniać: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/b-molo-b;13637.html

zachodnich turystów – a czemu zachodnich? czy to aby nie Azjaci zasuwają z lustrzankami i wszędzie ich pełno? Poza tym opis wskazuje na cywilizację, styl życia, a nie turystów.

Jak dla mnie dla typowego turysty-gaijina nie ma znaczenia, czy widzi Japończyków z aparatami czy bez – i tak nie popsują mu egzotyki.

Couchsurfing i wioska z sadzeniem ryżu – podejrzewam, że są wioski, gdzie sadzi się ryż i gdzie część ludzi ma internet:)

Jeśli chodzi o przecinki wokół zamiast: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zamiast;13171.html

A to, że bohaterami są Amerykanie, nie Polacy, dla fabuły może nie ma znaczenia, ale dla języka trochę ma. Taki mój mały eksperyment. Zresztą ile można pisać o Polakach:)

Jeszcze raz, dzięki za tak szczegółowy komentarz.

Z jednej strony bardzo ładnie i dobrze wykorzystane klasyczne schematy literatury do straszenia, z drugiej – niewiele pozostaje w pamięci, trzeba co najmniej przejrzeć tekst ponownie, żeby odświeżyć wrażenia, i wtedy okazuje się, że od pewnego momentu wszystko wywodzi się z, nie wiem, z przekory to za słabo powiedziane, z głupoty i całkowitego braku kultury bohatera to może za mocno – z winy tegoż bohatera i bierności jego żony. Wierzę czy nie wierzę, jestem gościem ludzi wyznających jakiś kult, powinienem zachować się odpowiednio do sytuacji. Michael nie zachował się, Jane też nie, sami sobie winni – a po takiej konstatacji cały poprzedni urok tekstu idzie na daleki spacer w jedną stronę… Przykro mi, nominacji nie popieram.

Dzięki za uzasadnienie opinii, AdamieKB.

Nowa Fantastyka