- Opowiadanie: gravel - Plantacja

Plantacja

Powinnam się oduczyć pisania pod wpływem emocji. Inspirowane truskawkowym konkursem, oczywiście, ale ostatecznie nie zgłaszam (chyba nawet nie mam wystarczającej liczby znaków). 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

funthesystem

Oceny

Plantacja

Meerah schyliła się po kolejną garść truskawek, aż poczuła ból w rozgrzanych popołudniowym słońcem plecach. Od rana nie miała w ustach ani kropli wody, była bliska omdlenia z wyczerpania, a od zapachu dojrzałych, czerwonych owoców zaczynało robić jej się niedobrze. Dłonie miała poplamione lepkim sokiem.

Cień strażnika na koniu pojawił się przed nią na ziemi i Meerah z trudem zwalczyła pokusę, by odwrócić się i splunąć mężczyźnie w twarz. Poczekała aż przejdzie, dopiero wówczas strzyknęła śliną gdzieś w bok i wymamrotała pod nosem przekleństwo.

– Nie rób tego – odezwała się klęcząca obok niej stara Jessabelle. – Wiesz, że jeśli cię usłyszą, pobiją cię na śmierć i zostawią psom na pożarcie. Tak jak to zrobili z Antonią.

– Wiem.

Pomarszczona, ciemna jak pień drzewa i tak samo chropawa w dotyku skóra Jessabelle była poznaczona głębokimi bliznami, przypominającymi bruzdy, które pług zostawia w oranej ziemi. Stara kobieta próbowała uciec z plantacji niezliczoną ilość razy. Za każdą próbę naznaczali ją nożem.

– Mam tego dość – powiedziała przez zaciśnięte zęby Meerah. – Tego poniżenia i bólu…

Obróciła się i spojrzała w palące słońce. Czuła pot spływający po karku. Bat świsnął jej nad głową – jeden ze strażników zauważył podniesioną głowę niewolnicy. Szybko wróciła do pracy.

– Jesteś czarną kobietą i niewolnicą. – Jessabelle roześmiała się chrapliwie, lecz cicho, śmiechem pozbawionym wesołości. – To twój świat i twoje życie. Przestań tęsknić za wolnością, dziewczyno. Nie uciekniesz i niczego nie zmienisz. To już taka twoja mała tragedia.  

Meerah zgrzytnęła zębami.

– To nie tylko moja tragedia. To tragedia nas wszystkich.

 

Gdyby tylko była mężczyzną, mogłaby odprawić Rytuały, tak jak jej bracia i ojciec, którzy zginęli honorową, dobrą śmiercią, przyzywając mściwe duchy, by pomogły plemieniu. Nie na wiele się to zdało, duchy nie przyszły, a biali najeźdźcy spalili wioskę aż do nagiej ziemi, ale lepsza śmierć w walce, niż ta bezradność, której doświadczały teraz kobiety.

– Taki już los kobiet, Meerah – powiedziała kiedyś Jessabelle. – Zostałyśmy pobłogosławione innym darem niż mężczyźni. Oni niosą śmierć, my życie.

– Po co nam ten dar w niewoli? – zapytała gniewnie Meerah. – Nie sprowadziłabym dziecka do tego piekła, choćby wszystkie duchy kazały mi to uczynić.

Jessabelle tylko westchnęła i na tym zakończyła się ich rozmowa, ale nie rozmyślania Meerah. Dziewczyna wciąż, w czasie długich bezsennych nocy, wspominała poświęcenie ojca i braci, i słowa pradawnych Rytuałów, wyryte w jej pamięci jak w kamieniu.

Gdyby nie była tylko dziewczyną…

 

W ciepłym, lepkim mroku Meerah nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok wśród zapachu truskawek. Zza cienkiej siatki maty z liści palmowych, dobiegały głosy strażników, pijących przy ognisku. Słyszała szczekanie psa. Brzęczenie komarów. Dźwięki tłukące się w jej głowie jak echo.

W jej starym domu, daleko, daleko stąd, za wielką wodą, też trzymano psa. Ale to było dobre zwierzę, ich zwierzę, nie jedna z tych zdradzieckich, złośliwych bestii, kąsających niewolników po nogach. Meerah uświadomiła sobie, że tęskni nawet za kundlem ze swojego starego domu.

Zmęczona bezsennością, usiadła na pryczy i otoczyła ramionami kolana, wsłuchując się w nocne odgłosy plantacji. Przez chwilę jej myśli błądziły wolno, ale nagle uświadomiła sobie, że coś słyszy.

Bezszelestnie zsunęła się z pryczy i przysiadła na piętach tuż obok plecionki z palmowych liści, która tworzyła przewiewną ścianę domu niewolnic. Niespełna metr od śpiących kobiet, w niewielkiej chacie, przy palenisku powinni siedzieć strażnicy. Zwykle nocami Meerah słyszała ich głosy – śpiewali, śmiali się, grali w karty, pili.

Ale dziś było inaczej. Dziś ich głosy brzmiały inaczej.

Nie byli sami.

Serce zabiło jej szybciej, gdy usłyszała cichy, zduszony, kobiecy krzyk. Nie rozpoznała głosu, ale wyprostowawszy się i obrzuciwszy wzrokiem najbliższe posłania zorientowała się, że jedno jest puste – to, na którym sypiała Selma.

Meerah ostrożnie stawiając stopy, uważając na kamienie leżące na dziedzińcu, wyszła na zewnątrz. Noc powitała ją zdradliwym blaskiem księżyca.

Skradała się w cieniu pustej chaty strażników, wyjrzała zza rogu.

Było ich dwóch – wysoki Beaumont, o włosach koloru dojrzałej kukurydzy i niski, krępy mulat Morton.

Rozciągnęli Selmę na stoliku do gry w karty, Morton przytrzymywał ręce kobiety, a Beaumont szarpał się z zapięciem swoich spodni. Z podniecenia dłonie tak mu się trzęsły, że nie mógł sobie poradzić z guzikami. Meerah widziała go od boku, ale na twarzy mężczyzny dostrzegła niecierpliwość i przerażającą, złośliwą radość.

– Sama tego chce – mówił do Mortona. – Dziś co chwila przechodziłem koło niej w czasie roboty. Mówię ci, rzucała mi takie spojrzenia, że żadna nowoorleańska dziwka by się nie powstydziła.

Morton mruknął coś niewyraźnego pod nosem, a Selma gwałtownie złapała oddech. Beaumont zadarł jej do góry spódnicę, odsłaniając pośladki i dolną część pleców.

– Dam jej, czego chciała – powiedział Beaumont, uśmiechając się. – Tylko ją trzymaj, bo jak się do niej zabiorę, to sama nie ustoi.

Roześmiał się głośno.

Meerah nie wytrzymała.

Wyskoczyła z cienia, szybko i cicho jak lwica rzuciła się na Beaumonta. Skoczyła na niego całym ciężarem ciała, zaskoczony mężczyzna poleciał w bok i wylądował na ziemi. Meerah wbiła mu kolano w brzuch, zaczęła okładać go po twarzy.

– Czarna dziwka! – usłyszała krzyk tuż za plecami.

Morton chwycił ją pod pachy i jednym szarpnięciem zrzucił z Beaumonta.

– Selma! – krzyknęła Meerah, wymachując pięściami. – Pomóż mi!

Ale Selma – zdrowa, silna, wzrostem niemal dorównująca wysokiemu Beaumontowi – wciąż wpółleżała na stole, szeroko otwartymi oczami wpatrując się prosto w oczy Meerah. Ale zdawała się jej nie widzieć. Meerah zobaczyła, że po nogach Selmy spływa strużka moczu. Potem pięść Beaumonta przesłoniła jej widok.

Trafił ją w nos, uderzenie nią wstrząsnęło, przestała się szamotać i zwisła bezwładnie w ramionach Mortona. Beaumont chwycił ją za kark i uniósł głowę w górę. Jego biała twarz i obce, ostre rysy napawały ją obrzydzeniem. Splunęła. Ślina spłynęła po policzku mężczyzny. Uderzył Meerah w twarz.

Łzy napłynęły jej do oczu i w tym momencie nienawidziła siebie bardziej, niż jego. Szarpała się z Mortonem, za słaba, by móc się wyrwać. Próbowała okładać go pięściami i kopać, ale unieruchomili jej nadgarstki i spętali powrozem, który wżarł się w skórę tak mocno, że aż krzyknęła.

Od strony domu zarządcy dobiegł ich głos.

– Beaumont! – Wołał zarządca. Zabłysła lampa. – Morton! Co się tam dzieje?

– Głupia dziwka – mruknął Beaumont. – Zajmę się nią i zarządcą. Ty zabierz drugą… I tak nic z niej już nie będzie. Zeszczała się. Brudna suka.

Morton skinął głową. Meerah nie widziała, gdzie zabiera Selmę, nie mogła też nic zrobić. Beaumont powlekł ją na postronku, jak psa, w stronę szerokiego placu przed domem zarządcy. Potykała się o kamienie i raniła stopy o ich ostre krawędzie.

– Co się dzieje? – Na schodach prowadzących do drzwi czekał na nich zarządca plantacji. W lewej dłoni unosił wysoko latarnię, a wokół prawego ramienia owinął bat z grubych rzemieni. – Słyszałem krzyki.

– Jedna z niewolnic próbowała uciec – odparł strażnik, szarpiąc postronek. Meerah poleciała do przodu i wylądowała na kolanach przed zarządcą. – Złapaliśmy ją za stróżówką. Szybko biega.

Kłamał bez mrugnięcia okiem.

– Jak ci na imię, kobieto? – Zarządca plantacji szturchnął dziewczynę butem. Skuliła się odruchowo.

– Meerah – odparła.

– Czemu uciekałaś? Źle ci tu? Nie dają ci dość jedzenia? Nie masz suchego miejsca do spania? – dopytywał, zły, że wyrwano go ze snu. – Czeka na ciebie coś poza tą plantacją? Mężczyzna? Praca? Przyszłość?

– Nie – odparła przez zaciśnięte zęby.

– Taki jest z wami problem – powiedział zarządca, ściągając z ramienia bat i pieszczotliwie gładząc rękojeść. – Człowiek przychyla wam nieba, a wy, zwierzęta, nadal chcecie kąsać.

Kucnął przed Meerah i spojrzał jej w oczy.

– Nic tam na ciebie nie czeka. – Wskazał za plecy Meerah, na szeroką drogę i las, w ciemnościach ledwie czarną masę na tle granatowego nieba. – Ani praca, ani lepsze życie. Tutaj masz jedzenie. Dach nad głową. Bezpieczną przyszłość. Wystarczy nie gryźć ręki.

Wstał i skinął na strażnika.

– Zabierz ją. Tym razem lepiej pilnujcie, nie pijcie na służbie.

– Nie byłoby głupio ukarać ją dla przykładu – powiedział Beaumont. Rzucił Meerah szybkie, złośliwe spojrzenie. Jego nos spuchł, cienka kreska krwi sączyła się z prawej dziurki. Mam nadzieję, że boli, skurwysynie, pomyślała mściwie Meerah.

– Nie byłoby, w rzeczy samej – odparł z zamyśleniem zarządca.

 

Trzy dni stała przywiązana do drzewa rosnącego na środku placu; trzy dni bez chleba i wody, na palącym słońcu. Tylko raz, pod osłoną nocy, Jessabelle przyszła do niej z kawałkiem szmatki nasączonym wodą, by przemyć rozpalone gorączką czoło Meerah i wycisnąć parę kropli stęchłej cieczy między spękane wargi dziewczyny.

– Jesteś młoda i silna – powiedziała. – Wytrzymasz.

– Może nie dość silna – wyszeptała Meerah, a słowa, które wypowiadała były ledwie zrozumiałe.

– Bzdura. Duchy mają nas w swojej opiece. Nie zostawią cię.

– Nie wysłuchały żadnej z naszych próśb, choć wszystkie się modliłyśmy. Duchów nie ma, Jessabelle. Jesteśmy same i zdane na łaskę białych potworów. Duchy nas opuściły. Powędrowały za mężczyznami do nieśmiertelnych krain.

– Głupia dziewczyno – odpowiedziała ze smutkiem Jessabelle – nie wiesz, o czym mówisz. Duchy zawsze są przy nas.

– To gdzie są teraz? – Meerah podciągnęła się na sznurze, przerzuconym przez gałąź nad jej głową i stanęła chwiejnie na trzęsących się nogach. – Odkąd jesteśmy w piekle, nie ujrzałam ani jednego ducha.

– Dlaczego miałyby ci się pokazywać? One nie przychodzą na każde zawołanie.

– W ogóle nie przychodzą! – Meerah roześmiała się histerycznie i Jessabelle syknęła, odwracając się nerwowo w stronę chaty strażników. Gdyby ktoś ją tutaj przyłapał, czekałaby ją surowa kara. – Mężczyźni odprawili przecież Rytuały, a żaden duch się nie zjawił, by nam pomóc. Pamiętasz tamtą noc? Wielkie ognisko płonące pomiędzy chatami i naszych mężczyzn, ojców, braci, mężów i synów, tańczących dokoła niego i wzywających pomocy. Straciłaś swojego syna, prawda? Pamiętasz swojego Guillamo? Pamiętasz jak tańczył, śpiewając i prosząc duchy o pomoc? A pamiętasz jak nadeszły białe potwory? Jak żaden duch się nie zjawił? Jak biali wymordowali naszych ojców, braci, mężów i synów, a nas porwali i wywieźli daleko? A my nie mogłyśmy się bronić, bo byłyśmy za słabe. Nie mogłyśmy podjąć przerwanych Rytuałów, bo duchy nie pozwalają kobietom parać się magią. Czy ty w ogóle chcesz wierzyć w takie duchy?

Jessabelle wymierzyła jej mocny policzek.

– Nie bluźnij! – syknęła. – Sprowadzisz na siebie jeszcze gorszy los!

Meerah roześmiała się.

– Gorszy? Nie będzie gorzej, Jessabelle.

 

Następne dni Meerah spędziła w malignie, opadła z sił, utrzymywana przy świadomości tylko przez ból nadgarstków, w które wrzynał się szorstki sznur. Od czasu do czasu zapadała w płytki sen, pełen zapachu truskawek.

Wielkie, czarne luizjańskie muchy obsiadły rany na jej przegubach. Meerah czuła ich swędzący dotyk, ale nie miała siły, by je przepłoszyć. I tak pewnie nie zdołałaby poruszyć dłońmi.

Ostatnia noc jej kary była duszna i lepka. Psy szczekały tak natarczywie, że strażnicy zamknęli je w boksach za chatami niewolników. Ale nawet stamtąd było słychać zawodzenie rozwścieczonych upałem kundli.

Meerah miała wrażenie, że to wszystko jest częścią koszmarnego snu, w który zapadła i z którego już się nie obudzi. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w ciemność, ale zamiast rozciągających się przed nią zagonów truskawek widziała tylko szarość i mgłę.

Może wzrok już ją mamił, ale w pewnym momencie wydało jej się, że dostrzega ciemny kształt wśród białych oparów. Księżyc schował się za chmurami, więc nie była w stanie stwierdzić, czy to tylko przywidzenie, czy faktycznie ktoś – lub coś – krąży dokoła niej, obserwując ją zza bezpiecznej zasłony mgły.

Nagle ciemny kształt nabrał ostrości; z mgły wyłonił się człowiek. Nie, nie człowiek. Meerah wytrzeszczyła zaropiałe oczy. Senna mara?

– Meerah, dziecko. – Pokryte tatuażami dłonie, w dotyku zimne jak wody oceanu, spoczęły na krótko ostrzyżonej głowie Meerah. – Meerah.

Głos był głęboki i dudniący, jakby dobiegał spod ziemi. Przypominał trochę głos jej ojca, jednak brak w nim było ojcowskiej łagodności. Ten dotyk, choć w pierwszym momencie wydał się Meerah delikatny, choć łagodził gorączkę – nie był wcale pieszczotą. Palce mężczyzny przesuwały się wzdłuż blizn na głowie Meerah, jakby badały ich wypukłości i poznawały ich historię. Blizny od bata, od mocnego kopniaka strażnika, od nożyc, brutalnie przedzierających się przez jej gęste włosy.  

– Meerah. – Głos zabrzmiał surowiej, przywracał ją do życia.

Uniosła głowę.

Mężczyzna, który przed nią stał miał oblicze tak ciemne, że Meerah w pierwszej chwili przeraziła się, że to sam diabeł, zły duch nocy przybył, by ukarać ją za bluźnierstwo.

– Przyzwałaś duchy, kobieto – powiedział. – Wiesz, że nie wolno ci tego robić.

– Potrzebowałyśmy was – wydukała Meerah. –  Waszym obowiązkiem było nas chronić. Taka była umowa ze starymi bogami. Obiecali nam waszą pomoc, a wy przysięgliście nas chronić!

– Chroniliśmy. Tak długo, jak długo byli pomiędzy wami ci, którzy mogli nas przyzwać. A gdy oni zginęli, wzięliśmy ich dusze do nieśmiertelnych krain. Ich myśli kierują się ku wam, jeśli cię to pocieszy.

Meerah, mimo wyczerpania i strachu, poczuła gniew. Szarpnęła się, jakby chciała rzucić się na ducha i wydrapać mu oczy. Może zrobiłaby to, gdyby nie sznur.

– Czy to jest kpina? Czy to cię bawi? – warknęła. – Jak bardzo musimy cierpieć, by to was poruszyło?

Duch wzruszył ramionami.

– Nie rusza mnie wasze cierpienie. Starzy bogowie wymogli na nas przysięgę, nim odeszli, a my wywiązaliśmy się z umowy. A teraz odzyskaliśmy wolność. Czy sądzisz, że duchy ziemi, powietrza, wody i ognia, niepokorne i niechętnie poddające się nawet woli bogów, pozwolą, by rozkazywali im ludzie?

– Nie rozkazywaliśmy. Prosiliśmy.

Duch roześmiał się gorzko.

– Nie, dziecko. W arogancji zapomnieliście prosić. To jest właśnie wasz problem. Jesteście tak pewni swojej pozycji w świecie, że nie możecie pojąć, jak zasłużyliście sobie na podobną niesprawiedliwość. Zresztą, czasy świetności twojego plemienia dawno minęły. Pokonał was gatunek młodszy i słabszy, którego sączącą się wam do ust truciznę zwaną cywilizacją spijaliście chciwie już od dawna. Wasze potężne Rytuały, niegdyś zdolne spętać ręce nawet nam, duchom ziemi, dziś wyśpiewywane z francuskim akcentem! Wasza dawna mądrość, wiara w siły natury, dziś zamieniona na pozorne bezpieczeństwo nowoczesnej medycyny! Sami się o to prosiliście. Osłabliście.

Duch położył dłoń na głowie Meerah.

– Jesteście samotne i skazane na bliski już koniec – powiedział z nagłą łagodnością. – Meerah, dziecko, twoje plemię nie przetrwa. Zostały same kobiety. Słabe, przerażone niewolnice. Tylko staruszki pamiętają słowa Rytuałów, a one nie podołają potędze Słów.

– Wiele młodych je pamięta – odparła żywo Meerah. – Pamięć o dawnych latach nie zginęła.

– Tak. Ale czy one mają wiarę?

Meerah zagryzła wargi.

– Mogłybyśmy odprawić Rytuały – powiedziała gorączkowo. – Z wiarą czy bez. Przekonam je. Wystarczy, że im się ukażesz, a natychmiast uwierzą. Zostało wśród nas dużo silnych, odważnych kobiet. Czemu miałoby się nam nie udać? Skąd możesz wiedzieć, że ja nie jestem dość silna?

Duch roześmiał się pogardliwie.

– Sił może ci nie brak – odparł – ale odpowiedź jest prosta: jesteś tylko dziewczyną. Jakie masz szanse?

– Czyli po prostu nas tutaj zostawisz?

Ale duch nie odpowiedział. Uśmiechnął się do Meerah i rozwiał wraz z mgłą. Zapach truskawek uderzył w jej nozdrza tak mocny i słodki, że Meerah zemdliło. Ponownie osunęła się w ciemność.

 

Obudził ją zimny dotyk na czole, jakby zagubione pasmo mgły przejechało po jej rozpalonej skórze.

– Meerah. – Głos, który znała, przyzywał ją do świadomości. – Meerah.

– Ojcze? – Uniosła głowę.

Spojrzała w ciemne oczy ojca, surowe i chłodne. Klęczał obok, podtrzymywał ją i obejmował ramieniem. Leżała na ziemi, z głową na jego kolanach; więzy zniknęły. Ulga była niemal bolesna i Meerah zaczęła płakać.

– Meerah – powiedział. – Cóż ty narobiłaś?

Nie zrozumiała.

– Czemu wzywałaś duchy? – zapytał ojciec, patrząc na nią z rozpaczą. – Czemu zakłóciłaś nasz spokój?

– Potrzebowałam pomocy. Muszę nas stąd wydostać, ojcze.

– To nie zadanie na twoją głowę – powiedział surowo. – Musisz teraz iść. Weź kobiety, wyprowadź je z plantacji.

– Nie zdołamy uciec, a na pewno nie wszystkie naraz.

– My się tym zajmiemy.

– My?

Wskazał coś za jej plecami. Obejrzała się.

Szereg milczących, szarych jak zmierzch postaci gromadził się na dziedzińcu. Poznawała w zjawach mężczyzn z wioski – swoich braci, kuzynów, sąsiadów, ojców innych dzieci. Wszyscy poważni, martwi, cisi jak głazy. Uzbrojeni.

– To duchy was przysłały? – zapytała.

– Tak. Rozprawimy się z tymi, którzy was niewolą. Jest ich wielu, ale my nie możemy umrzeć po raz drugi. Sami pomścimy naszą śmierć

– Chcę iść z tobą – powiedziała, chwytając ojca za rękę. – Chcę pomścić twoją śmierć.

– Nie – uciął ojciec, odsuwając ją. – Bądź posłuszna. Idź.

Nie śmiała się sprzeciwić. Ruszyła biegiem.

 

Bladym, parnym świtem stały na wzgórzu i patrzyły na płonące zabudowania. Ognie wznosiły się wysoko nad zagonami truskawek, dom zarządcy, chata strażników, wielki szałas niewolnic – wszystko stało w płomieniach.

Kobiety lamentowały i zawodziły, przerażone i uradowane jednocześnie.

Tylko Meerah stała w milczeniu, obejmując roztrzęsioną Jessabelle ramieniem, zbyt zmęczona by płakać, a może zbyt wściekła.

– Musimy iść – powiedziała głuchym głosem.

– Musimy poczekać na mężczyzn – odparła jedna z kobiet.

Meerah odwróciła się gwałtownie.

– Nie, nie musimy i nie poczekamy – warknęła. – Oni nie żyją. Nie pomogą nam więcej.

– To kto się nami zajmie? Na pewno będą nas ścigać. Kto nas obroni? – rozległy się okrzyki. Grupka samotnych czarnych kobiet w obcym świecie groźnych białych ludzi.

Meerah powiodła wzrokiem po ich zniszczonych twarzach. To się nie uda, przemknęło jej przez głowę. Coś takiego nigdy się nie uda. Powiedziała jednak:

– Same się sobą zajmiemy.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Zza cienkiej siatki z plecionych liści palm […]. ---> na pewno nic się tutaj Tobie nie pomyliło? Jaki gatunek palmy ma plecione liście? Czy z liści palmowych można utworzyć siatkę a jeśli tak, to czy ta siatka zdoła pełnić funkcję ściany? Bo zrozumiałem, że ta siatka stanowiła ścianę budynku, w którym sypiały dziewczyny.

Dwa zdania wcześniej masz zbędny przecinek.

W spotkaniu z duchem mocno nadużywasz imienia bohaterki.

 

Co do fabuły, to myśle, że teksty ukierunkowane na “obyczajówkę” potrzebują sporej objętości, solidnej historii i w szczególności wyrazistych, prawdziwych postaci. Tutaj jest trochę za szybko. Temat interesujący, dobry na literacki maraton, a nie na sprint na 100 metrów ;)

 

Ale i tak jest ciekawie. Podoba mi się alegoryczna wymowa opowiadania – porzucenie tradycji, własnych korzeni jest naszą klęską, stajemy się “niewolnikami” innej kultury, jej najniższą z niskich klas. Asymilacja do nowego społeczeństwa jest jak… kariera zawodowa. Powoli trzeba wspinać się na szczyt.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Adamie, miała być siatka upleciona z palmowych liści, skrót myślowy :) Taka siatka jest dość sztywna i mocna, więc w ciepłym klimacie chyba sprawdziłaby się jako ściana. Dzięki za wyłapanie. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Jeśli chodzi o limit znaków, to mieścisz się spokojnie. 

Więcej nie będę pisać, na wypadek, gdybyś jednak zmieniła zdanie i przyłączyła się do konkursu. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nazgul – chyba mam tendencję do strasznego galopowania w tekstach, staram się nad tym pracować, ale zawsze wszystko przyspieszam :)

Cieszę się, że ci się podobało. 

 

śniąca – raczej nie zmienię zdania, ale poczekam (z niecierpliwością) na twój komentarz, jeśli wolisz wyrazić opinię później :)

Dzięki za zajrzenie. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Ciekawy pomysł. Jak to szowinizm prowadzi do zgubnych skutków… Mam tylko wątpliwości, czy w Luizjanie uprawiano truskawki i czy przy pomocy niewolników. Trochę wyglądają jak wciśnięte na siłę.

Ale do konkursu możesz wstawić – Syf. pod wpływem głosu ludu obniżył próg.

ale lepsza śmierć w walce, niż ta bezczynność,

Hmmm. Nie nazwałabym tego bezczynnością.

Babska logika rządzi!

Finklo, na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku w Luizjanie były plantacje truskawek,  a na sto procent jedna, dość słynna, w Ponchatoula. Co do niewolników – nie wiem, przyznaję bez bicia, że tutaj wykorzystałam licentia poetica. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Ok, no to jedna wątpliwość rozwiana. Cholera, nie znam się na rolnictwie, tytoń i trzcina cukrowa podobno są upierdliwe w hodowli i wymagają mnóstwo roboty. Ale truskawki?

Babska logika rządzi!

Nie mam pojęcia :) 

(Aczkolwiek biorąc pod uwagę jak moja sąsiadka wyklina na nie co roku, podejrzewam, że coś jednak trzeba przy nich robić. )

Na pewno zbieranie truskawek z wielkiego pola, przez ileś tam godzin dziennie, w upale i tak dalej, jest jednak dość męczące. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Fight the power! Fajne opowiadanie, miło się czytało. Tylko że na przełomie XIX i XX wieku niewolnictwo w Stanach było już zniesione. Ale jak sama wspomniałaś – licentia poetica. Skoro i tak opko nie startuje w konkursie, to możesz zmienić troskawki na bawełnę, z tym żę nie ma ona tak przyjemnego zapachu :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Koszmarny los niewolników z wplecionym wątkiem duchów, pomagających w swego rodzaju zemście nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia, albowiem podobnych opowieści było już wiele, choć przyznaję, że Plantację czyta się dobrze, jest bowiem napisana całkiem porządnie.

Obawiam się, że pożar na plantacji niewiele zmienił w życiu niewolnic. Nawet jeśli biali zginęli, gdzieś w okolicy mieszkali przypuszczalnie ich sąsiedzi, były inne plantacje. Czarne kobiety zostałyby pewnie przez nich „zagospodarowane”.

 

ale lep­sza śmierć w walce, niż ta bez­czyn­ność, któ­rej do­świad­cza­ły teraz ko­bie­ty. – …ale lep­sza śmierć w walce, niż ta niemoc/ bezradność, któ­rej do­świad­cza­ły teraz ko­bie­ty.

O sytuacji, w której trwały kobiety, chyba nie można mówić bezczynność.

 

Zza cien­kiej siat­ki z ple­cio­nych liści palm do­bie­ga­ły głosy straż­ni­ków… – Mnie też nie podoba się ta siatka.

Proponuje: Zza cien­kiej maty uple­cio­nej z liści palmowych, do­bie­ga­ły głosy straż­ni­ków

 

Tylko ją trzy­maj, bo jak się za nią wezmę… – Tylko ją trzy­maj, bo jak się do niej zabiorę

 

Mam na­dzie­ję, że boli, skur­wy­sy­ni, po­my­śla­ła mści­wie Me­erah. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wicked G – opowiadanie trochę naciągane, ale… Dzięki za komentarz, cieszę się, że się podobało :)

 

regulatorzy – zakończenie w założeniu miało być pesymistyczne, zostawiać je w takiej sytuacji bez wyjścia, bez nadziei. Dziękuję za łapankę :) 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Tekst chyba mieści się w założeniach konkursu – to ja też poczekam z komentarzem do ostatecznej decyzji autorki w temacie ; P

I po co to było?

“Mój tatuś superbohater” bardziej przypadł mi do gustu, ale widać, że i z cięższymi tematami radzisz sobie bardzo dobrze – tekst czyta się przyjemnie. Tak się tylko zastanawiam: dialogi strażników/zarządcy świetne, dialog Meerah z duchem, chociaż kluczowy dla opowiadania, już ciut mniej, może dlatego, że jednego do końca nie rozumiem: duch ma gdzieś ich cierpienia, ale w końcu pomaga, tak? Bo jego milczenie chyba sugeruje, że sprowadzenie zmarłych to jego sprawka? To w takim razie czemu pomaga?

 

“Wasze potężne Rytuały, niegdyś zdolne spętać ręce nawet nam, duchom ziemi, dziś wyśpiewywane z francuskim akcentem! Wasza dawna mądrość, wiara w siły natury, dziś zamieniona na pozorne bezpieczeństwo nowoczesnej medycyny! Sami się o to prosiliście. Osłabliście.“

Francuski akcent – mocny punkt, tylko jakoś mi się rozmył w następnym zdaniu (długawe). Może dałoby się trochę więcej dramatyzmu wycisnąć z tego fragmentu?

 

“– Sił może ci nie brak – odparł – ale odpowiedź jest prosta: jesteś tylko dziewczyną. Jakie masz szanse?“

Duch seksista?

 

“Tylko staruszki pamiętają słowa Rytuałów, a one nie podołają potędze Słów.“

I tu właśnie przekroczyłaś mój limit patosu:)

 

No, poczepiał się, poczepiał, ale Twój warsztat naprawdę godzien uwagi, skoro byłaś w stanie ożywić nawet tak pesymistyczny tekst. Czemu w końcu nie zgłosiłaś?

 

 

 

Mr_D: dzięki za wizytę i komentarz :) 

Duch w końcu (dla świętego spokoju, żeby uciszyć babskie biadolenie) decyduje się pomóc. Tak, to duch seksista :) Całe opowiadanie oparłam na własnej frustracji, wynikłej z pewnej rozmowy na temat (nie)równości płci. 

Spróbuję poprawić fragmenty, które wskazałeś, dzięki za uwagi. Mam skłonności do patosu, zwykle przy poprawianiu opowiadań wycinam tony powiewających peleryn, ochrypłych szeptów, włosów czarnych jak wodospady ciemności i tym podobnych cudów, ale zawsze coś się ostanie :)

I odpowiadając na ostatnie pytanie: właściwie to z zasady nie zgłaszam żadnych tekstów do konkursów. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Ciekawa sprawa. Dlaczego z dwóch opowiadań o nieco podobnej tematyce gorsze jest w bibliotece, a lepsze nie? “Plantację” bym klikał. I może to nie będzie zbyt motywujące, ale dochodzę do wniosku, że “Kto płacze za demonami?” jest jednym z Twoich słabszych tekstów. W mojej skromnej opinii – chyba nawet najsłabszym. 

Ale dobra, jestem pod “Plantacją”. Można tu spotkać jeden z rzadkich w naturze przypadków, kiedy Gravel walnęła całkiem niezłe zakończenie. Poza tym klasycznie – czytało się bardzo dobrze, lektura umiliła mi czas. Jest może trochę potknięć, ale rozumiem, że to stary tekst. Może znowu stwierdzisz, że wolałabyś o nim nie pamiętać, więc uprzedzę Cię (tak jak Ty lubisz uprzedzać czytelników w przedmowach) i wyrażę zdziwienie, pytając: dlaczego tak nie lubisz swoich starych tekstów? Czy dlatego, że widzisz w nich błędy, rzeczy, które teraz zrobiłabyś o wiele lepiej? Czy po prostu wynika to z tego samego powodu, dla którego kucharz w McDonaldzie nie ma ochoty na Happy Meala po pracy? 

fun, dzięki za zajrzenie. Fajnie, że się podobało – a najfajniej, że uznajesz zakończenie za niezłe. Szok ;) 

I tak, z perspektywy czasu wszystkie błędy, niespójności, nielogiczności i niezasłużone pochwały jakoś tak bardziej rażą… ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Powiedziałem, że bym klikał, więc kilkam ;)

Nowa Fantastyka