- Opowiadanie: Arvil218 - Edyp Król

Edyp Król

Jestem niemal pewny że ktoś napisał o tym przede mną, ale nie wiem jeszcze kto. Jeśli ktoś z tych 5 czytelników którzy przeczytają będzie wiedział, docenię wiadomość. 

Czy jeśli piszę fanfiction do mitu to nadal jest fanfictiom?

 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Edyp Król

Edyp

I

Wieść niosła się daleko: Teby zostały przeklęte przez Bogów. Gromowładny, karząc zepsute miasto, zesłał na nie swojego emisariusza, śpiewaczkę, która czatowała na śmiałków chcących przybyć do miasta. Pojawiała się i znikała, mordując to pojedynczych wędrowców, to niszcząc całe karawany. Nikt nie wiedział, gdzie potwór ma swoje leże, szczególnie upodobał sobie jednak pewną górską przełęcz, wiodącą do Teb.

 Król Teb, Labdak wielokrotnie ruszał ze swoimi zastępami, chcąc zetrzeć się z potworem. Śpiewaczka jednak wtedy znikała. Bezradny Labdak mógł jedynie zostawić na przełęczy posterunki i wrócić za mury miasta. Posterunki jednak prędzej czy później znikały, a trupy Tebańskich mężów odnajdywano rozbite na skałach. Sam Labdak pewnego razu wyruszył z Teb, tylko po to aby nigdy więcej nie wrócić.

Monstrum miało jednak pewne dziwne upodobanie. Pozwalało czasem podejść do siebie nie uzbrojonym wędrowcom i zadawało im zagadkę. Tylko prawdziwy mędrzec mógł znaleźć rozwiązanie. Jak głosiła przepowiednia, ten któremu by się to udało, odegnałby potwora i udowodniwszy swoją mądrość został nowym królem Teb. Ta sztuka jednak, jak dotąd, nie udała się żadnemu ze śmiałków.

 

II

 

Droga wiodąca z Koryntu do Teb nie była zbyt długa. Przeciętnemu piechurowi, nie obarczonemu nadmiernym ciężarem, zajmowała trzy, cztery dni. Niemal od razu po zostawieniu za sobą Koryntu wędrowiec opuszczał Peloponez i znajdował się na cienkim języku, łączącym półwysep z kontynentem. Idąc od strony Koryntu po lewej stronie miało się spokojne wody zatoki Korynckiej, a po prawej stronie morze. Latem była to przyjemna trasa; trakt biegł po płaskim terenie, a silny, nieustający nawet na chwilę wiatr, wiejący między wodami, przyjemnie chłodził podróżnika. Napotykało się stada owiec, pędzone przez pasterzy i rolników uprawiających swoje małe poletka.

Jednak zimą przejście nie było przyjemne, a tego roku zima była wyjątkowo ostra. Chłodny, wiatr, porywiście wiejący to w jedną, to w drugą stronę, wdzierał się pod ubranie, a wszechobecna wilgoć potęgowała uczucie chłodu. Edyp, który wyruszył z Koryntu w pośpiechu, nie miał czasu, aby należycie się przygotować i niemiłosiernie marzł. Na dodatek styczeń tego roku był niezwykle deszczowy, tak że przez cały czas w powietrzu unosiła się ledwo dostrzegalna mgiełka mżawki, przeradzającej się czasem w ostrzejsze ataki deszczu, miotane wichrem.

Mokre drewno nie chciało się palić. Edyp spędził noc w półśnie, smagany deszczem i wiatrem. Ruszył w dalszą drogę o świcie, bluźnierczo przeklinając pod nosem kaprysy Zeusa i czując się dość paskudnie. Następnego dnia, przeszedł mniej niż miał nadzieję. Wolałby jak najszybciej opuścić ten przeklęty przesmyk. Na szczęście dla niego, już po południu teren zaczął się zdecydowanie podwyższać. Wieczorem zostawił wody zatok za sobą i znalazł się na kontynencie. Wspiął się po skalnej drodze górskiej do pewnej wysokości, po czym uznał, że na dziś starczy. Z wysokości wzniesień obrzucił zmęczonym spojrzeniem szarą, zmokniętą krainę, zamkniętą między dwoma ogromami wody. Uderzony silniejszym podmuchem wiatru, skulił się i zszedł z utartego szlaku, szukając schronienia. Przenocował w niewielkiej, niskiej jamie. Tym razem udało mu się rozpalić ognisko. Zjadł przypiekany ser i z chlebem. Najadł się i ogrzał.

Mimo to łupało go w kościach i nie czuł się dobrze. Nie mógł znaleźć wygodnej pozycji do snu; dręczyły go dreszcze i złe myśli. Edyp nie określał tego w ten sposób, ale poza wszystkimi fizycznymi niedogodnościami, czuł strach.

Od momentu kiedy wyruszył, po południu przedwczoraj, nie wahał się ani przez chwilę; parł do przodu gnany biczem pożądania, rządzą chwycenia się za bary z losem i rozłożenia go na łopatki. Edyp nie znał strachu; nie bał się wcześniej ani gniewu ojca Pelagii, ani jego gróźb, ani jego niewolników, zdolnych zamordować na jego życzenie. Jednak tak bliska wizja zmierzenia się ze śpiewającym monstrum, wywoływała strach. Edyp przewracał się z boku na bok. Wcześniej jego pewność siebie tłumiła lęk; teraz jednak było na odwrót. Sfinks, Sfinks, Sfinks powtarzał jak mantrę, gorączkując. Znał rozwiązanie zagadki. W końcu bezład jego myśli zlał się z szumem wiatru i bębnieniem deszczu na zewnątrz i świadomość sprowadziła się do tylko jednego: niepokoju.

Całą noc męczyły go sny. Oglądał w nich niskiego mężczyznę o jasnych włosach, niemal niespotykanych w tych stronach, o krępej budowie. Sprawiał wrażenie wesołego i bystrego. Był to Edyp.

W pierwszej części snu Edyp rozmawiał ze swoim przyjacielem, który zdradził mu zagadkę śpiewaczki. Jego przyjaciel opowiadał, że słyszał ją na własne uszy, kiedy razem ze swoim panem podjęli górską przeprawę do Teb. Przyjaciel zdołał umknąć i podzielił się z Edypem zasłyszaną piosenką. Edyp przekonany, że zna rozwiązanie ruszył zmierzyć się ze Sfinksem.

W następnej części snu, stał już na przełęczy i słyszał łopot skrzydeł nadlatującego potwora. Widział jego cień, przesuwający się po ziemi. W tym momencie, uświadomił sobie, że jego przyjaciel okłamał go, dla żartu albo dla jakiegoś niewiadomego zysku. Cień zbliżał się, Sfinks miał zaraz pojawić się naprzeciw śmiałka i Edyp wiedział że zginie, ponieważ nie odgadnie poprawnego rozwiązania zagadki. Próbował uciec, zanim Sfinks się pojawi, ale że mógł się ruszyć mimo wytężania wszystkie sił. Stał nieruchomo, kiedy Sfinks wylądował naprzeciwko niego. Wtedy kilka rzeczy dotarło do Edypa jednocześnie; szyderczy śmiech Pelagii, złośliwy tryumf jego ojca i jego własne przerażenie. Upokorzenie, upokorzenie było najgorsze. Obudził się, patrząc prosto w oczy swojej własnej śmierci.

Leżał przez chwilę, oddychając płytko. Ognisko dawno już zgasło. Światło wdzierało się do jego kryjówki. Edyp leżał skulony, czekając, aż przerażenia samo odpłynie z jego umysłu. Nie spieszyło mu się. Dopiero po dłuższej chwili niechętnie podniósł się ze swojego legowiska i wyszedł na zewnątrz, owijając się ciasno płaszczem. Przespał cały poranek; słońce było już w zenicie. Ku jego zaskoczeniu rozpogodziło się. Dalej było chłodno, ale deszcz nie siąpił jak przez ostatnie dwa dni; wiatr też wydawał się być mniej dokuczliwy niż wczoraj. Gdyby nie wspomnienie nocy, Edyp mógłby powiedzieć, że czuje się niemal dobrze.

Korzystając z uschniętych krzaków, rozpalił niewielki ogień. Próbował coś zjeść ale nie mógł przełknąć ani kawałka chleba. Wypił tylko resztkę cierpkiego młodego wina które miał w bukłaku.

Niepokój ciążył na nim, sprawiając, że podjęcie dalszej drogi wydawało się być czynnością wymagającą nieziemskiego wysiłku. Edyp wiedział jednak, że karmił swój strach bezczynnością. Wielkim wysiłkiem zaczął piąć się pod górę, zostawiając za sobą swoją kryjówkę. Aby zająć czymś myśli, zaczął liczyć kroki. Starał się nie patrzeć ani zbytnio przed siebie, ani nie oglądać się przez plecy, obserwując jedynie kilka metrów ścieżki przed nim. Droga nie wiodła pod górę wijąc się po zboczu.

Zatrzymał się, kiedy naliczył trzydzieści setek, choć mógł zrobić równie dobrze dwa razy mniej jak i cztery razy więcej kroków. Często się mylił. Chodziło tylko o liczenie, nie o wynik. Przysiadł na wystającym kamieniu, starając się nie dyszeć, aby nie przyciągać uwagi drapieżnika. Było to głupie, bo przecież przyszedł tutaj właśnie po to aby się z nim zmierzyć. Ale mimo to starał się stawiać kroki tak cicho, jak to tylko możliwe i spokojnie oddychać.

Wysoko na niebie przepływały ciemne chmury, zasłaniając słońce i zwiastujące kolejne opady, jednak na razie były wysoko. Na ciemnym niebie nie było ani śladu uskrzydlonego pół lwa– pół człowieka. Edyp nie mógł oderwać wzroku od nieba. Słyszał że Sfinks większość czasu spędzał latając i lądował tylko po to, aby zadać po raz kolejny swoją zagadkę wędrowcowi. Więc gdzie, na ogara Hadesu, był teraz?

Edyp niespokojnym ruchem obejrzał się za siebie. Nie widział stąd miejsca swojego noclegu, kiedy jednak zadarł głowę, dostrzegł że przełęcz jest jeszcze daleko.

Edyp usiadł na kamieniu, oddychając głęboko. Wciąż jeszcze mógł zawrócić. Nikt właściwie nie wiedział o jego wyprawie, nie narażałby się na śmieszność. Nigdy nie zdobyłby Pelagii, to jasne, ale przynajmniej z całą pewnością byłby żywy. Jej ojciec dalej z pogardą rzucałby mu docinki za każdym razem, kiedy dostarczałby do jego domu nowy ładunek ceramiki. Do końca życia pracowałby w zakładzie garncarskim. Ponieważ był bystry i bezdzietny właściciel go lubił, być może– tylko być może, jeśli miałby szczęście, na starość miałby pod sobą kilku ludzi. Ożeniłby się z jakąś nieco lepiej sytuowaną kobietą, co zapewniłoby mu awans społeczny. Być może nawet by ją kochał. Spłodziliby potomstwo, które utrzymywałoby ich na starość. Umarłby jako mało zamożny Koryntczyk, któremu niewolnicy zazdroszczą, a którym bogacze gardzą.

Nie sprawdziwszy, ile jest wart podczas starcia ze Sfinksem, największym potworem Hellady.

Nigdy nie wywalczywszy uznania.

Nigdy nie poznawszy ciepła ciała Pelagii.

Nikt nigdy nie dowiedziałby się, że żył kiedykolwiek jakiś Edyp.

Edyp splunął i wstał z kamienia. Szybkim marszem ruszył w górę. Nie liczył więcej kroków. Kamienna droga wiła się między skałami, aby ostatecznie zniknąć między dwoma szczytami.

Parł do przodu, cały spięty i z zaciśniętymi zębami. Nie wiedział, jak długo tak szedł. Słońc e dalej było wysoko. O ile wcześniej skupiał całą swoją uwagę na otoczeniu, to teraz zapadł jak gdyby w letarg, nie rejestrując żadnych bodźców. Był to niemal sen na jawie. Gdyby na skale przed nim nieruchomo siedział Sfinks, Edyp co prawda zauważyłby go, ale nie dostrzegłby w tym niczego niepokojącego.

Świadomość wróciła do niego kiedy stanął przy wejściu do przełęczy, zalewając go jak spiętrzone wody przypływu. Nagle wcześniejszy stan otępienia zniknął. Poczuł wiatr wdzierający się pod jego tunikę i chłód. Spostrzegł że dygocze i że jest naprawdę zimno; było dość ciemno jak na popołudnie. Niebo całkowicie przykrywały chmury. Ale pogoda mało zajmowała Edypa.

Droga poszerzyła się i przestała podnosić. Po prawej i po lewej stronie Edyp miał urwiste skały, pozbawione zarośli, ciągnące się do góry jeszcze wiele sążni wzwyż. Między nie właśnie wchodził trakt. Oba szczyty dzieliła dość duża odległość: Edyp skonstatował że w przełęczy jest dość miejsca, aby nawet wielkie zwierzę mogło bez problemu manewrować w powietrzu. Szczyt po prawej był bardziej stromy i zwieńczony naturalną platformą. Szczyt po lewej był wyższy, ale bardziej przyjazny. Zlustrował uważnie spojrzeniem oba zbocza. Nie było na nich żywego ducha.

Edyp przełkną ślinę. Mógł jeszcze zawrócić.

Edyp pogromca Sfinksa. Pelagia. Jedyna szansa, aby zmierzyć się z losem pomocnika garncarza, który był mu pisany.

Zrobił krok do przodu. Później było już łatwiej. Wyciągnął swój tępy kozik i rzucił go między kamienie. Sfinks nie zadawał zagadek uzbrojonym wędrowcom. Doszedł do połowy przełęczy. Żadnego ruchu, żadnego hałasu. Jedynie wiatr wpadał w przełęcz między szczytami i pędził świszcząc i podrywając do góry tunikę Edypa.

– Przyszedłem zgadnąć twoją zagadkę!- krzyknął, a jego donośny głos wydał się śmiesznie cichy wśród ogromu gór i Sfinksa, z którym miał się zmierzyć. Wtem dostrzegł go: cień przesuwający się po ziemi. Edyp zadarł głowę i zobaczył największe z żywych stworzeń, jakie widział kiedykolwiek. Orle skrzydła Sfinksa musiały mieć rozpiętość przynajmniej trzydziestu stóp. Był ogromny. Sam korpus lwa wydawał się być groteskowo niewielki w porównaniu ze skrzydłami; mimo wszystko również był imponujących rozmiarów: pięć stóp? Sześć stóp? Ogromna sylwetka zwinęła skrzydła i z gracją wylądowała na głazie wieńczącym prawy ze szczytów, zbyt daleko by Edyp był w stanie dokładnie się jej przyjrzeć. Przez dłuższą chwilę Edyp stał, sparaliżowany ze strachu, nie mogąc wyksztusić z siebie ani słowa. Sfinks patrzył na Edypa, wbijając w niego świdrujące spojrzenie.

– Przyszedłem żeby zgadnąć twoją zagadkę!- krzyknął ponownie Edyp i urwał. Sfinks nie poruszył się ani o palec. Być może powinien powiedzieć, że nie ma broni, ale wydało mu się to dość absurdalne. Jaką bronią mógłby ranić tą bestię? Zrobił kilka kroków w stronę góry, na której spoczywał Sfinks. Cofnął się. Mimo zimna, zaczął się pocić. Nie miał pojęcia, jak powinien się zachować. Nie tak to sobie wyobrażał.

Sfinks patrzył.

Edyp, w nagłym zrywie, rzucił swój worek na ziemię i z desperacją zaczął się wspinać. Parł, pochylony, czepiając się skał porośniętych bluszczem. Kilka razy złapał się luźnych kamieni i niemal spadł na dół: utrzymał się z trudem, balansując na skałach. Im wyżej się wspinał, tym bardziej strome robiło się zbocze. W końcu przystanął na niewielkiej półce, dysząc ciężko. Znajdował się jakieś sto stóp nad ziemią; od Sfinksa dzieliła go podobna odległość: sto stóp forsownej wspinaczki. Edyp zaklął pod nosem. Nie przyszedł tu po to, aby zabić się spadając ze skał.

Chaotyczna desperacja ustąpiła miejsca zimnej determinacji. Nie było miejsca na strach. Wejdzie na ten przeklęty szczyt i odpowie na pytanie Sfinksa, albo zginie próbując. Sięgnął następnego uchwytu i podciągnął się na nim. Rozpoczął miarową wspinaczkę, czując jak powoli słabną jego ręce. Przystawał co jakiś czas, przyciskając swoje ciało do skał. Na tej wysokości, wiatr szarpał nim w porywach, starając się go oderwać od ściany. Na najtrudniejszym odcinku prawie odpadł od skały, kiedy nieopatrznie oparł ciężar ciała na ruchomym kamieniu. Cudem utrzymał się na koniuszkach palców.

Ostatecznie, dysząc ciężko, z twarzą nabrzmiałą od wysiłku, i skórą pozdzieraną z rąk, dosięgnął krawędzi większego głazu, na którym siedział Sfinks. Zwisał przez chwilę na rękach nie będąc w stanie się podciągnąć; musiał odnaleźć ponownie oparcie dla nóg a potem okrążyć płaski kamień, starając się odnaleźć miejsce z którego będzie się w stanie na niego wdrapać. Znalazł w końcu bardziej dogodne miejsce i ostatkiem sił wgramolił się na głaz. Kręciło mu się w głowie; miał mroczki przed oczami. Nie był w stanie się podnieść. Jedna z jego nóg dalej zwisała poza krawędzią skały. Nie był w stanie nią poruszyć. Wydawało mu się, że straci za chwilę przytomność; z ramion wyczerpania wyrwał go skrzekliwy, kobiecy głos.

– Człowieku. Wstań.

 Edyp nie mógł przeciwstawić się temu głosowi. Podniósł się najpierw na kolana, później na nogi. Musiał się starać, aby nie przewrócić się do tyłu i nie spaść na skały.

Uskrzydlony lew z głową kobiety stał na drugim końcu głazu, w odległości kilku stóp: czterech, może pięciu. Gdyby Edyp zrobił jeszcze jeden krok, byłby w stanie go dotknąć.

Potwór z bliska prezentował się równie przerażająco, jak z odległości kilkuset łokci. Złożone skrzydła przykrywały oba boki, sięgając niemal ziemi. Skóra lwa była jędrna i lśniąca; rysowały się pod nią potężne mięśnie. Łapy były zwieńczone wyciągniętymi, potężnymi pazurami, mogącymi rozerwać pancerz, skórę i kości. Jednak najbardziej przerażająca u Sfinksa był tors kobiety, wyrastający na korpusie potężnego lwa. O ile lwia część Sfinksa była okazem zdrowia i nie przemijającej siły, to kobieca cześć jego ciała była wysuszona i wątła. Cienka skóra opinała kruche kości a pomarszczone, obwisłe piersi dotykały niemal lwiej części. Na chudej, poznaczonej żyłami szyi była osadzona wąska, łysa głowa, nadająca Sfinksowi coś z sępa. Skóra czaszki była poznaczona wielkimi, brązowymi, starczymi plamami. Twarz miała usta wygięte ku dołowi w obojętnym wyrazie szyderstwa i zapadnięte, świdrujące oczy. Spojrzenie Edypa na chwilę zetknęło się z oczami Sfinksa; mężczyzna jednak nie był w stanie wytrzymać kontaktu wzrokowego. Sfinks miał złe oczy, w których można było dostrzec jedynie okrucieństwo i złośliwość. Cała jego postać była wynaturzeniem, które wywoływało w Edypie obrzydzenie i strach.

Stał, wiedząc już, że popełnił błąd i niebawem umrze. Jego sen miał się okazać proroczy. Nie jest w stanie przechytrzyć tego monstrum. Wtedy z wąskich, poszarzałych ust zaczął się wydobywać śpiew, jednocześni skrzekliwy i niemelodyjny ale w dziwny sposób hipnotyzujący.

– Czemuż, o czemuż wędrowcze przyszedłeś tu na własną śmierć?

 Edyp otworzył usta, ale nie wydobył z nich żadnego dźwięku. Odchrząknął i zmusił się, aby spojrzeć monstrum w oczy.

 – Przyszedłem, aby zagrać w twoją grę, wielka śpiewaczko.

Sfinks obrzucił go długim spojrzeniem przymrużonych oczu. Postawił krok do przodu, stając niemal twarzą w twarz z Edypem.

– Czemu?– zapytał Sfinks, tym razem nie śpiewając. Gdyby Edyp zamknął oczy odniósłby wrażenie, że rozmawia z bardzo starą Greczynką, a nie z potworem budzącym przerażenie całej Hellady. Stwór przekrzywił głowę i pochwycił spojrzenie Edypa, zmuszając go do kontaktu wzrokowego. Uśmiechnął się szeroko bawiąc się przerażeniem Edypa.

– Bo jeśli tego nie zrobię, umrę jako pomocnik garncarza– wyksztusił w końcu suchymi wargami. Te słowa dodały mu odwagi. Przyszedł tutaj ponieważ warto było postawić wszystko na jedna kartę, zaryzykować wszystkim– czy mogę usłyszeć twoją zagadkę?

Sfinks popatrzył na niego z nagłą złością. Przysunął się jeszcze bardziej; Edyp czuł śmierdzący oddech kobiety, ostro widział długie zmarszczki na jej piersiach. Za sobą miał jednak przepaść; nie mógł się cofnąć.

– Możesz, wędrowcze. Oto ona– zaintonował Sfinks– Co to jest: Więcej niż człowiek, mniej niż zwierzę, król bez włości, panuje z wysokości .

Kilka wersów zdawało się ciągnąć w nieskończoność. Sfinks przeciągał głoski, zawodząc a jego pieśń wwiercała się w uszy Edypowi. Wysokie, skrzywione i złamane dźwięki rozbiegły się po niebie, odbijając echem w dolinie i szybując ponad szczytami. Edyp zacisnął zęby, błagając bogów w myślach, aby Sfinks skończył wreszcie swój śpiew. Czuł się, jak gdyby wiercono mu czaszkę od środka.

– Więc?– zaskrzeczał w końcu pół lew, pół kobieta.

Edyp wziął głęboki oddech, wiedząc, że rzuca jedyny atut, który miał.

– Odpowiedzią zagadki jesteś ty sama– powiedział. Twarz Sfinksa pozostała bez zmian i na sekundę zapadło milczenie, którego Edyp nie mógł znieść. Wyobraził sobie jak Sfinks skacze ze skały, porywając go w szpony i ciska nim z wysoka– Trzeci wers jest najbardziej oczywisty. Nie masz swoich ziem, ani poddanych, i nigdy ich nie będziesz mieć. Jednakże w potędze jesteś równa królom. Kiedy latasz, jesteś niepokonana i nieosiągalna, to ty ustalasz warunki. Jesteś czymś więcej niż człowiek, bo jesteś od niego mądrzejsza i silniejsza; nie można cię zabić. Jedynym sposobem żeby cię pokonać jest rozwiązanie twojej zagadki– Sfinks nie poruszył się ani odrobinę. Edyp przyspieszał, przerażony brakiem reakcji. Dopóki mówił, żył– Jesteś czymś mniej niż zwierzę, ponieważ nie jesteś w stanie zbudować stada, spłodzić potomstwa, legendy mówią, że wiecznie jesteś głodna.

Sfinks przekrzywił głowę. Jego usta wykrzywiły się w uśmiechu, ukazując szereg drobnych zębów. 

– Masz rację– powiedział. I skoczył.

Przeleciał nad głową Edypa i zanurkował, pędząc tuż przy zboczu góry; w ostatniej chwili, kiedy Edyp już myślał, że Sfinks rozbije się o skały potwór przekrzywił skrzydła i w wzbił się ostro do góry. Potężnymi machnięciami skrzydeł wywoływał wiatr. Błyskawicznie nabierał wysokości. Jego przepotężne skrzydła unosiły go, wyżej i dalej. Niedługo potem zniknął w chmurach, które opadły nisko, zwiastując deszcz. Edypowi udało się. Potwór zniknął.

Młody mężczyzna przez chwilę stał, dygocząc na całym ciele. Odrzucił głowę wydał gromki okrzyk. Krzyczał długo, aż zabrakło mu tchu. Wizja siebie, stojącego na szczycie góry i drącego się jak szaleńca wydała mu się zabawna. Zaśmiał się gromkim miechem. Fakt zaśmiewania się w samotności z niczego, na szczycie góry, w środku zimy, był jeszcze bardziej komiczny. Nie był w stanie się powstrzymać. Ryczał ze śmiechu, waląc się po udach i trzymając za boki; radość z darowanego życia, zwycięstwa nad własnym strachem i losem. Udało mu się! Naprawdę mu się udało! Myśl o minie ojca Pelagii, kiedy przyjedzie konno odziany w królewskie szaty i ze świtą wywołała w nim nieziemską wesołość. Świadomość tego, że wszyscy bogacze będą się do niego zwracać z szacunkiem i niższością była cudownie absurdalna. Wynaturzenie samej istoty Sfinksa była arcykomiczne.

Kiedy Edyp tak się zaśmiewał, z nieba zaczął padać śnieg– drobne, na wpół roztopione płatki. Opadały pojedynczo, powoli wirując na skałach, powoli pokrywając je białą warstewką, topiącą się błyskawicznie pod dotykiem palca Edypa. Było to zjawisko tak rzadkie, że dla Edypa całkowicie fascynujące. Zadarł głowę wysoko, wbijając spojrzenie w groźny nieboskłon i odmówił spontaniczną modlitwę, dziękując Zeusowi za łaskę. Edyp nigdy nie czuł większej ulgi i lekkości niż teraz.

Gdyby zachowywał się ciszej, być może by usłyszał hałas wywołany przez lecącego z za jego pleców Sfinksa. Edyp był jednak pijany szczęściem i wolnością, i nie usłyszał niczego. Dopiero kiedy ostrzejsze od stali, mogące rozerwać pancerz skórę i kości pazury rozorały mu plecy uświadomił sobie, że został oszukany. Edyp zawisł na nich. Mimo że rany były śmiertelne, nie stracił przytomności. Nie był jeszcze świadomy bólu. Wzbił się z niewyobrażalną prędkością ze Sfinksem ponad szczyty, widząc pod sobą powoli śnieżone skały. Edyp wiedział, że zaraz zginie. Gorsza jednak od tego była jedynie świadomość, że jego radość była radością skończonego głupca. Wydawało mu się, że kilka rzeczy dochodzi do niego jednocześnie: szyderczy śmiech Pelagii, złośliwy tryumf jego ojca i jego własne przerażenie.

W następnej chwili Sfinks wypuścił Edypa ze szponów. Jego ciało poszybowało z prędkością pocisku wystrzelonego z katapulty i uderzyło w ostre skały. Czaszka Edypa rozprysła się na setki kawałków; jego mózg i krew zabrudziły śnieg w promieniu kilku metrów. Jego kości połamały się we wszystkich możliwych miejscach. W ciągu jednej chwili Edyp z przystojnego, szczęśliwego młodzieńca zamienił się w parującą na mrozie kupę mięsa.

Sfinks wylądował obok ciężko, ale zręcznie i z wprawą. Balansował przez chwilę skrzydłami, po czym przylgnął do skał zbocza. Pochylając się, pożerał swoją kruchą, ludzką głową miękkie pozostałości po Edypie, strząsając czasem śnieg ze swoich potężnych, dostojnych skrzydeł.

 

 

III

Edyp szedł, stawiając niewielkie ostrożne kroki. Ze względu na swoje nogi, nie poruszał się zbyt szybko. Był jednak przygotowany na długi marsz. Nie spieszyło mu się. W sakwie przerzuconej przez ramię, miał zapas jedzenia i wina, poza tym nie brakowało mu pieniędzy. Był okryty dobrym, ciepłym płaszczem, który chronił go przed śniegiem który przed chwilą zaczął prószyć. Widział śnieg po raz pierwszy w życiu.

Edyp był synem króla Koryntu Polibosa i jego małżonki Merope. Wracał właśnie z Delf.

Do miast Apollina Edyp udał się, chcąc umocnić swoją pozycję na dworze Korynckim. Jako syn starego, stojącego już po kostki w Styksie Polibosa, Edyp dziedziczył tron. Jednak dwór był przeciwko niemu, szerząc pogłoski, że jest przybłędą, przygarniętą przez króla, a jego synem. Przygotowywano grunt pod bunt, nazywano go uzurpatorem. Ponieważ Polibos nie rozumiał już, co się do niego mówi, a słowa jego matki jako kobiety nie miały mocy, było to jego słowo przeciwko ich słowu, a oni mieli władzę i pieniądze. Gdyby był chociaż podobny do któregoś ze swoich rodziców! Jednak bogowie obdarzyli go wysokim wzrostem, szerokimi ramionami i chorymi nogami, podczas gdy Polibos i jego małżonka byli ludźmi wręcz wątłymi. Edyp, przegrywając walkę o swoje dziedzictwo z sługami swojego ojca, ruszył wraz ze swoimi lennikami do Delf, chcąc raz na zawsze rozwiać pogłoski i dowieść prawdy o swoim pochodzeniu, wytrącając nieprzyjaciołom oręż z ręki. Gdyby wyrocznia z Delf nazwała by go synem Polibosa, nikt nie ośmieliłby się kwestionować jego pozycji.

Bogowie są jednak przewrotni. Otrzymał od wieszczki przepowiednię mówiącą o jego rodzicach, jednak zgoła inną niż miał nadzieję usłyszeć. Powiedziano mu, że jest obłożony klątwą; zabije własnego ojca i spłodzi dzieci z własną matką. Po takich słowach nie miał czego szukać w Koryncie. Nikt nie uznałby władzy przeklętego króla. Przegrał walkę o władzę nim tak naprawdę się zaczęła. Zresztą on sam za nic nie wróciłby do swoich rodziców, dobrowolnie zbliżając się do swojego ojca i matki, którzy mieli być jego ofiarami.

Wyruszył z Delf do Teb. Miał tam przyjaciół; żywił nadzieję że przyjmą go tam i pozwolą mu zostać tak długo, aż goniec nie przyniesie wieści o śmierci Polibosa. Dopiero wtedy odważy się wróci do rodzinnego miasta. Wtedy, i ani chwili wcześniej.

Słyszał o Sfinksie, ale droga wiodąca z Delf przechodziła daleko od gór w których zamieszkiwał potwór. Musiał się liczyć się z tym, że go spotka, jednak przekleństwo, które nad nim ciążyło, utrata spuścizny ojca, z której zrezygnował, pozostawienie za sobą wszystkiego co znał: to wszystko sprawiło że Edypowi było wręcz wszystko jedno, czy spotka na swojej drodze „śpiewającą śmierć” czy dostanie się do Teb bez problemu. Parł samotnie do przodu, czując ból w kostkach. Droga była szeroka i dobrze utwardzona; główna arteria komunikacyjna, teraz niemal pusta. Edyp podczas całej swojej drogi minął niewielu ludzi, a ci których mijał, byli nieprzyjaźni. Wczoraj na rozstajach, wdawszy się w kłótnię z trójką wędrowców, wszczął bójkę, w której zabił dwóch z nich. Walka, morderstwo, wszystko to spłynęło po nim jak woda, nieustannie padająca z nieba. Na wygnaniu wszystkie uczucia były przytłumione i jakby nierzeczywiste.

Co jakiś czas mijał wioski; mieszkańcy byli jednak mało rozmowni i wystraszeni. Może bali się Sfinksa, a może po prostu samotny, chmurny szlachcic napawał ich obawą. Teraz jednak, kiedy zbliżył się do Teb, wioski zrobiły się wyludnione, a droga całkowicie opustoszała. Przed nim rozpościerała się dość szeroka równina, zamknięta ze wszystkich stron wzgórzami. W oddali widział majaczące Teby. Musiał być już zaledwie kilka godzin drogi od miasta. Śnieg przykrył wszystko cienką, szybko topiącą się warstwą. Grecja w bieli i szarości. Śnieg nigdzie nie był zdeptany– Edyp naprawdę był tutaj sam.

Szedł rozmyślając o pierwszych dwóch ludziach, których zabił wczoraj i o przepowiedni wyroczni. Większość trasy przeszedł po prostu gapiąc się przed siebie, otępiały. Mimo to, z daleka dostrzegł zbliżające się monstrum, ogromny kształt wyłaniający się z za horyzontu, rosnący z chwili na chwilę. Teraz, kiedy nie mógł już uciec, zaczął odczuwać strach. Nie chciał umierać. Edyp wyciągnął z pochwy miecz, jeszcze niedawno skąpany we krwi i stanął, czekając, aż Sfinks wyląduje. Był kiepskim wojownikiem.

Olbrzym przeleciał kilkanaście stóp ponad nim, i Edyp ze zdziwieniem skonstatował że mimo torsu kobiety lwia część Sfinksa jest samcem. Nie miał jednak czasu na rozważanie tego faktu, bo stworzenie wylądowało, ciężko ale z pewną gracją, jakieś sto stóp od niego. Edyp przypatrzył się mu dokładnie. Sfinks był przerażający, ale i zarazem… fascynujący. Mierzyli się przez chwilę spojrzeniami. Śnieg przestał już padać, przed wiatrem osłaniały ich odległe o dzień marszu góry. Było wręcz spokojnie i Edyp uświadomił sobie, że w promieniu wielu stadionów mogą oni być jedynymi żywymi istotami.

– Czyżbyś się mnie bał?– krzyknął w stroną potężnej sylwetki stojącej bez ruchu. W odpowiedzi stwór skoczył do przodu, jednym machnięciem skrzydeł zmniejszając dzielący ich dystans o niemal połowę. Edyp poczuł ciarki na grzbiecie. Mocniej ścisnął miecz. Co on, do diabła, mógł zdziałać mieczem przeciwko temu?

– Czy wyglądam jak gdybym się bała, człowieku?– zapytała kobieca głowa Sfinksa nieprzyjemnym, świdrującym uszy głosem. Edyp wzdrygnął się. Nie odpowiedział, obserwując jak drapieżnik zbliża się do niego. Mógł spróbować dobiec do niego i ciąć mieczem w głowę, będącą słabym punktem potwora, wiedział jednak, że niemiałby szans. Zarówno na ziemi, jak i w powietrzu Sfinks miał przewagę.

Bestia stanęła w końcu, po czym zanuciła.

– Czemu tutaj jesteś wędrowcze?– Jej śpiew był dziwny, zgrzytliwy. Żadne stworzenie na ziemi nie miało tak szerokiego spektrum dźwięków. Sfinks śpiewał zarówno te przeraźliwie wysokie, jak i wibrujące niskie, a wszystkie były równie nieprzyjemne i brzydkie.

Jedynym co utrzymywało Edypa jeszcze przy życiu to zagadka, którą Sfinks zadawał wędrowcom.

– Jestem tu żeby zgadnąć twoją zagadkę, Sfinksie.

– Podejdź do mnie, człowieku. Bez miecza. Bez noża który masz u pasa– Pieśń wierciła uszy, wpadała do głowy i rozbijała myśli, obijając się po głowie. Edyp mógł zostawić sobie miecz, wierząc, że wywalczy nim sobie drogę do Teb. Śmierć byłaby wtedy niemal pewna. Był słabym biegaczem. Mógł też spróbować odpowiedzieć na zagadkę Sfinksa. Wtedy jego śmierć będzie równie niechybna. Edyp zdawał sobie sprawę z tego że nie ma szans na przeżycie. ”Jesteś pierworodnym synem Polibosa, króla Koryntu. Nie ulękniesz się śmierci. Spojrzysz jej prosto w oczy, zanim zginiesz”– powtarzał sobie, umysł jednak nie panował nad strachem.

Patrząc na Sfinksa poczuł nagłą złość. Gdyby nie nonsensowna przepowiednia Pytii, nie byłoby go tutaj. Płynąłby już do Koryntu, gotów stoczyć walkę o spuściznę ojca z uzurpatorami, pisząc własną historię jak mężczyzna. Ale on uwierzył że obłąkańcze słowa i zrezygnował z tego wszystkiego aby uniknąć losu który był mu pisany. Był wściekły na swoją głupotę. „Spłodzisz dzieci z własną matką”. Dlaczego posłuchał? Oddał tron, wierząc w przepowiednie, tylko po to aby zginąć okrutną, przypadkową śmiercią. 

Wbił miecz w ziemię i odpiął od pasa pochwę ze sztyletem z damasceńskiej stali .Cisnął ją na śnieg. I ruszył szybko w kierunku Sfinksa, przeklinając w myślach swoją głupotę. „Czemu uległeś rozpaczy słysząc brednie pijanej dziewczyny ”– przeklinał sam siebie, podchodząc do niego. Jego śmierć nie będzie jednak pozbawiona znaczenia. Umierając zada kłam Pytii. Nie zamordował własnego ojca. Nie spędził nocy w łożu z własną matką. Pytia i Bogowie kłamali. Okrutnie kłamali, albo nie mieli żadnej mocy.

Stanął w odległości jakiś dziesięciu stóp od Sfinksa, zaciskając pięści z wściekłości i zgrzytając zębami.

– Bliżej– zaskrzeczała bezwłosa głowa staruchy.

Skrócił dystans do pięciu stóp.

– Bliżej.

Postawił kolejny krok. Sfinks mógłby go teraz powalić jednym ruchem łapy.

– Bliżej.

Ich twarze, dzieliło teraz jedynie kilkanaście palców. Złe oczy, wpatrujące się w niego. Stał twarzą w twarz z czymś sprzecznym z naturą. Cała krew odpłynęła z jego twarzy. „ Nie jesteś tchórzem, Edypie” powiedział sobie, ale wytrzymał tylko chwilę. Panika powróciła ze zdwojoną siłą. Odważna wściekłość była jedynie wspomnieniem.

– Słuchaj– powiedziało stworzenie, a w jego głosie słychać było satysfakcję, i zaczęło śpiewać zagadkę– Co to jest: Więcej niż człowiek, mniej niż zwierzę, król bez włości, panuje z wysokości .

Pustka w głowie. Melodia zabiła treść. Edyp cofnął się, jak uderzony obuchem. Nie był w stanie powtórzyć nawet treści zagadki.

– Nie wiem– powiedział w końcu głucho. Wreszcie czuł przeraźliwy lęk przed śmiercią, nie chciał umrzeć tutaj, bez pogrzebu, bez bliskich. Język potwora wysunął się spomiędzy szarych, wąskich warg i zwilżył je. Sfinks przysunął się do Edypa, zmniejszając dystans.

– Zabijesz mnie?– wyjąkał Edyp. Lew położył mu potężną łapę na ramieniu, a kobieta wyśpiewała do ucha twierdzącą odpowiedź.

– Czekaj! Proszę, daj mi jeszcze jedną szansę. Pozwól mi zadać zagadkę. Jeśli zgadniesz, zabijesz mnie, ale jeśli nie pozwolisz mi odejść. Błagam!- wyszeptał gorączkowo. Poczuł wilgoć w nogawkach spodni.

Lwia łapa cofnęła się z jego ramienia, tłoczący ciężar zniknął, ale twarz Sfinksa była wciąż blisko, zadowolona, niemal szczęśliwa. Przerażenie Edypa bawiło potwora, karmił się nim. Złamał go i bawił się nim tak, jak małe dzieci bawią się czasem w okrutny sposób pasikonikami, odrywając im po kolei nóżki.

– Dobrze. Mów.

Edyp oblizał nerwowo wargi, przełknął ślinę, starając się coś wykrzesać ze swojego umysłu.

– Co… co to jest– wydukał– Kiedy jest młode, chodzi na czterech nogach. Kiedy dorośnie, na dwóch, ale znowu po pewnym czasie zaczyna używać trzeciej nogi. Co to jest– dodał odrobinę pewniej, dostrzegając iskrę zainteresowania w oczach staruchy. Sfinks wydał cichy pomruk, tym razem nie intonując żadnej melodii, w namyśle spuszczając głowę.

Edyp nie planował tego wcześniej; nie zastanawiał się nad tym. Dostrzegając rozkojarzenie w oczach Sfinksa zacisnął pięść i zadał krótki cios w skroń starej kobiety; a mimo że był słabym szermierzem i miał chore nogi, to w rękach zawsze miał siłę trackiego barbarzyńcy. Cielsko potwora zakołysało się; wtedy Edyp wziął zamach i włożył całą swoją siłę w cios wymierzony w kruchą, wąską głowę starusieńkiej greczynki. Przy ciosie coś chrupnęło, Edyp jednak nie przestawał bić. Przy trzecim ciosie cielsko leciało na ziemię. Koryntczyk dopadł go jednak na ziemi i młócąc ramionami zasypywał tors i głowę kolejnymi uderzeniami; bił dopóki był w stanie rozróżnić rysy twarzy. Wtedy odsunął się i opadł na kolana; zerwał się od razu i ruszył biegiem po swój miecz, oglądając się co chwila za siebie. Wyrwał go z ziemi i pobiegł z powrotem. Mocarnymi, niecelnymi ciosami rąbał głowę, aż został z niej jedynie krwawy kikut. Odwrócił się wtedy na bok i zwymiotował. Powoli docierało do niego to co się stało. Sfinks nie żył. Nie byłby w stanie w to uwierzyć, ale taka była prawda– jego truchło leżało i stygło na śniegu obok niego. Pobił Sfinksa na śmierć. Wojownicy i magowie nie mogli tego dokonać, a on, kulawy Edyp, zabił Sfinksa przypadkiem, bijąc go po twarzy.

Nie był w stanie określić co właściwie czuje, wykonując mechanicznie konieczne czynności: wyczyścić miecz, przypiąć pochwę ze sztyletem do pasa, zarzucić torbę na ramię. Spodnie wyschnął. Właściwie nie było tutaj już niczego do zrobienia; odludzie pokryte śniegiem. Ściemniało się. Zerwał się lekki wiatr, goniąc ciężkie chmury pełne śniegu na północ, w stronę Tracji. Dawało to nadzieję na koniec śniegu, tej ekstrawagancji bogów. Edyp ruszył swoim powolnym, rozkołysanym chodem w stronę rozświetlonych Teb. Uśmiechnął się pod nosem na myśl o tym, że ich mieszkańcy nie mają najmniejszego pojęcia o tym, że ich nowy władca kuśtyka w ich stronę w środku nocy z przemoczonymi spodniami. 

Jego zadowolenie zaćmiła świadomość, że przecież nie miał żadnego dowodu na to, że to on zabił Sfinksa. Kiedy rozejdzie się wieść o tym, że jego cielsko leżu na gościńcu, dziesiątki awanturników zaczną przypisywać sobie jego zasługę. Znowu będzie uzurpatorem, któremu niektórzy wierzą a którego inni oskarżają o kłamstwa. Nic się nie zmieniło. Twarz Edypa szybko się jednak rozpogodziła: pochodził z dworu króla Koryntu, był znany. Miał mocna pozycję. Poza tym, miał przewagę nad zwykłymi krętaczami; znał zagadkę Sfinksa. Brzmiała ona tak: co to jest za zwierzę, które za młodu chodzi na czterech nogach, kiedy jest dorosłe na dwóch, a na starość potrzebuje trzeciej nogi? Odpowiedź brzmiała natomiast: jest to człowiek, który najpierw raczkuje, później chodzi wyprostowany, a jako starzec podpiera się laską.

Wspomnienie o słowach Pytii, wściekłości i przerażeniu odeszły w niepamięć, zepchnięte przez ważniejsze myśli. Idący w mroku Edyp uśmiechną się do siebie.

 

 

Miary greckie:

Stopa: 0.33 metra

Palec: 1,8 centymetra

Stadion: 177 metrów

Koniec

Komentarze

Hmmm. Mam nieodparte wrażenie, że część II pozostaje w sprzeczności z III. Wywaliłabym drugą. Opis na początku, jak to lezie z trudem przez góry, trochę mnie znużył – wiadomo, co będzie dalej, więc emocji żadnych. Też bym to pocięła.

Czasami używasz metra. Edyp nie powinien rozpoznawać tej jednostki.

Zjadł przypiekany ser i z chlebem.

Bardzo dziwne to zdanie.

parł do przodu gnany biczem pożądania, rządzą chwycenia się za bary z losem

Sprawdź w słowniku, co znaczy “rządzą”. Możesz się zdziwić. A potem będzie powtórzenie.

Słońc e dalej było wysoko.

Literówka. Nie masz ich jakoś straszliwie dużo, ale się trafiają. W ostatnim zdaniu też jest.

Świadomość wróciła do niego kiedy stanął przy wejściu do przełęczy, zalewając go jak spiętrzone wody przypływu.

Musiałam chwilę się zastanawiać, zanim zrozumiałam, o co chodzi.

Jednak dwór był przeciwko niemu, szerząc pogłoski, że jest przybłędą, przygarniętą przez króla, a jego synem.

Czegoś tu brakło.

Poczuł wilgoć w nogawkach spodni.

Mam wrażenie, że starożytni Grecy nie nosili spodni.

Spodnie wyschnął.

Tiaaa… A ja pękłam balonik…

Babska logika rządzi!

Możesz być całkowicie pewny, że ktoś przed Tobą coś podobnego i tak dalej – Sofokles mianowicie, i to dwa razy…

Przy opisach wędrówek przesmykiem peloponeskim można zasnąć. Coś tam do fabuły wnoszą, ale nie aż tyle, żeby poświęcać im tyle miejsca i czasu.

Dla równowagi i odmiany – spodobało mi się, że Edypów pojawiło się dwóch. Fakt, z początku wprowadza to zamieszanie, powoduje pewnego rodzaju dystrakcję (w tym drugim znaczeniu), ale per saldo, na zakończenie, staje się walorem.

Pomniejszonym ilością błędów i błędzików… niestety…

Dziękuję.

Słusznie. Poprawię i skrócę. 

Ale Finkla, co masz na myśli mówiąc 2 część stoi w sprzeczności z 3? Ja nie rozumie. 

Pozdrawiam

Facet, który został zabity w drugiej części, wędruje sobie dalej w trzeciej. No, może nie dokładnie on. A może trzecia część dzieje się w zaświatach. Albo druga w przedświatach… Albo jako duch zsyła proroczy sen następcy. Nie wiem, gubię się w domysłach, a Autor nic nie wyjaśnił.

Babska logika rządzi!

No, zbiłaś mnie z tropu. Imiona mogą się powtarzać, to że nazywam się Jaś nie znaczy że po świecie nie chodzi więcej ludzi o tym samym imieniu. Edypów było dwóch, różni ludzie o przypadkowo zbieżnym imieniu. Myślałem  że to dość klarowne

 

Jasiów każdy zna wielu. Ale Edypów? Nie mam pojęcia, jak popularne było to imię w starożytnej Grecji, ale chyba niezbyt często rodziły się dzieci, które miały coś nie w porządku z nogami.

Babska logika rządzi!

Może przez Grecję przetoczyła się niesamowita odmiana dżumy powodująca że kostki u noworodków puchły. 

No przyznaję, nie jest to specjalnie prawdopodobne, ale nie niemożliwe. Młodszy Edyp dostał imię po królewiczu Edypie, na przykład. Przypadek sprawił że oboje spotkali Sfinksa

 

Podobał mi się zabieg z dwoma Edypami, przeszkadzały błędy (interpunkcja, literówki, brakujące wyrazy), które miały być poprawione, a nie zostały. Mnie też zmęczył opis wspinaczki, ale zakończenie ciekawe.

Wykorzystanie greckiego mitu i opisanie go własnymi słowami okazało się średnim pomysłem, dając opowiadanie bardzo nużące, w dodatku nie najlepiej napisane. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka