- Opowiadanie: cd4093 - Smar

Smar

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Smar

Późnym wieczorem na pustawym parkingu agencji CSIRO w Darwin zatrzymała się granatowa toyota corolla. Miała już swoje lata, ale suchy australijski klimat uchronił ją przed atakiem korozji. Z auta wysiadł mężczyzna, również w słusznym wieku, na oko około pięćdziesięciu lat. Pod pachą trzymał skórzaną teczkę. Zamknął samochód i powolnym krokiem udał się w stronę jednego z budynków. Starte półbuty chrzęściły na żwirze, gdy szedł, powłócząc nogami. Po chwili odgłos kroków zdublował się.

– Dobry wieczór, panie profesorze! – zawołał młody, elegancki brunet. Szyty na miarę garnitur i błyszczące nawet w świetle latarni lakierki dziwnie kontrastowały z tutejszym otoczeniem: sucholubnymi trawami, gęstwiną drzew i prostą wiatą, pod którą stały pickupy pełne klatek dla zwierząt. Gdy zdjął ciemne okulary i zmrużył oczy, w kącikach pojawiły się kurze łapki. Nadawało to jego twarzy sympatyczny wygląd. Może był to jeden z powodów, dla których był tak dobry w swoim fachu – na ogół po prostu zjednywał sobie ludzi. Do gróźb przechodził w ostateczności.

– Dobry wieczór, Thomasie. – Profesor odpowiedział zmęczonym i niekryjącym niechęci głosem. – Dziękuję, że zgodziłeś się tu spotkać. Mam dużo zaległej pracy i nie miałem możliwości lecieć na drugi koniec kontynentu. Nie rozumiem, czemu nie mogliśmy załatwić tego telefonicznie?

Teczkę ściskał mocno za pazuchą, lekko drżąc, mimo że wieczór nie był chłodny.

– Sprawa jest bardzo delikatna i ważna, a taka mała podróż to dla mnie żaden problem – odpowiedział mężczyzna z uśmiechem, chowając okulary do kieszeni marynarki. – Zresztą lubię Darwin – dodał nonszalancko. – W Canberze panuje wieczny chaos i niepokój, a tutaj nawet pośpiech przybiera postać niczym nieskrępowanej prowizorki. Przejdźmy jednak do rzeczy. – Zmarszczył lekko brwi i przestał się uśmiechać. – Czy możemy na chwilę usiąść? – wskazał ławkę pod drzewem.

– Oczywiście – zgodził się profesor. – O co chodzi?

Thomas usiadł na skraju ławki, pokrytej łuszczącą się farbą, i familiarnie nachylił się w stronę profesora.

– Jak nadmieniłem, rzecz jest dosyć drażliwa, ale dla nas priorytetowa. Tylko dlatego pozwoliłem sobie zawracać panu głowę. W tej sytuacji…

– W tej sytuacji – przerwał mu profesor, nerwowo poprawiając okulary – wszystko, co pozwala mi zapomnieć o ostatnich wydarzeniach, przyjmuję jak wybawienie. Dlatego jestem tu teraz, choć koledzy i przełożeni chcieli mnie wysłać na urlop. Człowiek może udźwignąć wiele, o ile tylko pozwoli sobie na zwrócenie uwagi w odpowiednią stronę. Jeżeli przyjechałeś tutaj rozmawiać o – rozejrzał się dookoła i trochę ściszył głos – projekcie dla TYCHO, przekaż Edwardowi, że uważam sprawę za zakończoną. – Tu zrobił ręką gest wskazujący, że odcina się od wszystkiego i podniósł się z ławki. – Nie mieszajcie mnie więcej do tego. Zbyt wiele straciłem.

– Przykro mi, ale obawiam się, że sprawa, z którą przyjechałem, musi zostać przez nas przedyskutowana tu i teraz, choć wedle pańskiego błędnego mniemania jest jakoś związana ze śmiercią pana córki.

Thomas rozparł się na ławce i porzucił pozory przyjaźni. Teraz jego twarz emanowała wyrachowaniem.

– Jakoś związana? Jak pan śmie! – Profesor wstał, ściskając teczkę, aż skóra na kostkach dłoni pobielała. – Ty też jesteś w to umoczony, prawda?! Raport Kesingtona daje dużo do myślenia – rzucił z przekąsem. – Gdybym tylko miał jasny dowód, wiedzieliby już o tym wszyscy! Jeżeli władze agencji były świadome tego, co się działo, zniszczę was!

– Więc tak wygląda pana odcinanie się od wszystkiego? – Thomas uśmiechnął się, złapał go stanowczo za przedramię i posadził z powrotem, po czym nerwowo wycedził przez zęby – Nikogo pan nie zniszczy! Po pierwsze złamał pan wszystkie przepisy wewnętrzne fundacji, wprowadzając córkę do komory. Po drugie Kesington jest alkoholikiem, którego pseudoteologiczne rojenia popchnęły do nadinterpretacji wyników badań. Po trzecie pan nic nie ma, panie profesorze. Słyszy pan? Nic pan nie ma. Nawet własnej żonie nie ma pan odwagi powiedzieć o swoich podejrzeniach. Myślę, że to nie poczucie winy pana przed tym powstrzymuje, ale właśnie brak pewności. Ślęczy pan nocami nad wynikami badań, ale bez efektu, na który pan liczy.

Profesor zbladł, a za chwilę na powrót poczerwieniał ze złości.

– Co do Jeremy’ego to obaj wiemy, jak wyglądała jego praca przy smarze. – Z trudem wyszarpnął ramię z żelaznego uścisku. – Zarząd przyklaskiwał badaniom Kesingtona, dopóki wpasowywały się w plany komercjalizacji odkryć. Gdy tylko wyniki stały się niewygodne, Jeremy został uznany za alkoholika i szarlatana. Powszechnie wiadomo, że lubił wypić, ale wszyscy, którzy mieli okazję poznać go bliżej, jednogłośnie utrzymują, że jego pierwszą i największą świętością były zawsze fakty – zaznaczył dobitnie ostatnie słowo, jak gdyby chciał dać Thomasowi coś do zrozumienia. – Zresztą jego zniknięcie jest samo w sobie dowodem, że trafił na coś wyjątkowo niewygodnego dla TYCHO.

– Proszę wybaczyć moją śmiałość, profesorze, ale nie jest pan obiektywny ze względu na dręczące pana wyrzuty sumienia – Thomas na powrót stał się spokojny. – Oskarża się pan o to, że wprowadził córkę do eksperymentalnego i niedopracowanego urządzenia, wiedząc, że – tu przyznaję panu rację – stanowiło ono potencjalne zagrożenie dla zdrowia i życia ludzkiego. Koniec końców okazało się, że po pewnych zmianach czynnik aktywny jest całkowicie bezpieczny, ale nawet przed nimi nie mógł być przyczyną nowotworu. Drobne zawroty głowy, nudności, bardzo rzadko niewielkie zaburzenia perfuzji płata skroniowego – to się zdarzało – ale przecież nie rak, bo niby jaka miałaby być jego patogeneza? – Mężczyzna triumfował, ale pozwolił sobie tylko na chłodny uśmiech. Skupione spojrzenie utkwił w oczach profesora.

– Co do zniknięcia Kesingtona – kontynuował – to wyjaśnienie jest proste. W związku ze złym stanem zdrowia pana Jeremy’ego, zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym, zaproponowaliśmy mu wcześniejszą emeryturę na specjalnych warunkach, możliwych dzięki naszemu funduszowi socjalnemu. Widzę, że być może w pana przypadku, panie profesorze, również moglibyśmy porozmawiać o takim rozwiązaniu?

Starszy mężczyzna kalkulował dłuższą chwilę. Co może ugrać? Przede wszystkim, ile czasu na znalezienie dowodów, zanim zorientują się, że nic go nie zatrzyma? Mógłby udać, że jednak woli się poddać, ale miał już na to za słabe nerwy. Zmienił się, upodobnił do porywczego Jeremy’ego. Jednakże Jeremy poszedł na ugodę. Zdradził.

– Nigdy w życiu! – Wydusił z siebie. – Zresztą róbcie, co chcecie, byle beze mnie. Odcięliście mnie od większości stanowisk laboratoryjnych, baz danych i archiwów. Mam uprawnienia w randze stażysty, ale wiedzcie, że nie spocznę, dopóki nie zweryfikuję wszystkiego; a jeżeli znajdę cokolwiek, choćby najmniejszy zarzut pod waszym adresem, rzucę na szalę całą moją reputację! Na szczęście mam jeszcze pewne koneksje i możliwości – wskazał głową budynek CSIRO – a przede wszystkim determinację, by pozbawić was jakichkolwiek dochodów z tytułu smaru!

– Niech pan nam nie grozi. Chylę czoła przed pana wiekiem, niemniej obaj zdajemy sobie sprawę, że niesie on ze sobą pewne ryzyka. Nadmiar pracy w połączeniu ze słabą kondycją psychiczną może być przyczynkiem do zawału. Sam pan rozumie, panie profesorze, że opcja wcześniejszej emerytury mogłaby rozwiązać wiele problemów. Pańskich problemów, gdyż my nie mamy żadnych. Fundacja jest na prostej drodze do wdrożenia komercyjnej wersji komory i byłoby nieostrożną i pochopną decyzją sabotować to przedsięwzięcie.

– Pan śmie mi grozić? Niechże pan nie będzie śmieszny! Widziałem szpik mojej córki, widziałem degenerację jej komórek macierzystych. Umierała na moich rękach, powstrzymując się od zrobienia mi choćby najmniejszego wyrzutu. Tak, ponoszę winę za jej śmierć, ale nakłada to na mnie zobowiązanie, by powstrzymać wprowadzenie tego eksperymentu na rynek, gdyż mamy zbyt małą wiedzę, by przewidzieć wszystkie jego skutki.

– To tylko pana zdanie, profesorze. Nie będę pana przekonywał, bo mam wrażenie, że z obu stron sprawy zaszły za daleko. Oto moja wizytówka, proszę zadzwonić, gdyby pan zdążył zmienić zdanie.

– Zdążył przed czym? Pan mi grozi? Uprzedzam, że jeżeli coś mi się stanie…

– Och, panie profesorze, przecież znamy się nie od dziś. Wie pan, że TYCHO czerpie z CSIRO pełnymi garściami, ale nie chodzi tylko o odkrycia naukowe, ale o coś więcej. O… upór. Nieprzejednane dążenie do celu. Wie pan, co się stało, gdy plaga królików zagroziła naszym pastwiskom w latach pięćdziesiątych? Króliki próbowano zagazowywać, wysadzać nory dynamitem i wykładać trutkę, ale to są metody barbarzyńskie, prostackie, prymitywne. Wirus sprowadzony z Urugwaju rozwiązał problem skutecznie i na długie lata. W zgodzie z naturą – organizm przeciwko organizmowi. Bo natura zawsze staje po stronie tego, kto chce z nią współdziałać. A teraz, pan wybaczy, żegnam.

Thomas wstał i odszedł, nie oglądając się za siebie. Profesor zaś chwycił teczkę i ruszył w kierunku budynku. „Każdy z nas musi robić swoje”, pomyślał i to go uspokoiło. Nie bał się, bo od śmierci córki zdolny był tylko do odczuwania wściekłości.

* * *

Robert wrócił z pracy późnym popołudniem.

– Cześć – rzucił do matki, siedzącej przed telewizorem.

– Uhm, cześć – usłyszał w odpowiedzi.

Zrzucił torbę z ramienia i zostawił ją w przedpokoju. W kuchni od razu zabrał się do przygotowywania obiadu.

– Jesteś głodna, mamo? – zapytał, podsmażając mięso.

– Uhm, możesz mi przynieść, gdy skończysz – odpowiedziała. – Idiota, kretyn jeden – wymamrotała po chwili.

– Mówiłaś coś?

– Jak ten idiota mógł zostawić Margaret dla Jasmine? Czy on jest ślepy? – zapytała retorycznie.

Robert skończył gotować obiad i postawił talerz przed matką, wkładając jej widelec w dłoń.

– Smacznego, mamo – dotknął jej policzka, ale była zbyt głęboko zatopiona w świecie swojego serialu. Dziś i tak udało mu się zamienić z nią wyjątkowo wiele słów. Upewnił się, że zaczęła jeść i usiadł obok.

– Dziś dołączył do naszego zespołu nowy kolega, Hindus. Ma taki zabawny akcent… ale to równy gość. Miał już kilka fajnych pomysłów – zaczął opowiadać o swoim dniu. Robił to prawie codziennie – opowiadał, kto w pracy zrobił coś zabawnego, kogo spotkał w autobusie, jak jest pogoda. Często miał wrażenie, jakby stał nad grobem i opowiadał o sprawach, które zmarłego już tak naprawdę nie dotyczą.

Nie jest dobrze, gdy rodzice grzebią swoje dziecko, ale równie trudne jest, gdy drugie musi nieść za rodzica ciężar śmierci rodzeństwa. Robert nie raz zadawał sobie pytanie, czy jest w jakiś sposób winien. Winien tego, że żyje lub tego, że Arleta umarła. Nawet śmierć ojca przypisywał sobie, choć nigdy nie mógł na to znaleźć racjonalnego uzasadnienia. To było podświadome przeczucie, mówiące, że coś przeoczył, coś zaniedbał. A może po prostu chodziło o jego zazdrość? O to, że gdy jego rodzona siostra odnosiła największy sukces w swoim życiu, a zarazem zaczynała umierać, trawiona przez raka, on miał ochotę ją zabić. Nie ze względu na projekt teatru waszyngtońskiego – jej arcydzieła. Chodziło o coś znacznie więcej, o czas, jaki zaczął poświęcać jej ojciec, gdy przyznała się przed rodzicami, że nie jest w stanie poradzić sobie z zadaniem powierzonym jej po awansie. Została asystentką głównego architekta nowego teatru w Waszyngtonie, ale projekt przerastał ją zarówno pod względem inżynieryjnym, jak i artystycznym. Główny architekt był już bliski emerytury i dał Arlecie jasno do zrozumienia, że może zagrać pierwsze skrzypce. Była to dla niej ogromna szansa, która przeciekała jej przez palce.

Ojciec postawił sobie za cel pomóc córce i stanął na głowie, by go osiągnąć. Wziął bezpłatny urlop i na początek zniknął z Arletą na tydzień. Polecieli na południe kontynentu obejrzeć Sydney Opera House i One Central Park. Dla Roberta ojciec z trudem potrafił znaleźć czas, by wybrać się na piwo. Chłopak nie rozumiał wtedy, czy ojciec miał go za gówniarza, czy Arleta po prostu bardziej zasługiwała na uwagę.

Po powrocie rysowała jak szalona. Spędzała całe dnie z rapidografem, mając ręce czarne od tuszu, a nocami ślęczała przy AutoCADzie. Wtedy to Robert, starając się jej dorównać, porzucił marzenia o pisaniu gier i zainteresował się VHDL-em i układami logicznymi do analizy DNA. Niestety, nie miał szans konkurować z siostrą tworzącą projekt, który za kilka lat miał zaowocować nagrodą Pritzkera, pierwszą nadaną pośmiertnie.

Gdy skończyli jeść, zaniósł talerze i sztućce do zmywarki. Wtedy rozległo się pukanie. Podszedł do drzwi i przywitał go pocałunek Annette. Zanurzył dłoń we włosach dziewczyny i przycisnął jej twarz do swojej. Odurzył go zapach szamponu. Nie rozumiał, dlaczego tyle wagi przywiązuje się do kobiecych perfum, zaniedbując zapach szamponu. Czyżby słowo „szampon” nie brzmiało wystarczająco romantycznie?

– Cześć, Bobby – uśmiechnęła się.

– Cześć, Annette. Jesteś w znakomitym humorze!

– Och, tak, mamy taki ładny dzień, grzech się nie uśmiechać. Dzień dobry, pani Hohentoch – przywitała się z matką.

– Dzień dobry, Annette – odpowiedziała, nie odwracając się, ale i Robert, i Annette wiedzieli, że jej twarz na chwilę rozjaśnił uśmiech. Między tymi dwiema kobietami, nawiązała się jakaś dziwna więź, która niezmiernie cieszyła Roberta. Może dlatego, że dawniej matka była do jego ukochanej tak bardzo podobna – pełna życia, pomysłów i spragniona kontaktu z ludźmi.

– Nalej mi, proszę, soku – zwróciła się dziewczyna do Roberta, gdy usiadła przy kuchennym barku.

– Już się robi. Może być pomarańczowy? Jasne, że może, przecież go uwielbiasz – zreflektował się, co Annette doceniła szczerym uśmiechem.

– Jest jeszcze jeden powód, dla którego ten dzień jest taki udany. Bea zaprosiła nas na urodzinową imprezę, a to, po pierwsze oznacza, że nie jest już na mnie zła, po drugie, że zjemy pyszną pizzę jej mamy. Brzmi nieźle, prawda?

– Och tak, zwłaszcza to drugie – przechwycił pomarańczę, która poleciała w stronę jego twarzy.

– Prostak – wycedziła przez zęby w udawanym gniewie. – A co u ciebie w pracy?

– W porządku, mamy nowego kolegę w zespole. Tylko z moim projektem gorzej, bo utknąłem w miejscu.

– Pewnie przydałby ci się ten cały, jak to się nazywa… TransBrain?

– Nie marzę o pracy w komorze, chociaż dziś dałbym za nią wiele. Pewnie oszczędziłbym tydzień albo miesiąc pracy.

– Przecież oboje wiemy, że jesteś świetny w tym, co robisz.

– W komorze byłbym jeszcze lepszy – odparł nieskromnie, badawczo przyglądając się twarzy Annette.

– Nie złapiesz mnie na takie słówka. Lecę do domu. Spotkamy się wieczorem.

* * *

Ze spotkania u Bei Robert wrócił późną nocą. Zajrzał do matki. Spała w swojej sypialni przed włączonym telewizorem. Poszedł na górę, rozebrał się i również położył spać.

Obudził się cztery godziny później, z trudem łapiąc oddech, roztrzęsiony ze strachu. Znów śnił ten sam koszmar. Zaczynał się od tego, że staje rano przed lustrem, by się ogolić. Zanim odkręca kran, słyszy kapanie. Patrzy pod nogi i widzi tam kałużę krwi. Czuje, jak spływa ona po plecach, pośladkach i nogach. Zdziera z siebie t-shirt i bokserki i przerażony odwraca się do lustra. Przez ramię widzi, jak w miejscu kręgosłupa wyziera z jego ciała krwawiąca szpara. Bieleją w niej zęby i kłębią kołtuny ohydnych włosów. Czuje, jak jego ciało pęka na pół, targane torsjami, rzuca się więc do sedesu, wymiotując zębami, włosami i skórą. W tym momencie budzi się, krztusząc się śliną.

Sięgnął do lampki na komodzie i zapalił światło. Usiadł na krawędzi łóżka i zamarł na długą chwilę. W końcu cały strach przeszedł, pozostawiając po sobie tylko wściekłość i zmęczenie nawracającym koszmarem. Nie mógł się od niego uwolnić. Za każdym razem przerażał go tak samo, mimo że wiedział, skąd się bierze i co oznacza.

Poszedł do łazienki i rozebrał się. Chciał odwrócić się do lustra, by obejrzeć plecy, ale zacisnął zęby, tłumacząc sobie, że to niedorzeczne. Wszedł pod prysznic i odkręcił gorącą wodę.

Arleta zmarła na potworniaka jajnika. To nowotwór, rozwijający się z komórek macierzystych i gamet. Na ogół nie jest szczególnie niebezpieczny, ale wyróżnia się tym, że namnażające się bez opamiętania komórki macierzyste potrafią obierać różne kierunki rozwoju. Często kształtują się z nich komórki szkliwa, różnego rodzaju nabłonków i gruczołów. Wewnątrz ciała chorego można wtedy znaleźć w pełni ukształtowane zęby czy włosy. Potworniaki są bardzo atrakcyjne z naukowego punktu widzenia, gdyż dostarczają dużo informacji na temat rozwoju komórek macierzystych i z tego powodu często stanowią obiekt badań biologów.

Sny męczyły Roberta od śmierci ojca, gdy uświadomił sobie, że jego siostra zmarła na okropną chorobę w najlepszym okresie swojego życia, a on cieszył się z tego, licząc na to, że teraz na niego przeniesie się zainteresowanie ojca. Ojciec jednak nie zdążył spędzić ani chwili z Robertem. Od śmierci Arlety do niespodziewanego zawału zakończonego własną śmiercią zajmował się tylko obsesyjnym badaniem przyczyn śmierci córki.

Być może zapoczątkował utratę zmysłów matki, gdy zdecydował o sekcji zwłok Arlety. Matka była przeciwna, podejrzewając, że ojciec jest zainteresowany naukowym badaniem zwłok, że na potworniaku Arlety chce budować własną karierę. Było to okrutne podejrzenie i zazdrość o siostrę utwierdziła Roberta w przekonaniu, że ojciec nie byłby zdolny do takiego czynu, że kierowało nim dziwne przekonanie, że ktoś lub coś mogło być odpowiedzialne za śmierć ukochanej córki.

Woda spływała po twarzy i torsie. Odchylił głowę do tyłu, by zalała całą twarz i odcięła go od wszystkiego. Zapadł się w ciepły strumień, a on wypełnił mu usta. Zakręcił kurek i wypluł wodę. Gdy się ubrał, wyjrzał przez okno. Słońce wschodziło, zaczerwieniając ostro niebo. Nie było już sensu kłaść się z powrotem do łóżka. Koszmar mógł wrócić, zresztą, ku własnemu zdziwieniu, czuł się wyspany.

Usiadł do biurka i bezwiednie włączył komputer. Gdy system się załadował, kliknął ikonę przeglądarki internetowej. Siedząc przed prawie pustym ekranem z logo wyszukiwarki i polem do wprowadzenia zapytania czuł się jak pisarz, który siedzi przed białym oknem procesora tekstu. Wszystko było możliwe, wszystkie ścieżki otwarte. Mógł dotrzeć gdziekolwiek. Efekt wędrówki zależał od tego, jak zabrzmi pierwsza fraza i jakich później dokona wyborów. Tylko że tu było prościej, wystarczyło klikać od strony do strony.

Wpisał: „transbrain”. Na pierwszym miejscu, zaraz po linkach sponsorowanych, ukazał się odnośnik do Wikipedii. Na stronie TransBrainu znalazł marketingowy bełkot oraz achy i ochy, sugerujące, jakoby TransBrain miał odmienić oblicze ludzkości. Szybko cofnął się i wybrał Wikipedię.

TransBrain Ltd. Jest australijską firmą dostarczającą komorę stymulującą o tej samej nazwie klientom biznesowym na terenie Związku Australijskiego. Biuro zarządu oraz siedziba operacyjna znajdują się w Adelaide. Spółka została powołana do życia w 2014 roku w celu zbadania możliwości komercyjnego zastosowania komory stymulującej działanie ludzkiego mózgu, zwiększającej zdolności myślenia zarówno konwergencyjnego, jak i dywergencyjnego. W 2016 roku pierwszy prototyp został nieodpłatnie udostępniony australijskiemu oddziałowi IBM, gdzie po sześciu miesiącach testów zyskał akredytację. Obecnie komora stymulująca używana jest w kilkunastu przedsiębiorstwach, głównie z sektora IT, poza takimi wyjątkami jak wydawnictwo Allen & Unwin.

Przewinął do „Zasada działania”.

Zasada działania komory stymulującej nie jest znana. Podejrzewa się, że może być to rodzaj magnetycznej stymulacji mózgu rTMS, nie ma jednak dowodów potwierdzających to przypuszczenie, przeciwko przemawiają zaś rozmiary pomieszczenia i brak jakichkolwiek urządzeń, które znajdowałyby się w bliskim sąsiedztwie głowy. Żadna ze znanych nieinwazyjnych metod pozwalających w podobny sposób wpływać na działanie mózgu, w szczególności tDCS ani żadna odmiana TMS, nie działa na odległości większe niż kilka centymetrów.

Przewinął jeszcze niżej do swojej ulubionej pozycji „Krytyka”.

Komora TransBrain krytykowana jest przez WHO, inne organizacje nadzorujące kwestie zdrowotne oraz liczne organizacje walczące z problemem elektrosmogu. Nie jest znana, nawet w ogólnym zarysie zasada działania komory stymulacyjnej, a pracownicy, realizujący w niej zadania, podlegają licznym restrykcjom.

Szczególnie duże kontrowersje budzi fakt, że mimo wzrastającego zainteresowania wciąż jedynym obszarem dystrybucyjnym TransBrain Ltd. jest Związek Australijski.

Akapit „Skutki uboczne” był zadziwiająco krótki.

Nie są znane żadne poważne skutki uboczne przebywania w komorze stymulacyjnej. Okresowo mogą pojawiać się nudności, zawroty głowy i fosfeny, jednak w o wiele mniejszym stopniu niż w przypadku metod tDCS i różnych odmian TMS. Komora nie blokuje też żadnych obszarów mózgu, przyrost wydajności obejmuje cały ośrodkowy układ nerwowy. Jedynym trwałym skutkiem ubocznym, utrzymującym się od kilku dni do nawet kilku miesięcy po ustaniu ekspozycji na działanie komory jest synestezja.

Przez następną godzinę surfował po najróżniejszych forach, zrzeszających programistów, miłośników teorii spiskowych i domorosłych neurobiologów. Dowiedział się, że każdy pracownik, korzystający z komory, niezależnie od firmy, dla której pracuje, objęty jest obowiązkowym pakietem zdrowotnym jakiegoś mało znanego centrum medycznego. Poznał rygorystyczne testy kompetencji, jakim poddawani są pracownicy ze względu na olbrzymie koszty wprowadzenia kogokolwiek do komory. Firmy płaciły słony abonament za sam fakt posiadania urządzenia, a dodatkowo wysokie stawki za każdego pracownika.

Internet zaczynał huczeć na temat TransBrainu. Po pierwszej, cichej fazie, gdy była to tylko nowinka, przewijająca się bez szerszego echa przez najważniejsze portale i ginąca w natłoku doniesień o nowych, superwydajnych akumulatorach do komórek, nastała druga, gdy tworzone są najbardziej cudaczne teorie, a opinie wahają się od jednej skrajności do drugiej. Tu już nie dawało się znaleźć informacji jako takiej. Należało zapoznać się ze wszystkim, co dało się znaleźć, opinie uśrednić, teorie przeanalizować, odrzucając skrajnie głupie, słowem, dokonać analizy statystycznej bezładnego zbioru informacji.

W końcu miał dość i usiadł w kuchni, by przygotować kilka kanapek na śniadanie. Smarując chleb, wciąż myślał o tym wszystkim. „Synestezja”, to słowo świdrowało jego umysł. Wiedział, że oznacza coś ważnego, coś, co miało go doprowadzić do innej, istotnej myśli. Szynka, pomidor, ser, majonez, ketchup, synestezja. Talerz, nóż, stół, matka na górze wierci się w skrzypiącym łóżku, synestezja. Nie mógł skupić się na niczym, synestezja. W końcu wrócił z kanapką do komputera.

Synestezja to stan, w którym bodziec jednego zmysłu wywołuje wrażenie pobudzenia innego, na przykład obraz litery wywołuje wrażenie niskiego dźwięku.

Już wiedział. Jakiś czas po tym, gdy Arleta wróciła z wakacji z ojcem, zauważył, że siostra nie korzysta z książki telefonicznej w komórce. Zdradziła się też z tym, że pamięta numery rejestracji samochodów wszystkich sąsiadów z ulicy. Zapytana o to, stwierdziła, że zapamiętywanie cyfr i liter jest bardzo łatwe, bo przecież każdy ich układ to jakaś charakterystyczna mieszanina kolorów. Wtedy wywołało to w nim tylko nowe ukłucie zazdrości o kolejną cudowną umiejętność Arlety. Teraz wszystkie spostrzeżenia ułożyły się w jedną całość. Arleta musiała korzystać z komory.

Z biciem serca poszedł na piętro i wyciągnął drabinę z sufitu. Czując się jak hiena cmentarna, wdrapał się na strych i sięgnął po kartony z rzeczami Arlety. Później po kartony po ojcu. Gdy matka wstała, zszedł, usadził ją szybko przed telewizorem z kanapkami i wrócił na strych. Szukał dowodu swoich podejrzeń. W końcu znalazł dyktafon cyfrowy ojca.

* * *

Po południu Robert odwiedził Annette.

– Chciałbym ci coś pokazać. Sam nie wiem, co o tym myśleć.

Wyciągnął pendrive i zgrał na jej komputer wybrane notatki z dyktafonu ojca, po czym rozpoczął odtwarzanie playlisty. Annette usiadła na łóżku z kolanami pod brodą.

A. ma nudności, ale nie przeszkadzają jej w pracy. Czuje się dobrze i robi postępy.

Poprawiono macierz przetworników. A. zauważyła różnicę. Ja jej nie odczułem, ale obawiam się, że mój mózg ma po prostu znacznie mniejszą sprawność.

A. obserwuje objawy synestezji liczbowo-kolorowej. Nudności ustąpiły całkowicie i nie pojawiają się od pięciu dni.

A. pół serio mówi, że J. może mieć rację, że Sagittarius to głos Boga. Żartuje, że to, co się z nią dzieje, to błogosławieństwo iskrą bożą. Nie bawią mnie te religijne konotacje, ale w testach IQ A. zwiększyła poziom ze 125 do 160. W ciągu czterech…, nie, trzech tygodni.

Tkanka patologiczna miejscami typowa dla potworniaka, w dużej mierze jednak atypowa w ogóle dla ludzkiego organizmu. Zauważyłem bardzo dużą zawartość PNA, co pokrywa się z przewidywaniami J. Należałoby sprawdzić, czy PNA łączy się w bardziej złożone struktury lub występuje w koacerwatach, co mogłoby potwierdzić hipotezę genesis.

Niewątpliwie promieniowanie Sagittariusa wywołało u A. uszkodzenie gamet. Widoczne efekty pokrywają się z tym, co obserwowaliśmy u zwierząt w komorze.

Było tego znacznie więcej, a Annette nie odezwała się ani słowem przez cały czas, gdy Robert odtwarzał jej wybrane fragmenty notatek ojca, włącznie z ostatnimi, na których głos pana Hohentocha łamał się co chwilę. Tak skupionej Annette nie widział jeszcze nigdy. Pod koniec odtwarzanego materiału pobladła i, gdy Robert wcisnął „Stop”, zapytała cichym głosem:

– Co twój ojciec zrobił Arlecie?

– Pamiętasz, jak wczoraj rozmawialiśmy o TransBrainie? Połączyłem kilka faktów i nabrałem podejrzeń. Odnalazłem na strychu dyktafon ojca. Słuchałem tego cały ranek. Oni eksperymentowali z jakimś prototypem TransBrainu. Nazwa nigdzie nie pada, ale trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości.

– I TrainsBrain ją zabił? – Przełknęła ślinę.

– Tak myślę. Skutkiem ubocznym były albo wciąż są jakieś zmiany w komórkach macierzystych. TransBrain wywołuje raka.

– A te Sagittariusy, genesis i cała reszta, o co w tym chodzi?

– Nie wiem, Annette – westchnął i wzruszył ramionami. – Nie zdążyłem jeszcze na dobre przeczesać Sieci. Na temat Sagittariusa, czyli zodiakalnego Strzelca, znalazłem sporo, ale nie widziałem żadnych powiązań z TransBrainem; ani w gwiazdozbiorze, ani w zodiaku. Dopiero to dało mi do myślenia. – Pokazał jej w Internecie zdjęcie z teleskopu. Przedstawiało kolorową mgławicę na tle nieba gęsto usianego gwiazdami.

– To Sagittarius A w gwiazdozbiorze Strzelca. Składa się z Sagittariusa Wschodniego, czyli mgławicy pozostałej po wybuchu supernowej i Sagittariusa Zachodniego, który przypomina trójramienną spiralę. W jego centrum znajduje się tajemniczy obiekt, nazywany Sagittariusem A*. Jest to prawdopodobnie gigantyczna czarna dziura. Znajduje się ona w centrum naszej Galaktyki i pożera okoliczne gwiazdy. Każde takie wchłonięcie kończy się emisją potężnego impulsu rentgenowskiego, który jest obserwowany na Ziemi każdego dnia.

– Myślisz, że komora mogła wykorzystywać to promieniowanie?

– Wątpię. Z tego, co czytałem w Sieci, wynika, że próbowano badać komorę pod tym kątem i nic nie stwierdzono – tłumaczył zrezygnowany. – Zresztą do wykrycia promieniowania X wystarczy klisza światłoczuła. Może było to coś podobnego, co też może powodować raka?

Annette zasępiła się i nie odzywała przez dłuższą chwilę. W końcu usiadła wyprostowana.

– Wygląda na to, że twój ojciec odkrył jakieś olbrzymie oszustwo. Prawdopodobnie znalazł też winnych śmierci Arlety.

– Zabiło ją to, czego jej tak bardzo zazdrościłem.

– Talent?

– Pomoc ojca – odparł łamiącym się głosem. Teraz z kolei on zamilkł. Annette chciała go dotknąć, ale zatrzymała rękę w pół drogi, widząc, że drgnął nerwowo. Bała się go urazić. Robert często zgrywał bohatera, ale Arleta wiedziała, że przykrywa tym tylko olbrzymi brak pewności siebie i poczucie winy.

– Słuchaj, rozmawiałem z mamą – wyrzucił w końcu z siebie, nabrawszy haust powietrza. – Starałem się wypytać ją delikatnie o Sagittariusa i parę innych pojęć z dyktafonu, ale bez skutku. Tylko gdy zapytałem o J., ożywiła się, a za chwilę wybuchła wściekłością. „Jeremy” – krzyczała – „Jeremy Kesington, niech będzie przeklęty ten pomiot szatana. Kto wie, co on sprowadził na ziemię, kto wie?! Wmieszał w to wszystko Marka. To jego wina! To jego wina!”. Powtarzała to bez końca. Uspokajałem ją pół godziny.

– Co teraz zamierzasz?

– Znaleźć tego człowieka – odparł bez wahania.

– Wobec tego najpierw my musimy znaleźć dobrego detektywa – w oczach Annette zapaliła się iskra, która zawsze sprowadzała na Roberta jakieś kłopoty.

– Nie chciałbym cię w to wciągać… – rzucił bez przekonania.

– Zamknij się i pomóż mi – odparła, siedząc już przy komputerze.

* * *

Dom Kesingtona, a raczej coś, co na dom ostatkiem sił pozowało, stał na drewnianej platformie pośrodku pustynnego i kamienistego odludzia. Miałby nawet swój urok, pomyślała Annette, gdyby zadbać, chociaż o dach. Do domu jechało się krętą drogą, miejscami tak wąską, że Land Rover pożyczony przez Roberta od kolegi, ocierał się co chwila o sucholubne zarośla, a kilka razy zaliczył skałki, zdradziecko czyhające na ostrych łukach. Za ostatnim z tych zakrętów niespodziewanie wyrastał dom, stanowiący rozczarowujące zwieńczenie monotonnej drogi przez pustynne piekło.

Miał kształt litery „L”, której krótsze ramię zaginało się do tyłu. Wzdłuż dłuższego poprowadzono werandę, która nie była niczym więcej, jak sześcioma filarami podtrzymującymi przedłużenie zardzewiałego dachu z blachy falistej. Zmurszałe ściany tak samo, jak dach, były powyginane to w tę, to w tamtą stronę i przywodziły na myśl wijącego się pustynnego węża. Nie wyglądało to na miejsce zamieszkania dobrze opłacanego emeryta.

Robert wysiadł i obejrzał bok samochodu. Dwie rysy ciągnęły się przez całą długość wozu. Trzasnął drzwiami ze złością.

– Co za gówno! – rzucił wściekły. Annette również wysiadła i przyjrzała się uszkodzeniom.

– Nie martw się, to dodaje mu męskości – pocieszyła go i ruszyła w kierunku domu.

– Jim może mieć inne zdanie – westchnął.

Na progu przywitała ich starsza kobieta w fartuchu, z zakasanymi rękawami błękitnej koszuli w kwiaty. Na oko miała około sześćdziesięciu lat. Ręce miała po łokcie przyprószone mąką. Biała od mąki była też lufa sztucera, który wycelowała w gości.

– Czego? – zapytała, mrużąc oczy i lustrując Annette i Roberta.

– Szukamy Jeremy’ego Kesingtona – odpowiedział Robert.

– Nie ma tu nikogo takiego – rzuciła twardo.

– Czy moglibyśmy przynajmniej napić się wody? – zapytała niewinnym głosem Annette. – Widocznie zgubiliśmy drogę, a skończyła się nam woda. Za godzinę zostaną z nas suche wióry.

– Nie macie klimatyzacji w tym swoim aucie? – kobieta zmarszczyła brwi i po chwili wahania uległa. – No wejdźcie, przecież was tu tak nie zastrzelę i nie zakopię w tym piachu – uśmiechnęła się lekko i zabezpieczyła sztucer. – Jeżeli zaczekacie dziesięć minut, zdążycie zjeść kawałek placka.

Annette uśmiechnęła się zwycięsko, ale Robert był pełen złych przeczuć. Miejsce, gdzie wita cię lufa wycelowana w głowę, należy traktować z dużą dozą sceptycyzmu, niezależnie od liczby zaproponowanych placków. Tym bardziej, jeżeli miejsce to wskazał ci nadużywający alkoholu prywatny detektyw, który próbował odnaleźć zdziwaczałego przyjaciela twojego zmarłego ojca.

Wnętrze domu wywierało korzystniejsze wrażenie niż to, co widziało się z podwórza. W środku nie było może przytulnie, ale znać było kobiecą rękę, szczególnie w kuchni, gdzie gospodyni rozłożyła na stole zastawę przyozdobioną ornamentem z różyczek.

– Siadajcie, zjecie coś przed dalszą podróżą. Mam na imię Margaret i robię najlepszy placek z powidłami śliwkowymi w promieniu pięćdziesięciu mil i to nie tylko dlatego, że trudno tu o konkurencję. – Zaśmiała się jowialnie i wyciągnęła blachę z pieca.

– To bardzo miłe z twojej strony, Margaret. Padamy ze zmęczenia. – Annette spojrzała znacząco na Roberta i po chwili milczenia kontynuowała. – Ja mam na imię Annette, a mój przyjaciel Robert.

– Po co szukacie tego… Kansingtona? – zapytała mimochodem Margaret, krytycznym okiem oceniając swój wypiek. – Jeżeli to nie tajemnica, rzecz jasna. Nie chciałabym być wścibska.

– Kesingtona, szukamy Jeremy’ego Kesingtona. Sprawy rodzinne – rzuciła w odpowiedzi.

– Nie znam nikogo takiego, a przy tutejszej gęstości zaludnienia zna się wszystkich w promieniu stu mil. Choć jest to miejsce – dodała po chwili wahania – gdzie udaje się zaszyć różnym… hmm… osobowościom.

Lekko zdenerwowana zaczęła przeszukiwać stos naczyń na ociekaczu. – Och, tu jesteś – mruknęła, znalazłszy nóż, i zajęła się krojeniem placka. Annette spojrzała na Roberta i puściła do niego oko.

– Robert, przyniósłbyś pustą butelkę? Napełnimy ją, zanim okaże się, że przy naszym roztrzepaniu, odjedziemy stąd bez kropli wody – poprosiła przyjaciela.

– Jasne, skoczę do auta.

– Margaret, co przed nami ukrywasz? – zapytała, gdy usłyszała piknięcie alarmu i zobaczyła przez okno, jak Robert znika we wnętrzu Land Rovera.

Kobieta nie odpowiedziała. Skończyła kroić placek, położyła po kawałku na każdym z talerzy, a resztę postawiła na środku stołu. Później nalała sobie lemoniady z pokrytej rosą karafki i usiadła.

– Jeremy Kesington nie żyje od ośmiu miesięcy. Był moim mężczyzną od trzydziestu dwóch lat – wyrzuciła z siebie lodowatym tonem. – Kim jesteś i czego chcesz?

– Czy znasz nazwisko Marka Hohentocha? – odpowiedziała Annette, którą trudno było zbić z tropu.

– Chyba nie przesadzę, jeżeli powiem, że był to najlepszy przyjaciel mojego Jeremy’ego, choć ich drogi w pewnym momencie rozeszły się na zawsze.

– Mark był ojcem Roberta.

Annette utkwiła wzrok w Margaret, próbując odgadnąć, co jeszcze może ukrywać ta kobieta. Margaret nie spieszyła się jednak z odpowiedzią.

– Tak, rzeczywiście – powiedziała Margaret z nostalgią, wyglądając przez okno, gdzie Robert udawał, że szuka wciąż butelki w samochodzie. – Jest do niego podobny, choć chyba bardziej przypomina matkę. Niestety, Julliet miałam okazję widzieć tylko raz. – Nałożyła sobie kawałek placka i bezwiednie go ugryzła. – Więc wieści o śmierci Marka były prawdziwe? Czy wasza wizyta ma z tym związek?

– Nie – zaprzeczyła Arleta, choć nie była już pewna, jak dalece te dwie tragedie są ze sobą połączone. – Chodzi o śmierć siostry Roberta, Arlety i o to, co mogło być jej przyczyną.

– Myślę, że mogę mieć wam wiele do opowiedzenia. Musicie mi jednak wyjaśnić, co już wiecie.

Arleta podeszła do okna, zawołać chłopaka, ale w pół drogi odwróciła się do gospodyni.

– Czy możemy to nagrać? Mamy przypadkiem w bagażniku kamerę, którą często zabieramy na imprezy do znajomych.

– Przypadkiem? – Margaret uśmiechnęła się kwaśno. – Nie, nie tłumacz się – stanowczym ruchem dłoni zabroniła Arlecie brnąć w kłamstwa. – Niech tak będzie. Skoro zdecydowałam się to wszystko opowiedzieć, niech ma to szansę dotrzeć do kogoś więcej. Zbyt długo milczałam.

* * *

Robert i Annette wybrali się ponownie do Margaret następnego dnia wczesnym rankiem, gdy słońce dopiero wstawało pomarańczową zorzą nad horyzontem, przyćmiewając kolejne gwiazdy. Po tym, co usłyszeli i zobaczyli, nie odzywali się do siebie. Nie wiedzieli, jak można by skomentować rewelacje kobiety. Życie Roberta wywróciło się do góry nogami, a tym samym przeorganizowaniu uległa część świata Annette. Lada dzień mogło się okazać, że przewartościują też życie miliardów ludzi na ziemi. Jeden prosty, choć drogi, eksperyment zostanie powtórzony w co najmniej kilkudziesięciu miejscach na świecie. I już nic nie będzie takie same. Hipotezę Darwina potwierdzały poszlaki, Jeremy miał jednak na obronę swojej teorii jasny, empiryczny dowód. Przewrót dokona się gwałtownie. Zbyt gwałtownie.

Robert miał wątpliwości co do tego, co powinni uczynić. Rozmyślanie o tym przyprawiło go o ból głowy i w końcu włączył radio, by złamać monotonną ciszę. Muzyka jednak rozluźniła go zbyt mocno i wkrótce zaczął robić się senny. Kawa, którą zabrali w termosie, nie pomagała. Po kilkunastu minutach zaczął przysypiać za kierownicą. Annette nie miała jeszcze prawa jazdy, zresztą od dłuższej chwili też spała.

Chciał zatrzymać się i przewietrzyć, ale nie mógł oderwać się od kierownicy. Czuł się dziwnie jak nigdy dotąd. Przypomniał sobie, że tym razem nie wziął kamery. Została wraz z nagraniem z poprzedniego dnia na biurku w domu. Zaklął w duchu i otworzył na chwilę szerzej oczy. Gniew na własne roztargnienie szybko jednak minął i odegnana przez niego senność powróciła. Wreszcie zasnął.

Obudziła go eksplozja poduszki powietrznej. Zapadł się w nią twarzą, a za chwilę uderzył czubkiem głowy w podsufitkę. Ból ogłuszył go, ale nie odebrał przytomności. Wręcz przeciwnie, wszystko stawało się coraz wyraźniejsze. Spojrzał kątem oka na Annette. Jej głowa właśnie odbijała się od poduszki pasażera. Widział, jak masy mięśni mimicznych i tłuszczu wędrują pod skórą i falują. Jej barki unosiły się do góry, jakby próbowała wzruszyć ramionami. W ogóle całe ciało Annette wędrowało do góry, razem ze wszystkim, co znajdowało się w kabinie. Komórka Roberta miała za chwilę odbić się od podsufitki, ale zawisła dwa cale od niej. Wraz z telefonem zatrzymało się wszystko, włącznie z pękiem kluczy, który jeszcze chwilę temu wirował po całej kabinie.

„To cholernie niebezpieczne, pozostawiać tak klucze”, pomyślał, ale za chwilę dotarło do niego, jak niedorzeczna to myśl, biorąc pod uwagę, że właśnie dachowali. Przyjrzał się twarzy swojej ukochanej i zobaczył, że zamarzł na niej rozbryzg krwi. Nagle zdał sobie sprawę, że zamrożony czerwony pomost ciągnie się od jego głowy. Chciał do niego sięgnąć ręką, ale nie mógł się ruszyć. Mógł to być uraz kręgosłupa, a właściwie paraliż całego ciała, bo nie był w stanie nawet mrugnąć okiem. Nie zgadzała się tylko jedna rzecz – widział wszystko dookoła, nie tylko fragment rzeczywistości przed sobą. Widział całą kabinę zalaną światłem księżyca i brzaskiem wschodzącego słońca. Pobłyskiwały w nim oczy Annette zatopione w groteskowo wykrzywionej twarzy.

„Śnię. Leżę na stole operacyjnym, a zakręt hipokampa projektuje mi na korę mózgową ostatni zarejestrowany obraz. Moment śmierci”. Zmroziła go ta myśl. „To nieuczciwe, powinienem teraz oglądać całe moje życie. Powinno mi mignąć przed oczami, jak to się zawsze opisuje w książkach i pokazuje w filmach. Wiedziałbym, na czym stoję”.

Tkwił jednak wciąż w tym samym momencie i wpatrywał się w Annette. Nie czuł nic oprócz strachu przed śmiercią. Miał przed sobą twarz kobiety, za którą zaczynał tęsknić każdego dnia, gdy tylko się obudził, a teraz nie czuł do niej nic. Zastanawiał się, czy i ona teraz myśli o nim z taką samą obojętnością.

Popatrzył przez przednia szybę. Widział niebo, przysłonięte lekko chmurami. Gdzieniegdzie przebijały jeszcze przez nie gwiazdy. Był wśród nich Sagittarius A. W jakimś przedziwnym sensie przyglądał się Robertowi.

Zamknął oczy, choć nie był przekonany, że jego powieki w ogóle drgnęły. Teraz zobaczył Sagittariusa A w całej okazałości. Najpierw Wschodniego – mgławicę pozostałą po wybuchu supernowej, która oddała swoje istnienie, by mogły się z niej narodzić nowe gwiazdy i pierwiastki ciężkie, dające początek biologicznemu życiu. Później wyrósł przed nim trójramienny Sagittarius A Zachodni, który pochwycił go delikatnie w swoje ramiona i pociągnął w centrum. Tam jaśniał w paśmie rentgenowskim Sagittarius A*. Zbliżając się do jego horyzontu zdarzeń, Robert poczuł, że grawitacja rozrywa go na tysiące drobnych kawałków. Zawył z bólu. Dookoła tańczyły gwiazdy, niczym zastępy aniołów, oddając Sagittariusowi A* swoją materię. Powstały w ten sposób wiatr słoneczny smagał poszatkowaną twarz Roberta. Wewnątrzgalaktyczne pasaty zderzały się ze sobą nim spadły na czarną dziurę, a powstałe w ten sposób rozbłyski plazmy rozbrzmiewały wielokolorową muzyką, którą Robert widział, słyszał i czuł na skórze. Synestezja pozwalała mu docenić ich piękno, które złagodziło ból.

Strach przed śmiercią zyskał teraz nową, namacalną formę. Był to horyzont zdarzeń Sagittariusa A*. Spadając na niego, Robert myślał o tym, co go czeka. Czy przestanie istnieć, czy spotka tam Boga? Jeżeli rzeczywiście Bóg umieścił tutaj ten obiekt, może da się przez niego dotrzeć do Stwórcy? A może wszystko to jest tylko wybrykiem natury? Grawitacyjnym krzywym zwierciadłem, w którym zostanie uwięziony na wieczność?

Zaczął się modlić. Głęboko i żarliwie jak nigdy dotąd. Nie prosił o życie, nie prosił o unicestwienie. Tylko o to, by nie czekała go tam samotność.

* * *

Białe BMW zatrzymało się w miejscu, gdzie na drodze zaczynały się ślady hamowania. Wysiadł z niego mężczyzna w garniturze, przeciągnął się, zapiął marynarkę i zszedł po stoku. Zatrzymał się przed wrakiem i obejrzał dookoła. Zajrzał do środka. Ściągnął rękawiczkę i sprawdził tętno obu ofiar. Wyciągnął telefon i wybrał numer.

– Młodzi bezpieczni. Sprawdzę kabinę i bagażnik, czy nie został jakiś sprzęt i jadę uporać się z M. Tak, wiem, sprawę trzeba rozwiązać ostatecznie, delikatne półśrodki nie zatrą wszystkiego. Stara H.? Jest nieszkodliwa, ale później upewnię się, że też nie sprawi jakiejś niespodzianki.

Przetrząsnąwszy wnętrze auta, wrócił na górę i pojechał w kierunku domu na pustyni. Wcześniej aktywował immunoimplant Margaret. Zastanie ją martwą, nie będzie więc musiał obawiać się sztucera. Pozostanie tylko zrównać z ziemią dom i ukryte pod nim laboratorium. Pomoże mu w tym ładunek czystego semteksu, bez dodatków umożliwiających detekcję materiału. Szybko i sprawnie. Niestety, pozostanie mały krater, ale to już nie jego zmartwienie. Nikt nie powiąże tego z TYCHO.

* * *

Redaktor naczelny „The Saturday Mail” po obejrzeniu nagrania wrócił do hallu. Kobieta wciąż siedziała w tej samej pozycji na kanapie. Lisa, recepcjonistka, z troską podawała jej co chwilę szklankę wody, której ta nie chciała pić. Kobieta miała oczy czerwone od płaczu i twarz pobladłą od zmęczenia. Ubrana była w sukienkę w kwiaty, niedopiętą na plecach i całą pogniecioną. W trzęsących się dłoniach wciąż trzymała otwartą torbę, z której wystawała mała kamera i plik płyt DVD.

Podszedł do niej i przykucnął. Ujął jej dłonie i spojrzał w oczy.

– Pani Hohentoch, mogę pani zadać kilka pytań?

– Tak – odpowiedziała zgaszonym szeptem. W jej głosie słyszało się ogrom bólu skrywanego przez długie miesiące przed całym światem. John widział wiele w swojej karierze, ale w takich sytuacjach jak ta, wciąż czuł się nieswojo. Chyba nawet z każdym rokiem coraz bardziej nieswojo, bo częściej niż kiedyś łapał się na tym, że wyceniał cierpienie człowieka w wielkości nakładu swojego tygodnika. Nie chodziło o to, że nie współczuł czy nie potrafił być delikatny. Po prostu kalkulacja odbywała się w jego głowie jako akt niezależny od woli. Jak oddychanie.

– Czy pani syn zostawił jeszcze jakieś materiały?

Zaprzeczyła głową, a całe jej ciało drgało coraz mocniej. Twarz nagle stężała, a z ust wydobył się bełkot. Lewa ręka opadła bezwładnie, a płyty rozsypały się po podłodze.

– Lisa, wezwij pogotowie! – zakomenderował bez wahania. Jego żona była lekarzem, a wcześniej ratownikiem medycznym. Nauczyła go radzić sobie w takich przypadkach i odróżniać błahe osłabienia od poważnych przypadków. Rzucił za Lisą – to udar!

Gdy Julliet Hohentoch zabrało pogotowie, John wrócił do swojego gabinetu.

Ta kobieta w ciągu jednego dnia obeszła tuzin redakcji telewizyjnych i czasopism w tym mieście. Zrobiła to, by opowiedzieć o śmierci swoich dzieci i męża głosem drugiej kobiety, Margaret Instaget. Wszystko to było niesamowitym splotem okoliczności, z czego najdziwniejsze było chyba to, że obejrzawszy nagranie z kamery, pozostawionej przez syna, nagrała kilkanaście kopii i ruszyła w tę eskapadę. Nie wierzyła policji, czy chciała opowiedzieć to wszystko jak największej liczbie osób? Na co liczyła albo czego się bała? Uruchomił nagranie raz jeszcze.

Nick zdążył już przeprowadzić rozpoznanie w terenie i z opinii sąsiadów wywnioskował, że pani Hohentoch nie wychodziła z domu, a nawet sprzed telewizora ruszała się tylko do toalety. Od śmierci córki i męża ponoć postradała zmysły. Co więc pozwoliło jej zjeździć pół miasta? Może dowiedzą się czegoś jeszcze od tej kobiety z nagrania. O ile uda się ją odnaleźć, zanim… Pełen był najgorszych przeczuć. Wcisnął „Play”.

* * *

Twój ojciec i Jeremy zaczęli pracę dla TYCHO mniej więcej w tym samym czasie. Szybko się zaprzyjaźnili, choć poza pasją do nauki nie łączyło ich prawie nic. Mój Jeremy zawsze był konfliktowym nonkonformistą, ignorował wszelkie zakazy i społeczne czy prawne umowy. Nie zważając na regulamin, czy raczej cyrograf, jaki podpisał z TYCHO, sam uznawał, czym może się ze mną podzielić, a co powinien przemilczeć. Opowiadał mi o wielu szczegółach, dotyczących działania organizacji. Wtedy nie wiedziałam, jak poufne są to informacje i wpuszczałam je jednym uchem, a wypuszczałam drugim. Dziś pamiętam z tego niewiele.

Długo za to nie znałam przedmiotu prac Jeremy’ego poza kilkoma projektami, o których opowiedział mi w przypływie dobrego humoru. Mark był za to bardzo skryty, prawdopodobnie całkiem chętnie przystał na utajnienie, nawet przed twoją matką, absolutnie wszystkiego, czym się zajmował. Jeremy czasem złośliwie przezywał go chodzącym konfesjonałem i był bardzo zdziwiony, gdy dowiedział się, że Mark wtajemniczył Arletę w działanie komory i uzyskał zgodę na przyjęcie jej do programu testów. Jeremy nie miał pojęcia, jak udało się to osiągnąć i podejrzewał, że poza obietnicą prowadzeniem dziennika i regularnym zdawaniem sprawozdań Mark musiał po prostu zagrozić zdradzeniem tajemnicy. Zresztą później sam zagrał tą samą kartą.

Dlaczego? Zacznę od tego, że Jeremy nie miał poważniejszego problemu z alkoholem, gdy zaczynał pracę dla TYCHO. Zresztą, gdyby miał, nie uzyskałby stosownych poświadczeń bezpieczeństwa. W uzależnienie popadł po czterech latach pracy. Wtedy po raz pierwszy stanął w obliczu prawdziwych moralnych wątpliwości. Chodziło o komorę stymulacji mózgu. Ani Jeremy, ani Mark nie pracowali bezpośrednio przy konstruowaniu samej komory, ale uczestniczyli w konsultacjach, mających na celu określenie, czy komora może być szkodliwa dla ludzi. Największy problem polegał na tym, że nikt nie wiedział, dlaczego komora w ogóle działa. Jak działa? Jak, to wiedziano od początku. Ach, prawda, wy nie macie o tym pojęcia. Zresztą nawet mi Jeremy przez długi czas nie chciał zdradzić, o co w tym wszystkim chodzi.

Sprawa była dla naukowców pracujących przy tym projekcie dosyć… hmmm… wstydliwa. To było jak w laboratorium Fleminga – bałagan, przypadek i spostrzegawczość pozwoliły dokonać przełomu. Jeremy zwykł był mówić, że to odkrycie powinno nas ominąć, że jest jak teoria względności Einsteina – przyszło ludzkości zbyt łatwo i zbyt wcześnie. Nie mamy aparatu matematycznego, aby je w pełni wpasować w to, co już wiemy o świecie, ani moralności, która powstrzymałaby nas przed jej ślepym wykorzystaniem dla pierwszego nadarzającego się pomysłu. Bomba atomowa posłużyła wojnie mocarstw, a komora ma posłużyć wojnie korporacji.

Odkrycia dokonano w Canberra Deep Space Communication Complex, gdzie oficjalnie CSIRO i NASA współpracują nad badaniem kosmosu. Nieoficjalnie działa tam też TYCHO, które próbuje skomercjalizować również wiedzę astronomiczną. W CDSCC obserwowano jądro naszej galaktyki, także w zakresie fal grawitacyjnych. Opracowano w tym celu specjalny wzmacniacz z użyciem nadprzewodników grafenowych. Sprowadzono tam jakiegoś speca z Princeton, który potrafił za pomocą nadprzewodników zamieniać fale grawitacyjne w mikrofale i na odwrót. Podczas jednego z eksperymentów w wyniku niedokładnego uszczelnienia jednego z urządzeń i wady wzmacniacza dwóch laborantów było przez cztery dni pracy wystawionych na działanie wzmocnionych fal grawitacyjnych odbieranych z Sagittariusa A*. Przez te cztery dni rozwiązali kilka problemów, nad którymi głowili się od miesięcy. Pierwszego pracowali, jak zwykle, sześć godzin, ale już drugiego siedzieli w laboratorium bite piętnaście godzin, nie przestając pracować. Byli tak pochłonięci robotą, że doktor, który przyszedł wieczorem zamknąć laboratorium, podejrzewał ich, że są na haju. Trzeciego dnia sam do nich dołączył i żartobliwie stwierdził, że może i mu się udzieli atmosfera ich pracy. Był dosyć mocno zdziwiony, gdy tak się rzeczywiście stało. Czwartego dnia cała trójka zajęła się modernizacją wzmacniacza. Odkryli usterkę, uszczelnili osłony grawitacyjne i wtedy praca ustała. Rozeszli się do domów, a następnego dnia nie pojawili się w pracy, gdyż na skutek zmęczenia nie byli w stanie wstać z łóżka.

Być może na tym by się skończyło. Uznaliby, że po prostu mieli wyjątkowo udane cztery dobre dni. Jeden z laborantów przyznał się jednak, że miał przez te cztery dni narastające wrażenie dotyku, gdy dotykana była inna osoba. Gdy jego kolega drapał się po policzku, on sam czuł drapanie na swojej twarzy. Był to rzadki rodzaj synestezji, synestezja lustrzana, spowodowana nadmiernym pobudzeniem neuronów lustrzanych. Dwa dni po naprawie wzmacniacza to wrażenie ustąpiło, dlatego był w stanie połączyć je z niezwykłym pobudzeniem ich mózgów.

Taka była geneza komory. Większość pracowników CDSCC dałoby się pokroić za pracę pod wpływem wzmocnionego promieniowania Sagittariusa, odkrycie jednak trzymano w ukryciu do czasu wyjaśnienia jego mechanizmu, co nie nastąpiło do dziś. Hipotez jest kilka, żadna jednak nie wyjaśnia szczegółów działania tych fal. Wiadomo tylko, że pod ich wpływem większa część mózgu zaczyna pracować o wiele wydajniej. Fale są rodzajem szumu, w którym kilka częstotliwości wybija się wyraźnie ponad inne. Ktoś z CDSCC wysunął na poły żartobliwą tezę, że ten szum ustawia potencjały w neuronach na właściwe tory albo że działa jak smar.

Wiadomo na przykład, że jeżeli chce się ułożyć równo plik kilkudziesięciu kartek, najprościej jest ustawić je pionowo i uderzać nimi o stół. Chaotyczne wstrząsy ułożą je idealnie równo. Jeremy opowiadał mi, że w czasach drugiej wojny światowej budowano optyczno-mechaniczne kalkulatory artyleryjskie, których używano do precyzyjnego zrzucania bomb. Na ziemi kalkulatory sprawiały pewne problemy, ale w samolocie, na skutek wstrząsów mechanizmy nigdy się nie zacinały, działały płynnie i bezbłędnie. To wbrew logice, która podpowiadałaby, że chaos nie buduje porządku.

Gdy twój ojciec i Jeremy zajęli się badaniem wpływu promieniowania na organizmy, okazało się, że wszystko to prowadzi do jeszcze dziwniejszych wniosków. Fale powodowały mutacje w komórkach, przede wszystkim macierzystych. Mutacje były rzadkie, ale jednak występowały, prowadząc na ogół do powstania potworniaka. W toku eksperymentów prawdopodobieństwo mutacji zminimalizowano, odfiltrowując pewne częstotliwości z szumu. Wyglądało to trochę tak, jakby część szumu pobudzała mózg, a część komórki macierzyste.

TYCHO szybko powołało do życia TransBrain i zajęło się wprowadzaniem komory na rynek. Twój ojciec i Jeremy zgłaszali obiekcje, zauważywszy, że mutacje są bardzo nietypowe i w tkankach oprócz zniekształconego DNA pojawia się bardzo dużo PNA, które normalnie w świecie ożywionym praktycznie nie występuje. TYCHO jednak odrzuciło tę część ich raportu. Marka prawdopodobnie udobruchano udostępnieniem komory twojej siostrze, a Jeremy’ego… cóż, Jeremy’ego, jak wtedy myślałam, po prostu przekupiono.

Za odprawę Jeremy przeniósł nas tutaj. Wtedy okazało się, że interesuje go tylko jedno, udowodnienie hipotezy genesis, która go opętała. Jeremy przeanalizował eksperyment Stanleya Millera. Znacie ten eksperyment? Miller załadował do kolby między innymi wodę i amoniak, podgrzał ją, doprowadził elektrody, między którymi następowały wyładowania udające wyładowania burzowe i czekał. Założył, że w tej zwykłej szklanej kolbie zasymulował warunki istniejące u zarania dziejów Ziemi. I udało się mu. Uzyskał prawie dwa tuziny aminokwasów, chociaż niektóre zidentyfikowano w jego próbkach dopiero parę lat temu. Eksperyment powtarzano w różnych wariantach, krytykowano i wychwalano pod niebiosa, ale oprócz masy luźnych związków organicznych nikt nie uzyskał niczego więcej. W kolbach uzyskiwano tylko składniki życia, ale nie życie.

Jeremy znał doskonale historię tych eksperymentów i teorie, mówiące, że należałoby oczekiwać powstania zdolnego do ewolucji i dziedziczenia RNA, czyli prostszego odpowiednika DNA. Z RNA z udziałem aminokwasów mogłoby powstać życie. Gdy w szpiku badanych ochotników Mark odkrył PNA, podsunęło to Jeremy’emu pomysł, że może wszystko zaczęło się od jeszcze prostszej substancji. PNA ma właściwości podobne do RNA i DNA, czyli zdolny jest do tworzenia samoreplikujących dwuniciowych struktur, a na dodatek jest stabilniejszy od RNA.

Prawie całą odprawę i każdą miesięczną emeryturę Jeremy inwestował w odtworzenie budowy komory, a później powtórzenie eksperymentu Millera w nowych warunkach – pod wzmożonym promieniowaniem grawitacyjnym Sagittariusa A*. Pierwsze efekty uzyskał pięć miesięcy temu. Po czterech tygodniach podgrzewania kolby uzyskał tłuszcze, które stworzyły koacerwaty Oparina, czyli rodzaj mikroskopijnych kulek z tłuszczu, przypominających otoczkę komórek. Widziałam je pod mikroskopem. Każdego dnia zdarzało mi się przeklinać w duchu mojego ukochanego, że sprowadził nas do tego piekła, by uganiać się za mrzonkami. Wtedy jednak zmieniłam zdanie. Zrozumiałam, że tu, na tej jałowej pustyni sprowadził wprost z niebios życie. W koacerwatach drgały pary nici PNA. Jedna na dziesięć par ulegała podziałowi, a jedna na dziesięć spośród nich odtwarzała się na powrót. Niektóre replikacje skutkowały podziałem koacerwatu. One się mnożyły. Jeremy z prochu Ziemi stworzył życie. Cztery tygodnie później zapił się na śmierć.

Chcecie zobaczyć? Weźcie kamerę. Może właśnie wy jesteście najlepszymi osobami do pokazania tego światu.

* * *

Na tym film urywał się z powodu wyczerpanej baterii. Nick wyłączył odtwarzacz. Przetarł twarz dłońmi i zabrał się do przygotowywania materiału.

Koniec

Komentarze

Początek wygląda bardzo sztywno – jak z raportu policyjnego; wysiadł, ubrany tak i tak… Ale potem albo się poprawia, albo przestało mi to przeszkadzać, bo tekst wciągnął. Poza tym – świetne opowiadanie. Trzymało w napięciu.

Napisane też całkiem przyzwoicie.

Tak skupionej Annette nie widział jej jeszcze nigdy.

Czegoś masz za dużo.

Chyb nie przesadzę, jeżeli powiem,

Literówka.

potrafił za pomocą nadprzewodników zamieniać fale grawitacyjne w mikrofale i na odwrót.

Hmmm. Wydaje mi się, że to całkiem inne rodzaje fal, ale niech Ci będzie – półmagiczna transmutacja. Ale mikrofale nie ugotowałyby mózgów w komorze? Może wykombinuj jakiś inny rodzaj?

Taka była geneza odkrycia. Większość pracowników CDSCC dałoby się pokroić za pracę pod wpływem wzmocnionego promieniowania Sagittariusa, odkrycie jednak trzymano w ukryciu

Powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Mimo że początek jest dość szablonowy – komuś bardzo zależy na tym, aby pewne sprawy nie ujrzały światła dziennego – to jednocześnie stanowi dobre wprowadzenie do dalszej historii. Opowiadanie jest intrygujące, oparte na niezłym pomyśle, wciągające i naprawdę nieźle napisane. Przeczytałam z dużym zainteresowaniem i mam nadzieję, że to nie jest Twoje ostatnie słowo. ;-)

 

Póź­nym wie­czo­rem na pu­sta­wym par­kin­gu agen­cji CSIRO w Dar­win za­trzy­ma­ła się gra­na­to­wa To­yo­ta Co­rol­la. – …za­trzy­ma­ła się gra­na­to­wa to­yo­ta co­rol­la.

Nazwy samochodów piszemy małymi literami.

 

W kuch­ni od razu za­brał się za przy­go­to­wy­wa­nie obia­du.W kuch­ni od razu za­brał się do przygotowywania obia­du.

 

Ma taki za­baw­ny ak­cent…, – Po wielokropku nie stawiamy przecinka.

 

To była pod­świa­do­me prze­czu­cie… – Literówka.

 

Za­nu­rzył dłoń w jej wło­sach i przy­ci­snął jej twarz do swo­jej. Odu­rzył go za­pach jej szam­po­nu do wło­sów. – Nadmiar zaimków.

 

Obu­dził się czte­ry go­dzi­ny póź­niej, z tru­dem ła­piąc od­dech i trzę­sąc się ze stra­chu. Śnił mu się znów ten sam kosz­mar. Za­czy­nał się od tego, że budzi się rano i staje przed lu­strem, żeby się ogo­lić. – Przykład siękozy.

 

Jakiś czas po tym, jak Ar­le­ta wró­ci­ła z wa­ka­cji z ojcem… – Jakiś czas po tym, gdy Ar­le­ta wró­ci­ła z wa­ka­cji z ojcem

 

Tylko gdy za­py­ta­łem się o J., oży­wi­ła się… – Tylko gdy za­py­ta­łem o J., oży­wi­ła się

Bohater nie zapytał siebie, pytanie zadał matce.

 

skał­ki, zdra­dziec­ko czy­ha­ją­ce na ostrych za­krę­tach. Za ostat­nim z tych zwro­tów… – Zwrot chyba nie jest synonimem zakrętu.

Może: …skał­ki, zdra­dziec­ko czy­ha­ją­ce na ostrych wirażach/ łukach/ zakosach. Za ostat­nim z tych zakrętów

 

za­py­ta­ła się nie­win­nym gło­sem An­net­te. – …za­py­ta­ła nie­win­nym gło­sem An­net­te.

 

Ro­bert, przy­niósł­byś naszą pustą bu­tel­kę? Na­peł­ni­my ją, zanim okaże się, że przy na­szym roz­trze­pa­niu… – Powtórzenie. Pierwszy zaimek zbędny.

 

po­wie­dzia­ła Mar­ga­ret z no­stal­gią, wy­glą­da­jąc za okno… – …po­wie­dzia­ła Mar­ga­ret z no­stal­gią, wy­glą­da­jąc przez okno

By wyjrzeć za okno, należy je otworzyć i wychylić się, a Margaret siedzi wszak przy stole.

 

I już nic nie bę­dzie tako samo.I już nic nie będzie takie same.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jedno, co przekonuje mnie w tym opowiadaniu, to przedstawienie, jak “czarodziejską komorę” oraz swoich pracowników traktują wielkie firmy, blokujące niekorzystne dla siebie informacje o skutkach poddania się wpływowi tajemniczego promieniowania. Pomysł, wokół którego można zbudować solidny technotriller.

@Finkla@regulatorzy: Dziękuję bardzo za dobre słowo i redakcję tekstu. Początek opowiadania jeszcze sobie przeanalizuję. Byłem z niego zadowolony, ale dzięki Wam patrzę teraz bardziej krytycznie.

 

@Finkla:

Hmmm. Wydaje mi się, że to całkiem inne rodzaje fal, ale niech Ci będzie – półmagiczna transmutacja. Ale mikrofale nie ugotowałyby mózgów w komorze? Może wykombinuj jakiś inny rodzaj?

Rzecz w tym, że pomysł (jak zresztą wszystkie inne w opowiadaniu) oparłem na istniejącej hipotezie naukowej. Trafiłem na nią na Wikipedii:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Fale_grawitacyjne#Hipoteza_nadprzewodnik.C3.B3w

Tutaj można zapoznać się z podstawami teoretycznymi:

http://arxiv.org/abs/0903.3280

Na pomysł wpadł Raymond Chiao z Princeton, dlatego pozwoliłem sobie powołać się na niego w opowiadaniu:

Sprowadzono tam jakiegoś speca z Princeton, który potrafił za pomocą nadprzewodników zamieniać fale grawitacyjne w mikrofale i na odwrót.

Oczywiście, są to zupełnie inne rodzaje fal, ale ponoć jest możliwość, że reagując z parami Coopera (czyli nośnikami prądu elektrycznego w nadprzewodniku) potrafią się przekształcać w siebie nawzajem. Zresztą pola magnetyczne i elektryczne też są zupełnie inne, a jednak potrafią samoistnie indukować się nawzajem, do czego już przywykliśmy i nie dziwi nas silnik elektryczny czy radio.

Co do gotowania się mózgów, to promieniowanie z opowiadania ma znikomą moc (inaczej nie sprzyjałoby abiogenezie, ale uśmierciłoby pierwsze organizmy), jego działanie opiera się nie na sile, ale na rezonansie z jakimiś strukturami w naszych mózgach.

 

@regulatorzy:

Obudził się cztery godziny później, z trudem łapiąc oddech i trzęsąc się ze strachu.

Czy mogę opuścić “się” w ten sposób?

Obudził się cztery godziny później, z trudem łapiąc oddech i trzęsąc ze strachu.

Brzmi mi to dobrze, ale nie jestem przekonany co do poprawności.

 

@AdamKB: Myślę, że to niekoniecznie problem tylko wielkich korporacji – gdyby nie olbrzymi koszt komory, mogłyby jej użyć i małe firemki, które jeszcze chętniej zamiotą pod dywan naruszenia BHP. Choć, oczywiście, wielkie pieniądze i wielkie firmy pozwalają na zbudowanie znacznie efektowniejszej fabuły. Zresztą tylko wielka firma może przekupić urzędników czy lobbować za korzystnymi przepisami.

Cd4093, a może cały fragment w takim kształcie:

 

Obudził się cztery godziny później, z trudem łapiąc oddech, roztrzęsiony ze strachu. Znów śnił ten sam koszmar. Zaczynał się od tego, że rano, opuściwszy posłanie, staje przed lustrem, by się ogolić.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Słowo “posłanie” nie pasowało mi (brzmi mi trochę staroświecko), więc napisałem tak:

Obudził się cztery godziny później, z trudem łapiąc oddech, roztrzęsiony ze strachu. Znów śnił ten sam koszmar. Zaczynał się od tego, że staje rano przed lustrem, by się ogolić.

 

Starałam się tak poprawić ten fragment, by jak najmniej zmienić Twoje słowa.

Każda moja propozycja jest wyłącznie sugestią, z którą wcale nie musisz się zgadzać. Ale nie ukrywam, że zawsze ogromnie się cieszę, ilekroć uda mi się pomóc znaleźć rozwiązanie satysfakcjonujące Autora. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czasem sam nie rozumiem, czemu wydaje mi się, że coś nie pasuje do mojego tekstu, może to kwestia niewyrobionego stylu. Niemniej prawie wszystkie Twoje uwagi mogę aplikować w ciemno do tekstu. Większości błędów zresztą nie miałbym szans sam wyłapać, bo albo nie wiedziałem, że są błędami, albo musiałbym usiąść do opowiadania za rok, żeby mieć odpowiedni dystans. Dzięki!

Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Z braku czasu czytałam na raty i z zadowoleniem stwierdzam, że nie musiałam cię cofać, żeby przypomnieć sobie o co tam wcześniej chodziło. Czytało mi się przyjemnie. Niezły pomysł (chociaż te fale też mnie początkowo zastanowiły, ale po późniejszym przeczytaniu komentarzy przyjmuję je jak są) i dobrze przedstawiona nie tylko intryga, ale też stosunek korpo do ludzi. Jeśli jeszcze zostały jakieś usterki, to i tak nie zauważyłam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Też czytałam na raty i też to specjalne czytaniu nie zaszkodziło, co dobrze świadczy o opowiadaniu:) Ciekawy pomysł, skojarzył mi się trochę z “Głosem Pana” Lema. Z uwag:

To nowotwór, atakujący komórki macierzyste i gamety.

Nowotwór nie atakuje komórek. Potworniak się z komórek pluripotencjalnych wywodzi.

Klep!

P.S. Koleżanko śniąca – piąteczka jest, a Biblioteki niet? Jak to tak? Pora się przyzwyczaić do nowego statusu;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Jeszcze się nie przyzwyczaiłam :) Ale już nadganiam :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No cóż, a ja mam nieco mieszane uczucia. Tekst jest rzeczywiście wciągający, pomysł ciekawy, chociaż w swojej istocie nienowy (co nie jest zarzutem), tekst napisany jest warsztatowo bardzo porządnie. Wydaje mi się jedynie, że źle odmieniasz imię Jeremy.

Mam wątpliwości co do wpuszczenia na rynek komór. Weszły na rynek, a nikt nie wie, jak działają? Wątpię, że to by przeszło. To znaczy – rozumiem, że producent może kłamać, ukrywać niewygodne fakty. Ale chyba przynajmniej by udawał, a nie uznał – dajemy Wam coś, ale nie powiemy, na jakiej zasadzie to działa, i kropka.

Zgadzam się z poprzednikami, że początek nie jest zbyt wciągający, ale historia się rozwija.

Mam też wrażenie, że część faktów wprowadzono zbyt łopatologicznie – głównie chodzi mi tu o ostatnie nagranie Margaret. To fabularnie trochę pójście na łatwiznę – po co się wysilać, by informacje przemycić w tekście (nawet pozostawiając trochę niedopowiedzeń) skoro wystarczy na koniec walnąć wykład? ;) Ale też o takie drobiazgi jak ta synestezja – jak czytelnik nie wie, to sobie sprawdzi jedno z kluczowych dla tekstu słów, nie trzeba serwować mu encyklopedycznej definicji.

Mam też wrażenie, że Annette zdecydowanie za szybko i za łatwo przełamała nieufność Margaret.

I nie rozumiem tego: Niewątpliwie promieniowanie Sagittariusa wywołało u A. uszkodzenie gamet. Widoczne efekty pokrywają się z tym, co obserwowaliśmy u zwierząt w komorze. – Ojciec wiedział, jak reagowały zwierzęta w komorze, a mimo to eksperymentował z córką w prototypie?

 

To tyle uwag, bo w sumie przeczytałam z zainteresowaniem.

Przykro mi, ale nie zmieniłem zdania o tekście. Wyjątkowość tajemniczego promieniowania – tylko jedno źródło? – postawa ojca wobec córki – świadome wystawienie jej na promieniowanie pomimo wiedzy o szkodliwym odziaływaniu może być zrozumiane (ale nie usprawiedliwione!) w przypadku osoby obcej, ale nie wobec najbliższej – i powierzchowne potraktowanie motywu amoralnego postępowania wielkich firm sprawiają, że opowiadanie może być jedynie wprawką przed napisaniem obszerniejszej, tematycznie pogłębionej wersji. Dlatego nie poprę nominacji do piórka.

Mnie tekst nie przekonał. Widać, że jest pomysł na intrygę – jak się wydaje – całkiem fajny. Zawodzi jednak wykonanie. Tak naprawdę wszystkie ciekawe wydarzenia dzieją się w przeszłości i trafiają do czytelnika w narratorskim referacie, co jest czytelniczo zwyczajnie mało atrakcyjne. Intryga nadto nie jest stopniowo rozwijana, by zbudować napięcie, a zostaje wyłożona w tym bloku zapisanym kursywą. 

I po co to było?

Dziękuję tak za wprowadzenie tekstu do Biblioteki, jak i za wszystkie opinie, szczególnie te wskazujące niedociągnięcia, czy wręcz poważne uchybienia w prowadzeniu fabuły.

@AlexFagus: Myślę, że skrót myślowy typu “rak atakuje” jest do zaakceptowania, niemniej, aspirując do hard science-fiction, czuję się zobowiązany do zachowania stosownej nomenklatury. Poprawiłem.

@ocha: Poprawiłem odmianę imienia Jeremy.

Zgadzam się, że postępowania ojca jest mało wiarygodne. Powinienem założyć (i uwypuklić to w tekście), że dopiero po wprowadzeniu Annette do komory dowiedział o się negatywnych skutkach działania urządzenia. Również lobbing TransBrainu można by przedstawić w bardziej racjonalny sposób.

Cieszę się, że doceniacie pomysł na intrygę na tyle, że proponujecie jego rozwinięcie. Rozumiem zarzuty o łopatologię – pierwotnie opowiadanie miało być prawie afabularne i mieć postać wywodu naukowego, szybko doszedłem jednak do wniosku, że w takiej formie to już nikt by nie chciał tego czytać.

Przy następnym opowiadaniu postaram się zadbać o ciekawszy początek i unikanie skrótów takich jak opowiadanie Margaret.

Nowa Fantastyka