- Opowiadanie: palpio - Nieuchwytny

Nieuchwytny

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Nieuchwytny

Chudy mężczyzna o pociągłej twarzy siedział na kanapie. Pasiasta piżama zwisała na nim jakby była ze starszego i dużo większego brata. Po łysiejących zakolach na jego czole można było przypuszczać, że skończył już trzydzieści lat. Łóżko przyszykowane do snu.

Mężczyzna przyglądał się trzymanej w ręce małej flaszce zatkanej korkiem. Poruszył ręką. Światło z małej lampki stojącej na szafce padło na buteleczkę i odkryło ciemnoczerwoną ciecz.

Nazywał się Adrian Wrzosowski i zastanawiał się, czy użyć eliksiru, który otrzymał od wiedźmy. Tak, wiedźmy. Nie wróżki, ale właśnie od wiedźmy. Starej i zeschniętej.

Adrian miał duże problemy ze sobą. Nie radził sobie z życiem. Jeśli w ogóle można tu mówić o życiu. Skończył studia ekonomiczne na miejscowym uniwersytecie, ale nie mógł zaleźć pracy. Nie radził sobie z rozmowami i promowaniem siebie. Po prostu nie umiał udawać kogoś, kim nie był. Takich ludzi nie potrzebowano, a w dobie wielkiego bezrobocia było w czym wybierać. Do tego dochodzi brak przyjaciół, czy choćby jakiejś bliskiej osoby. W jego wieku mężczyźni mieli już rodziny lub prowadzili bogate życie towarzyskie, lecz nie on.

Obecnie pracował jako dozorca-złota rączka. Odziedziczył tę „fuchę” po dziadku, który niestety zmarł przed dwoma laty na atak serca. Rodzice także nie żyli, więc został sam.

Jednym słowem nie miał życia, a jedynie wegetował. Czuł się, jakby stał w miejscu, obracał się i obserwował co się wokół dzieje, ale nie mógł ruszyć. Ta bezsilność go dobijała.

Pewnego dnia wśród reklam zostawionych przez roznosicieli znalazł ogłoszenie psychoanalityka. Pierwsza wizyta gratis! Z początku odrzucił myśl, by skorzystać z oferty. Przecież nie jest wariatem! Po pewnym czasie jednak przemógł się i poszedł. Pierwsza wizyta u doktora Zawalskiego napełniła go nadzieją, więc umówił się na następne. Później spotkał tam nawet innych lokatorów z kamienicy, ale każdy udawał, że go nie poznaje.

Adrian uśmiechnął się na te wspomnienia.

Podczas jednej z wizyt, czekając na swoją kolejkę, przeglądał kolorowe czasopisma. Jedno z nich poświęcone było niezwykłym zjawiskom, astrologii, a nawet wróżbom. W nim właśnie natknął się na reklamę wróżki „Amandy”. (Wywnioskował z niej, jak się okazało, błędnie, że to młoda kobieta.) W związku z tym, że terapia nie odnosiła spodziewanego efektu, postanowił spróbować czegoś innego.

Adres zaprowadził go na obrzeża miasta. Domek stał na uboczu wśród drzew i krzewów. Cały ukryty był w cieniu, co dawało dosyć mroczny efekt. Wnętrze było jeszcze mroczniejsze. W powietrzu unosił się zapach kadzideł i czegoś jeszcze, ale Adrian nie potrafił rozpoznać co to było.

Pomieszczenia rozświetlone były jedynie ogniem świec. A przywitała go… wiedźma. Była strasznie pomarszczona i miała siwe włosy. Z nad haczykowatego nochala spozierały wredne oczka. Taka rasowa czarownica jak to opisują w różnych bajkach. W pierwszym odruchu chciał uciec.

To właśnie od niej Adrian otrzymał buteleczkę, w którą teraz się wpatrywał. Miał rozpuścić siedem kropli w szklance i wypić przed snem. Eliksir miał pomóc jego duszy odnaleźć równowagę.

Na początku się wahał, ale w końcu stwierdził, że nie po to wydał tyle kasy (w sumie trzy stówy) żeby nawet nie spróbować.

Odkorkował buteleczkę. Zastosował złamaną zapałkę, by wpuścić odpowiednią dawkę napoju do stojącej na szafce szklanki. Zamieszał łyżeczką, podniósł szklankę do ust i wypił zawartość jednym tchem. Wsunął się pod pierzynę i przez chwilę leżał, głęboko oddychając. Czekał dość długo, jednak nic się nie działo. W końcu wyłączył lampkę i po chwili zasnął.

 

Buty na szpilkach głośno stukały w zetknięciu z chodnikiem. Wąska spódnica nie pozwalała na duże kroki. Mimo to kobieta szła szybko ulicą rozświetloną jedynie latarniami. Było bardzo późno.

Weszła w bramę kamienicy. Na szczęście paliło się światło. Otworzyła drzwi i znalazła się na klatce schodowej. Pstryknęła włącznikiem światła. Już miała wejść na schody, gdy zamigotała żarówka na parterze. Kobiecie wydało się, że widziała jakiś cień, nic jednak nie usłyszała. Ostrożnie schodek za schodkiem ruszyła do góry. Spojrzała na półpiętro. Nikogo. Musiał jej się przewidzieć. Śmielej ruszyła na górę. Mieszkała na czwartym piętrze. Po drodze zaczęła szukać kluczy w torebce. Minęła drugie piętro i napotkała półmrok. Zaskoczona przystanęła. Spojrzała. No tak na trzecim znów żarówka się przepaliła, a dozorca nie wkręcił nowej.

– Cholerny dupek – szeptem próbowała dodać sobie otuchy. Na półpiętrze przystanęła i poczekała, aż jej oczy przywykną do półmroku. No nie było tak źle, wyżej żarówka się paliła, więc i na trzecim było co nieco widać. Niczego podejrzanego nie dostrzegła. Ruszyła dalej. Dotarła na trzecie, gdy nagle ogarnęły ją ciemności. Mało nie spadła ze schodów. Serce waliło jej w piersiach. Bała się, że zaraz przebije się przez żebra i skórę. Spokojnie. Musiała tylko powtórnie nacisnąć przełącznik. W ciemnościach nie było to proste, ale w końcu udało jej się namacać przycisk. Nacisnęła. Światło powróciło.

Już bez większych przygód dotarła do swojego mieszkania. Szybko wskoczyła do niego, zatrzaskując za sobą drzwi. Zamknęła je na wszystkie zamki. Odetchnęła z ulgą. Była bezpieczna. Stojąc na korytarzu, zdjęła żakiet i zawiesiła go na kołku. Spojrzała w lustro wiszące obok. Zobaczyła swoje blade odbicie i parsknęła.

– Ale z ciebie odważniak – pokiwała głową z dezaprobatą.

Ruszyła do kuchni. Zawsze po pracy mimo późnej pory wypijała gorącą herbatę. Właśnie miała złapać za czajnik, gdy usłyszała jakiś dziwny szmer dochodzący z pokoju. Zamiast czajnika złapała za ostry, o szerokim ostrzu, nuż. Trzymając go mocno w dłoni, ostrożnie ruszyła w kierunku dźwięku. Nie zgasiła światła na korytarzu, więc trochę blasku wpadało do pokoju. Jednak coś było nie tak. Większa część pomieszczenia pozostawała w mroku. Był on jakby ciemniejszy niż zwykle i dziwnie tłumił światło z korytarza.

Podeszła bliżej i sięgnęła ręką, by zapalić światło w pokoju. Ostrożnie zbliżyła rękę i dotknęła ciemności. Zaczęło dziać się z nią coś niedobrego. Zdziwiona przyglądała się przez chwilę trzymanemu w ręce nożowi. Następnie wymierzyła sobie dwa szybkie ciosy w brzuch. Upadła na kolana. Z jej ust wypłynęła krew, z gardła wydobył się charkot. Szeroko otwarte oczy nie mogły uwierzyć w to, co się stało. Wzięła jeszcze raz szeroki zamach. Nuż wbił się prosto w serce. Kobieta upadła na podłogę, a jej oczy zasnuła mgła.

Deszcz mocniej zabębnił o parapet. Rozpadało się na dobre.

 

Adrian stał przy oknie w kuchni. Obserwował ostatni z policyjnych samochodów, który opuszczał podwórze. Policjanci rozmawiali z nim przez chwilę, ale nic im nie powiedział. Przecież nie mógł powiedzieć, że widział we śnie śmierć pani Joanny lokatorki z pod 21.

Gdy usnął po wypiciu eliksiru, doznał uczucia, jakby opuścił swoje ciało. Z początku było jak we śnie. Dziwne miejsca, dziwne wydarzenia. Później znalazł się w miejscu, gdzie całkowicie się uspokoił i czuł się bezpiecznie. Nie potrafił przypomnieć sobie, jak wyglądało to miejsce. Pozostało tylko błogie odczucie.

I wtedy nagle coś wyrwało go stamtąd i znalazł się w mieszkaniu Joanny. Patrzył jej oczyma. Wyglądało, jakby to on sterował jej ciałem. Wziął nuż i zabił ją, choć tak naprawdę wcale tego nie chciał. Dopiero później zrozumiał, że to nie on.

Czuł, że nie jest tam sam. Wyczuł coś złego, jakąś mroczną istotę. Bał się jej. Była przerażająca. Emanowała złem, obrzydliwym i lepiącym. Czuł się brudny, zbrukany. Już kilka razy szorował się pod prysznicem, chcąc zmyć z siebie tą nieczystość, ale to nic nie dawało.

Mimo strachu musiał spróbować jeszcze raz wypić eliksir. Musiał powstrzymać tę istotę kimkolwiek lub czymkolwiek była, zanim zabije kogoś następnego.

 

Siedział na rozwalonej kanapie. W pomieszczeniu panowała zupełna ciemność. Mężczyźnie to jednak nie przeszkadzało. Bardzo dobrze widział w ciemności, a jeszcze lepiej się w niej czuł. Choć oddychał spokojnie, był wściekły. Podczas kolejnej wyprawy poza swoje obecne lokum znów napotkał tego dziwnego człowieka. Do tej pory rzadko kogoś spotykał, a tym bardziej kogoś takiego.

Nie mógł pozwolić, by popsuł mu kolejne polowanie. Musiał go zabić, unicestwić i to szybko. Tamten mógłby w przyszłości stanowić poważne zagrożenie.

Mężczyzna zaczął zbierać siły. Spojrzał na narysowany kredą rysunek na podłodze. Na końcu każdego ramienia gwiazdy stała czarna, gruba świeca.

 

Nadinspektor Jerzy Sapiehowicz właśnie zalewał gorącą wodą kawę w dwóch kubkach, gdy do pokoju wszedł podinspektor Szczur. Odłożył torebkę świeżych pączków na stolik. Płaszcz odwiesił na drewniany wieszak. W ciasnym pomieszczeniu oprócz dwóch drewnianych biurek zsuniętych naprzeciw siebie stał właśnie stolik zwany „gospodarczym”. Na nim oficerowie przechowywali cukier, herbatę, kawę i czajnik elektryczny, a czasami także pączki. Tuż przy drzwiach za drewnianym wieszakiem stała szafa pancerna na wszystko, co tajne.

Oficerowie usiedli naprzeciw siebie, każdy przy swoim biurku. Na plastikowych talerzykach ułożyli po dwa pączki w czekoladzie. Do popicia mieli po kubku kawy. Powoli zabrali się do drugiego śniadania.

– No i co o tym myślisz? – Pierwszy przerwał ciszę Sapiehowicz, znalazłszy małą przerwę między gryzem pączka, a łykiem kawy. Miał niski głęboki głos.

– Poważna sprawa. Dwa trupy w ciągu dwóch dni, a właściwie nocy, w tej samej kamienicy. Żadnych obcych śladów. Wszystko wskazuje, że zrobili to sobie sami, ale praktycznie jest to wykluczone. Ponure, dziwne i z dreszczykiem. – Podsumował Szczur, przełknąwszy kawałek smakowitego pączka.

– Trzy trupy. Licząc tego z przed tygodnia, a jeszcze więcej, jeżeli to ten sam sprawca, co w Krakowie. A wszystko na to wskazuje. Musimy dokładnie porównać i przeanalizować materiał, gdy tylko ekipa skończy. Może sekcja coś wykaże. Musimy znaleźć jakiś sensowny ślad. Przecież nie zabiły ich… – Ostatnie zdanie nadinspektora przerwał dzwonek telefonu. Podniósł słuchawkę i przyłożył ją do ucha. Słuchał przez chwilę uważnie.

– Dobra. Dajcie go do nas. – Odłożył słuchawkę na miejsce i zwrócił się do Szczura – Skarżyłeś się, że tego gospodarza nie było.

– No. – Szczur kiwnął głową.

– Właśnie się zgłosił. Twierdzi, że wie coś o tych zabójstwach.

 

Po przesłuchaniu Wrzosowskiego policjanci znów zasiedli przy swoich biurkach. Pierwszy odezwał się podinspektor Szczur.

– I co o tym sądzisz? – Sapiehowicz wpatrywał się zamyślony w okno. Widok przesłaniała mu maszyna do pisania stojąca na szerokim parapecie.

– No cóż. Albo jest szalony, albo ma bujną wyobraźnię.

– Przecież przyznał, że tam był. To po pierwsze. Po drugie opisując te zdarzenia znał szczegóły, o których nie mógł przeczytać w gazetach.

– Daj spokój! – Nadinspektor w końcu spojrzał na podwładnego. – Wierzysz, że pod wpływem jakiegoś… eliksiru wyszedł ze swojego ciała w postaci ducha i łaził swobodnie po kamienicy. Na dodatek spotkał demona, który potrafi zawładnąć ciałem człowieka i w ten sposób zabić go. To śmieszne.

– A ty nie wierzysz w duchy, demony? Nie uznajesz mocy nadprzyrodzonych?

– Widzę za to, że ty wierzysz. – Pokiwał z politowaniem głową. – Za dużo filmów oglądasz, ale dobrze, nawet przyjmując, że był obecny „duchem” przy morderstwach i mówi prawdę o tym… hm demonie, to jak go aresztujemy. Też opuścimy nasze ciała.

– Nie przesadzaj. Ja myślę, że to on zrobił. Ma jakieś nadprzyrodzone moce, których nie kontroluje. Pod wpływem otrzymanego eliksiru zaczął zabijać sąsiadów. Historyjkę o demonie wymyślił, by się jakoś usprawiedliwić.

Nadinspektor spojrzał na młodszego kolegę i pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Jesteś niesamowity. Mógłbyś pisać scenariusze. – Zamilkł na chwilę. – Mnie nie przerażają demony, diabły i inne takie. Wiesz, co mnie najbardziej przeraża. – Spojrzał na młodszego kolegę. – Tak naprawdę przerażają mnie ludzie i to do czego są zdolni. Przeraża mnie, gdy jacyś gówniarze dla uciech katują swojego rówieśnika. Przeraża mnie, gdy ktoś zabija staruszkę dla jej marnej emerytury. Przeraża mnie, gdy rodzice zabijają swoje dzieci, a później przetrzymują je w beczkach. Przeraża mnie, gdy młoda matka wyrzuca swoje nowo narodzone dziecko na śmietnik. Przeraża mnie, gdy ojciec rodziny, który powinien bronić i opiekować się nią, znęca się nad żoną i dziećmi. Jak widzisz, nie potrzeba nam żadnych demonów. Ludzie wymyślają je by się usprawiedliwić i znaleźć innego niż oni sami, winowajcę.

– Może boją się, że potrafią być tak okrutni – dodał z zadumą Szczur.

Nadinspektor w końcu przerwał przedłużające się milczenie.

– A wracając do tematu, uważam, że on tego nie zrobił. Pamiętaj, że wspomniał tylko o zabitych z jego kamienicy. Nic nie wie o trzeciej ofierze, ani o Krakowie. – Szczur chciał zaprotestować. – Wiem o czym myślisz, oczywiście mógłby to zataić, by odsunąć od siebie podejrzenia.

– Właśnie.

– Jednak jest coś na jego obronę. Mianowicie nasz podejrzany ma ogromne poczucie winy i raczej nie udaje.

– To co chcesz z nim zrobić?

– Na razie zatrzymamy go na czterdzieści osiem. Bądź co bądź jest ważnym źródłem informacji. Podsunął nam ciekawe tropy.

– Masz na myśli tę wiedźmę od eliksiru?

Sapiehowicz skinął głową.

– Drugi trop to psycholog. Kazałem sprawdzić i okazało się, że ofiary także do niego chodziły. Musimy to jutro z rana sprawdzić. Ty weźmiesz wiedźmę, ja psychologa.

Nadinspektor zaczął podnosić się z krzesła.

– Chwila! Dlaczego ja wiedźmę? – Szczurowi mocno nie spodobał się ten podział.

– Bo ty wierzysz w moce nadprzyrodzone. – Starszy mężczyzna z uśmiechem zakończył rozmowę.

 

W celi, w której go umieścili, nikogo nie było, więc wybrał dolną pryczę. Najpierw długo nie mógł usnąć, a gdy w końcu mu się to udało miał zły sen. Śniła mu się cela. Dokładnie taka jak w rzeczywistości. Siedział na pryczy i czekał. Nic nie słyszał, ale czuł, że coś zbliża się do niego. Zło utkane z ciemności. Czuł jak porusza się korytarzem, jak szuka go. Zbliżało się powoli. Czym było bliżej, tym większy ogarniał go strach. Zaczął wpadać w panikę. Przerażało go to nieuchronne spotkanie. Wiedział, że to zło, które idzie by go zniszczyć. Nie, nie bał się śmierci, utraty ciała. Bał się utraty duszy, a to ona była celem intruza. Wiedział to, po prostu to wiedział.

W końcu stwór zatrzymał się przed drzwiami celi. Światło z korytarza przygasło, zostało pochłonięte przez tą dziwną istotę. I w tedy się przebudził. Serce szaleńczo tłukło się o żebra. Leżał z zamkniętymi oczyma i powoli wracał do siebie. Oddech wyrównywał się i uspokajał. Wreszcie zebrał się na odwagę i powoli otworzył oczy. Serce mu zamarło.

Sen stał się rzeczywistością, a później był już tylko spokój.

 

Śmierć Wrzosowskiego potwierdziła jego niewinność. Podinspektor do tej pory nie mógł wymazać z pamięci jego okropnego wyrazu twarzy i przerażenia w martwych oczach. Po przewiezieniu zwłok do kostnicy rozstał się z Sapiehowiczem i udał się pod wskazany adres. Wziął ze sobą buteleczkę z eliksirem, którą kupił Adrian. Trochę mu to zajęło, ale w końcu udało mu się znaleźć odpowiedni adres. Zatrzymał samochód przed bramą i wysiadł. Musiał zarzucić kaptur na głowę, bo woda wciąż lała się z szarych niskich chmur, aż po horyzont pokrywających niebo.

Furtka była otwarta. Znalazł na niej nawet tabliczkę z godzinami przyjęć wróżki 'Amandy'. Ruszył powoli tunelem utworzonym przez drzewa. Chroniły przed deszczem, ale powodowały, że ścieżka prowadząca do domu tonęła w mroku nawet w słoneczne dni. Dziś był to ciemny tunel, na końcu którego paliło się światło nad małymi schodkami przed domem.

Udało mu się jednak przejść i stanął przed drzwiami. Po prawej stronie był dzwonek. Nacisnął go. Po chwili drzwi otworzyły się, ukazując za sobą młodą kobietę. Była ubrana w czarną obcisłą sukienkę, która podkreślała jej szczupłą, ale kobiecą figurę. Miała kruczoczarne, długie do ramion włosy, które okalały piękną twarz o łagodnych rysach. Największe jednak wrażenie robiły oczy. Duże o ciemnym kolorze tęczówki. Były urzekające.

Z tego też powodu podinspektor Szczur stał jak wryty. W końcu spodziewał się ujrzeć zasuszoną wiedźmo-staruszkę. Dopiero, gdy dziewczyna uśmiechnęła się i zaprosiła go do środka, odzyskał mowę. Przedstawił się i określił sprawę, z jaką przyszedł. Wróżka, bo była to ona, zaprosiła go do przytulnego saloniku. Usiedli w fotelach. Chciał zacząć przesłuchanie, gdy kobieta przerwała mu.

– Może napije się pan herbaty? – Próbował zaprotestować, ale nie zdążył. Kobieta szybko wstała i wybiegła do kuchni. Wróciła po pięciu minutach z tacą, na której niosła dwie filiżanki parującej herbaty i cukier. Postawiła na stoliku i poprosiła, by się poczęstował. Wydawała się czymś podniecona.

Jeszcze raz zaczął wyjaśniać całą sprawę. Wyjął z kieszeni kurtki folię z małym flakonikiem.

– Tego użył. Twierdził, że kupił to tu.

Kobieta obejrzała dokładnie flakonik.

– To niemożliwe. Ta… substancja nie jest na sprzedaż. Ode mnie na pewno tego nie dostał.

– Faktycznie. Zeznał, że spotkał tu starszą kobietę. – Pominął szczegóły. – Dlatego zaskoczyło mnie, że to Pani jest… wróżką. Czy mieszka Pani sama?

Kobieta pobladła.

– Kiedy dokładnie był tu ten człowiek?

– Zdaje się, że we wtorek w zeszłym tygodniu.

– W takim razie… musiał spotkać moją babcię.

– Czy mógłbym się z nią zobaczyć?

– To niemożliwe. Ona nie żyje. Umarła w środę rano. Wczoraj był jej pogrzeb.

– Przykro mi.

– Dziękuję. – Odpowiedziała, wycierając zwilgotniałe oczy. – To zaczyna się układać w całość.

– Układać..?

– Zanim moja babcia umarła przeprowadziła ze mną długą rozmowę. Mówiła o ważnych dla mojego życia wydarzeniach mających wkrótce nadejść. Przepowiedziała, że przyjdzie do mnie mężczyzna i kazała bym mu pomogła.

– Pomogła? Jak? – zapytał ze zdziwieniem.

– Nie wie pan? – odpowiedziała. Pokręcił przecząco głową. – To po co przyniósł pan ze sobą narzędzie zbrodni.

– Skąd…!? – teraz dopiero naprawdę się zdziwił.

Spojrzeli sobie w oczy.

– Ciekawe. Nie wierzysz, że mam nadzwyczajne zdolności, ale jednocześnie chcesz z nich skorzystać – uśmiechnęła się kpiąco. – Czyżby desperacja? – Była zaskoczona swobodą, z jaką z nim rozmawiała. Wydawało jej się, że znają się od bardzo dawna. Jeżeli babcia się nie pomyliła to spędzi z nim jeszcze dużo, dużo czasu.

– To bardzo poważna sprawa. Musimy go powstrzymać kimkolwiek lub czymkolwiek on jest – odpowiedział poważnie.

Pokiwała głową.

– Wiem – ona też była poważna. – Proponuję byśmy mówili sobie po imieniu, będzie łatwiej. – Wyciągnęła do niego rękę. – Mam na imię Anna. Anna Rabat, mówiąc ściślej.

– Maciej. Maciej Szczur. – Już drugi raz przedstawił jej się i uścisnął dłoń.

 

 

Zaprowadziła go do małego pokoiku położonego na piętrze. Pokoik był zaciemniony. Okna przysłonięte były bordowymi zasłonami. Było bardzo cicho. Nie słychać było nawet wiatru, który coraz mocniej poruszał drzewami. Zapaliła światło. Pomieszczenie było prawie puste. (To dlatego kazała mu zabrać krzesło z dołu.) Na środku drewnianej podłogi, z techniczną dokładnością, narysowany był pentagram. Na każdym ramieniu gwiazdy stała gruba, biała świeca.

Zaraz, gdy weszli wyczuł dziwny zapach, ale nie mógł go z niczym skojarzyć. Kazała mu ustawić krzesło w rogu, a sama przygotowywała się do zajęcia miejsca w środku rysunku. Zapaliła świece, zgasiła światło i zamknęła drzwi. Zapach stał się bardziej intensywny.

– Co mam robić? – Był lekko zdenerwowany. Sam nie wiedział dlaczego,

– Na początek poproszę o rekwizyt. Wyciągnęła do niego rękę. Podał jej torebkę z nożem. – Niestety będę musiała go dotknąć bezpośrednio.

Chwilę się wahał, ale w końcu skinął głową. Jakoś to wytłumaczy. Tymczasem dziewczyna usiadła „po turecku”, otworzyła torebkę i zaczęła udzielać wskazówek.

– Nic nie rób. Zachowaj ciszę. To, co chcę zrobić wymaga dużej koncentracji. Musisz zachować spokój cokolwiek by się działo i przede wszystkim nie wchodzić na rysunek.

– Czy to niebezpieczne? – Atmosfera coraz bardziej zaczęła mu się udzielać.

– Wszystko jest niebezpieczne, nawet przechodzenie na zielonym świetle, ale nie martw się – uśmiechnęła się do niego, choć tak naprawdę miała pewne obawy. To miała być jej pierwsza samodzielna „akcja”. Nie wiedziała, co może ją spotkać, dlatego trochę się bała.

– Zaczynamy. – Sięgnęła ręką po nuż, na którym było widać rdzawe ślady krwi. Narzędzie zbrodni położyła przed sobą, a dłonie, wnętrzem do góry, oparła na kolanach. Złączyła wszystkie palce. Znalazła wygodną pozycję, przymknęła oczy i kilka razy odetchnęła głęboko.

Podinspektor także znalazł dogodną pozycję na krześle i w milczeniu przypatrywał się pięknej wróżce. Minęło kilka minut, jej oddech wyrównał się. Nastała cisza, którą mąciły jedynie odgłosy deszczu uderzającego o parapet.

Czas płynął. Szczur zaczął się niepokoić. Znów myślał o sensowności tego eksperymentu. Zaczęły cierpnąć mu niektóre części ciała. Chciał zmienić pozycję, gdy nagle płomienie świec zadrgały. W pomieszczeniu zrobiło się jakby chłodniej. Zamrugał zdziwiony i jeszcze raz spojrzał na Annę. Żeby lepiej widzieć prawie położył się na podłodze. Nie mógł uwierzyć w to, co widział. Dziewczyna unosiła się nad podłogą. Lewitowała.

Nagle krzyknęła. Podinspektor podskoczył, a jego serce zaczęło tłuc z niewiarygodną szybkością.

– Kim jesteś? – Wyglądało na to, że z kimś rozmawiała. W głosie dziewczyny słychać było zdenerwowanie. – Czego chcesz?.. To ty… Zostaw mnie… nie możesz… dlaczego… nie… proszę…

Policjant nie wiedział co się dzieje. Dziewczyna wyraźnie zbladła. Głos jej drżał, a oddech przyspieszał coraz bardziej. Była przerażona. Działo się coś strasznego. Zaczął wpadać w panikę. Włosy Anny poruszały się jak na silnym wietrze. Wietrze, którego on nie czuł. Wszystko działo się w obrębie rysunku, który zaczął wypełniać się ciemnością.

Znów krótko krzyknęła – co… – nastąpiła przerwa, podczas której oddech zaczął znów zwalniać. – Dziękuję, ale kim jesteś… ach, więc to ty spotkałeś moją babcię… tak… tak… nie… tak, jest ze mną, ale skąd… dobrze… dobrze… powodzenia i jeszcze raz dziękuję. – Znów oddychała równo i spokojnie. Powoli opadła z powrotem na podłogę.

Policjant czekał w napięciu. Ręce lekko mu się trzęsły. W końcu dziewczyna otworzyła oczy. Popatrzyła na niego i blado się uśmiechnęła. – Już wszystko wiem. Spotkałam Adriana Wrzosowskiego, a raczej jego ducha. Wiem gdzie ukrywa się zabójca. Adrian powstrzyma go przed powrotem do ciała, lecz musimy się spieszyć.

 

 

Wycieraczki pracowały pełną parą, walcząc z wodą lejącą się z nieba.

Zaraz po rozmowie z Anną podinspektor zadzwonił do Sapiehowicza i opowiedział mu wszystko. Wbrew obawom tamten nie zadawał zbyt wielu pytań i nie dziwił się niczemu. Powiedział, że już jest w takim wieku, że nic go nie dziwi.

Teraz jechali do miejsca, które wskazała Anna. Była to stara kamienica przeznaczona do rozbiórki. Tam była kryjówka mordercy. Jak się okazało był nim psycholog. Potwierdzało to domysły nadinspektora. Psycholog, jeżeli faktycznie nim był, zniknął. Anna ostrzegła, że jest bardzo niebezpieczny. Aresztowanie nie wchodziło w rachubę. Ten człowiek był przesiąknięty złem na wskroś i zaczął stawać się sługą ciemności. Trzeba było go powstrzymać za wszelką cenę. Musieli go zabić.

 

Dochodzili na ostatnie piętro. Drogę oświetlali latarkami. W prawo i pierwsze drzwi po lewej. Tam ukrywa się morderca. Oficerowie ostrożnie stawiali kroki. Obaj trzymali w rękach broń. Gdy nadjechali w budynku widać było jakieś błyski, teraz jednak panowała nienaturalna cisza. Mieli nadzieję, że nie jest za późno. Stanęli przed drzwiami. Szczur przyłożył ucho, lecz nic nie usłyszał. W sumie zadanie było proste. Mieli znaleźć kryjówkę i jeżeli Adrian wywiąże się ze swojego zadania, to drania mieli jak na widelcu. Wystarczyło go unieszkodliwić. Największy problem to strzelanie do bezbronnego.

Dając sobie znaki przygotowali się do wejścia. Wcześniej zgasili latarki by światło ich nie zdradziło. Szczur złapał za klamkę. Sapiehowicz celował w drzwi. Spojrzeli na siebie ostatni raz i skinęli głowami na znak gotowości.

Podinspektor otworzył drzwi szarpnięciem. Jednocześnie nadinspektor zapalił latarkę i wycelował. W świetle oprócz złych, wręcz nieludzkich oczu, dojrzał lufę wycelowanej w siebie broni. Duch ich zawiódł, przemknęło mu przez myśl. W następnej chwili poczuł uderzenie i poleciał w tył. Przełamał barierkę i spadł na schody.

W tej samej chwili, w której strzelił morderca, ogień otworzył Szczur. Przestał strzelać dopiero, gdy skończyła się amunicja. Akcja była skończona.

 

Szczur stał obok szpitalnego łóżka, w którym leżał Sapiehowicz.

– Miałeś rację. Ten facet miał w sobie demona – powiedział nadinspektor.

– Nie to ty miałeś rację. To był po prostu zły człowiek.

– Każdy ma w sobie demona, z którym toczy walkę – powiedział Sapiehowicz. – Wygląda więc na to, że obaj mieliśmy rację.

Ich oczy spotkały się. Jednocześnie wybuchli śmiechem.

– Co teraz zamierzasz? – zapytał się Sapiehowicz.

– Wezmę urlop i trochę sobie powróżę – mrugnął do niego Szczur. – A ty?

– Chyba pójdę jednak na emeryturę. Następnym razem mogę się nie wywinąć.

 

Całkowicie zniszczyli jego lokum. Nie przejmował się jednak tym i tak był już najwyższy czas by zmienić miejsce. Znajdzie nową lepszą powłokę, wyrzuci właściciela i zacznie polowania od nowa. W końcu miał tyle możliwości.

Koniec

Komentarze

Zamieszał łyżeczką, podniósł szklankę do ust i wypił zawartość jednym tchem. – no i na tym zdaniu powinno się skończyć, bo nie da się wypić czegoś jednym tchem i się nie udusić. Twój bohater umiera. Napisy końcowe. :D

A tak ogółem: początek mnie znudził, więc go przeskoczyłem. Reszta taka sobie i pomysł nie nowy. 

Ciężko się czytało momentami.

F.S

Bardzo naiwne opowiadanie. Prawie nic tu się kupy nie trzyma.

Nie do wiary, że Adrian, mając fatalne doświadczenie po zażyciu pierwszej dawki eliksiru, sięga po drugą. Mało wiarygodna jest sytuacja, kiedy kilkoro lokatorów jednej kamienicy szuka porady u tego samego psychologa. Absurdalna jest sytuacja, kiedy policjant jedzie do kogoś, by go przesłuchać i zabiera ze sobą materiały dowodowe, w tym narzędzie zbrodni.

Nie dowiedziałam się, kim była babka i dlaczego sprzedała Adrianowi eliksir, który nie był na sprzedaż. Nie wiem, co za demon wstępował w ludzi i dlaczego mordował.

Tekst czyta się, delikatnie mówiąc, nie najlepiej. Liczne błędy wszelkiej maści skutecznie utrudniają lekturę.

Sporo pracy przed Tobą, Palpio, ale mam nadzieję, że z czasem będziesz pisać coraz lepiej.

 

Pa­sia­sta pi­ża­ma zwi­sa­ła na nim jakby była ze star­sze­go i dużo więk­sze­go brata. – Ze zdania można zrozumieć, że piżama była z brata, nie z tkaniny.

Może: Pa­sia­sta pi­ża­ma zwi­sa­ła na nim, jakby była po star­szym i dużo więk­szym bracie.

 

Po ły­sie­ją­cych za­ko­lach na jego czole można było przy­pusz­czać, że skoń­czył już trzy­dzie­ści lat. – Wiadomo, gdzie są zakola i co jest ich przyczyną; wiem też o czyim czole piszesz.

Proponuję: Po za­ko­lach można było przy­pusz­czać, że jest po trzydziestce.

 

Łóżko przy­szy­ko­wa­ne do snu. – Piszesz o siedzącym na kanapie mężczyźnie z zakolami. Co ma do tego łóżko?

 

Świa­tło z małej lamp­ki sto­ją­cej na szaf­ce… – Świa­tło małej lamp­ki sto­ją­cej na szaf­ce

 

Nie ra­dził sobie z ży­ciem. Jeśli w ogóle można tu mówić o życiu. Skoń­czył stu­dia eko­no­micz­ne na miej­sco­wym uni­wer­sy­te­cie, ale nie mógł za­leźć pracy. Nie ra­dził sobie z roz­mo­wa­mi… – Powtórzenie.

 

Z nad ha­czy­ko­wa­te­go no­cha­la spo­zie­ra­ły wred­ne oczka.Znad ha­czy­ko­wa­te­go no­cha­la

 

Miał roz­pu­ścić sie­dem kro­pli w szklan­ce i wypić przed snem. – Można rozpuścić coś w czymś, ale eliksiru w szklance chyba się nie da. ;-)

Pewnie miało być: Miał roz­pu­ścić sie­dem kro­pli w szklan­ce wody/ lub innej cieczy i wypić przed snem.

 

Mu­siał jej się prze­wi­dzieć.Mu­siało jej się przywi­dzieć.

Sprawdź w słowniku, co znaczy przewidzieć, a co przywidzieć.

 

Sto­jąc na ko­ry­ta­rzu, zdję­ła ża­kiet i za­wie­si­ła go na kołku. – Raczej: Sto­jąc w przedpokoju, zdję­ła ża­kiet i za­wie­si­ła go na kołku.

Na korytarzu była, zanim weszła do mieszkania.

 

Zo­ba­czy­ła swoje blade od­bi­cie i par­sk­nę­ła.Zo­ba­czy­ła blade od­bi­cie i par­sk­nę­ła.

Zbędny zaimek; czy mogła zobaczyć cudze oblicze?

 

Wła­śnie miała zła­pać za czaj­nik… – Wła­śnie miała zła­pać czaj­nik

 

Za­miast czaj­ni­ka zła­pa­ła za ostry, o sze­ro­kim ostrzu, nuż.Za­miast czaj­ni­ka zła­pa­ła ostry nóż o sze­ro­kim ostrzu.

Nuż wbił się pro­sto w serce.Nóż wbił się pro­sto w serce.

Bój się bogów, Palpio! Czy Ty nużem kroisz chleb?!

 

ale nic im nie po­wie­dział. Prze­cież nie mógł po­wie­dzieć… – Powtórzenie.

 

że wi­dział we śnie śmierć pani Jo­an­ny lo­ka­tor­ki z pod 21. – …że wi­dział we śnie śmierć pani Jo­an­ny, lo­ka­tor­ki spod dwudziestego pierwszego.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Dziw­ne miej­sca, dziw­ne wy­da­rze­nia. Póź­niej zna­lazł się w miej­scu, gdzie cał­ko­wi­cie się uspo­ko­ił i czuł się bez­piecz­nie. Nie po­tra­fił przy­po­mnieć sobie, jak wy­glą­da­ło to miej­sce. – Powtórzenia.

 

Póź­niej zna­lazł się w miej­scu, gdzie cał­ko­wi­cie się uspo­ko­ił… – Póź­niej zna­lazł się w miej­scu, w którym cał­ko­wi­cie się uspo­ko­ił

 

Wziął nuż i zabił ją… – Wziął nóż i zabił ją

 

Ema­no­wa­ła złem, obrzy­dli­wym i le­pią­cym. – Co lepiło zło?

Pewnie miało być: Ema­no­wa­ła złem, obrzy­dli­wym i lepkim.

 

Spoj­rzał na na­ry­so­wa­ny kredą ry­su­nek na pod­ło­dze. – Masło maślane.

 

Płaszcz od­wie­sił na drew­nia­ny wie­szak. W cia­snym po­miesz­cze­niu oprócz dwóch drew­nia­nych biu­rek zsu­nię­tych na­prze­ciw sie­bie stał wła­śnie sto­lik zwany „go­spo­dar­czym”. Na nim ofi­ce­ro­wie prze­cho­wy­wa­li cu­kier, her­ba­tę, kawę i czaj­nik elek­trycz­ny, a cza­sa­mi także pącz­ki. Tuż przy drzwiach za drew­nia­nym wie­sza­kiem stała szafa pan­cer­na na wszyst­ko, co tajne. Ofi­ce­ro­wie usie­dli na­prze­ciw sie­bie, każdy przy swoim biur­ku. Na pla­sti­ko­wych ta­le­rzy­kach uło­ży­li po dwa pącz­ki w cze­ko­la­dzie.– Powtórzenia.

 

Li­cząc tego z przed ty­go­dnia… – Li­cząc tego sprzed ty­go­dnia

 

Nad­in­spek­tor spoj­rzał na młod­sze­go ko­le­gę i po­krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem.

– Je­steś nie­sa­mo­wi­ty. Mógł­byś pisać sce­na­riu­sze. – Za­milkł na chwi­lę. – Mnie nie prze­ra­ża­ją de­mo­ny, dia­bły i inne takie. Wiesz, co mnie naj­bar­dziej prze­ra­ża. – Spoj­rzał na młod­sze­go ko­le­gę. – Powtórzenia.

A w kolejnych sześciu zdaniach jeszcze sześć razy jest słowo przeraża. Czy celowo?

 

Czym było bli­żej, tym więk­szy ogar­niał go strach.Im było bli­żej, tym więk­szy ogar­niał go strach.

 

Świa­tło z ko­ry­ta­rza przy­ga­sło, zo­sta­ło po­chło­nię­te przez dziw­ną isto­tę.Świa­tło na ko­ry­ta­rzu przy­ga­sło, zo­sta­ło po­chło­nię­te przez dziw­ną isto­tę.

 

Tro­chę mu to za­ję­ło, ale w końcu udało mu się zna­leźć od­po­wied­ni adres. Tro­chę to trwało, ale w końcu udało mu się zna­leźć od­po­wied­ni adres.

 

Dla­te­go za­sko­czy­ło mnie, że to Pani jest… wróż­ką. Czy miesz­ka Pani sama?Dla­te­go za­sko­czy­ło mnie, że to pani jest… wróż­ką. Czy miesz­ka pani sama?

Zwroty grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

– Ukła­dać..? – Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Po­ko­ik był za­ciem­nio­ny. Okna przy­sło­nię­te były bor­do­wy­mi za­sło­na­mi. Było bar­dzo cicho. Nie sły­chać było nawet wia­tru, który coraz moc­niej po­ru­szał drze­wa­mi. Za­pa­li­ła świa­tło. Po­miesz­cze­nie było pra­wie puste. (To dla­te­go ka­za­ła mu za­brać krze­sło z dołu.) Na środ­ku drew­nia­nej pod­ło­gi, z tech­nicz­ną do­kład­no­ścią, na­ry­so­wa­ny był pen­ta­gram. – Niepokojące objawy byłozy.

 

choć tak na­praw­dę miała pewne obawy. To miała być jej pierw­sza sa­mo­dziel­na „akcja”. – Powtórzenie.

 

Się­gnę­ła ręką po nuż… – Nóż zaczyna mi się otwierać w kieszeni.

 

a jego serce za­czę­ło tłuc z nie­wia­ry­god­ną szyb­ko­ścią. – Co/ kogo tłukło serce?

 

Prze­stał strze­lać do­pie­ro, gdy skoń­czy­ła się amu­ni­cja. Akcja była skoń­czo­na. – Powtórzenie.

 

Jed­no­cze­śnie wy­bu­chli śmie­chem.Jed­no­cze­śnie wy­bu­chnęli śmie­chem.

 

Co teraz za­mie­rzasz? – za­py­tał się Sa­pie­ho­wicz.Co teraz za­mie­rzasz? – za­py­tał Sa­pie­ho­wicz.

 

Wezmę urlop i tro­chę sobie po­wró­żę – mru­gnął do niego Szczur.Wezmę urlop i tro­chę sobie po­wró­żę.Mru­gnął do niego Szczur.

Nie zawsze prawidłowo zapisujesz dialogi. Zajrzyj tu: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Po łysiejących zakolach

W sensie, że te zakola łysiały? Łysiocepcja!

Ogólnie to pod względem logiki zdarzeń i realizmu jest raczej źle. Historia jest nieciekawe i pełno w niej różnorodnych błędów, co dosyć zniechęca do czytania. Na szczęście nie jest też tak, że w ogóle nie da się tego czytać, więc pewnie po nabraniu wprawy będzie lepiej.

 

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Zgadzam się z Regulatorami. Ja jeszcze miałam problem z wyobrażeniem sobie sytuacji, w której dwóch policjantów idzie zabić podejrzanego. Bo jest złym człowiekiem, a tak powiedziała jednemu z nich wróżka. I aresztowanie człowieka, którego nawet właściwie nie podejrzewali. I jeszcze ta pusta cela…

Wprowadzasz różne wątki, ale w końcu nic nie wyjaśniasz; do czego dążyła babcia, a do czego demon. Nawet nie wspominasz, czy w końcu policjant i wróżka się pobrali. ;-)

Ostrożnie zbliżyła rękę i dotknęła ciemności. Zaczęło dziać się z nią coś niedobrego.

Ale z czym/ kim? Konstrukcja zdań wskazuje, że z ciemnością, ale z kontekstu wynika, że raczej z ręką, a może z kobietą. Uważaj na zaimki.

I popraw błędy wskazane przez Reg, bo te nuże strasznie dają po oczach.

Babska logika rządzi!

Tekst przekroczył dwie granice: mojej cierpliwości i mojej percepcji. Nic nie dokończone, nie wyjaśnione, nie uzasadnione, błędów od groma… jestem przekonany, że dobrze chciałeś, ale kiepsko Ci wyszło. Popracuj nad wszystkim, co znajdujesz w komentarzach, a na pewno będzie lepiej – a w końcu całkiem dobrze.

Tekst dosyć chaotyczny, za dużo powciskanych wątków. Tematyka też niczego nowego nie wprowadza – to samo w sobie nie dyskwalifikuje opowiadań, jeśli są napisane z polotem, ale tu mi tego zabrakło. Raziło też parę moralizatorskich wypowiedzi. I błędów sporo, szczególnie ten powtarzający się nuż – to, że Word czegoś nie podkreśla, nie znaczy jeszcze, że w tym kontekście zapisane jest dobrze. Ogólnie tragicznie nie jest, ale mogło być znacznie lepiej.

Dziękuję za wszystkie uwagi i przepraszam za te okropne błędy :)

Sięgnęła ręką po nuż, – ; )

 

Słabiutkie opowiadanie. Jak zauważono, kuleje logika wydarzeń. Warto też zauważyć, że takie historie bazują na klimacie i napięciu. A żeby było napięcie, to czytelnik musi w jakiś sposób polubić bohatera, no a lubi się takich bohaterów, którzy są ludzcy. Ci policjanci są jak papierowe kukły, nijako idą, nijako rozmawiają, jest w nich zero życia. 

W przyszłości musisz się zastanowić, jakich bohaterów lubisz w książkach i opowiadaniach i – od strony technicznej – dlaczego, tj. czy autor dał temu bohaterowie jakieś specyficzne cechy, jak je opisał, czy bohater zachowuje się w jakiś szczególny sposób podczas istotnych wydarzeń fabularnych (albo też na co dzień), a potem samemu spróbować stworzyć nieco bardziej złożonego bohatera.

 

 

I po co to było?

Nowa Fantastyka