- Opowiadanie: MaruKito - Istoty Bez Twarzy

Istoty Bez Twarzy

Już mia­łam re­zy­gno­wać, ale jed­nak – udało się! Finis co­ro­nat opus!

 

Dzię­ku­ję jed­nej oso­bie, która nie po­zwa­la­ła przez ostat­nie 2 dni mi za­snąć oraz zbe­to­wa­ła po­niż­sze opko :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Istoty Bez Twarzy

Z Bramy Czter­dzie­stej Trze­ciej wy­szedł wy­so­ki, acz wątły chło­pak. Można było się dzi­wić, dla­cze­go poza mury Eld-Ha­in kto­kol­wiek wy­cho­dzi, gdy parę staj stąd toczy się cią­gły bój o prze­trwa­nie ludz­ko­ści. Zwłasz­cza jeśli ta osoba ma na sobie le­d­wie płó­cien­ne spodnie, wąt­pli­wej wy­trzy­ma­ło­ści san­da­ły, ma­cze­tę i młot.

Jed­nak po tej stro­nie za bra­ma­mi ostoi było względ­nie bez­piecz­nie. Linia fron­tu była na za­chód od murów, zaś on wy­szedł przez jedno ze wschod­nich przejść. Nie­da­le­ko jego wyj­ścia była inna brama – Pierw­sza Ko­le­jo­wa. To stąd i dotąd były trans­por­to­wa­ne su­row­ce z in­nych ostoi – a do­kład­niej jed­nej, Ashe­en. Linia ko­le­jo­wa do Trze­ciej Ostoi była jedną po­ło­wy oca­la­łych – głów­nie ze wzglę­du na jej po­ło­że­nie. Druga po­ło­wa mie­ści­ła się na za­chód od Eld-Ha­in, na dro­dze in­wa­zji De­mo­nów.

Z za­wie­szo­ną ma­cze­tą u pasa Ti­mo­the­ery ru­szył ku torom. Ta­kich jak on – mło­do­cia­nych zło­dzie­jasz­ków, bun­tow­ni­ków, he­re­ty­ków, któ­rzy nie nada­wa­li się na wo­jacz­kę we­dług „stan­dar­dów” – wy­sy­ła­no na pa­tro­le i kon­ser­wa­cję torów, wie­ży­czek ob­ser­wa­cyj­nych i in­nych. Oczy­wi­ście czę­sto „wy­słan­ni­cy” już nie wra­ca­li do ostoi. Ma­cze­ta u ich boku le­d­wie co mogła po­słu­żyć do od­ci­na­nia chasz­czy, a co do­pie­ro do za­bi­cia ja­kiejś zmu­to­wa­nej isto­ty, nie mó­wiąc już o sa­mot­nych jed­nost­kach De­mo­nów. Oni mieli ginąć. Słabe jed­nost­ki trze­ba było wybić. Nawet w ob­li­czu nad­cho­dzą­cej za­gła­dy. A jeśli prze­ży­li – cóż, mają szan­sę zo­stać re­kru­ta­mi, któ­rzy zwy­kle sta­wa­li się mię­sem ar­mat­nim.

Gdy do­tarł do linii ko­le­jo­wej, po­wo­li za­czął iść wzdłuż torów, przy­glą­da­jąc się, czy któ­raś śruba nie jest ob­lu­zo­wa­na, szyna pęk­nię­ta lub nie leży na torze żadna inna prze­szko­da. Ro­bi­li to za­wsze przed świ­tem i po zmierz­chu – czyli przed pierw­szym i po ostat­nim kur­sie po­cią­gu. Na razie „prze­żył” ty­dzień, więc nie było źle. Zresz­tą, De­mo­ny teraz sku­pia­ły się na linii fron­tu, rzad­ko który prze­bi­jał się na wschod­nią stro­nę ostoi.

Po go­dzi­nie spraw­dza­nia i oka­zjo­nal­ne­go wbi­ja­nia mło­tem luź­nych śrub do­tarł do pierw­sze­go po­ste­run­ku ko­le­jo­we­go na tej linii. Dalej nie mu­siał iść – to robił już inny „wy­sła­niec” z po­ste­run­ku. Wsko­czył na jedną z szyn i ba­lan­su­jąc za­czął kro­czyć po­wo­li w stro­nę Eld-Ha­in. Lubił takie chwi­le – z dala od zgieł­ku mia­sta, cią­głych syren, cho­wa­nia się po schro­nach, bie­ga­nia mię­dzy ko­sza­ra­mi po wy­sył­ki. Przy­sta­nął, po­zwa­la­jąc pu­styn­ne­mu wia­tro­wi roz­wiać jego tro­chę przy­dłu­gie, czar­ne włosy. Mimo że pust­ko­wia wokół nie po­zwa­la­ły na eg­zy­sten­cję – je­dy­nie więk­sze, zmu­to­wa­ne stwo­rze­nia czy drob­ne, ale nie­bez­piecz­ne ży­jąt­ka mogły prze­trwać – czuł się tu bez­piecz­niej.

Już miał – po chwi­li przy­jem­no­ści na nie­bez­piecz­nym te­re­nie – zro­bić krok w stro­nę mia­sta, gdy usły­szał za sobą dziw­ny dźwięk. Jakby ostra stal chro­bo­ta­ła o me­ta­lo­wą szynę. A może parę… pa­rę­na­ście ostrzy? Wokół roz­niósł się mie­sza­ny za­pach świe­żej krwi i zgni­łe­go mięsa. Od­wró­cił się, z prze­ra­że­niem – ledwo zmu­sił się, by dobyć pro­wi­zo­rycz­nej, tępej ma­cze­ty. Spoj­rzał na isto­tę za nim, na jej ostre zęby, jej nie­na­tu­ral­ne koń­czy­ny, na brak…

Dziki, nie­ludz­ki krzyk roz­niósł się echem po oko­li­cy.

 

***

 

Loch’akhr-Ürhhz-Oni rzu­cił ze zło­ścią swoją ko­ścia­ną ma­czu­gą o zie­mię. Trzon broni – zwień­czo­ny ostrym ro­giem – z ła­two­ścią spę­kał stward­nia­ły grunt, wbi­ja­jąc się w nią na dłu­gość ra­mie­nia. Był zły, wście­kły. Szturm na Mia­sto Krysz­ta­łów po­wi­nien dawno się skoń­czyć – i zresz­tą byli tego bar­dzo bli­scy – jed­nak­że coś nad­cią­ga­ło. Höndy jego od­dzia­łu, które uda­wa­ły się na bar­dziej od­le­głe te­re­ny w celu wy­eli­mi­no­wa­nia po­je­dyn­czych grup ludzi – czę­sto pod osło­ną nocy – nie­rzad­ko wra­ca­ły prze­trze­bio­ne. Cza­sem bra­ko­wa­ło jed­ne­go czy dwóch, cza­sem zaś – po­wra­ca­ła tylko jedna jed­nost­ka. Wie­dział je­dy­nie, że oca­la­łe coś wi­dzia­ły. I to nie byli ci słabi lu­dzie.

Mu­siał coś zro­bić – nie tylko dla­te­go, że był Pierw­szym Karhzzügh – Do­wód­cą – Szó­ste­go Vhar’rzar­khal Brüt, Bo­jo­we­go Od­dzia­łu Brute. Oczy­wi­ście, są sil­niej­si niż lu­dzie, ale nagłe znik­nię­cia oga­rów gro­zi­ło czymś wię­cej. Dziś to były Ho­un­dy – jutro może oni sami. A oni muszą prze­żyć. Muszą pod­bić tych ludzi. Zdo­być krysz­ta­ły.

Po zmierz­chu opu­ścił ko­sza­ry i udał się wraz z oga­ra­mi w stro­nę prze­ciw­ną od Mia­sta. Szedł szyb­kim, moc­nym kro­kiem, ra­ci­ca­mi ryjąc głę­bo­ko zie­mię. Po­sta­no­wił trzy­mać się względ­nie da­le­ko od dwóch Ho­un­dów, które bie­gły przo­dem, pa­rę­set kro­ków od Loch’akhra.

Czy to był wiatr, czy jakaś po­mniej­sza, nie­groź­na isto­ta – Demon z wy­cią­gnię­tą w go­to­wo­ści bro­nią od­wró­cił się nagle, z nie­ludz­ką szyb­ko­ścią, by swoim wzro­kiem nie na­po­tkać ni­ko­go. Szyb­ko obej­rzał się w każdą stro­nę i już miał się z po­wro­tem od­wró­cić i ru­szyć dalej, gdy nagle usły­szał pisk, war­cze­nie… od­głos walki.

W mroku do­strzegł dziw­ną syl­wet­kę. Ktoś z ludzi? Nie – na czło­wie­ka była zbyt… wy­na­tu­rzo­na. Mógł to być co praw­da jakiś pan­cerz – ale nawet jeśli, to czy jedna osoba z ła­two­ścią spra­wi­ła­by, że teraz ogar leżał nie­ru­cho­mo na ziemi…?

Chcąc wy­ko­rzy­stać mo­ment, kiedy to coś zaj­mie się tru­chłem, za­czął przy­bli­żać się w ich stro­nę. W jego gło­wie brzmia­ła tylko jedna myśl – zabić, zabić, zabić. Im sil­niej­szy prze­ciw­nik, tym więk­sze pra­gnie­nie. Jego ży­wioł. Zabić, zabić, zabić!

… Za­trzy­mał się.

 

Czuł na sobie wzrok tej isto­ty.

 

Wzrok? To coś nie miało oczu. A jed­nak go świ­dro­wa­ło… nie wzro­kiem, może swoją świa­do­mo­ścią? My­śla­mi? Coś „spoj­rza­ło się” w jego stro­nę.

Isto­ta była względ­nie drob­na – wiel­ko­ści prze­cięt­ne­go czło­wie­ka. Jej bio­lo­gicz­ne ciało sta­no­wi­ła je­dy­nie tkan­ka mię­śnio­wa po­kry­ta cien­ką skórą, jeśli nie jakąś błoną. Jak świe­żo ufor­mo­wa­ne ciało lub ob­dar­te ze skóry. Takie ciało, które można z ła­two­ścią znisz­czyć… ale nie to. Czasz­ka po­kry­ta czymś na kształt sta­lo­wej sko­ru­py, z bar­ków wy­sta­ją­ce me­cha­nicz­ne ra­mio­na jak od­nó­ża mo­dli­szek, ze śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ny­mi „zę­ba­mi”. Resz­ta rąk i nóg – a może łap, bo­wiem ten osob­nik po­ru­szał się jak zwierz – po­sia­da­ła ostre szpo­ny, znowu z me­ta­lo­po­dob­ne­go ma­te­ria­łu. A sam szkie­let, wy­cho­dzą­cy ponad war­stwę mię­śnio­wą i sta­no­wią­cy jed­no­cze­śnie mocny pan­cerz, przy­po­mi­nał ra­czej ro­bo­ta, ma­szy­nę do za­bi­ja­nia ani­że­li coś ży­we­go. To nie było nor­mal­ne. Tego nawet nie można było na­zwać zwie­rzę­ciem.

Loch’akhr z dziką pręd­ko­ścią ru­szył na prze­ciw­ni­ka. Stwór sko­czył – a sko­czył na wy­so­kość paru łokci, wy­ko­rzy­stu­jąc do­sko­na­le roz­wi­nię­te i wzmoc­nio­ne moc­nym szkie­le­tem tylne koń­czy­ny – i wy­lą­do­wał na pier­si De­mo­na, wbi­ja­jąc szpo­ny w ko­ścia­ny pan­cerz. W pan­cerz, który po­wi­nien wy­trzy­mać wszel­kie stwo­rze­nia – i który wy­trzy­my­wał. Na na­pier­śni­ku po­ja­wi­ły się głę­bo­kie rysy, wy­ry­te za­le­d­wie na ćwierć cala od na­giej skóry. Isto­ta była o po­ło­wę mniej­sza niż Demon, a jed­nak napór był tak silny, że Loch’akhr, pró­bu­jąc utrzy­mać rów­no­wa­gę, za­parł się i prze­rył ra­ci­ca­mi parę kro­ków do tyłu.

Stwór kłap­nął sze­re­giem ostrych, sta­lo­wych zębów tuż przed twa­rzą De­mo­na. On sam, po otrzą­śnię­ciu się z pierw­sze­go szoku – bo jak to moż­li­we, że ja­ka­kol­wiek isto­ta, w do­dat­ku taka drob­na, jest sil­niej­sza niż jeden z Do­wód­ców? – swoją ko­ścia­ną ma­czu­gą pró­bo­wał zrzu­cić tę dziw­ną isto­tę od sie­bie. Długi trzon wsa­dził w roz­war­tą pasz­czę i bru­tal­nie ode­pchnął to coś od swo­jej pier­si. Bio­me­cha­nicz­ne stwo­rze­nie od­sko­czy­ło z im­pe­tem. Jego ko­lej­ną szar­żę na Karhzzügha Demon prze­rwał po­tęż­nym ude­rze­niem swo­jej ma­czu­gi. Gło­wi­ca broni, u Loch’akhra zro­bio­na z trzech wiel­kich, ro­ga­tych cza­szek Ökii­darrh, tra­fi­ła nie­na­tu­ral­ny twór w żebra. Dwa rogi z czach prze­bi­ły mię­śnie klat­ki, od­sła­nia­jąc wnę­trze. We­wnątrz jego pier­si Pierw­szy Do­wód­ca do­strzegł nie­bie­ską po­świa­tę. Szyb­kim ru­chem cof­nął broń i po­now­nie za­mach­nął się, tym razem tra­fia­jąc prze­ciw­ni­ka w szczę­kę. Siła ude­rze­nia od­rzu­ci­ła stwo­ra na pa­rę­na­ście kro­ków. Demon pod­biegł, zanim ten zdo­łał sta­nąć na me­cha­nicz­nych ra­mio­nach, i z całej siły zmiaż­dżył kor­pus stwo­rze­nia.

 

Loch’akhr oparł się cięż­ko na ma­czu­dze. Ko­py­tem kop­nął tru­chło bio­me­cha­nicz­nej isto­ty. Mię­dzy me­ta­lo­wy­mi że­bra­mi leżał roz­trza­ska­ny krysz­tał. Za­klął cięż­ko pod nosem w swoim ję­zy­ku. Trze­ba bę­dzie zro­bić ra­port dla tych wyżej. I za­cią­gnąć to coś do ko­szar. Za­pew­ne ktoś z Technïkhar – pod­ka­sty Prïm – się tym za­in­te­re­su­je. Nie­na­wi­dził ich, zresz­tą jak wszy­scy w Brüt.

Rzu­cił okiem na le­żą­ce­go Ho­un­da. Pra­wie by za­po­mniał, że z ko­szar Szó­ste­go Vhar’rzar­khal wziął dwa ogary, a nie jed­ne­go. Gdzie jest drugi?

Usły­szał gło­śne stą­pa­nie. Piach pust­ko­wia zgrzy­tał o coś za jego ple­ca­mi. Bez pa­trze­nia, po­le­ga­jąc tylko na słu­chu, za­czął ata­ko­wać no­we­go prze­ciw­ni­ka. W ciągu se­kun­dy uniósł obuch, szyb­kim ru­chem za­krę­cił się do tyłu, już miał przy­stą­pić do szyb­kiej szar­ży, już ko­ścia­na gło­wi­ca jego broni miała na­po­tkać wroga, ju…

Po­czuł nagłe, bo­le­sne rwa­nie w boku, pęd po­wie­trza, bez­wład­ność ciel­ska, suchy piach na twa­rzy, znowu ból, kłu­cie, szar­pa­nie, zry­wa­ny pan­cerz, zimno stali na pra­wym przed­ra­mie­niu, szarp­nię­cie, me­ta­licz­ny za­pach krwi, świe­że mięso, ból, ryk… Jego ryk. Spró­bo­wał prze­to­czyć się, z dala od cze­goś, co go za­ata­ko­wa­ło, dobyć ma­czu­gi, która wy­le­cia­ła mu z łap, gdy padał na zie­mię, ra­ci­cą odbić się prze­ciw­ni­ka – ale mógł le­d­wie ru­szyć pal­ca­mi za­koń­czo­ny­mi ostry­mi pa­zu­ra­mi. Zresz­tą prze­wró­ce­nie się na plecy by­ło­by i tak trud­ne – utrud­nia­ły­by to po­tęż­ne na­ra­mien­ni­ki z ökii­dar­rh­skich cza­szek, z dłu­gi­mi, po­je­dyn­czy­mi ro­ga­mi wy­wi­nię­ty­mi do tyłu. Z tru­dem prze­krę­cił głowę, w górę, w kie­run­ku…

… w kie­run­ku ko­lej­nej isto­ty bez twa­rzy. Tym razem więk­szej, po­tęż­niej­szej, ohyd­niej­szej. Więk­szej od sa­me­go Loch’akhra o ponad głowę – a był dosyć wy­so­kim Do­wód­cą. Z za­ci­śnię­ty­mi zę­ba­mi spró­bo­wał szarp­nąć po­now­nie, wy­rwać się z uści­sku – na próż­no. Po­tęż­ne szpo­ny mon­strum przy­gważ­dża­ły go do ziemi, ra­niąc bo­le­śnie ramię i bok. Ko­ścia­ny pan­cerz w po­ło­wie był ze­rwa­ny, a w po­ło­wie prze­bi­ty przez ostre że­la­stwo. Z wście­kło­ścią, zmie­sza­ną z nie­spo­ty­ka­ną u niego – i chyba z rzad­ka u ja­kie­go­kol­wiek z Brute’ów – bez­rad­no­ścią, spoj­rzał na wię­żą­ce­go go stwo­ra. Był inny niż po­przed­ni. Ten nie po­ru­szał się na czte­rech ła­pach – a ra­czej sze­ściu – jedną nogą przy­trzy­my­wał teraz De­mo­na, zaś lewą, dłuż­szą pół­me­cha­nicz­ną łapę miał ubru­dzo­ną krwią – to nią naj­praw­do­po­dob­niej z wiel­ką siłą zwa­lił Loch’akhra z nóg. Był zło­żo­ny, jak jego za­pew­ne współ­bra­ty­miec – i z bio­lo­gicz­nej tkan­ki, i z me­cha­nicz­nych czę­ści – jed­nak tutaj ro­bi­ło to o wiele więk­sze i prze­ra­ża­ją­ce wra­że­nie. Wy­da­wa­ło się, że był wyżej w kla­sie i ewo­lu­cji od po­przed­ni­ka – jakby tam­ten był le­d­wie szcze­nia­kiem, a ten po­tęż­nym wo­jow­ni­kiem, sam­cem alfą. Czasz­ka po­kry­ta była także sta­lo­wą sko­ru­pą, jed­nak była ona grub­sza, a po jed­nej stro­nie miała ostry, sta­lo­wy róg. Plecy na­je­żo­ne były dwoma rzę­da­mi ostrych szpi­kul­ców. Ten osob­nik nie miał me­cha­nicz­nych, do­dat­ko­wych od­nó­ży – wy­star­cza­ły mu czte­ry przed­nie łapy, z czego dwie górne bar­dziej zme­cha­ni­zo­wa­ne, z wiel­ki­mi pa­zu­ra­mi i swo­isty­mi „kar­wa­sza­mi”, chro­nią­cy­mi wy­sta­ją­cą tkan­kę mię­śnio­wą, do­dat­ko­wo wy­po­sa­żo­ne w dłu­gie ostrza, które jako je­dy­ne były ko­ścia­ne. Wzdłuż obu ra­mion wiły się kable, pneu­ma­tycz­ne prze­wo­dy, sprzę­ga­ją­ce zbroj­ne przed­ra­mio­na z kor­pu­sem – a nie­któ­re także ze szpi­kul­ca­mi na ple­cach isto­ty. Dru­gie, usy­tu­owa­ne niżej koń­czy­ny, były prost­sze – sta­lo­wy szkie­let nie wy­sta­wał poza war­stwę mię­śnio­wą, nie li­cząc sa­mych łap, które były także uzbro­jo­ne w dłu­gie – acz krót­sze od po­przed­nich – szpo­ny. Nogi miał  już w pełni opan­ce­rzo­ne, tylko gdzie­nie­gdzie przez luki w gru­bej war­stwie stali prze­bi­ja­ła się skóra czy ścię­gna. Pa­zu­ry przy tyl­nich ła­pach były po­tęż­niej­sze, śred­ni­cą po­rów­ny­wal­ne do de­mo­nich rogów. Można było do­strzec, że koń­czy­ny te były przy­sto­so­wa­ne nie tylko do tego, by jak naj­wię­cej wy­trzy­ma­ły, ale też do wy­ko­ny­wa­nia po­tęż­nych sko­ków i szyb­kich, zwin­nych ma­new­rów – o czym świad­czy­ły me­cha­nicz­ne stawy sko­ko­we, ko­la­no­we i bio­dro­we, po­dob­ne do tych z ludz­kich eg­zosz­kie­le­tów, jed­nak o wiele moc­niej­sze, skom­pli­ko­wa­ne i zbu­do­wa­ne z tward­sze­go bu­dul­ca.

 

Bio­me­cha­nicz­ne stwo­rze­nie roz­war­ło szcze­rzej pasz­czę na­je­żo­ną dzie­siąt­ka­mi ostrych me­ta­lo­wych zębów i po­chy­li­ło się nad Loch’akh­rem, nie wy­da­jąc przy tym żad­ne­go dźwię­ku. Za ple­ca­mi isto­ty, w mroku nocy, za­bły­snął sze­reg sta­lo­wych pan­ce­rzy, szkie­le­tów, kłów. Le­żą­cy Demon zdą­żył je­dy­nie zmarsz­czyć brwi i wark­nąć z wście­kło­ścią, gdy stwór szyb­kim ru­chem dźgnął Do­wód­cę ko­ścia­nym ostrzem z pra­we­go ra­mie­nia – pro­sto w tcha­wi­cę. Ciem­no­czer­wo­na krew try­snę­ła na pu­styn­ny piach. Isto­ta bez twa­rzy przy­stą­pi­ła do uczty.

 

***

 

– Do tej pory nie wró­cił, Panie.

– Hmm… nie na­le­ży chyba się dzi­wić, nie jest to w końcu… rzad­kie. Co z pa­tro­lem?

– Lada chwi­la po­win­ni być, Panie.

– Do­brze – od­parł za­chryp­nię­ty głos. – Idź znajdź ja­kie­goś mło­ko­sa na jego miej­sce, nie mo­że­my po­zwo­lić na ja­kie­kol­wiek braki.

– Tak jest, Panie! – od­po­wie­dział mło­dzie­niec. Pe­ther był wy­so­kim, cał­kiem przy­stoj­nym, mło­dym męż­czy­zną. Jako go­niec był dosyć wy­so­ko po­sta­wio­ny, o czym świad­czy­ło mię­dzy in­ny­mi jego ubra­nie, w ko­lo­rze głę­bo­kie­go gra­na­tu, prze­szy­te bia­ły­mi nićmi. Za­sa­lu­to­wał, ude­rza­jąc ob­ca­sa­mi wy­so­kich, czar­nych butów, i wy­szedł z po­miesz­cze­nia mia­ro­wym kro­kiem.

Na­czel­nik Mar­hon­nius zo­stał w po­ko­ju sam. Nie­znacz­nie po­ru­szył swoją pra­wi­cą, się­ga­jąc nią po kie­lich, z któ­re­go upił głę­bo­ki łyk, po czym prze­cią­gle wes­tchnął. Znik­nię­cie Ti­mo­the­ery’ego nie było ni­czym nad­zwy­czaj­nym – przed nim wielu zgi­nę­ło, tak samo jak i wielu zgi­nie po nim. Cza­sa­mi de­li­kwen­ci wy­sy­ła­ni w ce­lach kon­ser­wa­cyj­nych sami ucie­ka­li – nie wia­do­mo wła­ści­wie, czy z chęci uciecz­ki z ostoi, czy z sza­leń­stwa – a potem słuch o nich ginął. Cza­sa­mi pa­trol znaj­do­wał ich wy­su­szo­ne szcząt­ki, nad­żar­te przez pust­ko­we stwo­rze­nia.

Przez dłuż­szy czas sie­dział w nie­zmien­nej po­zy­cji na bo­ga­to zdo­bio­nym krze­śle przy oknie. Nie drgnął nawet wtedy, gdy drzwi po­ko­ju Na­czel­ni­ka otwo­rzy­ły się z im­pe­tem, a do środ­ka we­szło bez par­do­nu trzech żoł­nie­rzy.

– Panie…! – za­czął jeden, lecz prze­rwał, gdy tylko star­szy czło­wiek po­wo­li od­wró­cił głowę w jego stro­nę.

– Mam na­dzie­ję, że macie dobry powód, by za­kłó­cać mój spo­kój – za­czął Mar­hon­nius. Prze­je­chał dło­nią po krót­kiej, sza­rej bro­dzie. – Mów­cie.

Żoł­nie­rze ner­wo­wo spoj­rze­li na sie­bie. Cho­ciaż byli wcale nie tak nisko po­sta­wie­ni, to przed Na­czel­ni­ka­mi nawet Świę­ci Ry­ce­rze za­cho­wy­wa­li się nie­swo­jo. To oni od­po­wia­da­li za po­szcze­gól­ne czę­ści mia­sta czy kon­kret­ne dzia­ła­nia. Mar­hon­nius, Trze­ci Na­czel­nik do spraw Obro­ny Mniej­szej, był jed­nym z bar­dziej wpły­wo­wych Ka­pła­nów w Eld-Ha­in. To on od­po­wia­dał mię­dzy in­ny­mi za pa­tro­le poza mu­ra­mi mia­sta.

Pierw­szy żoł­dak wy­stą­pił przed dwóch po­zo­sta­łych. Pod­szedł w stro­nę Ka­pła­na, za­trzy­mu­jąc się parę kro­ków od niego. Na ziemi po­ło­żył nie­wiel­ki worek i po­spiesz­nie roz­wią­zał sznur, uka­zu­jąc wnę­trze sakwy.

Mar­hon­nius uniósł brew. Kości nie były nie­co­dzien­nym wi­do­kiem. Ale…

– Ti­mo­the­ery?

– Tak, Panie. Tylko to zna­leź­li­śmy.

Na­czel­nik po­wol­nie wstał, pod­szedł do żoł­nie­rza i przy­kuc­nął przy otwar­tym worku. Na gru­bym płót­nie le­ża­ły szma­ty – które za­pew­ne wcze­śniej było ubra­niem chło­pa­ka – i po­ła­ma­ne, wy­su­szo­ne kości, z wy­ssa­nym z nich szpi­kiem.

– Na­rzę­dzia?

– Nie było nic.

– Ja­kie­kol­wiek ślady?

– Pia­sek roz­wiał wiatr, choć można do­strzec ślady du­żych pa­zu­rów. Za to szyny… to coś mu­sia­ło mieć chyba sta­lo­we szpo­ny, ina­czej nie ma moż­li­wo­ści, żeby tak…

Sta­rzec mruk­nął coś pod nosem. – Odejść. – Woj­sko­wi po­słusz­nie za­sa­lu­to­wa­li i wy­szli z po­ko­ju, wy­mie­nia­jąc mię­dzy sobą nie­spo­koj­ne spoj­rze­nia.

Na­czel­nik wstał i z po­wro­tem pod­szedł do okna, tym razem jed­nak nie spo­czy­wa­jąc na krze­śle. Spoj­rzał na widok za szybą. Znaj­do­wał się na dwu­na­stym pię­trze Wschod­niej Wieży – miał więc do­sko­na­ły widok na sy­tu­ację w tej czę­ści ostoi, a także na część pust­ko­wia za mu­ra­mi. Na ho­ry­zon­cie uno­si­ły się kłęby dymu z pa­ro­wo­zu po­cią­gu ja­dą­ce­go w stro­nę Ashe­en.

To był pierw­szy – przy­naj­mniej mu znany – taki przy­pa­dek w Eld-Ha­in. Rzu­cił jesz­cze kątem oka na za­war­tość worka. Co mu­sia­ło się stać, że z Ti­mo­the­ery’ego zo­sta­ło tylko to? Wsze­la­kie pu­styn­ne stwo­rze­nia nie po­że­ra­ły wszyst­kie­go, nie oczysz­cza­ły kości do cna, nie za­bie­ra­ły broni. Wes­tchnął cięż­ko. Od­szedł od okna i spa­ko­wał szcząt­ki mło­dzień­ca z po­wro­tem do worka. Trze­ba bę­dzie po­roz­ma­wiać z Wyż­szy­mi Ka­pła­na­mi. – Je­dy­ny, miej nas w opie­ce – wy­szep­tał do sie­bie i po­spiesz­nie wy­szedł z po­ko­ju, prze­rzu­ca­jąc sakwę przez ramię.

 

***

 

Tego dnia w ko­sza­rach Rökhur Vhar’rzar­khal Brüt nie było spo­koj­nie. De­mo­nicz­ni wo­jow­ni­cy wy­szli na ze­wnątrz pro­wi­zo­rycz­nych ba­ra­ków na głów­ny plac, prze­krzy­ku­jąc się na­wza­jem. Takie po­ru­sze­nie mogło spo­wo­do­wać tylko śmierć Ichïzze Karhzzügha.

Karhzzügh nie umie­ra ot tak. Jeśli już, to tylko na polu bitwy. Nigdy ze sta­ro­ści, nigdy z za­sadz­ki. Gdy czuje, że zbli­ża się jego czas, idzie na Brüghal-De­er – Ostat­nie Po­lo­wa­nie. Karhzzügh musi umrzeć z ho­no­rem.

Szcząt­ki Pierw­sze­go Do­wód­cy Szó­ste­go Bo­jo­we­go Od­dzia­łu Brute, Loch’akh­ra-Ürhhz-Oni, zo­sta­ły zna­le­zio­ne pół­to­rej stai od ko­szar. Nie­wie­le zo­sta­ło z dum­ne­go, wa­lecz­ne­go wo­jow­ni­ka Brute. Po­ła­ma­ne kości, do­kład­nie oczysz­czo­ne, bez szpi­ku. Znik­nę­ło ciało, znik­nę­ła broń. Pa­rę­na­ście i pa­rę­dzie­siąt kro­ków dalej taki sam los spo­tkał dwa Höndy. Je­dy­ny­mi śla­da­mi, które świad­czy­ły o ja­kiej­kol­wiek walce, były plamy krwi na su­chym pia­sku. Dużej ilo­ści krwi. I ślady szpo­nów wiel­ko­ści ökii­dar­rh­skiej czasz­ki.

Tłum Brute’ów za­czął się roz­stę­po­wać od stro­ny po­łu­dnio­wej, by zro­bić przej­ście nad­cho­dzą­cym przy­by­szom. Na śro­dek placu wy­szło paru przed­sta­wi­cie­li kasty Prime, za nimi zaś po­dą­ży­ła lek­ty­ka z tro­nem nie­sio­na przez Ho­un­dy. Na niej za­sia­da­ła młoda ko­bie­ta – pięk­na, o por­ce­la­no­wej skó­rze i dłu­gich, ciem­no­brą­zo­wych wło­sach, ubra­na w długą, lecz mocno eks­po­nu­ją­cą jej wdzię­ki – ra­mio­na, pier­si i dłu­gie nogi – suk­nię. Nie zsia­da­jąc z sie­dzi­ska, Ish spoj­rza­ła z wyż­szo­ścią na ze­bra­nych Brüt.

– Mó­wi­li­śmy, że siła to nie wszyst­ko! –  De­mo­ny Prïm po kolei za­czę­ły wołać do­no­śnie ku ze­bra­nym.

– Trze­ba było się słu­chać Öki-Ish-zügh!

– Taki los spo­ty­ka tych, któ­rzy nie wy­peł­nia­ją jej woli!

– Za­słu­ży­li…

– Cisza.

Ostat­nie słowa wy­po­wie­dzia­ne zo­sta­ły pra­wie bez­gło­śnie, jed­nak – po­mi­mo pa­nu­ją­ce­go roz­gar­dia­szu – wszy­scy uci­chli. Wzrok zgro­ma­dzo­nych na placu po­dą­żył w kie­run­ku sie­dzą­cej Ish.

Przed lek­ty­kę wstą­pił po­tęż­ny Brute, w pan­ce­rzu z ökii­dar­rh­skich kości, z za­wie­szo­nym na ple­cach ma­te­ria­łem – kar­ma­zy­no­wą płach­tą, po­rwa­ną na dole, z na­ma­lo­wa­nym nań czar­nym zna­kiem. Jego po­tęż­ne rogi ozdo­bio­ne były cien­ki­mi, skó­rza­ny­mi pa­ska­mi z na­wle­czo­ny­mi na nie kost­ka­mi wiel­ko­ści pa­licz­ków.

– Mor’dharzüg Bra­khr­ra! – za­czę­ła De­mo­ni­ca w ludz­kiej po­sta­ci. – Wie­cie, co się stało?

– Ichïzze Karhzzügha, Loch’akhr-Ürhhz-Oni, wczo­raj­szej nocy zgi­nął z rąk… z łap cze­goś, czego nie po­tra­fi­li­śmy zi­den­ty­fi­ko­wać – od­parł ge­ne­rał Bra­khr­ra, po czym splu­nął ze zło­ścią na zie­mię.

– Lu­dzie stali się coraz bar­dziej… za­rad­ni – mruk­nę­ła bez­na­mięt­nym gło­sem Ish. Demon spoj­rzał na nią, marsz­cząc przy tym czoło.

– Z całym sza­cun­kiem, Öki-zügh, ale lu­dzie są zbyt głupi i słabi, by zabić tak po­tęż­ne­go De­mo­na jak Ichïzze Karhzzügh – Bra­khr­ra skrzy­wił się. – Poza tym, żaden by się nie od­wa­żył zajść nas od tyłu. Ciał… szcząt­ki zo­sta­ły zna­le­zio­ne nie­ca­łe dwie staje stąd. Su­ge­ro­wał­bym, żeby wasi Technïkhar to zba­da­li.

Ostat­nie słowa de­mo­ni ge­ne­rał wy­po­wie­dział z więk­szym na­ci­skiem, pra­wie wy­ce­dza­jąc przez kły. Mach­nął wiel­ką łapą w stro­nę sto­ją­ce­go nie­opo­dal po­mniej­sze­go Brüta. Ten na znak pod­szedł do Mor’dharzügha i podał mu pa­ku­nek za­wi­nię­ty w grube płót­no. Ge­ne­rał roz­wi­nął szma­ty i po­ka­zał ich za­war­tość Ish. De­mo­ni­ca unio­sła nie­znacz­nie brew, po czym ski­nę­ła głową na jed­ne­go z to­wa­rzy­szą­cych jej De­mo­nów. Prime, kła­nia­jąc się de­mo­nicz­nej pani, wziął z rąk Brute’a za­wi­niąt­ko, za­wią­zał i od­da­lił się; za nim za­czę­ła po­dą­żać resz­ta obec­nych Prime’ów. Zanim lek­ty­ka nie­sio­na przez dwa Ho­un­dy także ru­szy­ła, Ish rze­kła:

– Wy­bierz no­we­go Karhzzügha Rökhur Vhar’rzar­khal. Nie za­wiedź mnie, Mor’dharzüghu. Je­że­li uwa­ża­cie się za lep­szych, po­każ­cie to.

Po tych sło­wach ryk­nę­ła do­no­śnym, głę­bo­kim gło­sem. Ogary na dźwięk de­mo­nicz­ne­go wycia po­wo­li ru­szy­ły z miej­sca. Bra­khr­ra pa­trzył, jak syl­wet­ki De­mo­nów z kasty Prime zni­ka­ją w od­da­li, po czym z wście­kło­ścią ude­rzył ko­py­tem o zie­mię, od­wró­cił się i wró­cił do swo­ich ko­szar, mi­ja­jąc po­ru­szo­nych Brütów.

 

***

 

Wyż­szy Ka­płan Dan­de­rius stał na szczy­cie wy­so­kie­go na dzie­siąt­ki łokci muru ota­cza­ją­ce­go Eld-Ha­in. Jego czar­no-zło­te szaty po­wie­wa­ły na wie­trze. Parę stop­ni niżej usta­wi­ły się w sze­re­gu – na całą dłu­gość za­chod­niej stro­ny muru – od­dzia­ły Snaj­pe­rów. Ich me­ta­licz­ne eg­zosz­kie­le­ty po­ły­ski­wa­ły na słoń­cu. Gi­gan­tycz­ne me­cha­nicz­ne kusze, go­to­we do wy­strza­łu, z na­ło­żo­ny­mi nań wiel­ki­mi beł­ta­mi za­koń­czo­nych sta­lo­wy­mi gro­ta­mi wiel­ko­ści głowy, opar­te były o blan­ki. Cze­ka­li.

– Je­że­li to praw­da, że Nie­na­sy­ce­ni się po­ja­wi­li, to mo­że­my w końcu zy­skać prze­wa­gę – ode­zwał się głos za ple­ca­mi Dan­de­riu­sa. Ka­płan od­wró­cił się.

– Witaj, Ces­sta­rie­nie – star­szy za­kon­nik skło­nił głową przy­by­łe­mu Puł­kow­ni­ko­wi Dru­gie­go Re­gi­men­tu Snaj­pe­rów Za­ko­nu Eld-Ha­in. – Cóż, mo­że­my to stwier­dzić pra­wie ze stu­pro­cen­to­wą pew­no­ścią. Na­czel­nik Mar­hon­nius dwa mie­sią­ce temu jako pierw­szy zgło­sił przy­pa­dek ofia­ry tych stwo­rzeń, a po tym było jesz­cze pa­rę­na­ście. Licz­ne pa­tro­le w swo­ich ra­por­tach wspo­mi­na­ły o „nie­na­tu­ral­nych, bio­me­cha­nicz­nych isto­tach bez oczu”. Wszyst­kie te i inne do­wo­dy o tym świad­czą. Nie­na­sy­ce­ni po­wró­ci­li.

Ces­sta­rien sap­nął. Oparł się o blan­kę i spoj­rzał na pust­ko­wie. De­mo­ny były około dwie staje od murów. Pa­trzył, jak ma­sze­ro­wa­ły w ich stro­nę, wiel­kie, po­tęż­ne, w ko­ścia­nych zbro­jach i uzbro­jo­ne w ta­ko­wą broń. Po tylu la­tach do­tar­li pod mury Pierw­szej Ostoi. Musi stać się cud, żeby oca­le­li. Setki, ty­sią­ce ro­ga­tych po­two­rów było coraz bli­żej.

– Teraz mo­że­my li­czyć tylko na cud – mruk­nął woj­sko­wy w śred­nim wieku. Lekko po­si­wia­łe włosy wy­sta­wa­ły mu spod kap­tu­ra. Nie miał na sobie ty­po­we­go mun­du­ru czy zbroi – ubra­ny był w długi, ciem­no­zie­lo­ny płaszcz woj­sko­wy, z na­szy­ty­mi licz­ny­mi od­zna­ka­mi na lewym rę­ka­wie.

– I na Je­dy­ne­go, przy­ja­cie­lu – od­parł Ka­płan. Na te słowa Ces­sta­rien skrzy­wił się nie­znacz­nie, lecz po­wstrzy­mał się od ja­kie­go­kol­wiek ko­men­ta­rza.

 

– NA PO­ZY­CJE! – krzyk roz­niósł się echem po murze. – CEL! – Na ko­men­dę setki Snaj­pe­rów unio­sło kusze i wy­ce­lo­wa­ło je w nad­cho­dzą­ce­go wroga.

Ces­sta­rien ner­wo­wym, szyb­kim kro­kiem szedł za ple­ca­mi za­kon­nych da­le­ko­dy­stan­sow­ców. Spoj­rzał na pole. Staja… pół… Puł­kow­nik przy­sta­nął. Za­czerp­nął po­wie­trza, już miał krzyk­nąć na­stęp­ną ko­men­dę…

– Panie! – go­niec, ledwo ła­piąc dech w pier­si, za­sa­lu­to­wał nie­zręcz­nie obe­rsz­te­ro­wi. – Pro­szę… zo­ba­czyć… – wciąż dy­sząc, mło­dzie­niec podał Ces­sta­rie­no­wi lu­ne­tę. Tenże wziął ją z rąk gońca, uniósł do oka i spoj­rzał w dal, w kie­run­ku wska­za­nym przez wy­słan­ni­ka.

– Co u… – sap­nął. – Na Je­dy­ne­go, toż to…

Woj­sko­wy od­su­nął lu­ne­tę od twa­rzy i oddał ją mło­de­mu. Wziął głę­bo­ki wdech…

– STRZEL!

Setki beł­tów po­le­cia­ło w stro­nę de­mo­nich na­jeźdź­ców.

 

Parę staj za nimi po­ły­ski­wa­ły szkie­le­ty Nie­na­sy­co­nych.

Koniec

Komentarze

Jego żywioł. Zabić, zabić, zabić! – Serio, taki poważny dowódca, Pierwszy <germańsko-piekielny bełkot> nie umie opanować pierwotnego instynktu? Toż z jednej houndy przedstawiasz jak psy, a z drugiej on wcale się od nich nie różni. Nie podoba mi się. 

 

Istota była względnie drobna – wielkości przeciętnego człowieka. Jego biologiczne ciało stanowiła jedynie tkanka mięśniowa pokryta cienką skórą – Jego? Istota to kobieta.

 

jak zwierz – Spokojnie, zwierze nie zaszkodzi. 

 

dziką prędkością – To co, do czterdziestki to truchcik, od pięćdziesiątki "dzikość"? W dzikim szale, pędzie :)

 

a skoczył na wysokość paru łokci – Jeśli masz na myśli łokcie "fantastyczne" (o ile są jakieś sprecyzowane), i kilka to dajmy na to, niech będzie = 5. Czy to tak dużo? Raczej nie. Jeśli chcesz zrobić Grzędowyczowską żabę, to niech skacze na pieć metrów i się teleportuje, bo taki marny skok przez płotki nie pasuje do opisu.

 

W pancerz, który powinien wytrzymać wszelkie stworzenia – i który wytrzymywał. – Więc, co z tego?

 

Demon – czemu demon wielką literą? Organizatorzy piszą małą, więc też piszmy.

 

Zaklął ciężko pod nosem w swoim języku. – Jak zaklął, to niech zaklnie, a nie robisz bezpłciowego bohatera, którego niańczy narrator i nawet mówi za niego.

 

z koszar Szóstego – Kto trzyma psy w koszarach? :D

 

Tak jest, Panie! – odpowiedział młodzieniec. Pether był wysokim, całkiem przystojnym, młodym mężczyzną. Jako goniec był dosyć wysoko postawiony – Serio..? Toż jakiś Hermes!

 

Marhonnius uniósł brew. Kości nie były niecodziennym widokiem. Ale… – W armie demonów byłoby to jak znalazł. Sam w poprzednim tekście dałem podobny motyw. Ale wyobraź sobie coś takiego: Pan Zenon myje okna w wieżowcu, zatrudnił go pan prezes oczywiście. Pan Zenon spada i zostaje z niego coś pomiędzy plamą, a kupką "niktniewiecotojest", no więc listonosz zbiera te "niktniewiecotojest" i zanosi prezesowi do biura. Prezes patrzy i pyta: Pan Zenon? Coś nie gra? No, nie gra.

 

Piasek rozwiał wiatr – Ciekawe zjawisko.

 

Paręnaście i parędziesiąt kroków dalej taki sam los spotkał dwa Höndy – Widzę problem. Nieścisłość. Pierwszego hounda widział, zanim wpadł na niego ten terminator, tak? Czyli piesek żył. Potem brute ginie, a piesek co? Stał tam niby? Patrzył i merdał? Logicznie rzecz biorąc, powinien podbiec --> zwłoki powinni znaleźć koło zwłok rogacza-alfa. Tak mi się wydaje.

 

Tłum Brute’ów zaczął się rozstępować od strony południowej, by zrobić przejście nadchodzącym przybyszom. – Co, dla nas – czytelników, zmienia to, że przyszedł od południowej, a nie północnej? Nic. Więc po prostu --> Tłum rozstąpił się. 

 

by zabić tak potężnego Demona jak Ichïzze Karhzzügh – Z twojego długiego opisu walki i zachowań demona w środowisku naturalnym, wynika raczej, że demon ma genotyp XYY, za dużego członka i sadystyczne skłonności, oprócz tego nad przyrost mięśni, co skutkowało jego mało mobilnością i nieudolną próbą odepchnięcia gigantycznej pijawki. Kwestionowałbym jego potęgę, choć – nie ukrywam – zazdroszczę r rezultatów na siłowni ;)

 

Setki bełtów poleciało w stronę demonich najeźdźców.

Parę staj za nimi połyskiwały szkielety Nienasyconych.

Nie rozumiem. To po co marnowali bełty? Jeśli za nimi biegły biegające-pijawki, to mogli spokojnie poczekać, aż ich wysieką, a potem strzelać do przeciwników “właściwych”. Ekonomiczniej by wyszło ;)

 

Ogólnie jeśli chodzi o wrażenia, to hmm nie najgorzej. Perspektywa demonów mogłaby być całkiem udana, gdyby nie dowódca-osiłek-samotny-wojownik-rambo. Oprócz tego ciekawe, fajne, nazewnictwo, ciekawa – acz biedna – perspektywa. Trochę przygnałaś z tekstem, mogłaś jeszcze z raz-dwa przeczytać, bo np. w pierwszym fragmencie słowo “było” powtarza się kilka razy, co razi jak Demon. To chyba tyle.

Pozdrawiam!

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Jestem zobligowana udzielić odpowiedzi na każdy komentarz :) Dziękuję za wyczerpującą odpowiedź, ale… :)

 

“Jego żywioł. Zabić, zabić, zabić! – Serio, taki poważny dowódca, Pierwszy <germańsko-piekielny bełkot> nie umie opanować pierwotnego instynktu? Toż z jednej houndy przedstawiasz jak psy, a z drugiej on wcale się od nich nie różni. Nie podoba mi się. “ – to… to demony? W dodatku Brute, dla których liczy się de facto tylko walka? (akurat niezbyt czerpałam z niemieckiego języka :))

 

“Istota była względnie drobna – wielkości przeciętnego człowieka. Jego biologiczne ciało stanowiła jedynie tkanka mięśniowa pokryta cienką skórą – Jego? Istota to kobieta.“ – “Istota to kobieta” – nie rozwalaj mnie – jak coś, to rodzaj żeński. Ty też jesteś ludzką istotą, a więc jesteś kobietą? Ale dziękuję, poprawię, by rodzaje się zgadzały.

 

“jak zwierz – Spokojnie, zwierze nie zaszkodzi.” – http://sjp.pwn.pl/sjp/zwierz;2547668.html – tyle w tym temacie.

 

“dziką prędkością – To co, do czterdziestki to truchcik, od piędziesiątki "dzikość"? W dzikim szale, pędzie :)“ – “pięćdziesiątki”*

 

“a skoczył na wysokość paru łokci – Jeśli masz na myśli łokcie "fantastyczne" (o ile są jakieś sprecyzowane), i kilka to dajmy na to, niech będzie = 5. Czy to tak dużo? Raczej nie. Jeśli chcesz zrobić Grzędowyczowską żabę, to niech skacze na pieć metrów i się teleportuje, bo taki marny skok przez płotki nie pasuje do opisu.“ – łokcie jako jednostka miary, możesz porównać sobie do własnego łokcia albo demona (w końcu chyba dłuższe mają).

 

“W pancerz, który powinien wytrzymać wszelkie stworzenia – i który wytrzymywał. – Więc, co z tego?“ – zdania nie zaczyna się od “więc”. Zresztą, chyba użycia tego zdania nie muszę tłumaczyć – wytrzymywał, to dlaczego teraz nie wytrzymał?

 

“Demon – czemu demon wielką literą? Organizatorzy piszą małą, więc też piszmy.“ – organizatorzy walą paskudne literówki w założeniach, więc nie czepiajmy się. Poza tym akurat jestem konsekwentna i nazwę tej rasy piszę zawsze z dużej litery.

 

“Zaklął ciężko pod nosem w swoim języku. – Jak zaklął, to niech zaklnie, a nie robisz bezpłciowego bohatera, którego niańczy narrator i nawet mówi za niego.“ – a może autorka woli unikać przekleństw w opowiadaniach?

 

“z koszar Szóstego – Kto trzyma psy w koszarach? :D“ – lepiej w koszarach niż w kurniku ;)

 

“Tak jest, Panie! – odpowiedział młodzieniec. Pether był wysokim, całkiem przystojnym, młodym mężczyzną. Jako goniec był dosyć wysoko postawiony – Serio..? Toż jakiś Hermes!“ – cóż, jestem kobietą, musiałam jakiegoś przystojniaka umieścić!

 

“Marhonnius uniósł brew. Kości nie były niecodziennym widokiem. Ale… – W armie demonów byłoby to jak znalazł. Sam w poprzednim tekście dałem podobny motyw. Ale wyobraź sobie coś takiego: Pan Zenon myje okna w wierzowcu, zatrudnił go pan prezes oczywiście. Pan Zenon spada i zostaje z niego coś pomiędzy plamą, a kupką "niktniewiecotojest", no więc listonosz zbiera te "niktniewiecotojest" i zanosi prezesowi do biura. Prezes patrzy i pyta: Pan Zenon? Coś nie gra? No, nie gra.“ – “wieżowcu”*

 

“Piasek rozwiał wiatr – Ciekawe zjawisko.“ – cóż, sama natura!

 

“Paręnaście i parędziesiąt kroków dalej taki sam los spotkał dwa Höndy – Widzę problem. Nieścisłość. Pierwszego hounda widział, zanim wpadł na niego ten terminator, tak? Czyli piesek żył. Potem brute ginie, a piesek co? Stał tam niby? Patrzył i merdał? Logicznie rzecz biorąc, powinien podbiec --> zwłoki powinni znaleźć koło zwłok rogacza-alfa. Tak mi się wydaje.“ – pierwszego Hounda widział, jak już był truchłem. Drugiego nie widział, bo zajęli się nim inni Nienasyceni, którzy – tak! – przybyli później.

 

“Tłum Brute’ów zaczął się rozstępować od strony południowej, by zrobić przejście nadchodzącym przybyszom. – Co, dla nas – czytelników, zmienia to, że przyszedł od południowej, a nie północnej? Nic. Więc po prostu --> Tłum rozstąpił się. “ – bo po południowej stronie jest cieplej? :D

 

“by zabić tak potężnego Demona jak Ichïzze Karhzzügh – Z twojego długiego opisu walki i zachowań demona w środowisku naturalnym, wynika raczej, że demon ma genotyp XYY, za dużego członka i sadystyczne skłonności, oprócz tego nad przyrost mięśni, co skutkowało jego mało mobilnością i nieudolną próbą odepchnięcia gigantycznej pijawki. Kwestionowałbym jego potęgę, choć – nie ukrywam – zazdroszczę r rezultatów na siłowni ;)“ – hm… raczej wynika, że Demona zaatakowało coś potężnego, czego się nikt w tym miejscu nie spodziewał, wynaturzonego? Jak w grze – masz 80 lvl, idziesz sobie przez lasek, a tu wyskakuje boss i instant kill. Game over!

 

“Nie rozumiem. To po co marnowali bełty? Jeśli za nimi biegły biegające-pijawki, to mogli spokojnie poczekać, aż ich wysieką, a potem strzelać do przeciwników “właściwych”. Ekonomiczniej by wyszło ;)“ – bełty sobie później pozbierają, a tak to są większe szanse, że zranione Demony łatwiej padną od Nienasyconych. Logika, taktyka?

 

“np. w pierwszym fragmencie słowo “było” powtarza się kilka razy, co razi jak Demon. To chyba tyle.“ – jeśli się nie mylę, słowa jak “było” nie liczą się jako powtórzenie – zwłaszcza, że są od siebie mocno oddalone.

 

Oczywiście nie neguję poprawek, ale mam jedną… nie, dwie uwagi. Po pierwsze – wydaje mi się, że czepiasz się każdego zdania. Po drugie – jak się kogoś poprawia, przynajmniej się patrzy na własną ortografię.

 

Dzięki za odpowiedź! :D Swoją drogą, mimo tych uwag dziękuję za ostatni komplement – to moje pierwsze takie opko.

to… to demony? W dodatku Brute, dla których liczy się de facto tylko walka?

Demon nie równa się dzikus. Przykro mi, nie przekonuje mnie to.

 

“jak zwierz – Spokojnie, zwierze nie zaszkodzi.” – http://sjp.pwn.pl/sjp/zwierz;2547668.html – tyle w tym temacie.

Dlatego napisałem, że “wystarczy”. Zwierz śmiesznie brzmi w tamtym kontekście, jednak ty jesteś Autorką, więc rób jak uważasz.

 

“pięćdziesiątki”* – Kopiuję do notatnika, żeby strony nie przewijać, a jak wklejam tutaj, to nie podkreśla. Ale dziękuję, za twoją skrupulatność, do teraz nie wiedziałem jak się pisze poprawnie!

 

wytrzymywał, to dlaczego teraz nie wytrzymał? – A nie wytrzymał? Piszesz ewidentnie “I który wytrzymywał”. Nie ma tu słowa o tym, że coś mu się stało. Linijkę niżej jest, że go “zarysowało”.

 

Poza tym akurat jestem konsekwentna i nazwę tej rasy piszę zawsze z dużej litery. – Nazwa rasy to Kjgrsdhtujhr a nie demon. Demon, to nazwa wymyślona przez człowieka. Raczej sami o sobie nie mówią demony – ma to wydźwięk negatywny.

 

Piasek rozwiał wiatr – Czekaj, naprawdę tego nie poprawiłaś? Twój rozwiewający wiatry piasek to faktycznie ewenement. 

 

a może autorka woli unikać przekleństw w opowiadaniach? – To nie ty klniesz, a bohater. Czy pisanie o bohaterze sataniście jest równoznaczne z jedzeniem kotów, zaczytywaniu się w Lavey’u? Ale – twój wybór. 

 

cóż, jestem kobietą, musiałam jakiegoś przystojniaka umieścić! – Chodziło mi o to, że posłaniec/goniec raczej nie powinien być upoważniony do wybierania kogokolwiek.

 

No, nie gra. – Drugi raz w tym roku. Zamknę się w piwnicy ze słownikiem :)

 

a tu wyskakuje boss i instant kill. Game over! – Oj, tylko się śmiałem. 

 

bełty sobie później pozbierają, a tak to są większe szanse, że zranione Demony łatwiej padną od Nienasyconych. Logika, taktyka? – Kobieca, owszem. Nie da się pozbierać bełtów. To po pierwsze. Po drugie, kuszy nie przeładowuje się tak hop siup. Nawet, jeśli jest powtarzalna, to każdy dowódca czekałby, aż przeciwnicy się wysieką. 

 

I Autorko, jakby to powiedzieć… Może źle Cię odbieram, jako tako, ale i przy Kassadzie, i tutaj, wydajesz mi się agresywna. Tak jakby to był atak na Twoją osobę. To tylko moje odczucia, ale jeśli mam choć trochę racji, to taka postawa nie jest OK.

Dobranoc. 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

“I Autorko, jakby to powiedzieć… Może źle Cię odbieram, jako tako, ale i przy Kassadzie, i tutaj, wydajesz mi się agresywna. Tak jakby to był atak na Twoją osobę. To tylko moje odczucia, ale jeśli mam choć trochę racji, to taka postawa nie jest OK.“

Kajam się. Naprawdę. W sensie, w żadnym wypadku nie zamierzałam być agresywna czy złośliwa. Po prostu dyskusja na tematy techniczne. Jeśli tak zabrzmiało, sorry.

Właściwie to może być spowodowane tym, że od paru miesięcy śpię po 3-5 godzin, z rzadka 7. Więc… wybacz :D

 

Co do “piasek rozwiał wiatr“ – fakt, zrobiłam tu po prostu przestawiony szyk – dopełnienie orzeczenie podmiot. Jakoś bardziej jednak mi w tym zdaniu pasuje niż “Wiatr rozwiał piasek”. Mogłoby być ewentualnie “Piasek został rozwiany przez wiatr”… ale jakoś nie pomyślałam o tym :P, a z resztą wydaje się za długie.

 

“a tu wyskakuje boss i instant kill. Game over! – Oj, tylko się śmiałem. “ – trochę humoru nie zaszkodzi :D

 

“wytrzymywał, to dlaczego teraz nie wytrzymał? – A nie wytrzymał? Piszesz ewidentnie “I który wytrzymywał”. Nie ma tu słowa o tym, że coś mu się stało. Linijkę niżej jest, że go “zarysowało”.“ – wytrzymywał – do czasu, kiedy nie pojawił się ten głupi stwór i mu nie porysował ślicznego pancerzyka! :D

 

Ok, koniec, nie mam siły, kapitulacja, gdzie moja francuska flaga?? :D

Och, a myślałem, że to wyszło z mody – Francuska flaga w sensie :)

Wiesz, my faceci, rozróżniamy wiele “faz” uszkodzenia pancerza. Zarysowanie niestety jeszcze się nie zalicza :) Po za tym zdania typu: Janek zawsze dostawał szóstki, lecz tym razem – piątkę! – Brzmią zbyt dramatycznie.

Pokombinuj może z → Na pancerzu, który nie z jednej wojny wrócił – pojawiła się rysa. Rysa przeciągała się, rozchodziła, tworząc pajęczynkę, a chwilę później wszystko poszło z trzaskiem – wbijając się w ciało wodza, odsłaniając go przed morderczymi pazurami.

Poniosło mnie. Ale coś w ten deseń :)

Jeszcze raz branoc. 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

<> Zwłaszcza jeśli ta osoba ma na sobie ledwie płócienne spodnie, wątpliwej wytrzymałości sandały, maczetę i młot. ---> a to ci magik! Minimum siódmy stopień mocy potrzebny, by umieć ubrać się w maczetę i młot. :-)

<> Linia frontu była na zachód od murów, zaś on wyszedł przez jedno ze wschodnich przejść. Niedaleko jego wyjścia była inna brama – Pierwsza Kolejowa. To stąd i dotąd były transportowane surowce z innych ostoi – a dokładniej jednej, Asheen.

Linia frontu przebiegała, biegła; boje / bitwy toczyły się po zachodniej stronie – od pioruna możliwości zamiast tego niezgrabnego “linia frontu była”.

Niedaleko jego wyjścia ---> czyjego wyjścia? Zmieniasz podmioty, pilnuj ich.

brama – Pierwsza Kolejowa. To stąd i dotąd ---> znaczy, w Bramie ładowali i rozładowywali wagony?

<> Linia kolejowa do Trzeciej Ostoi była jedną połowy ocalałych – głównie ze względu na jej położenie. Druga połowa mieściła się na zachód od Eld-Hain, na drodze inwazji Demonów.

---> jedną z połowy ocalałych czy jedną połową ocalałych? To istotne, ponieważ albo przez Eld-Hain przebiegało kilka linii, albo tylko jedna, ze wschodu na zachód.

<> którzy nie nadawali się na wojaczkę według „standardów” ---> gdy o ludzi chodzi, nie nadają się oni do czegoś – tu: wojaczki – albo na coś, na przykład na dane stanowisko. Czym jest » wojaczka według “standardów” « ? Owszem, domyślam się, co miałaś na uwadze, pisząc te słowa, ale czy nie można tego napisać wprost? I jeszcze ten cudzysłów, zmieniający wymowę zamkniętego w nim słowa…

<> Oczywiście często „wysłannicy” już nie wracali do ostoi. Maczeta u ich boku ledwie co mogła posłużyć do odcinania chaszczy, a co dopiero do zabicia jakiejś zmutowanej istoty, nie mówiąc już o samotnych jednostkach Demonów. Oni mieli ginąć.

---> jedna maczeta u jednego boku wielu wysłanników? Magia, jak Quetzalcotla kocham, magia osiemnastego stopnia…

---> zdanie, otwarte podkreślonymi słowami, jest istną łamigłówką dla czytelnika, a cudem składni i gramatyki.

---> drugie podkreślenie. Zaimek odsyła do Demonów, dokładnie do samotnych jednostek Demonów. Jednostka Demonów to, zgodnie z logiką naszego języka, oddział, dowolnie mały, ale oddział, chociażby trzyosobowy patrol, że o batalionach i większych nie wspomnę. Więc oni czy one, jednostki Demonów, miały ginąć? Co jest, z punktu widzenia obrońców Eld-hain, słuszne i pożądane – ale nie o to chodzi, lecz o mieszanie w głowie czytelnika – mowa bowiem o tych “wysłannikach” (ciekawe, czy wiesz, że to słowo za diabła nie pasuje?), nie o Demonach, ale tego trzeba się domyślać.

<> przyglądając się, czy któraś śruba nie jest obluzowana, szyna pęknięta lub nie leży na torze żadna inna przeszkoda.

---> proste pytanie: czy obluzowane śruby i pęknięte szyny bywają przeszkodami, leżącymi na torze?

<><><>

Na tym kończę “łapankę”. Wskazanie na wszystkie pomyłki, usterki – praca do świtu, niestety…

AdamKB – jezusku, aż tyle! Tak to jest, jak się pisze 2 dni przed deadlinem z małą ilością snu. Biorąc pod uwagę fakt, że to moje pierwsze opko, nie dziwię się.

Dzięki!

 

Kwisatz – no ale te pazury prawie przebiły pancerz na wylot…. fakt, mogłam napisać bardziej wprost.

 

Ah… :D

To ja tylko powiem, że tekst skupiony na starciach. Zaczyna się dobrze, od zagadkowego zniknięcia, ale potem szybko skręca do naparzanki. Nie to, że nie lubię dobrej rąbanki, ale jeśli istnieje głównie ona, to trochę się nudzę. Taki rybi gust :-(

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zdołałam przeczytać tylko połowę opowiadania. Śmiertelnie znudziły mnie szczegółowe opisy stworów, niczym nie zainteresowały walki potworów. Jeśli w dalszym ciągu coś się dzieje, to Autorka raczej nie zadbała, by czymkolwiek mnie zachęcić do dalszej lektury.

Ostatecznie zniechęciło mnie  fatalne wykonanie, sprawiające że przez tekst musiałam brnąć. Więc i nie dziwota, że w końcu utknęłam. :-(

 

Po go­dzi­nie spraw­dza­nia i oka­zjo­nal­ne­go wbi­ja­nia mło­tem luź­nych śrub… – Śruby chyba się dokręca, nie wbija młotem.

 

do­tarł do pierw­sze­go po­ste­run­ku ko­le­jo­we­go na tej linii. Dalej nie mu­siał iść – to robił już inny „wy­sła­niec” z po­ste­run­ku. – Powtórzenie.

 

Przy­sta­nął, po­zwa­la­jąc pu­styn­ne­mu wia­tro­wi roz­wiać jego tro­chę przy­dłu­gie, czar­ne włosy. – Dlaczego wiatr miał przydługie włosy? ;-)

Przy­sta­nął, po­zwa­la­jąc pu­styn­ne­mu wia­tro­wi roz­wiać swoje, tro­chę przy­dłu­gie, czar­ne włosy.

 

Trzon broni – zwień­czo­ny ostrym ro­giem – z ła­two­ścią spę­kał stward­nia­ły grunt, wbi­ja­jąc się w nią na dłu­gość ra­mie­nia. Był zły, wście­kły. – Dlaczego rogaty trzon był zły i wściekły? ;-)

 

Cza­sem bra­ko­wa­ło jed­ne­go czy dwóch, cza­sem zaś – po­wra­ca­ła tylko jedna jed­nost­ka. Wie­dział je­dy­nie… – Powtórzenia.

 

Coś „spoj­rza­ło się” w jego stro­nę. – Zbędny zaimek zwrotny.

 

Jej bio­lo­gicz­ne ciało sta­no­wi­ła je­dy­nie tkan­ka mię­śnio­wa po­kry­ta cien­ką skórą, jeśli nie jakąś błoną. Jak świe­żo ufor­mo­wa­ne ciało lub ob­dar­te ze skóry. Takie ciało… – Powtórzenia.

 

Loch’akhr z dziką pręd­ko­ścią ru­szył na prze­ciw­ni­ka. – Czy dziką prędkość można oswoić? ;-)

 

wy­ko­rzy­stu­jąc do­sko­na­le roz­wi­nię­te i wzmoc­nio­ne moc­nym szkie­le­tem tylne koń­czy­ny… – Masło maślane.

 

Stwór kłap­nął sze­re­giem ostrych, sta­lo­wych zębów tuż przed twa­rzą De­mo­na. – Od kiedy demony mają twarze?

 

swoją ko­ścia­ną ma­czu­gą pró­bo­wał zrzu­cić tę dziw­ną isto­tę od sie­bie. – Wolałabym: …ko­ścia­ną ma­czu­gą pró­bo­wał zrzu­cić z siebie tę dziw­ną isto­tę.

Nadużywasz zaimków.

 

Dwa rogi z czach prze­bi­ły mię­śnie klat­ki, od­sła­nia­jąc wnę­trze. – Z czego były rogi?

 

Był zło­żo­ny, jak jego za­pew­ne współ­bra­ty­miec… – Rozumiem znaczenie człona współ-, ale nie mam pojęcia, czym jest bratymiec?

 

Czasz­ka po­kry­ta była także sta­lo­wą sko­ru­pą, jed­nak była ona grub­sza… – Powtórzenie.

 

Pa­zu­ry przy tyl­nich ła­pach były po­tęż­niej­sze… – Pa­zu­ry przy tyl­nych ła­pach były po­tęż­niej­sze

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie też te ciągłe walki nie porwały. Ale spodobał mi się koncept Nienasyconych. To Twój czy był w zasadach, bo już nie pamiętam?

Sporo błędzików zostało i straszy…

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka