- Opowiadanie: yenn_666 - Łyk pokory

Łyk pokory

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Łyk pokory

 

 

***

-Halo, halo! Proszę wstawać, już świta!- krzyczał piskliwy dziewczęcy głos. Był na tyle donośny, aby obudzić wszystkich w bliższej a nawet dalszej okolicy.

– Która godzina?– zapytała niskim, zachrypniętym głosem leżąca pod pierzyną kobieta.

-Oho! Zaraz będzie siódma! Sama panienka chciała, żeby ją obudzić rano, bo jej się spieszy, to próbuję już od pół godziny! Hej, wstajemy! Żwawo!- krzyczała mała wieśniaczka z rudymi warkoczami. – Zostawiłam panience miednicę z ciepłą wodą i mydło, a teraz biegnę na dół do ojca, bo muszę mu pomóc przygotować wszystko dla dzisiejszych gości. Ha! Ha! A panience radzę wyjść spod tej pierzyny, bo piękny dzień się zapowiada!- dziewczynka pobiegła drewnianymi schodami na dół stukając obcasami i nucąc wesołą melodię pod nosem.

Kobieta z trudem odkryła się, obnażając tym samym swe nagie ciało i usiadła na łóżku. Przetarła oczy i wygięła się jak elficki łuk gotowy do strzału, po czym ziewnęła głośno. Przez chwilę siedziała tak jeszcze patrząc w jeden bliżej nie określony punkt. W końcu wstała i z gracją podeszła do miednicy z wodą. Umyła się dokładnie, po czym owinęła się białym, leżącym na krześle prześcieradłem i stanęła przed lustrem. Lekko się uśmiechnęła. Wiedziała, że jest piękna. Miała długie do pasa czarne, lekko pofalowane gęste włosy, które kontrastowały z bladą cerą. Jej twarz była drobna, a na niej zupełnie nie pasujące do małego nosa i wąskich różowych warg ogromne zielone oczy, które były przysłonięte przez wachlarze długich czarnych rzęs. Nie była to przeciętna uroda, raczej niespotykana, tajemnicza, a co za tym idzie również uwodzicielska…

Chwyciła w dłoń piękny szylkretowy grzebień wysadzany drogimi kamieniami i zaczęła czesać niesforne kosmyki. Robiła to powoli i dokładnie, a włosy słuchały się jej i układały w pożądany kształt. Następnie czarnowłosa piękność zrzuciła z siebie prześcieradło i włożyła kolejno świeżą bieliznę, dopasowany do figury, kobiecy strój do jazdy konnej i długie sznurowane trzewiki. Była gotowa do wyjścia.

Zeszła na dół, a tam czekał na nią uśmiechnięty otyły mężczyzna z ogromnymi wąsami i jego córka.

–Jak miło, że panienka już wstała. Możemy już podawać śniadanie?– Zapytał ciepłym i serdecznym głosem.

-Dziękuję, ale spieszy mi się.– Odparła chłodno kobieta.

-No dobrze, ale w takim razie zapakuję panience coś na później. W podróży prowiant jest bardzo ważny, nie wiem ile jeszcze przed panienką drogi, ale coś mi mówi, że co najmniej kilka dni!- Mężczyzna od razu udał się w stronę kuchni, a jego córka wzięła kobietę za rękę i zaprowadziła przed gospodę. Na zewnątrz stał już osiodłany koń, który czekał na swoją właścicielkę.

– Dziękuję, że zajęliście się też nim.

Czarnowłosa spojrzała na gniadego rumaka i zauważyła, że wygląda na wyjątkowo wypoczętego.

Nagle zarzuciła na głowę kaptur swojego czarnego płaszcza. Zbliżyła się do dziewczyny tak, że ta druga znieruchomiała.

– Powiedz mi ślicznotko, jak daleko jest stąd do najbliższej wioski?

– Niedaleko. Co najwyżej dwie godziny drogi. O tam, na północ.

Dziewczyna starała się mówić możliwie jak najmilszym głosem, ale średnio jej to wyszło. Dało się zauważyć, że kobieta budzi w niej niepokój.

Tajemnicza nieznajoma skinęła głową i włożyła coś do kieszeni dziewczynki. Odwróciła się, bez słowa wsiadła na swojego rumaka i popędziła na północ, nie czekając na obiecany prowiant.

Na twarzy rudowłosej córki karczmarza namalowało się nie lada zdziwienie, kiedy po chwili obejrzała podarunek. Trzy złote monety, które zobaczyła były równowartością ceny dorosłej krowy. Od bardzo dawna, a może nawet nigdy nie dostali takiej zapłaty za jeden nocleg, w dodatku bez śniadania. Dziewczynka była tak zdziwiona, że nie mogła wydobyć z siebie ani słowa, co było bezsprzecznie niezgodne z jej naturą.

 

 

***

 

Droga była długa i męcząca, jednak po ostatnim noclegu w pobliskiej gospodzie kobieta była wypoczęta i jeszcze tego samego dnia pragnęła dotrzeć do celu. Pogoda nie sprzyjała podróży. Wiał silny wiatr i zanosiło się na deszcz. Na szczęście na horyzoncie dojrzała pierwsze zabudowania.

Zbliżyła się trochę i zauważyła dwóch chłopów rozmawiających ze sobą. Postanowiła zapytać ich co to za miejsce.

-Witamy w Kadock. Co taką ślicznotkę tu sprowadza?

Wysoki i postawny mężczyzna skrzyżował ręce na piersi i lustrował wzrokiem podróżniczkę.

-Jestem tu przejazdem i właściwie to chętnie bym się posiliła. Można tu u was dobrze zjeść?

-Ho ho! Mamy tu najlepszą karczmę w okolicy i powiem jeszcze panience, że całkiem niedrogo tam. Za dwie korony możesz pani ucztować i pić przez cały boży dzień.

-Świetnie, prowadźcie panowie. Mam ochotę na kawał porządnego mięsiwa.

-Taka kruszynka… No, no… Niech mnie osioł w rzyć kopnie jak nie mam racji, ale te kobity to potrafią człowieka zaskoczyć.

Wioska nie była ani mała, ani duża. Droga zajęła im kilka minut, ale w tym krótkim czasie mężczyźni zdążyli opowiedzieć przebieg najważniejszych wydarzeń Kadock z ostatnich kilku lat. Poza rekordowym połowem ryb w pobliskiej rzece i kłótnią sołtysa z pewnym hodowcą świń nie wydarzyło się tam chyba nic ciekawego.

Na szyldzie wiszącym nad wejściem do karczmy widniała wdzięcznie brzmiąca nazwa „Harpii pazur”. W środku huczało od rozmów. Mimo, że było jeszcze wcześnie, ludzie zaczynali schodzić się na wieczorne piwo.

Czarnowłosa usiadła przy wolnym stole i po chwili zjawiła się przy niej kelnerka o obfitych kształtach. Zamówiła dwa dzbany ciemnego piwa, dwie pieczone kuropatwy, roladę wieprzową, kluski ziemniaczane i jeszcze kilka innych dań. Kelnerka przyjąwszy zamówienie spojrzała na nią przymrużonymi oczyma. Nie otrzymała żadnego wyjaśnienia, więc wzruszyła ramionami i zniknęła.

W karczmie zaczęła rozbrzmiewać muzyka. Miejscowy artysta grał na gęśli, jakaś dziewka wtórowała mu śpiewając. Niektórzy tańczyli, inni się tłukli a jeszcze inni głośno dyskutowali przekrzykując się wzajemnie.

Stół kobiety był suto zastawiony. Uginał się od różnego rodzaju jadła i napoju a ona przez długi czas skubała wyłącznie jedno skrzydełko kurczaka. Ludzie spoglądali na nią trochę podejrzliwie. Nikt jej nie znał.

-Można się dosiąść?– Schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku zajął miejsce naprzeciwko czarnowłosej nie czekając na jej odpowiedź.

-Zapraszam. Będzie mi bardzo miło.

-Jestem Rengar, miejscowy kowal. Mogę zapytać o twoje imię?

Kobieta podniosła się, chwyciła gliniany dzban i nalała piwa do dwóch kielichów. Jeden podała Rengarowi.

-Nazywaj mnie Iskra.– uniosła kielich i wypiła duży łyk– Zaproś do stołu swoich kamratów. Widzę, że się przyglądają. Jedzenia wystarczy dla kilku osób. Jeśli trzeba, kelnerka doniesie jeszcze jeden dzban piwa.

-Jesteś bardzo hojna Iskro.

Chwilę później ten sam stół był oblegany przez roześmianych biesiadników. Kobieta dokładnie przysłuchiwała się rozmowom miejscowych. Nie omieszkali zadawać też pytań na jej temat. Posiadała jednak umiejętność zręcznego wychodzenia z takich tarapatów i odwracania kota ogonem. Dzięki temu zapominali o tym, o co pytali i zaczynali mówić o sobie.

-Nie uwierzysz kochana jak nas tu w tym królestwie traktują– gruby i niski mężczyzna zaczął mocno gestykulować, jednocześnie co jakiś czas wpychając jedzenie do ust– nie dalej jak wczoraj przyjechał tu jakiś urzędas z obstawą i próbował wyłudzić pieniądze. Powiadał, że król zarządził nowy podatek. Sprawa śmierdziała mi kłamstwem na kilometr, tedy spuściłem na niego mojego Burka.

-A co jeśli naprawdę zarządzili nowy podatek?– Zapytał siedzący obok niego starzec.

-Chędożyć to. Przyjdzie jeszcze raz.

Mężczyzna wgryzł się w potężne udo ociekające tłuszczem. W pomieszczeniu zawrzało od śmiechów.

Na zewnątrz słychać było trzaskanie piorunów. Burza trwała już od jakiegoś czasu, ale wesołe towarzystwo odciągnęło od tego uwagę kobiety każącej nazywać się Iskrą.

-Panowie powiedzcie mi, czy tutaj w okolicy są jacyś uzdrowiciele, albo zielarki?– Czarnowłosa postanowiła zmienić temat, jakby wyrwana z zamyślenia.

-Ano. Chyba jest ktoś taki.

-Głupiś jak koński zad. Przecie wszyscy dobrze wiedzą, że nie więcej niż godzinę drogi stąd w tym lesie na północ mieszka stara zielarka. Dobra babina, zawsze pomoże, jak ktoś niedomaga.

Chłopi kiwali głowami równo na znak, że dobrze prawi.

-Ostatnio dużo się o niej mówi, bo też i częściej ludzie ją odwiedzają.

-Dlaczego?– Rozsiadła się wygodniej i zaczęła jakby uważniej słuchać.

-Panienko, ty nie tutejsza. Nie wiesz, że ostatnimi czasy jakby więcej zbrodni w okolicy. Kiedyś Kadock to była spokojna wioska, nikt nawet się nami nie interesował. Jakiś miesiąc temu grasowała tu banda zbójów. Napadali na bezbronnych ludzi idących do lasu, albo takich, którzy oddalali się trochę od domostw. Rabowali też niektóre chaty po nocach. Niektórzy bali się wyjść po zmroku, żeby się odlać. Powiem więcej, kilka bab powariowało od tego. Na szczęście ta zielarka babuleńka umie takie mikstury przyrządzić, że nawet na te wariactwo pomagało!

-To było nic!- odezwał się drugi z końca stołu– Nie dalej jak przed tygodniem jakaś baba poszła zrobić pranie w rzece. Pierze sobie kobiecina a tu huk! W krzakach jakiś szelest, charczenie. Nagle z owych krzaków wyskakuje jakiś potwór. Wielkie to, obślizgłe a zębów co niemiara. Baba tak zaczęła się drzeć, że przepędziła to coś a sama zemdlała. Oj biedna ona, biedna. Że też na nią musiało paść. Niech nas los chroni przed tym diabelskim nasieniem.

-Ano biedna, szczególne, że to była twoja stara. – Żachnął się kowal Rengar– Ale macie rację, nikomu bym nie życzył takiego spotkania.

-Prawda, prawda. Pełno tego plugastwa kręci się po świecie. Szczęście, że jeszcze żadne oprócz tego nie przypałętało się tu do tej pory. Wypijmy za to.

Chłopi jak na rozkaz chwycili za kielichy, unieśli je w górę i jednym głosem krzyknęli „szczęście!”.

 

 

***

 

Chata zielarki była ukryta w samym środku lasu. Znajdowała się w pobliżu rozległych bagien, od których każdy człowiek o zdrowych zmysłach trzymał się z daleka. Było to bowiem miejsce przedziwne. Nad każdymi bagnami i moczarami jak świat długi i szeroki unosi się tajemnicza i niesprzyjająca ludziom aura. Ponadto w takich miejscach aż roi się od stworzeń z którymi lepiej nie stawać twarzą w twarz. W takich miejscach osiedlają się tylko pustelnicy, zielarki, albo szaleńcy.

Dom zbudowany był z drewna, ale jego jakość była co najmniej dyskusyjna. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że deski, z których był zbity są tak spróchniałe, że strach ich dotknąć. Prawda była zgoła inna. Gdyby przyjrzeć się uważniej, można by zauważyć, że konstrukcja jest solidna a materiał, z którego ową chatkę zbudowano też niczego sobie. To mech porastający ściany od zewnątrz oraz bluszcz wspinający się po nich sprawiały wrażenie rozlatującej się rudery.

Czarnowłosa kobieta stała przed drzwiami. Chcąc odwlec wejście do środka analizowała możliwy wiek drewna użytego do budowy chaty. Trwało to ładnych kilka minut, aż do momentu, kiedy doszła do wniosku, że musi to wyglądać wyjątkowo głupio.

Zebrała się na odwagę i delikatnie pchnęła dosyć ciężkie drzwi. W środku panowała ciemność. W powietrzu unosił się duszący zapach kadzidła. Lekko zakręciło jej się w głowie.

Pstryknęła palcami a wszystkie świece znajdujące się w pomieszczeniu zapaliły się. Nie dojrzała nikogo. Zaklęła cicho pod nosem.

-Proszę, proszę. Kogo my tu mamy. Czyżby to była moja mała Elisandra? A może mnie już te stare oczy mylą. Powiedz no, kochanieńka. To Ty?

Z ciemnego kąta wyłoniła się niska staruszka. Mimo słusznego wieku wyglądała na tryskającą życiem. Widać bagienna wilgoć dobrze ją konserwowała.

-Zgadłaś Nemeri. Jestem tu w całej okazałości. Muszę przyznać, że niewiele się zmieniłaś od naszego ostatniego spotkania.

-Miło słyszeć takie słowa zwłaszcza od Ciebie. Jednak jak wiesz, nie dbam o wygląd zewnętrzny. Pewnie się domyślasz, że tutaj niewiele osób ma okazję mnie oglądać.

Przez chwilę obie milczały. Czuć było jakieś napięcie między nimi. Żadna jednak nie odważyła się tego skomentować, choć doskonale o tym wiedziały.

-Domyślam się, że nie pojawiłaś się tu dlatego, że chciałaś zobaczyć jak mieszkam.

-Masz rację.

-A więc?

Elisandra podeszła do małego okienka i szczelnie zasłoniła je zasłoną. W pomieszczeniu znów nastał mrok rozświetlany zaledwie przez kilka wcześniej zapalonych świec. Staruszka siedziała po drugiej stronie w drewnianym fotelu.

-Przyjechałam tu, bo mam do ciebie prośbę.

-Ty? Prośbę? Cóż takiego mogłabym dla ciebie zrobić? – Zielarka nie ukrywała zdziwienia.

-Przejechałam cały kraj, żeby tu dotrzeć, więc mam nadzieję, że mi pomożesz. W tobie Nemeri jedyna moja nadzieja.

-Hola, hola. Zacznijmy od początku. Czego może ode mnie potrzebować ktoś taki jak ty? Jesteś jedną z najsilniejszych czarodziejek jakie znam. Czyż nie uważacie się za samowystarczalnych?

-Daruj sobie te złośliwości. Nie przybyłam tu, by się kłócić. Posłuchaj… Chodzi o to, że to bardzo delikatna sprawa. Potrzebuję kogoś, komu mogę zaufać a tobie Nemeri mogę. Nie mam co do tego wątpliwości.

-To bardzo miłe. Jednak zanim się na cokolwiek zgodzę chciałabym dowiedzieć się w czym rzecz.

Czarnowłosa czarodziejka zaczęła krążyć po izbie. Robiła to dosyć szybko, kilkakrotnie próbując zacząć mówić. Zajęło jej to dłuższą chwilę, by w końcu wyrzucić to z siebie.

-Znamy się nie od dziś. Wiesz jak ważna jest dla mnie moja moc. Nie ma dla mnie nic cenniejszego. Pewnie nie będzie dla ciebie zaskoczeniem, kiedy powiem, że mam ambicje. Wielkie ambicje. W przyszłości chcę zajmować najwyższe stanowiska w hierarchii czarodziejów. Jestem gotowa poświęcić wszystko, by kiedyś usłyszał o mnie cały świat i nic, zupełnie nic mnie przed tym nie powstrzyma. Czy mnie rozumiesz?

-Oczywiście Elisandro.

-To dobrze… Mówię to wszystko dlatego, że teraz moje marzenia i plany są zagrożone. Istnieje możliwość, że stracę wszystko, na co tak długo pracowałam. Uwierz mi, że gdybym mogła to nie zawracałabym ci głowy i załatwiłabym to sama.

-Nemeri, ja mogę stracić moc.

-Co ty wygadujesz?

Zielarka wstała i podeszła do rozdygotanej czarodziejki. Nigdy nie widziała jej w takim stanie. Zawsze umiała opanować emocje, ale wtedy jak widać wszystkie hamulce puściły.

-Jestem w ciąży.

-To ma być koniec świata? – Staruszka zaśmiała się głośno i poklepała dawną znajomą po ramieniu.

-Chyba jednak nic nie rozumiesz. Nie wiem jak to możliwe, bo przecież studiowałaś i bardzo dużo wiesz na ten temat.

-Czarodziejki w większości są bezpłodne. Jest to konsekwencja mutacji genów, które są odpowiedzialne za nadprzyrodzone zdolności. Inaczej mówiąc w większości przypadków posiadanie takiego genu wyklucza możliwość zapłodnienia. Jest to biologicznie niemożliwe. Są jednak czarodziejki, które mają jedno i drugie. Najczęściej dotyczy to czarodziejek o małej mocy. Jednak nawet takie stosują magiczną antykoncepcję, która daje stuprocentową pewność. Dlaczego? To bardzo proste. Dziecko rozwijające się w łonie magiczki pochłania część jej mocy. Bywa, że przy porodzie odbiera ją matce całkowicie.

-Ja nie wiedziałam o tym, że jestem płodna. Gdybym wiedziała, nigdy nie dopuściłabym do takiego zaniedbania. Nemeri, ja nie mogę sobie pozwolić na to dziecko.

-Co chcesz przez to powiedzieć?

Nie domyślasz się, dlaczego przybyłam właśnie do ciebie? Podobno pomagasz potrzebującym– zaśmiała się nerwowo– ja jestem bardzo potrzebująca. Muszę pozbyć się tego intruza z mojego brzucha.

Nemeri zbladła. Usiadła znów w fotelu, zmróżyła oczy i przyglądała się uważnie swojej rozmówczyni.

-Nigdy nie zabiłam człowieka i tego nie zrobię. To kłóci się z moimi poglądami. Nie skrzywdzę niewinnej istoty.

-Jakiej istoty? To pasożyt! Nienawidzę tego dziecka!

-Uspokój się kobieto. Może coś wymyślimy.

-Nie ma czasu na myślenie. Trzeba działać, już nie mamy czasu.

-Jak długo… To znaczy od jak dawna o tym wiesz?

-Dosyć długo. Mówiłam, że to ostatni moment.

-Poczekaj, mówiłaś, że przejechałaś cały kraj… Dlaczego nie użyłaś innego, szybszego środku transportu? Choćby teleportacji?

-Ha ha, teleportacja? Mógłby namierzyć mnie każdy czarodziej posiadający odpowiedni sprzęt. Takich jest wielu a mi bardzo zależy na dyskrecji.

-Rozumiem, ale wytłumacz mi, gdzie jest twój brzuch. Powinien być już widoczny.

-Rzuciłam na niego zaklęcie iluzji. Nie mogę ryzykować. A więc jak będzie? Pomożesz mi?

-Elisandro, mimo wielkiej sympatii, którą cie darzę muszę odmówić. Dlaczego nie zrobiłaś tego magicznie w pierwszych dniach ciąży?

-Nie mogłam, to mogłoby mnie bardzo osłabić a w skrajnym przypadku nawet zabić.– Czarodziejka zamyśliła się na chwilę, po czym zbliżyła się do staruszki i spojrzała jej głęboko w oczy.– Nie pomożesz mi?

-Nie.

Czarnowłosa natychmiast odwróciła się i podeszła do drzwi. Zatrzymała się na chwilę przed wyjściem, spojrzała jeszcze raz za siebie a jej oczy zapłonęły zielonym blaskiem. Przemówiła ostatni raz niskim i donośnym głosem.

-Pożałujesz tego.

 

 

 

***

 

 

Lekki i przyjemny wiatr poruszał wysoką trawą porastającą brzeg rzeki. Woda była czysta jak łza, nieskalana ludzką działalnością. Czarodziejka przyglądała się swojemu odbiciu na jej lustrze. Siedziała nieruchoma, jakby sparaliżowana, przez bardzo długi czas. Ktoś, kto zobaczyłby ją z boku zapewne pomyślałby, że jest zaklęta w kamień. Nawet jej wierny towarzysz, gniady i dystyngowany koń, postanowił nie przeszkadzać swojej pani i odszedł kawałek dalej, by możliwie jak najciszej skubać zieloną trawkę.

W końcu wstała na nogi. Chwyciła jakiś kamień i z całej siły cisnęła go w wodę, krzycząc przy tym na cały głos. W krzyku tym słychać było frustrację i złość, która w niej tkwiła. Emocje, które jeszcze przed chwilą dusiła w sobie, teraz echo roznosiło na cztery strony świata. Zamknęła oczy i poczuła, że przegrała. Bezsilność mówiła jej, że powinna oddać losowi to co do niego należy i odpuścić. Nie mogła już walczyć. Najzwyczajniej w świecie było już za późno, by cokolwiek zmienić.

Wsiadła na konia i pojechała przed siebie. Nie wiedziała dokąd jechać, chciała po prostu znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Jechała wolno, wdychała świeże powietrze i podziwiała piękną przyrodę. Nie musiała się donikąd spieszyć.

Jakiś czas później, kilka mil dalej czarodziejka zauważyła, że po jednej stronie przydrożne krzaki dziwnie się ruszają. W pierwszej chwili pomyślała, że to pewnie dzik, albo inne zwierzę. Kobieca intuicja podpowiadała jej jednak, że należy to sprawdzić.

Elisandra zatrzymała konia. Zeskoczyła z niego z typową dla siebie gracją i pociągnęła gniadosza za uzdę. Kiedy była już blisko zarośli, zostawiła go a sama wyciągnęła z pochwy bogato zdobiony sztylet. Mimo, że czarodzieje niezwykle rzadko noszą przy sobie broń, ona wolała dmuchać na zimne. Nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie się obronić.

Jednym ruchem ręki rozsunęła zarośla a to co w nich zobaczyła było dla niej wielkim zaskoczeniem. Nie był to dzik, lis ani nawet kura. W krzakach siedziała mała pyzata dziewczynka, cała umorusana sokiem z malin. Zdawała się wcale nie zwracać uwagi na kobietę, nie spojrzała nawet w jej stronę. Była bardzo zajęta wpychaniem do buzi całych garści słodkich owoców.

-Halo, mała! Co ty tu robisz?

Dziewczynka spojrzała na czarnowłosą i w jej oczach pojawiły się łzy. Chwilę później ryczała w niebogłosy.

No nie, tylko nie to. Błagam nie rób mi tego!- Elisandra złapała się za głowę obiema rękami.

Nie płacz proszę cię. Nic ci nie zrobię. Gdzie jest twoja mama?

Mała przestała na chwilkę płakać. Łapała tylko łapczywie powietrze i wycierała zasmarkany nosek rękawem. Patrzyła na nieznajomą ogromnymi oczami.

-Mama. Nie ma. – Nagle wybuchnęła przeraźliwym i bardzo głośnym płaczem.

Czarodziejka domyśliła się, że dziecko pewnie zostało porzucone, albo zgubiło się. Nie mogła go jednak zostawić na pastwę losu. Gdyby zostawiła je w tym miejscu, to mogła być pewna, że skazuje tę małą dziewczynkę na śmierć.

Mimo, że nie było jej to na rękę postanowiła, że zabierze ją ze sobą i zostawi w najbliższej wsi. To wydawało się być najlepszym rozwiązaniem.

Zbliżyła się do dziewczynki i wyciągnęła do niej ręce. Mała cofnęła się odruchowo. Bała się. Jednak po chwili zaufała kobiecie i ta mogła swobodnie wziąć ją w ramiona. Zanim Elisandra doszła do konia, dziewczynka wtuliła się w nią i przestała płakać. Zamiast tego co chwilę pociągała nosem. Kobieta była wściekła na to, co się właśnie działo, ale nie była bezduszna. Nienawidziła dzieci, lecz pozwoliła tej kruszynce wydmuchać nos w swoją jedwabną i cholernie drogą koszulę.

W trakcie drogi dziewczynce dopisywał wyjątkowo dobry humor. Przez cały czas śpiewała i śmiała się, chociaż nie do końca opanowała jeszcze umiejętność mówienia. Na oko wyglądała na jakieś trzy, góra cztery latka.

Elisandra przeklinała pod nosem wszystkich bogów, o jakich tylko słyszała. Po kilku godzinach jazdy pomyślała, że prędzej, czy później będzie musiała nakarmić to małe stworzenie. Był to nie lada problem, bo miała ze sobą tylko kilka sucharów. Musiała pospieszyć się, by jeszcze przed zmrokiem dotrzeć do jakiejś wioski, albo zagrody. Była tak zdesperowana, że nie martwiła się tym, czy ktokolwiek zechce ją przyjąć. Miała przy sobie trzy atrybuty, które nigdy nie zawodziły– urok osobisty, sztylet i całkiem duże umiejętności magiczne.

Podróżniczki miały wyjątkowe szczęście, bo jeszcze przed zmrokiem natrafiły na zabudowania. Wyglądało to na niewielką farmę. Czarodziejka nie zastanawiając się ruszyła w tamtą stronę.

W obejściu nie było widać żywej duszy. Gospodarstwo nie było jednak opuszczone. Świadczyła o tym ścięta trawa i biegające wszędzie kury. Elisandra zaczęła krzyczeć, by sprawdzić, czy ktoś wyjdzie z chaty, nikt jednak nie wyszedł.

Mimo, że sytuacja wydawała się nieco podejrzana kobieta musiała zaryzykować i weszła do środka, przez otwarte drzwi chatki przykrytej strzechą. Kroczyła powoli i ostrożnie. Wydawało jej się, że nikogo tam nie ma, jednak to co zobaczyła na podłodze w najdalszym kącie domu wstrząsnęło nią niesamowicie. Leżał tam trup, a właściwie półtora trupa. W kałuży krwi znajdowało się ciało mężczyzny, było poharatane, jakby coś poszarpało je ogromnymi pazurami. Obok tego ciała leżało drugie. W sumie była to tylko dolna część ciała brutalnie oderwana od górnej. Nie śmierdziało, więc ta zbrodnia musiała się wydarzyć nie więcej, niż kilka godzin wstecz. Czarodziejka żyła na tym świecie na tyle długo, by móc ocenić, co mogło przyczynić się do takiej masakry. Wiedziała jedno, z pewnością nie zrobił tego człowiek.

Pomimo chęci, by uciekać stamtąd jak najszybciej postanowiła poszukać czegoś do jedzenia. Jej apetyt zniknął w okamgnieniu, jednak dziewczynka wciąż znajdowała się na zewnątrz i już od jakiegoś czasu w jej małym brzuszku słychać było burczenie.

Można byłoby zastanawiać się, czemu nie sprawdziła, czy potwora, który brutalnie zabił dwoje ludzi nie ma tam nadal. Odpowiedź jest jednak prosta, potwory jako istoty magiczne były łatwo wyczuwalne przez czarodziejów. Gdyby znajdował się w pobliżu z łatwością wyczułaby go od razu.

Nie było łatwo dotrzeć do czegokolwiek wśród porozrzucanych krzeseł i innych sprzętów. Na szczęście po kilkuminutowej akcji poszukiwawczej kobieta znalazła pół bochenka chleba i trochę kiełbasy. To musiało wystarczyć na resztę drogi. Miała nadzieję, że mała doceni jej poświęcenie i zje te przysmaki bez marudzenia.

Wychodząc z tej przeklętej chaty zauważyła, że przy wejściu wisi drewniana tablica a na niej poprzyczepiane kartki. Bez wątpienia były to ogłoszenia. Pomyślała, że w tym domu musiał mieszkać sołtys, albo ktoś tego pokroju. Obok listu gończego z podobizną wyjątkowo brzydkiego mężczyzny zauważyła kartkę z pięknie namalowaną różą. Zerwała ją i zbliżyła do siebie, by przeczytać.

 

Przywracanie naturalnego, comiesięcznego krwawienia u kobiet. Szybko i profesjonalnie.

 

Dość ciekawie nazwane usuwanie ciąży, pomyślała. Na odwrocie podano adres. Przez myśl przeszło jej, że to może być dla niej ratunek. Może los w końcu się do niej uśmiechnął. Złożyła kartkę i włożyła do kieszeni płaszcza. Wróciła do dziewczynki, która na jej widok podniosła rączki na znak, żeby ją podnieść, po czym obsypała czarodziejkę lawiną całusów.

 

 

***

 

Najbliższa wioska leżała nie dalej jak pół mili od feralnej zagrody. Czarodziejka od razu zauważyła dziwne poruszenie. Ludzie biegali w zgiełku, kobiety chowały się wraz z gromadkami dzieci do chat. Kilku chłopów z widłami zmierzało szybkim krokiem w głąb wioski. Zaświtało jej w głowie, że to nie może być przypadek. Okrutne morderstwo i chaos w wiosce musiały mieć jakiś związek.

-Kłopoty nas bardzo lubią kruszynko– kobieta przycisnęła do siebie dziewczynkę i popędziła konia. Chwilę później były już w środku tej wrzawy.

Zeskoczyła z rumaka i zatrzymała przerażoną kobietę z chustką na głowie.

-Co tu się dzieje? – Zapytała dość stanowczym głosem.

-Nie wiem dokładnie, wszyscy uciekają to i ja! Ale mówią, że jakieś plugastwo się przyplątało.– Splunęła na ziemię obok buta czarodziejki.

-Mówcie co to za plugastwo i gdzie!

-A co panienka chce zrobić? Niech ucieka jak wszyscy a nie będzie się pakować w tarapaty. Już chłopy poszły ukatrupić to coś.

-Mów, bo nie ręczę za siebie.– Oczy czarodziejki zapłonęły zielonym blaskiem, jak zawsze, kiedy jej złość przekraczała pewną granicę.

-Dobrze już, dobrze! Niech się kieruje w tamtą stronę– wskazała palcem– niech idzie za tym grubasem z kosą w ręku jak jej życie nie miłe.

-Posłuchaj mnie dziewczyno, weźmiesz to dziecko i zaopiekujesz się nim jak mnie nie będzie. Zrozumiano?

-A co ja będę z tego miała?

-Satysfakcję z tego, że pomogłaś bliźniemu chociażby.

-Phi, no nie wiem…

-Cholera jasna, jak wrócę to o tym porozmawiamy. Teraz bierz dzieciaka i uciekaj stąd natychmiast!

Elisandra podała przestraszoną dziewczynkę kobiecie w chustce, wskoczyła na konia i ruszyła przed siebie.

Chata w której rzekomo znajdował się jakiś potwór była oblegana przez mężczyzn z różnymi broniami. W większości były to widły i siekiery, ale znalazł się też ktoś, kto chciał walczyć sztachetą.

W momencie, kiedy zbliżyła się poczuła znajome mrowienie w całym ciele. Oznaczało ono, że w niewielkiej odległości znajduje się jakieś magiczne stworzenie. Patrząc na reakcję całej wioski było to coś wielkiego lub wyjątkowo obrzydliwego. No i przede wszystkim krwiożerczego.

Chłopi byli tak zajęci krzyczeniem i wymachiwaniem prowizorycznymi broniami, że nawet nie zauważyli wchodzącej do środka kobiety. Wchodziła powoli, stawiając kroki możliwie jak najciszej. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że nie ma tam żywej duszy, jednak kiedy zobaczyła kałużę krwi i leżący obok niej męski but, wiedziała, że gdzieś tu musi czaić się ta bestia. Nie można było dopuścić, by ofiar było jeszcze więcej. Czarodziejka postanowiła zająć się tym sama i zabić to coś. Cokolwiek by to było.

Nagle z sąsiedniego pomieszczenia usłyszała dziwne odgłosy. Było to coś na pograniczu pisku i charczenia. Zbliżyła się do drzwi. Były uchylone. Nie wiedziała gdzie dokładnie znajduje się potwór, dlatego nierozsądne byłoby wtargnięcie do tego pomieszczenia. Dużo lepszym wyjściem było wywabienie go stamtąd.

Rozejrzała się dookoła i chwyciła za świecznik stojący na stole. Odsunęła się od drzwi możliwie jak najdalej i z impetem rzuciła świecznikiem o podłogę. Rozległ się huk! Potwór od razu zareagował, wychylił się zza drzwi i zaczął piszczeć dwa razy głośniej, chyba na znak, że jest bardzo rozzłoszczony. Był wielki, miał co najmniej dwa metry wysokości. Przypominał szczura, ale poruszał się na dwóch nogach i jego sylwetka była raczej humanoidalna niż zwierzęca.

Nie zastanawiając się zbyt długo skoczył w stronę kobiety. Czarodziejka zrobiła zwinny unik i rzuciła w jego stronę zaklęcie mające go unieruchomić. Niestety okazało się, że szczuropodobny potwór też potrafi się bronić. Odskoczył na bok a zaklęcie zrobiło dziurę w ścianie. Gryzoń znalazł się bardzo blisko kobiety. Zamachnął się tak, że wielkimi pazurami prawie rozharatał jej piękną twarzyczkę. Na szczęście w porę upadła na ziemię i przeturlała się na drugą stronę pomieszczenia. Potwór, najwyraźniej nie najmądrzejszy, na chwilę stracił ją z oczu. Czarodziejka wykorzystała tą okazję, skierowała w jego stronę otwartą dłoń i koncentrując maksymalną ilość mocy uderzyła w cel oślepiającym promieniem. Odrzuciło go do tyłu i z wielkim hukiem uderzył o kredens. Cała chata zadrżała.

Elisandra była pewna, że już po wszystkim, więc wstała i otrzepała się z kurzu. Kiedy stała już na prostych nogach stało się coś, czego się nie spodziewała. Bestia podniosła się i w ułamku sekundy znalazła obok kobiety, która nie zdążyła nawet zareagować. Szczurowaty z ogromną siłą uderzył ją tak, że usłyszała łamiące się w jej ręce kości. Upadła na ziemię. Drugą ręką próbowała chwycić cokolwiek do obrony, ale wściekły potwór złapał ją wielkimi pazurami i rzucił nią jak workiem kartofli w stronę przeciwległej ściany. Zapamiętała tylko tyle, że jego szpony rozdarły jej koszulę. Samego upadku nie pamiętała, jedynie potworny hałas łamanego drewna w zderzeniu z ludzkim ciałem.

 

 

***

 

 

Ciemność. Zapach kadzidła sprawiał, że czuła zawroty głowy. Żadne dźwięki nie dochodziły do jej uszu. Dziwne to było uczucie. Może jestem już w niebie, myślała.

Od czasu do czasu w ciemności pojawiała się postać. Jakby znajoma, ale jednak nie mogła sobie przypomnieć kto to. Mała dziewczynka z jasnymi włosami tańczyła wesoło w białej sukni. Nic wokół niej nie było. Tylko ciemność, zawsze ciemność… Dziewczynka jednak dawała jej radość i nadzieję, że wszystko jest dobrze. Będzie dobrze.

 

 

**

 

Czarodziejka poczuła niesamowitą suchość w ustach. Z trudnością otworzyła oczy posklejane ropą. Spróbowała poruszyć się, ale wywołało to tak silny ból, że jęknęła zachrypniętym głosem.

-Obudziłaś się ślicznotko. Wiedziałam, że z tego wyjdziesz. Zuch dziewczyna!- Odezwał się miły niski głos. Znała go.

-Gdz… Gdzie… Khe, khe… Gdzie ja jestem?– Z wielkim trudem odezwała się. Czuła, że jej gardło jest wyschnięte na wiór.

-No tak, nie możesz nic pamiętać. Ale mój głos mogłabyś rozpoznać, cholero.– Rozległ się przyjazny śmiech.

-Nemeri.

-Masz szczęście! Nieźle poturbował cię ten potwór. To istny cud, że w ogóle żyjesz!

-Co z nim? Co… Co z tym szczurem? – Mówienie sprawiało jej ból, ale musiała się dowiedzieć jak to wszystko się skończyło.

-Miałaś więcej szczęścia niż rozumu Eli. Kiedy to cholerstwo próbowało cię rozszarpać jakiś chłopek wlazł do środka i rozwalił mu łeb siekierą. Tak po prostu. Bez zbędnej gimnastyki.

-Ekhh…– Nie mogła wydobyć z siebie już ani słowa.

Odpoczywaj kochana. Pomieszkasz u mnie jeszcze trochę, ale nie martw się, przy mnie nabierzesz sił i wrócisz do dawnej formy.

Czarodziejka leżała owinięta od stóp do głów bandażami. Nogi i jedną rękę miała usztywnione. Czuła przy każdym oddechu, że jej żebra też ucierpiały.

Przez długi czas nie rozmawiała z zielarką. Nie chodziło tylko o to, że nie miała siły. Po prostu nie miała ochoty na żadne rozmowy.

-Nemeri– przerwała któregoś razu uciążliwe milczenie– mogę ci zadać jedno pytanie?

-Oczywiście ptaszynko, pytaj o co tylko chcesz.

-Czy w tej wiosce pytali o mnie? Nikt mnie nie szukał?

-Nie, raczej nie. Dlaczego o to pytasz?

-A taka młoda kobieta? Chyba miała chustę na głowie. Tak, na pewno miała.

-Nikt o ciebie nie pytał Eli. Powiesz mi o co chodzi?

-Nic, nic. To już nie ważne.

Zielarka wyczuła jakiś smutek w głosie czarodziejki. Zaniepokoiła się i postanowiła umilić jej czas. Przez długie godziny, codziennie opowiadała jej różne historie. Jedne prawdziwe, inne zmyślone. Wiele z nich miało morał, który zmuszał czarnowłosą piękność do rozmyśleń.

-Muszę Ci o czymś powiedzieć– odezwała się znienacka staruszka.

-Tak?

-Twój plan wypalił. Może nie w taki sposób, jak chciałaś, ale jednak.

-Co ty mówisz? Jaki plan?

-Twoje obrażenia były tak rozległe, że organizm zareagował naturalnie. Straciłaś to dziecko Elisandro.– Te słowa sprawiły, że serce czarodziejki na chwilę zamarło. Na sekundę straciła oddech.

-Och…

-Możesz się cieszyć, bo taki „problem” już nigdy się w twoim życiu nie pojawi.

-Jak to?

-Już nigdy nie będziesz mogła mieć dzieci. To poronienie sprawiło, że teraz jesteś bezpłodna jak większość czarodziejek.

-Och…

Kobieta zacisnęła usta i zamknęła oczy. Nie odezwała się już więcej tego dnia. Po jej policzku spłynęła jedna samotna łza.

 

 

 

 

KONIEC

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Przede wszystkim:

powtórzenia: Można byłoby zastanawiać się, czemu nie sprawdziła, czy potwora, który brutalnie zabił dwoje ludzi nie ma tam nadal. Odpowiedź jest jednak prosta, potwory jako istoty magiczne były łatwo wyczuwalne przez czarodziejów. – Jeden przykład z paru.

 

Niedopatrzenia, często na bakier z logiką:

Nienawidziła dzieci, lecz pozwoliła tej kruszynce wydmuchać nos w swoją jedwabną i cholernie drogą koszulę. – Jeśli by nienawidziła, z pewnością by nie poświęciła jedwabnej i drogiej (cholernie) koszuli dla obcego dziecka;)

 

Dużo przecinków gdzieś się pochowało.

 

Wstała na nogi. – oj… Podniosła się lub po prostu wstała, logiczne, że na nogi;)

 

wstrząsnęło nią niesamowicie – Skoro wstrząsnęło, to logiczne, iż nie jest to uczucie mało intensywne, przykład zbytniego dookreślania, tak samo jak tutaj:

Czarnowłosa spojrzała na gniadego rumaka i zauważyła, że wygląda na wyjątkowo wypoczętego.

Nagle zarzuciła na głowę kaptur swojego czarnego płaszcza. Zbliżyła się do dziewczyny tak, że ta druga znieruchomiała. – Nagle, nikt się tego nie spodziewał?;) Wyjątkowo wypoczętego? Przez jedną noc tak się ’wypoczął’? Czy coś do owsa dodali…;) Toż to zwykły zajazd… Swojego – logiczne, jak by zarzuciła kaptur kogoś innego, to by było podejrzane i warte wspomnienia. W takim razie jak się zbliżyła? I kto znieruchomiał? Z kontekstu nie wynika. Generalnie we wspomnianym fragmencie, moja wyobraźnia z całą pewnością nie stworzyła obrazu, jaki chciała wykreować Autorka:)

 

Średniowiecze i kartki? Kto by marnował papier na ogłoszenia? No i raczej zwykli chłopi piśmienni nie byli:)

 

Generalnie historia wydaje mi się taka… naiwna. Sporo niedopatrzeń. Z pewnością swojego nie odleżała, prawda? W każdym bądź razie tragedii nie ma, warto próbować dalej:)

 

 

Przy każdym dywizie brakuje spacji.

Błędy w zapisie dialogów.

Brakuje mnóstwa przecinków.

Kelnerka w średniowiecznej karczmie?

<> Przywracanie naturalnego, comiesięcznego krwawienia u kobiet. Szybko i profesjonalnie. <> :-) brakuje, że tanio, bezpiecznie i dyskretnie… :-)

Elisandra mało wiarygodna. Taka potężna i ambitna, a jednak zdarzyło się jej, chociaż nie powinno… Gdzie jej moce czarodziejskie? Poza tym tak łatwo i szybko nawiązuje kontakty, spoufala się z prostymi ludźmi…

Nie podoba mi się.

Autorka snuje opowieść w sposób tak nieporadny, tak nieprzystający do świata, w którym umieściła akcję, że aż z niedowierzaniem kręciłam głową. Jak można było w średniowieczu umieścić te wszystkie współczesne pojęcia? Jak można nie zadbać, by tekst, choć w minimalnym stopniu, był bardziej wiarygodny?

Ilość błędów i usterek wszelkiej maści dowodzi, że przed Autorką jeszcze wiele pracy, ale mam nadzieję, że przyszłe opowiadania będą znacznie lepsze.

 

Chwy­ci­ła w dłoń pięk­ny szyl­kre­to­wy grze­bień wy­sa­dza­ny dro­gi­mi ka­mie­nia­mi i za­czę­ła cze­sać nie­sfor­ne ko­smy­ki. – Czy mogła chwycić inaczej, nie dłonią? Skoro miała włosy długie do pasa, raczej nie powiedziałabym, że czesała kosmyki.

 

Ro­bi­ła to po­wo­li i do­kład­nie, a włosy słu­cha­ły się jej… – W jaki sposób włosy słuchają?

 

Nagle za­rzu­ci­ła na głowę kap­tur swo­je­go czar­ne­go płasz­cza. – Zbędny zaimek. Czy mogła zarzucić na głowę kaptur cudzego płaszcza?

 

Zbli­ży­ła się tro­chę i za­uwa­ży­ła dwóch chło­pów […] Świet­nie, pro­wadź­cie pa­no­wie. – Nie wierzę, że do chłopów zwracała się per panowie.

 

Droga za­ję­ła im kilka minut… – Kto miał zegarek?

 

po chwi­li zja­wi­ła się przy niej kel­ner­ka o ob­fi­tych kształ­tach. – Karczmarka, dziewka, służąca, ale nie kelnerka!

 

Za­mó­wi­ła dwa dzba­ny ciem­ne­go piwa, dwie pie­czo­ne ku­ro­pa­twy, ro­la­dę wie­przo­wą, klu­ski ziem­nia­cza­ne i jesz­cze kilka in­nych dań. – Z czego w średniowieczu robiono kluski ziemniaczane? ;-)

Sądząc po menu, tę wiejską karczmę prowadził chyba Wierzynek. ;-)

 

Pa­nien­ko, ty nie tu­tej­sza. – Pa­nien­ko, ty nietu­tej­sza.

 

że nawet na te wa­riac­two po­ma­ga­ło! – …że nawet na to wa­riac­two po­ma­ga­ło!

 

Po­wiedz no, ko­cha­nień­ka. To Ty?Po­wiedz no, ko­cha­nień­ka. To ty?

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Sta­rusz­ka sie­dzia­ła po dru­giej stro­nie w drew­nia­nym fo­te­lu. – Po drugiej stronie czego?

 

Jest to kon­se­kwen­cja mu­ta­cji genów, które są od­po­wie­dzial­ne za nad­przy­ro­dzo­ne zdol­no­ści. – Skąd w średniowieczu znano takie pojęcia, jak mutacje genów?

 

Jed­nak nawet takie sto­su­ją ma­gicz­ną an­ty­kon­cep­cję… – Czy w średniowieczu używano słowa antykoncepcja?

 

Usia­dła znów w fo­te­lu, zmró­ży­ła oczy… – Usia­dła znów w fo­te­lu, zmru­ży­ła oczy

 

To kłóci się z moimi po­glą­da­mi. – Z całym szacunkiem dla zielarki – jakie ona miała poglądy?

 

Ta­kich jest wielu a mi bar­dzo za­le­ży na dys­kre­cji.Ta­kich jest wielu a mnie bar­dzo za­le­ży na dys­kre­cji.

 

Eli­san­dro, mimo wiel­kiej sym­pa­tii, którą cie darzę muszę od­mó­wić. – Literówka.

 

Cza­ro­dziej­ka przy­glą­da­ła się swo­je­mu od­bi­ciu na jej lu­strze. – Można przeglądać się w lustrze, ale nie na lustrze.

 

Wsia­dła na konia i po­je­cha­ła przed sie­bie. Nie wie­dzia­ła dokąd je­chać, chcia­ła po pro­stu zna­leźć się jak naj­da­lej od tego miej­sca. Je­cha­ła wolno… – Powtórzenia.

 

Nie mogła go jed­nak zo­sta­wić na pa­stwę losu. Gdyby zo­sta­wi­ła je… – Powtórzenie.

 

Wy­glą­da­ło to na nie­wiel­ką farmę. – Farma w średniowieczu?

 

niech idzie za tym gru­ba­sem z kosą w ręku jak jej życie nie miłe. –…jak jej życie niemiłe.

 

nawet nie za­uwa­ży­li wcho­dzą­cej do środ­ka ko­bie­ty. Wcho­dzi­ła po­wo­li… – Powtórzenie.

 

Było to coś na po­gra­ni­czu pisku i char­cze­nia. Zbli­ży­ła się do drzwi. Były uchy­lo­ne. Nie wie­dzia­ła gdzie do­kład­nie znaj­du­je się po­twór, dla­te­go nie­roz­sąd­ne by­ło­by wtar­gnię­cie do tego po­miesz­cze­nia. Dużo lep­szym wyj­ściem było wy­wa­bie­nie go stam­tąd. – Powtórzenia.

 

Ro­zej­rza­ła się do­oko­ła i chwy­ci­ła za świecz­nik sto­ją­cy na stole.Ro­zej­rza­ła się do­oko­ła i chwy­ci­ła świecz­nik sto­ją­cy na stole.

Nie bardzo chce mi się wierzyć, że w średniowiecznej wiejskiej chałupie był świecznik.

 

Był wiel­ki, miał co naj­mniej dwa metry wy­so­ko­ści. – Skąd w średniowieczu wiedziano, ile to dwa metry?

 

Cza­ro­dziej­ka wy­ko­rzy­sta­ła oka­zję… – Cza­ro­dziej­ka wy­ko­rzy­sta­ła oka­zję

 

Od­rzu­ci­ło go do tyłu i z wiel­kim hu­kiem ude­rzył o kre­dens. – Kredens w średniowiecznej wiejskiej chałupie?

 

Kiedy stała już na pro­stych no­gach stało się coś, czego się nie spo­dzie­wa­ła. – Czy wcześniej stała na krzywych nogach?

 

wście­kły po­twór zła­pał ją wiel­ki­mi pa­zu­ra­mi i rzu­cił nią jak wor­kiem kar­to­fli w stro­nę prze­ciw­le­głej ścia­ny. – Skąd w średniowieczu wiedza o tym, czym jest worek kartofli?

 

Wiele z nich miało morał, który zmu­szał czar­no­wło­są pięk­ność do roz­my­śleń. –…zmu­szał czar­no­wło­są pięk­ność do roz­my­ślań.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, błąd na błędzie się kładzie w tym tekście i spacji od groma brakuje. Tak niechlujnie to wygląda. Z żalem oznajmiam, że nie doczytałam, gdyż lektury nie można nazwać przyjemną, a świat przedstawiony jest sztampowy do bólu. Na przyszłość doradzam zabranie się za krótszą formę, a potem iść w dłuższe :)

Tylko nie "Tęcza"!

Początek dość sztampowy i rozwlekły. Bardzo wiele słów tu padło, zanim zaczęła się fabuła. Potem nieco lepiej. Sam motyw ciąży dość ciekawy, lecz chyba wszystko działo się za szybko, by końcówka była wiarygodna. No chyba żeby przyjąć, iż główna bohaterka jest tak rozchwiana, że sama nie wie, czego chce :)

 

Poprawki wypisałem tylko z pierwszego fragmentu, dużo się powtarza w kolejnych.

 

-Halo, halo! Proszę wstawać, już świta!-

– Halo, halo! Proszę wstawać, już świta! -

 

zapowiada!- dziewczynka pobiegła drewnianymi schodami na dół stukając obcasami

zapowiada! – Dziewczynka pobiegła drewnianymi schodami na dół, stukając obcasami

 

odkryła się, obnażając tym samym swe nagie ciało – niepotrzebny zaimek "swe"

 

siedziała tak jeszcze patrząc w jeden bliżej nie określony

siedziała tak jeszcze, patrząc w jeden bliżej nieokreślony – lub – siedziała tak, jeszcze patrząc w jeden bliżej nieokreślony

 

Umyła się dokładnie, po czym owinęła się – niepotrzebne drugie "się"

 

długie do pasa czarne

długie do pasa, czarne

 

nie pasujące

niepasujące

 

Możemy już podawać śniadanie?– Zapytał

Możemy już podawać śniadanie?– zapytał

 

-Dziękuję, ale spieszy mi się.– Odparła chłodno kobieta.

-Dziękuję, ale spieszy mi się – odparła chłodno kobieta.

 

nie wiem ile jeszcze

nie wiem, ile jeszcze

 

Zbliżyła się do dziewczyny tak, że ta druga znieruchomiała – wywal druga

 

Powiedz mi ślicznotko

Powiedz mi, ślicznotko

 

złote monety, które zobaczyła były

złote monety, które zobaczyła, były

 

Od bardzo dawna, a może nawet nigdy nie dostali

Od bardzo dawna, a może nawet nigdy, nie dostali

 

Patrzę sobie na komentarze i dochodzę do wniosku, że tytuł tego opowiadania dokładnie odzwierciedla to, co dostała autorka po jego publikacji.

Mam tylko nadzieję, droga Yenn, że nie zrazisz się zbytnio i nie porzucisz literackiego rzemiosła. Nie jesteś jeszcze zbyt wprawiona w sztuce prowadzenia opowieści, ale nie jest to nic, czemu odpowiednia doza praktyki nie mogłaby zaradzić.

No i czemu wytknięte błędy jeszcze nie poprawione? Brak spacji i przecinków nadal przeszkadza.

Motyw ciąży, owszem, interesujący i nietuzinkowy. Ale zgadzam się, że początek strasznie rozwleczony. Takie czesanie na przykład – aby na pewno było niezbędne i wnosiło coś do historii?

Czy kobieta w zaawansowanej ciąży może się turlać podczas walki? Iluzja iluzją, a brzuch brzuchem.

Napadali na bezbronnych ludzi idących do lasu, albo takich, którzy oddalali się trochę od domostw. Rabowali też niektóre chaty po nocach.

I z czego zbóje okradali wieśniaków idących do lasu? Z drugiego śniadania czy z koszy na grzyby?

Babska logika rządzi!

Nie czytało się dobrze :(

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka