- Opowiadanie: OneTwo - Czy przyjaźń to magia?

Czy przyjaźń to magia?

To mój pierwszy większy tekst, który publikuje na portalu. Włożyłem w niego masę pracy i przez ten czas przeszedł wiele mniej lub bardziej szokujących zmian. Ostatecznie jestem zadowolony z efektu, a wielokrotnie poprawiając opowiadanie, bardzo dużo się nauczyłem w literackim rzemiośle.

Opowiadanie jest wyraźnie inspirowane uniwersum Numenera.

 

Z racji, że w tagach widnieje science-fantasy, to równie dobrze mógłbym to dzieło wrzucić jako fantasy, jednak prywatnie bardziej się przychylam do oznaczenia po naukowej stronie.

Chciałbym podziękować osobom, które brały udział w korekcie pierwotnego tekstu, jednak nie przez ten portal. Są to odpowiednio: Go­For­Gold, So­ul­sTor­na­do, Ma­de­le­ine, za co im chwa­ła! Wielkie podziękowania należą się również dla Finkla za zaangażowanie podczas bety.

Miłego czytania!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Czy przyjaźń to magia?

Wła­śnie mia­łam oka­zję opu­ścić Chmur­ne Szczy­ty, a bar­dzo lu­bi­łam tę nazwę, po­nie­waż była ade­kwat­na do tego, co wi­dzia­łam. Ogrom­ny masyw gór­ski uno­sił się wy­so­ko nad po­wierzch­nią Ziemi ni­czym bia­lut­kie i kłę­bia­ste ob­ło­ki. Teraz sie­dzia­łam le­ni­wie i bez­piecz­nie w cie­niu, szu­ka­jąc chwi­li od­po­czyn­ku.  Ska­li­sty strop wisiał ki­lo­metr wyżej, po­nie­waż tak po­in­for­mo­wa­ło mnie wspo­ma­ga­ne oko. Nie bałam się, że te skały zwalą się zaraz na głowę. To absolutnie wykluczyłam, wiedziałam, że nie ma w tym zja­wi­sku ani odro­bi­ny magii. Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że la­ta­ją­ce góry to efekt ja­kiejś nad­na­tu­ral­nej mocy, ale to była wie­rut­na bzdu­ra. Wiele po­dró­żo­wa­łam po świe­cie i wi­dzia­łam jesz­cze dziw­niej­sze wy­na­laz­ki, zmon­to­wa­ne przez na­szych przod­ków. Niby jak mo­gła­bym wy­tłu­ma­czyć sta­bil­ną kilkudziesięciokilometrową igli­cę, sie­ęga­ją­ca do sa­me­go nieba? Po co jakaś ta­jem­ni­cza siła chcia­ła­by coś ta­kie­go two­rzyć? Wszyst­ko, co wi­dzia­łam, mu­sia­ło mieć ja­kieś za­sto­so­wa­nie, to że go teraz nie zna­łam, nie zna­czy­ło, że nikt go w przy­szło­ści nie mógł od­kryć z ko­rzy­ścią dla na­szej ko­lej­nej cy­wi­li­za­cji.

Mó­wi­łam o wspa­nia­łych brą­zo­wych i twar­dych jak skała chmu­rach. Przy­po­mi­na­ły one przy­stań dla za­gu­bio­nych wę­drow­ców, któ­rzy przy­pad­kiem od­kry­li w naj­bliż­szej oko­li­cy windę. Prze­no­si­ła ich w ułam­ku se­kun­dy do sa­me­go cen­trum wiel­kie­go mia­sta, znaj­du­ją­ce­go się na szczy­cie, ty­sią­ce me­trów po­wy­żej po­zio­mu morza. Klify Da­ru­sa okazały się bezpieczną przystanią dla strudzonych wędrowców, jed­nak ich po­ło­że­nie nigdy nie było pewne, co za­wsze dla gości z ze­wnątrz sta­no­wi­ło drob­ny pro­blem. Tutejsi miesz­kań­cy do per­fek­cji wy­ko­rzy­sta­li tech­no­lo­gie swo­ich przod­ków, bo­wiem miejscowi po­tra­fi­li uno­sić szczy­ty praw­do­po­dob­nie za po­mo­cą po­tęż­nych ge­ne­ra­to­rów an­ty­gra­wi­ta­cyj­nych albo prze­ogrom­nych ma­gne­sów lub, nie­wy­klu­czo­ne że, za po­mo­cą cze­goś jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kłe­go. Mało tego, mogli oni ste­ro­wać wła­snym domem jak naj­zwy­klej­szym stat­kiem! To jest praw­dzi­wa po­tę­ga, szko­da tylko, że jej w pełni nie zro­zu­mie­li­śmy.

Obec­na cy­wi­li­za­cja nie była pierw­szą i z pew­no­ścią nie ostat­nią. Ka­pła­ni tech­no­lo­gii  po­świę­ci­li całe życie, aby cho­ciaż w ułam­ku po­znać moż­li­wo­ści rozrzuconej po świecie techniki. Mimo całej do­stęp­nej mą­dro­ści, nie wie­dzie­li zbyt wiele. Wska­zy­wa­li oni je­dy­nie, że żyliśmy jako spadkobiercy nie­zwy­kle za­awan­so­wa­nych cy­wi­li­za­cji, ale nie po­tra­fi­li podać wieku na­szej pla­ne­ty. Mó­wi­li, że miesz­ka­li­śmy na Ziemi, ale nie prze­ko­ny­wa­ła mnie ta nazwa. Skąd mo­gli­śmy wie­dzieć o jej praw­dzi­wo­ści? Kon­kret­na data początków cywilizacji nigdy mnie nie in­te­re­so­wa­ła, bo­wiem się­ga­ła prawdopodobnie nie­wy­obra­żal­nych liczb, gdzie róż­ni­ca mi­lio­nów, a nawet mi­liar­dów lat nie miała więk­sze­go zna­cze­nia. Nasza prze­szłość prze­cho­dzi­ła przez masę wzlo­tów i jesz­cze bar­dziej spek­ta­ku­lar­nych upad­ków. Naj­praw­do­po­dob­niej ist­nia­ło przed nami kilka róż­nych cy­wi­li­za­cji, które w ta­jem­ni­czy spo­sób znik­nę­ły, a sami nie po­zna­li­śmy przy­czyn tych spo­łecz­nych ka­ta­strof, a szko­da, bo wiele mo­gli­by­śmy się na­uczyć i unik­nąć po­dob­nych błę­dów w przy­szło­ści.

Oso­bi­ście zo­sta­łam zbie­racz­ką z wła­sne­go wy­bo­ru i z po­wo­du in­te­re­sów. To nie­zwy­kle wy­ma­ga­ją­ca i nie­bez­piecz­na praca. Życie poza wy­god­ny­mi mu­ra­mi miast za­wsze było ry­zy­kow­ne, ale to po­cią­ga­ło. Tutaj za każ­dym ro­giem mogły czy­hać bio­in­ży­nie­ryj­ne abo­mi­na­cje, nie­śmier­tel­ne oraz zbun­to­wa­ne isto­ty syn­te­tycz­ne czy nawet nie­zbyt mili przy­by­sze z in­nych pla­net lub wy­mia­rów.

Dla­cze­go uwiel­bia­łam wy­cho­dzić w teren? Praca zbieracza polegała na wyszukiwaniu reliktów z poprzednich epok – artefaktów, które mogły odbudować naszą kolejną cywilizacje. Nie­zba­da­ny świat krył wiele skar­bów ta­kich pro­stych i prak­tycz­nych, jak termos, działający w najbardziej ekstremalnych temperaturach. Uwiel­bia­łam z niego ko­rzy­stać, po­nie­waż razem ide­al­nie się uzu­peł­niał z urzą­dze­niem, które pew­ne­go razu ku­pi­łam na lo­kal­nym targu. Za­py­ta­ny ka­płan stwier­dził, że ta za­baw­ka po­win­na się po­praw­nie na­zy­wać Pod­ręcz­nym Sub­a­to­mo­wym De­sty­la­to­rem Po­wie­trza, cho­ciaż ku­piec sprze­da­wał mi to ca­cusz­ko pod przy­kry­ciem ka­raf­ki nie­koń­czą­cej się wody. Nie zna­łam w pełni tech­no­lo­gii, jaka tam się kryła, ale wie­dzia­łam, że w tym urzą­dze­niu za­cho­dzi­ły skom­pli­ko­wa­ne re­ak­cje, które po­tra­fi­ły zmie­nić po­wie­trze w wodę.

Wypiłam łyk bło­go­sła­wio­nej i na­tu­ral­nie czy­stej cie­czy. Sma­ko­wa­ła jak zwy­kle wy­bor­nie i bły­ska­wicz­nie orzeź­wia­ła całe ciało. To niespotykana zabawka, ale przed wy­ru­sze­niem na pust­ko­wia warto było za­opa­trzyć się w prak­tycz­ny ekwi­pu­nek. Od­wod­nie­nie nie mogło mi w żaden spo­sób za­gro­zić. Chcia­łam się po­wy­le­gi­wać. Uwiel­bia­łam le­ni­wy wy­po­czyn­k pod wiel­ki­mi gó­ra­mi.

Wielu kup­ców, a nawet przed­sta­wi­cie­li nie­któ­rych miast lu­bi­ło mnie za­trud­niać do poszukiwania prak­tycz­nych urzą­dzeń, które mo­gli­by z zy­skiem sprze­dać albo wy­ko­rzy­stać. Ostat­nio wy­na­jął mnie Am­ba­sa­dor Le­gionu, urzę­du­ją­cy nie­opo­dal Tar­ta­ru, abym znalazła po­tęż­ny ar­te­fak­t zwa­ny Ge­ne­ra­to­rem Cu­dow­nych Oso­bo­wo­ści. Isto­ty, które mnie wy­na­ję­ły nie były, ani ludź­mi, ani ma­szy­na­mi. Sta­no­wi­ły one spo­łecz­ność zro­dzo­ną z po­łą­cze­nia żywej tkan­ki oraz kom­pu­te­ra, przejmując wady i za­le­ty obu bytów. Przy­wód­ca na wpół syn­te­tycz­nych istot żalił się i spo­glą­dał z za­zdro­ścią na praw­dzi­wych ludzi, po­sia­da­ją­cych od­mien­ne zda­nia i ta­len­ty. W mie­ście wszy­scy my­śle­li po­dob­nie, nie do­cho­dzi­ło do kon­flik­tów, a przez to społeczność nie miała żad­ne­go im­pul­su do zmia­ny. Am­ba­sa­dor Le­gio­nu przytoczył lokalną plotkę: każdy, kto na­ło­ży Generator Cudownych Osobowości z pobliskiego Piekła, po­sią­dzie uni­kal­ną oso­bo­wość. Przedstawiciel miasta wierzył, że ten artefakt mógł pomóc jego pobratymcom, a on sam obiecał wielką nagrodę za przyniesienie znaleziska.

W za­sa­dzie odkryłam razem z przy­ja­ciół­ką to urzą­dze­nie po kil­ku­dnio­wej eks­plo­ra­cji jed­nej z krypt, a wła­ści­wie po­win­nam była po­wie­dzieć – schro­nu. Uzna­łam, że to spraw­ne zna­le­zi­sko było zbyt cenne, aby od­da­wać je ko­mu­kol­wiek i chęt­nie z niego za­czę­łam ko­rzy­stać. Dzię­ki generatorowi mo­głam po­siąść do­słow­nie każdą oso­bo­wość oraz umie­jęt­ność, jaką za­pra­gnę­łam! Mia­łam nie­ogra­ni­czo­ne moż­li­wo­ści. Wy­ję­łam ze swo­je­go ekwi­pun­ku na­kry­cie głowy przy­po­mi­na­ją­ce hełm, które szczel­nie za­kry­wa­ło wszyst­ko do szyi. To ustroj­stwo stale świe­ci­ło wyrazistym tur­ku­so­wym bla­skiem. Przy­po­mi­na­ło ono nie­zwy­kle cięż­ką me­ta­lo­wą kon­struk­cję, ale bu­du­lec, z ja­kie­go zo­sta­ło wy­ko­na­ne, w do­ty­ku spra­wiał wra­że­nie le­ciut­kie­go ni­czym piór­ko.

Na­ło­ży­łam Ge­ne­ra­tor Cu­dow­nych Oso­bo­wo­ści na głowę, cho­ciaż długo się przed tym wzbraniałam, bo wy­god­nie leżałam. Obec­nie dys­po­no­wa­łam le­ni­wą oso­bo­wo­ścią i nadawała się ona ide­al­nie do od­po­czyn­ku przed wy­ru­sze­niem w dal­szą trasę. Po­my­śla­łam przez chwi­lę o nie­zwy­kłej pręd­ko­ści, o piorunie i biegu świa­tła, tak by stać się kimś zu­peł­nie innym. Powoli zmieniał się sposób myślenia na zdecydowanie szybszy, a reakcja stała się błyskawiczna. Mu­sia­łam się udać w po­dróż, a nowa oso­bo­wość mogła pomóc szyb­ciej się prze­miesz­czać. Pro­ce­du­ra prze­kształ­ce­nia umy­słu trwa­ła około dwóch minut. Przez cały ten czas czu­łam de­li­kat­ne, cho­ciaż nieco iry­tu­ją­ce im­pul­sy elek­trycz­ne prze­cho­dzą­ce przez głowę. Nie mia­łam w tym wy­pad­ku pew­no­ści, ale każdy umysł praw­do­po­dob­nie ro­dził się jako czy­sta nie­nad­pi­sa­na płasz­czy­zna, którą mógł do­wol­nie kształ­to­wać, dzię­ki ży­cio­wym do­świad­cze­niom lub im­pul­som elek­trycz­nym. To moja teo­ria, ale wiedziałam, że nasi przod­ko­wie dowolnie zmieniali oso­bo­wo­ści w za­leż­no­ści od po­trzeb. Żadna magia! Nie­któ­rzy śmie­li tak twier­dzić, ob­ser­wu­jąc moje prze­mia­ny. To jedynie czysta tech­ni­ka, którą tym­cza­so­wo utra­ci­li­śmy. Po całej pro­ce­du­rze włosy sta­nę­ły mi dęba.

Pro­ces do­biegł końca. Na­resz­cie, ile mo­głam cze­kać! W końcu posiadałam szyb­szą oso­bo­wość i nie chcia­łam dłu­żej leżeć, bo nogi same zbie­ra­ły się do akcji, więc zdję­łam hełm i za­czę­łam bły­ska­wicz­nie pa­ko­wać tobołki. Mia­łam ważną misję i nie chcia­łam się wię­cej wy­le­gi­wać, a to po­waż­na spra­wa oso­bi­sta. Moja ko­cha­na przy­ja­ciół­ka, która to­wa­rzy­szy­ła w każ­dej po­dró­ży zniknęła. Nie zna­la­złam po niej żad­ne­go śladu, a szu­ka­łam po­szlak w mie­ście, gdzie za­trzy­ma­ły­śmy się razem i przy­go­towy­wa­ły­śmy do ko­lej­nej wy­pra­wy. Mia­ły­śmy zawędrować do Oazy, która jest wiel­kim zbior­ni­kiem wod­nym, a za­ra­zem pod­wod­nym mia­stem za­miesz­ka­łym przez zwy­kłych ludzi. Znaj­do­wa­ło się ono na środ­ku pu­sty­ni, chronione przez wiel­ką szkla­ną ko­pu­łę. Każdy od­wie­dza­ją­cy mógł się w niej za­nu­rzyć i nie uto­nąć, mało tego, naj­zwy­czaj­niej miesz­kać. Mógł od­dy­chać za pomocą płuc dzię­ki pra­daw­nej tech­no­lo­gii, która zmie­nia­ła w nie­zwy­kły spo­sób wła­ści­wo­ści wody. Mia­ły­śmy się spo­tkać z wiel­kim lor­dem ad­mi­ra­łem, który obiecał ważne za­da­nie. Nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go znik­nę­ła, bo ona za­wsze chcia­ła od­wie­dzić Oazę! To było niepowtarzalne miej­sce na Ziemi, więc mu­sia­ło się coś po­waż­ne­go stać. Mia­łam farta, jakiś nie­zna­ny facet wrę­czył mi wia­do­mość. Nie­ste­ty po dwóch dniach, a to szmat czasu. Wiele w tym okresie mogło się zda­rzyć.

 

Nasza przy­jaźń jest ma­gicz­na i prze­trwa każdą próbę, Nano Jack. Po­trze­bu­je Two­jej po­mo­cy, po­nie­waż zna­la­złam praw­dzi­wą magię w Bla­sku, to nie­da­le­ko stąd.

 

Wyraźnie czekała na ratunek. Dzi­wi­ło mnie to, że mó­wi­ła o nad­na­tu­ral­nych mo­cach. Prze­cież uczy­łam ją tyle razy, że cze­goś ta­kie­go nie ma. Magia nie ist­nia­ła! Do­dat­ko­wo taka nazwa w uję­ciu na­szej przy­jaź­ni brzmia­ła ab­sur­dal­nie! Czemu jesz­cze nie po­ję­ła, że w tym świe­cie rzą­dzi tech­no­lo­gia? Nie­waż­ne! Co­kol­wiek się tam znaj­do­wa­ło, po­cho­dzi­ło od na­szych za­awan­so­wa­nych przod­ków i chcia­łam tam pójść nie tylko z po­wo­du przy­ja­ciół­ki, aby ją ura­to­wać. Dodatkowo, wy­czu­wa­łam pro­fi­ty z eks­plo­ra­cji tego miej­sca, bo świat skry­wał wiele ta­jem­nic. Cze­kał na śmiał­ków, któ­rzy mieli je od­kryć. Chwi­lecz­kę! Jesz­cze jedna ważna rzecz. Ona chcia­ła mnie wcze­śniej ko­niecz­nie za­brać do tego miej­sca. Nie ro­zu­mia­łam dla­cze­go. Zachowanie przyjaciółki ostatnio zmieniło się, to bar­dzo nie­po­ko­iło i mu­sia­łam ją ura­to­wać.

Ze­bra­łam in­for­ma­cje o Bla­sku, a opi­nie się wyraźnie różniły. Jeden ze zbie­ra­czy mówił, że wy­pra­wa tam to stra­ta czasu, ponieważ wiele ar­te­fak­tów z tego miej­sca straciło wartość. Karcz­marz sły­szał plot­ki. Wspo­mi­nał: wielu śmiał­ków tam zni­ka­ło, a jeśli wra­ca­li, to tracili rozum. Jesz­cze inni po­wia­da­li o wiel­kich skar­bach, które kryło to miej­sce. Ge­ne­ral­nie nikt się tam nie wy­bie­rał z po­wo­du ogrom­ne­go nie­bez­pie­czeń­stwa. Wielu ludzi bało się samej nazwy Blask. Ja jed­nak mu­sia­łam się tam wy­brać i na szczę­ście praca zbie­ra­cza uod­por­ni­ła, na prze­ra­że­nie oraz dała cenne do­świad­cze­nie. W od­da­li wi­dzia­łam czło­wie­ka, który wra­cał ze wscho­du. Do­kład­nie tam, dokąd chcia­łam iść. Cze­ka­ła mnie kil­ku­ki­lo­me­tro­wa po­dróż. Sza­co­wa­łam kwa­drans, ale pierw­sza była roz­mo­wa. Może ten trep wie­dział coś cie­ka­we­go o Bla­sku?

Na­ło­ży­łam skó­rza­ne i nieco pod­nisz­czo­ne obuwie z mi­nia­tu­ro­wym na­pę­dem an­ty­gra­wi­ta­cyj­nym na po­de­szwach. Spie­szy­łam się z za­wią­zy­wa­niem butów, ale chcia­łam do­stać się jak naj­szyb­ciej do kolesia. Trzewiki po­zwa­la­ły mi na lot na nie­wiel­kich wy­so­ko­ściach z dużą pręd­ko­ścią, co lu­bi­łam. Dość ga­da­nia! Wy­star­to­wa­łam i prze­mie­rzy­łam niemalże ide­al­nie pła­skie łąki, po­ro­śnię­te wy­so­ką trawą w pro­mie­niu kil­ku­na­stu ki­lo­me­trów. Gdzie­nie­gdzie mo­głam za­uwa­żyć po­zo­sta­ło­ści niezwykle wytrzymałych fundamentów, które wska­zy­wa­ły na działalność daw­nej cy­wi­li­za­cji, a może pra­daw­nej me­tro­po­lii, jed­nak w tym mo­men­cie na­tu­ra wy­bi­ja­ła się na pierw­szy plan. Nie­waż­ne na tę chwi­lę. Za­uwa­ży­łam fa­ce­ta, a kon­kret­niej de­mo­na. To byli w miarę zwy­czaj­ni lu­dzie, tylko mieli róg lub dwa na gło­wie. Cha­rak­te­ry­zo­wa­li się ciem­niej­szą barwą skóry i w więk­szo­ści przypadków bar­dziej wy­bu­cho­wym tem­pe­ra­men­tem oraz cza­sa­mi zwie­rzę­cy­mi atry­bu­ta­mi. Ten tutaj po­sia­dał brą­zo­wą kar­na­cję i czer­wo­ny szpi­ku­lec, który wy­ra­stał z buj­nej czar­nej czu­pry­ny. Demon nosił pro­ste spodnie i skó­rza­ną kurt­kę. Młody chło­pak wy­glą­dał na zbie­ra­cza i nie­śmia­ło ucie­kał przed czymś, co mu­sia­ło go zdro­wo prze­ra­zić. Członkowie tej profesji zazwyczaj cha­rak­te­ry­zo­wa­li się od­wa­gą, jed­nak ten jej nie po­sia­dał. Bez pro­ble­mu mo­głam go do­go­nić, dzię­ki moim za­awan­so­wa­nym butom.

– Hej, ty tam! Dokąd uciekasz? Za­cze­kaj! – Zatrzymałam się przed nim. Nie mógł mi teraz zwiać.

– Ucie­kaj, to sza­leń­stwo, po­wia­dam, czy­ste sza­leń­stwo. To zła magia, bar­dzo zła magia! Ona prze­cho­dzi przez wszyst­ko. Tak, wszyst­ko umie­ra! Ucie­kaj czym prę­dzej  – krzy­czał w pa­ni­ce po­staw­ny męż­czy­zna. Jego róg za­świe­cił wy­raź­ną czer­wie­nią i ode­pchnął mnie siłą woli. Jakie bzdu­ry! Chyba się mnie prze­stra­szył! Byłam fi­li­gra­no­wą ko­bie­tą i mia­łam białą kar­na­cję oraz krót­kie włosy. Malutkie oczy, jedno błę­kit­ne, a dru­gie brą­zo­we ze wspo­ma­ga­nym kom­pu­te­rem. Ubra­na byłam w ela­stycz­ną ciem­noczer­wo­ną zbro­ję, która chro­ni­ła mnie przed róż­ny­mi ob­ra­że­nia­mi fi­zycz­ny­mi oraz in­ny­mi nie­mi­ły­mi nie­spo­dzian­ka­mi. Chyba nie mógł się mnie prze­stra­szyć, ale mimo wszystko uciekł, zo­sta­wia­jąc moją osobę daleko w tyle. Mu­sia­łam czym prę­dzej go do­go­nić, mimo że ten trep po­ru­szał się bar­dzo szyb­ko i zo­sta­wił­by każdą wy­spor­to­wa­ną ko­bie­tę za sobą, to nie wiedział, z kim rywalizował. Ge­ne­ra­tor nie tylko wpły­wał na umysł, ale i ciało, po­zwa­la­jąc mi rozwinąć po­nad­prze­cięt­ną szyb­kość w biegu. Ostatecznie dogoniłam faceta, jednak solidnie się zmęczyłam. Wpraw­dzie mo­głam go do­się­gnąć, dzię­ki butom, ale gdy­by­ście wi­dzie­li jego minę, jak prze­ga­niała go przedstawicielka płci pięk­nej!

Mia­łam coś jesz­cze, co po­zwo­li­ło­by go sku­tecz­nie za­trzy­mać. Całe moje ciało na­bra­ło barwy zie­lon­ka­wej. Osta­tecz­nie po­sia­da­łam otocz­kę w ko­lo­rze li­mon­ki. Przy­cze­pi­łam w wielu miej­scach do mo­je­go pan­ce­rza im­plan­ty bio­lo­gicz­ne, które ba­zo­wa­ły na in­te­li­gent­nych mi­kro­or­ga­ni­zmach, zwa­nych maną. Bakterie wchodziły w in­te­rak­cje z ko­mór­ka­mi, gdzie za­cho­dzi­ły bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne pro­ce­sy che­micz­ne. Po­zwa­la­ły one za po­mo­cą kon­cen­tra­cji kon­tro­lo­wać ma­te­rię. Ten demon miał po­kła­dy many od uro­dze­nia, bo w rogu piekielnych aż roiło się od drobnoustrojów, chyba że był głupi. Ja mu­sia­łam takie rze­czy zna­leźć albo – co gor­sza – kupić. Uży­łam siły mi­kro­or­ga­ni­zmów i zła­pa­łam go w ca­ło­ści mocą. Przy­cią­gnę­łam faceta bez problemu. Dosłownie banał!

– Je­stem Nano Jack. Nic złego nie zro­bię! Uspo­kój się! Nie ma złej magii. Chcę zadać kilka pytań… Dla­cze­go ucie­kasz? Skąd je­steś? Jak się na­zy­wasz?

– Co? Pusz­czaj mnie! Chcę ucie­kać z dala od sza­leń­stwa. Tobie też radzę. – Wi­dzia­łam, jak ma­ga­zy­no­wał siłę bak­te­rii w swoim rogu. Chciał się uwol­nić, ale za­uwa­ży­łam to. Też uru­cho­mi­łam swoje im­plan­ty. Mu­sia­łam się nieco sku­pić, ale nie miał szans. Ja mia­łam je w wielu miej­scach ciała, a on tylko na czub­ku głowy.

– Czemu mnie za­trzy­mu­jesz? Ja chcę ucie­kać! Prze­klę­ta ban­dyt­ko! Ty też ule­gniesz złej magii! – krzy­czał i chciał się wy­do­stać.

– Mam wię­cej many od cie­bie! Bę­dzie­my współ­pra­co­wać!? – Facet mil­czał. – Je­steś zbie­ra­czem? Tak się do­my­ślam… Gdzie twoje ar­te­fak­ty? Nie ko­rzy­stasz w ogóle z tech­ni­ki? Je­steś sza­lo­ny, bo nikt nor­mal­ny nie wy­ru­sza bez przy­go­to­wa­nia na taką wy­pra­wę, nawet nie za­bra­łeś zbior­ni­ków na do­dat­ko­wą manę.

– Tak, je­stem zbie­ra­czem, ale byłym. Teraz wła­ści­wie sam nie wiem! Zo­sta­wi­łem wszyst­ko w Bla­sku. Nie chcę już wi­dzieć żad­nej tech­no­lo­gii, dla mnie wszyst­ko stra­ci­ło sens. – Ten trep strasz­nie się plą­tał.

– Ty nie masz sensu! Co tam wi­dzia­łeś w Bla­sku? Ja tam idę, to na­praw­dę ważne!

– Co, osza­la­łaś? Byłem tam kilka go­dzin i wi­dzisz, co się ze mną stało! Nie ro­zu­miem wszyst­kie­go. Pro­szę cię, nie idź tam. Co­kol­wiek po­wiem, i tak nie zro­zu­miesz! Jeśli zbie­rasz ar­te­fak­ty, to idź w inne miej­sce. Mówię ci, Blask jest prze­klę­ty!

– Słu­chaj, tchó­rzu, bo zaraz ci przy­wa­lę! Kon­kre­ty! Wiem, że Blask jest nie­bez­piecz­ny, nawet bar­dzo, ale nie idę tam po ar­te­fak­ty, tylko po przy­ja­ciół­kę. Po­wiedz, czy wi­dzia­łeś wy­so­ką anie­li­cę o blond wło­sach za­wi­nię­tych w kok? Wi­dzia­łeś kogoś ta­kie­go? Pytam grzecz­nie ostat­ni raz. – Moja przy­ja­ciół­ka na­le­ża­ła do wspa­nia­łej rasy czło­wie­ka o ogrom­nych, się­ga­ją­cych nawet dwóch me­trów roz­pię­to­ści pie­rza­stych skrzy­dłach, dla niej byłam praw­dzi­wym stró­żem.

– Nie wiem na­praw­dę! Kiedy ostat­ni raz ją wi­dzia­łaś? – Po­wo­li się uspo­ka­jał, a pole si­ło­we w tym po­mo­gło.

– Dwa dni temu.

– Prze­pra­szam. – Głos się mu wy­raź­nie łamał. – Nie ma pani już po co tam iść – mówił z żalem. Zła­pał za głowę.

– Je­steś bez­u­ży­tecz­ny! – krzyknęłam i zdez­ak­ty­wo­wa­łam swoje pole. Utrzy­my­wa­ło tego śmiecia pod­czas roz­mo­wy, ale teraz spadł na ziemie z niemałej wysokości, obijając się straszliwie. Wił się z bólu.

– Tylko jedna rzecz na ko­niec, idioto! Magia nie istnieje, to czysta technologia!

Nie mo­głam udzielić drob­nej re­pry­men­dy. Nie­na­wi­dzi­łam, gdy ktoś mówił o mo­cach nad­przy­ro­dzo­nych. Więcej go nie widziałam, a los głupca mnie nie interesował. Ponownie odpaliłam buty antygrawitacyjne, aby jak najszybciej dotrzeć do Blasku.

Moim zda­niem, anio­ły i de­mo­ny to wy­twór bio­in­ży­nie­rii, ja­kie­goś sza­lo­ne­go i nie­speł­nio­ne­go na­ukow­ca. Je­dy­nie lu­dzie byli w pełni na­tu­ral­ni, a mimo to nie­bia­nie i isto­ty z pie­kieł sta­no­wi­ly duży od­se­tek spo­łe­czeń­stwa. Nie­któ­rzy po­sia­da­li róg, aby kon­tro­lo­wać ma­te­rie lub skrzy­dła, by latać w prze­stwo­rzach. Prze­cież każdy mógł kupić zbior­ni­ki na manę lub spe­cjal­ne buty, a da­wa­ło to lep­sze moż­li­wo­ści oraz nie szpe­ci­ło wy­glą­du. Wo­la­łam na­tu­ral­ne rze­czy, a ten szpi­ku­lec na gło­wie wyglądał paskudnie. Skrzy­dła u anio­łów ro­zu­mia­łam, jed­nak w pew­nych okolicznościach ich rozpiętość sprawiała same problemy, ale ogól­nie tech­ni­ka da­wa­ła lep­sze moż­li­wo­ści niż bio­in­ży­nie­ria. Nie­któ­rzy mieli pecha, że tacy się uro­dzi­li, w tym moja aniel­ska przy­ja­ciół­ka. Za­my­śli­łam się nie­po­trzeb­nie! Czas w drogę! Podróż na specjalnych butach zajmie mi niecały kwadrans. Prze­le­cia­łam szyb­ko i nisko nad pła­ską po­sadz­ką, co bar­dziej przy­po­mi­na­ło le­wi­ta­cję nad zie­mią. Mimo wszyst­ko dzię­ko­wa­łam za to, że nie mia­łam skrzy­deł.

 

 

**********************************************************************

 

 

Do­tar­łam na­resz­cie na miej­sce, które le­ża­ło za­le­d­wie kilka ki­lo­me­trów od kli­fów. Zgod­nie z in­for­ma­cja­mi wi­dzia­łam owal­ną dziu­rę. Sza­co­wa­łam śred­ni­cę na pię­ćset me­trów. Mu­sia­łam zejść do środ­ka, jed­nak nie bałam się, ale chcia­łam być le­piej przy­go­to­wa­na. Usia­dłam i wy­ję­łam Ge­ne­ra­tor Cu­dow­nych Oso­bo­wo­ści, który na­ło­ży­łam na głowę i po­my­śla­łam o spo­strze­gaw­czo­ści. Przez umysł prze­le­cia­ły mi naj­róż­niej­sze sym­bo­le od zwy­kłe­go oka, po za­awan­so­wa­ne te­le­sko­py, chcia­łam posiadać jak naj­lep­szy wzrok, by być go­to­wa na każde nie­bez­pie­czeń­stwo. Prze­cze­ka­łam z nie­cier­pli­wo­ścią dwie mi­nu­ty i mia­łam od­po­wied­nią oso­bo­wość, która pa­so­wa­ła do eks­plo­ra­cji ta­jem­ni­czych miejsc. Włosy de­li­kat­nie opa­dły.

Zdję­łam chwi­lo­we na­kry­cie głowy i nie mo­głam się na­dzi­wić, dla­cze­go nie za­uwa­ży­łam wcze­śniej tak ogrom­nej, mi­li­me­tro­wej rysy na heł­mie. Pró­bo­wa­łam tę uster­kę jakoś za­ma­zać, ale naj­gor­sze się po­twier­dzi­ło, ge­ne­ra­tor uszko­dził się ze­wnętrz­nie. Całe szczę­ście, we­wnętrz­nie wszyst­ko dzia­ła­ło jak w ze­gar­ku. Po­now­nie się spa­ko­wa­łam i przygotowałam się do misji ra­tun­ko­wej przy­ja­ciół­ki.

W żaden spo­sób nie mo­głam lek­ce­wa­żyć słów sza­leń­ca, któ­re­go spo­tka­łam. Z pewnością był obłą­ka­ny, ale nikt przy­pad­ko­wo nie ucie­kał­by w takim po­pło­chu. Mało tego, zo­sta­wił wszyst­kie tech­no­lo­gicz­ne za­baw­ki w Bla­sku. Musiał na­praw­dę ostro sfik­so­wać, aby wra­cać nawet kilka głu­pich ki­lo­me­trów bez żad­ne­go wspar­cia. To był wy­star­cza­ją­cy objaw pa­ra­noi, co­kol­wiek miało leżeć w tej dziu­rze, mu­sia­ło być na­praw­dę po­tęż­ne. Ja za­wsze byłam go­to­wa na wszel­kie nie­bez­pie­czeń­stwa. Mia­łam oka­zję prze­mie­rzać wiele trud­nych miejsc, na widok któ­rych więk­szość ludzi by się prze­stra­szy­ła. Wra­ca­łam z suk­ce­sem nawet z sa­me­go pie­kła i sta­ro­żyt­ne­go wię­zie­nia, zwa­ne­go Tar­ta­rem. Byłam pewna sie­bie, jed­nak nigdy nie mo­głam lek­ce­wa­żyć nieznanego prze­ciw­ni­ka, wobec tego mu­sia­łam mieć oczy do­oko­ła głowy. Całe szczę­ście posiadałam od­po­wied­ni cha­rak­ter, który to umoż­li­wiał. Usta­wi­łam manę w stan peł­nej go­to­wo­ści. Ta siła po­zwa­la­ła re­ago­wać zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej niż więk­szość do­stęp­nej broni bia­łej lub mio­ta­czy. Po­cią­gnię­cie za spust było wol­niej­sze niż sam pro­ces na­wy­ko­wej re­ak­cji opar­tej na myśli.

Dla­cze­go do­pie­ro teraz od­kry­łam, że ta owal­na dziu­ra to tak na­praw­dę dosyć wy­raź­na elip­sa? Jak mo­głam być wcze­śniej tak ślepa? Za­koń­cze­nia miała bar­dzo ostre i mu­sia­łam scho­dzić w dół bar­dzo ostroż­nie, albo sko­rzy­stać z butów an­ty­gra­wi­ta­cyj­nych i tam wle­cieć. Z czte­rech kierunków geo­gra­ficz­nych, biło ma­lut­kie, ale bar­dzo wy­raź­ne świa­tło. Wcze­śniej go, o dziwo, nie za­uwa­ży­łam. Po­de­szłam bli­żej do źródła, które nie ośle­pia­ło i nie po­wo­do­wa­ło żad­ne­go dys­kom­for­tu. Nie wi­dzia­łam rów­nież ni­cze­go, co przy­po­mi­na­ło coś w ro­dza­ju lampy. To in­try­gu­ją­ce, nie za­uwa­ży­łam nigdy wcze­śniej jesz­cze ta­kiej czy­stej ener­gii w tak sta­bil­nym sta­nie i do tego nie­szko­dli­wej dla wzro­ku. Pew­nie ge­ne­ra­tor ta­kie­go oświe­tla­nia, który się znaj­do­wał gdzieś niżej, mógł­by pomóc wielu mia­stom. Teraz byłam na­praw­dę za­in­try­go­wa­na.

Uży­łam na­pę­du, aby po­wo­li wle­cieć do środ­ka. Otwór miał głębokość kilku me­trów. Mogłam tam wsko­czyć, bo w dziurze nie widziałam nic nie­po­ko­ją­ce­go, jednak nie chciałam ryzykować. Gdy opa­da­łam, za­uwa­ży­łam, że zie­mia, po któ­rej tak nie­daw­no stą­pa­łam, stop­nio­wo prze­cho­dzi­ła w nie­okre­ślo­ny ska­li­sty grunt, tak jak w zja­wi­sku dy­fu­zji. Ten proces wraz z upły­wem czasu mie­szał dwie różne sub­stan­cje, a dla ciał sta­łych to zjawisko wy­dłu­żało się strasz­li­wie. Tylko jedna ważna uwaga, to nie przypominało normalnej skały! Byłam pewna. Zbadałam jeszcze raz otaczające mnie ściany i podłoże, wi­dzia­łam fa­li­stą struk­tu­rę lub coś w tym ro­dza­ju. Fałdy usa­do­wi­ły się de­li­kat­ne, jed­nak miej­sca­mi było ich wię­cej, a frag­men­ta­mi zo­sta­ły gęsto uło­żo­ne. Cza­sa­mi sub­tel­nie wy­bi­jał się kolor kar­ma­zy­no­wy, przy­po­mi­na­ło to drob­ne wy­sep­ki, cho­ciaż do­mi­no­wa­ła barwa ciem­ne­go brązu, taki, któ­remu niedaleko do praw­dzi­wej czer­ni. Za­ob­ser­wo­wa­łam jesz­cze ma­lut­kie, swo­bod­nie bie­gną­ce, w miarę upo­rząd­ko­wa­ne wy­pust­ki, po­dob­ne do tych, jakie można było zo­ba­czyć przy oka­blo­wa­niu, lub na­tu­ral­nych żył w ciele. Mia­łam wra­że­nie, że nie­mal nie­zau­wa­że­nie dla oka prze­miesz­cza­ły się w bar­dzo sub­tel­ny spo­sób. Ten za­awan­so­wa­ny, jak my­śla­łam, układ oświe­tlał się sa­mo­ist­nie od środ­ka i to nie­zwy­kle sil­nie. Ten sche­mat biegł rów­nież do tych czte­rech lamp, które widziałam na górze. Czyż­bym miała tutaj do czy­nie­nia z żywym stwo­rze­niem albo z ro­dza­jem su­per­kom­pu­te­ra? A może z jakąś sza­lo­ną syn­te­zą? In­try­gu­ją­ce! Nie­wy­klu­czo­ne, że cały Blask to jedna wiel­ka isto­ta. Chciałam to spraw­dzić.

Niewykluczone, że za­awan­so­wa­ne oko potrafiło wy­ła­pać coś, czego nawet moja do­sko­na­ła spo­strze­gaw­czość nie wy­chwy­ci­ła? Za po­mo­cą myśli ko­mu­ni­ko­wałam się z wła­snym wzro­kiem, który sta­no­wił wir­tu­al­ny sys­tem do ana­li­zy obiek­tów i oto­cze­nia. Ana­li­tycz­ne opi­nie kom­pu­te­ra okazywały się po­moc­ne pod­czas eks­plo­ra­cji i nie­je­den raz roz­wi­kła­ły za­gad­kę ja­kie­goś sta­ro­żyt­ne­go miej­sca.

Czy to jest osob­nik żywy? – za­da­łam pierw­sze py­ta­nie.

– Praw­do­po­do­bień­stwo bli­skie zeru – do­sta­łam od­po­wiedź.

– Czy to jest osob­nik syn­te­tycz­ny?

– Praw­do­po­do­bień­stwo bli­skie zeru. – Ko­lej­na iden­tycz­na ana­li­za, ale mo­głam wy­cią­gnąć in­te­re­su­ją­ce wnio­ski. Skoro ten ob­ser­wo­wa­ny obiekt nie był or­ga­ni­zmem z krwi i kości oraz nie sta­no­wił sztucz­nej in­te­li­gen­cji, od­pa­da­ła też hi­po­te­za o po­łą­cze­niu żywej tkan­ki i me­cha­nicz­nej, po­nie­waż moje oko nie dało w obu przy­pad­kach żad­ne­go praw­do­po­do­bień­stwa. Miałam odpowiedź i nie była nią z całą pew­no­ścią magia. Ten osobnik przybył z od­le­głej ga­lak­ty­ki i usadowił się tutaj tysiące, jeśli nie mi­lio­ny lat temu. Może tra­fił do nas przy­pad­kiem? A może moi przod­ko­wie za­bra­li go kie­dyś z jego świa­ta, aby prze­pro­wa­dzić na nim różne eks­pe­ry­men­ty? Bo­gac­two życia ziem­skie­go było ogrom­ne. Or­ga­ni­zmy na na­szej pla­ne­cie się sza­le­nie róż­ni­ły – od mi­liar­dów szcze­pów bak­te­rii, przez wiel­kie­go wło­cha­te­go pa­ją­ka do czło­wie­ka w ka­lej­do­sko­pie ogrom­nej licz­by ras, jak anio­ły bądź de­mo­ny, a gdy­bym chcia­ła roz­wa­żać życie w ko­smo­sie, to moje sche­ma­ty my­ślo­we kom­plet­nie nie da­wa­ły sobie rady. Przy­kła­do­wo za­wsze wy­obra­ża­łam sobie in­te­li­gent­ne życie, które cho­dzi­ło na dwóch no­gach. W tym przy­pad­ku kom­pu­ter w oku mógł nie dać rady, po­nie­waż zo­stał za­pro­gra­mo­wa­ny do oce­nia­nia życia na na­szej pla­ne­cie. Może wi­dzia­łam jed­ne­go ko­smi­tę, który żył jak całe mia­sto, albo bar­dziej przy­po­mi­nał mro­wi­sko, bu­du­ją­ce jeden wiel­ki umysł. Och! Od tych roz­wa­żań za­czę­ła mnie boleć głowa. To wszyst­ko spra­wia­ło, że ta­jem­ni­ca za­war­ta w tym miej­scu była trud­na do od­szy­fro­wa­nia. Ist­nia­ła jesz­cze jedna hi­po­te­za. To wcale nie mu­siał być żywy or­ga­nizm i za bar­dzo wy­bie­głam my­śla­mi w róż­ne­go typu teo­rie. Skup się, Nano Jack!

Wy­lą­do­wa­łam. Pod­ło­że ni­czym nie róż­ni­ło się od ścian. Dal­sze po­zna­wa­nie tego cze­goś mu­sia­ło od­by­wać się pie­szo. W dół, stromo nachylona, bie­gła w cha­otycz­ny spo­sób obca ukła­dan­ka sche­ma­tów. Korytarz przypominał bar­dzo mocno oświe­tlo­ną ja­ski­nię, po któ­rej obok sie­bie mogły iść bez pro­ble­mów trzy osoby, na­to­miast sufit był po­ło­żo­ny dosyć nisko, jed­nak nie mu­sia­łam schy­lać głowy, aby kom­for­to­wo prze­cho­dzić. Przed wy­ru­sze­niem w dal­szą drogę chcia­łam się upew­nić, czy nie ukry­ło się tutaj ja­kieś nie­wi­docz­ne za­gro­że­nie.

– Czy wy­kry­to ano­ma­lie nie­bez­piecz­ne dla ży­wych or­ga­ni­zmów? – za­py­ta­łam swo­je­go oka.

– Nie. Wyż­sze po­zio­my ra­dia­cji, ska­że­nia bio­lo­gicz­ne­go, che­micz­ne­go i inne szko­dli­we dla two­jej de­li­kat­nej struk­tu­ry ciała czyn­ni­ki nie wy­stę­pu­ją w tym po­miesz­cze­niu. W razie na­głych zmian będę cię na­tych­mia­sto­wo in­for­mo­wać – do­sta­łam od­po­wiedź. Przy­znam, że nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go to miej­sce mogło być tak nie­bez­piecz­ne. Może dalej wy­po­czy­wał spo­koj­nie jakiś ko­smi­ta zdol­ny do zmia­ny ota­cza­ją­ce­go go te­re­nu, który nie wie­dzieć czemu nie za bar­dzo prze­pa­dał za ludź­mi? Cie­ka­wa hi­po­te­za, która ko­ja­rzy­ła się ze wzglę­du na po­do­bień­stwo z ja­ski­nią i takie roz­wią­za­nie było dla mnie naj­bez­piecz­niej­sze. Naj­gor­sze mogło być tylko coś, czego jesz­cze nie mia­łam oka­zji wcze­śniej po­znać.

Dalej po­dą­ża­łam w dół, cho­ciaż teren po­wo­li sta­wał się coraz bar­dziej pła­ski. Po­wierzch­nia, po któ­rej stą­pa­łam była nie­wy­god­na i chro­po­wa­ta, ale przy­zwy­cza­iłam się do trud­niej­szych wa­run­ków. W pew­nym miej­scu do­strze­głam na ścia­nie biały punk­cik. Po­de­szłam nieco bli­żej. Po do­kład­niej­szej ana­li­zie do­strze­głam, że to takie samo nie­ośle­pia­ją­ce świa­tło, jakie wi­dzia­łam przy wej­ściu do Bla­sku, które swo­bod­nie pły­nę­ło w tych prze­wo­dach i nie ucie­ka­ło, po­mi­mo uste­rek w samym ukła­dzie oka­blo­wa­nia. Zda­łam spra­wę, że bez problemów mogłam zdjąć ochron­ną war­stwę, która za­kry­wa­ła świa­tło. Do­tknę­łam jed­nej z ta­kich po­włok i z ła­two­ścią za­czę­łam stop­nio­wo łamać oraz kru­szyć tę struk­tu­rę ni­czym wa­fe­lek. Chcia­łam do­tknąć tej ta­jem­ni­czej ener­gii pal­cem i są­dzi­łam, że nic złego nie może się stać, po­nie­waż to świa­tło nie wy­rzą­dza­ło szko­dy tak de­li­kat­nym ele­men­tom ochron­nym, pod ja­ki­mi się ukry­wa­ło. Mimo wszyst­ko mia­łam z tyłu głowy opo­wie­ści o nie­bez­pie­czeń­stwie Bla­sku i nie zde­cy­do­wa­łam się na pełne bez­po­śred­nie ry­zy­ko.

– Co mo­żesz mi po­wie­dzieć o tej ma­te­rii? Oceń szko­dli­wość. – Chcia­łam się jesz­cze wes­przeć opi­nią kom­pu­te­ra.

Ma­te­ria nie­zna­na. Biała ciecz da­ją­ca świa­tło. Wskaź­ni­ki nie róż­nią się od oto­cze­nia. Ry­zy­ko ni­skie wy­ni­ka­ją­ce z braku da­nych w sys­te­mie. – To brzmia­ło obie­cu­ją­co. Do­wie­dzia­łam się, że mam do czy­nie­nia z pły­nem. Uży­łam many, aby ostroż­nie po­brać prób­kę tej cie­czy i wrzu­cić do szkla­nej pro­bów­ki. Mogło to się przy­dać do przy­szłych badań i w kon­se­kwen­cji opra­co­wa­nia wy­daj­niej­sze­go ge­ne­ra­to­ra świa­tła. Wszyst­ko po­szło zgod­nie z pla­nem, cho­ciaż fla­ko­nik chciał uciec w kie­run­ku, z ja­kie­go przy­szłam. Po chwi­li się uspo­ko­ił i po­zo­stał nie­ru­cho­my. W środ­ku była ciecz o kon­sy­sten­cji mleka, a na ścian­kach na­czy­nia po­zo­sta­wał wy­raź­nie świe­cą­cy osad. Cóż to głu­pie, ale chcia­łam do­tknąć tej ener­gii i ostatecznie cie­ka­wość wy­gra­ła z roz­sąd­kiem. Prze­chy­li­łam pro­bów­kę, by le­ciut­ko za­ha­czyć za­war­tość koń­cem kciu­ka.

– Nano Jack, tu Mitu Kara. – Usły­sza­łam nieco pi­skli­wy, ale cha­rak­te­ry­stycz­ny głos przy­ja­ciół­ki, któ­rej szu­ka­łam. Tylko skąd? Co się wy­da­rzy­ło? Echo ro­ze­szło się w mojej gło­wie.

Otrzą­snę­łam się. Obej­rza­łam się w wo­ko­ło. Ni­ko­go jed­nak nie za­uwa­ży­łam. Trzy­ma­łam w bez­piecz­nej po­zy­cji fla­ko­nik. Ciecz po­zo­sta­ła w sta­nie spo­czyn­ku.

– Czy sły­sza­łeś coś? – za­py­ta­łam w my­ślach.

– Nie.

Je­że­li kom­pu­ter po­łą­czo­ny z mózgiem tego nie sły­szał, to wszyst­ko wy­da­rzy­ło się w pod­świa­do­mym ob­sza­rze umysłu, więc mu­sia­łam coś ubz­du­rać. Pew­nie ze­stre­so­wa­łam się pod­czas prze­chy­la­nia sub­stan­cji. Chyba, że to świa­tło chcia­ło się ze mną sko­mu­ni­ko­wać i ja­kimś cudem po­sia­da­ło świa­do­mość przy­ja­ciół­ki. Brzmia­ło to nie­wia­ry­god­nie i z braku sen­sow­niej­szych do­wo­dów ru­szy­łam dalej. Scho­wa­łam fiol­kę. Na Ziemi mogły się zda­rzyć naj­dziw­niej­sze rze­czy, nawet ko­mu­ni­ku­ją­ce się z tobą świa­tło. Zresz­tą to coś było praw­do­po­dob­nie z ko­smo­su. Każda na­stęp­na tego typu ano­ma­lia da­ła­by mi do my­śle­nia. Zresz­tą warto było iść dalej, bo nie­wy­klu­czo­ne, że gdzieś tam cze­ka­ła na mnie przy­ja­ciół­ka.

Prze­mie­rza­łam tę ja­ski­nię; co cha­rak­te­ry­stycz­ne pa­no­wa­ła tutaj stała tem­pe­ra­tu­ra o kilka stop­ni niż­sza niż na ze­wnątrz. Za­ska­ki­wa­ła suchość, po­nie­waż w prze­ci­wień­stwie do na­tu­ral­nych od­po­wied­ni­ków ja­kimś spo­so­bem nie odczuwałam wilgoci. Może to świa­tło pod kru­chą war­stwą, które two­rzy­ło roz­pro­szo­ne oświe­tle­nie po­dob­ne do neo­nów, po­chła­nia­ło całą do­stęp­ną tutaj wodę? Od tego zaschniętego po­wie­trza za­chcia­ło mi się pić, więc wy­ję­łam swój Sub­a­to­mo­wy De­sty­la­tor Po­wie­trza, by uzu­peł­nić ży­cio­daj­ne płyny. Prze­mie­rzy­łam już dobry ki­lo­metr i nie tra­fi­łam na nic, nawet na więk­szy ka­my­czek lub ja­kie­goś nie­to­pe­rza albo nawet głupi me­szek. Ta jaskinia ukry­wa­ła przede mną wszel­kie ozna­ki życia. Z dru­giej stro­ny ktoś mógł dbać o to miej­sce, tylko w jakim celu? Pewną od­po­wiedź mo­głam zna­leźć je­dy­nie w dal­szej czę­ści kom­plek­su.

Eks­plo­ro­wa­łam dalej, cho­ciaż byłam za­wie­dzio­na za­war­to­ścią Bla­sku. Nie mo­głam zna­leźć tak sze­ro­ko ak­cen­to­wa­nych przez nie­któ­rych miesz­kań­ców kli­fów Da­ru­sa tech­no­lo­gii przod­ków. Za­czę­łam po­dej­rze­wać, że ta cała opo­wieść o nie­bez­pie­czeń­stwie miała znie­chę­cić in­nych, by nie za­glą­da­li tutaj, po­nie­waż nic cie­ka­we­go się tutaj nie znaj­do­wa­ło. Chwi­lecz­kę! Wi­dzia­łam coś w odległości około pięćdziesięciu me­trów. Pod­eks­cy­to­wa­na po­de­szłam bli­żej i to, co ujrzałam, prze­ro­sło wszel­kie ocze­ki­wa­nia. Za­uwa­ży­łam zwy­czaj­ną strza­łę do łuku! Prze­mie­rzy­łam tyle drogi, aby zo­ba­czyć strza­łę! To jakiś po­nu­ry żart! Nie wiem, kiedy byłam ostat­nio tak wście­kła. Dobra! Może w tym był jakiś ukry­ty sens, ale wąt­pi­łam w to. Zba­da­łam tę strza­łę. Cóż, jak się spo­dzie­wa­łam, nie po­sia­da­ła ona w sobie żad­nych po­kła­dów tech­no­lo­gii, cho­ciaż była wy­jąt­ko­wo do­brze za­dba­na, a jej ko­niec zdo­bi­ło zie­lo­ne pióro eg­zo­tycz­ne­go ptaka. Mu­sia­ła na­le­żeć do waż­nej per­so­ny. Grot wy­ko­na­ny zo­stał z nie­bie­skiej, wy­jąt­ko­wo pla­stycz­nej rudy dostępnej w najbliższej okolicy. De­li­kat­ny i nie­zwy­kle ostry ma­te­riał nie po­krył się rdzą. Świad­czy­ło to o świe­żo­ści zna­le­zi­ska. Taka rzecz mogła być je­dy­nie uży­wa­na przez ja­kiś dzi­ku­sów, czyli ludzi, któ­rzy cof­nę­li się w roz­wo­ju do cza­sów pier­wot­nych. Oni rzad­ko ko­rzy­sta­li z za­awan­so­wa­nej tech­no­lo­gii, ra­czej mieli w zwy­cza­ju ją czcić jak magię, co bu­dzi­ło moją wy­jąt­ko­wą od­ra­zę. Cie­ka­we, po co tu przy­szli? Ja­kieś po­lo­wa­nie? Nie sądzę! Tu nic nie ma. W takim razie mogli ko­rzy­stać z tego miej­sca jak świą­ty­ni. To dosyć czę­sta i mylna prak­ty­ka u tak pry­mi­tyw­nych spo­łecz­no­ści. Tak czy inaczej ten dzi­kus znaj­do­wał się nie­da­le­ko stąd i pew­nie zgu­bił tę strza­łę. Pro­ste! Scho­wa­łam, mimo małej war­to­ści, to zna­le­zi­sko do tobołka.

Na­resz­cie, po kilku mi­nu­tach eksploracji monotonne otoczenie się zmie­niło. Przy­spie­szy­łam, bo osta­tecz­nie zda­łam spra­wę, że nie ma się czego bać. Tra­fi­łam na coś w ro­dza­ju roz­wi­dle­nia. Widziałam głów­ny ko­ry­tarz, który pro­wa­dził do wiel­kich owal­nych me­ta­lo­wych drzwi. Dodatkowo istniały czte­ry po­zo­sta­łe po­miesz­cze­nia od­dzie­lo­ne nie­bie­ską po­świa­tą, po­dob­ną do tej, jaka two­rzy mana, czyli ty­po­we pole si­ło­we. Ta po­wło­ka za­kry­wa­ła wszyst­ko, co znaj­do­wa­ło się po dru­giej stro­nie. Za­czę­łam badać tę za­sło­nę, ale coś in­ne­go bar­dziej przy­ku­ło uwagę. Za­uwa­ży­łam złotą bran­so­let­kę, jed­nak wi­edzia­łam, że ten przed­miot był spe­cjal­ny. Nie my­li­łam się! Pod­nio­słam ją i zo­ba­czy­łam wy­gra­we­ro­wa­ny napis „Od Nano Jack dla Miku Kary”. To po­da­ru­nek ode mnie dla mojej naj­wspa­nial­szej współ­po­dróż­nicz­ki, poza tym gwa­ran­to­wał on bez­pie­czeń­stwo, co było nie­zwy­kle ważne pod­czas po­dró­ży oraz przy okazji generował za­po­rę elek­tro­ma­gne­tycz­ną, która po­zwa­la­ła się schro­nić w razie nie­spo­dzie­wa­ne­go ataku. Po­cie­kły łzy. Ona nie zgu­bi­łaby tak sentymentalnego prezentu. Mu­sia­ło wy­da­rzyć się naj­gor­sze! Nie­ste­ty. Wzię­łam głę­bo­ki od­dech. Nie­spo­dzie­wa­nie z peł­nym im­pe­tem ude­rzy­ło we mnie wspo­mnie­nie ukazujące, kiedy ją po­zna­łam.

 

 

**********************************************************************

 

 

Byłam jedną z na­jem­ni­czek w od­dzia­le wodza ple­mie­nia na­zy­wa­ne­go Po­tęż­nym Prą­dem, który miał znisz­czyć wio­skę nad­lu­dzi. Te abo­mi­na­cje bio­in­ży­nie­ryj­ne uod­por­ni­ły się na pro­ce­sy sta­rze­nia, co nie­któ­rzy my­li­li z nie­śmier­tel­no­ścią. To wszyst­ko stało się moż­li­we dzię­ki ta­jem­ni­cze­mu urzą­dze­niu, które po­sia­da­ły. Pro­blem po­le­gał na tym, że aby utrzy­mać ten efekt, potrzebowały one re­gu­lar­ne skła­dać ofia­ry z bez­bron­nych ludzi. Po­tęż­ny Prąd był przez te po­two­ry re­gu­lar­nie za­stra­sza­ny i co mie­siąc musiał do­star­czać im świe­żej krwi. Nie miał dość siły, aby po­ko­nać sa­mo­dziel­nie naj­więk­sze­go wroga. Jego cier­pli­wość skoń­czy­ła się i ze­brał do­dat­ko­wy od­dział wy­szko­lo­nych awan­tur­ni­ków, zbie­ra­czy ta­kich jak ja, którym obie­cał ogrom­ną na­gro­dę, dla­te­go się sku­si­łam.

Nigdy wcze­śniej nie brałam udzia­łu w tak wy­ma­ga­ją­cej bi­twie. Isto­ty, z ja­ki­mi wal­czy­li­śmy, po­tra­fi­ły być nie­zwy­kle wy­trzy­ma­łe, silne i czę­ścio­wo od­por­ne na manę. Konfrontacja z nimi sta­no­wi­ła mę­czar­nie. Nad­lu­dzie charakteryzowali się ogromnym wzrostem w porównaniu do ludzkich braci, bo mie­rzy­li cza­sem czte­ry metry wy­so­ko­ści, ale na szczę­ście nie ko­rzy­sta­li ze zbyt wiel­kiej liczby tech­no­lo­gii, a ich li­czeb­ność wy­no­si­ła za­le­d­wie pięć prze­ciw­ko dwu­set­ce pry­mi­tyw­nie uzbro­jo­nych dzi­ku­sów i okołu dwu­dzie­stu za­awan­so­wa­nych tech­nicz­nie awan­tur­ni­ków. Za­bi­li­śmy te wszyst­kie be­stie, mimo ogrom­nych strat wśród ple­mie­nia, cho­ciaż z na­jem­ni­ków zgi­nął tylko jeden zbie­racz. Po­tęż­ny Prąd po zwy­cię­stwie na­ka­zał znisz­cze­nie py­lo­na nie­śmier­tel­no­ści fi­zycz­nej. Szko­da, bo ba­da­nia nad tym zna­le­zi­skiem mogły być nie­zwy­kle in­try­gu­ją­ce, ale wódz wy­na­gro­dził trud go­dzi­wą za­pła­tą.

Co cie­ka­we, tym co naj­bar­dziej za­pa­mię­ta­łam, nie dar w po­sta­ci cen­nej rudy w ilo­ści jed­nej czwar­tej mojej łącz­nej wagi, ale wi­zy­tę w jednym z pomieszczeń. Od­wie­dzi­łam wtedy wię­zie­nie okrut­nych nad­lu­dzi. Znaj­do­wała się tam jedna anie­li­ca, którą uwol­ni­łam, po­cią­ga­jąc za dźwi­gnię. Odziana była w szma­cia­ną tu­ni­kę. Sie­dzia­ła cicho.

– Je­steś wolna. Za­bi­li­śmy je wszyst­kie i mo­żesz wró­cić do ple­mie­nia.

– Ja­kie­go ple­mie­nia? Czy jest do czego wra­cać, kiedy kamraci składają ciębie w ofierze naszym największym wrogom – nadludziom?

– Ale prze­cież – chwi­lo­wo wstrzy­ma­łam głos – przy­szli­śmy cię ura­to­wać. Twoi współ­ple­mień­cy po­nie­śli wiel­kie stra­ty, aby cię wy­zwo­lić i pokonać te potwory.

– Pro­szę, zro­zum mnie. – Anie­li­ca rzu­ci­ła się w moje ra­mio­na. – Nie ma nic gor­sze­go niż ska­za­nie na śmierć przez wła­sne ple­mię. Je­stem ni­kuya – zaczęła szlo­chać, a ostat­nie słowo tłu­ma­czo­no jako wy­gna­ną.

– Współ­czu­ję ci, ale co teraz pla­nu­jesz? – Po py­ta­niu za­pa­dła cisza.

– Już do­brze. Mo­gła­bym cię za­brać i na­uczyć życia zbie­ra­cza. Po­znasz świat, o któ­rym nawet nie śni­łaś. Po­znasz praw­dę o świe­cie, którą sta­no­wi tech­no­lo­gia. Mogę ci to wszyst­ko po­ka­zać, ale pa­mię­taj, że moja pro­fe­sja jest nie­bez­piecz­na.

– Nie wiem, o czym mó­wisz, ale pójdę z tobą.

Razem opu­ści­ły­śmy to miej­sce, a jej wdzięcz­no­ści nie po­tra­fi­łam opi­sać. Wcze­śniej po­dró­żo­wa­łam sa­mot­nie, ale wsparcie dodatkowej osoby mogło okazać się przydatne, a moż­li­wość nauczania dzi­ku­sa pod­sta­wo­wych prawd o świe­cie, pociągała mnie.

 

 

**********************************************************************

 

 

Wła­ści­wie to nie chcia­łam o tym my­śleć. Echo po­now­nie ro­ze­szło się po gło­wie, a ja le­ża­łam na pod­ło­dze, ponieważ jakaś po­tęż­na siła zmu­si­ła mnie do wzru­sza­ją­ce­go wspo­mnie­nia. Jak to moż­li­we? – py­ta­łam, ale nie ukła­da­ły mi się w gło­wie żadne sen­sow­niej­sze wy­tłu­ma­cze­nia. Kur­czę! Nie ro­zu­mia­łam tego i ciekawiło mnie, co się stało z przy­ja­ciół­ką. Może żyła, tylko w innej for­mie? Zamie­nio­na w przed­miot? Brr, to strasz­ne! Aż prze­szyły mnie dresz­cze.

Kiedy chcia­łam włą­czyć pole si­ło­we bran­so­let­ki, zda­łam spra­wę, że przed­miot nie chciał dzia­łać i niewykluczone, że go wyrzuciła. Podobno na­dzie­ja umie­ra ostat­nia.

Czy w tych pomieszczeniach po­znam praw­dę? Za­sło­na, jak wspo­mi­na­łam, przy­po­mi­na­ła tę opar­tą o manę, jed­nak wiele wska­zy­wa­ło, że taka nie była. Nigdzie nie znalazłam najbardziej mi­kro­sko­pij­nych po­jem­nicz­ków z niezwykłymi bakteriami. Rzu­ci­łam drob­nym przed­mio­tem przez te drzwi i nic się nie stało. Wy­glą­da­ło na to, że spo­koj­nie mo­głam przejść na drugą stro­nę. Zresz­tą, za tym polem wi­dzia­łam nie­wy­raź­nie ja­kie­goś dzi­ku­sa. Nie byłam w tym miej­scu sama. Za­ska­ku­ją­co łatwo po­ko­na­łam prze­szko­dę. Po­czu­łam tylko drob­ne ła­sko­ta­nie na ciele. Wkro­czy­łam do po­miesz­cze­nia, które przy­po­mi­na­ło so­lid­nych roz­mia­rów pokój, gdzie pa­no­wał nie­okieł­zna­ny ba­ła­gan. Wy­glą­dem nie róż­nił się on od ko­ry­ta­rza, który nie­daw­no prze­mie­rza­łam, ale prze­wo­dy zostały gę­ściej ułożone i przez to pokój świe­cił więk­szym bla­skiem, a na podłodze leżały dzie­siąt­ki rozrzuconych urzą­dzeń. Wi­dzia­łam tam na pierw­szy rzut oka mio­ta­cze wsze­la­kiej maści, im­plan­ty na­no­tech­no­lo­gicz­ne, urzą­dze­nia an­ty­gra­wi­ta­cyj­ne, zbro­ję wspo­ma­ga­ną. Mo­gła­bym jesz­cze długo wy­mie­niać, a prze­cież za­sto­so­wań wielu urzą­dzeń nie potrafiłam łatwo ocenić. Za ta­jem­ni­czym je­go­mo­ściem ulokowana zo­sta­ła po­kaź­nych roz­mia­rów kupka tech­no­lo­gicz­nych ar­te­fak­tów. Każdy zbie­racz ustawiłby się do końca życia, gdyby wy­niósł cho­ciaż część za­war­tej tutaj tech­no­lo­gii. Nie po to tutaj przy­szłam. Na środ­ku stał wy­so­ki, łysy męż­czy­zna ubrany w białą tunikę, przy­ozdo­bio­ną pro­sty­mi geo­me­trycz­ny­mi sym­bo­la­mi, który prze­żył wiele wio­sen. Uszy miał prze­bi­te trze­ma ma­ły­mi me­ta­lo­wy­mi ob­rę­cza­mi, na­ło­żo­ną białą tu­ni­kę. Z boku nosił łuk z koł­cza­nem ta­kich sa­mych strzał, jakie nie­daw­no zna­la­złam, na­to­miast głowę zdo­bił wspa­nia­ły pió­ro­pusz. Wy­glą­dał jak naj­praw­dziw­szy dzi­kus. Cie­ka­we, co on tutaj robił? Był od­wró­co­ny tyłem do mnie. Zde­cy­do­wa­łam się do niego po­dejść.

– Stój! Czemu bez­praw­nie na­cho­dzisz na­szych przod­ków? Czy nie wi­dzisz, że bez­cze­ścisz nasze re­li­kwie, wcho­dząc w nasze za­świa­ty bez ostrze­że­nia? – Mówił bar­dzo gło­śno, w pozycji gotowej do walki. W ręku trzy­mał laskę z przy­mo­co­wa­nym krysz­ta­łem.

– Prze­pra­szam naj­moc­niej. Nie chcę kło­po­tów. Szu­kam w tym miej­scu przy­ja­ciół­ki.

– A kimże jest ta przy­ja­ciół­ka? Czy umar­ła, że na­cho­dzisz nasze za­świa­ty?

– Umar­ła? – Te słowa mocno mnie za­bo­la­ły. – Wła­ści­wie to nie wiem. Na­zy­wa się Mitu Kara i jest anio­łem, który przy­szedł tutaj dwa dni temu – od­po­wie­dzia­łam szcze­rze. Sza­man po­ki­wał głową i od­wró­cił się w kie­run­ku kupki tech­no­lo­gicz­nych ar­te­fak­tów. Wziął do ręki okrą­głą szkla­ną kulę i pod­niósł ją wy­so­ko, pogrążając się w sza­lo­nym za­bo­bo­nie.

– Przod­ko­wie wy­czu­li głę­bo­kie roz­cza­ro­wa­nie. Jeśli chcesz do­wie­dzieć się wię­cej, po­roz­ma­wiaj z Bo­giem w sali świa­tło­ści.

Co to za bzdu­ry!?

– Prze­pra­szam, chyba nie zro­zu­mia­łam.

– Czego nie ro­zu­miesz? – rzekł rozdrażniony. – Pytaj, ale wiedz, że nasza cier­pli­wość się koń­czy.

– Po­wiedz mi wię­cej o za­świa­tach. Jak ro­zu­miem, dla wa­sze­go ludu to ważne miej­sce. Je­stem zbie­racz­ką i nie sły­sza­łam, by tutaj ist­nia­ła świą­ty­nia. Nie pla­no­wa­łam ni­cze­go złego – Sta­ra­łam się za­cho­wać po­wa­gę.

– Do­brze, ro­zu­miem. – Sta­rzec wy­ko­nał laską ko­li­sty gest. Po chwi­li z błę­kit­ne­go klej­no­tu opadł biały świę­cą­cy pyłek. – Za­świa­ty to miej­sce, w któ­rym po­ro­zu­mie­wa­my się ze zmar­ły­mi. Tylko krąg najwyższych szamanów ma tu do­stęp, by za­się­gnąć rady przod­ków. Każdy przed­miot tutaj za­wie­ra część duszy. Pro­si­łem o za­cho­wa­nie spo­ko­ju, po­nie­waż za za­kłó­ca­nie ciszy Bóg za­bie­ra niepokornych na wiecz­ne po­tę­pie­nie. Wieczne!

– Kim jest wasz Bóg i sala świa­tło­ści, o któ­rej mó­wi­łeś wcze­śniej?

– Bóg pa­nu­je nad kra­iną umar­łych z sali świa­tło­ści, zza okrą­głej nie­biań­skiej bramy, to naj­po­tęż­niej­sza ze wszyst­kich istot, wła­da­ją­ca naj­czyst­szą ze wszel­kich magii pod po­sta­cią bia­łe­go świa­tła. Po­tra­fi za­pew­nić wszyst­kim życie wiecz­ne albo po­tę­pie­nie na wieki. Przy­sy­ła­my tu naj­wspa­nial­szych z na­sze­go ple­mie­nia, by uho­no­ro­wać ich, aby słu­ży­li dobrą radą kolejnym pokoleniom.

– Cie­ka­we… – mruk­nę­łam pod nosem. – Nie uwa­żasz, że masz tutaj do czy­nie­nia z nie­zwy­kle za­awan­so­wa­ną tech­no­lo­gią albo z ko­smi­tą? Na pewno jed­nak nie z magią! Z czymś, co po­tra­fi wpły­wać w nie­okre­ślo­ny dla nas spo­sób na umy­sły. Za­kli­nać wspo­mnie­nia w zwy­czaj­nych przed­mio­tach, jakie masz za sobą. Po­myśl, ile mo­że­my wy­two­rzyć ener­gii, gdy­by­śmy do­kład­niej znali ge­ne­zę tego nie­ośle­pia­ją­ce­go świa­tła oraz obecnej tu psio­nicz­nej siły.

– Wy, te­chlesh, je­ste­ście wszy­scy tacy sami. Bóg cię uka­rze za znie­wa­gę, jeśli z nim po­roz­ma­wiasz – krzy­czał i zde­cy­do­wał się na mnie rzu­cić, jed­nak prze­wi­dzia­łam im­pul­syw­ną re­ak­cję i stwo­rzy­łam pole si­ło­we, które od­gro­dzi­ło mnie od niego. Odbił się od many ni­czym le­ciut­ka pi­łecz­ka.

– Po­wiedz mi, te­chlesh! Czym się różni wasza ko­smicz­na tech­no­lo­gia od magii?

– Tym, że magią za­śle­piasz swój umysł, a na tech­no­lo­gię, nawet nie­zna­ną, otwie­rasz swoje zmy­sły i szu­kasz roz­wią­za­nia, nawet jeśli jest głę­bo­ko ukry­te.

– Ty, te­chlesh, bę­dziesz prze­klę­ta na wieki! Nie będę z tobą wal­czyć! Praw­da tego miej­sca obro­ni się sama. – Sza­man bar­dzo mocno ge­sty­ku­lo­wał. Chyba rzu­cał na mnie jakąś klą­twę, ty­po­wy beł­kot dzi­ku­sów. Omi­nął moje pole i po­szedł wy­raź­nie wście­kły do wyj­ścia. Wię­cej go nie wi­dzia­łam. Za­in­try­go­wa­ła mnie kon­cep­cja Boga. Jaką potęgą dysponowała ta isto­ta, by wzbu­dzić u pry­mi­tyw­nych ludzi tak ogrom­ny sza­cu­nek? Mu­sia­ła być z całą pew­no­ścią bar­dzo nie­bez­piecz­na, skoro wpły­nę­ła tak mocno na ucie­ka­ją­ce­go stąd nie­daw­no zbie­ra­cza. Po­tra­fi­ła też za­kli­nać wspo­mnie­nia albo ge­ne­ro­wać świa­do­mość w przed­mio­tach lub mieć wgląd do na­sze­go umy­słu i w ten spo­sób się ko­mu­ni­ko­wać. In­try­gu­ją­ce hi­po­te­zy, ale naj­pierw chcia­łam obej­rzeć po­zo­sta­łe artefakty, jakie wa­la­ły się po po­miesz­cze­niu. Za­in­try­go­wał mnie czer­wo­ny przy­cisk w sza­rej kwa­dra­to­wej obu­do­wa­nie okra­szo­ny róż­no­ra­ki­mi sym­bo­la­mi, który leżał sa­mot­nie na pod­ło­dze. Pod­nio­słam go i zde­cy­do­wa­łam się go użyć.

 

 

**********************************************************************

 

 

– Nie na­ci­skaj tak na mnie – po­wie­dzia­ła ze­stre­so­wa­na Mitu Kara.

– Je­steś zmę­czo­na? Masz już dosyć nauki na dzi­siaj? – spy­ta­łam.

– Tak, mam dosyć. Nic już nie ro­zu­miem z two­ich ma­te­ria­łów o na­no­tech­no­lo­gii – od­par­ła, ła­piąc się ręką za głowę.

– W takim razie ko­niec nauki na dzi­siaj. Wró­ci­my do tego te­ma­tu jutro. Zro­bi­łaś na­praw­dę duże po­stę­py przez ostat­ni mie­siąc. Chcę cię po­chwa­lić. – Uśmiech­nę­łam się i wy­łą­czy­łam ho­lo­gram, wyświetlający w przy­stęp­nej for­mie praw­dy o tej skom­pli­ko­wa­nej dzie­dzi­nie.

– Dzię­ku­ję, to miłe z two­jej stro­ny, że wzię­łaś mnie pod swoją opie­kę. Ro­zu­miem już wiele rze­czy i to jak bar­dzo my­li­łam się w wielu kwe­stiach, ale…

– Coś się stało?

– Czy na­praw­dę uwa­żasz, że wszyst­ko na tym świe­cie można wy­ja­śnić za po­mo­cą tech­no­lo­gii?

– Myślę, że tak. To tylko kwe­stia czasu i moż­li­wo­ści.

– Wła­śnie mam wąt­pli­wość w związ­ku z lek­cją o gwiaz­dach. Skoro wszech­świat po­wstał wsku­tek Wiel­kie­go Roz­sz­cze­pie­nia i za­czął się roz­sze­rzać, two­rząc ma­te­rię, czas i prze­strzeń, to coś mu­sia­ło za­po­cząt­ko­wać to zja­wi­sko. Czy wiesz, co to było?

–  Je­steś na­praw­dę by­stra i cie­szę się, że po­ru­szy­łaś ten bar­dzo trud­ny pro­blem, ale nikt nie potrafi od­po­wie­dzieć na to za­gad­nie­nie. Mu­si­my dalej szu­kać roz­wią­za­nia. Być może któ­raś z daw­nych cy­wi­li­za­cji od­kry­ła po­czą­tek tego zja­wi­ska, jed­nak praw­da zo­sta­ła głę­bo­ko za­sy­pa­na pod po­wierzch­nią.

– Nano, czy wie­rzysz w jakąś nad­na­tu­ral­ną siłę albo w Boga?

– Nie, w żadną z tych rze­czy.

– Wi­dzisz, w na­szym ple­mie­niu wie­rzy­li­śmy w pan­te­on róż­nych stwo­rzeń. Naj­waż­niej­szym z nich był ar­cha­nioł imie­niem Aste­lec, zwany panem wszyst­kich bogów. We­dług mi­to­lo­gii świat po­wstał, kiedy go­to­wał zupę. Wlał wodę, która sym­bo­li­zo­wa­ła naszą Zie­mię oraz dodał przy­praw, oznaczających magię, w po­sta­ci, jak ro­zu­miem, tech­no­lo­gicz­nych urzą­dzeń. Do­rzu­cił też wa­rzyw, czyli istot ży­wych, ale nie­ste­ty zły ol­brzym Kerit dodał wszyst­kie okrop­ne rze­czy, takie jak śmierć czy cier­pie­nie, a na­stęp­nie wszyst­ko wylał.

– Do czego zmie­rzasz? Nadal uwa­żasz, że świat po­wstał pod­czas go­to­wa­nia?

– Nie, to wszyst­ko bajki. Jed­nak przypuszczam, że być może ist­nia­ła jakaś pierw­sza siła, która za­po­cząt­ko­wa­ła Wiel­kie Roz­sz­cze­pie­nie, tak jak Kerit w na­szej mi­to­lo­gii. Tą energię lub postać nazwałabym pierw­szym po­ru­szy­cielem. Myślę, że to cie­ka­wa teo­ria.

– Mitu. – Zła­pa­łam ją de­li­kat­nie za rękę. – Sza­nu­ję cie­bie i twoje po­glą­dy, ale nie mogę ich za­ak­cep­to­wać. Nie za­mie­rza­łam ci ni­cze­go na­rzu­cać. Po­ka­zu­ję ci je­dy­nie naukę. Myślę, że jak bę­dziesz po­zna­wa­ła wię­cej za­gad­nień, to zro­zu­miesz le­piej skom­pli­ko­wa­ny świat.

– Ro­zu­miem, Nano. Czyli jak się do­my­ślam, nie wie­rzysz rów­nież w życie po śmier­ci?

– Nic z tych rze­czy.

– To smut­na per­spek­ty­wa.

Wspo­mnie­nie za­koń­czy­ło się tak nagle, jak się roz­po­czę­ło.

 

 

**********************************************************************

 

 

Gdy się ock­nę­łam, byłam na­praw­dę za­sko­czo­na. Nic się nie wy­da­rzy­ło poza zmu­sze­niem mnie do prze­ży­cia jesz­cze raz sceny, z któ­rej nie do­wie­dzia­łam się ni­cze­go no­we­go i w żaden spo­sób nie przy­bli­ży­ło mnie to do po­zna­nia praw­dy o tym, co stało się z Mitu Kara. Ktoś bawił się moim umy­słem i tylko prze­szka­dzał. Nie mo­głam do­cze­kać się spo­tka­nia z Bo­giem i ocze­ki­wa­łam pew­nych wy­ja­śnień z jego stro­ny. Obej­rza­łam jesz­cze raz ten przy­cisk i za­uwa­ży­łam wy­pi­sa­ne na nim bar­dzo nie­wy­raź­nie czar­nym ko­lo­rem znaki. Nie zna­łam tego ro­dza­ju pisma, ale mo­głam wes­przeć się kom­pu­te­rem.

– Czy mo­żesz dla mnie roz­szy­fro­wać ten napis? – za­py­ta­łam.

Oczy­wi­ście. Pro­ces de­szy­fra­cji i do­pa­so­wy­wa­nia wzor­ców roz­po­czę­ty. Prze­wi­dy­wa­ny czas za­koń­cze­nia za sie­dem­na­ście se­kund.

De­szy­fra­cja za­koń­czo­na suk­ce­sem, wynik to: sty­mu­la­tor nie­zwy­kłe­go unie­sie­nia fi­zycz­ne­go. – Roz­wią­za­nie co najmniej zaskakujące. Dlaczego po naciśnięciu nie przeżyłam nic ekscytującego? Chwi­lecz­kę! Już wiem! Te na­pi­sy praw­do­po­dob­nie były pod­świe­tlo­ne na wy­raź­ny kolor za po­mo­cą wbu­do­wa­nych lamp, a nie na nie­mal nie­wi­docz­ną barwę, jak uka­za­ne tutaj pismo na sza­rym tle. To urzą­dze­nie okazało się ze­psu­te, a szko­da, bo chcia­łam prze­żyć nie­zwy­kłe unie­sie­nie fi­zycz­ne. Cie­ka­we, o co cho­dzi­ło? Cóż, nie za­szko­dzi­ło wziąć ten złom do ple­ca­ka. Może innym razem spró­bo­wa­ła­bym roz­wią­zać tę po­mniej­szą za­gad­kę.

Całe po­miesz­cze­nie roiło się od nie­zli­czo­nych tech­no­lo­gii. Widziałam spo­rej wiel­ko­ści górkę z naj­róż­niej­szy­mi ar­te­fak­ta­mi przod­ków, jak ten przy­cisk, ale też broń i inne bar­dziej ta­jem­ni­cze urzą­dze­nia. Zda­łam spra­wę, że żadna z tych rze­czy nie dzia­ła, ponieważ wszyst­kie obec­ne w po­ko­ju ar­te­fak­ty nie da­wa­ły żad­ne­go znaku funk­cjo­nal­no­ści, jak cho­ciaż­by naj­drob­niej­sze­go źró­deł­ka świa­tła. Każdy z tych przed­mio­tów nie posiadał wartości, to tłu­ma­czy­ło rów­nież, dla­cze­go nikt nie wy­niósł tak niezwykłego na pierw­szy rzut oka sprzę­tu, a do­dat­ko­wo prze­cież te za­baw­ki ge­ne­ro­wa­ły nie­zro­zu­mia­łe wspo­mnie­nia, które fak­tycz­nie mogły pro­wa­dzić do sza­leń­stwa, zwłasz­cza jeśli ktoś nie miał doświadczenia w profesji zbieracza. To wy­ja­śniało, dla­cze­go spo­tka­łam pa­ni­ku­ją­ce­go ko­le­sia pod­czas po­dró­ży do Bla­sku. Wpraw­dzie miło wspo­mi­na­łam czas z przy­ja­ciół­ką, lecz cały czas wie­rzy­łam, że w jakiś spo­sób się spotkamy w prawdziwym świecie i nie po­trze­bo­wa­łam cha­otycz­nych ko­mu­ni­ka­tów, tylko kon­kre­tów. Opu­ści­łam pokój i skie­ro­wa­łam się w stro­nę okrą­głych pro­stych me­ta­lo­wych drzwi, aby wkro­czyć do opi­sa­nej przez sza­ma­na sali świa­tło­ści. Za­trzy­ma­łam się przed wspo­mnia­ną bramą.

W tym przej­ściu bra­ko­wa­ło cze­goś, co mo­gła­bym na­zwać ty­po­wą klam­ką. Nie wi­dzia­łam żad­ne­go prze­łącz­ni­ka albo przy­ci­sku, jed­nak gdy po­de­szłam bli­żej wrota otwo­rzy­ły się samoistnie, a me­ta­lo­wa brama zjechała w stronę podłoża. Po­czu­łam na całym ciele poczułam dreszcze. Nowe po­miesz­cze­nie, mające kształt ko­pu­ły stanęło przede mną otworem, jed­nak wy­strój nie różnił się od pozostałych czę­ści kom­plek­su. Po­wi­ta­ła mnie ta sama sza­ra­wa po­sadz­ka z kar­ma­zy­no­wy­mi pla­ma­mi, jed­nak oświe­tle­nie wy­ni­ka­ją­ce z ukry­tych prze­wo­dów raziło zdecydowanie mocniej tak, że nie­mal cał­ko­wi­cie uniemożliwiało zobaczenie po­zo­sta­łych ele­men­tów. Teraz ro­zu­mia­łam, dla­cze­go to miej­sce na­zy­wa­no Bla­skiem. Całe szczę­ście nie od­bi­ja­ło się to w żaden spo­sób na moich oczach. Za­pew­ne pod­eks­cy­to­wa­na rzu­ci­ła­bym się do po­zna­wa­nia drob­nych smacz­ków tego miej­sca, gdyby nie pe­wien szcze­gół, bo­wiem od­kry­łam, iż na samym środ­ku fał­szy­wej świą­ty­ni ktoś stał. Wyglądał jak ho­lo­gram wy­ko­na­ny z tego nie­zwy­kłe­go świa­tła, jed­nak mo­głam go do­strzec, po­nie­waż miał wy­raź­ny czar­ny kon­tur ni­czym na do­brym ry­sun­ku. To nie­sa­mo­wi­te, bo jego ciem­na ob­wód­ka do­pa­so­wy­wa­ła się do per­spek­ty­wy, w któ­rej się znaj­do­wa­łam. Nigdy nie wi­dzia­łam ta­kie­go uni­ka­to­we­go roz­wią­za­nia. To coś, co nie­któ­rzy myl­nie na­zy­wa­li Bo­giem, miało kształt czło­wie­ka, praw­do­po­dob­nie męż­czy­zny, jed­nak cięż­ko po­wie­dzieć coś wię­cej, po­nie­waż ho­lo­gram był roz­ma­za­ny. W ten spo­sób upa­dła moja teo­ria o ko­smi­tach i zde­cy­do­wa­łam się po­dejść bli­żej do tego cze­goś, aby zgod­nie z za­le­ce­niem durnego sza­ma­na po­roz­ma­wiać.

– Gdzie jest…

– Nic nie mów! Wiem, po co przy­cho­dzisz. Szu­kasz przy­ja­ciół­ki zwa­nej Mitu Kara. Je­stem w sta­nie to speł­nić. – odparł męski modyfikowany głos komputerowy.

– Hej! Skąd wiesz, po co tutaj przy­szłam?

– Ob­ser­wo­wa­łem cię od sa­me­go po­cząt­ku drogi w tym miej­scu. Znam twoje myśli i znam twoje pra­gnie­nia, jed­nak znam też twoje obawy. Wiem o tobie wszyst­ko.

Aku­rat!

– Skoro wiesz o mnie wszyst­ko, to po­wiedz, gdzie się uro­dzi­łam?

– Pro­szę bar­dzo, Nano Jack. Przy­szłaś na świat dwa­dzie­ścia sie­dem lat i osiem­dzie­siąt dwa dni temu w nie­biań­skiej igli­cy, która sięga na wy­so­kość dzie­sią­tek ty­się­cy ki­lo­me­trów w górę. To naj­bar­dziej cy­wi­li­zo­wa­ne i za­awan­so­wa­ne tech­nicz­nie mia­sto, jakie znasz. Czy chcesz wie­dzieć coś wię­cej?

– Do­brze czy­tasz w my­ślach, je­stem na­praw­dę pod wra­że­niem. Po­myśl­my, wspo­mnia­łeś, że ist­nie­ją bar­dziej za­awan­so­wa­ne mia­sta od nie­biań­skiej igli­cy. Mo­żesz coś wię­cej po­wie­dzieć?

– Nie je­stem w sta­nie od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Nie mam do­stę­pu do więk­szej ilo­ści wie­dzy niż to, co masz w swo­jej gło­wie.

– Szcze­rze li­czy­łam na coś wię­cej, a to cie­ka­wy temat. Po­wiedz mi, kim je­steś i dla­cze­go cię zbu­do­wa­no.

– Ja po pro­stu je­stem, cho­ciaż nie­któ­rzy na­zy­wa­ją mnie Bo­giem. Je­stem tu, aby speł­niać wasze pra­gnie­nia.

– Speł­niać pra­gnie­nia? Co masz na myśli?

– Każdy czło­wiek ma ja­kieś pra­gnie­nia. Ja je­stem w sta­nie je speł­niać. Przy­kła­do­wo twoim pra­gnie­niem jest znów zo­ba­czyć przy­ja­ciół­kę, Mitu Kara. Jak mó­wi­łem, je­stem w sta­nie tego do­ko­nać.

– Czy moja przy­ja­ciół­ka tutaj była? Co je­steś mi w sta­nie po­wie­dzieć o jej wi­zy­cie? – Mia­łam wra­że­nie, że ten pro­gram chciał na­mie­szać mi w gło­wie.

– Twoja przy­ja­ciół­ka ma się do­brze. Była tutaj dwa dni temu. Jej pra­gnie­niem było znowu cię zo­ba­czyć taką, jaką fak­tycz­nie je­steś.

– W takim razie, czy moja ko­cha­na przy­ja­ciół­ka żyje? Jest tutaj? Co jej zro­bi­łeś? – py­ta­łam tro­chę pod­eks­cy­to­wa­na.

– Speł­niam jej pra­gnie­nie. Za­pew­niam cię, że twoja przy­ja­ciół­ka żyje.

– Gdzie ona jest?

– Ona po pro­stu jest.

– Nie mogę po­wie­dzieć, że ta od­po­wiedź mnie za­do­wa­la. Mo­żesz to le­piej wy­ja­śnić?

– Zde­cy­do­wa­nie le­piej to zro­zu­miesz, kiedy fak­tycz­nie bę­dziesz mogła speł­nić pra­gnie­nie. Cięż­ko mi ten pro­ces przed­sta­wić za po­mo­cą zna­nych ci słów. Tego prze­ży­cia na­le­ży w pełni do­świad­czyć. – Za­ak­cen­to­wał ostat­nie słowo za po­mo­cą echa.

– Chwi­lecz­kę! – za­wo­ła­łam. – Skąd mam wie­dzieć, że nie szy­ku­jesz pu­łap­ki? To miej­sce na­zy­wa­ne jest Bla­skiem i mało kto z niego wraca. Wi­dzia­łam sza­lo­ne­go fa­ce­ta, który stąd ucie­kał w pa­ni­ce. Żądam wy­ja­śnień, a nie wy­mi­ja­ją­cych od­po­wie­dzi – pod­nio­słam głos.

– Chcę cię za­pew­nić, że nie grozi ci żadne nie­bez­pie­czeń­stwo. Nie chcia­łem rów­nież robić krzyw­dy po­zo­sta­łym, a ten, który nie­daw­no tu był, szu­kał war­to­ścio­wych przed­mio­tów. Obec­nie żaden ze sprzę­tów tutaj nie dzia­ła i służy mi ra­czej za formę ko­mu­ni­ka­cji z wami. Łatwo w ten spo­sób mogę po­znać pra­gnie­nia i obawy da­ne­go osob­ni­ka w tym rów­nież twoje. Wspo­mnia­ny prze­stra­szo­ny męż­czy­zna miał trau­ma­tycz­ne wspo­mnie­nia.

– W takim razie dys­po­nu­jesz tech­no­lo­gią, która po­tra­fi nisz­czyć każdy ro­dzaj tech­ni­ki. – Za­uwa­ży­łam.

– Wła­ści­wie, ten pro­ces na­zy­wam ma­gicz­nym roz­sze­rza­niem świa­do­mo­ści. Do­star­czam w ten spo­sób no­wych bodź­ców.

– Dla­cze­go nie na­zy­wasz rze­czy wła­ści­wie po imie­niu? Je­steś wcie­le­niem szczy­to­wej tech­no­lo­gii jed­nej z upa­da­ją­cych cy­wi­li­za­cji. Pro­si­ła­bym o wię­cej sza­cun­ku do two­jej isto­ty, bo wi­docz­nie prze­by­wa­nie z lo­kal­ny­mi sza­ma­na­mi nie wy­szło ci na dobre. Co cię z nimi łączy?

– Mówię o sobie jak o magii, dla­te­go że nie­wie­lu uwa­ża­ło mnie do tej pory za tech­no­lo­gię. Po­zwól, że mogę mówić o sobie jak chcę, po­nie­waż je­stem Bo­giem. Nie­któ­rzy z oko­licz­nych miesz­kań­ców z ple­mie­nia przy­cho­dzą do mnie, abym speł­nił ich pra­gnie­nia, ale tylko nie­licz­ni są w ten spo­sób wy­sy­ła­ni. Na taki za­szczyt we­dług nich trze­ba za­słu­żyć, czego nie po­tra­fię zro­zu­mieć. Po­ma­gam im ko­mu­ni­ko­wać się z tymi, któ­rzy wła­śnie speł­nia­ją pra­gnie­nia. – Mu­sia­łam przy­znać, że to wy­ja­śnie­nie tłumaczyło znacznie więcej.

– W takim razie wy­sy­łasz ich do za­świa­tów, jak to oni na­zy­wa­li, to chyba naj­praw­do­po­dob­niej jakiś inny wy­miar. Dla­cze­go mia­ła­bym ci za­ufać, tech­no­lo­gicz­ny panie?

– Po­nie­waż moja na­tu­ra jako ma­gicz­nej isto­ty nie po­zwa­la mi na kłam­stwo. Gwa­ran­tu­ję ci, że bę­dziesz mogła w każ­dej chwi­li wró­cić do obec­ne­go tutaj świa­ta  z tego wy­mia­ru, jeśli będziesz szczerze tego pragneła. Je­steś osobą cie­ka­wą ta­kich zja­wisk jak ja. Mo­żesz wyjść spo­koj­nie z Bla­sku i już nigdy nie wró­cić, ale bę­dziesz do końca życia ża­ło­wa­ła, że nie po­zna­łaś praw­dy tego miej­sca oraz nie ujrzysz przyjaciółki. Je­stem pewny, że takie roz­wią­za­nie cię nie za­do­wa­la. Praw­da, Nano Jack? – Kur­czę!

– Chyba masz rację. Nadal ci nie ufam, ale zga­dzam się na re­ali­za­cję pra­gnień pod jed­nym wa­run­kiem. – Wy­cią­gnę­łam ze swo­ich to­boł­ków jedną rze­czy. – Po­wiesz mi, czym jest ten biały płyn. – Wska­za­łam na fla­ko­nik z nie­zwy­kłym świa­tłem, który mimo obec­no­ści w tor­bie nie za­mie­rzał ga­snąć.

– Do­brze, moja od­po­wiedź na twoje py­ta­nie brzmi: to jest płyn­na dusza.

– Co ty nie po­wiesz? Ja my­śla­łam, że to jakiś ro­dzaj no­we­go pier­wiast­ka, czą­stecz­ki, pro­mie­nio­wa­nia, ro­dzaj no­we­go fo­to­nu albo cze­goś in­ne­go. A ty mi mó­wisz, że to płyn­na dusza? Co to niby ma zna­czyć?! Je­steś do­praw­dy ża­ło­sny w swo­jej igno­ran­cji tech­nicz­nej!

– To nazwa nadana temu płynowi przez sza­ma­nów, bar­dzo mi się spodo­ba­ła. Przy­znasz, że lepiej brzmi okre­śle­nie „płyn­na dusza” od two­ich pro­po­zy­cji, które są mimo wszyst­ko nie­pra­wi­dło­we.

– Może i ład­niej­sze, ale błęd­ne z za­sa­dy. W takim razie jaka tech­nicz­na pro­po­zy­cja by­ła­by praw­dzi­wa?

– Ze­ska­no­wa­łem twój umysł i nie zna­la­złem żad­ne­go wy­ra­że­nia, które po­zwo­li­ło­by ci zro­zu­mieć isto­tę płyn­nej duszy. Bar­dzo mi przy­kro…

– Jak to nie ma?! Mo­żesz za­wsze spró­bo­wać! Prze­cież po­tra­fisz speł­niać pra­gnie­nia! Moim pra­gnie­niem jest po­znać praw­dę o płyn­nej duszy. Sły­szysz! Spełń je! – krzy­cza­łam.

– To nie jest twoim pra­gnie­niem. Twoim pra­gnie­niem jest po­now­nie wi­dzieć się z Mitu Kara, a nie po­znać płyn­ną duszę! – Po­tęż­ne echo wy­peł­ni­ło całe po­miesz­cze­nie.

– Skąd mo­żesz wie­dzieć, co jest moim pra­gnie­niem? Ja chyba wiem le­piej! Je­steś jed­nym wiel­kim oszu­stwem!

– Je­steś tylko drobną dziewczynką, która po­zja­dała wszyst­kie ro­zu­my. Nie ro­zu­miesz tech­no­lo­gii, ja­kich obec­nie uży­wasz. Je­steś nikim w po­rów­na­niu do se­kre­tów, jakie skry­wa Zie­mia! Nic nie ro­zu­miesz!

– Dosyć tego! Nikt nie bę­dzie mnie w ten spo­sób ob­ra­żał! Zba­dam tą płyn­ną duszę i prze­ko­na­my się, kto miał rację!

– Niech i tak bę­dzie. Wiedz jed­nak, że twój trud bę­dzie da­rem­ny. – Ta­jem­ni­cza isto­ta znik­nę­ła, jakby się roz­łą­czy­ła. Stop­nio­wo jej obraz roz­my­wał się. Sala nie promieniowała tak mocno, ale nadal po­sia­da­ła wy­raź­ne oświe­tle­nie, które prze­bi­ja­ło się przez ta­jem­ni­cze ukła­dy, przypominające ścienną pajęczynę. Teraz mia­łam ocho­tę udowodnić temu cze­muś, jak bar­dzo się my­li­ło, wąt­piąc w moje umie­jęt­no­ści. Zaj­rza­łam do ple­ca­ka i wy­cią­gnę­łam Ge­ne­ra­tor Cu­dow­nych Oso­bo­wo­ści. Po­trze­bo­wa­łam w tym mo­men­cie ko­ja­rze­nia fak­tów fi­zycz­nych z moją tech­nicz­ną wie­dzą, czyli po­nad­prze­cięt­nej in­te­li­gen­cji. Z tym urzą­dze­niem mo­głam zo­stać praw­dzi­wym ge­niu­szem, potrafiącym roz­wią­zać naj­trud­niej­sze za­da­nie. Na­ło­ży­łam ten nie­zwy­kły przed­miot na głowę i po­my­śla­łam o mo­de­lu atomu oraz wszyst­kich skom­pli­ko­wa­nych wzo­rach che­micz­nych. Każda ko­lej­na se­kun­da dłu­ży­ła się, a ja chcia­łam za­brać się do pracy. Zdję­łam hełm i mo­głam osta­tecz­nie po­znać praw­dę tego miej­sca. Moje włosy po zmia­nie oso­bo­wo­ści stały się nieco za­krę­co­ne.

Czym mogła być płyn­na dusza? Roz­waż­my pewne spra­wy. Wszech­świat, który nas ota­cza, skła­da się z ato­mów, a to wie­dział każdy w miarę in­te­li­gent­ny i zo­rien­to­wa­ny w wątku fi­zycz­nym czło­wiek. Wia­do­mo, iż owe atomy są zło­żo­ne z pro­to­nów, neu­tro­nów i elek­tro­nów. Za­sad­ni­czym i nie­pod­wa­żal­nym wnio­skiem było rów­nież, że przed­sta­wio­ne pro­to­ny i neu­tro­ny zo­sta­ły rów­nież z cze­goś zbu­do­wa­ne, a kon­kret­niej z trzech kwar­ków wa­len­cyj­nych, za­nu­rzo­nych w czymś w ro­dza­ju kwar­ko­wo–glu­ono­we­go morza. Z kolei pole glu­ono­we jest tak silne, że two­rzy na­tych­mia­sto­wo pary kwark – an­ty­kwark. Za­my­śli­łam się. Aha! Mu­sia­łam wobec tego wkro­czyć do po­zio­mu sub­a­to­mo­we­go i ope­ro­wać na czą­stecz­kach, z któ­re­go zbu­do­wa­ne były po­je­dyn­cze atomy. Tylko gdzie mo­głam zna­leźć urzą­dze­nie, które mogło badać tak mi­kro­sko­pij­ne struk­tu­ry? Przy­kła­do­wo za­łóż­my, że na­sz atom to jabł­ko, to aby zo­ba­czyć jądro… Cze­kaj! To było nie­pra­wi­dło­we po­rów­na­nie, po­nie­waż na­szym ato­mem mu­sia­ło być coś zde­cy­do­wa­nie więk­sze­go. Do­brym przy­kła­dem z całą pew­no­ścią był sta­dion. Do­kład­nie, to była od­po­wied­nia skala i tym spo­so­bem po­ło­żo­ny na samym środ­ku pola kap­sel od bu­tel­ki zostałby na­szym ją­drem. To da­wa­ło sporo pu­stej prze­strze­ni, która chyba nie była tak do końca pusta. W każ­dym razie nie chcia­łam o tym dy­wa­go­wać. Gdzie mo­głam zna­leźć przed­miot do tak trudnego zadania? Cóż, wy­pa­da­ło się napić pły­nów przed dal­szym roz­my­śla­niem, a zwy­kła woda wzmac­nia­ła do­brze umie­jęt­no­ści umy­sło­we ży­wych or­ga­ni­zmów.

Świet­nie, nie ma nic lep­sze­go niż łyk z Sub­a­to­mo­we­go De­sty­la­to­ra Po­wie­trza. Chwi­lecz­kę, czy ja przy­pad­kiem nie piłam z cze­goś, co po­zwa­la­ło roz­pę­dzać cząst­ki ato­mów do pręd­ko­ści bli­skiej dzie­więć­dzie­sięciu dzie­więciu set­nym pręd­ko­ści świa­tła? Do­kład­nie tego po­trze­bo­wa­łam! Byłam na­praw­dę by­stra, że wzię­łam ten przed­miot do to­boł­ków. Co mo­gło­by się stać, gdy­bym wrzu­ci­ła płyn­ną duszę do mojej nie­win­nej ka­raf­ki? De­sty­la­tor dzia­łał na za­sa­dzie prze­kształ­ca­nia czą­stek sub­a­to­mo­wych jed­nej ma­te­rii, aby dać zu­peł­nie inną ma­te­rię w wy­ni­ku fuzji, roz­pę­dza­jąc je do nie­sa­mo­wi­cie wiel­kich pręd­ko­ści. Do­myśl­nie dzia­ło się to na za­sa­dzie zmia­ny at­mos­fe­ry w kry­sta­licz­nie czy­stą wodę zdat­ną do picia, wobec tego, gdy­bym wrzu­ci­ła tam płyn­ną duszę, to po­win­nam otrzy­mać coś zu­peł­nie in­ne­go. Wtedy płynna dusza zostałaby nowym ro­dza­jem czą­ste­czek sub­a­to­mo­wych, a może czymś zde­cy­do­wa­nie ła­twiej­szym, bio­rąc pod uwagę inne moż­li­wo­ści. Czysty geniusz! Mo­głam w ten spo­sób udo­wod­nić, że Bóg się mylił!

Wy­ni­ki eks­pe­ry­men­tu nie były łatwe do prze­wi­dze­nia nawet dla mnie, a przed wla­niem ta­jem­ni­czej cie­czy zde­cy­do­wa­łam się za­bez­pie­czyć de­sty­la­tor za po­mo­cą po­wło­ki wy­ko­na­nej przez manę. Takie pole potrafiło wytrzymać so­lid­ną eks­plo­zję. Tak na wszel­ki wy­pa­dek, a oso­bi­ście nie mo­głam się wręcz do­cze­kać chwi­li, kiedy wleję do Sub­a­to­mo­we­go De­sty­la­to­ra Po­wie­trza to świa­tło. Wpra­wia­łam się w sa­mo­ist­ny za­chwyt, patrząc na to epokowe odkrycie, a kiedy na­stą­pił czas próby, spo­koj­nie ocze­ki­wa­łam, aż coś się wy­da­rzy. Wie­dzia­łam, że ka­raf­ka nie pra­co­wa­ła bły­ska­wicz­nie i mu­sia­łam wy­ka­zać się cier­pli­wo­ścią, ale mi­nę­ła pierw­sza mi­nu­ta, potem druga. Usu­nę­łam pole si­ło­we i prze­cie­ra­łam oczy ze zdzi­wie­nia. Nic się nie stało! Cała płyn­na dusza zna­la­zła się na dnie ka­raf­ki w do­kład­nie ta­kiej samej for­mie, jak przed wla­niem do środ­ka. Nie! To nie mogła być praw­da!

– Czy wi­dzisz ja­kie­kol­wiek róż­ni­ce mię­dzy ba­da­ną wcze­śniej cie­czą a wi­docz­ną w de­sty­la­to­rze?

– Nie za­ob­ser­wo­wa­no róż­nic.

Wszyst­ko na nic! Nawet kom­pu­ter nie po­mógł! Jak to moż­li­we? Prze­cież mu­sia­ło się udać! Skoro nie była to subatomowa cząsteczka, to co badałam? Mu­sia­ła ist­nieć jakaś teo­ria, która tłu­ma­czy­ła ten eksperyment. Cier­pli­wo­ści! Cier­pli­wo­ści! Go­to­wa­łam się w środ­ku.

– Sły­szysz mnie, Boże? Mam cie­bie dosyć! Od­cho­dzę! Tylko ma­misz mnie wszech­wie­dzą! – Wy­bu­chłam. Krzy­cza­łam tak gło­śno, jak się dało, jed­nak nie re­ago­wał. Za­pa­no­wa­ła cisza.

– Mo­żesz za­brać nawet moją przy­ja­ciół­kę, nie dbam o to!

Za­sło­ni­łam usta dło­nią. Co ja po­wie­dzia­łam? Jak mo­głam tak mówić o Mitu Kara? Fak­tycz­nie pra­gnę­łam ją uj­rzeć, a teraz mo­głam ją bez­pow­rot­nie stra­cić, nawet jeśli nie poparłam tego ra­cjo­nal­ny­mi do­wo­da­mi. Czy omi­nę­ła mnie ostat­nia szan­sa na jej uj­rze­nie, tylko i wy­łącz­nie z po­wo­du aro­gan­cji? Jak mo­głam się tak nie­od­po­wie­dzial­nie za­cho­wać? Nie byłam sobą. Chwi­lecz­kę! Strasz­nie cięż­ko się czu­łam po ataku gnie­wu. Po­trze­bo­wa­łam się cze­goś napić dla roz­luź­nie­nia umy­słu. Po­ło­ży­łam się na nie­wy­god­nym pod­ło­żu i wpa­tru­jąc się w świe­cą­cy sufit wzię­łam Sub­a­to­mo­wy De­sty­la­tor Po­wie­trza, by wypić jego za­war­tość. Tylko tam nie znaj­do­wa­ła się woda, a płyn­na dusza. Bez pa­ni­ki! Nie po­czu­łam żad­ne­go, nawet naj­de­li­kat­niej­sze­go smaku. Sub­stan­cja prze­szła przez układ tra­wien­ny nie­zau­wa­żo­na. Ob­ró­ci­łam się i ba­da­łam re­ak­cje ciała na tę sub­stan­cję. Brzuch za­czął się wy­raź­nie świe­cić tak jak prze­wo­dy na górze. To zły znak! Mo­men­tal­nie upa­dłam, a oczy sa­mo­ist­nie mi się za­mknę­ły, wtedy stra­ci­łam przy­tom­ność.

 

 

**********************************************************************

 

 

– Dla­cze­go to zro­bi­łaś, Nano? – za­py­ta­ła za­nie­po­ko­jo­na Mitu Kara.

– Te dzi­ku­sy nie po­tra­fi­ły uży­wać ogniw an­ty­gra­wi­ta­cyj­nych. To nie jest jakiś świe­cą­cy, la­ta­ją­cy obe­lisk, któ­re­mu się od­da­je cześć, tylko po­waż­na tech­no­lo­gia do od­py­cha­nia ogrom­nych struk­tur. Nie potrafię to­le­ro­wać igno­ran­cji w spra­wach tech­nicz­nych. Znasz mnie do­brze. Nie uwa­żasz, że w kli­fach Da­ru­sa mo­że­my wiele zy­skać, kiedy sprze­da­my te ogni­wa? Może to pomóc wielu miesz­kań­com.

– To nie­do­pusz­czal­ne! Ukra­dłaś wio­sce ich miej­sce kultu!

– Ich spra­wa, skoro są tacy durni. Może na­uczą się w ten spo­sób pew­nych rze­czy.

– Nano, zmie­ni­łaś się nie­daw­no. Zu­peł­nie nie po­zna­ję w tobie tej samej przy­ja­ciół­ki, co kie­dyś.

– Nie wiem, o czym mó­wisz. Prze­cież za­wsze taka byłam. Ko­niec zbęd­ne­go ga­da­nia, do kli­fów mamy jesz­cze ponad go­dzi­nę drogi.

– Wkrót­ce znaj­dę spo­sób na twoją aro­gan­cję. – Zda­wa­ło mi się, że moja przy­ja­ciół­ka coś mó­wi­ła ci­chut­ko pod nosem.

 

**********************************************************************

 

Obu­dzi­łam się po wspo­mnie­niu. Moje po­wie­ki roz­war­ły się le­ni­wie, a świat, w któ­rym teraz prze­by­wa­łam, okazał się inny. Wła­ści­wie nie po­tra­fi­łam do­brze opi­sać ota­cza­ją­ce­go mnie kra­jo­bra­zu, po­nie­waż wszyst­ko stało się białe od nie­ośle­pia­ją­ce­go świa­tła. Nie mo­głam za­uwa­żyć pod­ło­ża, su­fi­tu czy ścian. Wy­glą­da­ło, jak­bym została zawieszona w nie­zna­nej prze­strze­ni, w zu­peł­nie innym wy­mia­rze. Wy­da­wa­ło mi się, że wę­dro­wa­łam po tej dziw­nej sfe­rze, ale nie zna­la­złam żad­ne­go punk­tu od­nie­sie­nia. Wszyst­ko skry­wa­ła biel.

– Gdzie ja je­stem? – za­py­ta­łam.

Jed­nak­że nie do­sta­łam żad­nej od­po­wie­dzi. Mój wbu­do­wa­ny kom­pu­ter mil­czał. Czyż­by się ze­psuł? Co się tak na­praw­dę stało? Czy ja tak na­praw­dę żyłam? Obej­rza­łam się wo­ko­ło, jed­nak nie zna­la­złam swo­ich to­boł­ków. Całą moja tech­no­lo­gia znik­nę­ła, nawet pan­cerz z po­jem­ni­ka­mi na manę. Tak po pro­stu wszyst­ko wy­pa­ro­wa­ło bez­pow­rot­nie razem z ubra­niem. Sie­dzia­łam sa­mot­nie, nago w pu­st­ce. Nie od­czu­wa­łam zimna, mimo to sku­li­łam się. Nic nie ro­zu­mia­łam. Pa­mię­ta­łam, że wy­pi­łam płyn­ną duszę i posiadałam oso­bo­wość ge­niu­sza, jed­nak nie czu­łam tego. Nie ro­zu­mia­łam za­wi­ło­ści ota­cza­ją­ce­go świa­ta. Byłam teraz kimś zu­peł­nie innym, kimś kogo nie zna­łam.

Wtem prze­tar­łam oczy ze zdzi­wie­nia, bo zbli­ża­ła się do mnie przy­ja­ciół­ka. Na­tych­miast po­zna­łam wy­so­ką anie­li­cę o dłu­gich blond wło­sach, rów­nież bez ubrań, ale z pięk­ny­mi skrzy­dła­mi. To ona! Wsta­łam i ile sił w no­gach po­bie­głam do niej przez bez­kre­sne świe­tli­ste pola, które nigdy się zda­wa­ły nie koń­czyć. Ona rów­nież przy­spie­szy­ła kroku, a nawet wzbi­ła się w po­wie­trze, by z lotu rzu­cić się w moje ra­mio­na, wtedy po­czu­łam praw­dzi­we szczę­ście.

– Nano! Tak się cie­szę, że znowu cię widzę. My­śla­łam, że nigdy wię­cej nie zo­ba­czę ciebie takiej, jaką je­steś na­praw­dę – tu­li­ła się do mnie mocno.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę na twój widok. Mar­twi­łam się strasz­nie. Na­praw­dę mi cie­bie bra­ko­wa­ło. – Łzy de­li­kat­nie spły­nę­ły po po­licz­ku.

– Po­wiedz mi, co się stało, gdzie my je­ste­śmy? Nie czuję się tutaj bez­piecz­nie.

– To nie jest istot­ne, ważne że na­resz­cie się zna­la­złaś! Teraz re­ali­zu­je­my wspól­nie pra­gnie­nia i dzię­ki temu je­ste­śmy szczę­śli­we – wy­pu­ści­ła mnie z objęć.

– To praw­da! Czuję się fan­ta­stycz­nie, gdy cie­bie widzę. Moim pra­gnie­niem było cię ponownie ujrzeć, w co nawet nie chcia­łam uwie­rzyć. Do czego dążyłaś, Kara?

– Moim pra­gnie­niem było zo­ba­czyć cię taką, jaka je­steś. Nawet nie wiesz, jaką ra­dość spra­wia mi roz­mo­wa z twoją praw­dzi­wą oso­bo­wo­ścią.

– To mój praw­dzi­wy cha­rak­ter? – Obej­rza­łam się z nie­do­wie­rza­niem.

– Wszyst­ko bę­dzie teraz do­brze. – Anie­li­ca pod­nio­sła mój pod­bró­dek – wy­ja­śnię ci. Praw­da jest taka, że tak za­fa­scy­no­wa­łaś się za­awan­so­wa­ny­mi tech­no­lo­gia­mi, że za­po­mnia­łaś o naj­waż­niej­szym – zro­bi­ła pauzę – kim tak na­praw­dę je­steś. Kiedy zmie­nia­łaś oso­bo­wość za po­mo­cą ge­ne­ra­to­ra, zmie­nia­łaś rów­nież praw­dzi­wą na­tu­rę, za którą cię po­lu­bi­łam. – W jej gło­sie sły­szałam żal. – Nie po­tra­fi­łam roz­po­znać praw­dzi­wej Nano, jaka tkwiła w twoim ciele. Teraz wszyst­ko wró­ci­ło do normy i po­now­nie mogę się cie­szyć obec­no­ścią naj­wspa­nial­szej przy­ja­ciół­ki, która mnie tyle na­uczy­ła.

– Dzię­ku­ję ci, Mitu, za wszyst­ko, ale czy nie wy­star­czy­ło zwró­cić uwagi na ten pro­blem?

– Wiesz, Nano, pró­bo­wa­łam wielokrotnie. – Od­wró­ci­ła głowę, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów. – Za­wsze po­tra­fi­łaś za­ak­cen­to­wać własną racje i byłaś pewna sie­bie. Za to cię sza­no­wa­łam, jed­nak kiedy pierw­szy raz za­ło­ży­łaś Ge­ne­ra­tor Cu­dow­nych Oso­bo­wo­ści z Pie­kła, to twoje po­zy­tyw­ne cechy stały się wa­da­mi. Sta­łaś się cham­ska dla in­nych i nie­zwy­kle aro­ganc­ka. Ten prze­klę­ty hełm zmie­nił cię nie do po­zna­nia, nie przyj­mo­wa­łaś do wia­do­mo­ści in­nych po­glą­dów, a zwłasz­cza tego, że sta­łaś się gor­szym czło­wie­kiem.

– Czyli po­sta­no­wi­łaś mnie ura­to­wać?

– Do­kład­nie. Kiedy za­trzy­ma­li­śmy się w kli­fach Da­ru­sa, mia­łam cię dosyć. Zde­cy­do­wa­łam się coś zro­bić, ale nie wie­dzia­łam jesz­cze, co. W jed­nym z barów po­zna­łam zbie­ra­cza, który wy­brał się do Bla­sku i wró­cił. Mówił, że cięż­ko oprzeć się po­ku­som tego miej­sca i przez to jest nie­bez­piecz­ne. Wspo­mniał o czymś, co mnie za­cie­ka­wi­ło. Po­wie­dział, że wraz z upły­wem czasu umie­ra­ła tam każda znana mu tech­no­lo­gia. Osta­tecz­nie wró­cił stąd bez żad­ne­go dzia­ła­ją­ce­go urzą­dze­nia. Uzna­łam, to za do­sko­na­łą szan­sę, by znisz­czyć to, co cię zmie­ni­ło.

– Wy­sła­łaś po dwóch dniach wia­do­mość do mnie. W jakim celu?

– Nie chcia­łaś iść tutaj, tłu­ma­cząc się przy­go­to­wa­nia­mi do praw­dzi­wej wy­pra­wy, a nie po­pier­dół­ki. Wtedy wie­dzia­łam, że aby za­cią­gnąć cię w to miej­sce, muszę cię jakoś spro­wo­ko­wać, dla­te­go na­pi­sa­łam wia­do­mość o praw­dzi­wej magii i upo­zo­ro­wa­łam znik­nię­cie. Czu­łam, że to za­dzia­ła i moje pra­gnie­nia się speł­ni­ły!

– Dzię­ku­ję! Byłaś dla mnie praw­dzi­wym anio­łem stróżem. – Zro­bi­łam pauzę i uśmiech­nę­łam się sze­ro­ko. – Tylko gdzie my się wła­ści­wie znaj­du­je­my?

– Z tego co wiem, je­ste­śmy w za­świa­tach i je­ste­śmy tutaj szczę­śli­wi – za­śmia­ła się ci­chut­ko pod nosem.

– To praw­da, ale Bóg wspo­mniał, że mo­gły­by­śmy w każ­dej chwi­li uciec z tego wy­mia­ru, jeśli tego chcemy. Może po­win­ni­śmy wró­cić do zna­ne­go nam świa­ta? – za­su­ge­ro­wa­łam nieco nie­pew­nie i bez prze­ko­na­nia.

– Tak, mo­że­my stąd uciec, jeśli chce­my, ale ja nie potrafię stąd ucie­c! Prze­cież re­ali­zu­je­my nasze naj­skryt­sze pra­gnie­nia i w tym miej­scu bę­dzie­my przez wiecz­ność szczę­śli­wi.

– W sumie nie chcę stąd ucie­kać, skoro czuję się tak ra­do­śnie z tobą w za­świa­tach. – Przy­tu­li­łam ją po­now­nie.

– Widzę, że uwie­rzy­łaś w magię tego miej­sca.

– Tego nie po­wie­dzia­łam. Mu­sia­ła­bym jesz­cze do­kład­niej zba­dać to miej­sce przed osta­tecz­nym wer­dyk­tem.

– Stara dobra Nano Jack wró­ci­ła. Tak się cie­szę – pod­su­mo­wa­ła z sze­ro­kim uśmie­chem. Zła­pa­ła mnie ręką za szyję.

Ja byłam po pro­stu szczę­śli­wa. Teraz ro­zu­mia­łam słowa Boga. Teraz po pro­stu byłam z przy­ja­ciół­ką i tylko to się li­czy­ło. Nie po­tra­fi­łam opi­sać mojej sy­tu­acji, ale prze­ży­wa­łam naj­cu­dow­niej­sze chwi­le w życiu. Żadne znane słowo nie mogło nawet zbli­żyć się do wy­ja­śnie­nia stanu, w jakim się znaj­do­wa­łam oraz jak się czu­łam. Jedna rzecz bu­dzi­ła wąt­pli­wo­ści. Czy nasza przy­jaźń okazała się ma­gicz­na czy tech­no­lo­gicz­na? To jed­nak nie miało zna­cze­nia, gdy re­ali­zo­wa­łam pra­gnie­nia. Po pro­stu byłam.

 

Koniec

Komentarze

Na razie dobrnęłam do pierwszych gwiazdek. 

W tekście znalazłam kilka literówek – głównie typu zagubione ogonki przy ą i ę i jakieś Cię w dialogu (a powinno być małą literą). 

Strasznie przegadany ten tekst. Niby przemyślenia i strumień świadomości protagonistki, ale przedobrzone. Przynajmniej do momentu dotarcia bohaterki do Blasku, gdzie przerwałam lekturę. Sam świat mnie zaciekawił (nie znam uniwersum Numenera), ale jego przedstawienie zmęczyło. Tak jak i blokowy opis Nano, który zaserwowała przy okazji spotkania demona. Po co tak?

Dalsze przemyślenia po skończeniu lektury. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bałem się takiego feedbacku śniąca i dziękuje, że odważyłaś się zajrzeć do lektury. Później powinno być lepiej.

 

Cóż to błąd początkującego z racji, że to opowiadanie to tak naprawdę moja moja poważniejsza próba literacka i chyba przedobrzyłem, a tekst został i tak skrócony o 10k znaków w porównaniu do pierwotnej wersji :/ Być może powinienem pójść na całość i przerobić całe opowiadanie, tylko wiązałoby się to z pisaniem od początku, a chciałem tego uniknąć, aby zacząć tworzyć inne teksty literackie.

 

Z drugiej strony jesteś dopiero drugą osobą, która mi o tym wspomina, na całkiem solidny sztab korektorów.

 

Mogę tylko obiecać, że kolejne próby będą lepiej wyważone ;)

 

Tymczasowy lakoński król

Tak fragmentami lecę.

 

Ryzyko niskie wynikające z braku danych w systemie.

Dla mnie to dziwne – skoro brak danych, to raczej określiłabym ryzyko na wysokie (na wszelki wypadek), albo ewentualnie na brak możliwości określenia jego stopnia. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Taka rzecz mogła być jedynie używana przez jakiegoś dzikusa, czyli ludzi, – liczby się nie zgadzają

raczej miali w zwyczaju ją czcić – literówka

Ciekawe, po co tu przyszi? – literówka

bo ostatecznie zdałam sobie sprawę

Ona nie zgubiła by tak sentymentalnego prezentu.

Niespodziewanie z pełnym impetem uderzyło we mnie wspomnienie, kiedy ją poznałam. – nie gra to

Obecnie każdy ze sprzętów tutaj nie działa = żaden

To nazwa dana na ten płyn = raczej nadana temu płynowi

Z tego co wiem, jesteśmy w zaświatach i jesteśmy tutaj szczęśliwi – szczęśliwe (dwie babki) i tak chyba jeszcze co najmniej dwa razy :)

 

Wszystko (poza ewidentnymi usterkami i bykami) jest kwestią gustu i dlatego mogą się trafić osoby, które lubią przegadane historie.

Do tego zadam (retoryczne) pytanie – kim byli ci betujący spoza portalu? Jeśli to Twoi znajomi, przyjaciele, którzy znają Cię osobiście, mogli nie do końca być szczerzy  – nie ze złośliwości. Znakomita większość ludzi ma wbudowany mechanizm, który nie pozwala na zrobienie przykrości komuś bliskiemu. Dlatego pochwalą, zamiast szczerze wskazać co jest nie tak. Oczywiście w tym konkretnym przypadku mogę się mylić.

 

Jak wspomniałam, nie znam tego uniwersum, więc nie wiem co jest Twoim pomysłem, co mocną inspiracją z oryginału, ale powtórzę – świat mi się spodobał, jest w tym potencjał.

Jednak poza przegadaniem, moim zdaniem słabo wypadły dialogi i wspomnienia – zwłaszcza to o poznaniu anielicy. Nie umiem tego do końca określić, ale jest ono jakieś takie nijakie, naiwne.

 

Możliwości masz tak naprawdę dwie – albo przerobisz i dopracujesz to opowiadanie, albo zostawisz je jak jest (ku pamięci :)). A uwagi weźmiesz pod rozwagę przy pisaniu kolejnych tekstów.

 

Poczekaj jednak na jeszcze inne komentarze i sam zobaczysz co z tego wyjdzie.

I jeszcze  jedno – błędy wskazane paluszkiem w dobrym tonie jest poprawić :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuje za przeczytanie i wskazanie niedociągnieć. Błędy poprawie, jednak zrobię to dopiero jutro. Teraz jest już trochę późno.

 

Cieszę się, że świat przypadł do gustu, bo może wrócę do tego konceptu w przyszłości w innej formie i pewnie w nieco krótszej.

 

Odpowiem na pytanie, że pozostali korektujący nie znali mnie osobiście, a jedynie przez internet. Zdaję sobie sprawę, że należy z dystansem podchodzić do pewnych opinii.

 

Tymczasowy lakoński król

Na razie, po przeczytaniu jednej czwartej tekstu, opowieść zdaje mi się szalenie monotonna, wręcz nużąca, a mnogość usterek nie wpływa na poprawę odbioru opowiadania. Mam nadzieję, że jutrzejsze, ponowne spotkanie z Nano Jack okaże się bardziej satysfakcjonujące.

 

igli­cę, sie­ga­ją­ca do sa­me­go nieba? – Literówka.

 

Klify Da­ru­sa oka­za­ły się bez­piecz­ną przy­sta­nią dla stru­dzo­nych wę­drow­ców, jed­nak jego po­ło­że­nie… – Klify Da­ru­sa oka­za­ły się bez­piecz­ną przy­sta­nią dla stru­dzo­nych wę­drow­ców, jed­nak ich po­ło­że­nie

 

Nasza prze­szłość prze­cho­dzi­ła przez masę wzlo­tów i jesz­cze bar­dziej spek­ta­ku­lar­nych upad­ków.Nasza prze­szłość prze­cho­dzi­ła masę wzlo­tów i jesz­cze bar­dziej spek­ta­ku­lar­nych upad­ków.

 

Wzię­łam łyk bło­go­sła­wio­nej i na­tu­ral­nie czy­stej cie­czy. – W co bohaterka wzięła rzeczony łyk?

Proponuję: Wypiłam łyk bło­go­sła­wio­nej i na­tu­ral­nie czy­stej cie­czy.

 

Uwiel­bia­łam le­ni­we wy­po­czyn­ki pod wiel­ki­mi gó­ra­mi.Uwiel­bia­łam le­ni­wy wy­po­czyn­ek pod wiel­ki­mi gó­ra­mi.

Wypoczynek, w sensie pozbywania się zmęczenia, nie występuje w liczbie mnogiej.

 

Wielu kup­ców, a nawet przed­sta­wi­cie­li nie­któ­rych miast lu­bi­ło mnie za­trud­niać w po­szu­ki­wa­niu prak­tycz­nych urzą­dzeń… – …lu­bi­ło mnie za­trud­niać do poszukiwania prak­tycz­nych urzą­dzeń

 

Ostat­nio wy­na­jął mnie Am­ba­sa­dor Le­gionu, urzę­du­ją­cy nie­opo­dal Tar­ta­ru w celu zna­le­zie­nia po­tęż­ne­go ar­te­fak­tu zwa­ne­go Ge­ne­ra­to­rem Cu­dow­nych Oso­bo­wo­ści. – Na czym polega urzędowanie w celu znalezienia artefaktu?

 

Po­wo­li zmie­niał się mój spo­sób my­śle­nia na zde­cy­do­wa­nie szyb­szy, a re­ak­cja stała się bły­ska­wicz­na. Mu­sia­łam się udać w po­dróż, a nowa oso­bo­wość mogła mi pomóc szyb­ciej się prze­miesz­czać. Pro­ce­du­ra prze­kształ­ce­nia mo­je­go umy­słu trwa­ła około dwóch minut. Przez cały ten czas czu­łam de­li­kat­ne, cho­ciaż nieco iry­tu­ją­ce im­pul­sy elek­trycz­ne prze­cho­dzą­ce przez moją głowę. – Przykład zbędnych zaimków. Wiemy, że bohaterka mówi o sobie.

 

W końcu po­sia­da­łam szyb­szą oso­bo­wość… – Na czym polega szybkość osobowości?

 

Moja ko­cha­na przy­ja­ciół­ka znik­nę­ła, która to­wa­rzy­szy­ła w każ­dej po­dró­ży. – Przykład dość koślawego zdania.

Proponuję: Moja ko­cha­na przy­ja­ciół­ka, która to­wa­rzy­szy­ła w każ­dej po­dró­ży, zniknęła.

 

a szu­ka­łam po­szlak w mie­ście, gdzie się za­trzy­ma­ły­śmy razem i przy­go­towy­wa­ły­śmy się do ko­lej­nej wy­pra­wy. Mia­ły­śmy udać się do Oazy… – Nadmiar zaimków.

 

Znaj­do­wa­ło się ono na środ­ku pu­sty­ni, chro­nio­ne przez wiel­ką szkla­ną ko­pu­łę. Każdy od­wie­dza­ją­cy mógł się w niej za­nu­rzyć i nie uto­nąć, mało tego, naj­zwy­czaj­niej miesz­kać. – Zanurzyć się i zamieszkać w kopule?

 

zmie­nia­ła w nie­zwy­kły spo­sób wła­ści­wo­ści wody. Mia­ły­śmy się spo­tkać z wiel­kim lor­dem ad­mi­ra­łem, który obie­cał nie­zwy­kle ważne za­da­nie. Nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go znik­nę­ła, bo ona za­wsze chcia­ła od­wie­dzić Oazę! To było nie­zwy­kłe miej­sce… – Powtórzenia.

 

Wiele przez ten okres mogło się zda­rzyć.Wiele w tym okresie mogło się zda­rzyć.

Coś może trwać przez pewien okres, ale wydarzyć się może w okresie.

 

Po­trze­bu­je two­jej po­mo­cy… – Po­trze­bu­ję Two­jej po­mo­cy

To jest fragment listu.

 

Moja przy­ja­ciół­ka zmie­ni­ła się ostat­nio w za­cho­wa­niu… – Raczej: Zachowanie mojej przy­ja­ciół­ki ostatnio zmie­ni­ło się

 

Do­kład­nie tam, gdzie chcia­łam iść.Do­kład­nie tam, dokąd chcia­łam iść.

 

Może ten koleś wie­dział coś cie­ka­we­go o Bla­sku? […] ale chcia­łam do­stać się jak naj­szyb­ciej do ko­le­sia. – Powtórzenie.

 

Za­uwa­ży­łam fa­ce­ta, a kon­kret­niej de­mo­na. To byli w miarę zwy­czaj­ni lu­dzie, tylko mieli róg lub dwa na gło­wie. – Jak to się dzieje, że bohaterka zauważa faceta, a on byli ludźmi i mieli na głowie róg lub dwa?

 

Nasza pro­fe­sja cha­rak­te­ry­zo­wa­ła się od­wa­gą, jed­nak ten jej nie po­sia­dał. – Nie posiadał profesji czy odwagi?

Co to znaczy, że profesja charakteryzuje się odwagą?

 

Jego róg za­świe­cił wy­raź­ną czer­wie­nią i ode­pchnął mnie siłą woli. – Czy róg posiadał wolę?

 

Byłam fi­li­gra­no­wą ko­bie­tą i mia­łam białą kar­na­cje oraz krót­kie włosy. – Literówka.

 

Ubra­na byłam w ela­stycz­ną ciem­no-czer­wo­ną zbro­ję… – Ubra­na byłam w ela­stycz­ną, ciem­noczer­wo­ną zbro­ję

 

po­zwa­la­jąc mi na­brać po­nad­prze­cięt­ną szyb­kość w biegu. – Raczej: …po­zwa­la­jąc mi rozwinąć  po­nad­prze­cięt­ną szyb­kość w biegu.

 

Chcę ucie­kać z dala od sza­leń­stwa. – Czy to znaczy, że gdy był blisko szaleństwa, to nie chciał uciekać?

 

Bę­dzie­my współ­pra­co­wać!? – facet mil­czał. …Bę­dzie­my współ­pra­co­wać!? – Facet mil­czał.

Nie wszystkie dialogi są zapisane prawidłowo. Zajrzyj tutaj: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Pro­szę Cię, nie idź tam.Pro­szę cię, nie idź tam.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Zła­pał się ręką za głowę. – Masło maślane. Czy istniała możliwość, by złapał się za głowę nie używając rąk?

 

Nie mo­głam od­mó­wić drob­nej re­pry­men­dy. – Reprymenda to nie modlitwa, nie odmawia się jej. Reprymendy można udzielić.

 

Je­dy­nie lu­dzie byli w pełni na­tu­ral­ni, a mimo tego nie­bia­nie i isto­ty z pie­kieł sta­no­wi­ły duży od­se­tek spo­łe­czeń­stwa.Je­dy­nie lu­dzie byli w pełni na­tu­ral­ni, a mimo to nie­bia­nie i isto­ty z pie­kieł sta­no­wi­li duży od­se­tek spo­łe­czeń­stwa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy dziękuje za zabranie się do opowiadania i wskazanie błędów. Teraz widzę ile jeszcze pracy przede mną. Poprawiłem wskazane błędy. Cóż mogę cię zachęcić, że dalsza część jest mniej przegadana.

 

Znajdowało się ono na środku pustyni, chronione przez wielką szklaną kopułę. Każdy odwiedzający mógł się w niej zanurzyć i nie utonąć, mało tego, najzwyczajniej mieszkać.

To taki świat zanurzamy się do wody i mieszkamy, bo tak działa magia albo zaawansowana technologia. Do wyboru :) Być może nie jest to opisane najlepiej.

 

a szukałam poszlak w mieście, gdzie się zatrzymałyśmy razem i przygotowywałyśmy się do kolejnej wyprawy. Miałyśmy udać się do Oazy… – Nadmiar zaimków.

Wiem, że należy ograniczyć używanie zaimków, jednak mam dziwne wrażenie, że bez nich brzmią jakoś nienaturalnie i zwłaszcza widzę to w przypadku udać się (mimo wszystko poprawiłem w ten sposób)

Tymczasowy lakoński król

a szu­ka­łam po­szlak w mie­ście, gdzie się za­trzy­ma­ły­śmy razem i przy­go­to­wy­wa­ły­śmy się do ko­lej­nej wy­pra­wy. Mia­ły­śmy udać się do Oazy… – Nad­miar za­im­ków.

Wiem, że na­le­ży ogra­ni­czyć uży­wa­nie za­im­ków, jed­nak mam dziw­ne wra­że­nie, że bez nich brzmią jakoś nie­na­tu­ral­nie i zwłasz­cza widzę to w przy­pad­ku udać się (mimo wszyst­ko po­pra­wi­łem w ten spo­sób)

 

Źle zrozumiałeś wskazówkę i teraz wyszło jeszcze gorzej. Najprostszy przykład jak to dobrze poprawić:

a szu­ka­łam po­szlak w mie­ście, gdzie się za­trzy­ma­ły­śmy razem i przy­go­to­wy­wa­ły­śmy się do ko­lej­nej wy­pra­wy. Mia­ły­śmy udać się powędrować/zawędrować/itp. bez się do Oazy

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobrnęłam do końca. Łatwo nie było.

Mówiłeś, że ta część będzie mniej przegadana, ale nie zauważyłam tego. Dialogi, owszem, nieco urozmaiciły opowieść, ale fragmenty, w których dziewczyna opisuje wszystko co widzi i czego doświadcza, były tak samo nużące jak początek.

Zupełnie niepotrzebnie kilkakrotnie piszesz jak Nano Jack odbiera otaczającą ją rzeczywistość, jakie ma poglądy, co sądzi o innych rasach i ich wierzeniach. Właśnie te, moim zdaniem zupełnie zbędne, powtórzenia sprawiły, że chwilami miałam wrażenie, że akcja, która i tak toczy się bardzo powoli, zwalnia jeszcze bardziej, a czasem wręcz ustaje.

Ja, podobnie jak Śniąca, także nie znam świata, na którym się wzorowałeś, więc nie mogę ocenić, jak na tle oryginału wypada Twoje opowiadanie.

W opowiadanie jest mnóstwo błędów, nie sposób wskazać wszystkie. Bardzo wiele zdań wymaga generalnego remontu.

 

Zba­da­łam jesz­cze raz ota­cza­ją­ce mnie ścia­ny i pod­ło­że, wi­dzia­łam fa­li­stą struk­tu­rę lub coś w tym ro­dza­ju. Fałdy usa­do­wi­ły się de­li­kat­ne, jed­nak miej­sca­mi było ich wię­cej, a frag­men­ta­mi zo­sta­ły gęsto uło­żo­ne. Cza­sa­mi sub­tel­nie wy­bi­jał się kolor kar­ma­zy­no­wy, przy­po­mi­na­ło to drob­ne wy­sep­ki, cho­ciaż do­mi­no­wa­ła barwa ciem­ne­go brązu, taki, któ­remu nie­da­le­ko do praw­dzi­wej czer­ni. Za­ob­ser­wo­wa­łam jesz­cze ma­lut­kie, swo­bod­nie bie­gną­ce, w miarę upo­rząd­ko­wa­ne wy­pust­ki, po­dob­ne do tych, jakie można było zo­ba­czyć przy oka­blo­wa­niu, lub na­tu­ral­nych żył w ciele. – Podejrzewam, że ten fragment tekstu został zaszyfrowany, dlatego nic nie zrozumiałam, mimo że bardzo się starałam i przeczytałam go wielokrotnie.

 

W pew­nym miej­scu do­strze­głam na ścia­nie biały punk­cik. Po­de­szłam nieco bli­żej. Po do­kład­niej­szej ana­li­zie do­strze­głam… – Powtórzenie.

 

Zda­łam spra­wę, że bez pro­ble­mów mo­głam zdjąć ochron­ną war­stwę, która za­kry­wa­ła świa­tło.Zda­łam sobie spra­wę…

 

Uży­łam many, aby ostroż­nie po­brać prób­kę tej cie­czy i wrzu­cić do szkla­nej pro­bów­ki. – W jaki sposób ciecz wrzuca się do naczynia?

 

cho­ciaż fla­ko­nik chciał uciec w kie­run­ku, z ja­kie­go przy­szłam. – …cho­ciaż fla­ko­nik chciał uciec w kie­run­ku, z którego przy­szłam.

 

Prze­chy­li­łam pro­bów­kę, by le­ciut­ko za­ha­czyć za­war­tość koń­cem kciu­ka. – Jak zahacza się ciecz?

 

Może to świa­tło pod kru­chą war­stwą, które two­rzy­ło roz­pro­szo­ne oświe­tle­nieŚwiatło, tworzące oświetlenie brzmi fatalnie.

 

Od tego za­schnię­te­go po­wie­trza za­chcia­ło mi się pić… – W jaki sposób powietrze zasycha?

 

W takim razie mogli ko­rzy­stać z tego miej­sca jak świą­ty­ni. – Pewnie miało być: W takim razie mogli używać tego miej­sca jako świą­ty­ni.

 

od­dzie­lo­ne nie­bie­ską po­świa­tą, po­dob­ną do tej, jaka two­rzy mana… – Literówka.

 

Wzię­łam głę­bo­ki od­dech. – Oddech to wdech i wydech. Można głęboko nabrać powietrza, można głęboko odetchnąć, można głęboko oddychać, ale nie można wziąć oddechu.

 

Isto­ty, z ja­ki­mi wal­czy­li­śmy… – Isto­ty, z którymi wal­czy­li­śmy

 

Kon­fron­ta­cja z nimi sta­no­wi­ła mę­czar­nie. – Literówka.

 

prze­ciw­ko dwu­set­ce pry­mi­tyw­nie uzbro­jo­nych dzi­ku­sów i okołu dwu­dzie­stu… – Literówka.

 

kiedy kam­ra­ci skła­da­ją cię­bie w ofie­rze… – Literowka.

 

Kiedy chcia­łam włą­czyć pole si­ło­we bran­so­let­ki, zda­łam spra­wę… – Kiedy chcia­łam włą­czyć pole si­ło­we bran­so­let­ki, zda­łam sobie spra­wę

 

Wkro­czy­łam do po­miesz­cze­nia, które przy­po­mi­na­ło so­lid­nych roz­mia­rów pokój, gdzie pa­no­wał nie­okieł­zna­ny ba­ła­gan. Wy­glą­dem nie róż­nił się on od ko­ry­ta­rza… – Co świadczy o solidności rozmiarów? Co to znaczy, że bałagan nie różnił się od korytarza?

 

Na środ­ku stał wy­so­ki, łysy męż­czy­zna ubra­ny w białą tu­ni­kę, przy­ozdo­bio­ną pro­sty­mi geo­me­trycz­ny­mi sym­bo­la­mi, który prze­żył wiele wio­sen. Uszy miał prze­bi­te trze­ma ma­ły­mi me­ta­lo­wy­mi ob­rę­cza­mi, na­ło­żo­ną białą tu­ni­kę. – Jak to możliwe, że wiele symboli ozdabiało tunikę, a jeden, chyba ten z przebitymi uszami, przeżył wiele wiosen? Ile było tunik?

 

Z boku nosił łuk z koł­cza­nem ta­kich sa­mych strzał, jakie nie­daw­no zna­la­złam… – Dziewczyna znalazła tylko jedną strzałę.

 

Wziął do ręki okrą­głą szkla­ną kulę i pod­niósł ją wy­so­ko, po­grą­ża­jąc się w sza­lo­nym za­bo­bo­nie. – Masło maślane; czy kula może nie być okrągła?

Co to jest szalony zabobon i jak można się w nim pogrążyć?

 

Za­kli­nać wspo­mnie­nia w zwy­czaj­nych przed­mio­tach, jakie masz za sobą.Za­kli­nać wspo­mnie­nia w zwy­czaj­nych przed­mio­tach, które masz za sobą.

 

chcia­łam obej­rzeć po­zo­sta­łe ar­te­fak­ty, jakie wa­la­ły się po po­miesz­cze­niu. – …chcia­łam obej­rzeć po­zo­sta­łe ar­te­fak­ty, które wa­la­ły się w po­miesz­cze­niu.

 

Za­in­try­go­wał mnie czer­wo­ny przy­cisk w sza­rej kwa­dra­to­wej obu­do­wa­nie okra­szo­ny róż­no­ra­ki­mi sym­bo­la­mi… – Mnie też zainteresowałby przedmiot w kwadratowej obudowanie, w dodatku omaszczony.

 

ener­gię lub po­stać… – ener­gię lub po­stać

 

Po­czu­łam na całym ciele po­czu­łam dresz­cze. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

jed­nak oświe­tle­nie wy­ni­ka­ją­ce z ukry­tych prze­wo­dów ra­zi­ło zde­cy­do­wa­nie moc­niej… – Co to znaczy, że oświetlenie wynika z przewodów?

 

miało kształt czło­wie­ka, praw­do­po­dob­nie męż­czy­zny, jed­nak cięż­ko po­wie­dzieć coś wię­cej… – …jed­nak trudno po­wie­dzieć coś wię­cej

Ciężkie jest coś, co dużo waży.

 

Cięż­ko mi ten pro­ces przed­sta­wić za po­mo­cą zna­nych ci słów.Trudno mi ten pro­ces przed­sta­wić za po­mo­cą zna­nych ci słów.

 

Po­zwól, że mogę mówić o sobie jak chcę, po­nie­waż je­stem Bo­giem.Po­zwól, bym mógł mówić/ bym mówił/ że będę mówił o sobie jak chcę, po­nie­waż je­stem Bo­giem.

 

jeśli bę­dziesz szcze­rze tego pra­gne­ła. – Literówka.

 

Wska­za­łam na fla­ko­nik z nie­zwy­kłym świa­tłem, który mimo obec­no­ści w tor­bie nie za­mie­rzał ga­snąć.Wska­za­łam na fla­ko­nik z nie­zwy­kłym świa­tłem, które mimo obec­no­ści w tor­bie nie za­mie­rzało ga­snąć.

Chyba że to flakonik jaśniał, nie światło.

 

Nie ro­zu­miesz tech­no­lo­gii, ja­kich obec­nie uży­wasz.Nie ro­zu­miesz tech­no­lo­gii, których obec­nie uży­wasz.

 

ta­jem­ni­cze ukła­dy, przy­po­mi­na­ją­ce ścien­ną pa­ję­czy­nę. – Co to jest ścienna pajęczyna?

 

czymś w ro­dza­ju kwar­ko­wo–glu­ono­we­go morza. – …czymś w ro­dza­ju kwar­ko­wo-glu­ono­we­go morza.

 

Do­brym przy­kła­dem z całą pew­no­ścią był sta­dion. Do­kład­nie, to była od­po­wied­nia skala… – Do­brym przy­kła­dem z całą pew­no­ścią był sta­dion. O tak, to była od­po­wied­nia skala

 

Tylko ma­misz mnie wszech­wie­dzą! – wy­bu­chłam.Tylko ma­misz mnie wszech­wie­dzą! – wy­bu­chnęłam.

 

Strasz­nie cięż­ko się czu­łam po ataku gnie­wu. – Przytyła?

Proponuję: Fatalnie się czu­łam po ataku gnie­wu.

 

Po­trze­bo­wa­łam się cze­goś napić dla roz­luź­nie­nia umy­słu.Musiałam/ Chciałam się cze­goś napić dla roz­luź­nie­nia umy­słu.

 

Po­ło­ży­łam się na nie­wy­god­nym pod­ło­żu… – Powtórzenie.

 

Zu­peł­nie nie po­zna­ję w tobie tej samej przy­ja­ciół­ki, co kie­dyś. – Raczej: Zu­peł­nie nie po­zna­ję w tobie tej przy­ja­ciół­ki, którą byłaś kie­dyś.

 

Obu­dzi­łam się po wspo­mnie­niu. Moje po­wie­ki roz­war­ły się le­ni­wie, a świat, w któ­rym teraz prze­by­wa­łam, oka­zał się inny. Wła­ści­wie nie po­tra­fi­łam do­brze opi­sać ota­cza­ją­ce­go mnie kra­jo­bra­zu… – Zbędne zaimki. Czy istniała możliwość, by w tej sytuacji rozwarły się cudze powieki, a krajobraz otaczał kogoś innego?

 

anie­li­cę o dłu­gich blond wło­sach, rów­nież bez ubrań… – …anie­li­cę o dłu­gich blond wło­sach, rów­nież bez ubrania

 

przez bez­kre­sne świe­tli­ste pola, które nigdy się zda­wa­ły nie koń­czyć. – …przez bez­kre­sne, świe­tli­ste pola, które zdawały się nigdzie nie koń­czyć.

 

Za­wsze po­tra­fi­łaś za­ak­cen­to­wać wła­sną racje i byłaś pewna sie­bie. – Literówka.

 

Do­kład­nie. Kiedy za­trzy­ma­li­śmy się w kli­fach Da­ru­sa, mia­łam cię dosyć.Tak. Kiedy za­trzy­ma­ły­śmy się w kli­fach Da­ru­sa, mia­łam cię dosyć.

Piszesz o dziewczynach.

 

Mówił, że cięż­ko oprzeć się po­ku­som tego miej­sca… – Mówił, że trudno oprzeć się po­ku­som tego miej­sca

 

Po­wie­dział, że wraz z upły­wem czasu umie­ra­ła tam każda znana mu tech­no­lo­gia. Osta­tecz­nie wró­cił stąd bez żad­ne­go dzia­ła­ją­ce­go urzą­dze­nia.Osta­tecz­nie wró­cił stamtąd bez żad­ne­go dzia­ła­ją­ce­go urzą­dze­nia.

 

Może po­win­ni­śmy wró­cić do zna­ne­go nam świa­ta?Może po­win­nyśmy wró­cić do zna­ne­go nam świa­ta?

Cały czas piszesz o dziewczynach.

 

Tak, mo­że­my stąd uciec, jeśli chce­my, ale ja nie po­tra­fię stąd ucie­c! – Powtórzenie.

 

Zła­pa­ła mnie ręką za szyję. – Czy mogła złapać, nie używając ręki?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Quetzalcoatlu Złocistopióry, ratuj… Nie mnie, ja sobie jakoś poradzę – Autora ratuj…

Jak ja nie lubię nie mieć niczego dobrego do powiedzenia o tekście, to wiem tylko ja. Sześć osób, naprawdę aż sześć osób pomagało? Nie widać tego. Albo pomoc była, hmm, zdawkowa, albo Autor z niej nie skorzystał. Dość spojrzeć na sporządzone przez regulatorzy listy…

Przykro mi, Autorze. Bardzo i naprawdę. Napracowałeś się, bez najmniejszej wątpliwości napracowałeś się nad tak obszernym tekstem i w tej pracowitości jedyna nadzieja, że zdobędziesz się na kolejny wysiłek zawierania dobrej znajomości z naszym językiem w jego literackiej odmianie.

 

Po poście Adama muszę bronić moich korektorów tym bardziej, których wymieniłem w przedmowie. Podobno pierwszych wersji tekstu nie dało się czytać i to, że śniąca oraz regulatorzy przeczytali cały tekst jest ich zasługą. Tylko marne to pocieszenie, bo przecież nie chodzi o czytanie dla czytania. Być może ten tekst nie mógł zostać uratowany i należało go wyrzucić lub napisać od początku.

 

Ponownie dziękuje za listę Regulatorzy.

 

Z pewnością smutno jest patrzeć, że tekst mimo włożonej pracy nie odniósł sukcesu. Przyjmuję to jako cenną lekcje na przyszłość, bo podczas pisania i poprawiania miałem wiele nauki.

 

Najbardziej martwi mnie, że sam koncept fabularny nie chwycił za serca, bo dostawałem sygnały że pod tym względem dzieło stoi na conajmniej solidnym poziomie. Być może to jest odpowiedni moment, by zmienić otoczenie literackie na bardziej wymagające.

 

Cóż trzeba napisać coś krótszego, bo o dziwo te dribble jakoś wychodzą :)

Tymczasowy lakoński król

OneTwo, jeśli udało mi się Tobie pomóc, to bardzo się cieszę.

Mam nadzieję, że w przyszłości będziesz tworzyć coraz lepiej, a postanowienie, by napisać coś krótkiego uważam na dobry pomysł. Coś krótkiego, ale jednak dłuższego od drabla. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Króciaki są dobre w charakterze szlifierek warsztatu.

Ja też nie zostanę fanem tego opowiadani, niestety. Błędy da się przełknąć, ale fabuła mnie nie wciągnęła.

Nowa Fantastyka