- Opowiadanie: Lycoris.Caldwelli - Pionki

Pionki

Opowiadanie to bardzo dziwnym trafem znalazło się kilka lat temu w antologii wydawnictwa The Cold Desire. Teraz wrzucam je tutaj, bo nadal uważam te wypociny za wielki sukces literacki :P

Wszystkie ołówkowe rysunki są mojego autorstwa, a kolorowe arcydzieło zrobiła Kirinoru.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Pionki

Gdyby jakikolwiek śmiertelnik został zapytany o najbardziej przerażające i najmroczniejsze miejsce na świecie, z pewnością, mimo malowniczości i nieskazitelności tego niesamowitego rejonu, wskazałby Góry Wiecznego Śniegu. Ich wysokie szczyty wyciągały się pretensjonalnie ku niebu zupełnie tak, jakby chciały zgarnąć dla siebie cały słoneczny blask. Na niewiele się to jednak zdawało – kraina ta słynęła w całym Maever z mrozu, nieprzychylności natury oraz niezwykłego okrucieństwa zamieszkujących ją istot. Wszystko to nie przeszkadzało jednak ludziom osiedlać się w pobliżu Gór; można by nawet pomyśleć, że są wdzięczni Stwórcy za swe demoniczne sąsiedztwo – gdyby nie ono, z pewnością nie mieliby powodu do urządzania conocnych ognisk, podczas których opowiadali historie o tym, jak ich najbliżsi stracili życie w Śnieżnej Kniei.

Tak mniej więcej brzmiały opisy tych jakże gościnnych terenów zawarte we wszystkich księgach geograficznych w Maever. Na ile jednak były zgodne z prawdą? Cóż, o tym mógłby przekonać się tylko ten, kto przekroczyłby granice najbardziej wysuniętej na północ wioski…

* * *

Gdy tylko Zarion, Najwyższy Czarnoksiężnik z Lodowej Wieży, wyminął ostatnią ludzką osadę, rozkazał ogromnemu wilkowi, który służył mu za wierzchowca, by jak najszybciej zabrał go do Sathame'Nar – największego miasta lodowych demonów. Pośpiech był niezwykle istotny, gdyż położenie, w jakim znajdował się jego lud, z godziny na godzinę stawało się coraz gorsze. Właściwie mógł dużo wcześniej puścić pędem swego zwierzęcego towarzysza, bo wszyscy ludzie ze Śnieżnej Kniei zostali przesiedleni na czas wojny. Demon obawiał się jednak, że może natrafić na jeden z coraz liczniejszych patroli. Ludzie coś szykowali, a jego zadaniem było dowiedzieć się, co spowodowało ich wzmożoną aktywność.

Na szczęście wyruszył osobiście. Pierwotnie zamierzał wysłać na przeszpiegi jednego ze swoich uczniów, chwała jednak Stwórcy, że tak się nie stało. Gdyby bowiem usłyszał wszystkim, co było mu dane zobaczyć na własne oczy, zapewne nie uwierzyłby słowom adepta. Możliwe też, że młody i niedoświadczony mag nie doceniłby powagi sytuacji.

Monstrualny wilk zachowywał się zupełnie tak, jakby nie zdawał sobie sprawy z rozterek pana. Korzystając z nieuwagi demona, wskoczył do rwącego górskiego potoku, by zaspokoić potrzebę schłodzenia rozpalonego wysiłkiem ciała. Pęd powietrza błyskawicznie osuszył jego futro, pozostawiając jednak kojące uczucie chłodu.

– Głupia bestia – zaklął demon, uśmiechając się szeroko. Przez ten szczenięcy wybryk ubrania kompletnie mu przemokły i, mimo szczerych chęci, nie potrafił skupić się na tym, co miał powiedzieć królowi Merenethowi.

Golemy. Tysiące magicznych golemów, a wszystkie wielkie jak drzewa i promieniujące mocą, z jaką nawet on mógł nie dać sobie rady. Ochrona i osłona dla  armii. Tysiące uzbrojonych po zęby ludzi maszerowało w stronę Gór Wiecznego Śniegu z jednym tylko pragnieniem – zabicia wszystkich demonów.

To były jednak tylko fakty. Zarion nie wiedział natomiast, skąd tak skąpo obdarzonym przez naturę magią śmiertelnikom udało się zdobyć źródło energii wystarczające do ożywienia tylu konstruktów. Miał świadomość, jak kluczowe było znalezienie odpowiedzi na to pytanie, jeżeli chciał ocalić swoich pobratymców, na razie jednak znajdowała się ona poza jego zasięgiem. Pozwolił więc, aby chowaniec porwał go do Sathame'Nar i po raz kolejny w swoim niezwykle długim życiu, zachwycił się pięknem ojczyzny.

Ukryty dla oczu niewtajemniczonego podróżnika szlak wiódł najpierw przez zdradliwie wyglądającą, skutą lodem przełęcz, a potem ciągnął się wzdłuż wąskiego i krętego strumienia. Szczyty gór, przypominające z zewnątrz rozczapierzone szpony, od strony Sathame'Nar schodziły w dół łagodnymi stokami i, o dziwo, nie były pokryte śniegiem. Zapewne żaden człowiek by w to nie uwierzył, bo i żadnemu jak dotąd nie udało się dotrzeć tak daleko, jednak w rzeczywistości większość krwiożerczych i siejących postrach lodowych demonów wiodło sielankowo-rolniczy tryb życia. Tak naprawdę nie były nawet specjalnie agresywne; miały jedynie problem z panowaniem nad wyjątkowo silnymi emocjami. Zbocza gór służyły im za pola uprawne, sady i pastwiska. Nie licząc stolicy, wszystkie zabudowania były zwyczajnymi wiejskimi chatkami. Serce czarodzieja rosło na sam widok tej tajemniczej i jednocześnie niesamowicie naturalnej krainy. On i jemu podobni gotowi byli poświęcić wszystko, by tylko Stwórcy ducha winne demony mogły żyć w spokoju, nie obawiając się żadnego zagrożenia z zewnątrz. Niestety, jeśli Zarion nie odkryje sposobu na unicestwienie armii golemów, będą zmuszeni ewakuować cywili do podziemnych schronów i modlić się, by żądni krwi ludzie nie odkryli zabezpieczonych czarami włazów. 

Magiczny wierzchowiec zwolnił dopiero, gdy jego pazury zazgrzytały na bruku Sathame'Nar. Mimo nieprzeciętnych gabarytów udawało mu się niezwykle sprawnie lawirować między stłoczonymi na wąskich uliczkach demonami, które pragnęły jak najhuczniej uczcić powrót Najwyższego Czarnoksiężnika. Ach, gdyby tylko wiedzieli! Z pewnością nie byliby tak szczęśliwi, tak beztroscy… Musieli chyba wyobrażać sobie, że Zarion już odniósł przytłaczające zwycięstwo nad wrogiem. A przecież on nawet nie wiedział, od czego ma zacząć… Wyrzuty sumienia i poczucie obowiązku wobec zapatrzonych w niego istot nie pozwoliło mu na zwykłą swobodę – wiedział, że powinien się uśmiechać, pozdrawiać ich, robić wszystko, by utwierdzić ich w przekonaniu, że nie mają się czego obawiać, że ma wszystko pod kontrolą. Niestety, możliwe, że zawiódł podwójnie, bo nie tylko nie wiedział, jak ocalić ojczyznę, ale nawet nie potrafił na patrzeć na swoich współplemieńców…

Celem jego podróży był pałac króla Merenetha – niesamowity budynek z czarnego i białego marmuru, zbudowany niemal wyłącznie za pomocą magii. Wydawał się bardziej baśniowym tworem niż siedzibą jakiegokolwiek władcy, gdyż nawet światło i cień nie rywalizowały tam ze sobą, a odgrywały mistyczne przedstawienie – swoisty zmysłowy taniec pomiędzy kolumnami imitującymi sploty księżycowych kwiatów. Po jego obu stronach stały budynki równie wspaniałe. Z prawej masywne, bazaltowo-obsydianowe koszary wraz z kwaterami dowódców wojskowych. Natomiast po lewej, smukła i kryształowa, lśniąca magią Lodowa Wieża – dom wszystkich czarodziejów, w tym i Zariona.

Czarnoksiężnik popadł w swego rodzaju trans. Nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi, zeskoczył z wilka, gdy tylko zwierzę posłusznie zatrzymało się przed wielkimi wrotami pałacu, po czym ruszył w stronę Sali Tronowej. Nagle zapragnął odwlec rozmowę z królem, chociaż wiedział, że jego prywatne słabości były teraz bez znaczenia. Serce biło mu jak szalone, a mimo iż z całych sił starał się wyglądać na opanowanego, to gdy stanął przed potężnymi dwuskrzydłowymi drzwiami do Sali, czoło miał zroszone potem. Długie uszy położył po sobie i podwinął zakończony kosmatą kępką futra ogon. Zbyt szybko. Stanowczo zbyt szybko udało mu się przemierzyć labirynt czarno-białych korytarzy. Teraz było już za późno, by się wahać; odetchnął głęboko i wszedł do środka.

– Zarionie! – krzyknął zaskoczony król, prostując się gwałtownie. Wraz z składającą się z siedmiorga sędziwych demonów Radą Starszych, Strategiem, czterema generałami i dwoma asystentami czarodzieja, analizował właśnie mapy i dotychczasowe posunięcia wroga. Wszyscy wyglądali na przemęczonych, ale Mereneth wydawał się uosobieniem skrajnego wyczerpania. Bujne, srebrzyste włosy znajdowały się w nieładzie, oczy były nie tylko zaczerwienione i otoczone sińcami, ale i napuchnięte z braku snu, jego skóra wydawała się zupełnie przezroczysta, a on sam był tak osłabiony, że musiał opierać się obiema dłońmi o blat stołu obrad, aby nie upaść. Te przerażające zmiany, jakie zaszły we władcy, uzmysłowiły Zarionowi, jak wiele kosztowało ich stawianie oporu ludziom. 

"Ach, Stwórco! Czy na prawdę muszę odbierać im nadzieję? Dlaczego właśnie ja?" załkał w myślach. Jedynie dzięki sile woli udało mu się zachować kamienną twarz i należycie pozdrowić władcę.

– Witaj, mój królu – zawołał Najwyższy Czarnoksiężnik, siląc się na blady uśmiech. – Wykonałem twe polecenie i zbadałem sytuację na obrzeżach Śnieżnej Kniei.

W tym momencie głos mu się załamał. Przełknął głośno ślinę i odetchnął głęboko. Mereneth uśmiechnął się ciepło i z wyrozumiałością, dając mu do zrozumienia, że nie musi się spieszyć. Trudne położenie i brak perspektyw na przyszłość odebrały mu królewskie przymioty. Niczego już od Zariona nie żądał, nie mógł mu niczego rozkazać. Prosił jedynie o pomoc jako przyjaciel.

– Zawiodłem cię – szepnął w końcu kruczowłosy demon.

W Sali Tronowej zapadła pełna napięcia i rozczarowania cisza. Nie, nie byli rozczarowani Zarionem, bo wiedzieli doskonale, że nie brakowało mu ani zdolności, ani dobrych chęci. Rozczarowanie to dotyczyło raczej ich egzystencji i tego, jak płonne okazały się marzenia o bezpiecznej przyszłości. Za sprawą wyglądu, długowieczności i władzy nad magią demony nigdy nie cieszyły się sympatią ludzi. Zostały okrzyknięte wrogami Stwórcy, wysłannikami chaosu, a co istotniejsze, ulubionymi ofiarami prześladowań całej ludzkości, w czego słuszność powoli zaczynali wierzyć. Wtedy jednak w historii ich z natury spokojnego (chociaż może "leniwego" byłoby bliższe prawdzie) rodu pojawił się Marath – ojciec obecnego władcy. To właśnie on wypiętrzył Góry Wiecznego Śniegu ponad ziemię i otoczył nimi Sathame'Nar, izolując tym samym swych poddanych od reszty świata. Niestety, wysiłek ten kosztował go życie… Umarł jednak szczęśliwy, bo dzięki niemu przez wiele stuleci demony mogły żyć bez żadnych zmartwień.

Aż do tegorocznych roztopów. Gdy tylko zima zaczęła opuszczać Maever, a słońce wspinać coraz wyżej na nieboskłon, ludzie wypowiedzieli demonom otwartą wojnę. Dlaczego? Dlaczego po tylu latach pokoju przypomnieli sobie o dawno zapomnianych wrogach? Dlaczego poświęcenie Maratha miało pójść na marne? Czyżby sam Stwórca uwierzył w słowa ludzi?

– Pozwól, że sam to osądzę, mój drogi – poprosił go cichym głosem Mereneth. Z pomocą dwóch generałów udało mu się podejść do tronu, na który opadł niemal bezwładnie. Zbyt ciężką od zmęczenia głowę wsparł na dłoni i spojrzał życzliwie na czarodzieja. – Zbliż się do mnie, przyjacielu, i zdradź mi, dlaczego uważasz, że mnie zawiodłeś.

Zarion wykonał prośbę. Wolnym krokiem podszedł do tronu swego pana i przyjaciela, po czym przyklęknął, aby nie patrzeć na niego z góry. Miał nadzieję, że ten z pozoru niewiele znaczący gest przywróci srebrnowłosemu nieco dawnej pewności siebie. 

– Nie doceniłem ich, mój królu – westchnął kruczowłosy mag, a szpiczaste końce długich uszu opadły mu jeszcze niżej. – Nie spodziewałem się, że zdobędą dostęp do tak potężnej magii.

– Co masz przez to na myśli? – zdziwił się Mistrz Szermierzy. Zaskoczenie, jakie wcześniej przeżył Zarion, powoli zaczęło udzielać się pozostałym. Ich pełne desperacji spojrzenia utkwione były w czarodzieju; w końcu to przecież on był posłańcem zagłady.

– W stronę Śnieżnej Kniei zmierzają nie tylko ich wojska, chociaż już one same stanowiłyby dla nas ogromne zagrożenie – zaczął powoli Najwyższy Czarnoksiężnik. Pochylił głowę i utkwił spojrzenie w posadzce, chowając tym samym twarz w czarnych jak noc włosach. Czuł się prawie jak dziecko, które musi przyznać się do winy, choć przecież nikt nie mógł oskarżać go o niedopełnienie obowiązków. – Oprócz nich przyjdzie nam zmierzyć się z magicznymi konstruktami, które nie tylko rozmiarami, ale i liczebnością przewyższają znacznie wszystkie golemy, jakie kiedykolwiek mieliśmy w Sathame'Nar.

Śmiertelna cisza ponownie wypełniła Salę Tronową. Tym razem jednak była znacznie gęstsza, bo wypełniona przerażeniem, desperacją, a także zabarwiona nutką rezygnacji. Jedynie Mereneth, pomimo skrajnego wyczerpania, uśmiechał się blado; zupełnie jakby był w stanie zobaczyć nikły promień nadziei w ciemnościach. Być może właśnie umiejętność dostrzegania tych promieni i wskazywania ich innym czyniła z niego króla.

– Zarionie, czy umiałbyś wykryć źródło magii zasilającej ich golemy? – zapytał prawie szelmowsko. Gdy czarodziej skinął powoli głową, niepewny, do czego dąży władca, ten uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Jedyne, co możemy zrobić, to spróbować wykorzystać tę przewagę przeciwko nim samym. Już wcześniej musieliśmy odpierać ataki ich wojsk, tym razem jednak są znacznie liczniejsze. Biorąc pod uwagę bilans strat i zysków oraz ogromną determinację, może to oznaczać tylko jedno.

– Wysłali przeciwko nam wszystkich, którzy byli w stanie utrzymać w ręku broń, w nadziei, że ich liczebność wspierana przez magiczne golemy pozbawi nas woli walki – prychnął pogardliwie Mistrz Łuczników. – Takie posunięcie dowodzi jedynie desperacji i głupoty.

– Nigdy nie lekceważ wroga – pouczył go drżącym głosem Przewodniczący Rady Starszych. – Nie byłoby ich aż tylu, gdyby nie wierzyli w zwycięstwo. To nie golemy czy liczby są ich przewagą, ale właśnie owa wiara. Gdyby tylko udało nam się ją złamać…

– Gdyby udało mi się znaleźć źródło energii, mógłbym spróbować zniszczyć golemy – zaproponował Zarion, unosząc rozpromienioną nadzieją twarz. Czuł się tak, jakby Mereneth skierował ten pojedynczy promyk nadziei prosto na niego i teraz trzymał się go kurczowo, z każdą chwilą coraz bardziej wierząc, że nie wszystko jest jeszcze stracone. 

– A bez nich ludzie zaczną wątpić w zwycięstwo oraz w mądrość swego władcy. Dojdzie do masowej dezercji i buntów, co zapewni nam co najmniej kilka dodatkowych tygodni na przygotowania obronne, gdyby mieli ponownie stworzyć golemy i ruszyć na Śnieżną Knieję – podsumował król. Świadomość, że mają już plan działania, uwolniła go spod działania adrenaliny i zmęczenie powoli zaczęło brać nad nim górę; powieki mimowolnie przykryły jego przekrwione oczy i zapadł się jeszcze głębiej na tronie. Nim do reszty oddał się w ręce błogiej nieświadomości zdążył jeszcze wyszeptać: – Liczę na ciebie, Zarionie…

Chwilę potem Sala Tronowa wypełniła się odgłosem spokojnych i miarowych oddechów srebrnowłosego króla, które podziałały kojąco na wszystkich doradców. Mag po raz pierwszy od wielu godzin był w stanie odetchnąć z ulgą. Dziękował Stwórcy, że może wspierać pobratymców jako czarodziej – nie potrafił nawet wyobrazić sobie bycia królem i dźwigania na barkach odpowiedzialności za wszystkich poddanych. Pogrążony w błogim śnie Mereneth wydał mu się najlepszym władcą, jakiego można sobie wymarzyć, a łatwość, z jaką rozwiązał problem golemów, tylko utwierdziła go w tym przekonaniu. Zanim opuścił Salę, upewnił się, że generałowie zadbają, by król został przeniesiony do sypialni. Dwóch asystentów posłusznie podążyło za Zarionem do Lodowej Wieży. 

– Pomożecie mi przygotować Kryształową Salę – zaczął czarodziej, nie oglądając się nawet przez ramię. – Polećcie wszystkim adeptom naładować magią kryształy i rozmieście je na filarach. Zapalcie też świece i kadzidła. Medytacja może zająć całą noc i nie życzę sobie, aby mi przeszkadzano. Tyczy się to również was. Obawiam się, że źródło może być zabezpieczone zaklęciami ochronnymi i nie chciałbym narażać was na niebezpieczeństwo. Wkroczycie tylko jeśli do wschodu słońca nie opuszczę Sali. W tej sytuacji będą dwie opcje: albo wciąż będę medytował, i wtedy będziecie musieli mnie wybudzić, albo będę… – W tym momencie głos mu się załamał. Magia, którą dysponowali ludzie, była niezwykle potężna, skoro udało się im uruchomić tyle golemów, więc Zarion musiał być przygotowany na wszystko. – Będę martwy – dokończył szeptem. – Jeśli do tego dojdzie, będziecie musieli ponownie odprawić rytuał i sami znaleźć źródło i zniszczyć je, zanim ludzie odkryją nasze zamiary i odnowią zaklęcia.

Gdy przekroczyli progi Lodowej Wieży, rozeszli się, każdy w swoją stronę. Asystenci pospieszyli do dormitoriów adeptów, by przekazać im polecenia Najwyższego Czarnoksiężnika, zaś on sam ruszył w stronę szklanej platformy, która dzięki sile magii uniosła go na najwyższe piętra. Tam właśnie znajdowała się Kryształowa Sala, a także prywatne pokoje Zariona. Mag wiedział, że musi poważnie przygotować się na nadchodzącą noc. Był wyczerpany po podróży, liczył jednak na to, iż odrobina snu i wsparcie magiczne ze strony innych czarodziejów wystarczą, aby wykonać rozkaz króla. 

Lodowa Wieża nie bez przyczyny nosiła swą nazwę – wzniesiona została ze szkła, a tylko dzięki magii rzeczywiście przypominała lodową rzeźbę; delikatna, misterna, w niektórych miejscach zupełnie przezroczysta, w innych mlecznobiała i mętna. Mogłoby się wydawać, że miejsce to jest zbyt zimne, zbyt nieprzyjazne, by stać się czyimś domem, a jednak Zarion nigdzie nie czuł się tak bezpiecznie, jak w szklanych progach. Również i tym razem był w stanie nieco się odprężyć dopiero w swym zadziwiająco przytulnym mieszkaniu. A było to doprawdy mieszkanie godne czarodzieja: ściana naprzeciw wejścia była zupełnie przezroczysta, w prawej wnęce znajdowała się prywatna biblioteka, zaś w lewej jego sypialnia i łazienka. Najniezwyklejszą rzeczą był jednak całkowity brak materialnego sufitu nad salonem. Zamiast niego czarodziej wzniósł tam utkaną z zaklęć kopułę, uniemożliwiającą czemukolwiek dostanie się tą drogą do jego komnat. No, może z jednym wyjątkiem.

– Xaladin'Narze!- zawołał Najwyższy Czarnoksiężnik stając na środku pomieszczenia rozświetlonego szkarłatnym blaskiem zachodzącego słońca. – Wróciłem, przyjacielu!

Z ozdobnej platformy zawieszonej nad pokojem dobiegło ciche warknięcie przypominające odrobinę zrzędzenie zaspanego dziecka. Śmiejąc się głośno, Zarion wszedł na górę po wąskich, wystających ze ściany stopniach. Jego oczom ukazał się obraz niemal komiczny – pokaźnych rozmiarów, granatowo-czarny smok chował długi pysk pod skrzydło, błagając o więcej snu. W normalnej sytuacji demon zapewne zbudziłby go brutalnie. Tym razem jednak nie miał do tego serca; wiedział, że mogą to być ich ostatnie wspólne chwile i chciał przekazać to bestii w sposób niewerbalny.

– Znów polowałeś całą noc, maluchu? –zapytał, klękając przy nim i gładząc lekko dłonią przypominające nocne niebo łuski. Mimo iż były twarde jak diament i równie piękne, pulsowało przez nie kojące ciepło, które nie pozwalało wątpić, iż Xaladin'Nar jest żywą istotą. Zarion wciąż nie mógł się nadziwić, że spośród wszystkich czarodziejów ta wspaniała bestia wybrała sobie na towarzysza właśnie jego.

– O czym myślisz, przyjacielu? – wymruczał smok pomiędzy sennymi westchnieniami. Jego głos nie pochodził z wnętrza ust, jak u innych stworzeń, ale po prostu był; nie dawało się określić źródła, ale trudno też było zaprzeczyć, że rozbrzmiewał w powietrzu.

– Przypominam sobie dzień, w którym mnie znalazłeś – odparł demon, uśmiechając się lekko. – Byłeś wtedy tak mały, że mogłem chować cię pod koszulę.

– Teraz to ja mogę schować ciebie – roześmiał się wielki jaszczur, unosząc skrzydło i robiąc tym samym miejsce dla swojego dwunożnego towarzysza. Mag nie potrafił odmówić; ostrożnie ułożył się pod skrzydłem i wtulił twarz w rozkosznie miękki i ciepły bok Xaladin'Nara. – Jesteś bardzo zmęczony – zmartwił się smok. – Zmęczony i smutny.

Zarion wiedział, że nie ma sensu się kłócić. Więź łącząca go ze smokiem była tak silna, iż każdy z nich zawsze potrafił określić, co trapiło drugiego. Uspokoił więc jedynie oddech i pozwolił przyjacielowi na mentalne ukojenie jego myśli. Smok dotknął lekko policzka demona długim nosem i zaczął cicho pomrukiwać, zupełnie jakby nucił kołysankę. Nim Zarion zdołał się powstrzymać, zapadł w lekki, ale spokojny sen.

* * *

Obudziło go delikatne szturchnięcie. Xaladin'Nar szybko dał mu do zrozumienia, że Kryształowa Sala jest już gotowa i asystenci czekają, by rozpocząć rytuał. Zarionowi żal było rozstawać się ze smokiem, zwłaszcza, iż bestia doskonale rozumiała ich trudne położenie i wciąż patrzyła na przyjaciela wielkimi, błękitnymi oczami. Zupełnie jakby starała się w ten sposób opóźnić rozstanie. Demon wiedział, jak bolesna jest dla smoka utrata towarzysza i z całego serca pragnął, by bestia nie musiała przez to przechodzić. Tak, szczęście Xaladin'Nara, a także Merenetha i reszty przyjaciół, było wystarczającą motywacją do życia.

– Wrócę – przyrzekł Zarion, kładąc dłoń na pysku smoka.

Demon z niezwykłą, biorąc pod uwagę wcześniejsze wyczerpanie, lekkością zeskoczył z legowiska i pobiegł do sypialni. Szybka kąpiel pomogła mu pozbyć się ostatnich śladów podróży, a zmiana zbroi na rytualną szatę czarodzieja wprawiła go w odpowiedni do medytacji nastrój. Po raz ostatni zerknął na smoka i opuścił komnatę.

Asystenci rzeczywiście już czekali. Gdy tylko otworzył drzwi podeszli do niego i oznajmili, że przygotowania zostały zakończone. Do Zariona dopiero teraz dotarło, co zamierzał zrobić. Miał wysłać tę część siebie, która stanowiła kwintesencję jego magicznej mocy, w poszukiwaniu źródła energii zasilającego tysiące golemów zmierzających w stronę Śnieżnej Kniei, by zmieść z powierzchni Maever wszystkie demony. Z przerażenia jego serce niemal zupełnie się zatrzymało, a czoło zrosił zimny pot. Musiał jednak robić dobrą minę do złej gry – najchętniej wróciłby biegiem do sypialni i tam zabarykadował się na najbliższe kilka miesięcy, ale świadomość, że król, generałowie, rada starszych i całe Sathame'Nar liczą na niego, kazała mu uśmiechnąć się uspokajająco do asystentów i ruszyć pewnym krokiem do Kryształowej Sali.

Komnata, w której zawsze medytował, była jedną z najpiękniejszych w całej Lodowej Wieży – niezwykle przestronna, okrągła, ze ścianami przypominającymi kwiatowe girlandy tak, że wpadające przez nie światło załamywało się wielokrotnie i migotało delikatnie w powietrzu wszystkimi barwami tęczy. W centralnej części znajdowało się siedzisko otoczone kadzidłami i świecami, a przy ścianach stało osiem symetrycznie rozmieszczonych filarów pokrytych kamieniami szlachetnymi, do których wszyscy adepci sztuki magicznej przelali swą energię. Nawet teraz, mimo iż słońce już dawno zatopiło się w horyzoncie, Kryształowa Sala wyglądała niesamowicie za sprawą pulsującej, wielobarwnej magii, która dawała Zarionowi poczucie jedności z innymi czarodziejami.

Odprawił asystentów, prosząc jednocześnie, by na zmianę pełnili wartę pod drzwiami. Zapowiadała się długa i męcząca noc… By nie odwlekać dłużej nieuniknionego, mag odetchnął głęboko i usiadł na siedzisku skrytym w pachnącym słodkawo dymie. 

Czarodziejowi tak obeznanemu z arkanami magii jak Zarion, wprowadzenie się w trans zajęło kilka chwil. Niewiele więcej czasu zabrało mu opuszczenie najpierw cielesnej powłoki, potem Lodowej Wieży. Niemal z prędkością światła pokonywał kilometry dzielące go od tajemniczego źródła mocy. Taka mentalna podróż różniła się bardzo od tradycyjnej, nie tylko tempem, ale i rodzajem towarzyszących jej doznań. Kruczowłosy demon bardziej czuł niż widział mijanych śmiertelników i potężne golemy; delikatne macki świadomości kierował w ich stronę, muskał prawie bezwiednie i pędził dalej w poszukiwaniu konkretnej osoby.

Bo to właśnie udało się Najwyższemu Czarnoksiężnikowi bez cienia wątpliwości stwierdzić – za wszystkimi tymi konstrukcjami stała tylko jedna istota.

– Zgubiłeś coś, demonie? – rozbrzmiał w powietrzu szyderczy głos. 

Czarnoksiężnik zatrzymał się błyskawicznie. Był przygotowany na magiczne bariery, ale to, co zobaczył, przerosło wszelkie jego oczekiwania. Przed nim lewitowała wizualna manifestacja źródła. A zatem ludzie byli dużo lepiej przygotowani na taką ewentualność, niż mu się wydawało, skoro ich czarodziej już czekał. Chociaż sama jego obecność była niepokojąca, to Zarion zmartwił się dużo bardziej wyglądem maga – wysoka, odziana w czarny płaszcz sylwetka z twarzą schowaną za śnieżnobiałą maską. Niewątpliwie była to zwykła iluzja mająca na celu pokazanie przewagi nad przeciwnikiem. Nie mogło być inaczej, bo już samo nadanie ludzkiego kształtu swej świadomości było trudne, a wielu potężnych czarodziejów miało problem z okryciem się szatami (świadomość zazwyczaj uparcie dawała do zrozumienia, że w ogóle ich nie potrzebuje). Ten, kto ukrywał się za tym złudzeniem, dysponował więc nieporównywalnie potężniejszą magią.

– Szukałem cię – odparł demon, patrząc dumnie w pustą maskę. Miał nadzieję, że w ten sposób wróg nie wyczuje jego niepewności.

– I znalazłeś. Co zrobisz teraz?

– Teraz spróbuję poznać lokalizację twego ciała, by cię zabić i zniszczyć golemy – wyznał Zarion bez zastanowienia. Kłamstwo w tej postaci i tak byłoby bezcelowe.

Tajemnicza istota zaśmiała się i machnęła dłonią. W mgnieniu oka ich otoczenie zmieniło się diametralnie. Nie lewitowali już nad obozowiskiem ludzkich żołnierzy, ale siedzieli na wygodnych fotelach w przytulnym saloniku. Dwie ściany stanowiły obszerną biblioteczkę, w jednej znajdowały się masywne drewniane drzwi, a w kolejnej okno przesłonięte bordowymi kotarami. Jedynym meblem, poza fotelami, był pięknie rzeźbiony w mahoniu stolik, na którym czekała nierozpoczęta jeszcze partia szachów.

– Może zagramy? – zaproponowała postać.

– Jeśli wygram?

– Jeśli wygrasz, wskażę ci miejsce mojego pobytu.

– A jeśli przegram?

– Zagramy jeszcze raz… O ile będziesz w stanie.

Zarion nie musiał być geniuszem, by wyczuć podstęp. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że grę ustawiono  dla niego niezwykle korzystnie, jednak ostatnia uwaga przeciwnika dawała do myślenia. Czy miał inne wyjście? Wrogi czarodziej był znacznie silniejszy, to on dyktował więc reguły. Jeśli Zarion nie zgodzi się na zaproponowany układ, najprawdopodobniej popadnie w obłęd zamknięty w mentalnym wymiarze wytworzonym przez umysł wroga. Jeśli jednak zgodzi się na grę i przegra, będzie zmuszony zagrać jeszcze raz, a to zdawało się równie niebezpieczne, co odmowa. Ponadto mieli grać w szachy – ulubioną grę Stwórcy, co mogło oznaczać, że jednak sprzyja on ludziom. Co zatem powinien wybrać?

Jego wzrok przeniósł się z maski na czarno-białą planszę. Sama w sobie była bardzo prosta, ale stojące na niej pionki…

Demonowi ledwie udało się stłumić krzyk. To nie były zwyczajne figury; każda z nich do złudzenia przypominała żywą osobę, a grawerowane tabliczki nie pozwalały na jakiekolwiek wątpliwości. Drżącą dłonią uniósł czarnego króla i przyjrzał mu się uważnie. Podobieństwo było przerażające; te same srebrne włosy, to samo ciepłe spojrzenie, nawet sińce pod oczami były identyczne, a napis tuż pod jego stopami głosił jasno: "Mereneth, Drugi Król Sathame'Nar". Zarion nie musiał już o nic pytać, w jednej chwili zrozumiał, na czym będzie polegał pojedynek.

– Możemy zaczynać? – zapytała zjawa ponaglająco, zupełnie jakby gdzieś się spieszyła. Dziwne, bo przecież pokój ten był wykluczony z głównego strumienia czasu, a zatem pośpiech nie miał żadnego uzasadnienia.

– Tak – zgodził się demon, odstawiając pionek na szachownicę. – Przyjmuję twoje warunki.

– Zatem nie zwlekajmy – zarządziła postać, po czym wykonała pierwszy ruch.

Pomieszczenie jakby ożyło; stało się bardziej przestronne, a posadzka zupełnie zniknęła. Przepaść pod stopami magów wypełniła się bielą i czernią kwadratowych pól, a także stojącymi na nich figurami. Analogicznie do małego białego pionka, na ogromnej szachownicy odziany w biel starzec postąpił dwa kroki do przodu. Każdemu ruchowi na szachownicy pomiędzy Zarionem i czarodziejem śmiertelników towarzyszyło identyczne posunięcie na ogromnej planszy pod ich stopami, zapełnionej odpowiednikami żywych istot. 

"Jeden nieostrożny ruch i będziesz świadkiem śmierci twoich bliskich."

"Nie masz wyboru, musisz wybierać, który z nich jest dla ciebie więcej warty."

"Nic nie możesz na to poradzić, część z nich musisz poświęcić."

Mimo starań, Zarion nie potrafił powstrzymać lawiny myśli, jaka zalała jego umysł po stracie pierwszego pionka, którym, był sam Przewodniczący Rady Starszych. Zgodnie z przewidywaniami czarodzieja na zbity pionek czekała śmierć; starał się na to mentalnie przygotować i wydawało mu się, że będzie w stanie to znieść, jednak…

Przewodniczący Rady, stary Sueleth, zaopiekował się nim wiele lat temu, gdy jeszcze jako mały chłopiec przybył do Lodowej Wieży, aby rozpocząć przygodę z arkanami magii. Zastąpił mu rodzinę, stał się nauczycielem, największym autorytetem, a przede wszystkim przyjacielem. Jak mógł spokojnie patrzeć na jego śmierć? Chociaż wiedział, że to iluzja, na widok rozszarpywanego ciała sędziwego demona, zapłakał gorzko.

"Iluzja" powtarzał niczym mantrę w myślach. "Wszystko jest zwykłą iluzją." Miał co do tego całkowitą pewność, bo chociaż zmuszenie osoby trzeciej do materializacji w wymiarze mentalnym i przejęcie nad nią całkowitej kontroli było możliwe, to wymagało jednak kontaktu cielesnego. Nie było zatem możliwości, aby jego przyjaciele zostali pionkami w tej sadystycznej grze. Ponadto, chociaż wróg niewątpliwie posiadał niewyobrażalną potęgę, to chociażby ze względu na wymagającą tego koncentrację, mógł przywołać nie więcej niż kilka osób. Ostateczny dowód stanowił jednak czarny hetman, którym był sam Zarion.

Dlaczego wróg tak łatwo dawał się przejrzeć? Co chciał w ten sposób osiągnąć? Czy był to zwykły podstęp mający na celu osłabienie czujności Zariona? Możliwe, jednak… Nawet sposób, w jaki grał, wydawał się sztuczny, albo raczej… Gdyby demon był na jego miejscu, starałby się grać tak, by zadać swemu przeciwnikowi jak najwięcej bólu, kazałby mu wybierać, które pionki pierwsze stracą życie, jednocześnie próbując utrzymać na planszy jak najwięcej własnych. Natomiast postać w masce grała tak… swobodnie i zarazem sztucznie, jakby jej pionki nie miały żadnego znaczenia, jakby miała w tym jakiś ukryty cel…

Jeśli podejrzenia Zariona byłyby trafne, to miał ogromne szanse na zwycięstwo. Problem polegał na tym, że w obecnym stanie nie potrafił myśleć racjonalnie, a istota w masce bynajmniej nie zamierzała ułatwiać mu wygranej. Czyżby gra, w której pełnili funkcję bogów, była jedynie niewielkim elementem jakieś większej układanki?

Kolejny pionek upadł – kolejną figurę czekała śmierć. Tym razem był to on sam, czarny hetman. Czy może być coś bardziej niesamowitego i zarazem przerażającego, niż patrzenie na własną śmierć? Zarion niemal czuł ból swojego odpowiednika, potężne ciosy zadawane przez białego skoczka ostrzem masywnej halabardy. Aż w końcu jego głowa upadła na zbrukaną krwią szachownicę, a zaraz za nią zwaliło się ciało, bezwładnie, jak marionetka, która nigdy nie była człowiekiem.

Z każdą chwilą kruczowłosy mag stawał się coraz słabszy. Powoli, prawie niezauważalnie obserwowanie śmierci osób dla niego tak ważnych zaczęło zbierać żniwo. Ręce wprawdzie już mu nie drżały, jednak przesunięcie pionka na szachownicy wymagało wysiłku niemal ponad siły demona. Jego myśli zamiast skupiać się na planszy, krążyły wokół makabrycznych obrazów. Jak w tym stanie miał wygrać? Czy w ogóle było to możliwe?

Nadszedł czas na ostatnią, decydującą śmierć. W tym samym momencie trzy odziane w biel postaci zaatakowały czarnego króla. Srebrnowłosy Mereneth nie stawiał oporu, dumnie przyjmował ataki królowej, wieży i gońca. Tym razem jednak Zarion nic nie poczuł. Jego płacz trwał już tak długo, że stracił sens; był bardziej odruchowy, niż szczery. Może właśnie owa apatia zabolała najbardziej? Będąc świadkiem tylu śmierci czuł, jak wymyka się mu świadomość bezcenności życia. Gdzie miał szukać wiary w zwycięstwo, gdy na własne oczy ujrzał własną porażkę?

– To koniec – wyszeptał, nie mogąc powstrzymać łez cieknących po policzkach. – Wygrałeś.

– Czy jesteś gotów zagrać jeszcze raz? – spytała postać, pochylając się lekko w jego stronę.

Najwyższy Czarnoksiężnik utkwił spojrzenie w ogromnej szachownicy. Biel i czerń splamione szkarłatem świeżej krwi. Zbitych pionków nie usunięto z planszy, więc leżały dokładnie w miejscu swej okrutnej śmierci, plącząc się pod nogami pozostałych przy życiu postaci. Pytanie powinno raczej brzmieć: "czy jesteś w stanie ponownie stać się sprawcą rzezi?".

– Teraz rozumiem, dlaczego wątpiłeś, czy będę w stanie zagrać więcej niż raz – wymamrotał demon, uśmiechając się ironicznie. Gra wyczerpała go do tego stopnia, że sam płacz nie oddawał już jego emocji i jedynie śmiechem utrzymywał się przy równowadze emocjonalnej.

– Dasz radę – zapewnił go zaskakująco gorliwie przeciwnik. – Przecież chcesz mnie znaleźć.

– Teraz chyba zależy ci na tym bardziej niż mnie – westchnął Zarion.

– Nawet jeśli… Czy to coś zmienia? Dla ciebie to chyba nawet lepiej.

– Nie do końca. Jeśli będę grał zbyt długo, najprawdopodobniej oszaleję i Sathame'Nar zostanie pozbawione Najwyższego Czarnoksiężnika. Taki właśnie jest twój cel, mam rację?

– Wycofanie się z gry nie gwarantuje ci jednak wolności. Czy w takim razie jedynym wyjściem nie jest zwycięstwo?

Dlaczego tak bardzo zależało mu na tym, by Zarion grał dalej? Czarodziej nie widział jego twarzy, szczerze wątpił też, by słyszany głos był prawdziwy, a jednak coś podpowiadało mu, że przeciwnik przeżywał rozgrywkę niemal równie intensywnie. Był zdesperowany. Tak, to dobre określenie. Zdesperowany, by przegrać w taki sposób, aby wyglądało na to, że z całych sił starał się wygrać. Gdzie tkwił haczyk? Co chciał w ten sposób osiągnąć? Demon musiał przyznać mu rację – w tej sytuacji dalsza gra była jedynym wyjściem, wciąż jednak nie zamierzał mu ufać.

– Masz rację – zgodził się w końcu. – Grajmy zatem.

– Dziękuję – szepnął ledwie dosłyszalnie czarodziej w masce. Jednym gestem dłoni sprawił, że czarno-białe figury wróciły na swoje miejsca, a szachownica pod posadzką wróciła do stanu sprzed rozgrywki. 

"Dlaczego dziękujesz?" zapytał w myślach demon, śledząc wzrokiem nienaturalnie smukłą dłoń przeciwnika wykonującą pierwszy ruch. Niestety, jedynym sposobem uzyskania odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania, było pokonanie tajemniczego wroga.

* * *

W mentalnych wymiarach, tworzonych przez mistrzów sztuki magicznej, czas płynął zupełnie inaczej, niż w rzeczywistości. Mimo iż pokój, w którym grał Zarion, miał okno, widać było przez nie nieodmiennie rozognione zachodem słońca niebo. Jedynym więc wyznacznikiem czasu było narastające zmęczenie demona i coraz większa apatia jego przeciwnika. 

Apatia, która apatią wydawać się mogła jedynie na pierwszy rzut oka. Demon grał jednak wystarczająco długo, by rozgryźć nieco kryjącego się za białą maską czarodzieja. Jedno wiedział na pewno – jego wrogowi nie zostało wiele czasu; z każdą chwilą był coraz słabszy, zupełnie jakby uciekało z niego życie. Zarion odnosił czasem wrażenie, że ta przerażająca gra jest niemym błaganiem o pomoc, i nie miał serca mu jej odmówić.

– Szach mat – oznajmił niemal tryumfalnie, odcinając białemu królowi ostatnią drogę ucieczki. Wreszcie udało mu się wygrać. Która mogła to być partia? Siódma? Ósma? Już dawno stracił rachubę. Dawno też przestał spoglądać na zapełnioną żywymi postaciami szachownicę. Gdy skupił się tylko na planszy oddzielającej go od drugiego czarodzieja, a także na jego słabnącym i zarazem dodającym sił głosie, gra zaczęła przynosić mu względną przyjemność. 

– Gratuluję – wyszeptała zjawa. Jej materialna powłoka zaczęła się rozmywać w powietrzu jak mgła. Jak przełamana iluzja.

– Nie odchodź! – zawołał Zarion, zrywając się gwałtownie z fotela. – Miałeś mi powiedzieć, gdzie jesteś! Nie możesz złamać obietnicy!

– Będziesz wiedział… Przyjdź po mnie… Błagam…

Nim kruczowłosy mag zdołał zrobić cokolwiek, tajemnicza postać zupełnie zniknęła; pozostały po niej jedynie kłęby ciepłego i słodkiego dymu. Chwilę potem rozwiał się również magiczny pokój, a świadomość czarodzieja w mgnieniu oka pokonała dystans dzielący ją od pozostawionego w Lodowej Wieży ciała.

W Kryształowej Sali niewiele się zmieniło. Na zewnątrz wciąż było zupełnie ciemno, co oznaczało, że skończył na długo przed wyznaczonym czasem. Kolorowe światła kryształów ciągle wirowały w powietrzu, mimo iż wiele kamieni zdążyło już wygasnąć.

– "Będziesz wiedział"? – powtórzył zachrypłym głosem Zarion. – To wszystko?

Nie zdołał ukryć rozczarowania. Musiał przejść przez te wszystkie męczarnie tylko po to, by dowiedzieć się, że… A może… Tłumiąc rozgoryczenie zamknął oczy i jeszcze raz spróbował oddać się we władanie magii. Początkowo nic nie czuł, jednak w miarę wyciszania umysłu coraz wyraźniej wyczuwał słodki zapach dymu, który pozostał po czarodzieju. Nie miał innego tropu, więc jedyne, co mu pozostawało, to skupienie się na owej delikatnej słodyczy. Po chwili udało mu się rozróżnić kilka nakładających się na siebie zapachów – delikatną woń wiosennych kwiatów i rześkość morskiego powietrza, a wśród nich ledwie dostrzegalna, ale rozpalona do czerwoności nić. Nić, która łączyła Zariona bezpośrednio z ciałem dziwnej zjawy. Nić tak delikatna, że najdrobniejsze zachwianie magicznej aury obcego czarodzieja wystarczyło, by ją zerwać.

Zarion zaklął pod nosem, podnosząc się gwałtownie. Nić zerwie się, jeśli tamtemu magowi cokolwiek się stanie, a na ile demon zdołał się zorientować, istota na drugim końcu magicznego łańcucha była bliska śmierci. Nie marnując dłużej czasu, rzucił się do wyjścia.

– Najwyższy Czarnoksiężniku! – zawołał zdziwiony asystent, zrywając się z podłogi na widok przełożonego.

– Muszę lecieć do… chyba do stolicy ludzi. Nie jestem pewien – rzucił przez ramię, nie przerywając biegu. – Wrócę przed świtem. Nie musisz budzić króla.

Ostatnie, co usłyszał przed dotarciem do swojej komnaty, to potwierdzenie przyjęcia rozkazu. Xaladin'Nar był niemniej niż asystent zaskoczony jego zachowaniem. Wyrwany ze snu smok wysunął kanciasty łeb poza obręb swojego legowiska i zamruczał pytająco.

– Szykuj się do lotu – rozkazał lakonicznie Zarion, zdejmując w pośpiechu czarną szatę rytualną.

Czarodziej nie miał pojęcia, co może czekać na niego po drodze, miał jedynie pewność, że ludzie nie są na tyle głupi, bo pozostawić źródło swojej magii bez ochrony. Bez zastanowienia zaczął nakładać zbroję wzmacnianą specjalnymi zaklęciami ochronnymi i magicznymi runami. Dotyk ciepłego żywokryształu zazwyczaj działał kojąco, ale nie tym razem; dopiero gdy przypiął do pasa Akh'mar – Wyzwolenie, jego oddech wyrównał się nieco. Był już gotowy do drogi i zamierzał właśnie wskoczyć na grzbiet przebierającego nerwowo łapami smoka, gdy nagła myśl zmusiła go do ponownego zanurzenia się w garderobie. Szybko chwycił grubą, czerwoną pelerynę. 

Czarno-granatowy smok spojrzał na niego ze zdziwieniem (gdyby miał twarz, zapewne uniósłby wysoko brwi). Jego reakcja była uzasadniona – żywokryształ nie przepuszczał zimna, a więc demon nie potrzebował żadnego dodatkowego okrycia.

– W drodze powrotnej możemy mieć pasażera – wyjaśnił krótko Zarion. Kryształowołuska bestia nie zamierzała zadawać zbędnych pytań i gdy tylko jej dwunożny kompan przypiął się mocno do siodła, odbiła się od ziemi i z niesamowitą, jak na pokażne rozmiary, gracją wzbiła w powietrze.

Xaladin'Nar bez żadnego problemu przebił się przez magiczną kopułę, zamachał kilkakrotnie błoniastymi skrzydłami i z właściwą jedynie smokom lekkością poszybował w stronę granic królestwa demonów. Zarion odprężył się zupełnie, pozostawiając ten etap podróży w łapach towarzysza. Mógł być całkowicie spokojny, bo ciemne łuski smoka idealnie zlewały się z nocnym niebiem, nie było więc możliwości, by ktokolwiek ich zauważył. Dawało mu to jednocześnie niepowtarzalną okazję do ocenienia armii wroga, która rozpościerała się w dole niczym dywan upstrzony lśniącymi magią głazami i płomieniami.

Tam, gdzie kończył się śnieg i rosły ostatnie drzewa Śnieżnej Kniei, zaczynały się ludzkie obozowiska. Wszystkie wyglądały podobnie – trzy wielkie namioty dla żołnierzy oraz jeden, położony centralnie i strzeżony przez dwa potężne golemy, dla dowódcy oddziału. Takich pojedynczych skupisk były setki; Zarion bał się je liczyć, bo widmo wojny wciąż wisiało nad jego ludem, a przy takim zestawieniu sił konfrontacja niechybnie oznaczałaby całkowitą zagładę demonów. Przyjrzał się uważniej wrogim obozom i zmarszczył brwi. Nie było wśród nich ani elfów, ani krasnoludów, co mogło oznaczać, że wojna jest wymysłem jedynie ludzi i nie weszli oni w żadne sojusze z innymi rasami. Do tej pory szukali wsparcia u magicznych stworzeń wiedząc, że tylko w ten sposób mają jakiekolwiek szanse z demonami. Teraz jednak nie było im ono potrzebne – mieli własnego czarodzieja, o wiele silniejszego niż ci, których mogli zaoferować dotychczasowi towarzysze broni. Powód, dla którego inne rasy postanowiły nie mieszać się w spór, mógł być jeszcze jeden. Gdy ten spragniony krwi naród skończy z demonami, zacznie szukać nowego wroga i z pewnością znajdzie go w dawnych sojusznikach.

Zarion potrząsnął głową i skupił się na czerwonej nici. Bał się, że w każdej chwili łączność z drugim czarodziejem może zostać zerwana, a wtedy cały trud poszedłby na marne.

* * *

Czarnoksiężnik musiał zapaść w lekki sen, bo gdy poczuł silniejsze smagnięcie chłodnego nocnego powietrza na twarzy, Xaladin'Nar lądował właśnie na jednym z dziedzińców pałacu ludzkiego władcy. Zmyślna bestia wybrała takie miejsce na podwórzu, gdzie nie było jej widać z żadnego okna.

– To dziedziniec dla szlachty. Straże stoją tylko przed głównym, a ten strzeżony jest jedynie magią – wyjaśnił smok, prychając cicho, rozbawiony skutecznością zabezpieczeń śmiertelników. Chociaż zachowywał się jakby długi lot nie wywołał wcale go nie zmęczył, to pokryta łuskami pierś falowała niespokojnie. – Dalej pójdziesz sam, maluchu.

– Jeśli nie wrócę do wschodu słońca, leć beze mnie – polecił Zarion, gładząc czule dłonią bok wielkiego jaszczura.

– Wrócisz – stwierdził z przekonaniem Xaladin'Nar.

Zarion nie odpowiedział. Zwinnie niczym kot pobiegł wzdłuż muru w poszukiwaniu miejsca dogodnego do rozpoczęcia wspinaczki. Księżyc świecił jasno na bezchmurnym niebie, co zmuszało czarodzieja do trzymania się cieni; chwała niech będzie Stwórcy za zdolność demonów do widzenia w ciemnościach! 

Niewielki balkonik, zawieszony jakieś dwadzieścia stóp nad ziemią w miejscu, gdzie mur napotykał ścianę pałacu, cały był obrośnięty imponującymi zwojami krzewów różanych, wystarczająco silnych, by wytrzymać ciężar dorosłego demona – czy czarodziej mógł czekać na lepsze zaproszenie? Sprawdził tylko, czy jakiś przezorny człowiek nie wpadł na pomysł, by jakkolwiek zabezpieczyć ów kuszący balkonik. Nie znalazłszy nic niepokojącego, rozpoczął wspinaczkę. Mimo długich i niezwykle ostrych cierni, udało mu się dotrzeć na samą górę bez żadnych skaleczeń.

Wdarcie się do komnaty połączonej z balkonikiem również nie stanowiło dla demona żadnego problemu – okna w całym pałacu nie były przeszklone, a jedynie zasłonięte grubymi atłasowymi kotarami. Przygotowany na pierwsze starcie Zarion, najpierw chwycił za miecz, a dopiero potem zaczął się rozglądać.

Pomieszczenie niewątpliwie było kobiecą sypialnią, o czym świadczył nie tylko pełen pastelowych jedwabi i ozdobnych mebli wystrój. Na wielkim, przesłoniętym półprzezroczystym baldachimem łożu, spała młoda dziewczyna. Mag nie potrafił określić jej wieku, bo ludzie dojrzewali zupełnie inaczej niż demony, podejrzewał jednak, że dopiero zbliżała się do dorosłości. Miała rumiane, okrągłe policzki i pełną dziecięcej naiwności twarzyczkę, a kaskada lśniących kasztanowych włosów otaczała całą jej drobną postać, sprawiając, że demon uśmiechnął się mimowolnie. Spała tak spokojnie, niewinnie… Czy wiedziała o wojnie?

Sen dziewczynki musiał być bardzo realistyczny, bo rzuciła się gwałtownie, przez co jej puchowa kołdra zsunęła się na ziemię. Pozbawiona osłony przed zimnem zaczęła szczękać zębami i przewracać się z boku na bok. Czarodziej zaklął w myślach, uświadamiając sobie, że jeśli śmiertelniczka się obudzi, to najprawdopodobniej postawi na nogi cały pałac (no, chyba że już wcześniej znajdowała w swojej sypialni obcych mężczyzn). Najwyższy Czarnoksiężnik podkradł się bezszelestnie do łóżka, podniósł z ziemi kołdrę i ostrożnie przykrył nią dziewczynkę. 

Nagle oczy małej księżniczki otworzyły się gwałtownie, a gdy tylko jej spojrzenie padło na demona, pisnęła cicho i naciągnęła materiał na głowę.

Zarion odruchowo chwycił za miecz, szybko jednak zrozumiał, że nie będzie w stanie zabić dziecka. Dlatego też usiadł na brzegu łóżka i zaczął cicho nucić, głaszcząc jednocześnie ukrytą pod pierzyną główkę dziewczynki. Gdyby istotka nie wykazywała charakterystycznej jedynie dla ludzi kruchości, mógłby ją wziąć za jedną ze swoich. Dziecko chyba również zauważyło podobieństwo między Zarionem, a swoją rasą, bo szybko opanowało poczucie zagrożenia i wychyliło twarzyczkę zza kołdry.

Czarodziej uśmiechnął się do niej i przyłożył palec do ust, prosząc w ten sposób, by zachowała ciszę. Dziewczynka skinęła główką i przymknęła oczy, wsłuchując się w kołysankę demona. Po chwili spała już smacznie z błogim uśmiechem na twarzy.

Tę chwilę zwłoki Zarion wziął za dobrą kartę – możliwe, że będzie musiał wrócić tą samą drogą, a jeśli nawet dziewczynka zdąży się do tego czasu obudzić, to nie będzie zaskoczona jego obecnością w pałacu. Ponownie mógł skupić się na więzi z ludzkim czarodziejem i rozpocząć prawdziwe poszukiwania.

Jedna rzecz nie zgadzała się zupełnie – nigdzie nie było strażników. Zamiast nich w regularnych odstępach poustawiano golemy. Kamienne, żelazne, stalowe, wszystkie emanowały dokładnie tą samą magią, co słodko pachnąca, czerwona nić. Gdy zobaczył pierwszego, instynktownie sięgnął po miecz i przygotował się do przyjęcia ataku. Konstrukt jednak pozostał w martwym bezruchu, zupełnie jakby nie wyczuwał intruza. Najwyższy Czarnoksiężnik zastanawiał się chwilę nad tą anomalią. Doszedł do wniosku, że skoro jedyną osobą, której nie mógł zaatakować golem, był jego twórca, to najprawdopodobniej przesiąkł magią wrogiego czarodzieja na tyle, by zostać za niego wziętym. Był zatem zupełnie bezpieczny, bo nikt poza tworami nie strzegł korytarzy.

Zarion zatrzymał się przed wielkimi dwuskrzydłowymi drzwiami ze zdobionego złotem czarnego drewna. Za nimi kumulowała się moc, której szukał. Niewątpliwie była to sala tronowa ludzkiego władcy. Czy to podstęp? Pewnie tak, ale taki był właśnie plan demona – wytropić, znaleźć, zlikwidować za wszelką cenę. Odsunął więc na bok strach i wątpliwości, po czym z dumnie uniesioną głową wkroczył do sali.

Zabawne, ale pierwszą rzeczą, na jaką zwrócił uwagę, było podobieństwo tego pomieszczenia do Sali Tronowej w Sathame'Nar; zbudowana na podobnym planie, wywoływała u nieproszonego gościa to samo poczucie małości, które stłumił od razu. U szczytu sali, na podeście z czarnego marmuru, stał cudowny, złoty tron, a wzdłuż ścian poustawiane zostały golemy znacznie większe od tych na korytarzach, wykonane z żywokryształu i kamieni szlachetnych.

Tymczasem, ukryty w cieniu monstrualnego posągu znajdującego się najbliżej tronu, stał mężczyzna przyglądający się uważnie nieproszonemu gościowi. Mając pewność, iż pozostaje zupełnie niewidzialny, lustrował wzrokiem przeciwnika. Nie był zaskoczony jego przybyciem – doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że kiedyś w końcu musi dojść do konfrontacji. Nie spodziewał się jednak kogoś tak pełnego kontrastów, tak niespójnego i nielogicznego. Widział strach w złotych oczach, drżące z niepewności dłonie, podziw dla potęgi magicznej armii malujący się na jego twarzy. Pomimo to przyszedł; znalazł w sobie siłę wystarczającą do przełamania lęków i stanięcia twarzą w twarz z wrogiem. Właśnie ta siła i determinacja były w demonie przerażające.

– Piękne, nieprawdaż? – zapytał mężczyzna, wyłaniając się powoli z cienia. – Trudno nimi sterować, ale jak już zrozumieją swoje zadanie, nic nie jest w stanie ich zatrzymać.

Złota korona sugerowała, że Zariona spotkał zaszczyt rozmawiania z królem ludzi. Na pierwszy rzut oka, nie zdawał się być groźnym przeciwnikiem – owszem, był dobrze zbudowany i wyglądał na kogoś, komu władza należała się nie tylko z racji urodzenia. Kogoś, kto do zdobycia i utrzymania tronu potrafił wykorzystać zarówno rozum, jak i siłę. Przyglądał się uważnie demonowi, zarzuciwszy ostentacyjnie na ramię potężny, dwuręczny topór. Było w nim jednak coś jeszcze – czarodziej od razu wyczuł w nim skupisko mocy, której poszukiwał. Czyżby sam król był źródłem?

– Nie chcemy wojny, śmiertelniku – oznajmił powoli Najwyższy Czarnoksiężnik. Wiedział, że daremna to próba; bardziej jednak zależało mu teraz na czasie, niż na osiągnięciach dyplomatycznych. Sytuacja, w której się znalazł, była niezwykle delikatna, musiał więc poważnie przemyśleć każde kolejne posunięcie. Skoro król był źródłem, oznaczało to, że kruczowłosy mag wpadł prosto w jego zasadzkę.

Władca roześmiał się, odrzucając do tyłu burzę kasztanowych włosów, a jego śmiech rozniósł się echem po sali.

– Wiem o tym – odparł człowiek, gdy tylko dźwięki przestały rozbrzmiewać w powietrzu.

– Dlaczego więc wypowiedziałeś nam wojnę?

Demon niemal wykrzyczał pytanie, ledwie panując nad wściekłością. Nie mógł jednak pozwolić, by emocje i instynkt przejęły władzę nad rozumem. Jeszcze nie.

– A gdybym powiedział ci, że sam Stwórca dał mi dowód swej przychylności? – spytał retorycznie mężczyzna. Przez cały czas badał wzrokiem przeciwnika, uśmiechając się przy tym drwiąco. – Dzięki nowej mocy mam szansę zapisać się w historii mego ludu jako władca, który ostatecznie oczyścił świat z pomiotu chaosu.

– Z tak błahego powodu zamierzasz pozbawić życia tysiące niewinnych istot?! – zagrzmiał Zarion. Ostatkiem sił zapanował nad wściekłością. Nie wolno mu było zapomnieć o golemach. Teraz, gdy znajdował się w tym samym miejscu, co ich twórca, uniknięcie walki z potężnymi strażnikami było niemożliwe.

– A co byś powiedział na pokierowanie moją armią? Tylko wy sami możecie przedostać się przez Góry, tylko wy wiecie, co kryje się za nimi. Mógłbym teraz cię zabić, a potem przywrócić do życia jako wiernego sługę. Golema z prawdziwym ciałem i prawdziwą duszą…

Królowi nie dane było dokończyć. Krew w żyłach demona zaczęła palić żywym ogniem, a on sam stracił władzę nad żądzą mordu. Nie bez powodu jego rasę identyfikowano z agresją i gwałtownością. W ułamku sekundy Zarion zmienił się nie do poznania. Jego skóra stała się czarna niczym noc, obsydianowe rogi wydłużyły się i zaostrzyły, włosy kłębiły się wokół szczupłej sylwetki niczym sploty węży, a aura magii rozeszła się po sali tronowej pod postacią gęstej mgły. Spragniony krwi, przejechał językiem po nienaturalnie ostrych kłach, dobył Akh'mara i rzucił się na przeciwnika.

Śmiertelnikowi trzeba było przyznać, że miał zaskakująco dobry jak na jego refleks. W ostatniej chwili udało mu się sparować potężnym toporem cios wymierzony prosto w jego głowę. Demon odskoczył, półtoraręczny miecz chwycił prawą dłonią, całą rękę wyginając nienaturalnie do tyłu, lewą natomiast oparł na ziemi, przybierając tym samym pozycję bardziej zwierzęcą niż ludzką. Król również przygotował się na kolejne starcie – rozstawił szerzej stopy i poprawił dłonie na trzonie topora.

Tym razem atak był jeszcze szybszy. Zarion, spowity w obłok czarnej mgły, popędził z nadludzką prędkością w stronę znienawidzonego wroga, zmieniając co chwilę kierunek, uniemożliwiając odtworzenie poprzedniego zagrania. Zdezorientowany mężczyzna przechylał się z jednej strony na drugą, nie wiedząc, jaki punkt oparcia wybrać, by uderzyć.

Demoniczny mag obrał nieco inną taktykę – zamiast celować w głowę lub serce, ciął przeciwnika poniżej kolana. Król nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Zachwiał się i najprawdopodobniej upadłby, gdyby nie znalazł oparcia w broni. Zarion znów się odsunął, tym razem jednak z powodu instynktu drapieżcy; druga taka okazja do zabawy ofiarą mogła się nie powtórzyć. Niczym kot bił ogonem na boki, powarkując cicho z krwiożerczym uśmiechem. Śmiertelnik postanowił wycofać się, by przywrzeć plecami do świany. Nic innego mu nie pozostawało; jeśli chciał dalej walczyć, musiał uwolnić topór, gwarantowało to również osłonę przed atakami z jednej strony. Demon przyglądał się temu z rozbawieniem – w rzeczywistości to posunięcie nic nie dawało śmiertelnikowi, aby zwyciężyć musiałby…

– Golemy! Brać go! – ryknął władca.

Zarion zamarł. W sali tronowej znajdowało się osiem takich potworów i jeśli zaatakują jednocześnie, będzie miał poważne kłopoty. Pokonanie ich nie było poza jego zasięgiem, jednak zdecydowanie wolałby uniknąć konfrontacji.

Pełne napięcia sekundy mijały. Z każdą kolejną uśmiech demona stawał się coraz szerszy.

Kryształowe golemy ani drgnęły.

Śmiejąc się głośno, czarodziej po raz trzeci natarł na wroga, ponownie zmieniając taktykę. Na dziesięć kroków przed śmiertelnikiem, odbił się od ziemi, przeskoczył nad nim i zjechał wprost na niego po śliskiej marmurowej ścianie. Zwierzęce instynkty demona i wieloletnie doświadczenie dawały monstrualną przewagę nad przeciwnikiem, a mimo to musiał przyznać, że jak na delikatnego człowieka, król bronił się dzielnie. Niemal z dumą przebił Akh'marem serce władcy, nie był jednak w stanie powstrzymać zniszczenia, jakie dotknęło ciało, z którego wraz z krwią uciekło życie. Tak właśnie działał Wyzwoliciel – swym obsydianowo-czarnym ostrzem przynosił śmierć, brutalnie pozbawiając ofiarę magicznej energii.

Jeden tylko dźwięk, jedno słowo uciekło z ust mężczyzny, nim ostatecznie wyzionął ducha.

– Nemurine…

Niewątpliwie było to imię jakiejś kobiety. Żony? A może raczej córki? Może właśnie tak nazywała się mała dziewczynka, której demon zakłócił sen?

Zarion obserwował jak miecz nasyca się aurą przeciwnika. Jego śmierć przywróciła kruczowłosemu magowi równowagę i pomału przybierał z powrotem bardziej ludzką postać. 

– Zbyt krótko – szepnął pod nosem, gdy tylko Akh'mar pozbawił zwłoki ostatniej iskierki magii. Proces ten powinien trwać proporcjonalnie długo do ilości wchłanianej mocy, a zatem energia maga odpowiedzialnego za aktywację tysięcy golemów mogła być absorbowana nawet kilka godzin. Niemożliwe, żeby proces ten zakończył się po kilku minutach.

Kruczowłosy czarnoksiężnik rozejrzał się po sali. Golemy jak stały, tak stały dalej, otoczone wciąż tą samą słodką aurą. A zatem król nie był źródłem, a jedynie nosicielem cząstki mocy.

"Gdzie jesteś?" zapytał w myślach Najwyższy Czarnoksiężnik, poszukując wszystkimi zmysłami śladu cienkiej, czerwonej nici. Trwało to znacznie dłużej, niż poprzednio, stała się bowiem jeszcze delikatniejsza, a jej zapach tłumiły magiczne twory.

Drugi czarodziej umierał. Jego śmierć oznaczałaby dezaktywację golemów, wyjście takie nie satysfakcjonowało jednak demona. Zdecydowanie wolał mieć chociaż szansę ocalenia życia potężnego maga, chociaż cień szansy…

W obawie, że każda chwila może przybliżać tajemniczego czarodzieja do śmierci, Zarion popędził przed siebie, kierowany łagodnym, czerwonym blaskiem nici. Cień, z którego wyłonił się król, skrywał przejście do podziemi. Wąski korytarz przechodził w strome schody, te ponownie w korytarz, który zakręcał gwałtownie i kończył się nagle bazaltowymi drzwiami. Zarion wiedział już, że znalazł się u celu podróży. Nie wahając się ani sekundy, wbił ostrze miecza w dziurkę od klucza i uwolnił część nagromadzonej magii. Dzięki niezwykłej mocy Wyzwolenia, bariera w postaci drzwi wydawała się niemal śmieszna; już po chwili bowiem bazalt jęknął pod naporem magii i wrota stanęły otworem.

Chociaż Zarion wydawało się, że przygotował się na wszystko, to, co zobaczył pod salą tronową, przekroczyło wszelkie jego wyobrażenia. 

Laboratorium. Ogromne laboratorium, większe nawet od sali ponad nim. Zbudowane na bazie ośmiokąta, od wejścia odchodziła niewielka platforma i schodzące po ścianie stopnie tak, że posadzka znajdowała się jakieś piętnaście stóp niżej, niż oczekiwał demon. Wzdłuż ścian poustawiane były jeden przy drugim niekompletne jeszcze golemy, których pojedyncze części zapełniały każdą wolną część pomieszczenia, a wszystkie ociekały świeżą krwią o charakterystycznym zapachu – zapachu wiosennych kwiatów…

Jedyne wyobrażenie o źródle, jakie posiadał czarodziej, pochodziło z magicznego wymiaru, w którym grali w szachy. Nic więc dziwnego, że gdy zobaczył je na własne oczy, serce ścisnęło mu się z bólu.

Na grubym łańcuchu przytwierdzonym pod sufitem zawieszona była klatka, a z jej wnętrza wychodziła plątanina cieniutkich rurek przewodzących w dół krew niebiańskiej istoty stworzonej z najczystszej magii. Tak czystej, że na samą myśl o użyciu jej w celach militarnych Stwórca powinien zmieść z powierzchni Maever całą ludzką rasę.

Ta cudowna ciecz, niebiański kamień filozoficzny…

…to była krew anioła.

– Wytrzymaj! – krzyknął Zarion, zbiegając po schodach. – Zaraz ci pomogę! Tylko proszę… Proszę, wytrzymaj!

Dotarcie do klatki zajęło mu zaledwie kilka sekund. Bez większych problemów wskoczył na nią, mimo iż wisiała ponad pięć stóp nad posadzką. Z bliska anioł wydał mu się jeszcze delikatniejszy; wycieńczony eksperymentami, drżący z zimna, którego nie powstrzymywała cienka, brudna od krwi tunika. A jego skrzydła! Te cudowne atrybuty boskości były w opłakanym stanie – zwisały pod takim kątem, iż wyglądały na wyłamane, pióra nie lśniły już bielą, zdawały się szaro-brunatne i sterczały powykręcane na wszystkie strony. Jakim cudem ktokolwiek mógł dopuścić się takiego świętokradztwa?! Dwoje nieziemsko błękitnych oczu spojrzało na demona z niewinnej, dziecięcej twarzyczki otoczonej długimi śnieżnobiałymi, teraz mocno splątanymi i brudnymi, włosami.

– Przyszedłeś… – wyszeptał chłopczyk z oczami pełnymi łez, wyciągając w stronę Zariona drżącą rączkę.

– Taka miała być moja nagroda – odparł kruczowłosy mag, ujmując ostrożnie bladą dłoń i muskając ustami chude palce.

– Przepraszam… – jęknął anioł, wyrywając mu się. – To wszystko przeze mnie… Ja…

– Potem – zarządził demon. – Czy nic ci się nie stanie, jeśli odetnę mieczem wszystko, co przyczepili ci do pleców? –zapytał, wsuwając ostrze Akh'mara między metalowe pręty.

Anioł położył dłoń na mieczu, przymknął oczy i skinął główką. Uznając to za wystarczające pozwolenie, Zarion zaczął manewrować ostrożnie Wyzwoleniem między pierzastymi skrzydłami, bojąc się, że jeden zbyt gwałtowny ruch może pozbawić istotkę życia. Łatwiej byłoby najpierw wyciągnąć malucha z klatki, niestety, podobnie jak golemy, zasilana była krwią anioła, przez co nawet Akh'mar by sobie z nią nie poradził.

Bardzo powoli przerażająca aparatura zaczęła odpryskiwać od kruchego ciałka, które z każdą chwilą nabierało coraz zdrowszych kolorów. Gdy maluch wreszcie był wolny, Zarion przypiął z powrotem miecz do pasa i chwycił za kraty. Rozgięcie ich nie stanowiło już większego problemu.

– Chodź, maluchu, zabiorę cię stąd – wyszeptał ciepłym głosem, biorąc anioła na ręce i zeskakując z klatki.

– Nazywam się Eillesiel – odparł również szeptem chłopczyk, obejmując mocno ramionami szyję demona i wtulając nosek w jego ramię.

– Zarion, Najwyższy Czarnoksiężnik Sathame'Nar – przedstawił się, biegnąc w stronę wyjścia. Bał się, że ktoś mógł już odkryć, że golemy zostały pozbawione mocy, a król zamordowany, bo chociaż nigdzie nie zauważył strażników, to szczerze wątpił, by w ogóle ich nie było.

Chociaż przez cały czas trzymał małego aniołka na rękach, nie było mu przez to ciężej biec. Chłopczyk zdawał się nic nie ważyć, zupełnie jakby jego cielesna powłoka była zwykłym złudzeniem. Przylgnął do swego wybawcy mocno i ufnie, próbując się upewnić, że jest to rzeczywistość, a nie sen. Biedactwo, jego drobne ciałko płonęło wysoką gorączką, nic więc dziwnego, że obawiał się podsuwanych przez udręczony umysł omamów. 

Gdy przebiegali przez salę tronową, Eillesiel krzyknął cichutko na widok martwego króla. Ta niewinna i zarazem niezwykle naturalna reakcja wywołała u Zariona wyrzuty sumienia.

– Nie miałem wyboru – szepnął ze skruchą, nie zatrzymując się.

Śnieżnowłosy anioł pokiwał główką na znak, że rozumie, i nie pytał o nic, chociaż demon czuł wyraźnie, jak słowa same cisną mu się na drobne usta. Na rozmowę przyjdzie jeszcze czas, teraz ważniejsze było jak najszybsze opuszczenie pałacu.

Byli już niemal pod drzwiami do sypialni dziewczynki, gdy do uszu kruczowłosego maga dobiegły pierwsze niepokojące odgłosy – najpierw pełne przerażenia krzyki, potem rozkazy, aż w końcu ktoś zadął w róg na alarm. Dwójce uciekinierów w ostatniej chwili udało się wedrzeć do pokoju i ukryć przed oddziałem strażników.

Mała księżniczka spała smacznie, nie mając najmniejszego pojęcia, co działo się zamku. Zarion przyjrzał się jeszcze raz jej rumianej twarzyczce. Nie miał już wątpliwości – dziewczynka była córką króla. Czy to właśnie jej imię wzywał przed śmiercią?

– Przepraszam, Nemurine – szepnął demon, spoglądając po raz ostatni na księżniczkę i wychodząc na mały balkonik.

Również na dziedzińcach pałacu panowało niemałe zamieszanie. Strażnicy zorientowali się zapewne, że królobójca mógł już opuścić teren zamku, dlatego coraz liczniejsze oddziały przeszukiwały zakamarki rozległych ogrodów. Czarodziej wiedział, że to ostatni moment na błyskawiczną ewakuację, bo ludzie w każdej chwili mogli odkryć przyczajonego w cieniu smoka.

– Xaladin'Narze! – zawołał, zeskakując z balkonu.

Więź pomiędzy smokiem a jego wybrańcem wykraczała daleko poza granice zwykłej przyjaźni. Wielki jaszczur doskonale wiedział, co zamierza towarzysz, jeszcze zanim ten wypowiedział jego imię. Ledwie demon zdołał poczuć pęd powietrza we włosach, a już siedział bezpiecznie na grzbiecie czarnego niczym nocne niebo smoka. Eillesiel chyba też poczuł się znacznie lepiej, bo uwolnił Zariona z niemal morderczego uścisku i usadowił się przodem do niego.

– Panie Zarionie… – zaczął nieśmiało, spuszczając nisko główkę.

– Poczekaj jeszcze chwilę – poprosił demon, uśmiechając się szeroko. – Muszę nas przypiąć.

Nie miał większych problemów z odnalezieniem się w plątaninie grubych rzemieni i łańcuchów służących za uprząż, mimo iż zachodzący już księżyc nie dawał zbyt wiele światła. Kryształowa zbroja chroniła go przed zimnem, nie można było tego jednak powiedzieć o aniołku, który miał na sobie jedynie cienką szatę. Demon niemal szarmancko wydobył spomiędzy łańcuchów czerwony płaszcz i owinął nim szczelnie drżące ciałko byłego więźnia, uważając jednocześnie na skrzydła.

– Teraz zamieniam się w słuch – oznajmił, obejmując go lekko w pasie.

– To wszystko przeze mnie – zaczął nieśmiało anioł. – Nie chciałem rozpętać wojny, ale…

Zarion zrozumiał, że chłopiec był zbyt przerażony wydarzeniami ostatnich miesięcy, by samemu uporządkować myśli. Postanowił pomóc mu odrobinę.

– Król mówił, że Stwórca okazał ludziom swoją przychylność. Czy miał na myśli ciebie? – zapytał.

– Pewnie tak – westchnął Eillesiel. – Jednak nie do ludzi wysłał mnie mój Pan, ale do was, jako dowód uznania i łaski.

– Do nas? – zdziwił się czarodziej, unosząc wysoko brwi.

– Tak, proszę pana – przyznał aniołek, uśmiechając się lekko. – Wysłał mnie do was, mówiąc, że dzięki temu zakończy się wojna ludzi i demonów. Tylko, że ja… – zawahał się chwilę, ponownie smutniejąc. – Myślałem, że lepiej będzie, jeśli najpierw odwiedzę władcę ludzi i poproszę go, by zaakceptował wasze istnienie. Ale król… On… Wysłuchał mnie i nawet urządził wielki festyn na cześć wysłannika Stwórcy. Nikomu jednak nie zdradził, dlaczego naprawdę do nich przybyłem… Którejś nocy zabrał mnie, gdy spałem, do laboratorium i zamknął w klatce. Wtedy dopiero dowiedziałem się, że wraz z doradcami postanowił wykorzystać mnie do rozpętania wielkiej wojny z demonami, a ludziom ogłosił, że to ja poprowadzę ich do zwycięstwa dzięki moim magicznym golemom. Teraz rozumiesz już, że to wszystko moja wina?

Serce Najwyższego Czarnoksiężnika zadrżało na widok smutku malującego się na twarzyczce aniołka. Nie mogąc się powstrzymać, pochylił się i złożył na jego czole delikatny pocałunek.

– Nikt nie będzie cię o nic obwiniał – zapewnił, głaszcząc śnieżnobiałe włosy. – Wojny nie będzie. Zresztą sam zobacz.

Obaj spojrzeli na ziemię skąpaną w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Na ogromniej pustyni leżały tysiące martwych golemów. Z tej wysokości przypominały bardziej porozrzucane bezładnie kamyczki niż śmiercionośną broń. Przypuszczenia króla Merenatha okazały słuszne – pozbawieni magicznego wsparcia ludzie zaczęli w panice opuszczać obozy, ignorując rozkazy dowódców. Przestali wierzyć w zwycięstwo obiecane przez króla, nie widzieli już sensu wojny. Dla nich bitwa skończyła się, nim ją zaczęli, dla demonów jednak było to jedno z największych zwycięstw.

– Panie Zarionie… – zaczął znowu Eillesiel, tym razem jednak jego twarz rozjaśniał delikatny uśmiech.

– Możesz mówić do mnie po imieniu – roześmiał się demon, mierzwiąc mu włosy.

– Dziękuję, że mnie uratowałeś, Zarionie, i przepraszam za wszystko – oznajmił, ujmując dłoń maga i całując ją lekko. – Tamte szachy… Król kazał mi w nie grać z każdym, kto spróbowałby przebić się przez magiczne osłony. Chciał w ten sposób pozbyć się wszystkich waszych czarodziejów. Nie chciałem tego robić, ale dzięki tej klatce miał nade mną kontrolę. Bardzo mi przykro…

– Ale zagrasz ze mną jeszcze kiedyś, prawda? – przerwał czarodziej, obdarzając go ciepłym uśmiechem.

– Może kiedyś – zaśmiał się nieśmiało chłopiec.

– W takim razie powinieneś się przespać. Jesteś wykończony, a gdy tylko wylądujemy w Sathame'Nar będę musiał przedstawić cię mojemu królowi.

Eillesiel skinął główką i wtulił się w tors demona. Nim jednak zapadł w sen, wyszeptał jeszcze:

– Dziękuję…

Jego zmęczenie nie zdziwiło Zariona, bo i tak zaskakująco długo pozostał przytomny po odłączeniu magicznej aparatury. Przytulił go mocniej i zaczął głaskać po włosach.

"Ach, Stwórco!" krzyknął w myślach Najwyższy Czarnoksiężnik. "Czy takie właśnie są konsekwencje sprzeciwienia się Twym decyzjom? A może stało się właśnie tak, jak to zaplanowałeś?" Jego spojrzenie padło na pogrążonego w głębokim śnie aniołka. 

W Maever niedługo miała zapanować wiosna. Wraz z nią nadejdzie zupełnie nowa era dla mieszkańców Gór Wiecznego Śniegu. Festyn na cześć wysłannika Stwórcy? Tak, to dobry pomysł; na pewno spodoba się nie tylko Eillesielowi. Zarion doskonale zdawał sobie sprawę, że prawdziwa rozgrywka Wielkiego Demiurga miała się dopiero zacząć, nie obawiał się jednak. Mały aniołek samą swą obecnością doda demonom sił do walki z niesprawiedliwym przeznaczeniem, przyniesie nadzieję na nowe, lepsze jutro.

– To ja ci dziękuję, malutki – szepnął czarodziej prosto do ucha drobnej istotki.

Koniec

Komentarze

Ciekawa koncepcja, ładnie przemieniona w słowa. Bogaty język, naprawdę napisałaś coś takiego kilka lat temu, jako nastolatka?

Początek mi się bardzo dłużył, ale później się rozkręciło.

Gdyby bowiem usłyszał wszystkim, co było mu dane zobaczyć na własne oczy, zapewne nie uwierzyłby słowom adepta.

Chyba czegoś tu brakło.

Śmiertelnikowi trzeba było przyznać, że miał zaskakująco dobry jak na jego refleks.

Tu też.

Babska logika rządzi!

Też zauważyłam, że początek wymagałby skrócenia, ale mam do tego opowiadania taki sentyment, że nie chciałam zbyt drastycznie ingerować w treść.

 

Bardzo dziękuję za punkt do biblioteki, Finklo! Dzięki Tobie mogę kupić książkę :D

She would always like to say: "Why change the past, when you can own this day?"

Nie do końca rozumiem… Za każdy punkt biblioteczny w nagrodę kupujesz sobie książkę? Czy może forma zakładu; jeśli w ciągu jakiegoś tam czasu…

No, nieważne. Wybierz dobrą książkę i niech lektura sprawi mnóstwo satysfakcji. :-)

Babska logika rządzi!

Jak na opowieść sprzed kilku lat, rzeczywiście nieźle. Jednak Pionki zostały dodane teraz i mam wrażenie, że chyba nie zadbałaś, by opowiadanie prezentowało się należycie. Jest sporo nieporadnie złożonych zdań, liczne powtórzenia, nadmiar zaimków i inne usterki, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.  

Fajnie, że sama zilustrowałaś opowieść. ;-)

 

Gdyby bo­wiem usły­szał wszyst­kim, co było mu dane zo­ba­czyć… – Gdyby bo­wiem usły­szał o wszyst­kim, co było mu dane zo­ba­czyć

 

Głu­pia be­stia – za­klął demon, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko. – Czy głupia bestia, to przekleństwo?

 

Przez ten szcze­nię­cy wy­bryk ubra­nia kom­plet­nie mu prze­mo­kły… – To, co mamy na sobie, to ubranie, więc: Przez ten szcze­nię­cy wy­bryk ubra­nie kom­plet­nie mu prze­mo­kło

 

po­zdra­wiać ich, robić wszyst­ko, by utwier­dzić ich w prze­ko­na­niu… – Powtórzenie.

 

Wraz z skła­da­ją­cą się z sied­mior­ga sę­dzi­wych de­mo­nów Radą Star­szych, Stra­te­giem, czte­re­ma ge­ne­ra­ła­mi i dwoma asy­sten­ta­mi cza­ro­dzie­ja… – Wraz ze skła­da­ją­cą się z siedmiu sę­dzi­wych de­mo­nów

O siedmiorgu demonach można mówić, gdyby między nimi była choćby jedna demonica.

 

Co masz przez to na myśli?Co masz na myśli? Lub: Co chcesz przez to powiedzieć?

 

Świa­do­mość, że mają już plan dzia­ła­nia, uwol­ni­ła go spod dzia­ła­nia ad­re­na­li­ny… – Adrenalina nie jest dobrym określeniem w tym opowiadaniu.

 

Asy­sten­ci po­spie­szy­li do do­rmi­to­riów adep­tów, by prze­ka­zać im po­le­ce­nia Naj­wyż­sze­go Czar­no­księż­ni­ka… – Dormitoriom? ;-)

 

plat­for­my, która dzię­ki sile magii unio­sła go na naj­wyż­sze pię­tra. – Wydaje mi się, że najwyższe mogło być tylko jedno piętro.

 

przy­tul­nym miesz­ka­niu. A było to do­praw­dy miesz­ka­nie godne cza­ro­dzie­ja… – Powtórzenie.

 

zaś w lewej jego sy­pial­niała­zien­ka. Naj­nie­zwy­klej­szą rze­czą był jed­nak cał­ko­wi­ty brak ma­te­rial­ne­go su­fi­tu nad sa­lo­nem. – Obawiam się, że łazienka i salon nie powinny znaleźć się w tym opowiadaniu. Zamiast sypialni, może alkierz.

 

Xa­la­din'Narze!- za­wo­łał Naj­wyż­szy Czar­no­księż­nik… – Brak spacji po wykrzykniku. Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

chciał prze­ka­zać to be­stii w spo­sób nie­wer­bal­ny. – Raczej: …chciał prze­ka­zać to be­stii w spo­sób możliwie łagodny.

 

Znów po­lo­wa­łeś całą noc, ma­lu­chu? –za­py­tał… – Brak spacji po półpauzie.

 

wy­mru­czał smok po­mię­dzy sen­ny­mi wes­tchnie­nia­mi. Jego głos nie po­cho­dził z wnę­trza ust, jak u in­nych stwo­rzeń… – Czy smoki i inne stworzenia, na pewno mają usta? ;-)

 

nie da­wa­ło się okre­ślić źró­dła, ale trud­no też było za­prze­czyć, że roz­brzmie­wał w po­wie­trzu. – Wolałabym: …nie można było okre­ślić źró­dła, z którego się dobywał, ale trud­no też było za­prze­czyć, że roz­brzmie­wał w po­wie­trzu.

 

dał mu do zro­zu­mie­nia, że Krysz­ta­ło­wa Sala jest już go­to­wa i asy­sten­ci cze­ka­ją, by roz­po­cząć ry­tu­ał. Za­rio­no­wi żal było roz­sta­wać się ze smo­kiem, zwłasz­cza, iż be­stia do­sko­na­le ro­zu­mia­ła ich trud­ne po­ło­że­nie… – Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: …zwłasz­cza, iż be­stia do­sko­na­le pojmowała ich trud­ne po­ło­że­nie

 

Szyb­ka ką­piel po­mo­gła mu po­zbyć się ostat­nich śla­dów po­dró­ży […] Po raz ostat­ni zer­k­nął na smoka i opu­ścił kom­na­tę. – W jaki sposób, w czasach, w których żył, czarodziej zorganizował sobie szybka kąpiel? Chyba tylko przy użyciu magii. ;-)

Jak mógł zerknąć na smoka, skoro czarodziej był w swojej konacie, a smok w zupełnie innym gdzieindzieju, że się tak wyrażę? ;-)

 

mag ode­tchnął głę­bo­ko i usiadł na sie­dzi­sku skry­tym w pach­ną­cym słod­ka­wo dymie. – Powtórzenie.

 

pięk­nie rzeź­bio­ny w ma­ho­niu sto­lik, na któ­rym cze­ka­ła nie­roz­po­czę­ta jesz­cze par­tia sza­chów. – Czy stolik został wyrzeźbiony, czy był ozdobiony rzeźbieniami? Partia szachów nie czeka, parta szachów bywa rozgrywana.

Proponuję: …pięknie rzeźbiony, mahoniowy stolik z szachownicą przygotowaną do gry.

 

Po­nad­to mieli grać w sza­chy – ulu­bio­ną grę Stwór­cy… – Powtórzenie.

Może: Po­nad­to to miała być partia sza­chów – ulu­bio­na gra Stwór­cy

 

Nie masz wy­bo­ru, mu­sisz wy­bie­rać, który z nich jest dla cie­bie wię­cej warty. – Powtórzenie.

Może: Nie masz wy­bo­ru, mu­sisz zdecydować, który z nich jest dla cie­bie wię­cej wart.

 

Za­rion nie po­tra­fił po­wstrzy­mać la­wi­ny myśli, jaka za­la­ła jego umysł… – Za­rion nie po­tra­fił po­wstrzy­mać la­wi­ny myśli, która za­la­ła jego umysł

 

z nie­sa­mo­wi­tą, jak na po­każ­ne roz­mia­ry… – Literówka.

 

ide­al­nie zle­wa­ły się z noc­nym nie­biem… – Literówka.

 

a je­dy­nie za­sło­nię­te gru­by­mi atła­so­wy­mi ko­ta­ra­mi. – Atłas jest cienką i delikatną tkaniną.

 

Przy­go­to­wa­ny na pierw­sze star­cie Za­rion, naj­pierw chwy­cił za miecz… – Przy­go­to­wa­ny na pierw­sze star­cie, Za­rion naj­pierw chwy­cił miecz

 

przez co jej pu­cho­wa koł­dra zsu­nę­ła się na zie­mię. – …przez co pu­cho­wa koł­dra zsu­nę­ła się na podłogę.

 

Naj­wyż­szy Czar­no­księż­nik pod­kradł się bez­sze­lest­nie do łóżka, pod­niósł z ziemi koł­drę… – Naj­wyż­szy Czar­no­księż­nik pod­kradł się bez­sze­lest­nie do łóżka, pod­niósł z podłogi koł­drę

 

Za­rion od­ru­cho­wo chwy­cił za miecz… – Za­rion od­ru­cho­wo chwy­cił miecz

 

głasz­cząc jed­no­cze­śnie ukry­tą pod pie­rzy­ną głów­kę dziew­czyn­ki. – Przed chwilą dziewczynka spała pod kołdrą. Pierzyna i kołdra, to dwie zupełnie różne rzeczy.

 

Za­baw­ne, ale pierw­szą rze­czą, na jaką zwró­cił uwagę… – Za­baw­ne, ale pierw­szą rze­czą, na którą zwró­cił uwagę

 

by przy­wrzeć ple­ca­mi do świa­ny. – Literówka.

 

Cho­ciaż Za­rion wy­da­wa­ło się… – Cho­ciaż Za­rionowi wy­da­wa­ło się

 

Zbu­do­wa­ne na bazie ośmio­ką­ta… – Zbu­do­wa­ne na planie ośmio­ką­ta

 

od wej­ścia od­cho­dzi­ła nie­wiel­ka plat­for­ma i scho­dzą­ce po ścia­nie… – Powtórzenie.

 

Bar­dzo po­wo­li prze­ra­ża­ją­ca apa­ra­tu­ra za­czę­ła od­pry­ski­wać od kru­che­go ciał­ka… – Odpryskiwać, to chyba nie jest dobre określenie.

 

Za­rion przy­piął z po­wro­tem miecz do pasa i chwy­cił za kraty.Za­rion przy­piął z po­wro­tem miecz do pasa i chwy­cił kraty.

 

Przy­pusz­cze­nia króla Me­re­na­tha oka­za­ły słusz­ne… – Przy­pusz­cze­nia króla Me­re­na­tha oka­za­ły się słusz­ne

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, Twoja skrupulatność mnie onieśmiela. Serio, czapki z głów. Nigdy nie wiem, czy lepiej dziękować za uwagi, czy przepraszać, że było tak dużo błędów cheeky

 

Wolałam zająć się nowymi tekstami, niż wałkować stary, który już i tak zrobił swoje. Chciałam też mieć jakiś punkt odniesienia – jakby na to nie spojrzeć, od tamtej pory nie udało mi się dostać do żadnej antologii, o wydaniu własnej książki to już w ogóle nie wspomnę. Dzięki temu będę pamiętać, że gdy stoję, to się cofam frown

 

Co do ilustracji – mam wielką słabość do książek z obrazkami i postanowiłam, że do opowiadań będę dołączać rysunki. Cieszę się więc, że pomysł przypadł komuś do gustu laugh

She would always like to say: "Why change the past, when you can own this day?"

Lycoris, bardzo dziękuję za uznanie. ;-)

 

Nie przepraszaj i nie czuj się onieśmielona. Napisałaś, że Pionki darzysz szczególnym sentymentem, więc pomyślałam, że może zechcesz poprawić w opowiadaniu to i owo.

No i oczywiście rozwijaj talenty – pisz i rysuj, a wtedy, nawet jeśli czasem zatrzymasz się na chwilę, z pewnością nigdy nie będziesz się cofać. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgadzam się z Finklą, że początek do skrócenia. Jak na opowiadanie sprzed kilku lat i w dodatku wyróżnione, wyszło dosyć ciekawie. Śliczny rysunek ten kolorowy choć i Twoje prezentują się ładnie. Bardzo fajny dodatek, zwłaszcza, że tekst jest długi. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Czytało mi się to bardzo przyjemnie, mimo nie do końca moich klimatów, ale zawarte w tekście “dodatki”, te grafiki wszystkie były ozdobą nieprzeciętną. Pozwalają na chwilę odpocząć od opowieści, a do tego, jak dla mnie, są dobrze poukładane i wpasowane. Mnie bardziej się podobały te czarno-białe (szczególnie nr 2).

 

Czy do innych swoich tekstów wrzucasz też obrazki? :D

A co do technicznych spraw, to tutaj widać jeszcze trochę sztywne dialogi. Ale jeśli to sprzed kilku lat, to pewnie wiele zmieniło się na korzyść.

Cieszę się, że obrazki się podobają :D Staram się w miarę możliwości dodawać jakiś bazgrołek do każdego opowiadania.

She would always like to say: "Why change the past, when you can own this day?"

Nowa Fantastyka