- Opowiadanie: Karamala - Doznania punktowe

Doznania punktowe

Mój mąż, po prze­czy­ta­niu tego tek­stu po­wie­dział: “Nie zda­wa­łem sobie spra­wy z tego, że je­steś aż tak ro­man­tycz­na”. Do tej pory nie je­stem pewna, czy to była iro­nia, czy też wręcz prze­ciw­nie...

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Doznania punktowe

– Pro­szę usiąść wy­god­nie i się od­prę­żyć. Po­dróż po­trwa od dwóch do sze­ściu go­dzin.

Słowa, wy­po­wie­dzia­ne mięk­kim, ak­sa­mit­nym, ko­bie­cym gło­sem, dla Ibra­hi­ma brzmia­ły dziw­nie zna­jo­mo. Gdyby bo­wiem nieco spły­cić od­dech, po­głę­bić ton i za­stą­pić twar­de r, takim fran­cu­skim, mięk­kim, nieco znie­kształ­co­nym wro­dzo­ną wadą wy­mo­wy…tembr nie­mal zbli­żył­by się do brzmie­nia tam­te­go głosu.

Na­tych­miast po­ja­wił się stary, znany mu aż na­zbyt do­brze od­ruch wa­run­ko­wy. W oko­li­cach pod­brzu­sza po­czuł upo­rczy­we, peł­za­ją­ce, upar­te mro­wie­nie, wy­wo­ły­wa­ne za­wsze przez grupę bodź­ców, okre­śla­nych przez niego zło­śli­wie kryp­to­ni­mem. Nelly.

– To już dwa­na­ście lat – po­my­ślał.

Nie wi­dział jej dwa­na­ście lat. Nie sły­szał jej dwa­na­ście lat. Już dwa­na­ście lat nie czuł na ustach sub­tel­ne­go drga­nia, które za­czy­na­ło się tym jed­nym, in­ten­syw­nym im­pul­sem, wę­dru­ją­cym po obrze­żach warg.

Dwa­na­ście lat.

Wy­da­wa­ło by się, że to wy­star­cza­ją­co długo, by na­uczyć się w miarę spo­koj­nie zno­sić wietrz­ną po­go­dę. Na­le­ża­ło­by wresz­cie za­cząć ro­zu­mieć, że tylko tam­ten wiatr był na tyle pre­cy­zyj­ny, by skie­ro­wać jej kru­czo­czar­ne ko­smy­ki do­kład­nie na jego twarz, i jed­no­cze­śnie wy­star­cza­ją­co dys­kret­ny, by nie za­brać im ich za­pa­chu.

Dwa­na­ście lat.

Przez ten czas po­wie­trze ani razu nie za­dźwię­cza­ło tak, jak wtedy; po­cząt­ko­wo de­li­kat­nie i har­mo­nij­nie, po chwi­li in­ten­syw­nie, gło­śno, nar­ko­tycz­nie i upoj­nie…

Ibra­him po­czuł dreszcz i wy­bu­dził się z pół­snu. Szyb­ko od­pę­dził ku­szą­cą wizję. Nie, nie dla­te­go, że nie była przy­jem­na. Prze­ko­ny­wał się jed­nak aż na­zbyt wiele razy, że nie­któ­re miłe wspo­mnie­nia by­naj­mniej nie bu­du­ją we­wnętrz­nej har­mo­nii i szczę­ścia.

Po­sta­no­wił sko­rzy­stać z jed­ne­go z na­po­jów ser­wo­wa­nych przez sta­tek, wy­ko­nu­ją­cy stan­dar­do­wy lot w ra­mach li­cen­cji Mię­dzy­ga­lak­tycz­nej Kom­pa­nii Prze­wo­zo­wej.

A co mi tam – po­my­ślał – ten jeden raz mogę po­czuć się jak prze­cięt­ny po­dróż­nik, po­zwo­lić sobie po pro­stu na… roz­ko­szo­wa­nie się chwi­lą…

 Słowo "prze­cięt­ny" nie do końca do niego pa­so­wa­ło. Trud­no było w ten spo­sób zde­fi­nio­wać osobę z jego po­cho­dze­niem, ma­jąt­kiem i ży­cio­ry­sem. Sta­tek, któ­rym po­dró­żo­wał, na­le­żał do niego. Wraz ze swoim obec­nym te­ściem był współ­wła­ści­cie­lem firmy, zaj­mu­ją­cej się pro­duk­cją wszyst­kich nar­ko­tycz­nych na­po­jów, ser­wo­wa­nych na tym po­kła­dzie.

Naj­praw­do­po­dob­niej pod wpły­wem moc­nej, nie­biań­sko roz­kosz­nej mie­szan­ki Ja­fa­zi (oczy­wi­ście w wer­sji de luxe), udało mu się osią­gnąć stan, na­zy­wa­ny przez niego za­baw­nie de­con­tract – zu­peł­ny, to­tal­ny luz. Trze­ba przy­znać, uczu­cie ni­cze­go sobie. Kiedy ostat­nio mu się to przy­tra­fi­ło? Dawno. Nie­po­ko­ją­co dawno jak na kogoś, kto po­siadł tech­ni­ki, za po­mo­cą któ­rych mógł­by czuć się tak bosko bez trudu, na za­wo­ła­nie, kiedy tylko ze­chce. I to bez wspo­ma­ga­czy.

W le­tar­gu ob­ser­wo­wał tak do­brze znaną mu pracę Pi­lo­ta i Wy­bu­dzi­cie­la. Są­dząc z za­po­wie­dzia­nej dłu­go­ści lotu i jego prze­wi­dy­wa­nej od­le­gło­ści, Pilot po­sia­dał śred­ni po­ziom kla­sy­fi­ka­cji.

Może być – po­my­ślał. Wy­star­czy. Wy­star­czy, by prze­być ponad tysiąc dwieście lat świetl­nych w za­po­wia­da­nym cza­sie.

Za­ło­ga po­zwo­li­ła mu zo­stać pod­czas lotu w kok­pi­cie. W końcu kie­dyś był jed­nym z nich. Człon­kiem Za­ko­nu. Zresz­tą, ofi­cjal­nie nigdy nie zo­stał wy­klu­czo­ny. Mu­siał­by po­peł­nić jeden z czy­nów za­ka­za­nych. Tego nie zro­bił, a ni­ko­go nie wy­rzu­ca­ją za to, że już nie może…

Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, Ibra­him ob­ser­wo­wał, jak Pilot siada przed ide­al­nie gład­kim, lśnią­cym pul­pi­tem na­wi­ga­cyj­nym, zbu­do­wa­nym z naj­tward­sze­go prze­wod­ni­ka we Wszech­świe­cie, alo­tro­po­wej Gra­fi­to­spa­dzi.

– Gra­fi­to­wa Dama – po­my­ślał. Ko­chan­ka wszyst­kich człon­ków Za­ko­nu, ko­biet i męż­czyzn, sta­rych i mło­dych. Nie je­dy­na, ale na pewno naj­waż­niej­sza. Ma­te­riał, z któ­re­go zbu­do­wa­ny jest naj­cu­dow­niej­szy na świe­cie „pul­pit ste­ro­wa­nia”. Za jego po­śred­nic­twem ci, któ­rzy byli tego godni, mieli moż­li­wość na­giąć układ cza­so­prze­strzen­ny, po­łą­czyć dwa punk­ty, tak by sta­tek do­słow­nie znik­nął z miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wał, i po­ja­wił się tam, gdzie za­mie­rzał do­trzeć. Jed­no­cze­śnie. No, pra­wie. Za­wsze zda­rzał się mar­gi­nes błędu – pro­sta prze­kład­nia po­zio­mu umie­jęt­no­ści Pi­lo­ta. Stąd ten prze­dział cza­so­wy – od dwóch do sze­ściu go­dzin.

Roz­le­ni­wio­ny po­dróż­nik nie spusz­czał oka z kie­ru­ją­ce­go. Tym­cza­sem na­wi­ga­tor za­czął piesz­czo­tli­wie do­ty­kać ide­al­nie gład­kiej, ciem­nej, połyskujące metalicznie tafli. Mu­skał ją de­li­kat­nie, po czym, z obawą, ale jed­nak zde­cy­do­wa­nie, po­ło­żył na niej całą po­wierzch­nię dłoni.

Ibra­him z au­top­sji wie­dział, że teraz Pilot wkro­czył w naj­waż­niej­szą fazę. Zwy­kle roz­po­czy­na­ła się po­spo­li­tą me­dy­ta­cją. Za­pew­ne z tym celu na­wi­ga­tor naj­pierw za­mknął oczy, a potem stop­nio­wo spo­wal­niał i po­głę­biał od­dech.

Potem wcho­dzi się w etap, w któ­rym zwy­kły spo­kój już nie wy­star­cza, trze­ba za­sto­so­wać tech­ni­ki z wyż­szej półki, te „dla wta­jem­ni­czo­nych”. Dzię­ki nim, układ ner­wo­wy kie­ru­ją­ce­go za­czy­na pra­co­wać na coraz to niż­szych czę­sto­tli­wo­ściach, naj­pierw alfa, potem beta, by przejść do bli­skie­go au­to­hip­no­zy stanu gamma. Do­pływ bodź­ców, od­bie­ra­nych przez "tra­dy­cyj­ne” zmy­sły zo­sta­je nie­mal cał­ko­wi­cie za­blo­ko­wa­ny.

Nie po raz pierw­szy Ibra­him miał oka­zję ob­ser­wo­wać pro­ces łą­cze­nia, za­wsze jed­nak na widok tego, co na­stę­po­wa­ło potem, do­sta­wał gę­siej skór­ki na całym ciele. Jesz­cze przed chwi­lą nie­mal nie­moż­li­we było za­ry­so­wa­nie pul­pi­tu ste­ro­wa­nia piłą me­cha­nicz­ną o mocy pię­ciu ki­lo­wa­tów. Teraz, w od­po­wie­dzi na za­pro­sze­nie Pi­lo­ta, kon­sy­sten­cja ide­al­nie gład­kiej tafli zmie­nia­ła się. Pod wpły­wem cię­ża­ru dłoni mię­kła za­czy­na­ła się wy­gi­nać, do­pa­so­wy­wać, sma­ko­wać ich struk­tu­rę.

Gra­fi­to­wa Dama odkry­wa­ła sie­bie. Dło­nie na­le­ża­ły do no­si­cie­la in­for­ma­cji, słod­kie­go, peł­ne­go mi­ło­ści źró­dła przy­jem­no­ści. Mu­sia­ły na­le­żeć do kogoś ta­kie­go, ina­czej nie do­szło­by do ja­kich­kol­wiek zmian. A tak, po chwi­li, dło­nie na­wi­ga­to­ra do­słow­nie cał­ko­wi­cie się w niej za­nu­rzy­ły. Wpu­ści­ła go za­chłan­nie i bez ja­kich­kol­wiek opo­rów. To, co dzia­ło się z Pi­lo­tem dalej na­le­ża­ło do naj­bar­dziej in­tym­nych, oso­bi­stych prze­żyć. An­ga­żu­ją­cych wszyst­kie zmy­sły, te po­wszech­nie znane, oraz te ukry­te. To było za­wsze bar­dzo in­dy­wi­du­al­ne, wy­czer­pu­ją­ce do­świad­cze­nie, o któ­rym się nie roz­ma­wia. Co do za­sa­dy.

Ibra­him aż nadto do­brze wie­dział, jak to jest, kiedy Gra­fi­to­wa Dama nie re­agu­je. Pa­mię­tał swoje po­cząt­ki w Za­ko­nie. Nic mu nie wy­cho­dzi­ło. Nie po­tra­fił zna­leźć na nią spo­so­bu. Ja­kie­goś wy­try­chu. Tak było przez pierw­szy rok szko­le­nia. Inni prze­cho­dzi­li na ko­lej­ne po­zio­my, a do niego za­czy­na­ły coraz czę­ściej do­cie­rać sy­gna­ły, iż być może po­wi­nien po­szu­kać in­ne­go spo­so­bu na życie.

Wtedy po­sta­wił wszyst­ko na jedną kartę. Zła­mał pod­sta­wo­wą za­sa­dę: nie uza­leż­niaj pro­ce­su łą­cze­nia z ja­kim­kol­wiek atry­bu­tem ludz­kim, z ni­czym kon­kret­nym i nie­trwa­łym. In­spi­ra­cja, wi­zu­ali­za­cja musi od­no­sić się do cze­goś uni­wer­sal­ne­go, ta­kie­go jak po­ry­wa­ją­ca idea, pro­wo­ka­cyj­ne­ dzie­ło sztu­ki, uczu­cie zwy­cię­stwa w ry­wa­li­za­cji spor­to­wej… Czegoś, co ma to do siebie, że nie ginie, nie da się tego łatwo zniszczyć, nie umiera, nie odchodzi…

Kie­dyś Terry, kum­pel ze sta­rych cza­sów, po wy­słu­cha­niu jego wszyst­kich żalów, po­wie­dział mu przy piwie: „Po­trak­tuj ją po pro­stu jak ko­bie­tę”.

Ibra­him żach­nął się. Nie można było ta­kiej spra­wy po­rów­ny­wać do ko­biet. Te, które wtedy mie­wał. To były… dupy? Tak, teraz może sobie po­zwo­lić na takie okre­śle­nie. Już nie musi żyć w tak wiel­kim, mo­ral­nym re­żi­mie. Z tam­ty­mi ko­bie­ta­mi łą­czył go tylko seks. Byle jaki. Nie­sta­ran­ny. Za­wsze krót­ki. Dziw­ne, ale one za­wsze, ofi­cjal­nie, były bar­dzo za­do­wo­lo­ne. Na pewno pre­zen­ty, które od niego do­sta­wa­ły, w dość istot­ny spo­sób re­kom­pen­so­wa­ły jego brak za­an­ga­żo­wa­nia.

Ale nad­szedł dzień, kiedy Ibra­him nie miał wyj­ścia, nie mógł już dłu­żej cze­kać. To miał być dzień osta­tecz­nej próby. Je­że­li nie zdo­łał­by na­wią­zać kon­tak­tu z gra­fi­to­wą taflą, mu­siał­by osta­tecz­nie po­że­gnać się z pre­sti­żo­wym szko­le­niem. Z przy­na­leż­no­ścią do naj­bar­dziej eli­tar­nej z elit we Wszech­świe­cie.

Dużo w niego za­in­we­sto­wa­li, mimo wszyst­ko sporo po­tra­fił, więc oka­za­li ła­ska­wość i za­pro­po­no­wa­li mu al­ter­na­ty­wę: szko­le­nie na re­kru­te­ra – łowcy ta­len­tów. Wstęp­ne­go se­lek­cjo­ne­ra przy­szłych człon­ków Za­ko­nu. Dla wielu byłby to za­szczyt, ale on, oso­bi­ście, ode­brał to jak de­kla­sa­cję, wręcz ob­ra­zę. Nie mógł na to po­zwo­lić. Do domu też wró­cić nie po­tra­fił. Za długo prze­by­wał w spo­łecz­no­ści In­tu­icyj­nych, by for­tu­na jego ojca i po­zy­cja jaką dzię­ki niej zaj­mo­wał w drob­no­miesz­czań­skim śro­do­wi­sku, mo­gła­by mu w ja­ki­kol­wiek spo­sób wy­star­czać.

Za­ry­zy­ko­wał. Uwa­run­ko­wał się od kon­kre­tu … czyli od ko­bie­ty. Prze­niósł to, co czuł ostat­niej nocy ze swoją ostat­nią ko­chan­ką na Wiel­ką Damę. Po­mo­gło. Gra­fi­to­wa Lady za­re­ago­wa­ła na niego. Wy­czu­ła go. Ale nic wię­cej.

Wy­star­czy­ło jed­nak na to, by go nie wy­rzu­ci­li. Od­blo­ko­wał się, co po­zwo­li­ło mu na po­wol­ne, pełne mo­zo­łu zdo­by­wa­nie ko­lej­nych wta­jem­ni­czeń. Wszyst­ko za­czy­na­ło się jakoś ukła­dać.

A potem po­znał Nelly… Słod­ka Nelly. Miała taki uro­cze za­głę­bie­nie, tuż pod linią oboj­czy­ka, przy pra­wym ra­mie­niu. Uwiel­biał je. Wszyst­ko w niej uwiel­biał, ale to… było JEGO miej­sce. Za­wsze, kiedy chciał się ko­chać, za­czy­nał od po­ca­łun­ku tego cu­dow­ne­go punk­tu…Czule…

A ona wpla­ta­ła ręce w jego włosy i przy­cią­ga­ła go do sie­bie. Nie­rzad­ko, był to je­dy­ny, na­praw­dę de­li­kat­ny ele­ment ich wspól­nej gry. Lu­bi­ła mocną za­ba­wę… Żelazny uścisk, gwał­tow­ny prze­wrót na brzuch. Nie osią­gnę­ła or­ga­zmu, jeśli nie wziął jej gwał­tow­nie od tyłu i nie ugryzł w tej po­zy­cji w ucho…

Ciało Nelly było wprost stwo­rzo­ne dla niego, pła­ski brzuch, dłu­gie, lekko umię­śnio­ne nogi, za­ci­ska­ją­ce się na jego wą­skich bio­drach w mo­men­cie, gdy szczy­to­wał. Ro­zu­mie­li się do­sko­na­le. Za­brzmi to dziw­nie, ale to z nią, i tylko z nią czuł się bez­piecz­nie. Po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Nie zda­wał sobie spra­wy z tego, że cho­dzi­ło tak na­praw­dę o to… wresz­cie mógł, bez ja­kich­kol­wiek obaw, ujaw­nić komuś wszyst­kie swoje fan­ta­zje i pra­gnie­nia. Ba, bar­dzo czę­sto do­cho­dzi­ło do ich re­ali­za­cji!

Mieli taką jedną, ulu­bio­ną za­ba­wę. Sto­so­wa­li ją rzad­ko, mocno uwa­ża­jąc, by im nie spo­wsze­dnia­ła. Poza tym, nawet przy jej upodo­ba­niach, po wszyst­kim… skut­ki tych igra­szek oka­zy­wa­ły się dość bo­le­sne. Naj­pierw do­pro­wa­dzał ją do szału, etapu, w któ­rym sze­ro­ko roz­sta­wio­ne nogi i lekko unie­sio­ne bio­dra na­tar­czy­wie do­ma­ga­ły się kon­ty­nu­acji. A potem brał do ręki cien­ki sto­żek, na tyle ostry, by za­pew­niał punk­to­we do­zna­nia, i na tyle de­li­kat­ny, by nie po­ciąć cienkiej skór­ki w miej­scu, sta­no­wią­cym serce każ­dej ko­bie­ty. Tak je na­zy­wał. Moje serce, ser­dusz­ko. Cho­ciaż po­cząt­ki tego sko­ja­rze­nia do gu­stow­nych ra­czej nie na­le­ża­ły. Jego oj­ciec miał bo­wiem zwy­czaj ma­wiać zde­cy­do­wa­nie za czę­sto: „Synku, nieważne są nogi, ważne serce, które znaj­du­je się mię­dzy nimi…”.

Ibra­him roz­po­czy­nał za­ba­wę od obrze­ży… naj­pierw nawet sta­rał się być de­li­kat­ny, uwa­żał gdyż po­wie­dzia­ła mu raz, że po­cząt­ko­wo od­czu­cie bólu tłumi roz­kosz. Każde ukłu­cie po­wo­do­wa­ło, że jej ciałem wstrząsał dreszcz. A on sam stop­nio­wo prze­cho­dził do bo­skie­go środ­ka. Cen­trum Wszech­świa­ta Zmy­słów. Słod­ka Nelly wpa­da­ła w szał. Wiła się, bez­wol­na i ule­gła, w spa­zmach roz­ko­szy i bólu. Wie­dział o niej wszyst­ko. Pa­no­wał nad nią cał­ko­wi­cie. Była jego ko­bie­tą. Była jego dziw­ką. Na­kłu­wał w tran­sie, nigdy dwa razy w to samo miej­sce. A gdy za­czy­na­ło bra­ko­wać miej­sca, do­ty­kał środ­ka. Koń­co­wy, ochry­pły spazm wy­do­by­wał się nie z głębi gar­dła, ale z głębi jej ta­jem­ni­czej, zwi­chro­wa­nej, za­gu­bio­nej duszy.

Ro­mans w oczy­wi­sty spo­sób miał wpływ na po­zo­sta­łe sfery życia. Uwa­run­ko­wał się już wcze­śniej, a utoż­sa­mie­nie sa­me­go pro­ce­su łą­cze­nia z Nelly od­by­ło się nie­mal au­to­ma­tycz­nie. Już bez żad­nych opo­rów uza­leż­nił swoją tech­ni­kę od tej jed­nej, je­dy­nej…

Nie to, żeby mu się to nie opła­ca­ło. Z na­wi­ga­to­ra  niż­szych warstw klasy śred­niej stał się ge­niu­szem. Jed­nym z naj­lep­szych Pi­lo­tów. Do­kład­nym. Pre­cy­zyj­nym. Wy­daj­nym. Wy­trzy­ma­łym. Zdy­scy­pli­no­wa­nym. Był w sta­nie, nawet kilka razy w ty­go­dniu, prze­kra­czać czas i prze­strzeń. Mknął bez­czel­nie w ta­jem­ni­czych, prze­past­nych struk­tu­rach Wszech­świa­ta lub, jak kto woli, swo­je­go Umy­słu. Roz­ko­szo­wał się prze­pięk­nym wi­do­kiem po­ły­sku­ją­cych sre­brzy­stym świa­tłem, prze­pla­ta­ją­cych się wza­jem­nie, linii cza­so­prze­strze­ni. Za­wi­ro­wa­nia. Od­by­wał po­dróż w nie­skoń­czo­ność po­przez nie­skoń­czo­ność. Bło­gość trans­cen­den­tal­na. Gdzieś na gra­ni­cy świa­do­mo­ści, utrzy­my­wa­na dzię­ki tre­nin­go­wi myśl: mam za­da­nie. Śmiesz­ne, za­miast roz­pły­nąć się, mu­siał się ogra­ni­czać, w bez­kre­sie od­na­leźć dwa punk­ty – miej­sca po­by­tu i celu po­dró­ży. Jed­nak teraz iden­ty­fi­ka­cja linii, na któ­rych znaj­dował się statek, nie była już taka trud­na. Zbli­żyć je do sie­bie. Bła­host­ka. Roz­kosz­na igrasz­ka, za­koń­czo­na nie­mal za­wsze gwał­tow­ną eks­ta­zą.

A potem… potem stało się tak, że już nie było Nelly…

 

Koniec

Komentarze

Interesujące podejście do konkursu, oryginalne.

Interpunkcja trochę Ci kuleje.

W letargu obserwował tak dobrze znana mu pracę Pilota

Literówka.

by przebyć 1200 lat świetlnych

Liczby raczej słownie.

Każde ukłucie wywoływało powodowało,

Nadmiar.

Babska logika rządzi!

Fakt, podejście oryginalne. Mnie znużył początek, ale ja tak mam – z techniką nigdy za pan brat, dlatego nawet ubrana w formę opowieści jest dla mnie niestrawna. Ale potem było już bardzo dobrze.

Gdzieś miałaś nie ważne, a powinno być nieważne.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ciekawe podejście nie tylko do tematu konkursowego, ale, ponieważ stanowi tylko pretekst do przejścia ku zasadniczym sprawom – konkurs – na tej uwadze poprzestanę.

Nieszablonowe spełnienie warunków konkursu, pewna doza fantastyki i niezłe wykonanie sprawiły, że opowiadanie przeczytałam z przyjemnością. ;-)

 

nieco znie­kształ­co­nym wro­dzo­ną wadą wy­mo­wy tembr… – Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

za­czy­nał od po­ca­łun­ku tego cu­dow­ne­go punk­tu… Czule, … A ona wpla­ta­ła ręce… – Albo wielokropek, albo kropka. Przecinek zbędny, chyba że miało być coś, co nie zostało napisane.

 

Lu­bi­ła mocną za­ba­wę… Mocny uścisk… – Czy to celowe powtórzenie?

 

nogi, za­ci­ska­ją­ce się na jego wą­skim bio­drach… – Literówka.

 

tylko z nią czuł się bez­piecz­nie. Po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. – Czy to celowe powtórzenie?

 

Poza tym, nawet przy jej wszyst­kich upodo­ba­niach, po wszyst­kim skut­ki tych… – Powtórzenie. Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Każde ukłu­cie wy­wo­ły­wa­ło po­wo­do­wa­ło, że jej ciało prze­cho­dził dreszcz. – Dwa grzybki w barszczu?

 

A on sam top­nio­wo prze­cho­dził do bo­skie­go środ­ka. – Literówka.

 

A potem potem stało się tak, że już nie było Nelly… – Zbędna spacja przed pierwszym wielokropkiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawe i oryginalne. Ten sposób prowadzenia statku przy pomocy transu, bliskiego ekstatycznym, miłosnym uniesieniom… Bardzo fajne. Tyle że… No może jestem jakiś inny, ale miast jarać się nietuzinkowym pomysłem i podejściem do technologii Międzygwiezdnych lotów, najbardziej interesowało mnie, co się do cholery stało z Nelly, co wydarzyło się dwanaście lat temu między nią i Ibrahimem, dlaczego szlag trafił miłość, przez co najzdolniejszy pilot stracił możliwość wykonywania zawodu…

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa. Pomysł pojawił się sam, ale ubrać go w słowa – to była dopiero ciężka orka na ugorze. Tym bardziej cieszy, że został uznany za ciekawy.

Thargonie, jeśli starczy mi samozaparcia, albo pojawi się konkurs, który mnie zmotywuje, to opiszę historię Ibrahima i Nelly. Ale ich miłość nie zmieściłaby się z założonym limicie znaków…:)

Niech Wszechświat Wam błogosławi...

Przeczytałam.

Przeczytałam.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Ładnie napisany tekst. Czytało mi się całkiem przyjemnie.

 

wszystkich, narkotycznych napojów, serwowanych – niepotrzebne te przecinki

pomyślał – Wystarczy  – skoro jest duża litera, wcześniej musi być kropka

pomyślał – Kochanka wszystkich – jw, ewentualnie zlikwidować dużą literę

potem betha – beta?

 

Dzięki za odwiedziny i komentarz. Nie ma nic bardziej motywującego do dalszego pisania jak pozytywne komentarze, zwłaszcza od osób, które posiadają dużo większy ode mnie dorobek literacki (ha, ha – dla ścisłości: to jest mój drugi tekst ;). Całe życie chciałam pisać i na chceniu się kończyło. Jeśli o tą dziedzinę chodzi – to przespałam kawał czasu…

Niech Wszechświat Wam błogosławi...

No, Karamala, ja mam tylko nadzieję, że tak naprawdę to jest mały wycinek czegoś dużo większego. I że będzie nam dane to dużo większe przeczytać! :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

nazywany przez niego zabawnie decontract

Jak dla mnie tak sobie zabawnie, ale narrator wie lepiej ;P

 

Chyba beta a nie betha?

 

Grafitowa Dama okrywała siebie.  

tam miało być okrywała czy odkrywała?

 

A potem brał do ręki cienki stożek

nie napisałaś z czego był zrobiony ten stożek i czytelnik nie wie :P wyobrażam sobie szkło

 

na tyle delikatny, by nie pociąć delikatnej skórki w miejscu,

powtórzenie

 

 Jego ojciec miał bowiem zwyczaj mawiać zdecydowanie za często: „Synku, nieważne są nogi, ważne serce, które znajduje się między nimi…”.

Jestem ciekaw jak często ojciec powtarzał mu te słowa

 

Porównanie pewnego punktu z serduszkiem dość dziwaczne jak na mój konserwatywny gust ;-) Plus należy ci się na pewno za pomysł i wyobraźnię, ale niektóre rzeczy najchętniej bym pozmieniał :D np w: Była jego kobietą. Była jego dziwką. – zamieniłbym dziwkę na własność. Z drugiej strony sfera seksualności jest na tyle osobista, że również poszczególne słowa mogą zupełnie co innego znaczyć dla autora i odbiorcy. 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nevazie, wnioskuję, że jesteś raczej delikatnie zdegustowany. Pozwolę sobie nawet postawić wstępną diagnozę dotyczącą przyczyny takiego stanu. Po stylu i charakterze twojego opowiadania można zgadywać, że nie należysz do typu facetów, do którego należy mój bohater: lekko pyszałkowaty, skoncentrowany na sobie, bardzo, bardzo szowinistyczny. Przynajmniej na początku.

To taki mój eksperyment myślowy – co może się stać z tego typu facetem, jeśli na swojej drodze spotka kobietę, która stanie się dla niego ważna…

Dzięki za komentarz i uwagę.

Niech Wszechświat Wam błogosławi...

Ha, a może właśnie jestem i dlatego mnie razi ;) ? Trudno po kilku zdaniach wystukanych przez Internet rozgryźć obcego człowieka, nawet gdy chodzi o stworzenie tak proste jak facet.

 

Twój wniosek o moich wrażeniach poszedł trochę zbyt daleko. Zobaczyłem w tekście aspekty które spodobały mi się bardziej i inne, które nie wywołały już tyle entuzjazmu.

Jeśli mogę coś doradzić – eksperymentuj dalej. Pisanie to niedrogie hobby, a nigdy nie wiesz kiedy stworzysz prawdziwe arcydzieło :)

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Hej ho, kropek sto.

 

. (I came, I saw, I read)

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ciekawa koncepcja, rozwinięta w ciekawy sposób. Erotyka widoczna, ale nienachalna, co bardzo się chwali. Ode mnie duży plus.

No więc tak: generalnie bardzo fajnie. Napisane raz, że porządnie, dwa że naprawdę ładnie. Ot, się czytało a nie brnęło przez opowiadanie, choć Sci-Fi to nie moja bajuszka. Wolę dziewice i smoki (w tej właśnie kolejności).

Fabularnie, prawdę mówiąc, nic mi nie urwało, ale pomysł na fantastykę; takie zmieszanie Sci-Fi z jednak Fantsy, dosyć niesztampowy, ale jednak zdał egzamin. Co prawda bardziej jako jeden z elementów świata przedstawionego niż jego fundament, niemniej jednak, jak na tak krótką scenkę z życia jednego Pilota, wystarczy w zupełności.

Erotyka też in plus.

Co tu dużo gadać, przyjemnie się Ciebie czyta.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Bardzo oryginalny tekst i podobał mi się. Trochę jest może niedopracowany, ale i tak nie przeszkadza w czytaniu. Nie jestem wielkim fanem SF, ale ze względu na to, że nie jest to temat przewodni to jestem bardzo kontent. :)

Erotyka bardzo ładnie wpleciona w opowiadanie. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Czas na cos więcej niż tylko zdawkowe: “Loco”.

 

Przede wszystkim, bardoz oryginalna, porywająca wizja – pilot międzygwiezdny, który łamie zasady, dobrowolnie uzależniając swoje efekty od erotycznego, głeboko emocjonalnego skojarzenia z jedną kobietą. Ogrom ryzyka (wszak kobiety przychodza i odchodzą, niewierne diablice…), zaanagażowanie i balansowanie na krawędzi pomiędyz ufnościa w przyszłość (będziemy razem) a zwykłym materializmem (myślenie o niej daje mi wyniki tu i teraz) budują niejednoznaczny, a przy tym ciekawy obraz głównego bohatera.

 

Tak, skojarzenia z Nawigatorami z “Diuny” mam praktycznie od reki, ale ten retelling jest zdecydowanie bardzo oryginalny i wart przeczytania.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jakże przyjemie było przeczytać Twój komentarz, Fishu. Dziękuję…

 

Niech Wszechświat Ci błogosławi…

 

Przyjęłamm z ulgą (bo bałam się odbioru) i bardzo dużą przyjemnością to, że generalnie tekst został uznany za “przyjemny’, “porządnie napisany”, a pomysł oryginalny. Tym bardziej że moj język nie jest na tyle “giętki, by powiedział wszystko, co wymyśli głowa”.

 

Więc niech Wszechświat błogosławi Wam wszystkim…;)

Niech Wszechświat Wam błogosławi...

Ujęłaś mnie pomysłem, aż prosi się o rozwinięcie. Tekst mi się podobał, erotyki w sam raz, a zasady pilotowania to wisienka na torcie. Z pisaniem (ponoć) jest tak, że czym regularniej i więcej piszesz – tym lepiej wychodzi, byle by nie być zamkniętym na sugestie.:) Więc pisz, bo masz ciekawe pomysły!

Tak, pomysł zdecydowanie oryginalny, przynajmniej dla mnie, bo ja Diuny nie czytałam. Warsztat jeszcze kuleje, ale – jak mówią mędrcy – ćwiczenie czyni mistrza.

A za pomysł masz ode mnie punkt :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Dziękuję dziewczynom.

Rooms, Emelkali – uskrzydliłyście mnie.

Ale pojęłam przesłanie – trzeba wziąć się d roboty…

Na początek muszę dopracować zapis dialogów – bo podczas pisania jest to dla mnie kwestia wyłącznie uznaniowa. Niestety.

Jednocześnie jestem otwarta na pozostałe sugestie dotyczące tego nad czym by tu jeszcze popracować;)))

Niech Wszechświat Wam błogosławi...

Zatonąłem i tak sobie opadałem, i opadałem w głąb opowiadania aż się skończyło. More!

Bardzo lubię taką narrację.

Masz mój głosik. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Och, ach, ech! Zalth, nawet nie wiesz, jak miło czyta się takie komentarze. A do tego wydobyłeś moje opowiadanie z zapomnienia, ożywiłeś duchy tam mieszkające.

Dzięki Tobie wzięłam się za pisanie ciągu dalszego. Dzięki, bardzo wielkie dzięki, za punkcik również.

Niech Wszechświat Wam błogosławi...

A któż to dał mi ostatniego, piątego punkcisza? Dziękuję.

Niech Wszechświat Wam błogosławi...

Nowa Fantastyka