- Opowiadanie: TazPanIWladca - Gibon

Gibon

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Gibon

Ace właśnie spoglądał na dzieło swego życia.

Dziesięciocentymetrowy gibon leżał idealnie zwinięty, prezentując zza delikatnej papierowej zasłonki swoją zawartość. Pół grama najlepszego towaru od kolegi z Holandii. Ace delektował sie jego zapachem, delikatny smrodek konopnego suszu muskał jego nos.

– Dobra, koniec konców najlepsze dopiero przede mną – pomyślał. – Dobra, gdzie on jest… – Zaczął rozglądać sie po biurku w poszukiwaniu jakiegoś źródła zapłonu.

Najoczywistsze rzeczy typu biurko, szuflady, monitor, głośniki, nawet talerz z niedojedzonym sernikiem zostały poddane wnikliwej inspekcji. Obejrzane z każdej strony padały kolejno ofiarami pomstowań, klątw i złorzeczeń. Żarty sie skończyły.

Ace wstał ze swojego wygodnego, częściowo bujanego fotela i rozejrzał po swoim pokoju.

Pokój był mały. Łóżko zajmowało znaczną jego część. Po drugiej stronie stało wspomniane biurko oraz dwie szafy na ubrania. Na jednej z nich stała stara wieża, relikt z czasów gdy technologia i jej rozmiar była wprost proporcjonalna do jakości.

Palacz artysta, zaglądał w każdą szczeline, w każdy zakątek swojego przybytku, coraz bardziej zirytowany.

Nie zauważył jak za jego plecami, przez zamknięte drzwi, weszła do pokoju Tosia, jego nieodłączna towarzyszka pogoni za zielonym smokiem. Miała długie, proste, kasztanowe włosy, była od niego niewiele mniejsza i miała zielone oczy. Z zainteresowaniem przyglądała się jak Ace skacze z jednego miejsca na drugie zaglądając w miejsca które przed chwilą przecież sprawdził.

– Co tam? – zapytała. – Masz z czymś problem?

– Nie widać? Ognia szukam. – zamruczał niewyraźnie. – Mogłabyś pomóc. – rzucił.

– O nie! Tak nie mam zamiaru rozmawiać. – Zirytowała się. – A już miałam powiedzieć ci gdzie leży… – urwała zadziornie oczekując na reakcję.

– Oj, no weź, przepraszam – zaczął. – Zobacz co ja tu mam, istne dzieło sztuki! – wskazał na leżącego na biurku skręta. – Prooszęę, Tosiu, pomóż mi! – wyciągnął rękę w jej strone, chcąc uchwycić jej dłoń, ale ona tylko przeszła przez nią jakby jej tam w ogóle nie było. – Nie mogę cię dotknąć w tym stanie. – Pomóż mi, a zrobie ci coś fajnego – powiedział przymilnie.

– Co, na przykład? – spytała zaciekawiona

– Przekonasz się – uśmiechnął się, obrzucając spojrzeniem eteryczną figurę Tosi.

Dziewczyna uśmiechnęła sie zalotnie i czubkiem zupełnie bosej stopy wskazała na szparę między szafką a podłogą gdzie leżała zapalniczka.

Palacz Artysta wyszczerzył swoje niezbyt równe zęby, jednym susem przeskoczył przez Tosię i dał nura prosto na źródło upragnionego ognia.

Usiadł na krześle, odgryzł skręcony czubek blanta, rozpalił i zaciągnął się mocno. Po kilkunastu sekundach wypuścił powietrze razem z westchnieniem ulgi.

Niematerialne ciało Tosi zaczęło nabierać kolorów i wyrazistości. Z każdym kolejnym buszkiem stawała się coraz bardziej prawdziwa i rzeczywista. Po parunastu minutach przed Acem stała zupełnie prawdziwa, zupełnie zaciekawiona i zupełnie uśmiechnięta dziewczyna, czekająca na obiecane fajne rzeczy.

– No i? – spytała. Podeszła do pół leżącego na krześle Ace'a i oparła dłonie o jego kolana, przybliżając swoją twarz do niego – Obiecałeś.

Nie uchwyciła tego ruchu. W ułamku sekundy skrócił dystans dzielący ich usta, i złączył je z długim pocałunku, jednocześnie wstając i obejmując jej talie. Po chwili delikatnie ułożyli się na troche-przyciasnym-łóżku i zapytał:

– Obiecałem. Gotowa?

 

* * *

 

Leżeli zupełnie nadzy na trochę-przyciasnym-łóżku. W powietrzu unosił się, ledwie już wyczuwalny, słodko-mdły, zapach wypalonego przez Ace’a skręta. Milczeli. Ace wyciągnął z leżącej przy łóżku paczki niebieskiego chesterfielda’a i odpalił go. Nie spieszył się. Wziął swoje trzy buchy i przekazał go Tosi, która również, sprawiedliwie, zaciągnęła się trzykrotnie i przekazała papierosa z powrotem. Patrzyła na szczupłe, ale silne, opalone ramiona artysty palacza, które idealnie kontrastowały na tle jej bladej, delikatnej skóry.

– Chce się z tobą kochać – powiedziała.

Ace spojrzał na nią lekko rozbawiony.

– Znowu? – spytał starając ukryć swój nieco ironiczny ton.

Zaledwie kilka minut temu ich ciała wiły się spazmatycznie w namiętnym uniesieniu. Obiecał jej fajne rzeczy, i był z siebie dumny spoglądając na jej wilgotne uda. Przenosił wzrok powoli w górę, zatrzymując go na dłuższą chwilę na nagich piersiach, które unosiły się jeszcze w przyspieszonym oddechu i spojrzał w końcu na zaróżowione policzki swojej kochanki. Uśmiechnął się.

– Nie. Nie znowu. Chce się z Tobą kochać naprawdę – odpowiedziała.

Pochylił się nad jej twarzą. W zielonych, dużych oczach zauważył bunt jaki zwykle nawiedzał ją po ich spotkaniach. Nie lubił tego. Wszystko co robiła Tosia chciała robić naprawdę. Odwiedzać go, kochać się, rozmawiać.

A przede wszystkim pragnęła naprawdę istnieć.

– Przecież kochaliśmy się naprawdę – powiedział tonem, jakby tłumaczył dziecku coś oczywistego i pocałował ją w czoło.

Wrzucił dopalonego zaledwie do połowy papierosa do stojącego przy łóżku kubka z wczorajszą, niedopitą kawą. Objął ją w pasie, przyciągnął do siebie i wtulił twarz w jej włosy.

Wiedziała, że to koniec rozmowy. Poddała się jego delikatnej pieszczocie, tak bardzo niewinnej w porównaniu z tym jak doświadczał ją przed momentem. Zapach ganji zmieszany z dymem papierosowym znikł zupełnie. Ace zasnął.

Nie zauważył jak jego dłoń opadła swobodnie na zupełnie puste już łóżko.

 

* * *

 

Artysta palacz, wirtuoz bibułki, pan ognia i konopnego suszu zajmował sie właśnie czynnością wręcz fundamentalną dla jego istnienia. Bez tego jego życie nie miałoby sensu. Nie miałby nawet prawa bytu.

Ace jadł śniadanie.

Tosia jak zwykle przyglądała się temu z dezaprobatą, kręcąc głową, nie mogąc pojąć jak człowiek jego pokroju może tak wyrządzać sobie krzywde jedząc prawie suchy chleb, masło  i ser.

– Ciężko rozbić pare jajek na patelni? Co? – zaczepiała go tak codziennie.

– Ciężko… – odburkiwał niechętnie.

Dzisiaj głowę zaprzątały mu słowa Tosi o tym, że chciała być "naprawdę". Starał się zrozumieć ten błysk, upór mający dać mu do zrozumienia o co jej chodzi naprawde. Widocznie kobiety-duchy jest równie ciężko zrozumieć co te zwykłe.

Wstał od stołu, w dwóch krokach był spowrotem w swoim pokoju. Szybko ubrał stare, poplamione spodnie i zmiętą koszulkę. Darując sobie nawet skarpety wszedł do korytarza, zarzucił na siebie czarną ,skórzaną kurtkę. Od czasu wypadku na motorze poprzecieraną tu i ówdzie. Bose ,owłosione niczym u hobbita stopy wsunął w pierwsze lepsze buty i nacisnął klamkę.

– Gdzie idziesz? – Spytała Tosia.

– Po szlugi – odparł.

Mieszkał na drugim piętrze, więc ilość schodów jakie miał do pokonania nie była szczególnie duża. Przechodząc obok skrzynek na listy rzucił okiem na skrzynkę z numerem jego mieszkania. Skrzynka jak skrzynka, pełna starych ulotek, wystających zza drzwiczek. Jednak coś tym razem przykuło jego uwage.

Jedna z ulotek była jakaś dziwna. Zwykła kartka złożona w pół, zawierała jedno zdanie. Napis głosił:

 

ZNAM TWOJ SEKRET. STRZEŻ JEJ. NIEDŁUGO SIE SPOTKAMY – Oom

 

“A to niby co ? I co to za durny podpis…”  Pomyślał Ace.

Zaraz potem przyszła chwila na refleksę. Kto mógł wiedzieć o Tosi? Czy komu kolwiek powiedział o jej istnieniu? Zdecydowanie nie. Próbował przypomnieć sobie od kiedy właściwie mu towarzyszy, kiedy był pierwszy raz kiedy sie spotkali. Nie pamiętał.

– Tu i tak na nic nie wpadne – wzruszył ramionami i poszedł do pobliskiego kiosku kupić te pieprzone fajki.

– Czternaście pięćdziesiąt – bliżej nieokreślony głos z okienka, jak wyrocznia, sprowadził Ace'a na ziemię.

– Kurwa mać… – wymruczał, a głośniej dodał: – Proszę – podał do okienka dwadzieścia złotych.

Poczekał na restę, niezwykle skromną i wrócił do swojego mieszkania.

 

* * *

 

Zrzuciwszy z siebie buty i kurtkę postanowił, że reszta ubioru w zasadzie mu nie przeszkadza. Usiadł na swoim ulubionym bujanym fotelu i zarzucił nogi na buirko odchylając sie do tyłu.

Z kieszeni wyjął paczke papierosów i dziwny list.

Tosia jak zwykle bezbłędnie wyczuła zamyślenie Ace'a. Weszła do pokoju, stanęła obok i rzuciła okiem na dziwną wiadomość.

– Co to? – spytała.

– Nie wiem, w sumie – odparł. – Ktoś oprócz mnie wie chyba o twoim istnieniu. Masz jakiś pomysł? – spytał.

Sam rozpakował wyciągniętą wcześniej paczke i wyjął jednego papierosa. Zapalił go i zaciągnął się głeboko, zastanawiając się, kim mógłby być tajemniczy Oom.

Minęło dobrych parę minut, kiedy zorientował się, że nie otrzymał od niej żadnej odpowiedzi.

– Tosiu? – odwrócił sie do niej – Coś się stało? – zobaczył jej buzie w zupełnie innym grymasie niż dotychczas. Zamyśloną.

– Wszystko w porządku – odparła i uśmiechnęła się do niego.

“Dziwne” Pomyślał Ace. Nigdy wcześniej sie tak nie zachowywała. Jakby jednym pytaniem rozwiał cały jej dobry humor.

Już miał ją o to spytać kiedy zadzwoniła jego komórka.

 

* * *

 

– Taa… Juz… Dobra… Dziesięć minut. – skomplikowana rozmowa trwała jeszcze chwilę, po czym Ace odłożył telefon na biurko.

– Masz ochote znowu posiedzieć mi na kolankach? – spytał, po czym porozumiewawczo uśmiechnął sie do Tosi.

– Chłopaki dzwonili? – rozpromieniła się. – Pewnie!

– To ubieraj się. Zaraz wyjeżdzamy – zażartował. Tosia w postaci niematerialnej ubrana była zawsze i chociaż oboje o tym wiedzieli, Ace zawsze powtarzał ten sam żart. – Widziałaś moje kluczyki?

– Jestes beznadziejny – z uśmiechem wskazała miejsce na biurku, zaraz za monitorem.

Chwile później byli juz w drodze. Chłopaki, jak ich nazwała Tosia byli w rzeczywistości grupką ludzi po dwudziestce, którzy za cel swojego życia wybrali sobie, jak twierdzą, dokonanie jak największej ilośći spirytystycznych seansów w jakiejś zapiździałej melinie.

Ich kontakt z Acem nawiązał sie pewnego pięknego deszczowego dnia, kiedy to nie mieli juz czego kupić od kogokolwiek w promieniu dwudziestu kilometrów. Wtedy przypomnieli sobie o tym jak bardzo go lubią. A raczej lubią to, że posiada prawo jazdy i działający samochód. W zamian za rekompensatę w ganji Ace czasem wyświadczał przysługe chłopakom, wożąc ich tam, gdzie nie daliby rady dojść pieszo.

Nie inaczej było tym razem.

Rzecz działa sie raczej standardowo, zbiórka przed domem tego, który akurat był najbardziej zdatny do życia, krótkie przywitanie i hajda! – do dilera. Jeszcze tylko szybki blancik, jakże niezbędny element każdej transakcji i można było rozsiadać sie na melinie. W zdezelowanych sofach kanapach i krzesłach.

Najtrzeźwiejszy – Człowiek zwany Wonskim, dzielił zakup i umieszczał go w młynku. Najbliżej niego siedział Ace i Misiek – człowiek o stalowych płucach. Powiadali, że nie ma takiego bonga którego nie rozłożyłby jednym wdechem.

Dalej siedzieli już mniej ważni lub młodsi członkowie zrzeszenia, na zmiane z osobami, których pochodzenia nikt nie mógł, ani nie próbował, sie nawet domyślić.

Uwagę Ace'a niezmiennie przykuwały ściany z odlatującym tynkiem, chybotliwy stolik, na którym stały dwie popielniczki w kształcie liścia konopii, oraz stojący troche dalej… stół do ping-ponga.

Ze wszystkich rzeczy znajdujących sie w tym pomieszczeniu to właśnie ten stół był tym, co łączyło ich wszystkich. Każdy chciał grać, w jakiś sposób ujarane towarzystwo zrobiło z tego kolejny niepisany rytuał, gdzie każdy niczym gladiator na starożytnych igrzyskach, mógł wykazać się przebiegłością, zwinnoscią i sprytem.

-Dobra, leci pierwsza – oznajmił Wonski, po czym skruszony towar umieścił w cybuchu ogromnego bonga.

Bongo nie było zwykłym szklanym naczyniem. To było pieprzone dzieło sztuki. Cybuch, będący zaledwie początkiem, płynnie przechodził w gustownie uformowany, dwukrotnie złączony ze sporym pojemniczkiem na wodę dyfuzor. Ten z kolei, jak łabędzia szyja, schodził szklaną rurką w obszerny, szklany, gruby dzban, zdobiony licznymi kwiecistymi symbolami. Zwężając sie ku górze, artysta uwzględnił również trzy szpikulce przytrzymujące lód w długim kominie, gdzie zbierała się większość dymu. Całość zwieńczona pogrubionym kołnierzem, idealnie pasującym do głebokich zaciągnięć.

Z takiego właśnie naczynia Wonski rozpalał ciężko zdobyty towar. Raz rozpalony żar utrzymywał sie długo, trawiąc połowę zawartości cybucha.

-Trzymaj – Podał rozpalone już naczynie do Ace'a

Ace, tak samo jak poprzednik, zaciągnął się powoli, pozwalając by w naczyniu zebrało się jak najwięcej dymu, po czym wyciągnął cybuch, pozwalając powietrzu swobodnie przepływać i wessał całą chmurę szybko i bez wahania.

Tosia, która przyglądała się temu z ciekawością, zmaterializowała sie szybko, dużo szybciej, niż podczas palenia zwykłego skręta. Usiadła Ace'owi na kolanach i oplatając ręce wokół szyi przytuliła do niego, opierając głowę tuż pod jego brodą.

Reszta towarzystwa kolejno wprowadzała się w stan wieszczy, żaden jednak nie widział Tosi.

Ace, upajając sie dotykiem i cudownym zapachem swojego duszka, leżał wygodnie na rozpadającej się sofie. Chłopaki zabierali się za pingpongowe zawody zapominając o Ace'ie zupełnie.

Po dwudziestu minutach, gdy szał zawodów wznióśł sie na kolejny poziom, obok Ace'a usiadł podejrzanie wyglądający koleś z dredami i wełnianym beretem. Przyglądał mu się długo po czym, zdawać by się mogło, prezeniósł wzrok na Tosię.

– Witaj, nieznajoma – zwrócił się do Tosi po czym przeniósł wzrok z powrotem na Ace'a – Masz szczęście. Być panem takiego astrala to zaszczyt.

– Jakim panem? Jakiego astrala? O czym ty człowieku pieprzysz? – odparł Ace. – I dlaczego widzisz Tosię? Myślałem, że tylko ja to potrafie.

– A więc nie wiesz.To wiele tłumaczy. Nie jesteś świadom potęgi która ci towarzyszy…

– Jakiej potęgi? – zaciekawiła się Tosia. – Towarzysze Ace’owi od dawna. Jednak, żeby istnieć naprawde muszę poczekać az on się upali. Poza tym, że nie zawsze jestem prawdziwa, to nic nadzwyczajnego.

– To też – zgodził się człowiek z dredami. – Ale dysponujesz znacznie większymi możliwościami.

– Jakimi na przykład? – zainteresował sie Ace.

– Pamiętasz liścik, który ci zostawiłem? Milo mi, jestem Oom. Doręczył go jeden z moich astrali.

– Oom? A więc to ty wiesz o naszym sekrecie?

– Nie tylko, wie o tym znacznie więcej ludzi, dlatego przekazałem ci, byś jej strzegł. Jest bardzo cenna. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o niej, i innych astralach, przyjedź do mnie. Pokażę ci do czego są zdolne. Trafisz niezawodnie. Za jakiś czas dostaniesz notkę z moim adresem w skrzynce na listy, jak ostatnio. Musimy kończyć bo nasi wspólni znajomi dziwnie nam się przyglądają. Do zobaczenia Ace, do zobaczenia… Tosiu.

Po czym człowiek w wełnianym berecie wstał i skierował się do wyjścia.

Ace i Tosia dochodzili do siebie jeszcze jakiś czas zanim byli w stanie zrozumieć co się tu właściwie stało, i o czym mówił tajemniczy nieznajomy.

 

* * *

 

– I co ja właściwie mam zrobić? – spytał Ace, paląc juz trzeciego papierosa. Siedział w mieszkaniu, w swoim fotelu i zastanawiał się co zrobić z otrzymaną informacją. Właściwie, to nie tyle zastanawiał się nad tym co usłyszał, ile pracował nad rozwiązaniem problemu jakim jest świadomość, że nie tylko on widzi Tosię. I co gorsza ktoś widocznie próbóje, albo dopiero będzie próbował mu ją odebrać.

– Nie ty, tylko my. Co MY mamy zrobić, ja też tu jestem, wiesz… – odparła Tosia.

– Dobra dobra, wybacz, proszę. Masz rację, my. Ok, mamy jakiegoś świra, przychodzi i mówi mi… nam, że widzi ciebie, i że jestes jakimś tam astralem. Że potrafisz jakieś super rzeczy, że umiesz przybierać rzeczywistą postać nie tylko wtedy, kiedy jestem upalony. Że on jest w jakiś sposób zdolny zmusić stworzenia tobie podobne do zrobienia tego, co on chce. Dodatkowo twierdzi, że ktoś może, albo nawet chce mi ciebie odebrać i że idąc do niego dowiem się o tobie więcej.

– Brawo, Kapitanie Oczywistość, właśnie powtórzyłeś to samo, co tamten koleś. – podpuszczała go. – Pójście do niego daje nam najwięcej szans na zrozumienie naszej sytuacji. Masz jakieś inne pomysły?

– A właśnie, że mam! – oburzył się Ace. – Skoro on sam, jak twierdzi, był w stanie wysłać swojego duszka, żeby dostarczył nam list ja powinienem być w stanie zrobić to samo… – zamyślił się. – Tosiu, chyba właśnie wpadłem na pomysł, jak posunąć tę sprawę do przodu… – uśmiechnął się.

– Tak?

– Skocz mi do sklepu po browary – wypalił. – Zobaczymy czy to ma szanse sie udać.

– Chyba cie doszczętnie pojebało – oburzyła się. – Jakiś obcy typek mówi ci, że ktoś może próbować ci mnie zabrać, że mogę przybierać normalną postać nie tylko wtedy, kiedy się uwalisz. A ty jedyne o czym myślisz, to jakieś pieprzone piwo. Ktoś nam zagraża, ktoś chce nam pomóc. Mamy szansę dowiedzieć się czegoś więcej, a ty jedyne co potrafisz wymyśleć, to jakieś durne żarty. Dorośnij.

– Spadaj. Chciałem tylko spróbować, pomyśl na ile różnych sposobów mogłabyś mi pomóc – ciągnął dalej Ace, zupełnie niezauważając tego, co miało nadejść. – Naczynia, śmieci, pranie… Mogłabyś nawet mi coś ugotować…

– Czyli potrzebujesz służącej? Tym dla ciebie jestem? Masz możliwość sprawić, żebym była prawdziwa, żebym zawsze stała u twojego boku, mogłabym uczynić twoje życie wspanialszym, a ty jedyne czego potrzebujesz to służącej?

Tosia nie wytrzymała. Jakaś niewidzialna tama rozpadła się pozwalając jej wyrzucić z siebie wszystko. Marzenia i uczucia. Oczekiwania i nadzieje. Wyraz jej twarzy przedstawiał smutek. Smutek i rozczarowanie.

– Ja tylko chciałam być naprawdę, a ty jedyne do czego mnie potrzebujesz to ulżyć sobie kiedy jesteś tak uwalony, że ledwo widzisz na oczy. I żeby jeszcze to miało jakąś formę, ale jesteś w tym tragiczny! – kłamała, ale chciała mu dopiec, chciała żeby jego też zabolało.

I zabolało dokładnie w ten sposób, jak może boleć urażona męska duma.

– ZAMKNIJ SIĘ! – posłał jej pełne gniewu spojrzenie, palcem lewej ręki wskazując drzwi dodał jeszcze: – WYNOŚ SIE!

I nagle coś poczuł. Skumulowana moc negatywnych uczuć uderzyła Tosię jak rozpędzony pociąg. Zdążyła tylko jęknąć i upadła na podłogę.

Chwilę później rozwiała się jak dym z papierosa.

 

* * *

 

– Co tu sie właściwie stało? – zastanawiał się oszołomiony okolicznościami Ace. Częściowo zdawał sobie sprawę, że zniknięcie Tosi było jego dziełem, że w jakiś sposób ją skrzywdził, uderzył ją wybuchem złości i teraz został zupełnie sam. Był zły. Zły na siebie i swoją głupotę. Zlekceważył słowa “wełnianego pomyleńca” (jak w myślach nazywał Ooma), i teraz sprawy wymknęły się spod kontroli.

Tosia zniknęła. Mimo wołania, proszenia, błagania, nie pojawiała się. Jedyną myślą, która przychodziła Ace’owi do głowy było zasięgnąć rady człowieka z dredami. Może on coś poradzi skoro potrafił wydawać polecenia podobnym jej istotom.

Z zadumy wyrwał go irytujący dźwięk dzwonka do drzwi. Podszedł do wejścia i nacisnął klamkę uchylając drzwi. Jego oczom ukazały się trzy postacie, a właściwie jedna postać i dwa astrale.

– Gdzie jest duch? – zapytał obcy.

– Jaki znowu duch? – odpowiedział zmęczonym głosem Ace. – Kim ty w ogóle jesteś? – dodał.

– Ech, żeby tak wszyscy chcieli współpracować…

Spojrzał na swoich niematerialnych towarzyszy, po czym ci rzucili sie na Ace’a. Zaskoczony, trzasnął drzwiami skutecznie broniąc się przed atakiem człowieka. Na jego nieszczęście, żaden człowiek go nie atakował. Za to astrale owszem. Bez trudu przepłynęły przez przeszkodę i rzuciły się na bogu ducha winnego palacza marihuany. Gdy jeden z nich znalazł się za jego plecami, zmaterializował się i unieruchomił go. Drugi natomiast wrócił i wpuścił do mieszkania tajemniczego jegomościa, któremu widocznie bardzo zależało na rozmowie. Taką przynajmniej nadzieje miał Ace.

 

– Spokojnie, nie zamierzam zrobić ci krzywdy – powiedział siadający już naprzeciwko niego człowiek – przynajmniej na razie. Pozwól, że wyjaśnie tę niezręczną sytuacje. Nie, nie przerywaj, prosze, inaczej zajmie nam to jeszcze więcej czasu, a tego nie mamy. Jestem Borys, a imiona tych dwóch przystojniaków będą dla ciebie za trudne. Jak zapewne sobie przypominasz, chciałbym się dowiedzieć, gdzie jest twoja urocza towarzyszka – spojrzał wymownie na gospodarza. Nosił skórzaną kurtke i ciężkie buciory, którymi co jakiś czas trącał nogi Ace’a

– Tosia? Czego od niej chcesz!?

– Spokój! Już, powoli, chciałem porozmawiać z waszą dwójką. Oszczędziłoby mi to czasu i nie musiałbym się powtarzać. Słuchaj, yyy…

– Ace

– Ace! Tak właśnie! Słuchaj Ace – tłumaczył spokojnym głosem Borys – Jesteś człowiekiem obdarzonym pewnymi… zdolnościami. Potrafisz zobaczyć i wchodzić w interakcje z istotami zwanymi astralami. Tosia jest astralem. Osobnik trzymający cię za ręce też jest astralem. One istnieją, tutaj, wszędzie. Niektórzy z nas potrafią przywiązać te istoty do siebie, do swojej woli. Jak ja i ty. Niektórzy potrafią… troche więcej.

– Dlaczego zależy ci, żeby zobaczyć Tosie? – wypalił Ace. – W co ty pogrywasz?

– Chce ci pomóc. Ktoś próbuje zawładnąć twoim astralem – odparł gość – Będzie próbował zrobić coś… niedobrego.

– Dlaczego miałbym ci wierzyć? Już jeden wariat ostrzegał mnie przed takimi jak ty. Na szczęście Tosia zniknęła, nie pojawia się, chociaż…

Borys najwyraźniej nie był tym przesadnie zainteresowany. Z wnętrza kurtki wydobył niewielki nożyk.

– Zniknęła? Cóż, to niedobrze

 

* * *

 

Do trzymającego Ace’a astrala dołączył drugi unieruchamiając mu również nogi. Borys natomiast jednym wprawnym ruchem zdarł z chłopaka koszule obnażając jego klatke piersiową i zaczynając od obojczyka ciął płytko nożem w strone mostka. Do tej pory Ace został sprawnie zakneblowany i wydawał jedynie głuche, stłumione okrzyki bólu.

– Widzisz, kiedy już raz zwiążesz ze sobą atrala, istnieja pewne sposoby, żeby przywołać go z powrotem – tłumaczył cierpliwie Borys ignorując ból gospodarza. – Jednym z nich jest ból. Kiedy go odczuwasz, twoja towarzyszka zapewne jest świadoma jakiejś jego części. To działa zresztą w przypadku innych odczuć równie dobrze, ale ból działa najlepiej. – tłumaczył niezrażony. W tym czasie zaczął prowadzić ostrze w strone drugiego obojczyka przez co szrama nabrała kształtów litery “V”. – Myśle, że tyle wystarczy, widzisz, nie jestem sadystą, ja tylko musze przedstawić twojemu duszkowi pewna propozycje. W zasadzie, to powinna już się pojawić – zmarszczył brwi. – Czemu jest inaczej? Nie wyglądasz na kogoś, kto drwi sobie z bólu, hmmm… mówisz, że zniknęła? Opowiedz mi, proszę.

Jakiś czas trwało zanim Ace doszedł do siebie, dyszał ciężko i krztusił się po usunięciu knebla. Sprawy nie ułatwiał fakt, że na piersi miał palące nacięcia zafundowane przez Borysa, a astrale poza kneblem nie dały mu dużo więcej swobody, może poza tym, że nie był trzymany za nogi. To z kolei nie zapowiadało chyba dalszych przesłuchań. Przynajmniej nie nożem.

To co zajęło Ace’owi najwięcej czasu, to zorientowanie się w swoim położeniu. Psychol z nożem wyraźnie robił wszystko, żeby zobaczyć Tosię. Według tego co powiedział, już dawno powinna sie pojawić.

Dlaczego się nie pojawiła?

Czy to ma związek z ich kłótnią?

Z jego wybuchem złości?

Czy ma szanse im uciec?

Nie bardzo. Gość najwyraźniej nie miał zamiaru robić mu krzywdy większej niż jest potrzebna. Nie miał też zamiaru dać mu spokoju, póki nie dowie się tego, co chciał sie dowiedzieć. Twierdził nawet, że chce im pomóc. Niechętnie, Ace postanowił nie robić więcej problemów, będzie grał według zasad napastnika. Może nawet dowie się czegoś o tym, co sie wydarzyło podczas kłótni z Tosią.

– Dobra – odkaszlnął. – Powiem ci co wiem, w zamian wyjaśnisz mi parę rzeczy związanych z nimi – wskazał głową na krępującego go astrala.

– Nie jesteś w zbyt dobrej pozycji do negocjacji – zauważył przytomnie Borys. – Dlaczego miałbym się zgodzić?

– A co z tekstem o chęci pomocy? Jak sie nie zgodzisz to ci gówno powiem, nawet jakbys miał mnie przesłuchiwać na nowe wymyślne sposoby. Ot tak, tobie specjalnie na złość.

– Ech, żeby tak wszyscy… No dobrze, mamy umowe. – zgodził się bez większych problemów.

– I niech ten dupek mnie puści.

– Dasz palec… hmm… Ale opowiesz wszystko? grzecznie? bez kłamania? Obiecujesz?

– A mam w sumie jakieś inne wyjście?

– No… w sumie to nie masz. – uśmiechnął się. Skinął głową astralowi na znak, że może puścić Ace’a. – A teraz mów. Na początek kim był wspomniany przez ciebie wariat?

Ace opowiedział o liściku w skrzynce, o spotkaniu w melinie Chłopaków z człowiekiem z dredami. O zainteresowaniu jakie przejawił, kiedy zobaczył Tosie i o wskazówce, żeby jej pilnował. To ostatnie najwyraźniej mu nie wyszło, bo przestała się pojawiać zaraz po kłótni. O tym też opowiedział, bo najwyraźniej i tak by musiał o tym opowiedzieć. O uderzeniu nienawiści, którym najwyraźniej zrobił jej krzywde.

– Więcej nie wiem. Co ja jej zrobiłem? – spytał rozgoryczony.

– To rzuca zupełnie nowe światło na zaistniałą sytuacje – odparł Borys. – Otóż ludzie tacy jak my, ludzie związani z astralami, potrafią narzucić im swoją wolę. Potrafią zmusić je do zrobienia tego, co zechcemy. Twój pomysł z piwami miał szanse się udać, choć nieukrywam zachowałęś się jak dureń.

Ace zacisnął mocniej zęby. Wiedział. Czuł się jak dureń.

– Niemniej zabrakło ci wprawy. Za to numer z wybuchem złości pokazał ci bardzo dobrze co może zdziałać skoncentrowana wola. Zraniła cię, a ty chciałeś zranić ją. Możesz być z siebie dumny, właśnie zrobiłeś pierwszy krok do bycia panem astrali w pełnym tego tytułu znaczeniu.

Na twoje, a właściwie nasze, nieszczęście człowiek, który udzielił ci dobrej rady w pewien sposób zakpił sobie z nas obojga. Oom to stary pierdziel, szaman i ćpun, a do tego bardzo potężny pan astrali. Masz szczęście, bo prawdopodobnie sam starał sie zniewolić twoją towarzyszke, gdyby nie ja, pewnie sami byście do niego pojechali…

– Pierdolisz – wtrącił Ace. – Mówisz, że jest moim wrogiem a sam napadasz na mnie i torturujesz, żeby tylko z nią się spotkać! Czego ty właściwie od niej chcesz, co?

Przez chwile twarz borysa zastygła w zamyśleniu. Ace był w stanie dostrzec wyraźną złość i…smutek? Przybysz wyraźnie bił się z myślami, kalkulując na ile może zaufać osobie która siedzi przed nim.

– Mam… Pewien interes to tego pojeba w wełnianej czapce, i jesteście mi potrzebni. W zasadzie, to chce was prosić o pomoc. Chciałem, żebyście pomogli mi odbić spod władzy Ooma jednego astrala.

– Pomogli? Tobie? Nie uważasz, że ten akurat sposób na prośbe jest nieco dziwny?

– Nie drwij, musiałem mieć pewność, że twoja towarzyszka nigdzie sie nie ukrywa, rozumiesz. Sposób na przemoc i ból był w sumie najszybszy, zresztą gdyby wszystko poszło gładko, do niczego takiego by nie doszło. Skoro jednak sie nie pojawia… – zamyślił się. – Jest szansa że mogła się udać do niego sama?

– Do kogo? – nie zrozumiał Ace.

– Do tego pojeba co zaoferował wam pomoc. Do Ooma

Z początku to wydawało się absurdalne, Tosia nigdy nie wchodziła w interakcje z innymi ludźmi, chociaż to pewnie dlatego, że nie mogli jej zobaczyć. Teraz sprawa wyglądała inaczej. Po rozważeniu wszystkich za i przeciw, stwierdził, że mogłaby to zrobić. Właściwie, to on już ją uderzył a Oom nie. Ace nie umie nad sobą panować a on tak. Czy on by zrobił to samo na jej miejscu? Sam nie wie, ale chyba tak. Im dłużej się nad tym zastanawiał tym bardziej był pewny. Tak, ona na pewno poszłą do niego po radę.

– To możliwe – odparł.

– Jeśli mam racje, właśnie straciłeś swoją przyjaciółkę.

– Co masz na myśli? Jak to straciłem Tosie?

– Jak już mówiłem. Oom to pan astrali. Potężny. Dopóki ona była w twojej okolicy nie mógł nic zrobić, ale jeśli poszła do niego z własnej woli, to najpewniej już narzuca jej swoją wole…

Świat właśnie wywrócił się do góry nogami. Przynajmniej dla Ace’a. Powoli docierało do niego znaczenie słow wypowiedzianych przez Borysa. Czuł jak rośnie w nim poczucie bezsilności, uczucie sciągające wszystkie organy w środku, jakby miał zapaść się sam w sobie. To jego wina? Tego najbardziej nie mógł sobie wybaczyć. Tosia pod kontrolą innego człowieka? Zmuszana do robienia rzeczy wbrew sobie?

Powoli zaczął budzić się w nim ogień. A przynajmniej tak to odczuwał. Czas zaczął płynąć wolniej, wszystko docierało do niego bardzo wyraźnie. Był zły. Bardzo zły. Na wszystko. Na siebie, na Borysa i na człowieka w wełnianej czapce. Siedzące obok Borysa astrale wstały i zaczęły się odsuwać. Były zaniepokojone. Tylko Borys siedział nadal na swoim miejscu i obserwował. Chuj z nim, z nimi wszystkimi. Ace miał ochote rozwalić wszystko w zasięgu wzroku. płonący gniew zaczął powoli przeradzać się w furie…

– Ace… Ace!

Ace zamrugał oszołomiony.

– Już, spokojnie – słowa Borysa docierały do niego coraz wyraźniej. – Wytrzymaj jeszcze chwile, posłuchaj mnie. Jest szansa! Możliwe, że uda nam się odbic twojego duszka.

Te słowa ostudziły emocje Ace’a. Odbić Tosię? Tak, chce ją odbić. Odbić i przeprosić, tak. Powoli dochodził do siebie, obiecał sobie, że zrobi wszystko co mu powie ten wariat w skórzanej kurtce. Nie dla niego, dla Tosi.

– Mów – polecił już prawie opanowanym głosem Ace.

– Słuchaj, to nie jest tak, że wszystko stracone. Co prawda z twoim duszkiem mielibyśmy większe szanse, jednak twoj udział jest w sumie ważniejszy. Ja dysponuje raptem dwoma dwoma astralami, ty jednym, co daje nam trzy astrale i dwóch panów astrali. Skoro prawdopodobnie twój duszek jest już pod kontrolą tego pojeba, mamy układ dwóch do dwóch, nie najgorzej.

– Ile astrali ma Oom?

– Ostatnio jak sprawdzałem to jakieś pięć. Z twoją Tosią, będzie sześć. I on. Nie zapominaj o nim.

– Jak mamy sobie z nimi poradzić?

– Nie będe ci tłumaczył planu pierwotnego, bo wszystko i tak już szlag trafił. Pozwól, że przejdę do zapasowego. Słyszałeś kiedyś o nordyckich Berserkerach? Nie? Otóż to byli tacy ludzie, którzy broniąc swojego wodza wpadali w taki szał, że w sumie nie do końca wiedzieli co tak na prawde czynią. Co to ma do nas, chciałbyś zapytać? Otóż znany jest sposób, w jaki doprowadzali się do tego niszczycielskiego stanu. Jedli grzyby. Nie te śmieszne małe, które pewnie znasz, tylko troche poważniejsze, bardziej trujące. Skoro już byłeś w stanie uderzyć astrala, te grzyby będą w stanie troche poprawić twoje umiejętności. Dobrze potraktowany astral na pare godzin nie będzie w stanie nic zrobić, jeśli się postarasz. będziemy mieli jakąś godzine, dwie. To będzie szybka akcja. Wbijamy, robimy rozpierduche, łapiemy wełnianego pojeba i bierzemy co nasze. Ty swoją Tosie, a ja… a ja coś innego.

– Dobrze to przemyślałeś? – spytał z powątpiewaniem Ace.

– Jak masz lepszy plan, to teraz jest dobra okazja żeby się nim podzielić – odburknął Borys.

Nie miał. Cała ta sytuacja była jak z jakiejś pieprzonej bajki. Duchy, władcy, walki i odbijanie. Ace czuł się zagubiony, ale wiedział jedno. Musi odzystać Tosie za wszelką cene, zresztą jego własne życie bez niej nie miało zbyt dużej wartości.

– Dobra, wchodze w to. Dla niej.

– Oczywiscie – zgodził się Borys po czym głęboko zamyślił. Po chwili wypalił:

– Potrzebuje od ciebie jeszcze jednej rzeczy. Wiem, że ją masz – uśmiechnął się.

– Co takiego? Czemu się tak durnowato cieszysz? – odparł Ace. -Mojej duszy? Krwi dziewicy? Gwiazdki z nieba?

Borys wyszczerzył zbęby w uśmiechu bezradności, jak człowiek który ze wstydem przyznaje się, że nie ma na bilet do domu.

– Samochodu.

* * *

 

Dom Ooma znajdował się jakieś piętnaście kilometrów poza obrzeżami miasta, w jakiejś dziurze kawałek od uczęszczanych dróg. Cichy, równoniermy warkot silnika dobrze wpływał na nastrój Ace’a. Prowadzenie pojazdu sprawiało mu jedną z wiekszych przyjemnosci. Szosa była wyjątkowo pusta, toteż mogli się przemieszczać z przyzwoitą prędkością. Spokojny nastrój burzył nieco zapach Borysa siedzącego na miejscu pasażera, który to delikatnie mówiąc, śmierdział. Zagadnięty o date ostatniej kąpieli odburknął coś, że jest zapracowany, i ze w ogole to niech spierdala. Toteż Ace wiecej nie dociekał, jedynie kręcił nosem.

Zjechali z drogi na coś co przypominało bardziej ścieżkę, czy nieutwardzoną drogę. Według listu zostawionego przez astrala nalezącego do Ooma dom znajdował się dwa kilometry dalej. Borys polecił Ace’owi żeby sie zatrzymał na poboczu.

– Poczekaj, poprosze moich kolegów, żeby zobaczyli, jak wygląda sytuacja.

Ace nie oponował. Astrale ruszyły na zwiad. Starali ograniczyc sie ryzyko do minimum. W tym czasie Borys przedstawiał swoją taktyke:

– Plan jest prosty. Idziesz po swoją przyjaciółeczkę po drodze masakrując każdego duszka który jej nie przypomina. W tym czasie  ja szukam Ooma i ucinamy sobie miłą pogawędkę

– To nie brzmi na zbyt wyszukany plan…

– Masz lepszy?

– Nie

– To słuchaj. Plan jest prosty, więc niewiele możemy zjebać – zirytował się Borys. Wyciągnął z kieszeni kurtki dwie fiolki, po czym jedną dał Ace’owi. – Trzymaj. Wypij jakies 10 minut przed akcją. Będzie działać jakies pół godziny.

– A potem?

– Nie jestem pewien. Wywar z muchomorów to nie jest coś, co brałbym przy byle okazji…

Ace nieufnie spojrzał na zawartość fiolki. Zdarzało mu się palić różne rzeczy, ale przeważnie wiedział co nastapi potem. Nie podobała mu się ta sytuacja, ale nie miał wyjścia. przypomniał sobie co zrobiły dwa astrale, a co dopiero mogą zrobić w większej grupie. Poza tym miał tu cos do zrobienia, a nie był do końca pewny jak Tosia zareaguje na jego odsiecz.

Rozmyślania przerwały astrale zwiadowcy, oznajmiając, że nikogo nie zaobserwowały, więc wszyscy najprawdopodobniej są wewnątrz. Zanim wyruszyli, Borys poradził jeszcze Ace’owi, żeby podczas marszu myslał o złych rzeczach, które zepsują mu humor doszczętnie. To wzmocni działanie specyfiku.

Marsz trwał piętnaście minut. Kiedy zza drzew wyłonił się zarys chatki, Ace z Borysem opróżnili zawartość swoich fiolek. Przed szturmem mieli czas zaobserwować jeszcze jak wygląda przybytek, który zaraz będa mieli okazje poznać dokładniej od wewnątrz.  Domek raczej nieduży, drewniany, przypominający Ace’owi raczej bacówke niż mieszkanie szamana z dredami. Przed domkiem, na piaszczystym podwórku, stał motocykl, a całość otoczona była ogrodzeniem nasuwającym na mysl raczej zagrode z drewnianych bali. Zza domku dało sie wypatrzeć jeszcze ogródek porosnięty jakimiś bliżej nieokreślonymi roślinami.

Drzwi nie były zamknięte. Gdy weszli do domku postrzeganie rzeczywistości zmieniło sie zauważalnie. Specyfik potęgował uczucie agresji. Gdy pierwszy astral zaatakował, intruzi nie mieli pojęcia co sie właściwie dzieje. Pierwsze uderzenie wyzwoliło u Ace’a furie. We wściekłym amoku skierował całą nienawiść na atakującego. Rzucił nim o sciane jak szmacianą laleczką, po czym po astralu został tylko dym. Jeden mniej.

Rozdzielili się. Borys poszedł w strone pomieszczenia pełnego szklanych rurek, zlewek, przypominającego troche wytwórnie mety. Zatakował go astral przypominający wilka. Nie zdążył jednak go zranić, gdyż towarzyszące Borysowi astrale obezwładniły napastnika.

Eksplorowali dalej, jednak po Oomie nie było żadnego śladu. Czas leciał, działanie specyfiku słabło.

 

* * *

 

– Piwnica! – krzyknął zdyszany Borys – Tu musi być jakaś piwnica, jeśli tam go nie ma, to ja pierdole taki interes.

– Pamietaj po co przyszedłeś – przypomniał mu równie zdyszany Ace. – Bez Tosi nie wracam.

Jeden z astrali wskazał na podłoge skąd, jak twierdził, emanowała jakaś energia. Ekipa od wizyt niespodziewanych momentalnie dobrała się do klapy ukrytej pod dywanem. Po otwarciu ich oczom ukazały się strome schody.

– No i masz swoją piwnicę – zauważył Ace zbierając się do zejścia.

– Czekaj, najpierw ja.

Kiedy Borys powoli schodził po schodach, Ace zauważył, że z jednej strony odkrytego pomieszczenia sączy się delikatne światło.  

– Uważaj, widocznie ten dupek tam siedzi – zawołał.

Za późno, na Borysa i jego astrale napadły trzy inne stworzenia. Kiedy Ace zaczął pośpiesznie schodzić słyszał jak borys ryczy niczym ranny Żubr. Nie żeby Ace kiedykolwiek widział na oczy rannego żubra, ale jeśli miałby sobie go wyobraźić, to brzmiałby właśnie tak.

Kiedy dołączył do niego wykrzesał z siebie jeszcze na tyle furii, żeby uderzyć jednego z atakujących. Widać było że Borys nie ma siły odpierać ataku pozostałych dwóch astrali i gdyby nie jego pomoc, byłoby krucho. Na szczęście astrale Ooma nie miały widocznie zamiaru dalej walczyć i umknęły w strone światła.

Kiedy chwilę odetchnęli mieli możliwośc się rozejrzeć. Wnętrze nie przypominało typowej piwnicy. Może poza faktem, że było w niej chłodno. Na tym podobieństwa się kończyły. Pod ścianami stały regały pełne książek, na części z półek były ustawione jakieś butelki z zawartością bliżej nieokreśloną. Poza tym śmierdziało. Jednak nie wilgocią, czy pleśnią, tylko kadzidłami, czy podobnymi śmierdzącymi roślinkami.

– Jebany zrobił tu sobie ćpalnie i bawi sie w szamana. Nieźle dziadowi odjebało na starość – skwitował Borys dysząc.

– Zapraszam, mili goście – usłyszeli niski głos dobiegający z oświetlonej części piwnicy.

Podeszli, zachowując przy tym ostrożność. Działanie specyfiku już się kończyło, zastępując obłąkańczą furię zmęczeniem. Oom siedział na grubym dywanie. Wokół niego ustawione były różnorodne pojemniki z suszonymi roślinami i przyborami do palenia. Dominowały ciepłe i zielone barwy. Delikatne światło sączyło się z bogato zdobionych lamp naftowych poustawianych w okolicy.

Gdy tylko Borys zobaczył Ooma wyciągnął z wewnętrznej części kurtki pistolet i wycelował.

– Gdzie ona jest? Gdzie jest Lori?! – wykrzyczał.

Szaman częściowo nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w podłogę. Na krzyk Borysa tylko się uśmiechnął, po czym zza jego pleców zmaretializowała się kobieta-astral. Była wysoka i szczupła. Długie włosy sięgały jej do pasa, a twarz nie zdradzała żadnych emocji.

– Lori– wyszeptał oszołomiony Borys

Twarz Borysa zdradzała bardzo wiele. Lori Zbliżała sie powoli chociaż konsekwentnie. Kiedy zbliżyła się na odległość paru kroków, Borys powoli zaczął powoli dochodzić do siebie.

– Nie, to nie ty, to on. To wszystko on.

Astrale Borysa w moment stanęły tak, żeby Lori nie mogła zbliżyć się bardziej. Ace patrzył na to wszystko oszołomiony, zastanawiając się jakich zdarzeń jest właśnie świadkiem. Nie zauważył jak Borys osuwa sie na kolana oraz tego, że jego żołądek nie mógł sobie poradzić z emocjami i dziwną substancją, którą wcześniej zażyli. Astrale Ooma zwarły się z towarzyszami borysa, a Lori podeszła i wyjęła pistolet z jego dłoni.

Ace już zbierał się do ataku na odsłoniętego pana astrali ale zobaczył, jak obok niego materializuje się znajoma niewielka postać o zielonych oczach i kasztanowych włosach.

– Tosia! – wykrzyknął.

Tosia z kamiennym wyrazem twarzy rzuciła się na Ace’a. Dwa ciosy w żebra i jeden w głowe szybko sprowadziły go do poziomu podłogi. Kiedy leżał na ziemi, zaszła go od tyłu i unieruchomiła wykręcając ręce za plecami.

Po twarzy Ooma spływały grube krople potu, jednak wydawało się, że sytuacja została opanowana. Uśmiechnął się nieznacznie.

– Nawet nie masz pojęcia jaki skarb ci towarzyszył, Ace. Twoja towarzyszka jest wyjątkowo potężna. Nie mam pojęcia, co takiego miałeś w sobie, że mogłeś nad nia zapanować. Nie to co Lori. Widzisz, chociaż ta śmierdząca, zarzygana kupa cielska kontroluje dwóch astrali a nie potrafił zapanować nad nią jedną. Była dla niego za silna. To, że w ogóle udało wam się tu wedrzeć możesz przypisać wyłącznie sobie, on tu jest tylko dla ozdoby. Jego najcenniejszy astral poddał się praktycznie bez walki.

– Chuja tam – odwarknął ledwo trzymający się na kolanach Borys. -Otrułeś mnie dupku i odebrałeś mi ją. Ona była moja. MOJA! – krzyknął głosem który brzmiał jak połączenie krzyku i płaczu jednocześnie.

– Była dla ciebie za silna. Zrobiłem ci przysługe. Zresztą po tym, co udało nam się osiągnąć i tak by od ciebie odeszła…

– Co masz na myśli?

– Wytresowałem ją tak, że jeszcze wiele nocy po naszym odejściu krzyczała moje imię.

To był coś poniżej pasa. Prostacki, ale piekielnie skuteczny.

– Ty, ty nie…

– Tak, Borysie. Uprawialiśmy piękną, i namiętną miłość, wiele razy pomogłem jej poczuć się jak niemalże ludzka kobieta. Nie musiałem nawet używać siły, nie to co tamta bestia – wzrokiem wskazał Tosię…

Ace poczuł jak dłonie Tosi zacisnęły mu sie mocniej na ramionach a po plecach przebiegł zimny dreszcz.

 

* * *

Sekundy mijały powoli a z każdą z nich w umysle Ace’a przetaczały się dziesiątki mysli. Co Oom przed chwilą zasugerował? Nie, to niemożliwe, chociaż z drugiej strony Tosia właśnie go pobiła i obezwładniła. Miał nad nią kontrolę. Zupełną? Próbował się wyrywać i choć na chwile wyczytać coś z twarzy Tosi, ale trzymała go mocno.

– No dobrze moi mili, kończymy tą zabawę, nie ukrywam, że wasze towarzystwo jest trochę męczące. Borysie, Ace. Miło było was poznać – powiedział Oom i pogrążył się w medytacji.

Lori przyłożyła lufe pistoletu do czoła Borysa i nacisnęła spust.

– Nie! – Krzyknął w tym samym czasie Ace i uderzył ją mentalnie.

Spudłowała, nadal z kamiennym wyrazem twarzy skierowała pistolet w strone Ace’a.

“Już po mnie.” – Pomyślał.

 

* * *

 

Czas zwolnił.

Zaczął sobie przypominać jak sie tu znalazł. Po co się pojawił. Przyszedł po Tosie, chciał ją odzyskać. A teraz ona była przeciwko niemu, z Oomem. Skojarzył jeszcze jak zareagowała na jego słowa i w akcie desperacji naparł na nią z całą mocą. Skumulował w sobie wszystkie uczucia jakie do niej żywił. Te dobre.

Napotkał opór. Wyczuł więź łączącą ją z Oomem, ale ten rodzaj połączenia był inny, oparty na sile i podporządkowany woli szamana.

Mimo to widział jak Lori zaczyna naciskać spust pistoletu. Zakrzyczał rozpaczliwie, jak człowiek który idzie na spotkanie smierci podniesiona głową. Walczył o Tosię i przegrał.

Trzy naboje opuściły komorę i Ace padł na ziemię dysząc ciężko.

 

* * *

 

-Żyję? – przemknęło Ace’owi przez głowę chwile potem.

Odwrócił się i ujrzał anioła.

 

* * *

 

Anioł miał twarz ściągniętą we wściekłym grymasie. Jego skrzydła przestały osłaniać Ace’a i prezentowały się majestatycznie. W błyskawicznym ataku rzucił się na Lori łapiąc za głowę i szarpnął z impetem wciskając ją w najbliższą ścianę zostawiając po niej smugę dymu.

Dwa astrale Ooma, które do tej pory były w zwarciu, wróciły bronić swojego pana. Przybrawszy forme wilka i pantery, czekały gotowe do skoku.

Skrzydlaty obrońca nie sprawiał wrażenia przejętego. Astrale zwierzęta rzuciły się do ataku. Wilczy napastnik dopadł do nogi anioła i wgryzł się mocno, natomiast pantera skoczyła na jego tors, próbójąc dostac się do szyi. Obrońca nie miał szans.

Tak się przynajmniej im wydawało.

Jednym potężnym podmuchem skrzydeł odrzucił obu atakujących, po czym błyskawicznie, po jednym wykańczającym uderzeniu na astrala, wysłał ich na spotkanie z Lori.

Oom dyszał ciężko, wyraźnie zmęczony panowaniem nad swoimi towarzyszami. Teraz tylko sapał, a czoło zdobiły mu grube krople potu. Kazda utrata astrala musiała odbić się również na jego mocy i wytrzymałości. Teraz zdany już był tylko i wyłącznie na łaske Anioła.

Gdy Ace doszedł już do siebie było po wszystkim. Skrzydlaty obrońca z majestatycznej postaci zamienił się w dobrze mu znaną, drobną Tosię. Gdy się rozejrzał widzał już tylko astrale Borysa, które osłabione, podobnie jak ich pan, próbowały podnieść go na nogi. Oom z kolei pozbawiony był wszystkich atutów i zamiast pewnego siebie, pogrążonego w medytacji mistrza, sprawiał wrażenie raczej zabiedzonego szaleńca.

Ace podszedł do niego i przyglądał mu się z obrzydzeniem.

– I co ja mam teraz z toba zrobić? – zpaytał.

Na ramieniu poczuł słaby choć stanowczy chwyt Borysa każący mu się odsunąć. Przestąpiwszy krok zobaczył, jak jego towarzysz drżącą ręką przystawił szamanowi pistolet do czoła.

– Nie masz jaj, nigdy nie miałeś – wycharczał Oom. – Taka potęga…

Borys nacisnął spust. Głowa pokonanego rozleciała sie jak arbuz zdobiąc dywan, ściany i gasząc kilka świeczek.

Było po wszystkim.

 

* * *

 

Siedząc na progu wejścia poobijany Ace przyglądał się swojemu znalezisku.

Po rozwiazaniu problemu z Oomem mieli z Borysem sporo czasu, żeby przeszukać piwnice w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby postawić ich na nogi. Niestety wsrod zlewek, pojemników czy słoików nie było nic co by im się przydało.

Oprócz zielska. Nigdy nie miał w dłoniach czegoś o tak intensywnym zapachu. Na szczęście ze wszystkich rzeczy i osób jakie odniosły obrażenia, bletki akurat pozostały prawie nienaruszone.

Borys, podtrzymywany przez towarzyszy, wygramolił się na zewnątrz akurat wtedy kiedy Ace skończył skręcać gibona. Usiadł obok i w milczeniu przyglądał artyście.

– Tak właściwie, to czemu nie ma z nami Lori? – zapytał Ace i odpalił skręta zaciągając się głęboko.

– Nie chciała do mnie wrócić, po prostu. Będąc pod wpływem mocy Ooma stwierdziła, że nie ma zmaiaru więcej byc niczyją marionetką.

– Mimo tego co was łączyło? – podał skręta towarzyszowi.

– Mimo tego.

Borys delektował się smakiem zaciągając się delikatnie.

– Dobre – stwierdził, po czym wrócił do podjętego wcześniej tematu. – Nie chciała się ze mną złączyć, a ja nie jestem nim, żeby narzucić jej to siłą. Przynajmniej mamy twojego aniołka – zaznaczył. – Naprawde nie wiedziałeś do czego jest zdolna?

– Nie, sam do końca nie wiem co tam się wydarzyło. Myślałem że już po mnie.

– I dużo nie brakowało – usłyszeli.

Przed nimi zmaterializowała się Tosia, znowu usmiechnięta i bosa, jak dawniej.

– Byłbyś dziurawy jak sito, gdybyś sie tak nie uparł. To było słodkie – uśmiechnęła się szerzej. Widząc, że obaj nie rozumieją o czym mówi dodała – Więź. Mówiłam o więzi. Oom narzucał nam wszystkim swoją wole, ale to nie tak, że my nie próbowaliśmy stawiać oporu. Ze mna mu było najtrudniej – dodała z dumą. – A kiedy Lori prawie cie zastrzeliła wysłałeś mi chyba wszystko co byłeś w stanie do mnie czuć. Prawie jak line tonącemu. Złapałam. Reszta stała się jakoś sama. Nawet nie wiedziałam co potrafie póki nie spróbowałam cię ochronić.

Zza pleców Tosi wystrzeliła para skrzydeł rozpościerając się szeroko.

– Podoba mi się ta forma – dłonią delikatnie głaskała ich pióra.

– Do twarzy ci w niej – podsumował Borys. – Dobra, na mnie już czas. Zwijam się. Wybacz za wcześniej.

Na chwile piekące nacięcie na piersi Ace’a zapiekło wyraźniej, jednak zaraz potem spojrzał na zafascynowaną nowymi mocami Tosię i w sumie już go tak nie bolało. Wyciągnął dłoń do Borysa a ten uścisnął ją nie odwracając spojrzenia.

– Uważaj na siebie, powodzenia.

– Z takimi towarzysami? – zapytał Borys, spoglądając na swoich towarzyszy-astrali. – Nie będzie większego problemu – uśmiechnął się.

Odwrócił się, i juz o własnych siłach podążał w strone drogi.

Jeszcze jakiś czas Ace i Tosia odpoczywali w cieniu chatki szaleńca, ale ostatecznie na nich też nadszedł czas. Otrzepawszy spodnie, ruszyli w strone samochodu. On starał się iść prosto i i dumnie. Ona trzymała go za ramię i szła tuż obok niego.

– Wiesz… – zaczęła. – W sumie to chyba nauczyłam sie jeszcze jednej rzeczy, ale to jak już wrócimy do domu…

– Co takiego? – zapytał z zainteresowaniem.

Tosia wspięła sie na palce i przysuwając się do jego ucha, chichocząc, zamruczała:

– Zobaczysz.

 

Koniec

Komentarze

Ciekawe opowiadanie, widać, że masz spore doświadczenie z gibonami :-)

Dużo się działo, fajnie opowiedziane. 

Podobałoby mi się bardziej, gdybyś poprawił wszystkie brakujące ogonki, literówki, małe i duże litery i jednego ortografa – próbóje – zmień na próbuję, no i szwankujący zapis dialogów.

Fajny tekst.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Heh

Przepraszam, z każdym kolejnym będzie lepiej.

Faktycznie, ciągle musze uzupełnić braki w warsztacie, ale chyba w porównaniu z tym co pisałem wcześniej zrobiłem i tak spory progres.

Będzie już tylko lepiej, Dzięki Bemik za opinie :)

czub­kiem zu­peł­nie bosej stopy wska­za­ła na szpa­rę mię­dzy szaf­ką a podłogą…– …czub­kiem zu­peł­nie bosej stopy wska­za­ła szpa­rę mię­dzy szaf­ką a pod­ło­gą

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

Pod­da­ła się jego de­li­kat­nej piesz­czo­cie, tak bar­dzo nie­win­nej w po­rów­na­niu z tym jak do­świad­czał ją przed mo­men­tem.Pod­da­ła się jego de­li­kat­nej piesz­czo­cie, tak bar­dzo nie­win­nej w po­rów­na­niu z tym, czego doświadczała przed mo­men­tem.

To nie on ją doświadczał, a ona doświadczała.

 

Wi­docz­nie ko­bie­ty-du­chy jest rów­nie cięż­ko zro­zu­mieć co te zwy­kłe.Wi­docz­nie ko­bie­ty-du­chy jest rów­nie trudno zro­zu­mieć, jak te zwy­kłe.

 

Wstał od stołu, w dwóch kro­kach był spo­wro­tem w swoim po­ko­ju.Wstał od stołu, w dwóch kro­kach był z po­wro­tem w swoim po­ko­ju.

 

Szyb­ko ubrał stare, po­pla­mio­ne spodnie i zmię­tą ko­szul­kę. – W co ubrał spodnie i koszulkę?!

Szyb­ko włożył stare, po­pla­mio­ne spodnie i zmię­tą ko­szul­kę.

Spodnie i koszulki, i wszelką inną odzież, można na siebie włożyć, założyć, ubrać się weń, przyodziać, przywdziać, ale nigdy, przenigdy, nie ubiera się ubrań!!!

Za ubranie spodni i koszulki – pięć godzin klęczenia na grochu, z rękami w górze! ;-)

 

Da­ru­jąc sobie nawet skar­pe­ty wszedł do ko­ry­ta­rza, za­rzu­cił na sie­bie czar­ną ,skó­rza­ną kurt­kę. – Powtórzenie. Czy istniała możliwość zarzucenia kurtki na kogoś innego?

Spacja po przecinku, nie przed nim. Ten błąd powtarza się.

Da­ru­jąc sobie nawet skar­pe­ty, wszedł do ko­ry­ta­rza, za­rzu­cił czar­ną, skó­rza­ną kurt­kę.  

 

Gdzie idziesz? – Spy­ta­ła Tosia.Dokąd idziesz? – spy­ta­ła Tosia.

Ale, ponieważ Tosia jest nierzeczywista, można jej wiele wybaczyć. ;-)

 

Miesz­kał na dru­gim pię­trze, więc ilość scho­dów jakie miał do po­ko­na­nia… – Miesz­kał na dru­gim pię­trze, więc ilość scho­dów które miał do po­ko­na­nia

 

Prze­cho­dząc obok skrzy­nek na listy rzu­cił okiem na skrzyn­kę z nu­me­rem jego miesz­ka­nia.Prze­cho­dząc obok skrzy­nek na listy, rzu­cił okiem na , z nu­me­rem swojego miesz­ka­nia.

 

Zaraz potem przy­szła chwi­la na re­flek­sę. – Czy Autor miał na myśli refleks rodzaju żeńskiego? Jeśli nie, to mamy literówkę. ;-)

 

Czy komu kol­wiek po­wie­dział o jej ist­nie­niu?Czy komukol­wiek po­wie­dział o jej ist­nie­niu?

 

Po­cze­kał na restę, nie­zwy­kle skrom­ną i wró­cił do swo­je­go miesz­ka­nia. – Skoro wrócił, to oczywiste, że nie do cudzego mieszkania. Literówka.

 

Usiadł na swoim ulu­bio­nym bu­ja­nym fo­te­lu i za­rzu­cił nogi na bu­ir­ko… – Czy istniała możliwość, by, będąc we własnym pokoju, usiadł w cudzym fotelu? Literówka.

Zazwyczaj siadamy na krześle, ale w fotelu.

 

Mi­nę­ło do­brych parę minut, kiedy zo­rien­to­wał się… – Mi­nę­ło do­brych parę minut, nim zo­rien­to­wał się

 

zo­ba­czył jej buzie w zu­peł­nie innym gry­ma­sie niż do­tych­czas. – Ile buź zobaczył? Czy buzie były w grymasie, jak, nie przymierzając, marynaty w zalewie octowej? ;-)

zo­ba­czył jej buzię z zu­peł­nie innym gry­ma­sem niż do­tych­czas.

 

Chło­pa­ki, jak ich na­zwa­ła Tosia byli w rze­czy­wi­sto­ści grup­ką ludzi po dwu­dzie­st­ce, któ­rzy za cel swo­je­go życia wy­bra­li sobie, jak twier­dzą… – Chło­pa­ki, jak ich na­zwa­ła Tosia byli w rze­czy­wi­sto­ści grup­ką ludzi po dwu­dzie­st­ce, któ­rzy za cel swo­je­go życia wy­bra­li sobie, jak twier­dzili

Mieszasz czasy.

 

do­ko­na­nie jak naj­więk­szej ilo­śći spi­ry­ty­stycz­nych se­an­sów … – Bój się bogów, dwa grzyby w barszczu i oba trujące. ;-)

Seanse spirytystyczne można organizować, można w nich uczestniczyć, ale nie można ich dokonać.

 

Ace cza­sem wy­świad­czał przy­słu­ge chło­pa­kom, wożąc ich tam, gdzie nie daliby rady dojść pieszo. Ace cza­sem wy­świad­czał przy­słu­gę chło­pa­kom, wożąc ich tam, dokąd nie daliby radę dojść pieszo.

 

i można było roz­sia­dać sie na me­li­nie. W zde­ze­lo­wa­nych so­fach ka­na­pach i krze­słach.Na zde­ze­lo­wa­nych so­fach, ka­na­pach i krze­słach. Literówka.

 

Naj­bli­żej niego sie­dział Ace i Mi­siek… – Ace i Misiek, to dwóch, więc: Naj­bli­żej niego sie­dzieli Ace i Mi­siek

 

chy­bo­tli­wy sto­lik, na któ­rym stały dwie po­piel­nicz­ki w kształ­cie li­ścia ko­no­pii, oraz sto­ją­cy tro­che dalej… stół do ping-pon­ga. – Powtórzenie, literówki, ortograf.

Proponuję: …chy­bo­tli­wy sto­lik, z dwiema popielniczkami w kształ­cie li­ścia ko­no­pi, oraz sto­ją­cy tro­chę dale stół do… ping-pon­ga.

 

uja­ra­ne to­wa­rzy­stwo zro­bi­ło z tego ko­lej­ny nie­pi­sa­ny ry­tu­ał, gdzie każdy ni­czym gla­dia­tor… – …uja­ra­ne to­wa­rzy­stwo zro­bi­ło z tego ko­lej­ny, nie­pi­sa­ny ry­tu­ał, w którym każdy, ni­czym gla­dia­tor

 

-Do­bra, leci pierw­sza – oznaj­mił Won­ski… – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

po czym skru­szo­ny towar umie­ścił w cy­bu­chu ogrom­ne­go bonga. – Wolałabym: …po czym rozkruszony/ pokruszony towar umie­ścił w cy­bu­chu ogrom­ne­go bonga.

Skruszony bardziej kojarzy mi się z kimś, kto żałuje, że zrobił to, czego nie powinien.

 

Ten z kolei, jak ła­bę­dzia szyja, scho­dził szkla­ną rurką w ob­szer­ny, szkla­ny, gruby dzban… – Wolałabym: Ten z kolei, jak ła­bę­dzia szyja, scho­dził szkla­ną rurką w ob­szer­ny, szkla­ny, pękaty dzban

 

Zwę­ża­jąc sie ku górze, ar­ty­sta uwzględ­nił rów­nież trzy szpi­kul­ce… – O! Znienacka pojawił się artysta o przedziwnych umiejętnościach! Czy gdyby artysta nie był uprzejmy zwęzić się ku górze, szpikulce nie miałyby szansy zaistnieć? ;-)

W zwężającym się ku górze, ar­ty­sta uwzględ­nił rów­nież trzy szpi­kul­ce

 

 

Pełna samozaparcia bardzo się starałam być dzielna, ale niestety, odpuszczam lekturę i łapankę, bowiem opadły mi ręce a oczy stanęły w słup. Ilość wszelkich możliwych błędów jest tak wielka, że wręcz uniemożliwia dalsze czytanie. Jeśli coś zrobisz z Gibonem i zaprezentujesz wersję nadającą się do czytania, może do niego wrócę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, regulatorzy. Potrzebowałem tego bardzo mocno, już rozumiem dlaczego coś ciągle mi nie pasowało :)

Jakoś łatwiej się czyta, niż pisze…

Niemniej przepraszam, że wyszło tego tak dużo :)

Cieszę się, że mogłam pomóc.

Skoro już zrozumiałeś, postaraj się, aby wszystko, co kiedyś napiszesz, czytało się łatwo i z przyjemnością. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo fajny pomysł, interesująco prowadzona fabuła, ale wszystko strasznie skrzywdzone wykonaniem. Czemu nie poprawiłeś błędów, które wytknęły Ci dziewczyny?

Babska logika rządzi!

Mnóstwo literówek, czyta się źle :(

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka