- Opowiadanie: Mróz - Sceny z 20XX roku: Lisz

Sceny z 20XX roku: Lisz

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Sceny z 20XX roku: Lisz

– Mamy kolejnego!

Porucznik Fargo, lat trzydzieści pięć, żonaty, dwójka dzieci, w tym jeden klon, dom na przedmieściach, miłośnik boksu, oderwał wzrok od ekranu komputera. W drzwiach stał młody aspirant Droniewski, lat dwadzieścia pięć, kawaler, esportowiec, spłaca kredyt, uwielbia kawę, i entuzjastycznie machał służbowym tabletem.

– Blisko? – spytał Fargo, zamykając sesję i zrywając się z fotela.

– Tuż za miastem, wyrobimy się w pół godziny. Przesłałem dane na pana terminal.

– Świetnie. Weź szperacze i radiowóz, spotkamy się na parkingu.

Aspirant uśmiechnął się pod wąsem, zasalutował niedbale i odszedł. Fargo podniósł tablet i połączywszy się z sądem wystosował prośbę o nakaz. Dopiero potem sprawdził e-tekę ducha, którego wyłowił Droniewski. Niejaki Adam Sfornier, lat czterdzieści cztery, programista. Kilka linijek absolutnie podstawowych informacji, które każdy nosił w dokumentach tożsamości. Nic poza tym, nawet śladu biometrycznego. Duch jak się patrzy.

Porucznik narzucił płaszcz i wychodząc rzucił okiem na tablicę na ścianie. Dwanaście duchów w ostatnim kwartale. Czterech prowadziło nielegalne interesy. Jeden był dewiantem. Pozostali zacierali ślady po nieudanych związkach bądź uciekali przed groźbą nałożenia alimentów. Wszystkim wszczepiono markery, które nieustannie śledziły poczynania w życiu i sieci. I od razu stali się praworządnymi obywatelami. Tak, człowiek działa daleko uczciwiej gdy ma świadomość, że wszystko co robi jest na widoku publicznym.

Nisko zawieszone chmury odbijały żółte światła miasta. Fargo wyszedł przed posterunek, gdzie czekał już błękitny Tesla z Droniewskim za kółkiem. Na tylnych siedzeniach, za kratką, rysowały się patykowate kształty robotów-szperaczy. Porucznik zajął swoje miejsce i radiowóz pomknął w miasto na sygnale.

– Tak w ogóle, to gratuluję, szefie, – zagadał aspirant, – Pana syn dostał się wczoraj do szkoły dla wybitnych mózgów, i to z najlepszym wynikiem!

– Włożyłem w niego tyle pieniędzy, że zdziwiłbym się, gdyby tak się nie stało. – odparł obojętnie Fargo, wpatrzony w ekran komputera.

– Nie cieszy się pan?

– A nie widać? Ach, no tak.

Szybkim ruchem dłoni otworzył nowe okno, znalazł publiczny profil syna i wrzucił komentarz. “Dobra robota, jestem naprawdę dumny.”. I niemal od razu pojawiła się odpowiedź. “Dzięki, tato.”.

– Wie pan, coraz bardziej się przekonuję do tego całego klonowania i wychowania samego siebie.

– Ach, tak? A byłeś przeciw?

– Rodzice są dość staroświeccy, wie pan, no i wierzący, – rzekł jakby zawstydzony, – Dla nich to pomiot szatana, czy coś w tym rodzaju. Ale ja tam widzę dużo plusów. Tylko koszty wysokie…

– Pracuj, zbierz awans, to i będzie cię stać, – rzekł od niechcenia porucznik, – Ale wracając do sprawy, jak go znalazłeś?

– Tego Sforniera? Gość myślał, że jest sprytny, używając kilku różnych języków i aliasów. Sporo agituje na portalach odłączeniowych. Ale chyba nie wiedział, że wypowiedzi można badać jak linie papilarne. Spydrone znalazł powtarzające się wzory gramatyczne i kalki językowe. Wystarczyło potem zbadać źródła i voila! Gość miał więcej fikcyjnych kont, niż wszystkie duchy z ostatniego pół roku!

Fargo obejrzał się z gniewnym zdumieniem.

– Dopiero teraz mi to mówisz? Ja pierd… – chwycił mikrofon radia, – Tu Fargo, jedziemy do klienta, potencjalny Lisz. Przyślijcie wsparcie.

– Lisze są aż tak groźne, szefie?

– Pracujesz dopiero rok i jeszcze żadnego nie widziałeś. To niebezpieczne typy. Zwykły duch się po prostu ukrywa, boi się wstydu, wyśmiania czy innych kłopotów społecznych. Lisz to co innego. Są fanatykami starego porządku, jeszcze sprzed obowiązku markerowego. Nie znoszą, jak im się zadaje pytania, nie chcą dzielić się swoją wiedzą ze społeczeństwem, i zawsze mają coś do ukrycia. Gotowi są tego bronić, nawet siłą.

– Spotkał pan ich dużo, szefie?

– Wystarczająco dużo, żeby mieć się na baczności. – odparł zimno, wyciągając pistolet i sprawdzając go.

Pół godziny później trzy radiowozy zjechały z autostrady na boczną drogę, do starego osiedla z bliźniaczymi domkami. Wyglądałoby zupełnie jak wyjęte z końca dwudziestego wieku, gdyby nie stojące na podjazdach współczesne auta, przydomowe elektrownie i terminale upubliczniające przed każdą bramą.

Tesle zajechały pod numer sto ósmy. Z aut wysypali się funkcjonariusze, szperacze wyskoczyły na długich kończynach i z automatu przedarł się na podwórko, otaczając dom. Droniewski podłączył się do terminala przy furtce, inni policjanci czekali z wyciągniętą bronią.

– Tak myślałem, szefie, – obwieścił tryumfalnie aspirant, – Dane tutaj są sfabrykowane. Nasz klient ukrywał się nawet przed sąsiadami.

– A skaner?

– W środku jest jedna osoba, na parterze.

– Wchodzimy.

Jeden ze szperaczy przemaszerował do drzwi wejściowych, a za nim funkcjonariusze. Metaliczna dłoń robota zapukała. Po chwili dały się słyszeć kroki. Zamek trzasnął i przez szczelinę w drzwiach wyjrzał mały chłopiec z przestraszonym wyrazem twarzy. Policjanci opuścili broń.

– Dobly wieciól…

– Dobry wieczór, – odparł Fargo, nie wychodząc zza szperacza, – Odsuń się mały i nie ruszaj się. Jesteśmy z policji.

Sparaliżowane strachem dziecko przystanęło za progiem. Szperacz odepchnął drzwi i wtargnął do środka, tuż za nim funkcjonariusze.

– Przeszukać, – rozkazał porucznik, stając przy chłopcu i skanując jego marker tabletem – Nie bój się, Daniel. Musimy porozmawiać z twoim tatą, Adamem. Gdzie on jest?

– N… na dole…

– Piwnica, szybko!

Policjanci w mig znaleźli się u wejścia do podziemi. Szperacz wyłamał drzwi z zawiasów i stoczył się po schodach. Fargo zostawił dziecko pod okiem drugiego szperacza i podążył za pozostałymi.

Daniel odprowadzał ich wzrokiem. Gdy zniknęli z widoku, spojrzał w wyłupiaste oczy robota i uśmiechnął się.

Dwie sekundy później szperacz zesztywniał i runął jak kłoda.

Tymczasem oddział znalazł się w piwnicy, przed ciężkimi, metalowymi drzwiami jak do skarbca. Szperacz majstrował przy zamku.

– Nieźle się zabunkrował, – rzekł Droniewski, badając otoczenie skanerem, – Ściany z ołowiu i betonu, całkowicie odizolowane od świata zewnętrznego. Nic dziwnego, że wykryłem tylko dziecko.

– Tam gdzie Lisze, tam i sarkofagi, – mruknął Fargo, – Co z tymi drzwiami?

– OPERACJA W TOKU::DWANAŚCIE SEKUND DO SFORSOWANIA. – zadudnił głośnik szperacza.

– Tryb aresztowania trzeci. Broń, panowie.

Zamek puścił. Buchnęło dymem o zapachu plastiku. Podczas gdy ludzie odsunęli się, pokasłując i krztusząc się, robot otworzył drzwi i wkroczył do jasno oświetlonego pomieszczenia pełnego starej elektroniki, książek i rozmaitych drobiazgów z różnych stron świata. Pod ścianą płonęła półka, w której wnękach topiły się i skwierczały staromodne laptopy, dyski zewnętrzne i rozmaite inne nośniki danych. Szperacz zignorował pożar i skierował się do bocznego korytarza.

Fargo rzucił szybkie spojrzenie do wnętrza sarkofagu. Dopadł stojącej w kącie gaśnicy i rzucił się stłamsić płomienie. Gdy po pożarze został tylko dym, rozkazał pozostałym funkcjonariuszom wrócić na górę, a sam udał się śladem robota. Wszedł do długiego korytarza oświetlonego pojedynczą żarówką. Na końcu, w otwartych drzwiach, widział podłużny cień szperacza. Porucznik złapał oddech i podbiegł do maszyny.

Za progiem była łazienka z toaletą, umywalką i prysznicem. W brodziku, wpatrzony w ślepia szperacza, w kałuży krwi ściekającej z nadgarstków leżał mężczyzna w szlafroku. Przeniósł oczy na porucznika i uśmiechnął się blado.

– Przyszedł mnie pan aresztować? – wymamrotał.

– Przyszedłem pana stąd wyciągnąć, panie Sfornier – odparł ponuro Fargo, – Pana, i wszystko, co pan o sobie ukrywa.

– Ani kroku dalej… – syknął Sfornier, z trudem podnosząc rękę, w której trzymał małe urządzenie, – Cenię sobie swoją prywatność… nad życie, jak pan widzi. Poczeka pan, aż się wykrwawię, albo zrobi się nam bardzo, bardzo gorąco.

Fargo zadrżał. Miał przed sobą człowieka, o którym nie wiedział, czy blefuje, czy mówi prawdę. Co prawda każdy Lisz, którego spotkał do tej pory, blefował by bronić prywatności dla samej idei. By pozostać poza wglądem społeczeństwa, by nie wystawiać swoich myśli i życia na ocenę. Ale w końcu mógł trafić na takiego, który miał coś więcej na sumieniu.

– Jest pan samolubnym skurwielem, panie Sfornier, – zaryzykował, – Pan tu sobie umiera za jakieś wymysły, a na górze czeka na pana syn. Jak pan sądzi, co sobie pomyśli? Co mam mu powiedzieć? Że tata go zostawił, bo chciał być poza prawem?

– Pan się nie martwi o Daniela… – wykrztusił, – Jego przyszłość jest bezpieczna… Za to pana przeszłość, panie Fargo… niezupełnie.

Porucznik przełknął ślinę.

– Co ma pan na myśli?

Uśmiech Sforniera skrzywił się szyderczo.

– Myśli pan, że nie wiem? Markery to tylko kolejna z wielu prób sterowania masami. Oficjalnie można z dowolnego terminala sprawdzić wszystkie dane na temat dowolnej osoby. Dowiedzieć się o nich wszystkiego, czy tego chcą, czy nie. Nagle wszyscy są tacy… porządni. Szczególnie, gdy kupują sobie fałszywe dane i maskują świństwa. Ale już niedługo. W końcu każdy, kto kupuje i sprzedaje zostawia ślady. A ja wiem, jak je--

Strzał. Jeden, drugi, trzeci. Fargo dyszał. Pistolet drżał w dłoni. Policjant przez moment patrzył na wykrzywioną w złośliwym grymasie twarz, po czym pognał z powrotem wzdłuż korytarza. Wszedł do sarkofagu i zatrzymał się. Obejrzał się wkoło, na graty i spaleniznę, i na idącego za nim szperacza. Elektroniczne oczy wpatrywały się w oficera, rejestrując każdy ruch. Fargo zaśmiał się w duchu.

Na górze pozostali funkcjonariusze czekali. Droniewski siedział nad powalonym robotem, gdy porucznik pojawił się na schodach.

– Gdzie dzieciak? – sapnął Fargo. Aspirant obejrzał się zakłopotaniem.

– Zniknął. Jakimś cudem obezwładnił szperacza i poszedł sobie.

– Jak to: poszedł sobie? Wezwijcie posiłki, namierzcie go! Macie go znaleźć w tej chwili!

– Co się stało, szefie? Znalazł pan tego Lisza?

– Tak – wycedził przez zęby, – Tak, znalazłem. Chciał wszystko wysadzić, więc go zastrzeliłem. A dowody poszły z dymem. Musimy znaleźć tego dzieciaka, sprawdzić, co wie.

Nagle zapachniało swądem, i z piwnicy zaczął wydobywać się dym. Aspirant spojrzał pytająco na porucznika, ale ten gnał już w stronę radiowozu.

 

Kilka godzin później porucznik siedział z powrotem przy swoim biurku, tyłem do wejścia, z telefonem przy uchu.

– Tak, – mówił półgłosem, – Dokładnie. Szperacz numer siedemnaście przez B dwadzieścia pięć. Między siedemnastą a siedemnastą piętnaście… Ile? Dwanaście tysięcy, rozumiem. Zaraz zrobię przelew. Tak, dziękuję.

Pukanie do drzwi.

– Wejść.

– Znaleźli marker tego dzieciaka – rzekł od progu aspirant. Porucznik obejrzał się z nadzieją, którą mina Droniewskiego od razu rozwiała, – W śmietniku, sto dwadzieścia kilometrów stąd. Wyglądał, jakby dawno został wyjęty z organizmu. Musiał… – zawahał się, widząc rosnące napięcie na twarzy przełożonego, – Musiał był go nosić przy sobie, ale luzem.

– A co z sarkofagiem Sforniera?

– Strażacy odratowali trochę elektroniki ale… cóż, nie wiadomo, czy cokolwiek będzie się dało odczytać z tych starych nośników. Cholera wie, co ten Lisz tam miał. A, okazało się, że żadnych materiałów wybuchowych tam nie było. Chyba pana wrobił w samobójstwo, szefie.

Wysilił się na uśmiech, którego porucznik nie odwzajemnił.

– Teraz już i tak nic nie poradzimy. Facet nie żyje, dzieciaka nie ma, danych żadnych też. Jeśli w pozostałej części domu nic nie znajdziemy, trzeba będzie sprawę zamknąć.

– Na pewno? W takim razie zacznę sprawdzać, z kim ten gość się zadawał. Może znajdzie się paru innych.

– Może. Tak. Zrób to.

– Dobrze się pan czuje, szefie?

– Trochę się zaczadziłem dymem dzisiaj i łeb mi do tej pory pęka. Piszę raport i idę do domu.

– Okej, szefie. To do jutra.

Drzwi trzasnęły, a Fargo został sam z myślami, które nie dawały mu spokoju. I wiedział, że zostanie z nimi sam. Gdyby zechciał się nimi podzielić, nie spodobałoby się to wielu osobom. Czy tego chciał czy nie, musiał znaleźć w głowie trochę miejsca na własny sarkofag.

 

Koniec

Komentarze

Tak jak nie poruszyły mnie wcześniejsze Sceny z 20XX roku, niniejsza również nie zrobiła na mnie wrażenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poruszasz ciekawą tematykę, ale mam wrażenie, że nie dokończyłeś opowieści, poprzestałeś na scence. Nawet nie wyjaśniasz, czym właściwie jest Lisz. Ani dlaczego piszesz to dużą literą.

Robisz błędy w zapisie dialogów, interpunkcja kuleje.

W drzwiach stał młody aspirant Droniewski, lat dwadzieścia pięć, kawaler, esportowiec, spłaca kredyt, uwielbia kawę, i entuzjastycznie machał służbowym tabletem.

Esportowiec to literówka czy neologizm? Bo później nie wracasz do terminu, nie wyjaśniasz. Zazgrzytała mi zniana czasu: spłaca, uwielbia, a tu nagle; machał.

Babska logika rządzi!

Finklo, e-sportowiec to ktoś uprawiający e-sport. Dziś: zawodowy gracz komputerowy.

 

Z aut wysypali się funkcjonariusze, szperacze wyskoczyły na długich kończynach i z automatu przedarł się na podwórko, otaczając dom.

Kto i z jakiego automatu przedarł się był, otaczając całym sobą dom? :-)

 

Temat interesujący, ale jak dla mnie – podany w niezbyt ciekawy sposób.

 

Edit: Główny bohater, glina z szemranymi momentami w CV, sztampowy. Lisz, broniący prywatności za cenę samobójstwa, groteskowo niewiarygodny. Wreszcie sam publiczny dostęp do wszelkich danych, li tylko z efektem grzecznego życia i szarej strefy czyszczacej z ogólnodostępnych informacji nieciekawe  momenty – trochę mało oryginalne.

 

Odnoszę wrażenie, że publikując tutaj takie miniaturki, badasz pomysł, haczyk, olewajac chęć czytelnika do przeczytania pełnokrwistego opowiadania.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Tekst z aspiracjami do przepowiadania przyszłości? Faktem jest, że obserwowane trendy niczego wesołego nie zapowiadają, Wielki Brat może rozpanoszyć się, że hej, może w końcu zdusić, stłamsić wszelką indywidualność – ale tego lepiej nie sugerować scenką, to lepiej pokazać w pełnokrwistym opowiadaniu.

Przejrzałeś mnie na wylot, Fish. :) Następnym razem wpadnę z jakimś dłuższym tekstem.

 

Dzięki wszystkim za feedback!

Tekst ma fajne momenty i zaciekawiające elementy. Ale trochę za dużo w nim niedomówień, niezdefiniowanych pojęć, połebkowych zagrań. 

Ale coś, kurczę, w nim jest. Tylko sama nie za bardzo wiem, co.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka