- Opowiadanie: Mały Słowik - Mówiący

Mówiący

Dawno temu miało pójść na konkurs. Poszło. Dostało łupnia (albo zaginęło w akcji i nawet nie dotarło – jeden pech). Odnalazłem na nośniku,  teraz zwyczajnie ciekawym opinii oraz sprawdzenia, czy dobrze odszukuję bolączki we własnych tekstach (nie w sensie, że te dotyczące zdań, bo to cięższa jest przeprawa).

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Mówiący

I

 

Siedział tam, jak zawsze popijając lekkie cappuccino. Z delikatną pianką, w kształcie łabędzia, jakżeby inaczej.

Silna woń palonych, złocistych ziaren biła już od progu. Zamknięte oczy pozwalały szaleć pozostałym zmysłom. Nawet opuszki palców zdawały się drżeć z rozkoszy.

Kelner uśmiechnął się, przechodząc obok. Znajome spojrzenia, nieodwzajemnione uprzejmości, co tydzień, o równej godzinie. Nie wiem, dlaczego zostałem wybrany. Od dawna przestało mieć to jakiekolwiek znaczenie. Tak po prostu jest.

Usiadłem przy okrągłym stoliku, naprzeciwko olbrzymiej szyby z widokiem na ulicę. Dziesiątki istnień pogrążonych w jednym pędzie, zasilanych jedną maszyną. Szare cienie zimnej ulicy. Prawie widzę olbrzymią dłoń, która kręci setkami korbek jednocześnie.

Spojrzałem w niebo, a ono odwzajemniło ten gest. Całe konstelacje sięgnęły w głąb mojej duszy, urywając kawałek z uciskającego ją smutku. Od pierwszego spotkania pokochałem jego oczy. Trwają we mnie każdego dnia, by co jakiś czas ponownie nałożyć swoje piętno.

Rytualnie przeczesał bujną, krzaczastą brodę. Odstawił porcelanową filiżankę. Łabędź zatańczył na brązowej tafli.

– Jak minął ci czas? – zapytał, a ja niemal zadrżałem na dźwięk tego głosu. Dziwne ciepło spłynęło po spiętych mięśniach. Rozluźniłem się.

– Przeleciało go tyle co zwykle, ale wydarzeń jakoś więcej.

Zmarszczki na jego twarzy wygładziły się, zwiastując nadejście pięknego uśmiechu.

– Czuję to. Miłość tańczy ci po źrenicach. Mów, pytaj.

Jak za każdym razem na moje usta rzuciły się hieny. Słowa szarpały nieruchomymi wargami, sztukowały, obgryzały szukając drogi do języka. Ten jednak milczał, uciszony stanowczym spojrzeniem nieba. Nie mogę zadawać wszystkich pytań, jakie przyjdą mi na myśl. To nie dla ciebie, powiedział, pozostań człowiekiem, jednostką. Więc zapytałem.

– Czy można przestać kochać?

Nie był zaskoczony. Wiedział czym przygnieciona jest moja dusza. Strach przed utratą grał na jej wiotkich strunach. Ból rozrywał na dwie, nierówne połówki.

– Jakbyś określił to uczucie? – wziął kolejny łyk kawy, której zapach dotknął moich rozczulonych nozdrzy. Zrobiłem głęboki wdech, całym sobą. Ludzie patrzą w moim kierunku, jak zawsze. Rozumieją? Nie. A może?

– To coś we mnie. Rozrywa od środka. Nie pozwala robić wszystkiego. Trzyma mnie na łańcuchu, a ja szczekam radośnie na jego krańcu. Akceptuję każde oczko, wszystko z czego się składa.

– Zatem połowa twoich trosk jest bezpodstawna. Wsiąkłeś, dziecko. A ona? Nie zdradzi cię, dopóki nie zaczniesz ciągnąć za łańcuch. Szczęście jest po jego drugiej stronie, ale i z daleka od niego. Nie ma jednego imienia. To twój wybór. Zawsze tak jest.

 

Wszędzie uśmiechy. Otaczają mnie jak morze pełne białych sztyletów. Nie wiedzą.

 

– Nie ma w tym nic skomplikowanego – kontynuował. – Wszystko co stworzyłem jest proste, to ludzie zawiązali supły tam, gdzie nie powinni. Pora na moje pytanie.

Zrobiło mi się zimno. Być może przez nagły przeciąg szalejący pośród kawiarnianych stolików. Kelner natychmiast zamknął otwarte do tej pory drzwi. Wiosenne powietrze bezsilnie biło w chłodne szyby.

– Smakujesz życia od tak dawna. Nie nudzi cię ono?

– Nudzi? – odparłem zaskoczony. – Każdego dnia, niezmiennie, a kiedy mam już dość, nastaje chwila, która wszystko odmienia. Życie nie jest nieprzerwanym ciągiem wydarzeń. To ścieżka pomiędzy kolejnymi, wartymi coś więcej niż nic momentami.

Cień padł na oschłe myśli, na chwilę odbierając mnie rzeczywistości. Kolejne pytania, tak wiele. Gdy się przebudziłem, on stał już w drzwiach, które otworzył kelner. Nie wyszedł na zewnątrz. Rozpłynął się zanim dotknął szarej codzienności.

 

Łabędź uciekł z filiżanką.

 

***

 

Adam miał za godzinę kończyć. Na prośbę jednej z klientek, ponownie otworzył drzwi. Z uśmiechem zauważył, że wiatr przestał brykać, po czym ponownie wrócił za ladę, po drodze przyglądając się zebranym gościom. Złowił wzrok samotnego mężczyzny, wpatrzonego w miejsce, w którym nie było nic. Często widywał, jak ten przesiaduje przy stoliku dla jednej osoby. Choć w zmęczonym dniem sercu wezbrało współczucie, myślał teraz tylko o tym, by skończyć pracę.

 

II

 

– Czy wpływasz na przeznaczenie?

 

Krzesło zaskrzypiało, gdy poruszyłem się nerwowo. Roztrzęsione dłonie niemal strąciły serwetnik. Te same emocje, za każdym razem, a ja nie potrafię przywyknąć. Marna ze mnie kukiełka. Złe drewno, zbyt silne ugryzienia dłuta i niezgrabne szlify.

– Przeznaczenie? – odpowiedź rozpoczęta pytaniem. Ponownie rozluźniam mięśnie, wiedząc, że rozmowa się odbędzie. Wie, że działa na mnie jak narkotyk. Szczęście na jednym z krańców łańcucha. – Kolejny supeł zawiązany przez ludzi. Supeł, którego tak naprawdę nie ma, a wy męczycie się z rozplątaniem.

– Nie o to pytałem.

– Wiem, dzieciaku, wiem. Słowa przemówiły za ciebie.

Czekałem w ciszy, aż zacznie kontynuować. W międzyczasie kelner przyniósł kawę. Prawdziwie szczery, pozbawiony maski uśmiech zaskoczył mnie. Powściągliwy łyk. Drugi. Trzeci.

– Nie ma możliwości sterowania czymkolwiek, co obdarzone jest wolną wola – podjął ponownie.

– Czy kamień ją posiadający, zmieniłby swoje życie? – odparłem.

 

Uśmiechnął się gorzko, pierwszy raz odkąd go poznałem. Patrzyliśmy teraz na ludzi za szybą. Szare cienie zimnej ulicy.

 

III

 

Teatrzyk cieni. Kremowe, ludzkie sylwetki na czarnym, pełnym kruków tle. Rozmawiają, a ja zerkam mimowolnie. Naprawdę ładny plakat, chociaż nie wiem, czy nie wolałem widoku ulicy, tego pozornie ruchomego obrazu. Teraz widzę tylko skrawki rzeczywistości.

 

Czekam, pośród pustych stolików.

 

Rondo niemalże kowbojskiego kapelusza. Szpilki wyższe niż moje własne ambicje, za którymi dawno przestałem gonić. Ukradkowe spojrzenie na zegarek. Czas płynie, a ja jestem zaskoczony. Niebieskie jeansy, szare, niebieskie.

Siódma godzina pierwszego dnia lata. Nie zjawia się i już wiem, że nic z tego. Coś go zatrzymało, dzisiaj nieba nie będzie. Wstaję więc z wysłużonego krzesła, ból szarpie zaspane mięśnie. Ciemność zachodzi na przekrwione oczy.

Możliwe, że wiedział, o co planuję zapytać. Rozumiał myśli szepczące od samego rana. Do tej pory wstydziłem się ich, wiedząc jak bardzo obnażają naturę człowieka. Wiedział, więc nie przyszedł, tak jak to robił od zarania dziejów, kiedy to pojawiły się pierwsze pytania.

Kelner uśmiechnął się na pożegnanie, a ja nie odwzajemniłem gestu. Letni wiatr musnął suchą skórę, drażniąc, żłobiąc kolejne kaniony pośród sieci zmarszczek. Zaledwie trzy godziny snu odbiły się na mojej twarzy, ale pośród tłumu nie ma to żadnego znaczenia, nikt nie zwróci uwagi. Spojrzenia gładzą szare płytki chodnika, a ja już po chwili wsiąkam w rzeczywistość.

 

– Dokąd się spieszysz, kolego.

Znajomy głos. Nie rozglądam się, idę dalej. Kobieca dłoń chwyta mnie za rękę i szarpie, a ja nie stawiam oporu. Ciemny zaułek wita mnie blaskiem drobnych, żółtych oczu, wyglądających na niemalże przesiąknięte tytoniowym dymem. Ściany olbrzymich bloków cuchną zaprawionymi alkoholem szczynami.

– Reaguj jak do ciebie mówię – skalany papierosami oddech zionie mi w twarz, co przyjmuję z dziwną ulgą. Postrzępione usta otwierają się ponownie, po czym pękają pod naporem mojej pięści. Dzisiaj naprawdę nie miałem ochoty na tę rozmowę. Ten dzień przeznaczony był dla kogoś zupełnie innego.

Chłopak przyjmuje cios ze spokojem, po czym uśmiecha się licznymi ubytkami. Spluwa krwią.

– Tak witasz wszystkich znajomych?

– Mogę poprawić, jeśli nie dotarło.

Zza jego pleców wyłaniają się kolejne kształty. Nie lubi zamkniętych imprez, zabrał kolegów. Jestem zbyt senny, żeby kalkulować. Kolejne zębatki nie zaskakują dostatecznie szybko, a z tego rodzą się błędy. W tym wypadku ewentualna pomyłka kosztowałaby mnie kilka zębów, a lubię je. Czułbym się nieswojo mając problemy z ugryzieniem jabłka.

Wyciągam zza pasa pistolet, cholera wie jaki. Kiedyś pamiętałem. Daję dryblasom czas na przyswojenie nowych informacji, po czym ponownie chowam broń. Nie cofają się, przeceniłem ludzki intelekt.

– Po co te nerwy, aniele? Mamy sprawę, nie świruj.

Patrzę im w oczy. W zwierciadła duszy, które nie potrafią kłamać i wiem, że tego nie robią. Za lśniącą szybką kryją się wspomnienia, których nie sposób spętać. Czytam, jak kolejnego, obsmarowanego błotem brukowca. Źle określiłem intencje, błądzę pośród snów, które nie zostały wyśnione.

– Zakładam, że panowie za tobą postoją grzecznie w kolejce.

Pstryknął pulchnymi palcami. Ciemność ponownie przyjęła swoje dzieci, zostaliśmy sam na sam.

– Teraz porozmawiamy, aniele?

– Nie tutaj.

Wyszedłem z zaułka. Podążył za mną. Szmer tenisówek. W świetle dnia ponownie przyjął postać zgrabnej szatynki. Zrównał krok, po czym szepnął mi do ucha.

– Jeśli chcesz, możemy się przy okazji odrobinę zabawić, aniele.

Wzdrygnąłem się, czując jak ciepły głos spływa mi po płatku. Zapach papierosów uderza ze zdwojoną siłą, a ja walczę z odruchem wymiotnym.

Zatrzymałem się na przystanku autobusowym, siadając na twardej ławce. Smutne, kobiece oczy zerkają na mnie z postrzępionego plakatu. Pozuje, a ja czuję, że robi to z konieczności. Wisi tuż obok rozkładu jazdy, grzejącego się w blasku jej sztucznej twarzy.

Ludzie przechodzą. Samochody odciskają ślady w popękanym asfalcie.

Szatynka siada obok, ponętnie krzyżując długie nogi. Opiera podbródek o delikatne nadgarstki. Tylko oczy pozostały te same, małe, pożółkłe. Zwierciadła nie potrafią kłamać.

– Jeden z Mówiących postanowił zdradzić, odrzucić dar. Powinieneś z nim porozmawiać – powiedziała sucho. Litery szemrały jak drobny piasek. Zdolny z niego skubaniec.

– Dlaczego?

– Czy to ważne? – barwa głosu zmieniła się. Głuche charknięcie, niemal męski bas. Zapomniał o kontroli.

– Z tych wszystkich rozmów wywnioskowałem przede wszystkim, że każde pytanie takie jest. Złe mogą być tylko intencje za nim idące – spojrzałem w górę. Zadaszenie przystanku przysłaniało mi zachmurzony brudem miasta firmament. – Moje nie są.

– Nie uwłaczając znaczeniu odpowiedzi, prawda? Szukać będziesz musiał u Mówiącego, z moich ust wylatuje tylko tytoń.

– Gdzie go znajdę?

– Jesteś jednym z nich, to nie wiesz? – ugięła pełne usta. Nienaturalny półksiężyc wykwitł na drobnej twarzy. Poczucie dyskomfortu siadło na moim ramieniu, kłując boleśnie pod szyję.

 

Milczałem.

 

– Kilka przecznic stąd. Dzielnica bogatych maminsynków, na pewno kojarzysz. Największa willa, zbudowana w stylu wiktoriańskim. Cholera jedna wie, co to znaczy.

– To wszystko?

– Klucz znajdziesz pod wycieraczką. Fajnie, nie?

Wiedziałem wystarczająco. Wstałem, a on ponownie złapał mnie za rękaw. Sugestywnie naciągnął dekolt, a ja cały czas widziałem tylko oczy. Wyszarpałem dłoń i ostatkiem sił powstrzymałem gotową do ciosu pięść.

 

IV

 

Przerost formy nad treścią. Obrazu nad zamierzonym efektem. Fioletowe liście pośród barw jesieni. Poprowadzone niezręcznie arkady, spiętrzenia, wgłębienia, lasy barierek. Symboliczna wieża wzniesiona z białego drewna, po to by być.

Deski skrzypią, gdy stąpam po schodach ganku. Słoje, odciski od dawna martwych architektów płyną po ścianach. Daję się porwać nurtowi, pędzę wraz z nimi. Opuszki moich palców gładzą skórę budynku. Drzazga wbita w palec. Piękne rzeczy potrafią zaboleć, dać znać, że nie są tylko i wyłącznie ilustracją, obrazkiem odbitym na rzeczywistości.

Sięgam pod zieloną wycieraczkę z wyszytym słoniem, zabawnie komponującą się z masywnymi, hebanowymi odrzwiami. Po chwili ważę w dłoni niewielki, metalowy kluczyk. Zimno kłuje rozgrzaną dłoń. Przekręcam maleństwo w zamku, znowu skrzypienie, silniejsze jednak, mniej drażniące. Szept zawsze uderza mocniej.

Pachniało kwiatami. Jak na łące, ale bardziej. Nie mógłbym tu mieszkać. Korytarz pełen obrazów, dominujący naturalizm. Doskonała synergia z zapachem, którego źródła nie mogłem dostrzec. Przekroczyłem próg salonu.

 

Wtedy uderzyło we mnie niebo. Całe konstelacje zaszarżowały na niebronione furtki umysłu, omal nie ścinając z nóg pustego w tym momencie ciała. W tej jednej, krótkiej chwili zrozumiałem. Wiem, co tutaj robię, znalazłem Mówiącego.

Opadłem na jedno z wielu kunsztownych krzeseł. On siedział w amarantowym fotelu, rytualnie gładząc brodę. Między nami długi, niski stół, samotny lichtarz.

– Przykro mi.

Smutek zalał szklące się oczy.

– Kiedy? Jak?

– Dzisiaj rano – niemal formalny głos, pustynia emocji. – Widziałem to w tobie.

– Ale ja…

– Podjąłeś już decyzję, wtedy, przy stoliku. Wybrałeś, a ścieżek było wiele.

 

Siedzieliśmy tak dłuższą chwilę. Pił filiżankę kawy, z łabędziem tańczącym pośród czarnych wód. Płytkie strumienie spłynęły po moich policzkach. W nieruchomych ustach wciąż brzmiały te słowa. Przykro mi.

– Mówiłeś, że mamy wolną wolę. Skąd zatem wiesz?

– Bo dokonałeś już wyboru. Twoją decyzję znałem jeszcze rok temu, przy pierwszym spotkaniu. Dałem ci czas, ale nie skorzystałeś. Przyszłość nie zmieniła biegu. Oszczędziłem sobie tego bólu, w najbardziej egoistyczny ze sposobów.

– Powinieneś poczekać, do ostatniej chwili.

– Nawet dla mnie byłoby to za dużo – odwracał spojrzenie, unikał kontaktu. Bał się nie zobaczyć wspomnień, które mi przypisywał. Być może w moich zwierciadłach było w tej chwili coś przerażającego, potrafiącego sięgnąć głębiej niż jego niebo. – W końcu byś to zrobił, nie potrafiłem tego odwlekać. To cena wolnej woli.

– Tak więc, czemu? Czemu pozwoliłeś by to trwało? Czemu pozwoliłeś mi stać się jednym z Mówiących?

– Bo ceniłem nasze rozmowy. Kochałem cię, kocham dalej, jak wszystkich. Są dwie, naprawdę piękne rzeczy na tym świecie. Rozmowa z wolnym bytem i dobro niespętane więzami obcych decyzji.

Patrzyłem na obrazy. Ludzkie twarze, jedne po drugich, kobiety i mężczyźni. Otaczająca ich przyroda, wszystko co tracę za decyzje, których nie zdążyłem podjąć.

– Co teraz będzie?

– Zabiorę cię w miejsce, w którym tylko wspomnienia potrafią ranić. Nie masz się czego bać.

Wszystkie nieodwzajemnione uśmiechy uderzyły we mnie jednym akordem. Wszystkie słowa, które nie powinny zostać wypowiedziane. Każda drobna miłostka.

 

Deski zaskrzypiały. Odwróciłem spojrzenie, by zobaczyć chłopaka skrytego za kominiarką. Jego przerażone oczy krzyczały, a pistolet drżał w młodej dłoni. Wypalił, jeden strzał z ręki przypadkowego złodzieja.

 

Łabędź uciekł z filiżanką.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Nie wiem, czym się kierowali jurorzy, ale dla mnie tekst jest bardzo mętny. Nie wiem, kim jest narrator ani jego rozmówcy. Mam jakieś hipotezy co do tematu rozmów. Dla mnie to za mało.

Z interpunkcją cienko. Po co Ci te odstępy między akapitami i pusta przestrzeń na końcu?

Roztrzęsione dłonie niemal nie strąciły serwetnika.

Czyli jednak strąciły? Tak miało być?

Siódma godzina pierwszego dnia lata.

Jest szósta z hakiem rano, gościu siedzi od dłuższego czasu w kawiarni? Było otwarte?

Babska logika rządzi!

Z serwetnikiem błąd. Przerażająco prosty, a nie odnotowałem nawet po tak długim czasie wegetacji tekstu. To jest zły sygnał.

Znam jedną kawiarnię otwartą od piątej, w dodatku w niedużym mieście. Dla mnie rozsądny interes, kiedy sporo ludzi przed szóstą wychodzi z domów, do pracy chociażby (za godziny wcześniejsze niż siódma nie ręczę, bo to w jej okolicach miałem okazję przechodzić obok i widzieć klientelę).

Interpunkcja słaba, tak jak słabe zmiany na jej froncie. Nemezis.

No, na tą chwilę moje wejrzenie w bolączki przeszłości wygląda nieco inaczej :P.

 

Odstępy to wina formatowań w wordzie, rozjechało się przy przeklejaniu (i czegoś jeszcze, bo miejscami wygląda to jak cyrk :F). Już poprawiam.

 

Dziękuję.

Może gdybym znała założenia konkursu, łatwiej byłoby mi pojąć zamysł Autora. Niestety, bez tej wiedzy nie domyślam się, Mały Słowiku, co miałeś nadzieję opowiedzieć. :-(

 

Mi­łość tań­czy ci po źre­ni­cach. – Czy to znaczy, że przed miłością tańczyły mu źrenice? ;-)

 

Nie mogę za­da­wać wszyst­kich pytań, jakie przyj­dą mi na myśl.Nie mogę za­da­wać wszyst­kich pytań, które przyj­dą mi na myśl.

 

Ból roz­ry­wał na dwie, nie­rów­ne po­łów­ki. – Nierówne połówki? Czy to aby możliwe? ;-)

Może: Ból roz­ry­wał na dwie, nie­rów­ne części.

 

– Jak­byś okre­ślił to uczu­cie? – wziął ko­lej­ny łyk kawy, któ­rej za­pach do­tknął moich roz­czu­lo­nych noz­drzy.  – Czy brał łyki kawy w ręce? Co sprawiło, że nozdrza wzruszyły się? ;-)

Nie zawsze prawidłowo zapisujesz dialogi.

 – Jak­byś okre­ślił to uczu­cie? – Wypił/ Upił ko­lej­ny łyk kawy, któ­rej za­pach do­tknął moich wy­czu­lo­nych noz­drzy.

 

Nie­bie­skie je­an­sy, szare, nie­bie­skie.Nie­bie­skie dżinsy, szare, nie­bie­skie.

Stosujemy pisownie spolszczoną.

 

Kel­ner uśmiech­nął się na po­że­gna­nie, a ja nie od­wza­jem­ni­łem gestu. – Uśmiech nie jest gestem.

 

po czym uśmie­cha się licz­ny­mi ubyt­ka­mi. – Można, uśmiechając się, pokazać ubytki, ale nie można uśmiechnąć się nimi.

 

Od­wró­ci­łem spoj­rze­nie, by zo­ba­czyć chło­pa­ka skry­te­go za ko­mi­niar­ką. – Cały chłopak skryty za kominiarką?

Może: Od­wró­ci­łem spoj­rze­nie, by zo­ba­czyć chło­pa­ka, którego twarz skry­wała ko­mi­niar­ka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W miarę się połapałem, kto jest kim, choć w końcówce trochę mi się wszystko rozsypało. Ale zgadzam się, że gdyby było klarowniej, czytałoby się lepiej.

Tekst jest niewyjustowany (dziwne, bo myślałem, że edytor sam to robi), dużo zbędnych enterów.

 

Brakujące przecinki:

obgryzały, szukając

Wiedział, czym przygnieciona

Wszystko, co stworzyłem, jest

Rozpłynął się, zanim dotknął

wiedząc, jak bardzo obnażają

Reaguj, jak do ciebie mówię

które nie potrafią kłamać, i wiem

czując, jak ciepły głos spływa

 

Zły zapis dialogów:

– Reaguj jak do ciebie mówię. – Skalany papierosami oddech

byłoby to za dużo. – Odwracał spojrzenie

 

Zbędne przecinki:

kamień ją posiadający, zmieniłby

Czytam, jak kolejnego, obsmarowanego błotem brukowca

 

A tu znak zapytania

– Dokąd się spieszysz, kolego?

Myślę, że tutaj wyjątkowo zachowam błędy w tekście. Za jakiś czas spróbuję przeczytać całość ponownie i sprawdzę, czy wychwyciłem przynajmniej te zawarte w komentarzach.

 

Dziękuję za tak sprawną pomoc! To mi się bardzo przyda. Jakiś sposób na poprawienie własnego oka to chyba jest.

Mały Słowiku, jeśli łapanka będzie pomocna, to bardzo się cieszę. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka