- Opowiadanie: Konstancja - Opowieści z Maczetogrodu I

Opowieści z Maczetogrodu I

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Opowieści z Maczetogrodu I

I nic. Drabina za cholerę nie chciała być tych parę centymetrów dłuższa.

-No dawaj chłopie, bo ktoś nas przyłapie – sapnął Cinek.

-Noosz nie da się… Czekaj! – Wyciągnąłem rękę najdalej jak mogłem, zamknąłem oczy, skupiłem cały umysł na jednym punkcie, kilka ruchów scyzoryka i… jest! Litera znalazła się w moim ręku.

-Dobra – zameldowałem. – Mamy obie. Bierz drabinę i odnieś dziadkowi, a ja jakoś przemycę to do domu i zapakuję na jutro w jakiś kolorowy papier. Pójdziemy do profesora rano i załatwimy sprawę raz na zawsze.

Z niezrozumiałych powodów Cinek nie odpowiedział mi. Usłyszałem za to wyraźnie odgłos pałki  obijającej się rytmicznie o czyjąś rękę. Mój Boże, władza mnie nakryła…

Obróciłem się na drabinie, i jakimś cudem utrzymując równowagę uniosłem ręce do góry.

-Tia… Kradniemy neonki obywatelu?

Przed sobą ujrzałem nocny patrol, trzech dresów w bluzach ze złotymi kapturami. Na butach mieli świeże, nowohuckie błoto.

-Ja… – Myśl, myśl tępaku… – Ja, Panie władzo poleruję.

-Oj nieładne, jeszcze kłamie. – stwierdził z dezaprobatą najwyższy funkcjonariusz.

–Będzie wpieldol obywatelu. – dodał drugi, najwyraźniej pozbawiony  kilku zębów.

Przełknąłem ślinę. Ja, inteligencja narodu, złapany w takiej chwili! Zobaczyłem wychylającą się nieśmiało zza krzaka głowę tego zdrajcy, Cinka. Skubaniec mnie nie ostrzegł, ale schować się owszem zdążył.  W całą tę historię wpakowaliśmy się razem, a teraz tylko ja skończę źle – pomyślałem i postanowiłem go wydać. Jednak opatrzność widocznie nad nim czuwała, bo mój oskarżycielski gest spowodował chwilową utratę równowagi i z hukiem zwaliłem się z przeklętej drabiny. Całe życie przeleciało mi przed oczami.  

 To był początek drugiego semestru na polibudzie, a my, pełni pozytywnej energii studenci przybyliśmy oto aby dzielnie uczyć się fizyko-mechaniki dynamicznej pod okiem sławetnego mistrza – profesora Znienacka. I bum. Nie wiem kiedy zrozumieliśmy, że nic z tego nie będzie – czy to był pierwszy kwadrans wykładu, czy może wcześniej. Nagle wizja dyplomu uleciała jak z wiatrem, a profesor Znienacka śmiał się tylko podle patrząc na nasze zmęczone życiem twarze. Po czterdziestym trzecim terminie egzaminu, kiedy byliśmy już na trzecim roku postanowiliśmy coś z tym zrobić. Wraz z Cinkiem jako jedyni odważni udaliśmy się do gabinetu profesora. Na uczelni krążyły o nim różne legendy, jak i ta, że przylatuje do pracy odkurzaczem. Może nie wszystkie, ale wiele z nich było prawdziwych a jedna głosiła o dziwnym zboczeniu, które łatwo można było wykorzystać. Otóż profesor Znienacka, niesamowity patriota lokalny, posiadał kolekcję liter układających się w skrót „PK”. Liter tych oczywiście nie kupował, ale zdobywał w najdziwniejszych miejscach – i my w zamian za zaliczenie postanowiliśmy pomóc mu w tym zdobywaniu, bo jak fama głosiła, był to jedyny sposób na skurczysyna. Tak więc tej pięknej nocy, o której opowiadam, stałem sobie spokojnie nieopodal Placu Centralnego na ostatnim szczeblu drabiny pod niekompletnym już napisem „Piekarnia Stołeczna” i wypełniałem swoje obowiązki względem kraju, który potrzebował inżynierów.

Gdy tak leżałem poskręcany na ziemi i dumałem, dres trzeci wyciągnął spomiędzy krzaków mojego przyjaciela.

– A to gagatki… Po krzakach się chowają… Dokumenty, już zaraz!

Obolałą ręką wyciągnąłem dowód z portfela. Funkcjonariusze nie zastanawiali się długo.  

 

 -Obywatele Franciszek Morda i Cinkosław Cienki, wyrokiem sądu dwudziestocztero minutowego zostajecie skazani na karę zlania bejsbolem.

Zadrżałem. To już koniec.

Coś przemknęło przez okoliczne trawy. Wszyscy umilkli. 

-Kara zostanie wykonana w trybie namiejscowym… – kontynuował niepewnie ofcer, zezując lekko na boki.

Znów coś zaszeleściło. Oficerowie dresowie spojrzeli po sobie, ale zanim zdążyli ustawić się w pozycjach obronnych pierwszy atakujący wyleciał zza drzewa wiśniowego.

-W imię narodu! – wykrzyczała siwowłosa babcia i wyskoczyła z maczetą na władzę. Za nią pojawiło się kilka kolejnych partyzantek dzierżących przeróżne bronie – od sztyletów po poręcze z taczek. Dokumentów co prawda z Cinkiem nie odzyskaliśmy, ale zdążyliśmy usunąć się na bok nim rozgorzała potworna walka. Usłyszeliśmy jak w bloku nad nami otwierają się okna. Jeden z mieszkańców, na oko dwudziestoletni i bardzo wysportowany wychylił głowę mocniej niż inni.

-Moją babcię kurwa bijecie? Moją babcię? – Zagrzmiał, po czym zniknął i już po minucie pojawił się w drzwiach klatki schodowej z nunczaku w lewej dłoni i butelką Mołotowa w prawej. Uznałem, że to odpowiedni moment aby zwiać, zwłaszcza, że litery leżały zupełnie nie pilnowane tuż obok. Chwyciłem je, wpakowałem do reklamówki z osiedlowego marketu, a potem złapałem Cinka za rękaw i wpół skuleni pobiegliśmy, aby jak najdalej od osiedla. Do domu.

 

***

Zbliżała się siódma rano. Wiedzieliśmy, że profesor spędzi na uczelni jeszcze tylko pół godziny i uda się do domu na krótką drzemkę. O tej porze miał zwykle dobry humor. Zapukałem nieśmiało.

-Proszę – odpowiedział mi dość kurtuazyjnie mocny głos ze środka.

-Dzień dobry panie profesorze – wybąkał Cinek. – Przynieśliśmy nowy model do pana kolekcji.

Profesor Znienacka obrócił się w fotelu i z zadowoleniem potarł o siebie końcówki palców.

– Cienki, Morda, czekałem na was – rzekł.

Popatrzyliśmy z Cinkiem po sobie. Uciekać, czy zginąć z honorem?

-Doniesiono mi… – zagaił profesor – że z narażeniem życia uczestniczyliście wczoraj w anarchistycznej prowokacji…

Cinek zbladł, a potem rzucił się w panice do drzwi. Jednak zanim zdążył chwycić za klamkę zatrzymała go wysoka, piękna - i najwyraźniej dość groźna kobieta. Przy boku miała przypasaną długą szablę z białą szarfą. Obdarzyła mojego kolegę cynicznym spojrzeniem, po czym zwróciła się do mnie.

– Witaj Franciszku. – Jej głos był hipnotyzujący. – Jestem Malwina, Malwina Znienacka. Miło poznać ciebie i twojego tchórzliwego kolegę. Od dziś będziecie moimi podwładnymi.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Sympatyczna historyjka, nieco skrzywdzona przez wykonanie.

Interpunkcja kuleje, wielokropek składa się z trzech kropek, a nie z dwóch, myślniki od reszty zdania oddzielamy spacjami. Zapis dialogów leży i kwiczy.

Nie ma potrzeby zastępowania bluzgów gwiazdkami. Wszak bohaterowie wyrażali się bez zahamowań?

Po co Ci I w tytule? Opowiastka wygląda na samodzielną, a nie jakąś pierwszą część.

Drabina za cholerę nie chciała być te parę centymetrów wyższa.

A próbowała być dłuższa? Wydaje mi się, że o tych kilka (nie parę, bo para to dwie sztuki) centymetrów. Ja tam bym podłożyła kilka cegieł albo inną skrzynkę pod drabinę…

Babska logika rządzi!

Konstancjo, taki krótki tekst powinien być dopracowany i dopieszczony w najdrobniejszych szczegółach, a tu co? Cholerna dysleksja?

W dodatku, co stwierdzam z wielką przykrością, nie zauważyłam fantastyki. ;-(

 

Dra­bi­na za cho­le­rę nie chcia­ła być te parę cen­ty­me­trów wyż­sza.Dra­bi­na za cho­le­rę nie chcia­ła być tych parę cen­ty­me­trów dłuższa.

 

-No dawaj chło­pie, bo ktoś nas przy­ła­pie. – Sap­nął Cinek. – Źle zapisujesz dialogi. Zajrzyj tutaj: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

-No­osz nie da się.. Czekaj! Nooż, nie da sięCzekaj!

Jeśli miał być wielokropek, brakło jednej kropki. Jeśli miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo. – Ten błąd powtarza się kilkakrotnie. :-(

 

Usły­sza­łem za to od­głos cięż­kie­go, dłu­gie­go, drew­nia­ne­go i mocno wy­po­le­ro­wa­ne­go przed­mio­tu, obi­ja­ją­ce­go się ryt­micz­nie o czy­jąś rękę. – Po czym można usłyszeć, że przedmiot uderzający o rękę jest ciężki, długi, drewniany i mocno wypolerowany? ;-)

 

Ja Panie wła­dzo po­le­ru­ję.Ja, panie wła­dzo, po­le­ru­ję.

Zwroty grzecznościowe zapisujemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

W całą hi­sto­rię wpa­ko­wa­li­śmy się razem… – W całą hi­sto­rię wpa­ko­wa­li­śmy się razem

 

po­czu­łem, że ronię łzy wzur­sze­nia. – Literówka.

 

Na uczel­ni krą­ży­ły o nim różne le­gen­dy, jak i ta, że przy­la­tu­je na uczel­nię od­ku­rza­czem. – Powtórzenie.

 

Tak więc tej pięk­nej owej nocy… – Dwa grzybki w barszczyku.

Tak więc tej pięk­nej nocy… Lub: Tak więc owej pięk­nej nocy

 

Zsze­dłem na dół i zgod­nie z po­le­ce­niem… – Masło maślane. Czy można zejść na górę?

 

wy­ro­kiem sądu dwu­dzie­sto-czte­ro mi­nu­to­we­go… – …wy­ro­kiem sądu dwu­dzie­stoczte­romi­nu­to­we­go

 

od szty­le­tów po po­rę­cze z ta­czek. – Co to jest poręcze z taczek?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poręcze z taczek to część barierek, mocowanych do bocznych i przednich krawędzi rzeczonych taczek, a mających na celu zabezpieczenia pasażerów przed wypadaniem z pojazdu na zakrętach oraz podczas hamowania. Trzeba bowiem wiedzieć, że w mieście, w którym toczy się akcja, zamiast tramwajów, trolejbusów i kolei podziemnej, kursują taczki z paragrawitacyjnym napędem na środkowe kółko.

Za dużo grzybków w barszczyku, co sprawia, że mniej więcej od połowy przestaje to bawić… A pointa… No, jakaś jest…

Zakręcony tekst, może dlatego końcówka trochę rozczarowuje; po tym jak naród podniósł na władzę pokrytą plamami wątrobowymi rękę, spodziewałem się przynajmniej profesora na odkurzaczu.

Znienacka, rzecz jasna.

 

 

Władza w ręce dresów? Pierwszy kupię babci  maczetę!wink

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=76SCx2PVzwE

Średnio mnie ten tekst rozśmieszył, a to przez wykonanie. Wszystkie chyba błędy już zostały wskazane, więc nie będę się powtarzać. 

Masz tag wulgaryzmy, a autocenzurujesz je gwiazdkami – po co? Poza tym widziałaś tekst literacki z gwiazdkami zamiast pełnych słów? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Poręcze z taczek to część barierek, mocowanych do bocznych i przednich krawędzi rzeczonych taczek, a mających na celu zabezpieczenia pasażerów przed wypadaniem z pojazdu na zakrętach oraz podczas hamowania. Trzeba bowiem wiedzieć, że w mieście, w którym toczy się akcja, zamiast tramwajów, trolejbusów i kolei podziemnej, kursują taczki z paragrawitacyjnym napędem na środkowe kółko.

Adamie, marnujesz się tutaj ;) Jedno nieporadne określenie, a jaka burza niebanalnych pomysłków ;)

 

Co do tekstu, to lekko i… krótko. Jako humoreska raczej słabo, ale lektura nie męczy. Czekam na jakiś… ambitniejszy tekst.

 

Pozdrawiam!

 

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Momentami byli zabawnie, szczególności babcia z maczeta przypadla mi do gustu. Sporo absurdu plus średnia puenta.

Jakoś specjalnie nie rozbawiło, ale przeczytałam bez przykrości. Na plus – lekki styl narracji. Na minus – nadal nie poprawione błędy wymienione przez przedpiśców.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Szczypta absurdu, humoru i jako takiej oryginalności dały efekt w postaci ciekawego tekstu. Ale wykonanie mogłoby być zdecydowanie lepsze. 

Nowa Fantastyka