- Opowiadanie: Carewna - Apokalipsa ekspres

Apokalipsa ekspres

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Apokalipsa ekspres

Dziewczyna dostała pierwsze imię w ję­zy­ku nie­wol­ni­ków. Trzy lata przed dniem, gdy wszyst­ko miało spło­nąć, upra­wia­ła swój ka­wa­łek ziemi gdzieś w Środ­ko­wym Świe­cie. Uro­dzi­ła się trzy de­ka­dy przed ter­mi­nem apo­ka­lip­sy, ale wów­czas już nieliczni znali dokładną datę końca.

Nad po­la­mi pa­no­szył się ze skow­ron­ka­mi maj. Kwitł rze­pak i nasza bohaterka ple­wi­ła wła­śnie perz, ale upał nie­zwy­czaj­ny w tej porze roku do­ku­czył jej ponad miarę, więc po­sta­no­wi­ła chwi­lę od­po­cząć. Usia­dła na ławce przed domem.

– Po­go­da zwa­rio­wa­ła – po­wie­dzia­ła z prze­ko­na­niem do le­żą­ce­go w za­schnię­tej ka­łu­ży pro­sia­ka. Lodowata woda ze studni kłuła w zęby. Wieśniaczka zmru­ży­ła oczy i spoj­rza­ła w dal. Drogą, która kie­dyś pro­wa­dzi­ła do ludzi, ktoś nad­cho­dził.

Ma­leń­ka, czar­na syl­wet­ka na tle żół­te­go pyłu po­kry­wa­ją­ce­go szosę. Wę­dro­wiec z tru­dem dro­bił chwiej­ne kroki.

– Nim tu doj­dzie, minie po­łu­dnie – rzu­ci­ła w prze­strzeń kobieta i po­szła kroić ogór­ki na chłod­nik.

Gdy kun­del oznaj­mił przy­by­cie że­bracz­ki, zupa była go­to­wa.

– Dobra pani, daj wróż­biar­ce kubek wody! – Sta­ru­cha stała przy furt­ce, wy­cią­ga­jąc drżą­ce, pla­mi­ste ręce. Ze zszarganego brzegu rękawa zwi­sa­ły strzę­py jakby pa­ję­czej nici. Cią­gnę­ły się, oplą­ty­wa­ły po­wy­krę­ca­ne stawy niby pier­ścion­ki.

– Wejdź­cie, bab­ciu – po­wie­dzia­ła gospodyni. – Tak dawno nie wi­dzia­łam dru­giej twa­rzy, a zupy dość dla nas obu.

– Dobre dziec­ko, wie, że sta­rej Po­win­no­ści le­piej słu­żył­by mie­siąc, niż słoń­ce – Wy­szcze­rzy­ła żółte zęby sta­ru­cha. – Dzię­ki za po­czę­stu­nek, ale ły­czek wody wystarczy, muszę ru­szać dalej. Przy­szło­ści nie po­wstrzy­masz. Po­słu­chaj mnie teraz, dziew­czy­no. Uli­to­wa­łaś się nade mną, za­pła­cę ci więc.

Wieśniaczka uśmiech­nę­ła się z nie­do­wie­rza­niem, pa­trząc na ob­dar­tą po­stać. Ura­żo­na, włó­czę­ga po­trzą­snę­ła głową.

– Dam ci wię­cej, niż pie­nią­dze, bo nowe imię. Odtąd na­zy­wać się bę­dziesz Wy­grań­co­wą.

Stara otar­ła mokre wargi wierz­chem dłoni, po­dra­pa­ła ku­rzaj­kę na po­licz­ku i do­da­ła:

– Na­praw dach, dziec­ko. Zima po­trwa może i ze trzy lata. A losu nie od­wró­cisz nie bru­dząc rąk krwią.

*

Ko­lej­ny prze­cho­dzień tego sa­me­go dnia – to już był tłum. Ledwo kobieta upo­ra­ła się ze wschod­nim polem i wsta­ła roz­pro­sto­wać plecy, gdy spo­strze­gła nad­cho­dzą­ce­go. Był da­le­ko, ale zbli­żał się nad­spo­dzie­wa­nie szyb­ko, jakby jed­nym kro­kiem prze­ska­ki­wał trzy metry.

Nim mogła mu się do­brze przyj­rzeć, już opie­rał się łok­cia­mi o płot z miną wła­ści­cie­la.

– Dla­cze­go nie po­czę­stu­jesz mnie obia­dem? – za­py­tał. Utkwił zie­lo­ne oczy w twarzy wieśniaczki. Miał nie­sy­me­trycz­ny, błysz­czą­cy jak por­ce­la­na uśmiech. – Jak się na­zy­wasz, śmier­tel­nicz­ko?

Ko­bie­ta za­sta­no­wi­ła się przez chwi­lę. Bar­dzo chciała przy­po­mnieć sobie swoje po­przed­nie imię, ale bez skut­ku. W końcu po­sta­no­wi­ła użyć no­we­go.

– Mówią na mnie Żona Zwy­cięz­cy. A tobie wy­star­czy kubek wody – po­wie­dzia­ła, mie­rząc męż­czy­znę kry­tycz­nym spoj­rze­niem. Wpraw­dzie na grzbie­cie miał po­pla­mio­ny i wy­tar­ty trencz, ale przebierając się za żebraka, za­po­mniał o bu­tach, w wy­pa­sto­wa­nej skó­rze od­bi­ja­ło się słoń­ce.

Obcy ro­ze­śmiał się, a brzmia­ło to jak coś, czego kobieta słu­cha­ła kie­dyś z płyt, które dawno się po­ry­so­wa­ły. Tak na­praw­dę zdo­był ją już przy „dla­cze­go”.

– Trzy­maj. Pij swoją wodę i wynoś się – po­wie­dzia­ła, po­da­jąc mu kubek.

– Masz wiel­kie łap­ska. Jak chłop, nie baba – od­parł. – Gdzie ja wi­dzia­łem takie ło­pa­ty? – Za­sta­no­wił się chwi­lę. – Ach, już wiem. W że­la­znym lesie pie­przy­łem kie­dyś ol­brzym­kę, która…

– Mia­łam kie­dyś męża, który łgał jak ty – od­cię­ła się. Obcy ją po­cią­gał i to było prze­ra­ża­ją­ce. Wsta­ła, my­śląc, że ukryje się przed intruzem w cha­cie.

– Mówię szcze­rą praw­dę.

– No wła­śnie. Ale tak, żebym nie uwie­rzy­ła. – Mimo woli przy­sta­nę­ła.

Przybysz ro­ze­śmiał się.

– “Zwycięzcowa” brzmi głupio. Wolę nazwać cię we własnym języku. W ten sposób twoje imię będzie lepiej pa­so­wać do mo­je­go. Powinno, skoro masz być ko­bie­tą tego, kto wygra wojnę.

– Wojny tu, póki co, nie było i nie bę­dzie – oświad­czy­ła ka­te­go­rycz­nie, chcąc za­koń­czyć roz­mo­wę.

– A szkoda. – Oczy przy­by­sza za­bły­sły. – Żeby zbu­do­wać nowe, trze­ba cza­sem zbu­rzyć stare. Czy nie wi­dzisz, jaki zmę­czo­ny jest wszech­świat? Słoń­ce osza­la­ło i pali upra­wy na pył, morza wsta­ją ze swo­ich leż i po­że­ra­ją wy­brze­ża, a wkrót­ce zima wy­pu­ści pół­noc­ne wia­try z za­gród i przez czter­dzie­ści mie­się­cy nie uświad­czysz cie­pła. Nawet lu­dzie mor­du­ją się na­wza­jem ty­sią­ca­mi, żeby za­koń­czyć ten przy­dłu­gi akt i po an­trak­cie otwo­rzyć ko­lej­ny. Czy cie­bie to nie prze­ra­ża?

– Nie można zwal­czyć zła złem, poza tym ka­ta­stro­fy się zda­rza­ją i nic nie po­ra­dzisz! – wy­krzyk­nę­ła z obu­rze­niem

Męż­czy­zna syk­nął, skrzy­wiw­szy się z dez­apro­ba­tą.

– Dwa kłam­stwa w jed­nym zda­niu, stać cię na wię­cej, dziew­czy­no! Primo – Za­giął pierw­szy palec – nie wal­czy­my ze złem, tylko sprzą­ta­my ba­ła­gan, jak zdzi­cza­łe pole pod „zie­leń i wo­do­spa­dy”. Se­cun­do – Do wska­zu­ją­ce­go do­łą­czył środ­ko­wy – tylko ja mogę za­koń­czyć to sza­leń­stwo, nim się roz­krę­ci na dobre. A przy­naj­mniej tak mówią.

– Niby jak? Żeby po­wstrzy­mać ka­ta­klizm, mu­siał­byś być bo­giem! – prych­nę­ła.

Z fał­szy­wą skrom­no­ścią, nie­mę­skim, za­lot­nym ru­chem po­pra­wił koł­nie­rzyk.

– Nie za­prze­czam i nie po­twier­dzam. Ale w księ­dze wieszcz­ki na­pi­sa­no, że wiecz­na zima ustą­pi tylko wtedy, jeśli oso­bi­ście po­za­bi­jam sta­rych bogów.

– Na co więc jesz­cze cze­kasz? – Od­wró­ci­ła się ple­ca­mi, mo­dląc się, by sobie po­szedł nie ro­biąc jej krzyw­dy. Naj­bar­dziej mar­twi­ło ją, że w głębi duszy mu wie­rzy­ła. – Nie po­wi­nie­neś się szy­ko­wać, czy coś?

– Wła­śnie to robię. – Uśmiech miał szer­szy od kota z Che­shi­re. – Po­trze­bu­ję mar­kie­tan­ki.

– Jak śmiesz! – krzyk­nę­ła i schwy­ciw­szy wia­dro z po­my­ja­mi, chlu­snę­ła mu pro­sto w twarz. – Precz!

Mach­nął ręką jakby od­ga­niał na­tręt­ną muchę. Brudy za­trzy­ma­ły się w po­wie­trzu i wy­pa­ro­wa­ły. Nie­zra­żo­ny, mężczyzna kon­ty­nu­ował:

– Mamy pewne trud­no­ści apro­wi­za­cyj­ne, ale po­win­ni­śmy upo­rać się z nimi naj­da­lej za trzy lata. Cho­ciaż do­sta­wy ostat­nio znacz­nie się skur­czy­ły. Cho­dzi o bu­du­lec do na­sze­go fla­go­we­go nisz­czy­cie­la. W każ­dym razie, tamci na pewno spo­dzie­wa­ją się nas naj­wcze­śniej po zimie.

– Więc tym bar­dziej po­win­ni­ście ude­rzyć z wy­prze­dze­niem! – Sama nie wie­dzia­ła, kiedy za­czę­ła mu ki­bi­co­wać. Teo­ria wy­ja­śnia­ją­ca suszę i tsu­na­mi była cał­kiem prze­ko­nu­ją­ca, kiedy to on ją tłu­ma­czył. Po­szpe­ra­ła w pa­mię­ci i za­cy­to­wa­ła: – „Zwy­cię­ża ten, kto wie, kiedy wal­czyć!”

Przy­bysz wes­tchnął.

– Wcze­śniej­szy atak byłby dobry dla obu stron, unik­nę­ło­by się cięż­kich i długich starć. Zdaje się, że we­dług sta­ru­chy ginę pierw­szy – Zro­bił ża­ło­sną minę, a jej serce ści­snę­ło się z żalu. – Im prę­dzej ude­rzy­my, tym mniej żywotów po­chło­nie ago­nia sta­re­go po­rząd­ku. Gdyby za­ata­ko­wać dziś, wzię­li­by­śmy ich nie­mal bez walki. Ale cóż zro­bić, skoro nie ma ma­te­ria­łu na burty.

– Czego po­trze­bu­jesz? – za­py­ta­ła ze łzami w oczach. Po­ka­zał jej. Długo mil­cza­ła, zanim, po­włó­cząc no­ga­mi, przy­nio­sła z szopy ob­cę­gi.

– Rwij – szep­nę­ła, wy­cią­ga­jąc ręce.

– Od­wdzię­czę się, Sygin – po­wie­dział, za­bie­ra­jąc się do pracy.

Koniec

Komentarze

Loki buduje “Naglfara”? Kłopot, Sygin jeszcze żyje…

Tak naprawdę połowę trzeba napisać od nowa. Szastasz podmiotami, że strach.

 

Tak się zastanawiałam, ryzykować i dawać podmiot domyślny w zdaniach o Sygin, czy pisać “kobieta” etc. Mówisz, że jest źle? To przeredaguję.

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

Poprawiłam sporo rzeczy, w tym te nieszczęsne podmioty domyślne. Zaraz zrobię porządek z dialogami, dzięki za zwrócenie uwagi.

 

Droga kiedyś prowadząca do ludzi – ma sugerować, że ludzie tam mieszkali, ale już nie mieszkają. Wyginęli, wynieśli się, wszystko jedno. Stąd czas przeszły.

 

Zapomniał – ma sugerować, że przebrał się za kogoś, kim nie jest.

 

Płyty – podobnie jak kot z Cheshire to celowy zabieg, mający umieścić akcję poza czasem. Będę go bronić. :D

 

“Zdobył” miało być parafrazą cytatu z filmu Jerry Maguire, pomyślę nad lepszym tłumaczeniem.

 

Teoria – tzn jego poprzednia wypowiedź w temacie.

 

Hmm, ogółem chciałam mocno nawiązać do skandynawskiego zabytku literatury, “Wieszczby Wolwy”, ale widzę, że odniesienia są za dalekie… Etymologia imienia Sygin, nawiązanie do trzyletniej zimy Fimbul, do innych, konkretnych wydarzeń Ragnaroku. 

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

Musiałaś “zabrać” tekst do edycji jak pisałam komentarz, bo diabli mi go wzięli. 

Część uwag, jak widzę, już straciło swą aktualność, ale jeszcze kilka mam. W paru miejscach masz źle zapisane dialogi, np: 

– Dobra pani, daj wróżbiarce kubek wody! – starucha stała przy furtce

Wprawdzie na grzbiecie miał poplamiony i wytarty trencz, ale zapomniał o butach, w wypastowanej skórze odbijało się słońce.

Nie pojmuję tego zdania w jego aktualnym brzmieniu. 

 

Obcy roześmiał się, a brzmiało to jak coś, czego kobieta słuchała kiedyś z płyt, które dawno się porysowały.

Do koncepcji i świata, który widzę w tekście płyty absolutnie mi nie pasują. 

 

Teoria wyjaśniająca suszę i tsunami była całkiem przekonująca, kiedy to on ją tłumaczył.

Ja nie znajduję żadnego tłumaczenia. W ogóle jak dla mnie prześlizgujesz się skrótami i musiałam się zastanawiać parę razy skąd coś się wzięło i o co chodzi. A dla kogoś nieobeznanego z nordycką mitologią to opowiadanie może być całkowicie niezrozumiałe. Tylko, czy to o to chodzi, by treść dotarła tylko do jakiejś garstki czytelników? 

 

Edycja – widzę, że jednak, chociaż teraz niewidoczny, to mój komentarz widziałaś :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Już nie będę edytować, ale odniosę się do Twoich odpowiedzi w nowym komentarzu. 

 

Droga kiedyś prowadząca do ludzi – ma sugerować, że ludzie tam mieszkali, ale już nie mieszkają. Wyginęli, wynieśli się, wszystko jedno. Stąd czas przeszły.

 

Zapomniał – ma sugerować, że przebrał się za kogoś, kim nie jest.

 

“Zdobył” miało być parafrazą cytatu z filmu Jerry Maguire, pomyślę nad lepszym tłumaczeniem.

 

Teoria – tzn jego poprzednia wypowiedź w temacie.

To wszystko sprowadza się do jednego – za dużej skrótowości. Owszem, można się domyślić o co mogło chodzić, ale – przynajmniej ja tak miałam w trakcie czytania – musiałam się przy tych konstrukcjach zatrzymać, przeczytać jeszcze raz, zastanowić. A tego nie lubię – to mi przeszkadza w lekturze, bo nie jest ona płynna. 

I jak napisałam wcześniej i co sama przyznajesz – nawiązanie jest zbyt luźne, dalekie, mgliste, by postronni (że się tak wyrażę) czytelnicy zrozumieli o czym to jest.

Plus uwaga Adama o tym, że Sygin żyje. Plus akcja poza czasem. Te elementy mi nie pasują i zaburzają całość. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki za rozbudowane uwagi, śniąca. :) Czyli wiem, nad czym mam pracować. Więcej dosłowności, mniej dalekich skojarzeń. Zabawne, że pisząc, najczęściej mam przeciwne obawy: “no przecież nie mogę kawy na ławę, bo się czytelnik zanudzi”. Wygląda na to, że sytuacja jest dokładnie odwrotna. :D

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

Kawa na ławę – nie!!! Nie aż tak. Trzeba po prostu znaleźć ten mityczny złoty środek :) Odrobina tajemnicy, niedopowiedzenia, pozostawienie pola dla wyobraźni czytelnika są jak najbardziej pożądane, ale wszystko ma swoje granice. Musisz po prostu znaleźć tę granicę dla tego konkretnego opowiadania.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Obawiam się, że nie zrozumiałam przeczytanego tekstu. :-(

 

Im prę­dzej ude­rzy­my, tym mniej żyć po­chło­nie ago­nia sta­re­go po­rząd­ku. – Życie nie występuje w liczbie mnogiej.

Może: Im prę­dzej ude­rzy­my, tym mniej żywotów po­chło­nie ago­nia sta­re­go po­rząd­ku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przykro mi, chyba rzeczywiście przeceniłam powszechną znajomość tematu. Mea culpa. :(

 

Regulatorzy: zasadniczo nie ma, ale forma liczby mnogiej występuje w języku potocznym i niektórzy uznają ją za dopuszczalną na zasadzie ususu albo celowego zabiegu.

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

Carewno, nie zauważyłam, by opowiadanie było napisane językiem potocznym. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przyznam, że też nie do końca zrozumiałem :( 

 

– Dobre dziecko, wie, że starej Powinności lepiej służyłby miesiąc, niż słońce – Wyszczerzyła żółte zęby starucha. – Nie łapię tego zdania. Ale w kwestii technicznej – skoro “wyszczerzyła” jest wielką literą, to wcześniej musi być kropka. I w zdaniu tym przed “niż” nie powinno być przecinka, bo nie wprowadza zdania podrzędnego, ani nie jest wtrąceniem czy dopowiedzeniem.

 

Dam ci więcej, niż pieniądze – tu tak samo

A losu nie odwrócisz nie brudząc rąk krwią. – brakuje przecinka przed drugim “nie”

 

Primo – Zagiął pierwszy palec – nie walczymy

Secundo – Do wskazującego dołączył środkowy – tylko ja

 

“Zagiął” i “Do” dałbym małą literą. Albo wielką i wcześniej kropki.

 

Hmmm. Koncepcja ciekawa, ale za słabo znam historię Ragnaroku (że o znaczeniu imienia bohaterki nie wspomnę), żeby wyłapać wszystkie smaczki. Ale Adam ma rację – Sygin jeszcze żyje. :-)

Nie tylko odwołujesz się aluzyjnie, ale jeszcze dużo zmieniasz – na przykład bohaterka chyba powinna tkwić przy mężu i trzymać nad nim miseczkę.

 

Babska logika rządzi!

Pies pogrzebany jest w tym, że trzeba liznąć trochę północnej mitologii, by zrozumieć ten tekst. Bez tego ze zrozumieniem trochę ciężko, tak więc nie można powiedzieć, że opowiadanie adresowane jest do wszystkich. Niemniej napisane jest przyzwoicie i można przeczytać je bez bólu, a to też się przecież liczy.

Nowa Fantastyka