- Opowiadanie: Michu - Na nich zawsze można liczyć

Na nich zawsze można liczyć

Rozbitek na bezludnej wyspie, dżin z czarodziejskiej lampy i pewna znana powieść dla kobiet. Humorystyczne “Na nich zawsze można liczyć” przedstawia efekt mieszanki tych motywów.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Na nich zawsze można liczyć

– No cóż – powiedział Tomek osłaniając oczy przed tropikalnym słońcem. – Zawsze mogło być gorzej.

To prawda. Mógł przecież kłócić się teraz z teściem o wynik najbliższych wyborów parlamentarnych. Mógł wysłuchiwać tyrady szefa o wyższości bezpłatnych nadgodzin nad rodzinnym wypadem do lasu. Mógł patrzeć, jak stado osiedlowych psów dekoruje trawnik przed jego domem żółtobrązowymi instalacjami.

Z odpowiedniej perspektywy, bycie rozbitkiem na bezludnej wyspie nie wydaje się takie złe. Świeże owoce, krystalicznie czysta woda zalegająca między skałami, masa drzew zapewniających orzeźwiający cień i niezliczona liczba zwierząt zamieszkujących kilkanaście kilometrów kwadratowych wyspy sprawiały, że życie w odosobnieniu mogło być całkiem atrakcyjne.

Oczywiście, taka sytuacja miała też wady. Kilkaset kilometrów kraulem do najbliższej apteki, na przykład. Wyraźny niedobór zapałek i zapalniczek. Nieprzerwany deficyt sandałów albo brak dostępu do Internetu. Na wszystkich prawdopodobnych bogów, brak połączenia z Siecią był przecież najgorszy – jaki jest sens bycia rozbitkiem na bezludnej wyspie, jeśli nie można tego ogłosić na fejsie?

Tomek znalazł się w tym odseparowanym od cywilizacji miejscu na skutek katastrofy, która spotkała pasażerów statku Colosus gdzieś w okolicach Nowej Zelandii. W jednym momencie mężczyzna drzemał na pokładzie, otoczony blaskiem rozgwieżdżonego, bezchmurnego nieba, by zaraz potem dławić się wzburzoną morską wodą w desperackiej próbie utrzymania się na powierzchni oceanu. Zanim na skutek zmęczenia stracił przytomność, zauważył jeszcze przechylający się na prawy bok statek i przelatującą przez poręcz grupę pasażerów.

Nie wiedział, jak długo dryfował. W pewnym momencie poczuł, że ktoś liże go po twarzy. Odruchowo podniósł dłoń, by odepchnąć delikatnie Martynę, której najwyraźniej zebrało się na poranne pieszczoty, ale zamiast idealnie skrojonego nosa, pod palcami poczuł niepokojąco dużą ilość włosów. Gdy podniósł powieki, małpa przypominająca pawiana, która długim językiem zlizywała z jego twarzy resztki wodorostów, umknęła między pobliskie drzewa.

– Przysięgam, bez tych włosów na plecach wyglądałaby zupełnie jak Martyna – mruknął przed ponowną utratą przytomności.

Choć przez następne trzy dni uważnie patrolował linię brzegową swojego nowego domu, nie spotkał żadnego innego rozbitka. Owszem, nazbierał wiele mniej lub bardziej przydatnych śmieci, które zostały wyrzucone na brzeg przez ocean, ale wśród nich nie znalazł ani jednego przedstawiciela klasy średniej podróżującej Colosusem.

W ten sposób przypadkowy Robinson Crusoe (lub jak sam o sobie mówił Tomek – Pechowy Sukinsyn) stał się jedynym w zasięgu wzroku posiadaczem sponiewieranej przez los zastawy śniadaniowej, kilkunastu metrów lekko rozmokłej marynarskiej liny, pary skórzanych glanów (były związane sznurowadłami), jednej narty, ołowianego rondla i trzynastu konserw mięsnych. Nie była to jednak dobra wiadomość, ponieważ w kategorii walorów odżywczo-smakowych, puszkowane jedzenie zostawało daleko w tyle za liną.

Gdy piątego dnia ocean sprezentował Tomkowi nóż kuchenny i absolutnie żadną ekipę ratunkową, mężczyzna postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Były to co prawda bardzo delikatne, nieskażone pracą fizyczną ręce, ale tylko takie miał do dyspozycji korporacyjny prawnik na bananowej wyspie setki kilometrów od zamieszkałego lądu.

– No cóż, zawsze mogłem mieć dwie lewe – pocieszał się Tomek, którego poczucie humoru dzięki nieustannemu przebywaniu na rozgrzanej do czerwoności plaży nabrało niespodziewanych rumieńców.

Niestety, choć zaopiniował w swojej karierze setki umów o roboty budowlane i planów architektonicznych, Tomek nie był w stanie skonstruować szałasu, który cechowałby się chociaż jedną z następujących właściwości: nieprzemakalny, chroni przed wiatrem, nie rozpada się pod wpływem zbyt głośnych myśli, mogę do niego wejść i nie wystają mi nogi.

Podobnym sukcesem skończyły się jego próby upolowania mięsa (małpa ukradła mu nóż), zapewnienia sobie niezależnego źródła słodkiej wody (zapomniał, że to nie sól paruje, gdy wystawi się garnek z wodą morską na działanie słońca) oraz rozpalenia ognia (stan po dwóch dniach pocierania o siebie patyków: zerwany paznokieć, zwichnięty bark, dużo pęcherzy, skręcona kostka). Po uświadomieniu sobie całkowitego nieprzygotowania do życia poza klimatyzowanym mikrosystemem biurowca, Tomek postanowił pozostać przy czynnościach będących w jego zasięgu – jedzeniu owoców, piciu wody z kałuż schowanych między konarami tropikalnych drzew i spaniu w zakrytej gałęziami jamie wydrążonej przez dawno zapomniany ciek wodny.

Zaprzyjaźnił się także z małpą, która w niespodziewanym przypływie miłosierdzia zwróciła mu nóż. Tomek wciąż nie wiedział jednak co z nim zrobić, nauczył więc pawiana gry w scyzoryka i na tym zajęciu spędzał nieróżniące się od siebie tropikalne dni.

– Cholerni kapitaliści – mówił czasami na głos, by nie zapomnieć ojczystego języka. – Tyle nakręcili filmów o pieprzonych rozbitkach, a nie stworzyli systemu monitorującego bezludne wyspy. Ile ich może być, kilka tysięcy? Dać na każdej kamerkę zasilaną baterią słoneczną, podłączyć je do satelity i problem rozwiązany!

***

Pewnego dnia, gdy ocean dawno już przestał wyrzucać na brzeg pozostałości po katastrofie Colosusa, Tomek spacerował wzdłuż plaży nucąc melodię, której nauczył go Buszu – jego małpi przyjaciel. Patrząc na znikający za horyzontem ocean nie zauważył wbitej w piasek mosiężnej lampy, przez co potknął się, przewrócił i odnowił kontuzję barku, której nie wyleczył całkowicie od czasu nieudanej próby rozniecenia ognia. Gdy pełen uprzejmego zdziwienia (już dawno wyczerpał bowiem przydzielony mu przez Stwórcę zapas złości i wulgaryzmów) próbował podnieść przedmiot, ten zrobił się gorący i wyskoczył mu z dłoni.

Lampa zawisła na wysokości oczu Tomka, a z jej czubka zaczął sączyć się dym, który po chwili przybrał postać siedzącego na skórzanym fotelu mężczyzny. Dżin, bo nie mógł to być nikt inny, miał niebieską skórę, nienagannie skrojony garnitur i czytał gazetę.

– Witaj, przybyszu – rozpoczął znudzonym głosem, nie podnosząc oczu znad rozłożonych płacht papieru. – Spotkało cię wielkie szczęście, radość, zaszczyt i tym podobne, ponieważ odnalazłeś magiczną lampę, dzięki której spełnisz swoje najskrytsze marzenie, plan, żądzę i tak dalej. Polecamy się na przyszłość i czego chcesz?

Tomek, którego niewiele już mogło zaskoczyć, w jednej chwili przypomniał sobie, że kiedyś był w końcu najlepszym negocjatorem na rynku nieruchomości i postanowił wykorzystać swoje umiejętności, nawet gdyby cała historia miała okazać się jedynie urojeniem wywołanym grzybami załatwionymi skądś przez Buszu.

– W takim razie – zaczął, przygładzając skołtunioną brodę. – W takim razie życzę sobie nieskończoną liczbę ży…

Mężczyzna nie dokończył, ponieważ dżin z ciężkim westchnieniem odłożył gazetę, poprawił okulary i pierwszy raz spojrzał zmęczonym wzrokiem na Tomka.

– Mamy chyba do czynienia z cwaniakiem.

– Eee, co? – rozbitek podrapał się po głowie nie wiedząc, do czego zmierza dżin.

– Jesteś cwaniakiem?

– Nie, chyba nie.

– A mi się wydaje, że jesteś. Kiedyś praca była łatwiejsza – powiedział przybysz z lampy i zaczął masować palcami nasadę nosa. – Wieśniak znajdował naczynie, życzył sobie królestwa, księżniczki i pieniędzy, a później dawał ci spokój. I tak musieliśmy ograniczyć życzenia do jednego, bo liczba królestw, kosztowności i panien jest raczej stała, rozumiesz. Ale to, co się dzieje ostatnio, woła o pomstę do nieba! – Dżin podniósł się i zaczął wymachiwać oskarżycielsko palcem w stronę Tomka. – Nagraliście się w pierdolone Dungeons & Dragons i myślicie, że wszystko można załatwić cwaniakowaniem i dobrą gadką, ale nie!

Rozbitek, dla którego wybuch rozżalonego gościa był z oczywistych względów niezbyt jasny, patrzył jedynie z otwartymi ustami.

– O, mamy dla takich bystrzaków jak ty specjalną ofertę – dżin chrząknął i zaczął recytować z pamięci. – Zabronione jest żądanie większej liczby życzeń, dodatkowych lamp, kolejnych dżinów oraz wszelkich ekwiwalentów tego, co powyżej. Niedopuszczalne są również życzenia przemiany posiadacza lampy w dżina, obdarzenia go umiejętnością spełniania własnych życzeń oraz zdolnością znajdowania magicznych przedmiotów spełniających życzenia, ze szczególnych uwzględnieniem lamp. Z uwagi na nielojalność biznesową dzierżyciela lampy oraz naruszenie węzłów przyczynowo-baśniowych, zakres jego życzenia zostaje ograniczony do jednej (słownie: jednej) dowolnej książki z zastrzeżeniem, że nie będzie to pozycja, która umożliwi mu obejście niniejszego ograniczenia.

Po wygłoszeniu tyrady, za którą stało pewnie wiele interesujących historii, dżin uspokoił się i wrócił do czytania gazety.

– No? – mruknął nie patrząc na Tomka. – Jaką książkę chcesz?

Istnieje teoria, według której jeden na dziesięć naszych pomysłów może sprawić, że zostaniemy milionerami. Teoria ta jest jak najbardziej prawdziwa. Problem polega na tym, że idealne pomysły zawsze pojawiają się późną nocą w pubie i nigdy nie ma w pobliżu kogoś na tyle trzeźwego, by mógł je zapisać.

Na szczęście dla Tomka, najbliższy bar znajdował się prawdopodobnie, mając na uwadze położenie rozbitka, poza jego osobistym horyzontem zdarzeń. W przeciwieństwie do nas wszystkich mógł więc swój pomysł zwerbalizować.

– Poproszę „Pięćdziesiąt twarzy Greya”.

Dżin upuścił gazetę i spojrzał na mężczyznę szeroko otwartymi oczami.

– Pozwól, że uściślę pewną kwestię. Jesteś rozbitkiem na tropikalnej wyspie, gdzieś w dolnej części pleców świata, bez szans na jakikolwiek kontakt z ludzką cywilizacją, a twoim jedynym towarzyszem jest małpa?

– Zgadza się.

– Tak się tylko upewniam. Żyjesz z tego, co znajdziesz, nie potrafiłeś zbudować szałasu, nie przyszło ci do głowy wykopanie ziemianki, a próbując rozpalić ogień naruszyłeś czynności narządów własnego ciała na okres powyżej siedmiu dni?

– Jest jak mówisz, stary.

– Tak też myślałem. I ze wszystkich książek, także tych, które dopiero zostaną napisane, wybierasz literacką namiastkę filmu pornograficznego?

Tomek kiwnął głową, ukazując zadziwiająco dobrze zachowane zęby (to znaczy te, które jeszcze nie opuściły jego jamy ustnej) w szczerym uśmiechu.

– Na pewno nie chcesz czegoś w stylu „Jak uciec z tropikalnego piekła w dwa tygodnie”?

– Nie, raczej nie.

– Może chociaż „Budowanie tratw dla opornych”? Albo „Sto potraw z kokosa i morskiej wody”?

– Brzmi kusząco, ale chyba podziękuję.

– Człowieku, weź chociaż Szekspira!

– Poproszę „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, tylko tego mi potrzeba.

Zrezygnowany dżin pstryknął palcami i zniknął w kłębach niebieskiego dymu. Na jego miejscu pojawiła się dobrze znana w cywilizowanym świecie książka w czarnej oprawie.

Tomek uśmiechnął się pod nosem, podniósł z piasku dzieło E. L. James i raźnym krokiem poszedł w stronę swojej jamy.

Następnego dnia mężczyzna starannie się umył, wyprał znoszone do granic możliwości ubranie i poprosił Buszu, by ostrzygł go kuchennym nożem. Następnie z książką pod pachą poszedł w stronę plaży, na której wiele miesięcy wcześniej ocknął się po katastrofie.

Gdy dotarł na miejsce, stanął pewnie na piasku, otworzył książkę i zaczął lekturę. Po przeczytaniu kilku stron zamknął powieść i wyrzucił ją w krzaki. Następnie przyłożył dłonie do ust i z cały sił krzyknął w stronę morza:

– JEZU, JAKIE GÓWNO!

Po dwóch godzinach do brzegu przybiła pierwsza łódka z grupą kobiet w różnym wieku, które jeszcze przed zejściem na ląd zaczęły się przekrzykiwać.

– Ale z ciebie hejter, spieprzaj stąd!

– Nawet jej nie przeczytałeś, jak możesz ją oceniać?!

– Zakompleksiony baran, do tego pewnie prawiczek!

Tomek z uprzejmym uśmiechem znosił inwektywy i patrzył na przybijające do brzegu łodzie z kolejnymi oburzonymi kobietami na pokładzie.

Jakie szczęście, że zawsze można liczyć na fanatyków!

Koniec

Komentarze

Co tu się na długie komentarze wysilać… Klik! i wiadomo, co myślę o tekście, który mnie rozbawił.

Dobre, niewielkie opowiadanko z świetnym zaskakującym zakończeniem. Odpowiedni ton komediowy i wspaniała rozmowa z przybyszem z lampy. Godne polecenia!

 

Mógłbym się jedynie przyczepić, że pierwsza część nie jest tak fajna, co rozmowa z dżinem, ale to raczej tak na siłę ;)

Tymczasowy lakoński król

Klik ;)

Krótszy może być tylko komentarz w postaci kropki… :-)

Cholera, nie czytałem tej powieści.

Bardzo sympatyczny pomysł, spodobało się.

Możesz jeszcze dopracować wykonanie; interpunkcja nieco szwankuje, masz błędy w zapisie dialogów.

(stan po dwóch dnia pocierania o siebie patyków: zerwany paznokieć, zwichnięty bark, dużo pęcherzy, skręcona kostka).

Literówka.

Tomek, którego niewiele już był w stanie zaskoczyć, w jednej chwili przypomniał sobie, że kiedyś był w końcu najlepszym negocjatorem na rynku nieruchomości

Tu też. I jeszcze powtórzenie.

Klik. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki za ciepłe słowo! Jak wspominałem przy okazji poprzedniego opowiadania, humor leży mi dużo bardziej niż horror czy sensacja =].

Poprawione. Mógłbym Cię prosić Finkla o wskazanie przykładu błędu w dialogach? Podejrzewam, że chodzi o to, kiedy między opisem i dialogiem dajemy kropkę, a kiedy nie i jedziemy małą literą? Ciągle mam z tym cholerny problem.

Zastąpię Koleżankę.

<> – W takim razie – zaczął, przygładzając skołtunioną brodę. – W takim razie życzę sobie nieskończoną liczbę ży… ---> – W takim razie – zaczął, przygładzając skołtunioną brodę – w takim razie życzę sobie nieskończoną liczbę ży… ---> przy wtrąconych didaskaliach i powtórzonych pierwszych słowach wypowiedzi można pominąć kropkę po didaskaliach i kontynuować małą literą. Chcesz zamknąć didaskalia kropką? Wyrzuć powtórzenie pierwszych słów i zaczynaj dużą.

<> – Eee, co? – rozbitek podrapał się po głowie nie wiedząc, do czego zmierza dżin. ---> – Eee, co? – Rozbitek podrapał się po głowie [,+] nie wiedząc, do czego zmierza dżin.

<> […] zaczął recytować z pamięci. – Zabronione jest żądanie większej liczby życzeń, […]. ---> zaczął recytować z pamięci: – Zabronione jest żądanie większej liczby życzeń,

Z innej beczki: <> – No? – mruknął [,+] nie patrząc na Tomka.

No to ja tez kliknę sobie. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Sprawiłeś, Drogi Autorze, iż zdrowo się uśmiałem, a to, biorąc pod uwagę warunki (Sprawiedliwy z drabbla Emelkali darzy mnie ostatnio szczególną atencją) nie lada osiągnięcie. Swoją drogą, samo głośne określenie książki mianem gówna, bez faktu jej fizycznego zbezczeszczenia pobieżnym przekartkowaniem i ciepnięciem w krzaki, nie zadziałałoby?

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nawet zabawne, choć finał odrobinę, dla mnie, za absurdalny.

Ale humoreska udana.

 

Jak rzekł AdamKB, a przytaknął Unfall, jak i Finkla i bemik:

Klik!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Kilka razy sie usmiechnalem. Zabawna historyjka :)

Zabawna historyjka, zgrabnie napisana, wywołuje uśmeich na twarzy. :D

Genialne! :D

Powiem tak – niektóre żarty bardzo trafione, inne trochę mniej, ale ogólny rozrachunek wychodzi na plus. Nie jest to może najbardziej niesamowity tekst na tej planecie, ale jest przynajmniej przyzwoity, a to też się liczy. Miła lektura wywołująca niejednokrotnie uśmiech na twarzy czytającego.

Dołączam do grona rozbawionych i usatysfakcjonowanych czytelników. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uśmiałam się, im dalej tym bardziej :) Bardzo zgrabnie napisane i wesołe. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Być rozbitkiem i nie móc tego ogłosić na fejsie? Dramat :D

 

Początek naprawdę zabawny. Łączę się w bólu z bohaterem, pewnie gdybym miała zbudować szałas i rozpalić ognisko byłabym podobnie sprawna. Dalej jest już gorzej. Dialog z dżinem to jak dla mnie dość infantylny humor. Zakończenie zaskakujące i dość sympatyczne, nigdy nie spotkałam fanatyka “50 twarzy”, ale pewnie tacy istnieją. Ogólne wrażenie mam dobre, choć nie bardzo dobre ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Podobało mi się :) Przede wszystkim lekkość narracji, zabawny ton i zgrabne zdania. Polubiłam bohatera i małpkę, uśmiechnęłam się :) 

Przyznam, że zostałem rozbawiony, a za zakończenie należy się szczególne uznanie. Szkoda, że tekst już w bibliotece i nie można klepać bez opamiętania. Dobra robota!

 

Sorry, taki mamy klimat.

Lekkie i zabawne, w sam raz na lato. Może nie śmiałem się na głos, ale w duchu uniosłem kąciki ust.

 

Zastanowiłem się też przez moment, czy pawiany żyją na wyspach. Niemniej, koniec końców, dałeś do zrozumienia, że nie wiadomo czy to był pawian, czy tylko wyglądał jak pawian.

A może sam był rozbitkiem? Grunt, że wyglądał jak Martyna.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Lekkie, zabawne i pamiętam je, choć czytałam ze trzy tygodnie temu. Zasłużona biblioteka:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

powiedział Tomek,[+] osłaniając oczy – już w pierwszym zdaniu… a w pierwszych akapitach takie natężenie imiesłowów, że mam wątpliwości, czy i tam nie powinno być dodatkowych przecinków

prawdopodobnych bogów – eee, jedno drugie wyklucza

statku Colosus,[+]gdzieś w

Małpa jedząca wodorosty na wyspie pełnej świeżych owoców i wszystkich dóbr, które zostały już wymienione? Chyba muszę się dokształcić, bo aktualnie sądzę, że to mało logiczne…

przypadkowy Robinson Crusoe – RC nie był przypadkowy, więc zdanie powinno brzmieć: przypadkowy następca/naśladowca Robinsona Crusoe

Gdy piątego dnia ocean sprezentował Tomkowi nóż kuchenny i absolutnie żadną ekipę ratunkową – że co z tą ekipą ratunkową, bo nie rozumiem?

Opowiadanie jest napisane po prostu kiepsko. Ma dużo błędów, które przestałem po chwili wypisywać, bo aż sam miałem wątpliwości. Humor do mnie w większości nie przemawia, a przy zakończeniu nie poczułem satysfakcji, jak inni. Może jest za gorąco, a mnie za mocno zniesmaczyły niedoróbki? Może. Jednak jestem zdziwiony, że to opko dostało się do biblioteki.

Plusy:

 

Tytuł.

 

Zabawne: „jaki jest sens bycia rozbitkiem na bezludnej wyspie, jeśli nie można tego ogłosić na fejsie?”

 

Liżąca małpa.

 

Dżin w garniturku, do tego odporny na cwaniactwo. Spodobało mi się, gdy powiedział: „Wieśniak znajdował naczynie, życzył sobie królestwa, księżniczki i pieniędzy, a później dawał ci spokój.” i jak zaczął wymieniać, czego nie może życzyć sobie Tomek.

 

Dialog Tomka z dżinem.

 

Styl – czyta się lekko, wciąga.

 

Pomysł (szczególnie środek i koniec).

 

Fajnie, że dałeś pod nóż „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, bo nie znoszę tej książki. Sama chętnie bym krzyknęła to co główny bohater.

 

Minusy:

 

„– No cóż – powiedział Tomek osłaniając oczy przed tropikalnym słońcem. – Zawsze mogło być gorzej.” – Po „Tomek” przecinek lub: – No cóż. – Tomek osłonił oczy przed tropikalnym słońcem. – Zawsze mogło być gorzej.

 

„Patrząc na znikający za horyzontem ocean nie zauważył wbitej w piasek mosiężnej lampy” – Po „ocean” przecinek.

 

„Polecamy się na przyszłość i czego chcesz?” – A może: Polecamy się na przyszłość. Czego chcesz?

Nowa Fantastyka