- Opowiadanie: RogerRedeye - Drzwi

Drzwi

“Drzwi” mają dość długą historię i istnieją w trzech wersjach.  Napisałem miniaturę pod tym samym tytułem z przeznaczeniem dla “Szortalu”. Ten portal opublikował tekst, a potem zamieścił w “Szortalu na Wynos”. Korciło mnie jednak rozszerzenie tego tekstu, no więc go rozszerzyłem. Znacznie dłuższa  wersja “Drzwi” ukazała się w styczniowym numerze magazynu “Histeria”. Ciekawe, że miniatura została opublikowana na “Szortalu” później, w marcu tego roku. Link:  http://szortal.com/node/7289

Z uwagą przeczytałem dwie opinie czytelnicze na forum “Histerii” i postanowiłem dopisać jeszcze jeden rozdział.  W tej wersji tekst nie został nigdzie opublikowany. 

Zdaje mi się jednak, że to nie koniec, bo cały czas zastanawiam się nad napisaniem jeszcze jednego rozdziału i powrotu do postaci Abdiela... Zobaczymy.

Miłej lektury. 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Drzwi

Abdiel i Jon prze­cze­ki­wa­li skwar wcze­sne­go po­po­łu­dnia w cie­niu oliw­ne­go gaju. Po obie­dzie i krót­kiej sje­ście, znowu, aż do zmierz­chu, cze­ka­ła ich praca przy zbio­rze fa­so­li.

Wcale nie na­le­ża­ła do ła­twych… Co praw­da, w tym roku ło­dy­gi wy­ro­sły wy­jąt­ko­wo wy­so­kie, więc nie mu­sie­li zbyt­nio się schy­lać, ale pole na­praw­dę im­po­no­wa­ło ob­sza­rem, no i ob­ro­dzi­ło za­trzę­sie­nie dłu­gich strą­ków z gru­by­mi ziar­na­mi. A cią­gle two­rzy­ły się nowe.

Jed­no­staj­na praca od świtu szyb­ko po­wo­do­wa­ła znu­że­nie – skło­nić ciało, od­ciąć garść strą­ków, wło­żyć do za­wie­szo­ne­go na szyi ko­szy­ka, znowu się po­chy­lić, ze­brać ko­lej­ny tuzin, przejść krok dalej… Od­nieść wy­peł­nio­ną po brze­gi ko­biał­kę, wy­sy­pać za­war­tość do po­kaź­ne­go wora i wró­cić. I tak bez chwi­li prze­rwy, w ro­sną­cym bla­sku nie­bo­skło­nu i wzma­ga­ją­cym się upale, aż ciału pra­wie za­brak­nie potu, a mię­śnie karku i rąk ze­sztyw­nie­ją ze znu­że­nia.

Sa­du­ce­usze z Rady Star­szych bar­dzo ce­ni­li fa­so­lę, a wszy­scy uzna­wa­li, że słusz­nie. Szyb­ko wy­peł­nia­ła żo­łą­dek, dając po­czu­cie sy­to­ści. Owo­co­wa­ła pra­wie bez prze­rwy, na­le­ża­ło tylko stale zry­wać żół­cie­ją­ce strą­ki. Wy­ma­ga­ła też wielu za­bie­gów – na­wad­nia­nia, usu­wa­nia chwa­stów, przy­wią­zy­wa­nia roz­wi­ja­ją­cych się pędów do wbi­tych w zie­mię kijów – ale jej upra­wa na­praw­dę się opła­ca­ła. Mą­czy­ste ziar­na da­wa­ły też coś, o czym sa­du­ce­usze wspo­mi­na­li z uśmie­chem – siłę.

– Je­że­li chce­my zdo­być przy­rze­czo­ny przez Boga Ka­na­an, mu­si­my być moc­niej­si od miesz­kań­ców ziemi ob­fi­to­ści, czczą­cych tylko do­cze­sne ucie­chy, ży­ją­cych w grze­chu – nad­mie­nia­li z na­ci­skiem. – Może nawet fa­so­la jest darem Stwór­cy, bo daw­niej jej nie sa­dzi­li­śmy. Może Jahwe usta­lił jej formę i za­pew­nił tak długą i ob­fi­tą płod­ność…  

Teraz jed­nak obaj mężczyźni od­po­czy­wa­li. Mieli tutaj wszyst­ko, czego po­trze­bo­wa­li. Dawno już za­go­spo­da­ro­wa­li spory prze­stwór ziemi po­środ­ku sza­chow­ni­cy pól, od­da­ny ich wio­sce w użyt­ko­wa­nie przez Radę Star­szych. W na­mio­cie ze skór le­ża­ły derki, po­dusz­ki wy­pcha­ne słomą i sia­nem, płach­ty tka­nin słu­żą­ce za na­kry­cia, je­że­li no­co­wa­li. W od­le­głym za­le­d­wie o krok stru­my­ku chło­dził się bu­kłak z winem, a w prze­nie­sio­nej z wio­ski skrzy­ni prze­cho­wy­wa­li ta­le­rze, kubki i cenny wo­re­czek soli. Mie­cze i hełmy za­wie­si­li na oże­bro­wa­niu schro­nie­nia. Przy­da­wa­ły się – nie­kie­dy zja­wia­li się zło­dzie­je zbio­rów i trze­ba było ich od­stra­szyć. Cza­sa­mi pró­bo­wa­no prze­su­nąć znaki gra­nicz­ne – wtedy wrzask i szczęk do­by­wa­ne­go oręża szyb­ko ro­bi­ły swoje.

Kie­dyś za­żar­cie dys­ku­to­wa­li, czy na­praw­dę tutaj przy­da­dzą się cięż­kie i dłu­gie ostrza, uwie­ra­ją­ce głowy szy­sza­ki i grube tar­cze. Ab­diel twier­dził, że wy­star­czą tęgie pałki. Jon przy­po­mniał jed­nak coś, o czym wspo­mi­na­no rzad­ko, le­d­wie pół­gęb­kiem i z wy­raź­nym stra­chem – o wy­słan­ni­kach Ot­chła­ni. Słu­gach ciem­no­ści, po­mio­cie Sza­ta­na, jak czę­sto ich na­zy­wa­no. Dawno nie wi­dzia­no de­mo­nów zła, jed­nak­że wio­sną, zaraz po orce, na ski­bach ziemi znowu po­ja­wi­ły się głę­bo­kie ślady ich stóp.

– Prze­klę­tych miesz­kań­ców Ot­chła­ni nie od­stra­szą grube kije, na­bi­ja­ne me­ta­lo­wy­mi szpi­ca­mi… – od­po­wie­dział wtedy Jon. – Okry­wa­ją ciała pły­ta­mi z me­ta­lu. Le­piej mieć pod ręką praw­dzi­wą broń, prze­ni­ka­ją­cą przez ich osło­ny.

Ab­diel wy­słu­chał przy­ja­cie­la, po­mil­czał chwi­lę, a potem apro­bu­ją­co po­ki­wał głową. Na­stęp­ne­go dnia prze­nie­śli do na­mio­tu jesz­cze kilka włócz­ni z cięż­ki­mi gro­ta­mi, dwa łuki i spory zapas strzał.

Małe ogni­sko pa­li­ło się pra­wie bez dymu, pod­grze­wa­jąc sagan ze stra­wą. Wszyst­ko tchnę­ło spo­ko­jem upal­ne­go i sen­ne­go dnia. Cał­kiem nie­da­le­ko skow­ro­nek wy­śpie­wy­wał swoją pta­sią me­lo­dyj­kę.

– W tym roku ro­śli­ny tak ob­wie­szo­ne, że gną się pra­wie do ziemi – Jon wsa­dził łyżkę do garn­ka. Po­cią­gnął nosem, wcią­ga­jąc za­pach bul­go­czą­cej po­tra­wy. Szczu­płą twarz z bród­ką roz­świe­tlił uśmiech za­do­wo­le­nia. – Do­sko­na­ły plon. Za­słu­ga na­szej pracy przy na­wad­nia­niu i pięk­nej po­go­dy – nie­bo­skłon od mie­się­cy bez chmu­rek… Łaska Boga, pana na­sze­go. Opie­ku­je się wy­bra­nym ludem.

Drugą ręką prze­że­gnał się po­śpiesz­nie. Po bro­dzie po­ciekł sos z wkła­da­ne­go do ust drew­nia­ne­go sztuć­ca. Jon wy­tarł ją dło­nią, a potem sta­ran­nie wy­li­zał palce.

– Abdi, nie czy­taj tego prze­klę­te­go gówna – rzu­cił, na­kła­da­jąc na ta­le­rze ob­fi­te por­cje. – Ktoś za­uwa­ży, że stu­diu­jesz za­ka­za­ne pismo. Wielu za jego gło­sze­nie skoń­czy­ło na krzy­żu. Mieli szczę­ście, je­że­li tylko ucię­to im język albo uka­mie­no­wa­no.

Za­tarł dło­nie, przy­glą­da­jąc się ko­pia­tym ze­sta­wom je­dze­nia. Jon, tak jak wszy­scy człon­ko­wie ple­mie­nia, bał się głodu. Ob­fi­tość po­łu­dnio­we­go po­sił­ku wzbu­dza­ła u ro­słe­go męż­czy­zny szcze­re za­do­wo­le­nie, a nawet może i za­chwyt.

– Nie taka znowu zła śmierć – cią­gnął, ważąc w dłoni wo­re­czek soli. Nie zo­sta­ło jej już dużo, a sporo kosz­to­wa­ła. – Ktoś trafi spo­rym odłam­kiem skały w głowę, tra­cisz zmy­sły i nic nie czu­jesz. Nawet wtedy, gdy do­bi­ja­ją cię ma­czu­ga­mi.

Cy­no­wą wa­rzą­chwią ob­fi­cie dolał sosu do ta­le­rzy, a potem do­ło­żył po kilka ka­wał­ków mięsa. Mieli pracy na parę dni, więc od razu przy­rzą­dzi­li sporo je­dze­nia.

Jon uśmiech­nął się sze­ro­ko, bły­ska­jąc bia­ły­mi zę­ba­mi. Wie­dział, że ład­nie wy­glą­da­ją i lubił je po­ka­zy­wać.  

– Myśl o Świę­cie Płod­no­ści – kon­ty­nu­ował. Ob­li­zał wargi. – Mamy wy­śmie­ni­te zbio­ry, więc pew­nie sa­du­ce­usze ze­zwo­lą na więk­szą ilość ko­pu­la­cji. Może też wy­ra­żą zgodę na mój oże­nek… Je­stem zdro­wy, pra­co­wi­ty, mam ciało bez żad­nej skazy. Umiem wal­czyć… Te wy­po­ci­ny o drzwiach – po­gar­dli­we prych­nię­cie prze­rwa­ło wy­po­wiedź – na­da­ją się tylko do jed­ne­go: pod­tar­cia dupy. Zaj­mij się le­piej po­sił­kiem, pysz­nie pach­nie.

Dło­nią o wy­ro­bio­nych pracą, moc­nych pal­cach prze­cze­sał grzy­wę pło­mie­ni­ście ru­dych wło­sów. 

Długa do ra­mion czu­pry­na Jona bu­dzi­ła po­dziw dziew­czyn, co na­pa­wa­ło go nie­skry­wa­ną dumą. Parę lat temu nabył grze­bień z rzad­kie­go i dro­gie­go me­ta­lu – oło­wiu – i nie ża­ło­wał na­byt­ku. Co­dzien­nie cze­sa­na ru­da­wa fry­zu­ra zy­ski­wa­ła coraz bar­dziej pło­mie­ni­stą barwę. Dziew­czy­ny lu­bi­ły szczot­ko­wać po­plą­ta­ne i grube włosy wy­ro­śnię­te­go i mu­sku­lar­ne­go wie­śnia­ka, czę­sto szep­cąc mu do ucha:  

– Pa­mię­tasz o Dniu Płod­no­ści? Spo­tkaj­my się wtedy, gdzieś w za­cisz­nym miej­scu…

Ab­diel, mil­cząc, wziął do ręki za­pi­sa­ną drob­nym, ale sta­ran­nym pi­smem kartę pa­pie­ru. Kie­dyś zwie­rzył się Jo­no­wi, że po­dzi­wia pracę ko­pi­sty, jego od­wa­gę i sa­mo­za­par­cie – ujęty przez straż­ni­ków Rady Star­szych, ni­ko­go nie wydał, choć obie­cy­wa­no mu oca­le­nie życia. Ska­za­ny na uka­mie­no­wa­nie, zgi­nął męż­nie, wrzesz­cząc:

– Głup­cy, je­ste­śmy ludz­ką mierz­wą, prze­wo­żo­ną nie wia­do­mo przez kogo, nie wia­do­mo, po co, i nie wia­do­mo, dokąd! Wy­zwól­my się i osią­gnij­my nir­wa­nę!

Krzy­czał do chwi­li, gdy jeden ze straż­ni­ków sa­du­ce­uszy nie we­pchnął mu kne­bla do ust, a potem roz­trza­skał głowę me­ta­lo­wym drą­giem, słu­żą­cym do wy­mie­rza­nia po­spo­li­tym ło­trzy­kom kary ła­ma­nia kości.

Jon i Ab­diel też ci­ska­li ka­mie­nia­mi. Gdy wra­ca­li do swo­ich sadyb, Ab­diel spo­strzegł le­żą­cy w kępie ta­ma­rysz­ków gruby zbiór kart, prze­wią­za­nych sznu­rem. Jeden rzut oka wy­star­czył, żeby do­my­ślił się, co zna­lazł – za­ka­za­ny trak­tat, źró­dło he­re­zji, przy­po­wieść sze­rzo­ną przez od­szcze­pień­ców i za­przań­ców. Księ­gę, kwe­stio­nu­ją­cą pra­wie wszyst­ko, w co żar­li­wie wie­rzo­no. Ktoś, prze­stra­szo­ny wi­do­kiem kaźni, wy­rzu­cił ar­ku­sze pa­pie­ru, mo­gą­ce do­pro­wa­dzić go przed sąd sa­du­ce­uszy – i po­zba­wić życia.

Ab­diel, po pro­stu z cie­ka­wo­ści, przej­rzał pierw­sze trzy karty – a potem ukrad­kiem, no­ca­mi, prze­stu­dio­wał trak­tat o drzwiach do końca. Teraz czy­tał go już po raz czwar­ty, nie­kie­dy coś pod­kre­śla­jąc za­ostrzo­ną trzcin­ką, ma­cza­ną w roz­wod­nio­nej sadzy. 

Ten chudy, ży­la­sty męż­czy­zna z wy­dat­nym, orlim nosem i po­licz­kiem prze­cię­tym bli­zną nie mu­siał teraz po­ma­gać Jo­no­wi – o brza­sku przy­go­to­wał je­dze­nie. Jon wy­ko­ny­wał swoją część pracy – go­to­wa­nie.  

Widać było, że po­sia­da­nie i stu­dio­wa­nie przez Ab­die­la wy­klę­te­go dzie­ła bar­dzo męczy Jona.  

– Drzwi… – kon­ty­nu­ował po chwi­li prze­rwy z tą samą nutą po­gar­dy. – Nir­wa­na… Pie­prze­nie. Je­ste­śmy jak bra­cia, nie wydam cię, jed­nak spal ten trak­tat. I dla­cze­go wer­tu­jesz go w biały dzień? Do­pra­szasz się, żeby ktoś do­niósł o two­jej głu­piej pasji straż­ni­kom sa­du­ce­uszy.

Splu­nął na zie­mię.

Ab­diel odło­żył na bok gęsto za­pi­sa­ną kartę i za­brał się za stu­dio­wa­nie ko­lej­nej. Jadł wolno, jakby sto­ją­cy przez nim ta­lerz fa­so­li z mię­sem nie­spe­cjal­nie go in­te­re­so­wał.

– Nikt nawet nie po­my­śli, że ktoś jest tak sza­lo­ny, iż czyta o drzwiach tam, gdzie wszy­scy go widzą – za­uwa­żył sucho. – Każdy powie, ze pil­nie przy­po­mi­nam sobie któ­rąś z przy­po­wie­ści o Bogu na­szym je­dy­nym, aby sko­men­to­wać ją w dniu sa­ba­tu.

Jon po­ki­wał głową. Ab­diel, za­słu­żo­ny we­te­ran wojen z Ka­na­nej­czy­ka­mi, czę­sto do­stę­po­wał za­szczy­tu oma­wia­nia przy­po­wie­ści w wio­sko­wej świą­ty­ni. Słu­cha­no go z uwagą.

Ab­diel ze­brał jed­nak ar­ku­sze, owi­nął spłach­ciem tka­ni­ny i wło­żył do kosza z owo­ca­mi, prze­kła­da­jąc na wierzch z tuzin do­rod­nych po­ma­rańcz. Z dziw­nym uśmie­chem przy­pa­try­wał się Jo­no­wi.  

– Cie­ka­wa roz­pra­wa fi­lo­zo­ficz­na… – pod­jął po chwi­li.  – Nie poj­mu­ję, czemu Rada Star­szych grozi jej twór­cy sto­sem. Czemu za­ka­za­ła czy­ta­nia jego dzie­ła… On tylko twier­dzi, że nasz świat jest skoń­czo­ny. Po­da­je do­wo­dy…

Nie­spo­dzie­wa­nie za­milkł. Zda­wał się głę­bo­ko nad czymś za­sta­na­wiać. 

– Przy­pusz­cza, że je­ste­śmy jed­nak cząst­ką świa­ta nie­skoń­czo­ne­go – cią­gnął z wi­docz­nym na­my­słem. – I że ist­nie­je łącze z tym świa­tem. Przej­ście, może jedno z wielu… Na­zy­wa je drzwia­mi. W tym duchu ob­ja­śnia wiele zna­nych le­gend. Pisze, że kie­dyś już spraw­dzo­no, iż drzwi na­praw­dę ist­nie­ją. Ich otwar­cie prze­nie­sie nas wszyst­kich do świa­ta nir­wa­ny, wy­peł­nia­ją­cej nie­skoń­czo­ność. W tym na­praw­dę nie ma nic ob­ra­zo­bur­cze­go – Ab­diel po­krę­cił głową. Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Cie­ka­wa teo­ria… Sa­du­ce­usze prze­sa­dza­ją, nie ro­zu­miem, dla­cze­go. 

Uśmiech­nął się z za­kło­po­ta­niem.

Skow­ro­nek znowu pod­jął swój dźwięcz­nie brzmią­cy za­śpiew. Przez długą chwi­lę uważ­nie słu­cha­li skrzy­dla­te­go śpie­wa­ka, może chwa­lą­ce­go ob­fi­tość zbio­rów z wio­sko­wych pól.  

– Taa… – Jon z szy­der­czym uśmie­chem  wró­cił do roz­mo­wy. Znowu prych­nął. – Spoj­rzyj no tylko!

Nożem do usu­wa­nia łyka wska­zał prze­strzeń przed sobą.

Pola fa­so­li, owsa i jęcz­mie­nia cią­gnę­ły się aż po ho­ry­zont, prze­dzie­lo­ne kę­pa­mi drzew owo­co­wych i za­go­na­mi z gę­stwą ty­czek pod­trzy­mu­ją­cych pędy wi­no­ro­śli. Wiał ła­god­ny wie­trzyk, to­nu­ją­cy upał.

Cał­kiem nie­da­le­ko, tuż za gra­nicz­nym kop­cem, wy­ty­cza­ją­cym do­me­nę są­sied­nie­go sioła, ły­sa­wy męż­czy­zna w chi­to­nie ob­cho­dził roz­le­głą połać ziemi z ni­skim i rzad­ko ro­sną­cym żytem. Wzno­sząc ręce, prze­kli­nał tak do­no­śnie, że Ab­diel i Jon do­brze go sły­sze­li.

– Im nie ob­ro­dzi­ło… – Jon krót­ko skwi­to­wał zło­rze­cze­nia. – Głup­cy, nie przy­ło­ży­li się do pracy. Nie słu­cha­li wska­zań swo­jej rady, nie chwa­li­li ze szcze­re­go serca Pana, nie od­da­li mu umy­słów i dusz… Zo­sta­li uka­ra­ni.

W glo­sie męż­czy­zny z bujną czu­pry­ną ru­dych wło­sów brzmia­ło nie­za­chwia­ne prze­ko­na­nie o słusz­no­ści wy­po­wia­da­nych zdań.

– Je­sie­nią upie­ką nie­wie­le jęcz­mien­nych plac­ków i chle­ba – kon­ty­nu­ował. – Ich dzie­ci za­pła­czą z głodu… Je­że­li wpro­wa­dzą por­cjo­wa­nie je­dze­nia, naj­star­si wymrą, a ich ciała użyź­nią ja­ło­wą glebę. W przy­szłym roku osią­gną ob­fit­sze plony.

Ze sma­kiem ob­li­zał łyżkę.

– Gdy­by­śmy wresz­cie zdo­by­li przy­rze­czo­ną nam zie­mię Ka­na­an – stwier­dził z nutą tę­sk­no­ty w gło­sie – zie­mię obie­ca­ną, zmie­ni­ło­by się wszyst­ko. Ży­li­by­śmy szczę­śli­wie w kra­inie ob­fi­to­ści.

Oczy Jona bły­snę­ły.

Oboje od­wró­ci­li wzrok. Wiele razy wi­dzie­li już takie ob­ra­zy ludz­kiej roz­pa­czy – i sami je prze­ży­wa­li.

– Tak jest wszę­dzie. – Jon z wy­raź­ną zło­ścią wró­cił do wątku roz­mo­wy. – Do­strze­gasz gdzieś ja­kieś drzwi? Bred­nie! Ten pie­przo­ny fi­lo­zof sie­dzi teraz w jamie w ziemi i pew­nie skam­le o miskę stra­wy, cze­ka­jąc na pro­ces.

Nie­spo­dzie­wa­nie za­chi­cho­tał, jakby przy­wo­ła­ny sło­wa­mi obraz czło­wie­ka, bła­ga­ją­ce­go o kęs je­dze­nia, bar­dzo go roz­ba­wił.

– Jego do­mo­stwo zbu­rzo­no – pe­ro­ro­wał dalej. – Słusz­na kara, nie można lu­dziom mącić w gło­wach. Głupi wy­pier­dek na­plótł bzdur, a ty się nimi za­chwy­casz!

Po­krę­cił głową.

– Ten pi­sa­rzy­na pew­nie nie umie za­rżnąć ja­gnię­cia i po­dzie­lić tuszy. – Ka­wał­kiem chle­ba Jon zbie­rał reszt­ki sosu. Wszy­scy wie­dzie­li i pa­mię­ta­li, że nawet krzty­na po­ży­wie­nia nie może się zmar­no­wać. – Abdi – cią­gnął roz­ma­rzo­nym tonem – le­piej po­myśl o Świę­cie Płod­no­ści. O ba­cha­na­liach… Stru­gach le­ją­ce­go się wina, pie­czo­nych ja­gniąt­kach, tań­cach na­gich dziew­czyn… O ich pier­siach, brzu­chach i kę­pach wło­sów – wiesz gdzie. Gdy przy­po­mi­nam sobie ze­szło­rocz­ną noc, od razu kutas mi staje.

Za­śmiał się ru­basz­nie, kle­piąc po brzu­chu. Bez­dź­więcz­nie po­ru­szał teraz war­ga­mi i po kolei pod­no­sił place, jakby coś pil­nie ra­cho­wał, może dni, po­zo­sta­łe do na­dej­ścia upra­gnio­ne­go Świę­ta Płod­no­ści.

– Za­uwa­ży­łeś, że staje nam tylko raz w roku? – Ab­diel podał to­wa­rzy­szo­wi po­ma­rań­czę. Uśmiech­nął się kpiar­skim skrzy­wie­niem warg. –  Tylko raz, jak­by­śmy prze­ży­wa­li zwie­rzę­cą ruję… Nie są­dzisz, ze to dziw­na spra­wa? Po­wiedz mi jesz­cze jedno – co jest dalej, za wy­tę­sk­nio­ną i wy­ma­rzo­ną kra­iną Ka­na­an, jak twier­dzą sa­du­ce­usze, przy­rze­czo­na nam przez Boga? Co? Wiesz? 

Oczy Ab­die­la też teraz bły­snę­ły. Cią­gnął dalej, ci­chym, ale pew­nie brzmią­cym gło­sem:

– Nikt tego nie wie, nawet sa­du­ce­usze. Pew­nie wła­śnie tam ulo­ko­wa­no drzwi. Może nawet znaj­du­ją się za Ot­chła­nią… Albo tuż przed nią. Myślę o tym, żeby je od­na­leźć.

Nie­cier­pli­wym ge­stem po­tarł bli­znę na po­licz­ku, jakby znowu w sta­rej ranie od­czu­wał ból.

W ple­mien­nych wio­skach sza­no­wa­no Ab­die­la za od­wa­gę i mę­stwo, oka­zy­wa­ne pod­czas prób pod­bo­ju ziemi Ka­na­an. Rada Star­szych ce­ni­ła jego do­świad­cze­nie i prze­myśl­ność, coraz czę­ściej po­wie­rza­jąc mu prze­wo­dze­nie nie­bez­piecz­nym mi­sjom zwia­dow­czym. Wiele ta­kich wy­praw nigdy nie po­wró­ci­ło, a o ich człon­kach słuch za­gi­nął.

– Ciała na­szych braci po­ćwiar­to­wa­no i wrzu­co­no do dołów z gno­jem, żeby wzbo­ga­ci­ły cenny nawóz… – skwi­to­wał któ­ryś z sa­du­ce­uszy, gdy stra­co­no już na­dzie­ję na po­wrót jed­nej z wy­praw. – Ich ofia­ra nie po­szła jed­nak na marne. W każ­dym kło­sie psze­ni­cy znaj­dzie się nie­ba­wem cząst­ka ich cie­le­snych po­włok, bo dusze z pew­no­ścią tra­fi­ły do raju. Wy­pie­czo­ny z tej mąki chleb jesz­cze zje­dzą Ka­na­nej­czy­cy, kie­dyś jed­nak nas na­sy­ci…

Wy­pra­wy pod wodzą Ab­die­la koń­czy­ły się szczę­śli­wie. Wra­ca­ły, nie­jed­no­krot­nie z po­sie­czo­ny­mi i bro­czą­cy­mi krwią uczest­ni­ka­mi – ale po­wra­ca­ły. Ab­diel nigdy nie zo­sta­wiał ciał po­le­głych to­wa­rzy­szy – na­ka­zy­wał je, mimo fe­to­ru roz­kła­da­ją­cych się zwłok, za­bie­rać ze sobą. Eks­pe­dy­cje przy­no­si­ły ważne wie­ści – o po­ło­że­niu stud­ni z wodą na Spa­lo­nych Zie­miach, tam cen­niej­szych od złota, sile gro­dów Ka­na­nej­czy­ków – wzno­si­li ich coraz wię­cej – wy­so­ko­ści i gru­bo­ści murów, licz­bie wież, ro­dza­jach uzbro­je­nia.

Rada Star­szych z wiel­ką uwagą wy­słu­chi­wa­ła spra­woz­dań wy­so­kie­go, ży­la­ste­go męż­czy­zny, cie­szą­ce­go się coraz więk­szą es­ty­mą. Długo prze­tra­wia­no twier­dze­nia Ab­die­la, że straż­ni­cy Ot­chła­ni po­rzu­ci­li Spa­lo­ne Zie­mie.  

– Na­po­tka­li­śmy ich za­le­d­wie kilku. I tak jest za każ­dym razem – z nie­za­chwia­ną pew­no­ścią sie­bie Ab­diel wy­ja­śniał sa­du­ce­uszom bu­dzą­cą zdzi­wie­nie opi­nię. – W każ­dym roz­po­zna­niu… Wy­glą­da­ło na to, że tylko spraw­dza­ją, czy ktoś jed­nak nie osie­dlił się w le­piej za­cho­wa­nych czę­ściach. Nie zwra­ca­li na nas uwagi. Zna­jąc po­ło­że­nie oca­la­łych źró­deł wody, przej­dzie­my ska­żo­ną grze­chem zie­mię bez kło­po­tów.

Za­rzą­dzo­ne do­dat­ko­we misje po­twier­dzi­ły praw­dzi­wość tych spo­strze­żeń. Ska­żo­ne Zie­mie ziały pust­ką.

– Nie ma tam już dusz do po­ry­wa­nia w ognie Ot­chła­ni, za­bra­kło ciał do ćwiar­to­wa­nia żyw­cem. Cóż mie­li­by tam dalej robić? Po co pil­no­wać żużla, żwiru i pia­chu? Po co strzec pust­ki? – Jeden z sa­du­ce­uszy, ki­wa­jąc głową, podał za­ska­ku­ją­co pro­ste wy­ja­śnie­nie dziw­ne­go zja­wi­ska. – Jeśli tak jest, jedna z prze­szkód do pod­bi­cia Ka­na­anu ob­ró­ci­ła się w proch. Znik­nę­ła…

W ostat­niej wy­pra­wie wo­jen­ne szczę­ście opu­ści­ło jed­nak Ab­die­la. Jego od­dział, już w dro­dze po­wrot­nej, wpadł w za­sadz­kę. Wy­rwa­li się z okrą­że­nia, prze­bi­li przez mur włócz­ni, mie­czy i to­po­rów, lecz cios sie­kie­ry do­się­gnął hełmu do­wód­cy. Cięż­ki szłom wy­trzy­mał, ostrze ze­śli­zgnę­ło się, ale roz­ora­ło po­li­czek.

Bro­czą­cy krwią Ab­diel mógł biec, a potem iść – i dzię­ki temu oca­lał. Po­cząt­ko­wo wy­da­wa­ło się, że szyb­ko doj­dzie do sie­bie. Jed­nak rana coraz bar­dziej się pa­sku­dzi­ła, a ciało tra­wi­ła wy­so­ka go­rącz­ka. Za­czął ma­ja­czyć. Gwał­tow­nie chudł.  

– Ze­psu­ta krew… – orzekł wio­sko­wy zna­chor, ba­da­ją­cy nie­przy­tom­ne­go wo­jow­ni­ka. – Moż­li­we, że Ka­na­nej­czy­cy za­nu­rza­ją teraz oręż w ka­dziach w tru­ci­zną. Nie wia­do­mo, czy prze­ży­je.

Na­ka­zał sto­so­wa­nie okła­dów z chle­ba ugnia­ta­ne­go z pa­ję­czy­na­mi. Nie ża­ło­wa­no dla Ab­die­la cen­ne­go pie­czy­wa, a staj­nie i chle­wy oczysz­czo­no z owo­ców pracy pa­ją­ków.

Ab­diel wy­do­brzał, jed­nak­że zmie­nił się. Stał się mil­kli­wy. Wy­da­wa­ło się, że nie­prze­rwa­nie o czymś myśli. Nie­kie­dy mówił sam do sie­bie, jakby po­wta­rzał – albo for­mu­ło­wał – spo­strze­że­nia, zro­dzo­ne pod­czas tych tylko jemu zna­nych roz­wa­żań. Pra­co­wał chęt­nie, znowu po­ka­zu­jąc swoją tę­ży­znę. Na za­da­wa­ne przez sa­du­ce­uszy py­ta­nia, kiedy po­dej­mie na­stęp­ną wy­pra­wę, z ni­kłym uśmie­chem od­po­wia­dał, ze jesz­cze nie jest go­to­wy. Po­now­nie za­mknął się w sobie, ze zmarsz­czo­nym czo­łem i za­ci­śnię­ty­mi war­ga­mi głę­bo­ko nad czymś me­dy­tu­jąc.

Wtedy wła­śnie zna­lazł wy­klę­ty trak­tat. 

Teraz też odło­żył po­ma­rań­czę, za­ci­snął usta, pod­parł ręką pod­bró­dek, wpa­tru­jąc się w prze­stwór pól, jakby do­strzegł w nich coś nie­zwy­kle in­te­re­su­ją­ce­go. Po­ru­szał usta­mi, pew­nie w my­ślach znowu for­mu­łu­jąc ja­kieś wnio­ski.

– Dalej są Spa­lo­ne Zie­mie, zwane też Ska­żo­ny­mi, znisz­czo­ne ogniem pust­ko­wie, pas grun­tów od­dzie­la­ją­cych nasze ple­mię od ży­znych ziem Ka­na­anu. – Jon prze­rwał ciszę. Mówił tak, jakby tłu­ma­czył dziec­ku oczy­wi­stą praw­dę. – Ab­die­lu, prze­cież wiesz o tym… Pew­nie dalej ist­nie­ją ko­lej­ne kra­iny, już nam nie­zna­ne. Na końcu znaj­dziesz bez­kre­sną Ot­chłań, sie­dli­sko sług ciem­no­ści, po­mio­tu Sza­ta­na. Po­ry­wa­ją grzesz­ni­ków, nie­do­wiar­ków, ludzi ży­ją­cych bez Boga.

Jon po­śpiesz­nie prze­że­gnał się.

– Drę­czą ich, ćwiar­tu­ją za życia, aż nie sko­na­ją w okrut­nych mę­kach… – Prze­rwał, aby na­brać na łyżkę spory ka­wa­łek mię­si­wa. – Tak samo czy­nią z ich du­sza­mi.

Prze­łknął, z wi­docz­nym sma­kiem ob­li­zał wargi i rzu­cił zde­cy­do­wa­nym tonem:  

– Wier­nych wie­rze chro­ni jed­nak nasz Stwór­ca. Nasz Bóg je­dy­ny i Pan. Ab­die­lu, opa­mię­taj się! Wszy­scy o tym wie­dzą!

– Nie­praw­da!

Czło­wiek z bli­zną na po­licz­ku ze­rwał się z zydla.

– Nie­praw­da… – po­wtó­rzył głu­chym gło­sem. – Po­wiem ci coś, czego nie prze­ka­za­łem sa­du­ce­uszom, bo i tak by mi nie uwie­rzy­li. Pew­nej nocy sze­dłem sa­mot­nie na czele od­dzia­łu, wy­prze­dza­jąc moich ludzi o ja­kieś pa­rę­dzie­siąt kro­ków. Byłeś wtedy z nami… Jak zwy­kle, spraw­dza­łem, czy stary go­ści­niec wolny. Na­po­tka­łem ich – na­po­tka­łem wy­słan­ni­ków Ot­chła­ni. Praw­da, że le­d­wie kilku. Nie uwie­rzysz, ale oni nie zwra­ca­li na mnie uwagi! Cof­ną­łem się i wpa­dłem jesz­cze na dwóch. Stali o trzy kroki ode mnie, na wy­cią­gnię­cie ręki. Zro­bi­li mi przej­ście, a potem ode­szli! Za­czą­łem za­sta­na­wiać się, czemu tak po­stą­pi­li – i nie znaj­do­wa­łem wy­tłu­ma­cze­nia. Dzi­siaj – tak…

Jon po­krę­cił głową. Wy­krzy­wił wargi w szy­der­czym uśmie­chu.

– Coś nadal za­tru­wa twój umysł, może reszt­ki ze­psu­tej krwi – rzu­cił oschle. – Z two­jej duszy nie mie­li­by po­żyt­ku, bo je­steś pra­wo­wier­nym synem wy­bra­ne­go przez Boga ple­mie­nia. Może lę­ka­li się walki, może zaj­mo­wa­ły ich inne spra­wy…

Ru­do­wło­sy wie­śniak znowu mówił tak, jakby komuś tłu­ma­czył pro­ste zja­wi­sko, nie­po­ję­te tylko dla jesz­cze nie­zbyt roz­gar­nię­te­go mło­dzie­niasz­ka.

– Ist­nie­je wiele wy­tłu­ma­czeń tego dziw­ne­go za­cho­wa­nia – stwier­dził z prze­ko­na­niem. – Prze­stań czy­tać ten prze­klę­ty trak­tat – pod­kre­ślił z na­ci­skiem –  zniszcz go, a wtedy szyb­ko doj­dziesz do sie­bie. Myśl o ko­lej­nej wy­pra­wie. Myśl o Świę­cie Płod­no­ści. Każda dziew­czy­na z roz­ko­szą przyj­mie twoje na­sie­nie.

Prze­cią­gnął się, sze­ro­ko roz­kła­da­jąc ra­mio­na. Zbli­ża­ła się naj­pięk­niej­sza chwi­la znoj­ne­go dnia – po­obied­nia drzem­ka i już się do niej przy­go­to­wy­wał.

Jon nie­kie­dy do­łą­czał do od­dzia­łu zwia­dow­cze­go – i cie­szył się dobrą re­pu­ta­cją. Słu­chał po­le­ceń, bez pro­te­stów przyj­mo­wał nie­sie­nie to­bo­łu z po­ży­wie­niem i bu­kła­ków z wodą. Wy­ko­ny­wał za­da­nia tra­ga­rza, ale w razie po­trze­by męż­nie sta­wał do walki. Nie rwał się do boju, ale i nie tchó­rzył. Bez szem­ra­nia wy­ko­ny­wał zwy­kłe, jed­nak ko­niecz­ne za­da­nia, więc, je­że­li się zgło­sił, w hufcu zwia­dow­ców wi­ta­no go z otwar­ty­mi rę­ko­ma.

Teraz naj­wy­raź­niej nie prze­ja­wiał ocho­ty na wspo­mi­na­nie nie­daw­nej misji i roz­trzą­sa­nie dziw­ne­go za­cho­wa­nia po­moc­ni­ków Sza­ta­na. Może chciał za­koń­czyć dziw­ne wy­nu­rze­nia Ab­die­la.

Ten wcale nie za­mie­rzał prze­stać. Gdy Jon umilkł, pod­jął swoje wy­nu­rze­nia, z na­my­słem, jakby za­sta­na­wiał się nad każ­dym zda­niem:

– Za­sta­no­wi­ło mnie potem jesz­cze coś in­ne­go… Nie wiem, Jonie, czy w za­mę­cie walki spo­strze­głeś, że gdy wpa­dli­śmy w za­sadz­kę Ka­na­nej­czy­ków, z boku po­ja­wi­li się wy­słan­ni­cy Ot­chła­ni. Prze­ra­zi­łem się…

Mówił z za­mknię­ty­mi oczy­ma, jakby pod po­wie­ka­mi przy­wo­ły­wał obraz roz­le­głych hałd żużla, po­zo­sta­ło­ści daw­nych ka­mien­nych do­mostw, zwa­lisk gła­zów, nadal dy­szą­cych żarem, wzgór­ków wy­su­szo­ne­go do cna pia­chu, prze­no­szo­ne­go wia­trem. I widok de­mo­nów, za­wsze bu­dzą­cych prze­ra­że­nie swoją mocą. 

– A oni stali… Tylko pa­trzy­li, tak jak my oglą­da­my dwa bycz­ki, ście­ra­ją­ce się o młodą ja­łów­kę… – Ab­diel prze­tarł dło­nią twarz. Otrzą­snął się, może chcąc po­zbyć się mę­czą­ce­go go ob­ra­zu krwa­we­go star­cia. – Zro­zu­mia­łem, że oni nas oce­nia­ją…  Za­czą­łem się za­sta­na­wiać, dla­cze­go? Prze­cież są słu­ga­mi Ot­chła­ni, po­lu­ją na ciała i dusze…Nie zro­bi­li nawet kroku, choc mgli zgar­nąć łatwy łup.

Ab­diel wyjął z ko­szy­ka wy­jąt­ko­wo do­rod­ną po­ma­rań­czę. Ob­ra­ca­jąc w pal­cach owoc, uważ­nie mu się przy­glą­dał. Ro­zej­rzał się do­oko­ła, chyba jed­nak spraw­dza­jąc, czy ni­ko­go nie ma w po­bli­żu.  

– Nie zna­łem od­po­wie­dzi… – cią­gnął cicho, pra­wie szep­tem. – Do czasu, kiedy nie prze­czy­ta­łem trak­ta­tu. Ktoś nas ho­du­je, ktoś nas do­bie­ra, jak naj­lep­sze i naj­tęż­sze sztu­ki w sta­dzie, ktoś nas lepi tak, jak pra­gnie. Jak sobie wy­ma­rzył… Wszyst­kie przy­po­wie­ści o Ot­chła­ni oszu­ku­ją nas. Ona ist­nie­je – głos na­brał mocy – bo na­po­ty­ka­my sługi Ciem­no­ści, jed­nak cel tego ist­nie­nia jest inny. Jesz­cze nie wiem, jaki… Może wła­śnie tam ukry­to drzwi? Ot­chłań wcale nie musi być sie­dlisz­czem upa­dłych anio­łów pod wodzą Sza­ta­na. Jest czymś zu­peł­nie innym – za­po­rą na dro­dze do nir­wa­ny.

Wolno po­ki­wał głową.

Jon pa­trzył na niego w mil­cze­niu z po­bla­dłą twa­rzą.

Wie­lo­ko­lo­ro­wy mo­ty­lek przy­siadł na sto­li­ku i po chwi­li od­le­ciał.

– Ab­die­lu, Ab­die­lu…. Bluź­nisz. – Jon zmierz­wił włosy. Od­su­nął cy­no­wy ta­lerz, lśnią­cy ni­czym lu­stro – krom­ką chle­ba wy­czy­ścił go do­kład­nie. Łamał teraz je­dy­ną po­zo­sta­łość pajdy, twar­dą i wy­pie­czo­ną skór­kę. – Tru­ci­zna Ka­na­nej­czy­ków wciąż krąży w two­ich ży­łach…

Mocno za­bęb­nił pal­ca­mi po stole. Wzdy­cha­jąc, nad czymś głę­bo­ko się za­sta­na­wiał.

– Kie­dyś mnie ura­to­wa­łeś… – stwier­dził w rytm po­wol­nych ude­rzeń zro­go­wa­cia­łych pa­znok­ci o blat. Brzmia­ły jak dziw­ny wer­bel. – Po­ra­nio­no mnie, nie mo­głem zro­bić kroku. Na­ka­za­łeś spo­rzą­dzić no­si­dła z ga­łę­zi i po­nieść do wio­ski, więc ni­ko­mu nic nie opo­wiem. W ten spo­sób bę­dzie­my kwita. Życie za życie, bo gdy­bym szep­nął sa­du­ce­uszom choć­by słów­ko…

Wolno po­ki­wał głową, jakby po­twier­dzał pod­ję­tą przed chwi­lą de­cy­zję.

Ab­diel uśmiech­nął się lekko.

– Nie mar­nuj po­ży­wie­nia – rzu­cił, po­dej­mu­jąc z ziemi cząst­ki chle­bo­wej skór­ki. – Nie zo­sta­wiam ran­nych na za­tra­ce­nie. Za­bie­ra­my ciała po­le­głych. Jeśli widzę, że ktoś nie prze­ży­je, do­bi­ja­my go. Do­brze o tym wiesz…

Żuł sta­ran­nie reszt­kę pie­czy­wa. Dło­nią zgar­nął ze sto­li­ka okru­chy i po­łknął.

– Czyż nie tego uczy­my się całe życie? – pod­jął po chwi­li. – Je­że­li chcesz mieć pod do­stat­kiem pszen­ne­go chle­ba, zdo­bądź zie­mię Ka­na­an. Wy­rżnij wszyst­kich miesz­kań­ców przy­obie­ca­nej przez Boga kra­iny ob­fi­to­ści… Nie mar­nuj nawet ciała zmar­łe­go to­wa­rzy­sza – też użyź­ni pola. Tego także się uczy­my – i w to wie­rzy­my. Ka­no­ny na­szej wiary…  

Za­śmiał się szy­der­czo, jakby coś bar­dzo go roz­ba­wi­ło, choć jego śmiech nie brzmiał we­so­ło.

– Abdi, uwa­żaj… – W gło­sie Jona za­brzmia­ła nie­uda­wa­na tro­ska. Palce męż­czy­zny znowu pod­ję­ły wy­stu­ki­wa­nie dziw­ne­go rytmu. – Czy­tasz trak­tat, ale tylko ja wiem o tym. Nie­kie­dy dys­ku­tu­jesz z są­sia­da­mi. Za­czy­na­ją dzi­wić się twoim sło­wom. Kładą je jesz­cze na karb od­nie­sio­nej rany, za­tru­te­go ciała – już pra­wie wi­ta­łeś się ze śmier­cią. Jed­nak szyb­ko zmie­nią osąd, jeśli nie­prze­rwa­nie bę­dziesz wy­ga­dy­wał bluź­nier­cze słowa – i rów­nie szyb­ko o brza­sku wyrwą cię ze snu straż­ni­cy sa­du­ce­uszy.

Ab­diel wzru­szył ra­mio­na­mi. Za­ło­żył dło­nie za głową i prze­niósł wrok na za­snu­ty mgieł­ką wid­no­krąg. Zda­wał się nie słu­chać Jona.

– Stos pew­nie cię omi­nie, bo nie ty na­pi­sa­łeś ten prze­klę­ty trak­tat – cią­gnął Jon. – Za sze­rze­nie he­re­zji mo­żesz jed­nak za­wi­snąć na krzy­żu. Pro­szę, wsadź te kar­te­lu­chy do wy­chod­ka, tam jest ich miej­sce. Wtedy szyb­ko doj­dziesz do sie­bie.  

Prze­rwał, żeby na­brać tchu.

– Je­steś znany i wszy­scy cię cenią – mówił z na­my­słem. – Rada Star­szych i na ta­kich ma wła­ści­wy spo­sób – ka­stra­cję. Karę dla sza­leń­ców i ludzi nie­god­nych po­tom­stwa… Cza­sa­mi wy­ko­nu­ją ją tępym nożem. Wtedy bę­dziesz mógł cien­kim gło­si­kiem opo­wia­dać o trak­ta­cie, a i tak nikt cię nie po­słu­cha, naj­wy­żej splu­nie w twarz – głup­ków nikt nie słu­cha… Nikt nie zwra­ca uwagi na bre­dze­nie ta­kich wio­sko­wych wy­włok, czysz­czą­cych klo­aki, cią­gną­cych wozy i radła, a potem cie­szą­cych się z ła­ska­wie rzu­co­ne­go kęsa po­ży­wie­nia. Moż­li­we, że w uzna­niu daw­nych za­sług jed­nak wyślą cię na krzyż.  

Ab­diel wstał i prze­szedł kilka kro­ków. Wy­cią­gnął ze stru­my­ka za­po­mnia­ny bu­kłak z winem.  

– Drzwi… – kon­ty­nu­ował cicho Jon, się­ga­jąc po kubki. – Nir­wa­na… Ab­die­lu, gdy zdo­bę­dzie­my Ka­na­an, bę­dzie­my żyć jak w raju. Ja nie­ba­wem pew­nie się oże­nię, a może nawet kie­dyś stanę człon­kiem Rady Star­szych. Nie chciał­bym cię wtedy są­dzić, ale może będę mu­siał. Może będę mu­siał…

Przez chwi­lę mil­cze­li. Ciszę prze­ry­wa­ło tur­ko­ta­nie kół ma­łe­go wozu, cią­gnię­te­go przez osła po ka­mie­ni­stej dro­dze – i pi­skli­we śmie­chy dziew­czyn, idą­cych za za­przę­giem i pil­nu­ją­cych, żeby nie zsu­nę­ły się worki z fa­so­lą.

Roz­pra­wia­ły o czymś żywo. Jon przy­glą­dał się im tę­sk­nym wzro­kiem. 

– Skąd się wziął wyraz ba­cha­na­lie? – rzu­cił nagle Ab­diel. Jego oczy bły­snę­ły. – Nikt go nie ro­zu­mie, a wszy­scy uży­wa­ją… Skąd? Wiesz?

– Hi­sto­ria czło­wie­ka jest długa. – Jon prze­niósł wzrok na to­wa­rzy­sza. – Nie wszyst­ko pa­mię­ta­my… Jed­nak­że wiele wiemy. Podam przy­kład. 

Nagle na twa­rzy Jona odbił się wyraz za­sko­cze­nia. Za­mru­gał, a potem z wi­docz­nym zdzi­wie­niem po­trzą­snął głową. Może nagle zdał sobie spra­wę, że nie po­tra­fi przy­wo­łać żad­ne­go zda­rze­nia z daw­nej hi­sto­rii czło­wie­ka oprócz po­spo­li­tych wspo­min­ków z życia ro­dzin­ne­go sioła.

Po­śpiesz­nie wy­po­wie­dział, pra­wie bła­gal­nym tonem ostat­nie zda­nie:

– Druhu mój i przy­ja­cie­lu, pro­szę, nie myśl o tych bzdu­rach… Śmierć na krzy­żu na­praw­dę nie jest przy­jem­na. Oglą­da­łeś ją i do­brze o tym wiesz…

– Wiem, dla­te­go jutro o brza­sku wy­ru­szę w da­le­ką drogę. – Ab­diel wstał i prze­cią­gnął się, sze­ro­ko roz­kła­da­jąc ra­mio­na. – Wszyst­ko już przy­go­to­wa­łem… Wła­śnie z tego po­wo­du roz­ma­wiam z tobą tak szcze­rze. Spraw­dzę, czy drzwi ist­nie­ją. Jeśli nie uda się ich od­szu­kać, osią­dę gdzieś da­le­ko. Może do­wiem się, kim na­praw­dę są wy­słan­ni­cy Ot­chła­ni. Wtedy do­pi­szę dal­szą część trak­ta­tu…

Skow­ro­nek po raz trze­ci pod­jął swój za­śpiew, pew­nie ob­wiesz­cza­jąc, że i on cie­szy się z ob­fi­to­ści po­ży­wie­nia.  

 

***

 

Ab­diel wę­dro­wał wiele dni, żeby od­szu­kać drzwi, tak długo, że już do­kład­nie nie pa­mię­tał, kiedy wy­ru­szył.

Bez kło­po­tów prze­był Spa­lo­ne Zie­mie. Znał i pa­mię­tał szla­ki, pro­wa­dzą­ce od ukry­te­go w ska­łach źró­dła do na­stęp­ne­go wod­ne­go oczka, od groty, bę­dą­cej w dzień schro­nie­niem dla jego daw­ne­go od­dzia­łu, do ob­szer­nej jamy, na­kry­tej pły­ta­mi spie­czo­ne­go na ka­mień żużla. Sta­no­wi­ła ko­lej­ne miej­sce spo­czyn­ku. Przy­po­wie­ści po­da­wa­ły, że kie­dyś ist­nia­ły tutaj za­sob­ne mia­sta, za­peł­nio­ne ludź­mi peł­ny­mi pychy, ta­rza­ją­cy­mi się w grze­chu, bez prze­rwy od­da­ją­cy­mi się ko­pu­la­cjom i bez­ro­zum­nie pło­dzą­cy­mi po­tom­stwo – i w ten spo­sób ogra­ni­cza­ją­cy­mi za­so­by żyw­no­ści. Za­gnie­wa­ny Stwór­ca wy­pa­lił wszyst­ko ogniem, ob­ra­ca­jąc w perzy­nę i prze­mie­nia­jąc w pu­sty­nię sie­dli­ska zła.

Ab­diel Ska­żo­ną Zie­mię prze­mie­rzał no­ca­mi, w dzień od­po­czy­wa­jąc i chro­niąc się przed żarem le­ją­cym się z nie­bo­skło­nu. Nie miał wiele do nie­sie­nia – w to­boł­ku upa­ko­wał dwie pary za­pa­so­wych san­da­łów, su­szo­ne mięso, wo­recz­ki z go­to­wa­ną fa­so­lą i bu­kłak na wodę. Za­brał też trak­tat i czę­sto go czy­tał. Poła płasz­cza okry­wa­ła długą głow­nię za­krzy­wio­ne­go kordu, a płó­cien­ny zawój chro­nił głowę.

Nie zmie­nił spo­so­bu po­stę­po­wa­nia, gdy w końcu uj­rzał mie­nią­ce się żół­cią psze­nicz­ne pola Ka­na­anu, zda­wa­ło­by się, nie ma­ją­ce końca. Po­ru­szał się czuj­nie, jak dra­pież­ne zwie­rzę, wy­bie­ra­ją­ce się na łowy. Nadal wy­ru­szał w drogę po zmro­ku, uni­ka­jąc go­ściń­ców i wy­ło­żo­nych ka­mie­nia­mi trak­tów, kro­cząc wą­ski­mi mie­dza­mi. Dzień prze­sy­piał nie­spo­koj­ną drzem­ką po­środ­ku pola psze­ni­cy, za­wsze wy­bie­ra­jąc naj­roz­le­glej­sze. Zja­dał ugnie­cio­ne cia­łem kłosy, bo cią­gle pa­mię­tał, że nawet ka­wa­lą­tek stra­wy nie może się zmar­no­wać.

Zapas po­ży­wie­nia szyb­ko się wy­czer­pał, więc co pe­wien czas Ab­diel wła­my­wał się do spi­chrzy, bło­go­sła­wiąc za­po­bie­gli­wość miesz­kań­ców kraju ob­fi­to­ści. Ab­diel wie­dział, że Ka­na­nej­czy­cy, miesz­ka­ją­cy tylko w gro­dach, prze­cho­wu­ją w bu­dow­lach wznie­sio­nych na po­lach także za­pa­sy stra­wy dla ludzi, krzą­ta­ją­cych się na po­lach – chleb, su­szo­ne i wę­dzo­ne mięso, ser w stą­gwiach z wodą.  

Płaszcz się po­strzę­pił, chudą twarz spa­li­ło słoń­ce, san­da­ły do szczę­tu znisz­czy­ły, ale Ab­diel wciąż zmie­rzał przed sie­bie. Upły­wał dzień za dniem, każdy po­dob­ny do sie­bie jak kro­pla wody, na­tych­miast za­cie­ra­jąc się w pa­mię­ci ży­la­ste­go męż­czy­zny w dziu­ra­wym przy­odziew­ku, jed­nak­że po każ­dym ko­lej­nym zmierz­chu Ab­diel roz­po­czy­nał marsz. W końcu w mo­no­ton­nym prze­stwo­rze rę­dzin ziemi i fa­lu­ją­cych łanów do­rod­ne­go zboża do­strzegł nie­bie­ska­we pa­sem­ko wznie­sień. Wzgórz, pew­nie z tej stro­ny wy­ty­cza­ją­cych gra­ni­cę Ka­na­anu.

Są­dził, że dalej, na nie­zna­nych już ni­ko­mu z jego ple­mie­nia ru­bie­żach, mogły znaj­do­wać się drzwi.

Kra­jo­braz teraz każ­de­go dnia zmie­niał się – coraz wię­cej ska­li­stych wzgór­ków prze­dzie­la­ło uro­dzaj­ne pola, coraz wyż­szych i ma­syw­niej­szych.  

 Długo utrzy­my­wa­ła się dobra po­go­da, ale w końcu za­czął sią­pić deszcz, więc Ab­diel któ­re­goś wie­czo­ru uło­żył się do snu nie po­śród łanu psze­ni­cy, lecz w nie­wiel­kiej pie­cza­rze, w jed­nym z tych wy­nio­słych, ka­mien­nych pa­gó­rów. Sucha, o dnie po­ro­słym mchem, obie­cy­wa­ła dobry spo­czy­nek.  

Ran­kiem za­uwa­żył w skal­nej ścia­nie drew­nia­ne wrota. Nie wy­glą­da­ły jak za­mknię­cie ja­kie­goś schow­ka – Ka­na­nej­czy­cy czę­sto wzno­si­li spi­chrze na od­da­lo­nych od wio­sek po­ła­ciach ziemi, ale nigdy nie ukry­wa­li pło­dów w ja­mach czy gro­tach.  

Wy­ła­ma­nie zmur­sza­łych desek po­szło szyb­ko. Łatwo ustą­pi­ły pod na­po­rem głow­ni kordu i sil­nych ra­mion.  

Wę­dro­wiec uj­rzał ko­ry­tarz z bladą po­świa­tą w od­da­li. Serce Ab­die­la prze­peł­ni­ła ra­dość – nigdy nie sły­szał o ta­kiej kra­inie, nie wspo­mi­na­ła o niej żadna przy­po­wieść. Przej­ście nie przy­po­mi­na­ło też czę­ści Ot­chła­ni, peł­nej żaru pło­mie­ni i dusz grzesz­ni­ków. Stało mil­czą­ce, a da­le­ki po­blask świa­tła zda­wał się za­pra­szać do sie­bie.

Ab­diel osą­dził, że je­że­li drzwi ist­nie­ją i ukry­to je przed ludź­mi, znaj­du­ją się gdzieś dalej. Na pewno mógł do nich do­trzeć…

Ścia­ny i strop wy­glą­da­ły dziw­nie, więc ude­rzył klin­gą w bok wą­skie­go przej­ścia. Usły­szał po­głos dźwię­czą­ce­go me­ta­lu. Nie brzmiał jak spiż – przy­po­mi­nał wy­so­kie i ra­do­sne bicie wio­sko­we­go dzwo­nu, ob­wiesz­cza­ją­ce­go na­dej­ście dnia od­po­czyn­ku.

Wiel­ki­mi kro­ka­mi ru­szył przed sie­bie, pręd­ko do­cie­ra­jąc do małej sali.

Oka­za­ła się po­cząt­kiem dłu­giej i wy­czer­pu­ją­cej drogi przez za­wi­kła­ny la­bi­rynt ko­ry­ta­rzy, schod­ni i roz­le­głych hal. Nie ro­zu­miał, gdzie tra­fił, ale jedno już wie­dział – świę­te przy­po­wie­ści kła­ma­ły.

 Nie mó­wi­ły praw­dy, bo szyb­ko na­po­tkał isto­ty, na­zy­wa­ne słu­ga­mi Ot­chła­ni. W pierw­szej chwi­li, kiedy je zo­ba­czył, umysł ogar­nę­ła trwo­ga. Sta­nął z wy­do­by­tym orę­żem, gotów do ostat­niej walki, że­gna­jąc się z ży­ciem. Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, co od­czu­wa czło­wiek, roz­ry­wa­ny na strzę­py.

Nic się nie stało.

Dziw­ne isto­ty, nie­kie­dy kształ­tem przy­po­mi­na­ją­ce czło­wie­ka, ustą­pi­ły mu z drogi. Wy­ko­ny­wa­ły ja­kieś prace, dla Ab­die­la nie­zro­zu­mia­łe, i wcale nim się nie in­te­re­so­wa­ły. Stwo­ry z me­ta­lu – gdy na­brał śmia­ło­ści, spraw­dził, że ich kor­pu­sy dźwię­czą tak samo jak ścia­ny – nawet mu po­ma­ga­ły. Otwie­ra­ły przej­ścia, bo po­cząt­ko­wo nie za­wsze po­tra­fił sobie z tym po­ra­dzić.

Nie­któ­re ni­czym po­są­gi trwa­ły nie­ru­cho­mo, nie zdra­dza­jąc ob­ja­wów życia. Za­mar­ły, ale Ab­diel nie miał pew­no­ści, czy na za­wsze, bo nie prze­ja­wia­ły oznak roz­kła­du. Nie wie­dział, co o nich są­dzić, więc omi­jał je z da­le­ka.

Przy­pad­ko­wo zna­lazł w jed­nej ze ścian źró­dło wody. Cie­kła nie­wiel­kim stru­my­kiem z przed­mio­tu o nie­zro­zu­mia­łym prze­zna­cze­niu – i teraz wie­dział, gdzie jej szu­kać. Po­ży­wie­nia w wę­zeł­ku uby­wa­ło, ale Ab­diel tym się nie przej­mo­wał – są­dził, że jeśli zna­lazł wodę, pew­nie nie­ba­wem od­kry­je i skrzy­nie z żyw­no­ścią.

Już się nie śpie­szył, w chwi­lach od­po­czyn­ku coraz czę­ściej wer­tu­jąc karty trak­ta­tu. Za­ostrzo­ną trzcin­ką – za­brał ją w drogę wraz z bu­tel­ką roz­two­ru sadzy – znowu pod­kre­ślał naj­cie­kaw­sze tezy. Na końcu spi­sy­wał wszyst­ko, czego ostat­nio do­świad­czył.

Szyb­ko opu­ścił go lęk. Teraz spał długo, głę­bo­kim snem peł­nym ma­rzeń o tym, co opi­sy­wał trak­tat – o nie­skoń­czo­no­ści.

Głę­bo­ko wie­rzył, że nie­ba­wem przej­dzie do niej przez tak długo po­szu­ki­wa­ne drzwi.

 

***

 

Ab­diel czuł, że wresz­cie do­szedł do kresu. Osią­gnął cel wę­drów­ki.

Z nie­wiel­kie­go po­miesz­cze­nia nie wio­dły dalej żadne ko­ry­ta­rze. Ist­nia­ło tylko wej­ście. Z boku nie­ru­cho­mo stały stwo­ry, na­zy­wa­ne przez człon­ków jego ple­mie­nia słu­ga­mi Ot­chła­ni albo po­mio­tem Sza­ta­na. Znaj­do­wa­ły się bli­sko, le­d­wie o kilka kro­ków.  

Nie po­ru­sza­ły się.

Ab­diel przyj­rzał się im uważ­nie. Nie czuł już lęku, gdy spo­ty­kał isto­ty wy­ko­na­ne z me­ta­lu. Serce za­bi­ło mu jed­nak nie­spo­koj­nie, kiedy zer­k­nął przez prze­zro­czy­stą po­kry­wę jed­ne­go z nich – i do­strzegł, że w środ­ku zieje pust­ka. Ten mil­czą­cy i nie­ru­cho­my miesz­ka­niec nie­zna­nej jesz­cze ni­ko­mu kra­iny wy­glą­dał, jakby wy­dar­to mu wnętrz­no­ści, po­zo­sta­wia­jąc tylko grubą po­wło­kę. Jed­nak nawet nie drgnął pod na­ci­skiem pal­ców, więc Ab­diel szyb­ko się uspo­ko­ił.

Omiótł salę wzro­kiem – i wtedy zo­ba­czył drzwi.  

Nie­wiel­kie, z me­ta­lo­wą dźwi­gnią po­środ­ku. Nad nimi ża­rzy­ły się czer­wo­ne świa­tła, mru­ga­jąc jed­no­staj­nie. Ten in­ten­syw­ny blask wiel­kich lamp uspo­ko­ił Ab­die­la – wy­glą­dał przy­jaź­nie.

Do tej pory nie na­po­tkał ta­kiej sali – i ta­kie­go wyj­ścia. Mu­sia­ło pro­wa­dzić na ze­wnątrz.

 Po­ta­jem­nie prze­pi­sy­wa­ny trak­tat, który wielu ludzi, sze­rzą­cych jego tezy, za­pro­wa­dził na krzyż, nie kła­mał.

Drzwi ist­nia­ły.

Ab­diel roz­wią­zał węzły po­dróż­ne­go to­boł­ka i wy­cią­gnął zbiór kart pa­pie­ru, pie­czo­ło­wi­cie prze­wią­za­nych sznu­rem. Pra­gnął sobie coś przy­po­mnieć.

Wszy­scy ży­je­my w ol­brzy­miej kap­su­le, prze­mie­rza­ją­cej nie­skoń­czo­ność, ale nie wiemy o tym. Kap­su­ła jest tak wiel­ka, ze wy­da­je się nam, iż nie ist­nie­ją jej krań­ce… Kie­dyś zda­wa­li­śmy sobie spra­wę, że ro­dzi­my się i umie­ra­my w za­mknię­tej prze­strze­ni – i pew­nie też wie­dzie­li­śmy, dla­cze­go tak jest…  

Jed­nak­że coś się stało. Coś za­wio­dło… Część na­szych ziem znisz­czył ka­ta­klizm, na­tu­ral­na ka­ta­stro­fa we­wnątrz na­szej bryły, bę­dą­cej dla nas je­dy­nym świa­tem.

Oca­le­li­śmy, ale nie­któ­rzy z tych, któ­rzy za­cho­wa­li pa­mięć o daw­nych cza­sach, w swo­jej pysze za­czę­li nami rzą­dzić. Tłam­si­li pa­mięć o praw­dzi­wym je­ste­stwie świa­ta kap­su­ły, bo była dla nich nie­wy­god­na. Się­ga­jąc do bar­dzo sta­rych źró­deł, stwo­rzy­li nową pa­mięć, dla na­sze­go świa­ta z grun­tu fał­szy­wą, i sami mia­no­wa­li się jej straż­ni­ka­mi sa­du­ce­usza­mi. Znisz­czy­li dawną wie­dzę, jesz­cze za­war­tą w le­gen­dach, strzę­pach wspo­mnień, prze­ka­zy­wa­ną w ro­dzin­nych opo­wie­ściach… Uczy­ni­li tak, żeby uspra­wie­dli­wić ist­nie­nie ich kasty.

Może też wy­ko­nu­ją nie­po­ję­tą dla in­nych misję wiele na to wska­zu­je. Może ho­du­ją rasę ludzi od­por­nych na pra­wie wszyst­ko… Rasę wo­jow­ni­czych zdo­byw­ców… Dla­cze­go i po co nie wiemy…

Wiemy jed­nak, że skrzęt­nie kryją przed nami pro­stą praw­dę – je­ste­śmy le­d­wie czą­stecz­ką ota­cza­ją­cej nas nie­skoń­czo­no­ści. Je­że­li tak, musi ist­nieć jakiś powód skry­wa­nia tej wie­dzy. Przy­czy­na jest pro­sta – nie­skoń­czo­ność jest do­sko­nal­sza od na­sze­go świa­ta kap­su­ły. Musi być do­sko­nal­sza, a może nawet jest do­sko­na­ła, bo dla­cze­go praw­dę o nie­skoń­czo­no­ści się ukry­wa?  

Ab­diel na chwi­lę prze­rwał czy­ta­nie. Ostat­nio cią­gle stu­dio­wał ostat­nie karty trak­ta­tu, ale teraz chciał się sku­pić.

Ro­zej­rzał się. Dziw­ne stwo­ry, puste w środ­ku, trwa­ły nie­ru­cho­mo. Świa­tła lamp nadal mi­go­ta­ły, rzu­ca­jąc czer­wo­na­wy po­blask na ar­ku­sze trak­ta­tu.

Nic nie za­kłó­ca­ło nie­zmą­co­nej ciszy ma­łe­go po­miesz­cze­nia.

Dawne le­gen­dy, jesz­cze w czę­ści nam znane, mówią, że nie­skoń­czo­ność wy­peł­nia nir­wa­na. – Ab­diel po­wró­cił do czy­ta­nia. – Albo też twier­dzą, że po po­łą­cze­niu z nie­skoń­czo­no­ścią osią­gnie­my stan nir­wa­ny. Mu­si­my jed­nak opu­ścić kap­su­łę – i po­łą­czyć z nie­skoń­czo­no­ścią.

Mu­si­my otwo­rzyć drzwi.

Czym jest nir­wa­na? Nie wiemy do­kład­nie, ale wiele wska­zu­je, że nir­wa­na jest…  

W tym miej­scu trak­tat się koń­czył. Pew­nie, są­dził Ab­diel, twór­ca już nie zdą­żył wię­cej na­pi­sać – i wy­ja­śnić. Ab­diel wie­dział, że czę­sto sze­rzą­cym tezy księ­gi przed przy­bi­ciem do krzy­ża kne­blo­wa­no usta, żeby nawet przy końcu życia nie mogli wy­krzy­czeć, że wszy­scy żyją w świe­cie fał­szu.

Pew­nie i oni też nie wie­dzie­li, czym jest nir­wa­na.

Bez­gło­śnie po­ru­sza­jąc war­ga­mi, Ab­diel for­mu­ło­wał wnio­ski.

Twier­dze­nia trak­ta­tu po­twier­dzi­ły się – co do joty… Wszyst­kie, bez wy­jąt­ku.  Twór­ca za­ka­za­ne­go pisma nie mógł więc błą­dzić, pi­sząc o nie­skoń­czo­no­ści i jej cha­rak­te­rze. Traf­nie od­gadł prze­cież to, co tak sta­ran­nie wy­ma­zy­wa­no z ludz­kiej pa­mię­ci.

A teraz on, Ab­diel, zwy­kły wie­śniak, nie­kie­dy wo­jow­nik, mógł miesz­kań­ców kap­su­ły po­łą­czyć z nie­skoń­czo­no­ścią – i pierw­szy osią­gnąć nir­wa­nę. Póź­niej prze­ka­że innym, czym jest ta­jem­ni­ca, wpra­wia­ją­ca sa­du­ce­uszy w furię, tak za­cie­kle zwal­cza­na, choć nikt jesz­cze jej nie po­znał.

Za­le­d­wie dwa kroki dzie­li­ły go od zro­zu­mie­nia, czym jest nir­wa­na.

Uśmiech­nął się i wy­cią­gnął rękę. Czer­wo­ne lampy nadal przy­ja­ciel­sko mru­ga­ły.

Wy­star­cza­ło zro­bić te ostat­nie stąp­nię­cia – prze­su­nąć dźwi­gnię i otwo­rzyć drzwi…

 

***

 

– Arri, wiesz, czym jest kanon? – Ezma­el otarł pot z czoła. Skwar póź­ne­go po­po­łu­dnia na Ska­żo­nych Zie­miach nadal wy­sy­sał ener­gię z ciała, obez­wład­niał, dusił jak krę­pu­ją­ca usta szma­ta. – Ni­czym innym jak ko­niecz­no­ścią. Po pro­stu pod­sta­wo­wym pra­wi­dłem, na­czel­ną za­sa­dą – nie do obej­ścia…

Ar­cy­ka­płan wes­tchnął cięż­ko, a potem za­niósł się chry­pli­wym kasz­lem. Ezma­el miał już swoje lata i widać było, że bar­dzo źle znosi wę­drów­kę ple­mie­nia do ziemi Ka­na­an. Trwa­ją­cy już wiele dni po­wol­ny marsz, w spie­ko­cie, żarze le­ją­cym się z nie­bo­skło­nu, w kłę­bach pia­chu, nie­sio­ne­go wia­trem i nadal utrzy­mu­ją­cym się po­wie­trzu odo­rze spa­le­ni­zny. Wę­drow­cy nie mogli przy­śpie­szyć po­cho­du – wy­pra­wę spo­wal­nia­ły wozy, pełne sprzę­tów, za­pa­sów stra­wy, paszy i bu­kła­ków z wodą. Po­cią­go­we osły po­czę­ły padać, ko­na­jąc z nad­mier­ne­go wy­sił­ku. Za­czę­ły umie­rać dzie­ci i lu­dzie star­si. Mięso zwie­rząt nie­zwłocz­nie zja­da­no, bo w żarze Ska­żo­nych Ziem szyb­ko się psuło. Ludz­kie trupy po­śpiesz­nie grze­ba­no, nawet nie od­pra­wia­jąc ża­łob­nych eg­ze­kwii – ja­ło­wej gleby Spa­lo­nej Kra­iny nic nie mogło już użyź­nić.

Jed­nak­że go­dzi­na po go­dzi­nie, dzień po dniu gra­ni­ca upra­gnio­nej i wy­tę­sk­nio­nej kra­iny ob­fi­to­ści przy­bli­ża­ła się, w otę­pia­ją­cym umy­sły bla­sku nie­bo­skło­nu bez słoń­ca, skrzy­pie­niu kół arb, hur­ko­cie stąp­nięć mro­wia stóp, ję­kach męż­czyzn, ugi­na­ją­cych się pod cię­ża­rem Arki. I w prze­raź­li­wym za­wo­dze­niu matek, opła­ku­ją­cych wy­tę­sk­nio­ne, uko­cha­ne, teraz nagle utra­co­ne po­tom­stwo. Wiele ko­biet rzu­ci­ło się do prze­past­nych wą­do­łów albo sko­czy­ło w głąb głę­bo­kich jam. Miały szczę­ście, jeśli zgi­nę­ły na miej­scu – nikt ich nie ra­to­wał, bo li­czy­ło się tylko jedno: iść dalej, jak naj­szyb­ciej dobić do gra­ni­cy Ka­na­anu, a potem wy­ciąć w pień miesz­kań­ców. W końcu roz­ko­szo­wać się ob­fi­to­ścią po­ży­wie­nia…

Nikt nie pro­te­sto­wał prze­ciw­ko tru­dom, nie żądał po­wro­tu, bo na­resz­cie na­de­szła od dawna upra­gnio­na chwi­la osta­tecz­ne­go roz­strzy­gnię­cia. Za­pew­nie­nia sobie i innym spo­koj­ne­go i bło­gie­go życia. Ran­kiem rze­sza po­sta­ci w bur­nu­sach, chi­to­nach i tu­ni­kach po­słusz­nie zry­wa­ła się z nędz­nych le­go­wisk, for­mo­wa­ła ko­lum­nę – i ru­sza­ła dalej.  

Teraz jed­nak lud Ar­rie­go i Ezma­ela od­po­czy­wał w ko­tli­nie po­mię­dzy dwoma pa­sma­mi ka­mie­ni­stych wzgórz, nadal na­grza­nych upa­łem. Późne po­po­łu­dnie w końcu przy­no­si­ło nieco ulgi od du­szą­cej cie­pło­ty, po­zba­wia­ją­cej od­de­chu. Dzi­siaj wszy­scy wę­drow­cy uśmie­cha­li się – spraw­dzi­ły się wie­ści o wiel­kich za­so­bach stud­ni, skry­tej wśród hałd żużla, dawno temu przy­nie­sio­ne przez zwia­dow­ców. Prze­no­śny ko­ło­wrót skrzy­piał bez prze­rwy, gdy wy­cią­ga­no ce­brzyk za ce­brzy­kiem cu­dow­nie chłod­nej, kry­sta­licz­nie czy­stej wody. Dzie­cia­ki śmia­ły się ra­do­śnie, wresz­cie pijąc do syta.

Ple­mię cze­ka­ło dwa dni od­po­czyn­ku. Za­de­cy­do­wał o tym Ezma­el – do gra­ni­cy ziemi ob­fi­to­ści po­zo­stawało ledwie paręnaście mil drogi, a ar­cy­ka­płan pra­gnął, żeby jego lud do­tarł o ziemi obie­ca­nej gotów do na­tych­mia­sto­wej walki. 

Ezma­el i Arri sie­dzie­li w wiel­kim na­mio­cie, pod­czas po­sto­jów chro­nią­cym Arkę. Po­zo­sta­li ka­pła­ni nie próż­no­wa­li – do­zo­ro­wa­li urzą­dza­nia obo­zo­wi­ska, roz­dzie­la­nia żyw­no­ści i paszy, na­peł­nia­nia wodą bu­kła­ków i be­czu­łek. Ogni­ska za­snu­wa­ły prze­strzeń pa­sma­mi dymu, jesz­cze za­rzy­na­no kilka naj­słab­szych osłów, opóź­nia­ją­cych marsz, jed­nak­że sute płaty mięsa już skwier­cza­ły w żarze pa­lą­ce­go się chru­stu. Opał za­bra­no ze sobą – i stra­wio­no wiele czasu na zgro­ma­dze­nie od­po­wied­niej ilo­ści su­chych ko­na­rów i ga­łę­zi.

– Kanon ko­re­lu­je z po­ję­ciem zbio­ru za­mknię­te­go… – Ezma­el uśmiech­nął się krzy­wo. – Arri, zo­sta­niesz moim na­stęp­cą, może nawet nie­ba­wem. Mu­sisz poj­mo­wać pewne oczy­wi­sto­ści, obo­jęt­ne, jak je na­zwie­my… Twoi na­stęp­cy do­pro­wa­dzą miesz­kań­ców stat­ku do praw­dzi­wej Ziemi Obie­ca­nej – kon­ty­nu­ował ar­cy­ka­płan chra­pli­wym gło­sem. – Do Edenu. W końcu otwo­rzą drzwi, wio­dą­ce do no­we­go świa­ta… Mu­si­my w to wie­rzyć – i zro­bić wszyst­ko, żeby osią­gnąć upra­gnio­ny, choć jesz­cze skry­ty przed in­ny­mi cel.

Po­kry­tą potem, po­bruż­dżo­ną twarz Ezma­ela prze­ciął dziw­nie tę­sk­ny uśmiech. Z tru­dem opa­no­wał ko­lej­ny napad kasz­lu.

Pióro znowu za­skrzy­pia­ło. Ar­cy­ka­płan wy­pi­sy­wał za­le­ce­nia dla swo­ich na­stęp­ców i widać było, ze za­sta­na­wia się nad każ­dym sło­wem. Potem po­zo­sta­wa­ło tylko za­po­zna­nie z nimi resz­ty ka­pła­nów i umiesz­cze­nie kart pa­pie­ru we wnę­trzu Arki. 

Za­cie­kle tę­pio­no dzi­kie ptac­two – nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wi­ło się, wy­ja­da­jąc na po­lach cenne ziar­no – jed­nak­że skrzy­dla­ci przy­by­sze do cze­goś się przy­da­wa­li. Mięso oka­za­ło się cał­kiem smacz­ne, a przy­cię­te lotki do­sko­na­łym na­rzę­dziem do pi­sa­nia. 

– Nadal utrzy­mu­je­my w ry­zach za­lud­nie­nie tej czę­ści na­szej ol­brzy­miej ma­chi­ny, prze­mie­rza­ją­cej prze­strzeń? Ab­die­lu, o tym mó­wisz?

Arri prze­rwał czyn­ność, wy­ko­ny­wa­ną od dłuż­sze­go czasu – po­wta­rza­nie ry­tu­ału. Znał go na pa­mięć, jak wszy­scy ka­pła­ni, ma­ją­cy prawo do­stę­pu do Arki. Wy­mo­gi, sfor­mu­ło­wa­ne nie­daw­no przez Ezma­ela, po­zo­sta­wa­ły jed­nak bez zmian: cią­gle przy­po­mi­na­my sobie ko­lej­ność czyn­no­ści, żeby przy­pad­kiem nie spło­nąć żyw­cem…

Któ­ryś z sa­du­ce­uszy, ob­ser­wu­ją­cy ćwi­czą­cych ka­pła­nów, ukuł okre­śle­nie, ze od­pra­wia­ją ry­tu­ał, umoż­li­wia­ją­cy do­stęp do Arki. Zwy­kli lu­dzie już twier­dzi­li, iż w ten spo­sób ka­pła­ni na­wią­zu­ją kon­takt z Bo­giem, stwo­rzy­cie­lem ota­cza­ją­ce­go ich świa­ta.

– Otóż to… – Ezma­el po­ki­wał głową. – Sta­tek ma ogra­ni­czo­ne moż­li­wo­ści pro­duk­cji żyw­no­ści – cią­gnął z na­my­słem, z dziw­nym znu­że­niem, jakby po raz ko­lej­ny tłu­ma­czył oczy­wi­stą spra­wę. – Ilość po­ży­wie­nia sta­no­wi zbiór za­mknię­ty… To spo­strze­że­nie rodzi ko­niecz­ność utrzy­my­wa­nia ilo­ści ludzi w okre­ślo­nej licz­bie. For­mu­łu­je za­sa­dę po­stę­po­wa­nia – kanon, nie do obej­ścia, nie do prze­kro­cze­nia… Ta za­sa­da była kie­dyś znana, zro­zu­mia­ła – głos w końcu przy­brał nor­mal­ny ton – ale poj­mo­wa­li ją inni lu­dzie: pierw­sze po­ko­le­nia ko­lo­ni­stów… Wie­dzie­li, ze ich sek­su­al­ność spe­cjal­nie zo­sta­ła ogra­ni­czo­na po­przez nie­zna­ną nam in­ge­ren­cję w je­ste­stwo ich or­ga­ni­zmów. Pa­mię­taj o tym ka­no­nie, Arri, kiedy mnie za­stą­pisz. Nadal sta­no­wi na­czel­ną za­sa­dę.

Za­milkł na chwi­lę.

– Ileż pro­ble­mów… – pod­jął po chwi­li tym samym su­chym, zmę­czo­nym gło­sem. – I cią­gle nie wiemy, czy kro­czy­my w do­brym kie­run­ku… Tylko przy­pusz­cza­my. Tylko przy­pusz­cza­my…

Po­now­nie cięż­ko wes­tchnął.  

Ostry, me­ta­licz­ny dźwięk prze­szył po­wie­trze. Przez chwi­lę obaj wsłu­chi­wa­li się w brzmie­nie trąb, ob­wiesz­cza­ją­cych na­dej­ście pory wie­cze­rzy. Arri uśmiech­nął się – wła­śnie on wy­my­ślił ten pro­sty i sku­tecz­ny spo­sób ko­men­de­ro­wa­nia ciżbą ko­biet, męż­czyzn i dzie­ci. Rzu­cił okiem na nie­bo­skłon – po­wo­li ciem­niał. Ka­płan za­ko­no­to­wał sobie w pa­mię­ci, żeby wkrót­ce dać znak trę­ba­czom – surmy ode­zwą się jesz­cze raz. Na­ka­żą uło­że­nie się do snu.

Przy­szły na­stęp­ca Ezma­ela zde­cy­do­wa­nym ru­chem odło­żył kartę z opi­sem ry­tu­ału na bok. Uznał, że na dziś dość już się na­pra­co­wał przy utrwa­la­niu w pa­mię­ci tej me­cha­nicz­nej czyn­no­ści.

Zadał py­ta­nie, mę­czą­ce go od kilku dni:

– Bra­cie mój, ar­cy­ka­pła­nie, są­dzisz, że ist­nie­je tylko jedna Arka?

Pal­cem wska­zał na zło­ci­stą bryłę, po­kry­tą wy­pu­kło­ścia­mi i wklę­śnię­cia­mi, przy­po­mi­na­ją­cy­mi pła­sko­rzeź­by.

Ezma­el prze­czą­co po­krę­cił głową. Dło­nią otarł czoło z potu, a potem, gło­śno sior­biąc, wypił kilka łyków wody z gli­nia­ne­go kubka. Wierz­chem dłoni otarł wargi.

– Nie, na pewno stwo­rzo­no ich co naj­mniej kilka. Może wię­cej… – W gło­sie za­brzmia­ła pew­ność sie­bie. – My, ka­pła­ni, do­brze wiemy, że Arka jest ni­czym innym, niż zbio­rem naj­waż­niej­szych in­for­ma­cji. Prze­klę­ta awa­ria wy­wró­ci­ła świat stat­ku do góry no­ga­mi… Ktoś mądry, by­stry, prze­wi­du­ją­cy – pew­nie nie dzia­łał sam – opra­co­wał re­zer­wu­ary naj­istot­niej­szych wia­do­mo­ści. Wielu nawet nie po­tra­fi­my od­czy­tać, są za­pi­sa­ne w dziw­nych przed­mio­tach…

Za na­my­słem prze­gła­dził si­wie­ją­cą bród­kę, przy­cię­tą w klin. 

– Jedna Arka to za mało – kon­ty­nu­ował. – W in­nych czę­ściach stat­ku na pewno umiesz­czo­no ko­lej­ne, może nawet przez kogoś uży­wa­ne. Tego jesz­cze nie wiemy.

Wie­czo­rem na Ska­żo­nych Zie­miach na­si­lał się wiatr. Ezma­el nie­kie­dy żar­to­wał, że war­stwa grun­tu od­da­je po­wie­trzu prze­sy­ca­ją­cy ją żar. Nie­spo­dzie­wa­nie na stole wy­lą­do­wał oset, pew­nie po­rwa­ny moc­niej­szym po­dmu­chem.

Ar­cy­ka­płan szyb­kim i zręcz­nym ru­chem przy­krył go dło­nią. Przy­pa­try­wał się z uwagą na­je­żo­nej kol­ca­mi ro­ślin­ce, ni­kłym ko­rzon­kom u dołu ło­dyż­ki, ostroż­nie ją gła­dząc.  

– Chyba coś za­czy­na się od­ra­dzać… – stwier­dził z na­my­słem. – Sys­tem iry­ga­cyj­ny, może w for­mie szcząt­ko­wej, na pewno tutaj nadal dzia­ła, ina­czej nie by­ło­by źró­deł wody. Może au­to­ma­ty na­pra­wia­ją urzą­dze­nia za­si­la­ją­ce glebę, a może sama po­wo­li się re­ge­ne­ru­je…

Otwo­rzył dłoń i dmuch­nął, jakby chciał pomóc zie­lo­ne­mu wę­drow­co­wi. Nie­wiel­ka ro­ślin­ka, może na­tra­fia­jąc na nie­wy­czu­wal­ny wir po­wie­trza, unio­sła się i wy­le­cia­ła na ze­wnątrz.

Ezma­el od­pro­wa­dzał ją wzro­kiem.

– Że­gnaj, przy­ja­cie­lu… – Słowa ar­cy­ka­pła­na prze­sy­ca­ła dziw­na czu­łość. – Osiedl się gdzieś i roz­wi­jaj. Wy­twa­rzasz tlen i je­steś bar­dzo cenny. Ro­śnij.

Arri za­ło­żył ręce za głowę i od­chy­lił się na pro­stym zydlu. Wy­da­wał się głę­bo­ko nad czymś za­sta­na­wiać.

– My­ślisz, że tam, gdzie umiesz­czo­no ko­lej­ne arki, jest po­dob­nie, jak tutaj?

W gło­sie mło­de­go ka­pła­na brzmia­ła nie­kła­ma­na cie­ka­wość. 

– W ogól­nych za­ry­sach na pewno tak – bez wa­ha­nia od­po­wie­dział Ezma­el. – W tej wiel­kiej awa­rii, wła­ści­wie ka­ta­kli­zmie, oca­la­ło jed­nak sporo ludzi, ale już dru­gie albo trze­cie po­ko­le­nie stra­ci­ło pa­mięć o celu misji – i o ko­niecz­nych uwa­run­ko­wa­niach. A wiele ge­ne­ra­cji ludz­kich wy­mrze, zanim do­bi­je­my do celu… Wie­dza, za­war­ta w Arce, by­ła­by wstrzą­sem – jesz­cze nie je­ste­śmy na nią przy­go­to­wa­ni. Za­czę­ło­by się źle dziać. Każdy chce uży­wać życia, ko­chać się, pło­dzić dzie­ci, roz­ko­szo­wać swoim ist­nie­niem…

Ko­lej­ny napad kasz­lu prze­rwał wy­po­wiedź.

– W tym po­ko­le­niu i pew­nie w na­stęp­nych jesz­cze utrzy­mu­je­my wszyst­ko w ta­jem­ni­cy – Ezma­el wes­tchnął. – W in­nych czę­ściach stat­ku na pewno jest po­dob­nie: lu­dzie nadal żyją ni­czym bydło, nie­świa­do­mi celu swego ist­nie­nia. Jeśli żyją… Au­to­ma­ty bu­dow­la­ne, na­praw­cze są słu­ga­mi Ot­chła­ni – i niech tak na razie zo­sta­nie, może na długo…

Nagle wzniósł palec, może dla pod­kre­śle­nia zna­cze­nia ko­lej­ne­go zda­nia.

– Mamy za mało żyw­no­ści, więc trze­ba po­zbyć się pew­nej czę­ści po­pu­la­cji, tej słab­szej, ina­czej wszy­scy skar­le­ją. I wy­bi­ją we wza­jem­nych wal­kach o po­ży­wie­nie.  

Prze­raź­li­we ryki prze­rwa­ły wy­po­wiedź. Osły, jak zwy­kle, do­ma­ga­ły się swo­jej por­cji paszy i wody. Arri uniósł płach­tę tka­ni­ny, osła­nia­ją­cą wej­ście, chcąc spraw­dzić, czemu jesz­cze nie na­kar­mio­no zwie­rząt. Krót­ka roz­mo­wa ze straż­ni­kiem wy­ja­śni­ła wszyst­ko.  

Ka­płan za­chi­cho­tał.

– Zwie­rzę­ta po­cią­go­we do­strze­gły, że mamy pod do­stat­kiem wody – do­ma­ga­ją się dru­gie­go po­je­nia – rzu­cił, nadal śmie­jąc się. – Za­dzi­wia­ją­ce… Jak to wy­czu­ły?

Z nie­do­wie­rza­niem krę­cił głową.

– Uczą się, a może prze­mó­wił in­stynkt. Lu­dzie za­cho­wa­li­by się tak samo… – sucho skwi­to­wał Ezma­el. Wzru­szył ra­mio­na­mi.– W obie­gu za­mknię­tym zasób wody jest także ogra­ni­czo­ny, choć po­wo­li ro­śnie.

Odło­żył pióro. Po­ru­sza­jąc war­ga­mi, stu­dio­wał gęsto za­pi­sa­ną kartę pa­pie­ru. Z wi­docz­nym na­my­słem po­czął pod­kre­ślać nie­któ­re zda­nia, pew­nie uzna­jąc je za naj­bar­dziej istot­ne.

– Kie­dyś wszy­scy po­zna­ją praw­dę, muszą się jed­nak na nią przy­go­to­wać. – Nie­spo­dzie­wa­nie ar­cy­ka­płan pod­jął po­przed­ni wątek roz­mo­wy. –  Z tego po­wo­du nie­daw­no stwo­rzy­łem kastę ka­pła­nów. Sa­du­ce­usze i Rada Star­szych po­zo­sta­ną po­wier­ni­ka­mi tra­dy­cji – ważna spra­wa, Arri, pil­nuj jej – my zaś de­po­zy­ta­riu­sza­mi ta­jem­ni­cy… Nie po­wiem ci, za ile po­ko­leń zo­sta­nie ujaw­nio­na. Nikt tego nie wie.

Nagle strze­lił pal­ca­mi, jakby sobie coś przy­po­mniał. 

– Pa­mięć o he­re­zji wy­ga­sa? Ten trak­tat o drzwiach w końcu po­szedł w za­po­mnie­nie?

Dło­nią roz­ma­so­wał po­wie­ki. Z uwagą przy­glą­dał się teraz Ar­rie­mu, ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi. Twarz ar­cy­ka­pła­na wska­zy­wa­ła, że uważa spra­wę za ważną.

– Ple­mię w na­tło­ku no­wych zadań i przy­go­to­wań do pod­bo­ju za­po­mnia­ło o tych nie­bez­piecz­nych te­zach. – Arri za­bęb­nił pal­ca­mi po bla­cie stołu. – Zgod­nie z wy­ro­kiem Rady Star­szych twór­cę tej opo­wie­ści za­du­szo­no w jamie, gdzie go wię­zio­no, a ciało użyź­ni­ło pole… Słusz­na de­cy­zja – nie po­trze­bo­wa­li­śmy mę­czen­ni­ka i przy­szłe­go pro­ro­ka. Po pro­stu znik­nął… Wraz z nim ode­szła pa­mięć o jego księ­dze.

Ezma­el upił ko­lej­ny łyk wody. Jego twarz nadal zra­szał pot.

– To do­brze… – Prze­tarł po­licz­ki rę­ka­wem bur­nu­sa. – Do­szedł bar­dzo bli­sko praw­dy, choć w nie­któ­rych spra­wach mylił się… Ten trak­tat wło­ży­łem do Arki – kie­dyś nasi na­stęp­cy ogło­szą go po­now­nie, z uści­śle­nia­mi, tyle, że wtedy za­try­um­fu­je… Wszy­scy się nim za­chły­sną… Na­nio­słem na ty­tu­ło­wej kar­cie od­po­wied­nie uwagi.

Arri uśmiech­nął się skąpo. Zda­wał się głę­bo­ko za­sta­na­wiać nad czymś innym.

Sfor­mu­ło­wał py­ta­nie, pew­nie pra­gnąc wy­ja­śnić nę­ka­ją­ce jego umysł wąt­pli­wo­ści:  

– Na­praw­dę prze­strzeń poza stat­kiem wy­peł­nia nir­wa­na? Cią­gle o niej myślę… Ten czło­wiek do­szedł do słusz­nych wnio­sków – może i w tej kon­sta­ta­cji nie mylił się?

Ezma­el po­gar­dli­wie prych­nął.

– Ma­rze­nia… – Wargi ar­cy­ka­pła­na wy­krzy­wił szy­der­czy uśmiech. – Wy­peł­nia pust­ka. Ni­cość. Je­ste­śmy ma­lu­teń­kim punk­ci­kiem, pył­kiem, dro­bi­ną, w nie ma­ją­cej po­cząt­ku ani końca nie­skoń­czo­nej pu­st­ce. Tak mówią za­pi­sy prze­cho­wy­wa­ne w Arce – ja im wie­rzę. Ni­cość wy­peł­nia­ją bryły mar­twej ma­te­rii albo sku­pi­ska gazów… Zda­rza się, że gdzieś czło­wiek jed­nak może się osie­dlić. Roz­krze­wić życie. Tam zmie­rza­my, aby zdo­być nowy Eden.

Mówił z wy­raź­nym tru­dem, wy­raź­nie zmę­czo­ny.

Arri za­ko­no­to­wał sobie w pa­mię­ci, że od dzi­siej­sze­go wie­czo­ru trze­ba zająć się Ezma­elem. We­zwać kilku zna­cho­rów, przy­go­to­wać leki. Na pewno zbić ja­kieś no­si­dła, może lek­ty­kę, żeby ar­cy­ka­pła­na nie wy­czer­py­wa­ła dal­sza droga.

Młody ka­płan do­brze wie­dział, że Ezma­el jest po­trzeb­ny ple­mie­niu, sa­du­ce­uszom i jego to­wa­rzy­szom pra­wie jak po­wie­trze. Ar­cy­ka­płan całe życie stra­wił na stu­dio­wa­niu za­pi­sów umiesz­czo­nych w Arce. Nikt mu nie do­rów­ny­wał w wie­dzy o tym, co było i co bę­dzie. Wcale jej nie krył – prze­ka­zy­wał wy­brań­com, in­stru­ował, opra­co­wy­wał wska­za­nia.

Nie­daw­no uznał, ze nad­szedł czas na ujaw­nie­nie ist­nie­nia Arki, i jak zwy­kle, uczy­nił to w spo­sób na­tu­ral­ny i bar­dzo zręcz­ny. Arka oka­za­ła się darem, prze­ka­za­nym przez Bo­ga-Stwo­rzy­cie­la, na­ma­cal­nym wy­ra­zem jego łaski. Wy­od­ręb­nie­nie grupy ka­pła­nów ple­mię prze­wo­dzo­ne przez Ezma­ela przy­ję­ło ze zro­zu­mie­niem – i ra­do­ścią – go­rą­co wi­ta­jąc po­ja­wie­nie się ludzi, ro­zu­mie­ją­cych i tłu­ma­czą­cych de­cy­zje kogoś nie­zna­ne­go, de­cy­du­ją­ce­go o lo­sach ich świa­ta. Arri i resz­ta ka­pła­nów czuli ra­dość, że Ezma­el prze­ka­zał im spo­sób wy­łą­cza­nia skom­pli­ko­wa­nych za­bez­pie­czeń zło­ci­stej skrzy­ni, na­zy­wa­nej Arką. Po­mysł ar­cy­ka­pła­na, żeby tę czyn­ność okre­ślić ry­tu­ałem i za­sło­nić mgłą ta­jem­ni­cy, umac­niał prze­ko­na­nie o bo­sko­ści Arki – i jej nad­przy­ro­dzo­nej mocy. Wy­star­czy­ło, żeby kilku cie­kaw­skich śmiał­ków zgi­nę­ło w pło­mie­niach, aby ta wiara stała się po­wszech­na.  

Do­pie­ro teraz, w ten nadal du­szą­cy upa­łem wie­czór, Arri zdał sobie spra­wę, jak bar­dzo po­trzeb­ny jest Ezma­el. I że, być może, ujaw­nił ist­nie­nie Arki, żeby zni­we­lo­wać od­dzia­ły­wa­nie trak­ta­tu.

Ezma­el miał jasną wizję przy­szło­ści. Arri wie­dział, że upły­nie wiele lat, zanim on na­pi­sze jej kon­ty­nu­ację i prze­ka­że jesz­cze nie­zna­ne­mu, ko­lej­ne­mu na­stęp­cy.

Młody ka­płan zde­cy­do­wał się w oka­mgnie­niu.

– Bra­cie mój w wy­peł­nia­niu tej misji, po­cze­kaj chwi­lę, zaraz wrócę – rzu­cił, wy­cho­dząc. – Za­ła­twię coś pil­ne­go…  

Dwóch straż­ni­ków na­tych­miast po­de­szło, wi­dząc przy­zy­wa­ją­cy gest ręki Ar­rie­go.

– We­zwij­cie kilku zna­cho­rów. I parę ko­biet wpraw­nych w ma­so­wa­niu człon­ków – Ka­płan wy­da­wał po­le­ce­nia stłu­mio­nym gło­sem. – Wino jest cenne, jed­nak­że przy­nie­ście cały dzban. Trze­ba przy­go­to­wać lek­ty­kę dla ar­cy­ka­pła­na – cięż­ki po­chód nieco go osła­bił, a jest dla nas ważny pra­wie tak samo jak Arka…

Wy­da­wa­ło się, że Ezma­el nie zwró­cił uwagi na wyj­ście Ar­rie­go. Jesz­cze raz w sku­pie­niu czy­tał nie­daw­no za­pi­sa­ną przez sie­bie kartę. Gdy ka­płan wró­cił, pod­jął roz­mo­wę.

– Pe­wien czło­wiek imie­niem Jon zwie­rzył się Ra­dzie Star­szych, że jego to­wa­rzysz i przy­ja­ciel wy­brał się w da­le­ką drogę, aby od­szu­kać drzwi pro­wa­dzą­ce na ze­wnątrz. Zdaje się, że wo­ła­no na niego Ab­diel. Nie po­wró­cił… Arri, jak są­dzisz, cóż się z nim stało?

– Zgi­nął – od­po­wie­dział bez wa­ha­nia na­stęp­ca Ezma­ela. – Może za­bi­ty przez Ka­na­nej­czy­ków… Sa­mot­ne­mu czło­wie­ko­wi trud­no przy­cho­dzi prze­dzie­ra­nie się przez wrogą kra­inę. Nie­raz Ka­na­nej­czy­cy wy­bi­ja­li całe za­stę­py roz­po­znaw­cze, a cóż może po­cząć jeden męż­czy­zna? Użyź­nił ja­kieś pole..  

Twarz ar­cy­ka­pła­na przy­bra­ła wyraz sku­pie­nia. Przez chwi­lę roz­wa­żał słowa to­wa­rzy­sza.  

– Być może tak było… – Ezma­el po­ki­wał głową. – Moż­li­we jed­nak, ze do­tarł do wy­ła­zu ze­wnętrz­ne­go, wio­dą­ce­go w oka­la­ją­cą sta­tek bez­brzeż­ną pust­kę. Wiemy, że ist­nie­je ich kilka. To nie­wy­klu­czo­ne – ten Ab­diel, nie­zwy­kle do­świad­czo­ny zwia­dow­ca, cie­szył się też sławą prze­myśl­ne­go i chy­tre­go wo­jow­ni­ka…

Wolno for­mu­ło­wał ko­lej­ne zda­nia.

– Ważne jest coś in­ne­go – to, ze my nie zgi­nę­li­śmy. Jeśli Ab­diel do­tarł do tego wyj­ścia i je otwo­rzył, na pewno zo­stał uni­ce­stwio­ny. Jed­nak­że coś, co ma­te­ria­ły w Arce okre­śla­ją sys­te­ma­mi za­bez­pie­cza­ją­cy­mi, od­cię­ły ko­mo­rę wyj­ścio­wą od resz­ty stat­ku. A zatem nadal dzia­ła­ją… Funk­cjo­nu­ją.

Arri słu­chał uważ­nie. Ar­cy­ka­płan z wy­da­wa­ło­by się, nic nie zna­czą­ce­go wy­da­rze­nia, wy­cią­gał da­le­ko idące wnio­ski. On mu­siał się tego na­uczyć – i wy­ko­rzy­sty­wał do tego każdą chwi­lę spę­dzo­ną z Ezma­elem.

– Ciało Ab­die­la nie wzbo­ga­ci gleby, a jed­nak oddał nam wiel­ką przy­słu­gę… – Star­szy już męż­czy­zna w dłu­gim bur­nu­sie uśmiech­nął się lekko. – Wię­cej wiemy… Pew­nych spraw je­stem bar­dziej pewny. Ten nie­szczę­śnik bar­dziej się przy­dał, pró­bu­jąc od­na­leźć drzwi, niżby wal­czył teraz z Ka­na­nej­czy­ka­mi. Jeśli Ab­diel do­tarł do ze­wnętrz­nych drzwi, dawne urzą­dze­nia za­dzia­ła­ły…

Przed na­mio­tem za­czął się ruch i zro­bi­ło się gwar­no. Stu­ko­ta­ły młot­ki, ję­cza­ła piła, rżną­ca drew­no. Kilka ko­bie­cych gło­sów żywo o czymś roz­pra­wia­ło.

Arri zer­k­nął na ze­wnątrz przez szpa­rę mie­dzy za­sło­na­mi. Szy­ko­wa­no lek­ty­kę – przy­ci­na­no drągi, zwy­kle słu­żą­ce za szkie­let schro­nisk na noc, do­bi­ja­no do nich po­przecz­ni­ce, od­mie­rza­no dłu­gość desz­czu­łek. Trzy ko­bie­ty myły dło­nie w prze­no­śnym po­idle dla zwie­rząt.

– Nasze zwło­ki jesz­cze długo po­słu­żą za nawóz. – Głos Ezma­ela od­wró­cił uwagę Ar­rie­go. – Nadal jeden z na­szych ka­no­nów… Może nawet będą wzmac­niać płod­ność gleby do końca tej nie­wy­obra­żal­nie dłu­giej misji… Tego nie wiemy.

Twoje ciało jesz­cze tak szyb­ko nie spo­cznie w psze­nicz­nej ziemi Ka­na­anu… – po­my­ślał z dziw­ną dla sa­me­go sie­bie czu­ło­ścią młody ka­płan. – Jesz­cze nie… Je­steś za bar­dzo nam po­trzeb­ny. Wy­do­brze­jesz.

Arri chciał skoń­czyć roz­mo­wę – za chwi­lę zna­cho­rzy i ko­bie­ty zajmą się  Ezma­elem. Lu­dzie po­spo­li­ci nie mogli po­znać nawet ułam­ka tego, co wie­dzie­li ka­pła­ni. 

– Mu­si­my już za­mknąć Arkę. – Na­stęp­ca Ezma­ela przy­po­mniał sobie o waż­nej czyn­no­ści. Nie cze­ka­jąc na zgodę, umiesz­czał ar­ku­sze pa­pie­ru we wnę­trzu zło­ci­stej skrzy­ni. – W ten wie­czór po­wiedz mi na po­że­gna­nie jesz­cze jedno: skąd wy­ru­szy­li­śmy? Wiesz?

De­li­kat­nie za­trza­snął wieko, a potem wpraw­ny­mi ru­cha­mi dłoni za­czął uru­cha­miać za­bez­pie­cze­nia. Tak jak zwy­kle, moc­nym gło­sem po­wta­rzał ko­lej­ne frazy brzmią­ce­go ni­czym dziw­na mo­dli­twa opisu spo­so­bu po­stę­po­wa­nia przy tej czyn­no­ści.

Jakaś ko­bie­ta uchy­li­ła za­sło­nę i wsa­dzi­ła głowę do środ­ka. Cof­nę­ła ją na­tych­miast, wi­dząc, że Arri od­pra­wia ry­tu­ał.

– Wiem, że miej­sce, skąd po­cho­dzi­my, na­zy­wa­no glo­bem… – Ezma­el wes­tchnął cięż­ko. – Do­czy­tasz wszyst­ko, ty i inni ka­pła­ni… Wiem także, że nasza ko­leb­ka już nie ist­nie­je. Tak mało nadal wiemy… Po­zo­sta­ły nam tylko strzę­py daw­nej hi­sto­rii czło­wie­ka. Po wiel­kiej awa­rii nie miały już chyba zna­cze­nia. Two­rzy­my na nowo nasż ro­do­wód, ge­ne­zę po­wsta­nia czło­wie­ka i jego dzie­je… Z tego, co się za­cho­wa­ło, coś nie­coś wy­ko­rzy­stu­je­my… Two­rzy­my na nowo ludzi i ich hi­sto­rię…

Wstał i prze­szedł kilka kro­ków. Wy­glą­dał teraz tro­chę le­piej, jakby ciem­nie­ją­cy zmierzch przy­wra­cał mu siły.

Wy­so­ki ton mo­sięż­nych trąb prze­szył po­wie­trze. Ob­wiesz­czał porę spo­czyn­ku, choć nie tutaj, w cen­tral­nym na­mio­cie, gdzie praca przy kon­stru­owa­niu lek­ty­ki nadal trwa­ła.

Ezma­el uważ­nie przy­słu­chi­wał się trzy­krot­nie po­wtó­rzo­nym dźwię­kom.

– Po­ju­trze surmy wezwą nas do boju. Na­resz­cie… – Za­tarł dło­nie ge­stem wy­ra­ża­ją­cym za­do­wo­le­nie. – Sztur­mem weź­mie­my pierw­szy gród Ka­na­nej­czy­ków, a potem ko­lej­ne. Pa­mię­taj, Arri, bez li­to­ści, wy­rzy­na­my wszyst­kich w pień. W ten spo­sób roz­wią­zu­je­my pro­blem apro­wi­za­cji – na bar­dzo długo… Jeden z ka­no­nów prze­nie­sie­nia życia do no­we­go Edenu – trze­ba go re­spek­to­wać.

– Tak się sta­nie. – Arri po­ki­wał głową. – Może wiesz, Ezma­elu, czym jest ten Eden?

 – Po­wie­dzia­łem ci już, że dzie­je czło­wie­ka są dłu­gie, ale nie­wie­le z nich  pa­mię­ta­my… – Ar­cy­ka­płan po­gła­dził się się po bro­dzie. – Te słowa sły­sza­łem nie­daw­no… Wy­po­wie­dział je zwy­kły wie­śniak, pro­stak, jed­nak­że od­da­ją isto­tę rze­czy. Nie wiem, czym był Eden – kon­ty­nu­ował Ezma­el nie­spo­dzie­wa­nie sil­nym gło­sem – jed­nak­że wiem jedno: kie­dyś, je­że­li tylko bę­dzie­my po­stę­po­wali mą­drze, na pewno nasi po­tom­ko­wie otwo­rzą drzwi… Osią­gną praw­dzi­wą zie­mię obie­ca­ną, nowy Eden. Wtedy do­wie­dzą się, czym jest.

W gło­sie Ezma­ela za­brzmia­ła nie­za­chwia­na pew­ność sie­bie. 

Nagle ar­cy­ka­płan strze­lił pal­ca­mi, jakby o czymś sobie przy­po­mniał.

– Nie pa­mię­tam, jak ma na imię czło­wiek, który przy­go­to­wał trę­ba­czy. Do­brze się spi­su­ją… Przy­po­mnij mi, Arri.

– Zwą go Jozue. – Ka­płan uśmiech­nął się. – Dziel­ny z niego wo­jow­nik. Za dwa dni po­pro­wa­dzi jeden z na­szych huf­ców sztur­mo­wych. Jozue po­wie­dział, że za­bie­rze ze sobą trę­ba­czy. Dadzą wszyst­kim znak do ataku na mury…

 

26 marca 2015 r. Roger Re­deye

 

Ilu­stra­cja: Gu­sta­ve Doré„Jozue wstrzy­mu­je słoń­ce”

 

Żró­dło ilu­stra­cji:

http://www.szkolnictwo.pl/szukaj,Ksi%C4%99ga­_Jo­zu­ego

Koniec

Komentarze

Przeczytałem z niekłamanym zaciekawieniem. Stopniowo, krok po kroku odsłaniasz tajemnicę świata-statku kosmicznego, gdzie ludzie przez pokolenia podróżują do Edenu. Skojarzyło mi się to z powieścią sprzed lat pt. “Zagubiona przyszłość”. Wątek świata zamkniętego w monstrualnym statku kosmicznym nie jest pierwszy w Twej twórczości. Sposób przechowywania wiedzy jest bardzo podobny jak w mej powieści pt. “Czas utracony”. Jest trochę literówek do poprawy.

Zręcznie łączysz wątki z historii ludzkości z fantastyką. Pozdrawiam.

Motyw, istotnie, szeroko eksploatowany, ale chyba jednak nie wyeksploatowany, skoro można na nim oprzeć tak ciekawe opowiadanie. Bardzo lubię takie teksty. Od czasu, gdy pacholęciem jeszcze będąc, czytałem "Non Stop" Briana Aldissa i opadała mi szczęka. Tutaj może zabrakło mi jakiegoś zaskoczenia na końcu, niespodziewanego tłista. Jak u Aldissa choćby, gdzie okazało się, iż statek – świat donikąd już nie zmierza, tylko od lat krąży sobie po orbicie wokół swego miejsca przeznaczenia. Bo nikt nie wie, co z tak kolosalnie kłopotliwym fantem zrobić. Ale to bardziej moje osobiste życzeniomyślenie, nie wada Twojego tekstu. Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ryszardzie  – dzięki za przeczytanie i komentarz.  Ten motyw kapsuły przemierzaającej kosmos jest dość znany, ale nadal bardzo nośny literacko. Można w niego właściwie włożyć wszystko, jako że świat kapsuły jest wewnętrznym, do wykreowania. Starałem się zrozumieć, jak reagowaliby ludzie, żyjący normalnie, zwykli, na coś, co przerasta ich wyobrażenia. Jak by się zachowywali. Opowiadanie poszło w kierunku wykorzystania motywów  biblijnych, bo rozszerzałem już napisaną miniaturę, a ponadto starałem się wytłumaczyć istnienie saduceuszy, Rady Starszych etc. Sądząc po Twoim komentarzu, udanie.

Z zaasdy lubię dość szczególowo przedstawiąc kreowany świat i tak postąpiłem w przypadku “Drzwi”

Pozdrówka.  

Przypomniała mi się też Twoja – “Czarna wódka”. Pozdr.

Thar­go­ne – dzięki za komentarz. Miło mi, że opowiadanie bardzo się podobało.

Chyba  przy przyjętym przeze mnie założeniu narracyjnym zakończenie nie mogło być inne.  Chciałem do końca wyjaśnic wcześniej  zarysowane wątki.  Raczej nie było już miejsca na zwrot akcji, a nie chciałem popadać w sztampę.

Lubię kreować różne światy. Tak było przy “Bramie – opowieści o Aaronie Wintersie”, Operacji “Koziorożec”, “Czarnej wódce”. “Przeistoczeniu” i jeszcze innych tekstach.

Tak się zastanawiałem, czy nie wprowadzić jednak do tekstu elementu zaskoczenia i powrócić do Abdiela – bo on wcale nie zginął… – ale wtedy musiałbym rozwinąć “Drzwi” w mikropowieść.

Pozdrówka. 

Ależ rozwiń, jak najbardziej! Myślę, że nie tylko ja bym się ucieszył. A propos kontynuacji – istnieje dalszy ciąg "Czarnej wódki"? Zostawileś rzecz ledwie napoczętą…

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ry­szardzie – ale tobie “Czarna wódka” niespecjalnie się podobała…

Z tym opowiadaniem tak jest – podział opinii mniej więcej pół na pół. Niektórym czytelnikom bardzo się podobała opowieść o Harmenie Linkerze i świecie po Przybyszach,  a innym mniej.  “Czarna wódka” miała premierę też w “Histerii” i tam jedna z recenzji czytelniczych – Alycji Rivard – była prawie że  entuzjastyczna, ale na dwóch portalach, gdzie zamieściłem tekst, bardzo podobna: jedni czytelnicy  tak, a inni owak. Byłeś w grupie na owak. 

Normalnie, nie wszystkim tekst musi się podobać. Osobiście jestem z “Czarnej wódki” bardzo zadowolony. 

Pozdrówka. 

Ale to opowiadanie bardzo mi spasowało. Szczególnie podobał mi się sposób na utrzymanie ludzkiej społeczności w dobrej kondycji biologicznej poprzez twarde warunki egzystencji, gdzie osobniki najbardziej wytrzymałe przeżywały i dawały początek następnym pokoleniom.

Thar­go­ne – nie, nie zamierzam rozszerzać “Czarnej wódki”. Nie myślałem o tym. Jeślibym pisał jakąś kontynuację, to wziąłbym się za “Przesłonę”. Napisałem już dwa długie teksty o świecie po Wielkim Zimnie – “Przesłonę” i “Przeistoczenie”. Potrzebny jest trzeci, łączący obie części, bo młody Omar Savigny musi stać się przywódcą wypraw na Południe. Wtedy zabrałbym się za pisanie dalszej części historii Banksa i pozostałych bohaterów. 

Link do “Przeistoczenia” Długi tekst, a podobał się… 

http://esensja.stopklatka.pl/tworczosc/opowiadania/tekst.html?id=19834&stronak=1#c019446 

Pozdrówka. 

Opowiadanie wciągnęło mnie od razu, chyba z uwagi na motywy biblijne, które lubię… i niemalże równie szybko zorientowałem się, że coś jest nie tak. Nawet nie chodziło o użycie słowa “bachanalia”, ale o to, że bohater przeżegnał się – gest chrześcijan w czasach przed zdobyciem Kanaanu był zbyt podejrzany, by przejść wobec niego obojętnie. Od razu pomyślałem o jakimś spisku… nawet pomysł jaki przedstawiłeś przyszedł mi na myśl, bo – tak samo jak thargone – dobrze pamiętam “Non stop”. Tak więc zaskoczenia nie było, ale to w żadnym stopniu nie zmniejszyło mojego zainteresowania. Jak dla mnie to świetny wstęp do historii i czekam na dalszy ciąg – ciekawość, jaką wywołałeś we mnie, domaga się zaspokojenia. 

Ry­szardzie  – chyba myślisz o innym moim tekście, a nie o “Czarnej wódce”…

“Czarną wódkę” skomentowałeś tak : “ Przeczytałem, Rogerze to opowiadanie. Jest trochę literówek i powtórzeń. Moim zdaniem zanadto wikłasz się w nieistotne drobiazgi i osłabiasz przez to i tak mało wyrazistą fabułę. A zakończenie też nie jest zbyt interesujące. Niestety, ja uważam, że jest to jeden z Twoich słabszych utworów. Pozdrawiam. “

Przeczytałem komentarz z uwagą i zastanowiłem się nad nim, bo każdy tekst można dopracować tak, że jest dobrze przyjmowany przez większość czytelników, niezależnie od ich literackich upodobań. Jednakże “Czarna wódka” żyje już własnym życiem i nie miałem zamiaru jej rozszerzać, więc opowiadania już dalej  nie analizowałem. 

Jednakże, jeśli teraz masz już nieco inne zdanie. miło mi.

Pozdrawiam. 

 

Ge­ki­ka­ra = dzięki za przeczytanie i komentarz, sorry za opóźnienie w odpowiedzi.  “Drzwi” opierają się na podobnym pomyśle, jaki wykorzystał Aldiss, ale chyba zasadniczo różnią się od tej książki. Nie idzie tylko o to, że ja wykorzystuję motywy biblijne.  Różnice są chyba znacznie głębsze. 

Wyraz  “bachanalie” został użyty świadomie, co zresztą później wynika z tekstu, bo Abdiel zwraca na niego uwagę. A gest przeżegnania też został bardzo świadomie wprowadzony – chciałem zasygnalizować, że jakaś część historii ludzi już minęła. Już nastąpiła.

Co do kontynuacji – pisałem o tym w innym komentarzu. Może… Teraz piszę tekst do kolejnego numeru “Histerii”, może zostanie przyjęty…

Pozdrówka

Zapoznałem się z powieścią Briana Aldissa pt. “non stop”. Są pewne podobieństwa, ale są i zasadnicze różnice. Pozdrawiam.

Ry­szardzie –  też tak mi się wydaje. Czytałem kiedyś “Non-stop”, i to chyba dwa razy. Sama  osnowa pomysłu generalnie jest podobna, ale świat wykreowany w “Drzwiach” jest zasadniczo odmienny. Zupełnie inne realia, inni ludzie, zupełnie inna wiedza o otaczającej bohaterów rzeczywistości. Przynajmniej część z nich, a na pewno twórca traktatu, sądzi, że są w statku kosmicznym.  Zupełnie inny bieg historii.

Zresztą, taki pomysł wykorzystywał nie tylko Aldiss – i nadal jest bardzo nośnym literacko wehikułem.

Ale, oczywiście, porównanie do Aldissa jest bardzo miłe.

Pozdrówka. 

Zgadzam się, że światy zupełnie odmienne, mimo podobnej ogólnej koncepcji – bez znajomości “Non stop” też możnaby wpaść na taki pomysł. W “Epizodzie z Jezusem” Herberta jest coś podobnego… i na razie nic innego mi nie przychodzi do głowy. W niczym nie umniejsza oryginalności tego opowiadania, z tm chyba wszyscy możemy się zgodzić. 

Cyk, PsychoFishu, przeczytaj, skomentuj!

 

(zostawiam sobie ślad, żeby nie spadło mi z listy :-)  )

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

niewielki szmat drogi

 

http://sjp.pwn.pl/szukaj/szmat.html

 

Roger, to chyba niezamierzony oksymoron. Mnie uderzyła nielogiczność “niewielkiej szmaty drogi” ;-)

 

wtedy tez wrzask i szczęk dobywanego

i pewnie tez wiedzieliśmy,

Może tez wykonują niepojętą dla innych misję

zaczęły tez umierać dzieci

też

 

Nie marnuj nawet ciała zmarłego towarzysza – też użyźni pola. Tego też się uczymy

Wiem, że kwestia dialogowa, ale tak mi się w oczy rzuciło ;-)

 

 

No, z przyjemnością pacnąłem Bibliotekę. Wprawdzie po wprowadzeniu na scenę Ezmaela przeczuwałem nawiązanie biblijne, ale nie umniejsza to przyjemności z czytania tego tekstu. Te znaki, nie wiadomo kiedy, same się “zrobiły”…

 

Motywy arki, zamkniętego, wędrującego przez pokolenia statku, inżynierii – genetycznej i tej tradycyjnej, misji kolonizacyjnej z problemami, regresu cywilizacyjnego w wyniku zachodzących na pokładzie zdarzeń – splotłeś bardzo udanie z ewolucjonizmem i… motywami biblijnymi, zostawiając ładny wybór czytelnikowi: a może tak było? Co więcej, połączyłeś kreacjonistów i darwinistów w jedno plemię, niezłe :-)

 

Przedstawiasz świat z punktu widzenia dwójki bohaterów, opisujesz jego najciekawsze detale, a jednocześnie – może mi się wydaje – pozbyłeś się z tekstu zbędnego baroku. Chętnie poczytałbym o przygodach Abdiela.

 

Bardzo lubię takie dobrze napisane, niegłupie teksty z maleńkim twiścikiem na końcu.

 

 

 

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psychofishu, dzięki za przeczytanie i uwagi edycyjne. Poprawiłem niedoróbki. Wyraz “też” w dwóch zdaniach wyleciał, bo był niepotrzebny, a w innym zdaniu zmieniłem go na “także”. “Niewielki szmat drogi” został zastąpiony zwrotem “ledwie paręnaście mil”, co znowu sygnalizuje, że świat kapsuły był naprawdę wielki.

Miło, że opowiadanie się podobało, może nawet bardzo.

Pozdrówka. 

PS. Jakbyś miał chwilę czasu, może zerknij na Operację “Koziorożec”. Uprzedzam jednak, że to bardzo długi tekst.

Link:http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/12757

Rogerze

Wyliczę Ci powieści polskich autorów science fiction, gdzie występuje motyw kosmicznej Arki:

– Stanisław Lem – “Powrót z gwiazd”

– Krzysztof Boruń i Andrzej trepka – “Zagubiona przyszłość”

– Adam Wiśniewski – “Robot”.

Jestem bardzo ciekaw, która z tych powieści jest Ci znana. Pozdrowienia.

Ry­szardzie – czytałem pierwszą i trzecią. “Powrót z gwiazd”, jeśli dobrze kojarzę, nie za bardzo jest związany ze światem kapsuły kosmicznej. W sumie jest raczej powieścią psychologiczną – co jest zresztą  siłą tej książki – wykorzystującą fantastykę i s-f.

Pozdrówka.

Aha, zapomniałem o “Paradyzji”.Pozdr.

Ciekawa powieść. Najbardziej lubię “Człowieka z Wysokiego Zamku” i “Rok 1984”. 

Teraz zastanawiam się, czy redakcja “Histerii” przyjmie opowiadanie do majowego numeru, już siódmego.  Napisałem opowiadanie szybko, a właściwie na chybcika, tyle, że wyszło raczej opowiadanie fantasy z silnymi elementami grozy, a nie klasyczny horror. A “Histeria” jest magazynem grozy. 

Niebawem się przekonam, bo redakcja zbiera teksty do końca kwietnia.  

Pozdrówka. 

Też czytałam na innym portalu :)

Przemawia do wyobraźni i pozostawia pozytywne wrażenia. Jest tajemnica i kasta “wiedzących”, sprawujących władzę, trzymających w szachu ciemne masy maluczkich. Jedyne czego mi brakowało – to wyraźniej zarysowanej, żywszej akcji. Ale i tak czytało się nieźle.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Ma­rian­no  – dzięki za przeczytanie i komentarz.  Cóż, przy pierwszej wersji “Drzwi” trzymał mnie limit znaków. Na  “Szortalu” wynosi pięć tysięcy znaków. Przy wersji dla “Histerii” – limit stron i znaków, też nieduży. Tobie w wersji rozszerzonej “Drzwi” trochę brakowało akcji, a innym czytelnikom na tym portalu i na “Herbatce…” absolutnie nie… To chyba , tak  po prostu, jest określony gust czytelniczy.

Miło, że tekst się podobał i znalazł uznanie.  Dość dawno  temu go opublikowałem…

Pozdrówka. 

“Drzwi” ukazały się w e-zinie. Dokładnie – w czerwcowym wydaniu “Herbasencji” Trochę szkoda, że bez pięknej grafiki Gustave Doré.

Ale i tak, jak, jak zwykle, “Herbasencji” bardzo ładnie wydana. 

Link: http://www.herbatkauheleny.pl/news.php?readmore=276

Pozdrówka. 

Ciekawa tematyka – degeneracja wiedzy naukowej w zamkniętym stosunkowo niewielkim obiekcie – nienowa na portalu, ale jeszcze nie wyeksploatowana. Zgrabne nawiązania do motywów biblijnych.

Zgrzytał mi ten upał panujący w kapsule – po co marnować energię na szkodliwy żar? Zastanawiałam się nad awarią reaktora, ale wtedy pewnie nie skończyłoby się na ciepełku…

Babska logika rządzi!

Jasne, że mógł to być wybuch reaktora. Minireaktora… Innego, nieznanego nam obecnie źródła energii. Skutki rzeczywiście mogły być bardzo poważne. Bardzo prawdopodobne, że efektem tego zdarzenia było powstanie Skażonych Ziem…  A później do tego zdarzenia – i jego efektów – dorobiono ideologię. Albo religię.

Nawet Ezmael nie wie, jak wielka jest kapsuła. W sumie cele Ezmaela są bardzo proste – zapewnić grupie ludzi stałe źródło pożywienia  i zachować wiedzę o istocie kapsuły i celu misji. Kiedyś się ją wyjawi, ale kiedy, Ezmael też tego nie wie. Ezmael też nie wie, co jest za ziemią, będącą celem ekspansji jego plemienia. Nie wie, jak wieka jest kapsuła.

Dzięki za komentarz. 

Nowa Fantastyka