- Opowiadanie: Engelbert - Prezent

Prezent

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Prezent

Albert obudził się wcześnie rano, zanim zdążyła się pojawić jego guwernantka, pani Robinson. Nie lubił jej. Była wysoka i niemiła a do tego miała kościste palce, którymi często go dźgała. Codziennie o siódmej przychodziła by go obudzić i zabrać na śniadanie, na które zazwyczaj dostawał paciajowatą owsiankę. Albert często zadawał sobie pytanie, czego bardziej nie lubi – pani Robinson, czy owsianki. Dziś jednak nie miał ochoty rozważać tego problemu i kolejny raz testować możliwości. Albercik miał plany na ten dzień.

Wysunął się spod pierzyny i zeskoczył z łóżka. Zadrżał. Było zimno, a miał na sobie tylko koszulkę nocną. Od podłogi wyłożonej deskami wionął chłód i gryzł go w pięty. Pokuśtykał do drzwi. Urodził się z jedną nogą krótszą i przy każdym kroku kolebał się trochę na boki, ale przynajmniej potrafił poruszać się bardzo szybko. Był bardzo dumny, że pomimo swej ułomności biegał szybciej od Milesa, syna młynarza. Miles był gruby i głupi i w zeszłym roku wyzwał Alberta na wyścigi. Choć panicz z pałacu wygrał, drogo za to zapłacił, bo młynarczyk podbił mu później oko. W dłuższej perspektywie uważał, że było warto. Teraz ta szybkość była mu bardzo potrzebna. Podszedł do wysokich, dwuskrzydłowych drzwi. Ostrożnie, cichutko uchylił jedno skrzydło i wyjrzał na korytarz. Cicho, pusto – ani śladu pani Robinson. Wymknął się z pokoju i ruszył biegiem. Gruby, indyjski dywan tłumił kroki. Mijał kolejne pokoje i obrazy. Przemknięcie na drugą stronę Cavarnon Hall tak, by nie zostać zauważonym nie było łatwe, zwłaszcza o tej porze. Pokojówki krzątały się to tu, to tam, a w kuchniach wrzały przygotowania do śniadania. Czasami można było też trafić na jakiegoś gościa dziadka, który lubił wstawać przed świtem. Albert miał jednak swoje sposoby. Znał bardzo dobrze rodową siedzibę – każdy jej zaułek, każdy sekret. Minął zakręt. W tym miejscu wschodnie skrzydło łączyło się z głównym budynkiem. Podszedł do boazerii zdobiącej ścianę i trącił lekko odstającą listwę. Obok otworzyły się wąskie i niskie drzwiczki prowadzące do ciemnego korytarzyka pachnącego kurzem. Stary Chester opowiadał mu kiedyś, że tych korytarzyków używali służący za czasów jego pradziadka, który nie znosił widoku służby. Przemykali niezauważeni, wykonywali swoją pracę i znikali. Dziś już tak nie robili i jedyną osobą, która stale korzystała z tych korytarzy, był Albert.

Chłopiec ruszył biegiem. Za ścianami od czasu do czasu słyszał pokojówki, które jak zwykle przy porannych obowiązkach, plotkowały jak najęte. Wkrótce przemierzył cały dom i znalazł się w zachodnim skrzydle. Dyskretnie wynurzył się z korytarzy dla służby i schował za kotarą. Rozejrzał się – ta część budynku była najstarsza i najciemniejsza. Było to muzeum, pełne rodowych pamiątek. Pod ścianami stały zbroje przodków, najstarsze jeszcze z czasów Wojny Dwóch Róż. Wszędzie wisiały też obrazy. Portrety wybitnych lordów, sceny upamiętniające ich przewagi i wielki portret księcia Marlborough, który on sam sprezentował pra– pra– coś – tam dziadkowi Alberta. Uwagę chłopca przykuwały jednak drzwi na końcu korytarza – potężne, wyrzeźbione z ciemnego drewna. Zamknięte. Odetchnął z ulgą. Gdyby dziadek zostawił drzwi do gabinetu otwarte, cały plan spaliłby na panewce. Wymknął się zza burgundowej kotary i na paluszkach ruszył w przeciwną stronę, ku mniejszym, lecz równie kunsztownie zdobionym drzwiom. Powolutku, pilnując, by nie było żadnego, nawet najcichszego skrzypnięcia wszedł do środka. W pokoju dominował mrok. Kotary były zasłonięte i przepuszczały tylko wąskie paski światła, wśród których wirował kurz. Najszersze z tych świetlnych ostrzy padało na duży obraz wiszący na ścianie, wydobywając jak jupiter wymalowane na nim sylwetki siedzącej, pięknej kobiety o kruczoczarnych włosach i stojącego za nią przystojnego oficera huzarów w błękitnej kurtce i z zawadiacko podkręconym wąsem. Żołnierz dłonie opierał na ramionach dziewczyny, lekko, delikatnie. Z tego gestu wyzierała czułość i miłość. Albert bardzo lubił ten obraz. Matka bardzo mu się na nim podobała. Poszukał jej wzrokiem. Była tam, gdzie się jej spodziewał – siedziała skulona w głębokim fotelu postawionym naprzeciw portretu. Zazwyczaj była tam, albo w łóżku. Podszedł do niej.

Wiele razy zastanawiał się, czy jego matka jest piękniejsza na obrazie, czy w życiu. Namalowana wydawała mu się weselsza. Miała rumieńce, pełniejsze policzki i coś bardzo miłego w oczach. Albert nie potrafił tego nazwać, ale miał wrażenie, że jego mama z obrazu lubiła się śmiać i psocić. Była zupełnie niepodobna do kobiety, która spędzała dnie w fotelu. Przypominała ptaszka – delikatnego, wiotkiego tkwiącego w klatce i zdobiącego pokój. Była bardzo szczupła i blada. Ledwie zaróżowione usta niemal nie odcinały się od reszty twarzy. Oczy też były inne. Przygasły, patrzyły ze spokojem i smutkiem – mądrością, która pozwalała Albertowi mieć pewność, że matka go zawsze zrozumie. Z dziewczyną z obrazu łączyła już tylko jedna rzecz; jedynie włosy się nie zmieniły. Nadal miała gęste, czarne loki spływające jej na plecy pyszną kaskadą.

– Mamo – powiedział cicho.

Wzdrygnęła się, wyrwana ze swego świata. Spojrzała na niego

– Albercie, dziecko kochane, co ty tutaj robisz? Powinieneś być z panią Robinson na śniadaniu!

Albert wydął wargi.

– Nie lubię pani Robinson. Ma te swoje palce, którymi mnie kłuje, o, tak.

Zademonstrował w powietrzu gest, jakby wbijał niewidzialnemu dziecku palec pod żebra. Roześmiała się słabo.

– Chodź tu, maluchu.

Chłopiec ochoczo wczołgał się na fotel i usiadł skulony matce na kolanach. Kobieta długimi, szczupłymi palcami zaczęła gładzić go po główce. Było cicho. Żadne z nich nie odezwało się słowem przez dłuższą chwilę, zatopieni w swych własnych myślach, znajdując ukojenie w swych objęciach. Nieczęsto rozmawiali; ich tkliwość wyrażała się w geście i spojrzeniu.

Powieki Alberta zaczęły opadać. Chciał zwalczyć sen, zachować cenne chwile z matką.

– Mamo, opowiedz mi o weselu, jak tańczyłaś z ojcem.

– Albercie, opowiadałam ci to tyle razy.

– Proszę, mamo.

– Dobrze już, dziecko.

 

Ciepły, czerwcowy wieczór. Lekka bryza przegnała spiekotę dnia. Przez otwarte drzwi tarasowe do sali balowej wpływał ciężki zapach z ogrodu – bez i jaśmin pachniały słodko, rozczulająco. Płonęły wszystkie światła. Dziesiątki świec odbijało swe płomienie w kryształach żyrandola śląc ciepłe światło w najdalsze zakątki sali. Dookoła stali ludzie. Strojni, weseli. Okoliczni dżentelmeni i goście z Londynu, przyjaciele Stevena z regimentu i kolorowe damy, niektóre w modnych na kontynencie sukniach empire. Wszyscy zebrani w wielkie koło a pośrodku oni – zatopieni w muzyce i w swych ramionach. Miała na sobie piękną, białą suknię, a włosy upięte w misterny kok. Steven był w swoim mundurze wielkim – przez ramię miał przerzucony mentyk, światło igrało w jego polerowanych guzikach. Czuła jego silne ramię podpierające jej kibić, szorstką skórę jego męskiej dłoni na swej – a zwłaszcza jego palące spojrzenie. Policzki jej płonęły żywym ogniem. A orkiestra grała walca…

 

Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem. Wystraszony Albert natychmiast zeskoczył z kolan matki po drugiej stronie fotela i wyjrzał zza oparcia. W drzwiach stał jego dziadek, ósmy lord Cavarnon, a za nim pani Robinson, jak zwykle ubrana na czarno.

– Mary Ann – zagrzmiał. Dziadek miał tubalny głos i wbrew modzie nosił obfitą brodę, przez co Albertowi kojarzył się z lwem, o którym czytał w jednej z książek w bibliotece – pani Robinson nie znalazła dziś rano twojego syna w jego sypialni. Czy nie przyszedł aby tutaj?

Albert wiedział, że nie ma sensu się dalej kryć. Dziadek wiedział, że on tu jest. Pytając matkę chciał mu tylko dać szansę aby sam się przyznał. Wstał.

– Tak, panie dziadku. Przyszedłem odwiedzić panią matkę.

Guwernantka natychmiast ruszyła ku niemu, krocząc sztywno i szeleszcząc suknią. Stanęła za nim i położyła ręce na jego ramionach, jakby bała się, że znowu ucieknie. Lord Richard nie spuszczał go z oczu.

– Chłopcze, musisz nauczyć się odpowiedzialności. Nie możesz ot, tak sobie uciekać pani Robinson. Jej zadaniem jest się tobą opiekować i cię uczyć. Twoim zadaniem jest się uczyć. Czy to rozumiesz? Gdzie byłby ten kraj teraz, gdyby wszyscy uchylali się od swoich obowiązków? Hm? Poza tym nie wolno ci męczyć matki. Jest bardzo słaba…

– Wcale mnie nie męczy, ojcze – wtrąciła Mary Ann.

Chłopiec spojrzał na nią z wdzięcznością.

– Mary Ann, kochanie, powinnaś się przespać. Po cieniach pod twoimi oczami widzę, że znowu nie zmrużyłaś oka – odpowiedział córce – Co do ciebie, oddaje cię pod opiekę pani Robinson.

Mówiąc to, odwrócił się i wyszedł, zamiatając połami surduta. Nauczycielka zaczęła również wyprowadzać chłopca z pokoju, ale przerwał jej cichy głos matki:

– Albercie, zapomniałeś ostatnio swojego konika – spod fotela wyciągnęła do połowy wystruganą z drewna figurkę konia w galopie – jest piękny. Jak skończysz, przyjdziesz i mi pokażesz, prawda?

Chłopiec odebrał zabawkę, przytulił ją do serca i skinął głową, po czym wyszedł za swoją opiekunką.

 

Pani Robinson raźno chrapała z głową odrzuconą na oparcie fotela. Chrr – chrr– chrap. Zawsze tak samo. Było wpół do jedenastej i był to czas na lekturę. Albert siedział przy swoim stoliku w bibliotece i udawał, że jest skupiony na The Mathematical Principles of Natural Philosophy Newtona. Czuł żal, że nie może obdarzyć książki uwagą, na jaką zasługiwała. W normalnych warunkach książka byłaby dla niego czymś cudownym – raz, że była bardzo ciekawa, dwa, dziadek nie pozwalał mu czytać takich rzeczy, uważając, że nie są dla ośmiolatków. Tym razem nie miał ani czasu, ani ochoty na lekturę. Plan wymagał wdrożenia w życie. Upewniwszy się, że guwernantka śpi na dobre i najpewniej nie obudzi się aż do obiadu, wstał i ruszył do przeciwległej ściany, gdzie znajdował się kominek. Przekręcił jedną z mosiężnych zdobiących go rozet. Regał obok lekko odskoczył od ściany. Chłopiec, odsunął go i zniknął w ciemnościach tajnych korytarzy.

Po raz kolejny przemknął do zachodniego skrzydła. Nim jednak dotarł do drzwi, zauważył bijące zza ostatniego zakrętu światło. Ostrożnie wyjrzał za róg, po czym uspokojony wyszedł. U końca korytarza, trzymając pojedynczą świeczkę stał stary Chester, od pokoleń lokaj rodziny.

Chester mógł nie wzbudzać u dzieci sympatii swoim wyglądem. Był bardzo stary – pracę zaczynał, gdy dziadek Alberta był jeszcze chłopcem – i wiek odcisnął na nim swoje piętno. Pomimo pokaźnego wzrostu chodził zgarbiony, powoli powłócząc nogami. Na głowie miał długie, siwe włosy związane w harcap czarną kokardką a do tego olbrzymie, siwe bokobrody. Nie miał większości zębów i czasem trudno było zrozumieć co mówi. W dodatku odmawiał uznania postępów mody męskiej i nosił strój, który wyglądał i pachniał jakby miał pięćdziesiąt lat. Albert, znając staruszka i jego skąpstwo doskonale, podejrzewał, że może być tak naprawdę. To wszystko nie miało znaczenia, gdyż Chester był najbliższym przyjacielem chłopca. Zawsze wstawiał się za nim gdy coś przeskrobał, przemycał mu książki do sypialni oraz to on pokazał Albertowi najtajniejsze sekrety domu. W dodatku staruszek jak na swój wiek był bardzo dowcipny i nieraz pomagał chłopcu wykradać ciasteczka z kuchni.

– Panicz Albert! Spóźniłeś się, drogi chłopcze!

– Robinson zasypiała dzisiaj dłużej niż zwykle.

– Dobrze, pamiętasz plan?

– Oczywiście, sam go wymyśliłem.

– Tak, tak, oczywiście. Zapomniałem.

Stary lokaj zdmuchnął ogarek i wyszedł. Przez szparę Albert obserwował, jak podszedł do drzwi gabinetu dziadka i zapukał. Ze swojej kryjówki nie mógł dosłyszeć, o czym rozmawiają, ale widział niezadowolenie na twarzy lorda. Nie lubił, gdy odrywało się go od pracy nad jego pamiętnikami. W końcu w geście rezygnacji machnął rękoma i podążył za lokajem, który w międzyczasie ruszył w dół korytarza. Chłopiec tylko na to czekał. Zzuł trzewiki, by stukot obcasów broń boże go nie zdradził i przemknął się do gabinetu. Pokój był duży, wyłożony boazerią. Z tyłu było okno wychodzące na park. Stało tu kilka mebli – foteli, ława, parę regałów z książkami – lecz całość pomieszczenia dominowało olbrzymie, stojące pośrodku, zawalone papierami dębowe biurko. Dziadek zwykł za nim siadać w ten sposób, że ktokolwiek wchodził do środka najpierw trafiał na jego przenikliwe spojrzenie. Chłopca jednak nie interesowała żadna z tych rzeczy – skierował się ku mniejszym drzwiom po lewej stronie. Wiedział, że prowadzą one do sypialni dziadka. Tu się zatrzymał na sekundę, by spojrzeć na skórę tygrysa rozwieszoną na ścianie. Pamiątka po wizycie dziadka w Indiach. Poszedł dalej, do kolejnych drzwi. Garderoba. Tu była rzecz, której szukał. Wywieszona na manekinie, pod ścianą. Mundur wielki kapitana huzarów, łącznie z szablą i wspaniałą bermycą. Był piękny. Albert wiele razy widział go na obrazie wiszącym w pokoju matki, ale na żywo tylko raz, czy dwa. Z nabożną czcią dotknął błękitnego sukna kurtki. Było miękkie i przyjemne w dotyku. Opamiętał się. Nie wiedział ile czasu zdoła mu załatwić Chester. Prędzej czy później dziadek zorientuje się, że staruszek zmyśla. Nie będzie na niego zły. W końcu lokaj był już bardzo stary i pamięć mogła mu niedomagać. Albert wiedział jednak, że nie chce, by dziadek znalazł go, myszkującego w jego gabinecie. Musiał działać szybko. Zaczął rozbierać manekin. Kolejne elementy stroju lądowały na kupce. W końcu wszystko miał złożone i gotowe do wyniesienia. Okazało się jednak, że było tego za dużo, by zabrać się na raz. Zdenerwowany, nie wiedząc co zrobić, chwycił część i pognał do tajnego przejścia. Tam je złożył i natychmiast biegiem wrócił. Złapał resztę i popędził z powrotem. Był już w sypialni, kiedy usłyszał śpiew. Natychmiast się zatrzymał – pończoszki jednak nie dały mu odpowiedniego zaparcia. Poślizgnął się i padł na tyłek, szczęśliwie jednak nie wpadł do gabinetu. Ostrożnie zerknął przez szparę. W gabinecie krzątała się Matylda. Albert zaklął w duchu najszpetniej jak potrafił – choć „niech to dunder świśnie” nie robiło wielkiego wrażenia. Matylda była najmłodszą, najbardziej wścibską pokojówką. Do tego była plotkarą. Jeśli go zauważy, wszystko wygada i nici z planu!

Albert był w rozpaczy. Tyle pracy na marne! Chętnie rwałby włosy z głowy, krzyczał i płakał – ale to nie było w jego stylu. Albert pomimo swoich ośmiu lat uważał się za człowieka czynu. Przez szparę obserwował odkurzającą pokojówkę. Jak ją wywabić? Jak się jej pozbyć? Myśl! Wytężał umysł najmocniej jak potrafił, ale nic nie przychodziło mu do głowy.

I nagle los uśmiechnął się do niego szeroko. Kątem oka dostrzegł coś czarnego, co szybkim krokiem wpadło do gabinetu

– Matyldo! Gdzie jest lord Richard? Panicz Albert znowu uciekł!

Ostrym głosem zapytała pani Robinson. Dziewczyna pisnęła wystraszona i wyjąkała, że widziała, jak lord wraz z Chesterem wyszli do parku. W odpowiedzi guwernantka poleciła jej, aby poszła za nią. Obie kobiety pospiesznym krokiem opuściły gabinet, a Albert odetchnął z ulgą. Pierwszy raz w życiu był wdzięczny z przybycia pani Robinson.

Ale to oznaczało, że ma mało czasu i plan musi być zmieniony.

Pozbierał z podłogi resztę munduru i szybko upchnął w tajnym przejściu. Sam pognał na złamanie karku do biblioteki. Mijał kolejne zakurzone zakręty, zbiegł po schodkach piętro niżej i ciężko dysząc dotarł na miejsce. Zatrzymał się pod ukrytymi drzwiami aby odzyskać oddech i posłuchać, czy nikogo nie ma. Zza ściany nie dobiegał żaden szmer. Ostrożnie uchylił regał i zajrzał; pusto. Szybko wszedł do środka, zamknął przejście i usiadł na swoim miejscu. Książka nadal była otwarta w miejscu, gdzie skończył. Z leżącego obok notesu wyrwał kartkę i szybko napisał na niej parę słów. Nie potrafił jeszcze pięknie pisać i robił dużo błędów, ale miał nadzieję, że Chester zrozumie przekaz. To było najważniejsze. Plan tego wymagał. Zdążył jeszcze tylko przygładzić włosy, gdy otworzyły się rozsuwane drzwi i do środka wparowała pani Robinson, dziadek i Chester.

Na jego widok kobieta stanęła jak wryta. Lord Cavarnon zwrócił się do niej

– Mówiła pani, że mój wnuk uciekł z biblioteki. A jednak jest tutaj i grzecznie czyta książkę. Czy może mi to pani wytłumaczyć?

Pani Robinson odparła łamiącym się głosem.

– Sir, jeszcze przed chwilą chłopca tu nie było… Szukałam go, ale nigdzie nie mogłam znaleźć…

– I dlatego przyszła pani do mnie, pomimo że prosiłem, aby mi nie przeszkadzać? Czy muszę pani wyjaśniać, na czym polegają pani obowiązki? Jak to się w ogóle stało, że straciła go pani z oczu?

Guwernantka spuściła skromnie głowę, nie mogąc znaleźć słów. Albert dostrzegł błysk łez w jej oczach. Zrobiło mu się jej żal. Może nie była miła jak Myrtle z kuchni, dźgała go palcami, ale nie była najgorsza. Pozwalała mu czytać co zechce i dawała dużo czasu na zabawę. W duchu podjął decyzję, że odpłaci jej za nieprzyjemności na jakie ją naraził.

Dziadek w tym czasie podszedł do niego. Stanął tuż obok, górując nad nim. Miał na sobie czarny surdut w którym wyglądał przerażająco.

– Albercie, gdzie byłeś?

Chłopiec przełknął ślinę. Kłamanie dziadkowi przerażało go do żywego

– Byłem w łazience, panie dziadku. Pani Robinson była dziś bardzo zmęczona i usnęła. Nie chciałem jej budzić, więc się wymknąłem, a potem miałem ochotę na ciastko, ale Myrtle mi nie dała – wiedział, że kucharka potwierdzi jego słowa, o to nie musiał się martwić – Przepraszam, że narobiłem problemu.

Dziadek zdawał się go nie słuchać gdy mówił. Surowe oczy utkwione miał w szpargałach rozłożonych na biurku chłopca. Odwrócił się i podszedł do popiersia Seneki stojącego na kominku.

Chłopiec wykorzystał chwilę. Szybkim, ukradkowym ruchem przełożył napisany uprzednio liścik na sąsiedni pulpit, bliżej lokaja. Chester to zauważył i schował złożoną karteczkę do kieszeni.

– Chester, pani Robinson. Proszę wyjść

Lokaj skłonił się sztywno i wyszedł rakiem. Za nim postępowała pani Robinson, cicho pochlipując. Dziadek odczekał aż drzwi zostaną zamknięte i nie odwracając się, zaczął mówić

– Czy wiesz, że to ja doprowadziłem do spotkania twoich rodziców? Było to ponad dziewięć lat temu. W pobliżu pojawił się pułk huzarów. Mieli ćwiczyć przed uderzeniem na Europę. W tamtych czasach to była zupełna nowość, nigdy wcześniej nie widzieliśmy tak pysznych jeźdźców. Pomyślałem sobie wówczas, że przydałoby się nam tu trochę rozrywki. To były smutne i straszne czasy. Wszyscy baliśmy się Napoleona, który zdawał się być niepokonany. Wykorzystałem okazję i urządziłem bal dla oficerów regimentu. Pojawił się na nim on – twój ojciec. Był kapitanem, choć nie był zamożny. Widziałem, jak wszystkie panie na niego patrzą. Faktycznie, to był bardzo piękny mężczyzna. Dopiero później zauważyłem, że cały czas tańczył z twoją matką. Nim się obejrzałem, Mary Ann była zakochana po uszy. W krótkim czasie, jaki spędzili w pobliżu, zdążyłem poznać tego młodego człowieka. Powiem ci chłopcze, że nigdy nie poznałem tak wspaniałego gentlemena. Maniery miał nienaganne. Był uczciwy i pracowity. Potrafił się rozumnie wypowiedzieć. Przypadł mi do serca. I wówczas stało się najgorsze. Oświadczył się. Wiedziałem, że są w sobie bardzo zakochani. To było widać na pierwszy rzut oka, ale czy to wystarczyło, żeby zezwolić na małżeństwo? Na pewno byłby to mezalians – Steven co prawda był szlachetnie urodzony, ale do Cavarnonów było mu daleko, także finansowo. Ale ja się zgodziłem – po prostu nie chciałem patrzeć, jak pęka serce mojej jedynej córki. Wesele było wspaniałe. Zresztą sam wiesz, matka na pewno opowiadała ci to wiele razy –

starszy pan na chwilę zamilkł, jakby zbierając myśli, lub też wspominając, po czym podjął.

– Twój ojciec miał jednak wadę. Był pochopny. Nie powinien się żenić wyjeżdżając na wojnę, nie powinien zostawiać młodej, ciężarnej żony i na pewno nie powinien ginąć jak cymbał próbując zaimponować Bóg wie komu. Śmierć twojego ojca bardzo boleśnie ugodziła Mary Ann. Przez następne dwa lata dzień w dzień patrzyłem na drzwi do gabinetu, czy nie wejdzie Chester, smutny, z bolesną nowiną. Tak naprawdę, czekam na nią do dziś.

Mały Albert nie rozumiał, dlaczego dziadek mu o tym mówi. Wyczuwał emocje, które nim targały. Ból i strach – i sam ich doświadczał. Nie wiedział, dokąd stary lord zmierza, ale był pewien, że nie chce tam iść z nim. Jego lęk musiał być widoczny, gdyż stary mężczyzna zamilkł na chwilę, po czym podjął znowu, ale zupełnie innym tonem, bardziej oficjalnym.

– Chester mówi, że jesteś wspaniałym, bystrym chłopcem. Widzę, że czytasz Newtona. Rozumiesz go?

Chłopiec skinął głową

– Myślę, że już czas wynająć ci preceptora z prawdziwego zdarzenia, byś zaczął uczyć się łaciny i bardziej poważnych rzeczy

– Panie dziadku, czy to znaczy, że zwolnisz panią Robinson?

Mężczyzna chwilę pomyślał, po czym odparł:

– Nie, jeśli postanowi z nami zostać, znajdę jej nowe zajęcie. Takie, w którym jej drzemki nie będą mi przeszkadzać w pracy.

Lord Cavarnon już otwierał drzwi, by wyjść z biblioteki gdy nagle sobie o czymś przypomniał.

– Aha, Albercie, jeszcze jedno. Jeśli byłbyś tak miły i wrócił gdziekolwiek byłeś żeby odzyskać trzewiki. Wiem, ze pieniędzy nam nie brakuje, ale pończochy nie rosną na drzewach a ludzką pracę należy szanować.

 

Chester, ubranie dla wiesz kogo jest tam gdzie się ostatnio spotkaliśmy. Chyba się tak łatwo nie wyrwę potem więc musisz wszystko przygotować sam”

Chester jeszcze raz przeczytał liścik od chłopca i ze smutkiem pokiwał głową. Chyba już był za stary na takie zabawy.

 

Sir Richard Cavarnon, Ósmy lord Cavarnon wrócił do swojego gabinetu i zasiadł za biurkiem. Przed nim leżały strony jego pamiętnika. Zapisane drobnym, eleganckim, lekko pochyłym pismem karty zawierały historię całego jego życia. Zaczął od dzieciństwa i, jak na razie, doprowadził swoje dzieło do wieku dojrzałego, tuż po narodzeniu Mary Ann. Nie zamierzał nigdy publikować skończonego dzieła. Postanowił, że pisząc je, będzie całkowicie szczery.

Może kiedyś Albert go przeczyta, i zrozumie, co jego dziadek chciał powiedzieć, a na co nie starczało mu odwagi.

Gdy przyszedł czas przedwczesnego rozwiązania Mary Ann, wszyscy myśleli, że zarówno dziewczyna, jak i dziecko nie przeżyją. Mylili się, ale w Cavarnon Hall nie było miejsca na świętowanie. Mary Ann długo i ciężko chorowała. Do dziś niewiele chodziła, niemal nie opuszczając pokoju. Zniknęła dawna amazonka przemierzająca pola i śmiejąca się radośnie w świetle słońca. Sir Richard patrzył jak pogrążała się w coraz większej melancholii, obojętna na wszystko.

Z drugiej strony był jeszcze Albert. Jemu też nie wróżono szczęśliwego, długiego życia. Był brzydkim dzieckiem o nierównych nogach, chudej piersi i dużej głowie pokrytej rzadkimi, ciemnymi włosami. Jedynie oczy miał ładne, odziedziczone po ojcu, stalowoszare ze złotymi przebłyskami. Ci, którzy obserwowali go z bliska szybko zorientowali się, że jest szalenie inteligentny. Sam tworzył swoje zabawki, szybko opanował pisanie – choć bazgrał jak kura pazurem – i czytanie. Był też żywym dzieckiem, skorym do psot.

Sir Richard patrzył na te dwie najbliższe mu osoby i nie wiedział co czuje. Na myśl o córce jego serce wzbierało ckliwym uniesieniem. Odczuwał każde jej cierpienie jak własne. Nieraz spędził bezsenną noc myśląc nad tym, jak jej ulżyć. Nic jednak nie pomagało. Dla Alberta nigdy nie miał tyle serca – troszczył się o chłopca, starał się zapewnić mu dobrą przyszłość, ale ilekroć na niego spojrzał, nie mógł się pozbyć jednej, paskudnej myśli, za którą nienawidził sam siebie.

Jak wspaniale byłoby, gdybyś się nie urodził. Gdyby wszystko było jak przed tym feralnym balem.

 

W obecnej sytuacji, gdy pani Robinson wisiała nad nim jak harpia, nie spuszczając go z oka, Albert musiał całkowicie zawierzyć Chesterowi. Miał nadzieję, że staruszek podoła zadaniu. Godziny w bibliotece dłużyły mu się niemiłosiernie. Słowa zlewały się w niezrozumiały bełkot podczas gdy jego umysł wybiegał ku wieczorowi. W końcu rozległ się dzwonek na podwieczorek. Albert nie czuł głodu; zbyt był na to zdenerwowany, ale pognał do jadalni jak na skrzydłach. Postawiono przed nim kanapki z dżemem i budyń, które bezzwłocznie pochłonął. Jeszcze z pełnymi ustami zawołał, opluwając wszystko dookoła okruszkami:

– Pani Robinson, mogę teraz iść do pokoju się pobawić?!

Guwernantka wydęła usta, jak miała w zwyczaju, gdy udawała, że się waha.

– Tak, możesz. Na godzinkę.

– Dziękuję pani, pa!

Po chwili był już w swoim pokoju. W drzwiach nie było zamka, ale miał nadzieję, że przez następną godzinę nikt tu nie wejdzie. To powinno mu dać dość czasu. Spod łóżka wyciągnął zwój liny. Zawiązał wokół ramy posłania jeden koniec, a drugi wyrzucił za okno. Usiadł na parapecie i wystawił nogi na zewnątrz. Pokój był na pierwszym piętrze więc do ziemi miał dość daleko. Od wysokości zakręciło mu się w głowie. Powiedział sobie jednak, że musi być dzielny. Nabrał powietrza i zaczął schodzić po ścianie. Okazało się to łatwiejsze niż przypuszczał i już po chwili stał twardo na ziemi. Zostawił linę i kuśtykając ruszył między drzewa parku.

 

Słońce chyliło się już powoli ku zachodowi, ale w jej pokoju nie miało to znaczenia. Tu zawsze panował półmrok. Siedziała w swoim fotelu, wpatrzona w portret czasów, kiedy była szczęśliwa. Dzień minął jej bezboleśnie. Rano przyszedł Albert. Bardzo lubiła te chwile, które spędzał z nią. Czuła wtedy spokój. Resztę dnia poświęciła na rozmyślania, trochę popisała w swoim dzienniku. Sporo drzemała. Później nowa pokojówka, Matylda, przyniosła jej coś do jedzenia, po czym zostawiła ją samą.

Steven patrzył na nią z obrazu. Tęskniła za nim i za czasami, gdy wszystko było prostsze.

Rozległo się pukanie. Dość ciche i rachityczne, ale wyraźne

– Proszę – zawołała.

Drzwi się otworzyły i do środka powoli wszedł Chester.

– Panienko Mary – pozdrowił ją.

– Och, Chester, czekaj, już do ciebie podchodzę – wstała i podeszła do niego wspierając się na laseczce. Długie leżenie sprawiło, że jej nogi były bardzo słabe i nie ufała im.

– Nie powinna się panienka kłopotać.

– Nonsens, Chesterze, my staruszkowie powinniśmy się wspierać.

– Gdzieżby tam panience do staruszki. Przecież panienka jeszcze młoda…

– Może metryką, Chesterze. Co cię do mnie sprowadza?

– Mam dla panienki list – z wewnętrznej kieszeni surdutu wydobył kopertę i podał jej.

Zaciekawiona, natychmiast otworzyła ją. W środku, na lekko przybrudzonej karcie dziecinnymi bazgrołami wypisane były słowa.

 

“Kochana Mamo!

Piszę ten list, ponieważ mam dla Ciebie niespodziankę. Przygotowywaliśmy ją z Chesterem już od bardzo dawna. Dziś jest jedyny dzień kiedy możemy Ci ją wręczyć. Chester wie dokąd ma Cię zaprowadzić. Proszę, idź z nim.

Kocham Cię,

Albert”

 

Mary Ann jeszcze raz przeczytała dziecinny liścik, czując jak łzy napływają jej do oczu. Tłumiąc szloch, odłożyła kartę na sekretarzyk i powiedziała do starego sługi tylko jedno słowo: „prowadź”.

 

Wiódł ją tajnymi przejściami z których nie korzystała odkąd była małą dziewczynką. Nie było to łatwe, gdyż korytarzyki były ciemne i ciasne a oni oboje słabi. Wspólnymi siłami, pomagając jedno drugiemu udało im się jednak wydostać z domu niezauważonym. Wśród szybko zapadającego zmierzchu udali się w kierunku starego pawilonu gościnnego.

Budynek ten stał na uboczu. Zbudowany kilkadziesiąt lat wcześniej, zgodnie z obowiązującą modą miał być domem dla przebywających dłużej gości oraz miejscem przyjęć, jednak gdy Carnavon Hall pogrążyło się w sennym marazmie, stał prawie nieużywany. Zapewniając Albertowi tak mu potrzebną do realizacji planu dyskrecję.

Chester poprowadził Mary Ann prosto do sali tanecznej pawilonu. Mniejsza od sali balowej we dworze, miała służyć mniej zobowiązującym przyjęciom. Teraz, rozświetlały ją liczne świece rozmieszczone w kandelabrach. W ich migotliwym świetle Mary Ann dostrzegła kogoś siedzącego na krześle pośrodku sali. Mężczyznę w błękitnej kurtce przerzuconej przez ramię. Chester opuścił jej bok i sięgnął po leżące pod ścianą skrzypki. Rozległy się tony spokojnego walczyka. Mężczyzna wstał niezdarnie, odwrócił się i ruszył niepewnie w jej kierunku. Jego kroki stawały się jednak z każdym następnym coraz pewniejsze, aż dotarł do niej i z galanterią się skłonił. Teraz dopiero dostrzegła jego wyrzeźbioną z wielkim pietyzmem z drewna twarz i sznurki prowadzące od jego kończyn w górę. Spojrzała za nimi. Deski kryjące strop sali zostały zdjęte. Pozostały jedynie krokwie i podwieszone do nich wąskie kładki oraz system wielokrążków. Linki, rozpostarte niczym pajęczyna biegły, by połączyć się tam, gdzie stał jej syn, ubrany w rodzaj uprzęży.

Albert stał zgięty w ukłonie z zapraszająco wyciągniętą dłonią.

Zupełnie jak manekin pod nim.

Zrozumiała.

Niepewnie odrzuciła laseczkę i dygnęła, przyjmując zaproszenie do tańca.

Jej syn – manekin objął ją w pasie i przyjął klasyczną pozę do walca.

Dolman, w który ubrany był manekin pachniał kurzem i wspomnieniami.

 

Lord Cavarnon z twarzą ukrytą w dłoniach rozmyślał jak wyartykułować szczególnie krępującą historię jego pierwszego spotkania z księciem – regentem, gdy nagle drzwi do jego gabinetu otwarły się z hukiem, a na progu stanęła pani Robinson z rozwianym włosem.

– Sir, Albert znowu zniknął. Uciekł ze swojego pokoju przez okno

Stary arystokrata wstał i podszedł do wzburzonej guwernantki.

– Proszę się uspokoić i wezwać całą służbę do jadalni. Zaraz znajdziemy chłopca.

 

Nie minął kwadrans a lord Cavarnon wraz z dwoma chłopcami stajennymi szedł przez park w kierunku pawilonu. Zebranie służby wykazało, że na miejscu nie ma Chestera. Dla sir Richarda był to wyraźny znak, że stary lokaj jest w zmowie z chłopcem. Za dobrze go znał, by nawet dopuścić do siebie myśl, że zignorowałby polecenie lorda. Gdy Matylda powiedziała, że przez okno widziała, jak starzec z panienką Mary Ann znikają pośród drzew idąc wyraźnie w kierunku pawilonu, patriarcha rodu wiedział już, gdzie szukać najmłodszej latorośli. Był wściekły; w drodze obmyślał jak postąpić. Na pewno tym razem przetrzepie mu skórę – był zbyt delikatny, jeśli o wychowanie chodzi. Wyśle go też do szkoły z internatem, gdzie nauczą go dyscypliny. Guwernantka to za mało. Chłopcu potrzebny jest porządny, męski dryl.

Wkrótce doszli do pawilonu. Już z daleka uderzyły ich dźwięki muzyki i śmiechu. Gdy wyszli z ostatnich krzewów, Lord Cavarnon zamarł – w rozjarzonym wnętrzu mignął mu duch, powiewając kurtką pośród tanecznych obrotów. Ruszył biegiem, przerażony. Wpadł do sali spodziewając się najgorszego. To, co zobaczył całkowicie go zaskoczyło. W szoku poczuł, jak mięśnie odmawiają mu posłuszeństwa; padł na kolana – jego córka, roześmiana, rumiana w objęciach Stevena tańczyła walca. Poczuł wilgoć na policzku. Jedna, gruba łza spłynęła i zginęła pośród czarnej brody.

Nagle w świetle błysnęły sznurki; dziadek spojrzał machinalnie w górę, gdzie balansując na wąskich platformach wirował chłopiec, zatopiony w muzyce, podtrzymujący niewidzialną partnerkę.

– Albert! – krzyknął dziadek.

Chłopiec otworzył oczy; wybity z rytmu stracił równowagę; zachwiał się. Skrzypki przestały grać, tancerz pośród konwulsyjnych spazmów porzucił swą partnerkę gdy Albert runął w.

Dla Richarda czas zwolnił, widział jak chłopiec leci w dół; linki przywiązane do jego kostiumu pękają jedna po drugiej nie powstrzymując upadku. W ułamku sekund przez głowę przebiegło mu milion myśli. Albert, biedny, mały Albercik sam w wielkim domu. To nie jego wina, że świat bywa okrutny. Dziecko pragnie tylko jednego – miłości, a on mu jej odmawiał.

Zamknął oczy i zadziałał instynktownie; rzucił się naprzód, z wyciągniętymi ramionami. Poczuł uderzenie – potężny ciężar nagle spoczął na jego rękach, przyciskając je do podłogi. Ból rozbłysnął w knykciach, w łokciach.

Bał się spojrzeć, czy nic się nie stało chłopcu. Zaciskał kurczowo powieki, jakby to, czego nie widział, nie działo się rzeczywiście. Chciał, by było rano. By do jego gabinetu znowu wparowała ze skargą Robinson, by poszli do pokoju jego córki, gdzie skulony za fotelem kryłby się ten kochany huncwot. Wtedy on, Ósmy Lord Cavarnon wszystkich ich by uścisnął – a potem zjedliby maślane bułeczki z dżemem. Prosił Boga, by pozwolił mu tylko na to. By dał jeden dzień, bez trosk, bez udawania.

– Dziadku – otworzył oczy. Albert patrzył na niego stalowoszarymi oczyma, w których kryło się niezrozumienie.

Starz Lord zawył jak zranione zwierzę przyciskając z całych sił głowę dziecka do piersi; łzy lały się nieprzerwanym potokiem. Dopadła do nich Mary Ann, przestraszona, blada i zdyszana, próbując sprawdzić, czy nic się nie stało dziecku. Ją też przygarnął. Dawno nie płakał. Nie mógł sobie nawet przypomnieć, kiedy to było. Może kiedy sam był dzieckiem?

Dobrze było zapłakać, pomyślał.

 

A rano na śniadanie zjedli bułeczki maślane z dżemem, siedząc razem w ogrodzie, pośród kwiatów i bukszpanów.

Koniec

Komentarze

Hmmm. No pięknie, a gdzie tu fantastyka? OK, chłopiec genialny, ale to trochę mało. To w Wielkiej Brytanie były wojska huzarskie?

Wykonanie mogło być lepsze. Zdania wypada kończyć kropką (albo czymś podobnym), nawet jeśli to dialog.

Miles był gruby i głupi i w zeszłym roku wyzwał Alberta na wyścigi. Choć wygrał, drogo za to zapłacił,

Kto wygrał? Bo podmiot zaginął w akcji i ze zdań wynika, że Miles.

pilnując, by nie było żadnego, nawet najcichszego skrzypnięcia wszedł do środka. W pokoju było ciemno. Kotary były zasłonięte

Powtórzenie.

gdzie skulony za fotelem kryłby się ten kochany chuncwot.

Ojjjj. Paskudny ortograf.

Babska logika rządzi!

Opowieść wydała mi się dość niewiarygodna. Albert jest chłopaczkiem zmyślnym, ale przecież zaledwie ośmioletnim i to raczej niemożliwe, by sam, a choćby i z ewentualną pomocą starego lokaja, zbudował konstrukcję i manekin, tym bardziej, że był ciągle pilnowany, a pani Robinson chyba nie zapadała w drzemkę na całe dni.

Wyczułam pewien powiew XIX wieku, ale tylko powiew i tylko lekki.

Obawiam się, że w tajemnych korytarzach i przejściach została ukryta cała fantastyka, dlatego nie sposób dostrzec jej w opowiadaniu.

Wykonanie pozostawia, niestety, sporo do życzenia.

 

Al­bert czę­sto za­da­wał sobie py­ta­nie, czego bar­dziej nie lubi – pani Ro­bin­son, czy owsian­ki. Dziś jed­nak nie miał ocho­ty roz­wa­żać tego pro­ble­mu i ko­lej­ny raz te­sto­wać moż­li­wo­ści. – Czyich możliwości?

 

Uro­dził się z jedną nogą krót­szą i przy każ­dym kroku ko­li­bał się tro­chę na boki… – …przy każ­dym kroku ko­lebał się tro­chę na boki

 

tych ko­ry­ta­rzy­ków uży­wa­li słu­żą­cy za cza­sów jego pra­dza­id­ka… – Literówka.

 

Pod ścia­na­mi stały zbro­je przod­ków, naj­star­sze jesz­cze z cza­sów wojny dwóch Róż. – …naj­star­sze jesz­cze z cza­sów Wojny Dwóch Róż.

 

Wszę­dze wi­sia­ły też ob­ra­zy. Por­te­ty wy­bit­nych lor­dów… – Literówki.

 

Uwagę chłop­ca przy­ku­wa­ły jed­nak drzwi na końcu ko­ry­ta­rza – po­tęż­ne, rzeź­bio­ne w ciem­nym drze­wie. – Czy na końcu korytarza rosło ciemne drzewo, w którym ktoś rzeźbił drzwi? ;-)

Może: Uwagę chłop­ca przy­ku­wa­ły jed­nak drzwi na końcu ko­ry­ta­rza – po­tęż­ne, wyrzeź­bio­ne z ciem­nego drewna.

 

Była bar­dzo szczu­pła i blada. Ró­żo­we usta nie­mal nie od­ci­na­ły się od resz­ty twa­rzy. – Skoro twarz była blada, różowe usta winny być raczej widoczne.

 

Nadal miała gęste, czar­ne loki spły­wa­ją­ce jej na plecy pysz­ną ka­ska­dą. – Zbędny zaimek. Czy włosy mogły spływać na plecy komuś innemu?

 

Cie­pły, czerw­co­wy wie­czór. […] Przez otwar­te drzwi ta­ra­so­we do sali ba­lo­wej wpły­wał cięż­ki za­pach z ogro­du – bez i ja­śmin pach­nia­ły słod­ko, rozczulająco. – Bzy kwitną w maju, w czerwcu nie mogły pachnieć.

 

Oko­licz­ni gen­tle­me­ni i go­ście z Lon­dy­nu… – Oko­licz­ni dżentelmeni i go­ście z Lon­dy­nu

Stosujemy pisownię spolszczoną.

 

nie­któ­re w mod­nych na kon­ty­nen­cie suk­niach Em­pi­re. – …nie­któ­re w mod­nych na kon­ty­nen­cie suk­niach em­pi­re.

 

Ste­ven był w swoim mun­du­rze wiel­kim – przez ramię miał prze­rzu­co­ny men­tyk, świa­tło igra­ło w jego po­le­ro­wa­nych gu­zi­kach. Czuła jego silne ramię pod­pie­ra­ją­ce jej kibić… – Zrozumiałam, że mentyk podpierał kibić tancerki.

 

Ste­ven był w swoim mun­du­rze wiel­kim – przez ramię miał prze­rzu­co­ny men­tyk, świa­tło igra­ło w jego po­le­ro­wa­nych gu­zi­kach. Czuła jego silne ramię pod­pie­ra­ją­ce jej kibić, szorst­ką skórę jego mę­skiej dłoni na swej – a zwłasz­cza jego pa­lą­ce spoj­rze­nie. Po­licz­ki jej pło­nę­ły żywym ogniem. – Przykład nadmiaru zaimków.

 

Dzia­dek miał tu­bal­ny, niski głos… – Masło maślane. Głos tubalny jest niski z definicji.

 

Przy­sze­dłem od­wie­dzić panią matkę – Brak kropki na końcu zdania.

Błąd powtarza się wielokrotnie, w całym opowiadaniu.

 

Sta­nę­ła za nim i po­ło­ży­ła ręcę na jego ra­mio­nach… – Literówka.

 

Mó­wiąc to, od­wró­cił się i wy­szedł, za­mia­ta­jąc po­ła­mi sur­du­ta. – Ponieważ surdut był strojem wizytowym, nie wydaje mi się, by lord był weń ubrany skoro świt. Jeśli jednakowoż miał go na sobie, ciekawi mnie, co zamiatały poły surduta?

 

Ostroż­nie wyj­rzał za róg, po czym uso­ko­jo­ny wy­szedł. – Literówka.

 

Po­mi­mo po­kaź­ne­go wzro­stu cho­dził zgar­bio­ny… – Wydaje mi się, że chodził zgarbiony nie pomimo wysokiego wzrostu, a właśnie z jego powodu.

 

Na gło­wie miał dłu­gie, siwe włosy zwią­za­ne w har­cap czar­ną ko­kard­ką a do tego ol­brzy­mie, siwe bo­ko­bro­dy. – Czy istniała możliwość, że harcap i bokobrody, Che­ster mógł nosić w innym miejscu, nie na głowie? ;-)

 

Pokój był duży, wy­ło­żo­ny bo­aze­rią. Z tyłu było okno wy­cho­dzą­ce na park. – Skąd wiadomo, gdzie jest tył pokoju? ;-)

 

ca­łość po­miesz­cze­nia do­mi­no­wa­ło ol­brzy­mie, za­wa­lo­ne pa­pie­ra­mi dę­bo­we biur­ko na środ­ku. – Dlaczego biurko było dębowe tylko na środku? ;-)

 

biur­ko na środ­ku. Dzia­dek zwykł za nim sia­dać w ten spo­sób, że kto­kol­wiek wcho­dził do środ­ka… – Powtórzenie.

 

ukrad­ko­wym ru­chem prze­ło­żył na­pi­sa­ny upszed­nio li­ścik na są­sied­ni pul­pit… – …ukrad­ko­wym ru­chem prze­ło­żył na­pi­sa­ny uprzed­nio li­ścik na są­sied­ni pul­pit

 

Dzia­dek od­cze­kał aż drzwi zo­sta­ną za­mknię­te i nie­od­wra­ca­jąc się, za­czął mówićDzia­dek od­cze­kał aż drzwi zo­sta­ną za­mknię­te i nie­ od­wra­ca­jąc się, za­czął mówić:

 

Wy­ko­rzy­sta­łem oka­zję i urzą­dzi­łem bal dla ofi­ce­rów Re­gi­men­tu. – Dlaczego regiment napisano wielką literą?

 

Nie po­wi­nien się żenić wyjż­dża­jąc na wojnę… – Literówka.

 

nie po­wi­nien zo­sta­wiać mło­dej, cię­żar­nej ob­lu­bie­ni­cy… – Oblubienica, to panna młoda, także narzeczona. Zamężna kobieta nie jest oblubienicą.

 

Znik­nę­ła dawna ama­zon­ka prze­mie­rza­ja­ca pola… – Literówka.

 

Jakby wspa­nia­le by­ło­by, gdy­byś się nie uro­dził.Jakby wspa­nia­le by­ło­… Lub: Jak wspa­nia­le by­ło­by

 

Za­wią­zał wokół ramy jeden ko­niec, a drugi wy­rzu­cił za okno. – Wokół jakiej ramy?

 

Sie­dzia­ła w swoim fo­te­lu, wpa­trzo­na w por­tret cza­sów, kiedy była szczę­śli­wa. – Czy portret przedstawiał czasy? ;-)

Pewnie miało być: Sie­dzia­ła w swoim fo­te­lu, wpa­trzo­na w por­tret z cza­sów, kiedy była szczę­śli­wa.

 

Póż­niej nowa po­ko­jów­ka… – Literówka.

 

z we­wnętrz­nej kie­sze­ni sur­du­tu wy­do­był ko­per­tę i podał jej. – …z we­wnętrz­nej kie­sze­ni sur­du­ta wy­do­był ko­per­tę i podał jej.

 

Mniej­sza od sali ba­lo­wej w dwo­rze… – Mniej­sza od sali ba­lo­wej we dwo­rze

 

tan­cerz po­śród kon­wul­syw­nych spa­zmów po­rzu­cił swą part­ner­kę gdy Al­bert runął w dół. – …tan­cerz, po­śród kon­wul­syj­nych spa­zmów, po­rzu­cił swą part­ner­kę, gdy Al­bert runął.

Runąć w dół, to masło maślane. Czy można runąć w górę?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na wstępie chciałbym podziękować za wskazanie błędów. Staram się samemu redagować swoje teksty, ale najwyraźniej słabo mi to wychodzi. Ale nie ustaję w wysiłkach :)

Co do pytania o brytyjskich huzarów:

Tak, bodajże w 1806 przezbrojono dwa regimenty lekkich dragonów na huzarów (10th i 15th Reg. of Hussars).

 

Nowa Fantastyka