- Opowiadanie: Michau - Ten Wybrany

Ten Wybrany

Zainspirowany “Koroną śniegu i krwi” E. Cherezińskiej oraz “Wizgunem” J. Komudy z majowego numeru NF spróbowałem swoich sił w historical fantasy. Bazuje na ogranym motywie wybrańca, jednak starałem się przedstawić go w trochę inny sposób.

Miłej lektury!

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ten Wybrany

Co z matki łona przedwcześnie porodzony,

Co niby Pioron łacno włada gromem,

Co w jego dłoni oręż pieśń intonuje,

A wezwaniu nie znają odmiotu demony.

Gdy się fałszywy bóg na tej ziemi zasiedzie

Ten jeno otrok Wolnych do tryumfu powiedzie.

 

Słowa te znał zawsze. Wiedziano, że jest wyjątkowy od samych, przedwczesnych o dwa księżyce narodzin. Wedle wszelkich prawideł winien umrzeć w niedługim czasie i stać się porońcem, ale przeżył. Niezwykłość noworodka przypieczętowały iskry sypiące się z jego oczu. Wtedy wioskowa znachorka ― kobieta wielkiej wiedzy i siły ― przypomniała sobie ową przepowiednię, która ostatecznie zaważyła na całym życiu Bądzisława. Było ono i łatwiejsze, i trudniejsze niż dla innych mieszkańców osady. W przeciwieństwie do nich nie musiał przyczyniać się do przetrwania wspólnoty, uprawiać ziemi ― jak ojciec ― czy hodować zwierząt. On uczył się czarów pod okiem starej znachorki oraz władania orężem od sędziwego woja, Wojciecha, który ongi był członkiem jednej z drużyn książęcych, ale zdezerterował; nie chciał służyć śród tych, co sprzeniewierzyli się starym bogom.

W wiosce wszystkich ochrzczono, ale nikt nie wierzył w Chrystusa. Jedynie na początku hołdowali wprowadzonym przez Jego wyznawców zasadom. Kapłani rzekomego Zbawiciela żądali nie tylko płacenia sobie danin, ale i sprzeciwiania się naturze, chcieli uczynić z ludzi swoich poddanych. Na to nie można było pozwolić. Oni byli Wolnymi ― posłusznymi jedynie wobec bogów, równymi wobec siebie. Dawali posłuch księciu, jeśli chcieli. Ale kiedy on zdradził starą wiarę ― i oni wymówili mu posłuszeństwo.

Przepędzili kapłanów fałszywego boga, nim ci zdążyli wybudować świątynię. I więcej ich tam nie widzieli.

Nie wszystkim podobało się to, że Bądzisław wiódł inny, w ich mniemaniu lepszy żywot. Nawet jego siostra, Bratmiła, która razem z matką trudziła się przędzeniem nieraz spoglądała nań z zazdrością. I ona chciała poznać czarodziejskie tajemnice, poskromić piorun, czy pod okiem Wojciecha opanować tajniki walki. Zmiarkowała jednak, że Bądzisława stworzono do wyższych celów, godziła się z tym. Kochała go, a on kochał ją. Czasem pokazywał jej, czego się tego dnia nauczył; ona chłonęła niby gąbka. Potem gdzieś na polanie walczyli znalezionymi patykami.

I razem z innymi czekała, aż okaże się czy jej brat zaiste jest wybrańcem. On sam także, każdego dnia usiłując sprostać rosnącym oczekiwaniom.

Doczekali się. Gdy wojowie księcia Bolesława, syna Mieszka, z duchownym u boku przybyli nawracać osadę ― wiedzieli, że już czas. I Bądzisław, mimo ledwie trzynastu wiosen uprzytomnił pobratymcom swą gotowość, kiedy na zawołanie jego z jeziora przyszli utopcy, kiedy z lasu wybiegły boruty, niedźwiedzie i wilki, kiedy na rozkaz chłopca z jasnego nieba uderzył grom. Wszak przepowiednia mówiła: ten jeno otrok Wolnych do tryumfu powiedzie.

Wyruszyli. Wszyscy mieszkańcy wioski, choć wielu ich nie było. Kończyło się czekanie i ukrywanie niechęci do chłopca, który stawiany był zawsze ponad nimi. Teraz podążali za wybrańcem.

Szli od wsi do wsi. Dołączały się do nich samowiły ― ale nie sprowadziły obłędu. Miast tego dodawały ludziom skrzydeł. Mieszkańcy kolejnych osad zostawiali wszystko i dołączali, gdy ujrzeli, że Bądzisławowi są posłuszne demony i jak na rozkaz młodzieńca przepędzają poniewierców starych bogów, którzy zaprzedali dusze kapłanom Chrystusa.

Cały żywot chłopaka zmierzał ku tej chwili. Maszerowali do pierwszego na swej drodze grodu. W prostych, chłopskich łachach, uzbrojeni w widły, naprędce zrobione dardy, nieliczni mieli miecze. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Wolni. A przewodzili im pobrużdżony, sędziwy Wojciech, odziana po męsku, drobna, rudowłosa Bratmiła i gołowąs, chłystek, wybraniec ― Bądzisław.

 

*

 

Bądzisław spoczął na skraju polany, gdzie rozbili obóz i przypatrywał się ludowi, który prowadził. Trwała uczta przyrządzona z dzików złapanych przez boruty podczas rozstawiania obozowiska, suto zakrapiana piwem podwędzonym w jednej z wiosek, przez które przeszli. Wielkie ognisko płonąc barwiło okolicę na żółto i pomarańczowo. Wszyscy bawili się i tańczyli, nawet zazwyczaj poważny Wojciech. Stary i siwy, ale nadal pociągający woj porwał w tan niską kobiecinę o pełnych kształtach. Wyglądali razem cudacznie, on chudy jak patyk i wysmukły, a ona niby kulka.

Chłopak nie miał Wolnym za złe hulanki, przeciwnie ― odprawili modły, złożyli bogom w ofierze najdorodniejsze ze zwierząt przyprowadzonych przez boruty, zatem niech się weselą. Jutro idą w bój, którego mogą nie przeżyć. Bądzisław miał przy sobie Wojciecha, który był mu opoką i zawsze służył radą, miał rudą Bratmiłę, co niezgorzej władała mieczem, miał i starą znachorkę, choć ta oznajmiła, że walczyć w bitwie nie będzie, a pozostanie w obozie. Miał swą moc daną mu od bogów. Ale bał się. Był młody, jeszcze wielu rzeczy nie umiał, nie pojmował. To wszystko działo się…

― Zbyt szybko?… ― posłyszał chrapliwy szept koło prawego ucha.

Aż podskoczył, gdy tuż obok niego pojawiła się alabastrowego koloru, rogata głowa. Złapał za swastykę wiszącą mu na szyi i krzyknął:

― Bies!

Demon powstał, ukazując umięśniony, męski tors, końskie nogi i długi ogon. Uśmiechnął się, szczerząc szpiczaste, żółte zęby.

― Nie lękaj się ― syknął. ― Tyś jest wybraniec Świętowita, a ja jeno marny demon… Cóż złego mogę ci uczynić?

Chłopak również stanął. Nogi się pod nim uginały, ale starał się to ukryć; nie dał rady jednak zataić bladej ze strachu twarzy.

― Czego zatem chcesz? ― wyjąkał.

― Tylko zobaczyć cię na własne oczy, wybrańcze. Niepozornego wybrał sobie…

― Nie tobie osądzać! ― żachnął się urażony Bądzisław, na oka mgnienie niemal zapominając o strachu.

― Nie mi… ― bies umilkł na chwilę i spojrzał w gwiazdy. ― A zatem stało się… Skoroś przyszedł powrócą na tej ziemi rządy starych bogów. Tyś może i bohater, powiedziesz ku zwycięstwu, pójdziesz dalej. Wiesz dokąd prowadzisz tych ludzi?… Na śmierć ich prowadzisz, niejeden polegnie.

― To danina za wypędzenie fałszywego boga ― wybraniec niemalże wyrecytował słowa, które powtarzał mu Wojciech, gdy młodzieniec wątpił w słuszność ich wyprawy.

― Łacno powtarzać mądrości, gdy to nie tobie przyjdzie ją płacić.

― Skąd to wszystko wiesz?! Czego chcesz ode mnie, czarcie? ― Bądzisław niemalże krzyczał.

― Niczego nie chciałem, poza przekonaniem się o twoim istnieniu… Jestem biesem, mącę i sieję ferment. Przestawiam szyki i ludziom, i bogom ― demon roześmiał się i rozpłynął w wieczornej mgle.

Bądzisław stał jak wryty. Był strwożony, tak bardzo, że przez cały czas nie pomyślał nawet o próbie przejęcia władzy nad demonem, ale równocześnie słowa biesa uspokoiły go. Nie jemu przyjdzie cenę płacić… Chłopiec wiedział, że zadawanie sobie pytania, skąd czart mógł to wiedzieć oraz jak, u licha, się tu pojawił było bezcelowe. Znachorka zawsze powtarzała ― świat demonów rządzi się własnymi prawidłami, których my, śmiertelni, nie pojmiemy. Wpajała mu też by biesowi nigdy nie dawał wiary. A jednak…

Chłopak otrząsnął się. Jak mógł tak myśleć?! Wojciech zawsze mówił ― dobrego przywódcę śmierć każdego z podwładnych powinna boleć jak jego własna.

 

*

 

Wojciech nie wątpił, że uciekinierzy z poprzednich wsi, przez które przeszli ostrzegą gród przed wybrańcem i jego ludem, a kasztelan wystawi do obrony każdego, kto żyw. Prócz kobiet, ma się rozumieć; tu Wolni mieli przewagę ― nie odrzucali nikogo ze względu na płeć ― liczyło się, jak kto się bił. Pozostawili w obozowisku jedynie garstkę ludzi do opieki nad dziatwą. I mieli wybrańca.

Pogoda dopisywała, słońce stało wysoko na niebie. Kasztel otoczony był równiną porośniętą bujną, wysoką trawą. Zatrzymali się odeń o jakieś kilka stajań, na widok księdza stojącego w otoczeniu gromady wojów opartych o włócznie.

― Stójcie, poganie! ― zakrzyknął duchowny; niski był, stary, pomarszczony, niemal w pełni łysy; głos miał donośniejszy, niźli wskazywałaby na to jego postura. ― Stójcie i ukorzcie się! Pan wam wybaczy!

Wojów było najwyżej ze trzy tuziny ― istotnie za mało, aby sprostać ponad setce pogan, nawet jeśli niezbyt biegłych w boju; i ksiądz pasował jak wół do karety, mały, bez broni, zbroi, ino w sutannie i z krzyżem na piersi. Podstęp, alibo nisko nas cenią ― orzekł Wojciech w myślach.

Bądzisław skierował na niego wzrok. Ten podkręcił wąsa i zawołał:

― Wybrany oraz jego lud nie zegną karków przed waszym fałszywym bożkiem!

― Bluźnisz! Nie wiesz, co pleciesz! Nie ma wybrańców prócz Syna Bożego, Pana Jezusa Chrystusa!

Stary wojownik skinął Bądzisławowi. Chłopak w lot pojął jego intencję. Pomodlił się w duchu do Jarowita o siłę i do Piorona o błyskawicę. Skupił wzrok i wolę na jednym z wrogich mężów i wtem!…

Uderzył weń grom. Tamci wystraszyli się, ale nie wpadli w popłoch. Byli zbyt doświadczeni. Ksiądz uspokoił ich machnięciem pomarszczoną dłonią.

― Opętanyś, chłopcze! Tyś przyczyną! Umysły zmąciłeś! ― zawołał chudym palcem wskazując Bądzisława. ― Aleć dla was nadzieja! Pokłońcież się przed Panem, daruje winy! ― zwrócił się do jego ludu.

Wojciech uznał, że nie da staremu dalej paplać; jeszcze ludzi na swoją stronę przekabaci.

― DO BOJU! ― krzyknął gromko, najgłośniej jak umiał. ― ZA BOGÓW!

Chłopi ruszyli na wojów. Bądzisław był pewny, że wątły ksiądz zostanie stratowany. W chwilę później trysnęła posoka, gdy potężny, niedźwiedziej postury wojownik zamachnął się toporem raniąc co najmniej kilkunastu chłopa. Młodzieniec zauważył Wojciecha, sprawnie tłukącego brodatego, brzuchatego woja; chłopak począł przedzierać się przez tłum w jego kierunku. Zewsząd dobiegały go wrzaski i szczęk żelaza o żelazo. Ledwie uniknął padającego, na wylot przebitego włócznią mężczyzny. Przebiegł wzrokiem jego wykrzywioną bólem twarz i rozpoznał jednego z mieszkańców swojej wsi. Ciałem Bądzisława wstrząsnął dreszcz.

Łacno powtarzać mądrości, gdy to nie tobie przyjdzie cenę płacić.

Przez jedną, krótką chwilę chciał uciec. Uciec jak najdalej, skryć się gdzieś w lesie, porzucić los wybrańca. Otrząsnął się ― musi walczyć! Ruszył dalej.

Chłopak dotarł do walczącego Wojciecha.

― CZARUJ, CHŁOPCZE! ― ryknął woj, gdy ujrzał podopiecznego. Bądzisław zebrał siły; dosłownie oka mgnienie później we wroga uderzył piorun.

Bój trwał. Mimo wydatnej przewagi liczebnej pogan potężni wojownicy trzebili ich szeregi. Okrzyki mieszały się ze sobą, ale ponad nimi górował jeden potężny głos. Wojciech nie wierzył własnym uszom; oczy jednak nie mogły go oszukiwać. W niewielkiej odległości od niego, chowając się za zwalistym wojem, stał ten drobny, pomarszczony, nie wiadomo jak ocalały duchowny ściskając w dłoni krucyfiks.

― TAM JESTEŚ, DIABLE! ― wrzasnął; w jego oczach płonęły szalone ogniki. ― W IMIĘ CHRYSTUSA CIĘ ZGŁADZĘ! ― wyciągnął dłoń z krzyżem w stronę wybrańca.

Na wszystko był przygotowany, ale nie na to. Bądzisława, tego chłystka, jeszcze dzieciaka, ugodził potężny grom wypalając trawę dookoła niego, a moc uderzenia rozrzuciła walczących.

Chłopak osuwał się na ziemię; nie pojmował. Już? Już po nim? Jak to? Jest wybrańcem!

Powinien się tego spodziewać, wszak nie on jeden włada czarami… Ale czart przecież powiedział ― to nie on zapłaci cenę… Jestem biesem, mącę i sieję ferment. Przestawiam szyki i ludziom, i bogom. Oszukał! Bies oszukał! A wybraniec dał mu wiarę i to go zgubiło. Ale dlaczego okłamał?! Tylko dlatego, że jest biesem?

Bądzisław wyzionął ducha. Wśród pogan wybuchło zamieszanie. Nie wiedzieli czy walczyć, czy uciekać. Bratmiła z wrzaskiem dopadła zwłok dziecka, jeszcze dziecka, na którego stężałej twarzy malowało się osłupienie.

― NIE! O Pioronie, przecież wybrańcy nie umierają!…. ― darła się, łkając. Poganie rozpierzchli się we wszystkie strony; panował chaos, szalona bieganina, ścisk. Samowiły, boruty i reszta demonów jakby rozpłynęli się w powietrzu.

― Moc Boża go pogromiła ― orzekł ksiądz flegmatycznie, nieznacznie się uśmiechając i przyglądając się bezładowi w szeregach pogan. Rozważał, czy nie wypuścić drugiej błyskawicy, dla pokazu, ale opanował się.

 

*

 

Wolni powrócili w większości do domów, armia pogan rozpadła się. Wycięcie w pień ponad dwóch setek ludzi było niemożliwe, toteż ukarano tylko część, w tym Wojciecha i Bratmiłę. Osądzono ich jako przywódców zrywu, a potem powieszono. Dla przykładu. Resztę przymusowo nawrócono i czuwano nad wypełnianiem przykazań nowej wiary. Wszelkie przejawy kultu starych bogów tępiono ― mniej lub bardziej brutalnie.

Mimo to jeszcze lata później, wieczorami, przy ogniskach bajarze snuli opowieści o mężnym Bądzisławie ― młodym bohaterze, wybrańcu, który po paśmie chwalebnych zwycięstw przywdział lśniącą zbroję i poległ dopiero w honorowym pojedynku z samym księciem Polski.  

Koniec

Komentarze

Przeczytałam, ale nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia. Nie, tekst nie jest zły, ale nie wywołuje właściwie żadnych uczuć.  Na plus stylizacja.

Trochę niedoróbek po wcześniejszej korekcie zostało: mniej lub lub bardziej brutalnie. 

I nie pasuje mi zabieg pisania dużymi literami – wystarczy, że używasz potem odpowiednich czasowników: ryknął, darła się itd. Czytelnik sam będzie wiedział, że kwestia została wygłoszona bardzo głośno.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

OK. Są elementy nietypowe. Na plus akcenty słowiańskie. Ale mimo to tekst na kolana nie rzucił.

W chwilę później trysnęła posoka, gdy potężny, niedźwiedziej postury wojownik zamachnął się toporem raniąc co najmniej kilkunastu chłopa.

No to chyba się musieli usłużnie ustawić i nieźle stłoczyć do tego jednego ciosu.

Babska logika rządzi!

A Longinus Podbipięta miał problem ze ścięciem trzech niewiernych głów.

Żartuję oczywiście. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nie najgorzej wyszła Ci próba, ale szort ograniczający się tylko do przyjścia na świat Bądzisława a potem opis potyczki i śmierć bohatera, to trochę za mało, by Ten Wybrany na dłużej utkwił mi w pamięci.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Letnie, bo za krótkie – bohaterowie nie “zasysają”, bo nie dałeś czytelnikowi szansy ich polubić, więc nie przejmie się ich losem. Ale złe nie jest.

 

Z technikaliów: wydaje mi się, ze brakuje ci przeciwników przed imiesłowami współczesnymi i w kilku miejscach, które spełniają kryterium wtrącenia.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka