- Opowiadanie: Gekikara - Trójobecność

Trójobecność

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Trójobecność

Słowo wstę­pu

 

 

Roz­po­czą­łem ist­nie­nie u progu ża­ło­śnie krót­kie­go cyklu opo­wia­dań – za­wie­ra tylko trzy po­zy­cje! Na pierw­szy rzut oka zdają się być in­te­gral­ny­mi czę­ścia­mi tej samej hi­sto­rii.

To tylko po­zo­ry. Pod ich osno­wą macie do czy­nie­nia z od­dziel­ny­mi opo­wie­ścia­mi, każdą po­sia­da­ją­cą inną kon­cep­cję, po­ru­sza­ją­cą się w innym ob­sza­rze. Przy­naj­mniej tak mi się wy­da­je…

Naj­wi­docz­niej­sza zmia­na wy­stę­pu­je we mnie. W każ­dej z hi­sto­rii je­stem tro­chę inny, każdą opo­wia­dam w mniej lub bar­dziej od­mien­ny spo­sób.

Wszyst­kie są mi bar­dzo bli­skie (o ile co­kol­wiek może być bli­skie po­sta­ci, któ­rej nie ma w rze­czy­wi­sto­ści) – prze­cież biorę w nich czyn­ny, żeby nie po­wie­dzieć głów­ny, udział!

 

Nar­ra­tor

 

 

 

 

„Ży­wość wra­że­nia, jakie rze­ko­ma teo­fa­nia wy­wie­ra na od­bior­cy, nie sta­no­wi do­wo­du au­ten­tycz­no­ści. Po­dob­nie jak świa­dec­two zbio­ro­we[…]Każda teo­fa­nia, o któ­rej usły­szy­my, może być fał­szer­stwem, po­nie­waż wszyst­ko może być fał­szer­stwem, od znacz­ków, przez ska­mie­nia­ło­ści po czar­ne dziu­ry w ko­smo­sie.”

Phi­lip Kin­dred Dick

 

 

 

 

Pro­log

 

Od pierw­szej nocy, gdy pra­sz­czur na­sze­go ro­dza­ju wy­pro­sto­wał grzbiet i ze­brał w sobie tyle od­wa­gi i de­ter­mi­na­cji, by ode­rwać wzrok od przy­ziem­no­ści i za­tra­cić się w pięk­nym ob­ra­zie, jaki ma­lu­je noc­nie niebo, pa­trzy­my w gwiaz­dy.

Jak bo­ha­ter­ski, jak ludz­ki i… nie­ra­cjo­nal­ny był to czyn! Odłą­czyć się od tego, co na dole, co sta­no­wi isto­tę jego prze­trwa­nia i bez­pie­czeń­stwa w nie­okieł­zna­nym jesz­cze świe­cie, by roz­lać swoje spo­strze­ga­nie na prze­strze­ni za­gad­ko­we­go i ma­je­sta­tycz­ne­go pięk­na, bły­ska­ją­ce­go ku niemu mi­liar­da­mi oczu.

Wy­obra­żał sobie, że tam coś jest. Po­tęż­na, nie­zmie­rzo­na siła, która kłębi się nad nim. Czuł we­wnątrz trze­wi, że sens za­wie­ra się nie w tych ja­śnie­ją­cych punk­tach roz­sia­nych na atra­men­to­wej po­wierzch­ni – wie­rzył, że kryje się za tym coś wię­cej. Coś… nie­praw­do­po­dob­ne­go.

Wy­tę­żał ku temu wzrok z cie­ka­wo­ścią i spi­nał mię­śnie ze stra­chu, go­to­wy by pierzch­nąć do swo­jej nory, je­że­li wiel­kie nie­zna­ne rze­czy­wi­ście się uka­że – a potem wró­cił do swo­jej co­dzien­nej gry o życie, bo le­piej za bar­dzo nie kusić losu.

I do­brze zro­bił, bo tam rze­czy­wi­ście coś było.

Wy­cho­dzi na to, że był od nas o wiele mą­drzej­szy – i mo­gli­śmy, kurwa, pójść za jego przy­kła­dem.

 

Teo­fa­nia

 

Gdy­bym był choć tro­chę bar­dziej świa­dom, na jakie gówno się piszę, w życiu bym nie przy­jął tej pro­po­zy­cji – nawet za takie pie­nią­dze. Gdyby moja wy­obraź­nia po­tra­fi­ła zdo­być się na cho­ciaż ciut więk­szą lot­ność, puk­nął­bym się w czoło sły­sząc ofer­tę za­wo­do­we­go na­ga­nia­cza fra­je­rów do wy­ko­rzy­sta­nia, by zro­bić do­brze sie­dzą­cym w cie­płych apar­ta­men­tach eli­tom elit. Albo nawet nie wpu­ścił­bym go przez drzwi, gdy­bym choć­by chwi­lę wcze­śniej do­my­ślił się, po co do mnie przy­szedł.

Oka­za­ło się, że je­stem łasym na pie­nią­dze głup­kiem, jak ci z pro­gra­mów „zjedz garść ro­ba­li i zrób sobie wstyd przed mi­lio­na­mi wi­dzów, jeśli chcesz szyb­kiej kasy”, tylko w tro­chę więk­szej skali.

No, w dużo więk­szej skali.

W końcu nie każdy od­by­wa trzy­let­nie szko­le­nie i bli­sko dwu­na­sto­let­nią po­dróż przez odmę­ty ukła­du sło­necz­ne­go, żeby spraw­dzić jakąś re­we­la­cję wy­son­do­wa­ną przez któ­re­goś z ko­smicz­nych bla­sza­ków. Potem pój­dzie już z górki, mó­wi­li. Rok po­sto­ju na miej­scu prze­zna­cze­nia (w jakim celu nikt nam nie po­wie­dział) i pa­ku­je­my się w au­to­stop do domu. W sumie: dwa­dzie­ścia osiem lat bez urlo­pu.

Chu­jo­wa ofer­ta, nie­praw­daż? Kto by się na to zgo­dził, my­śli­cie?

Przy­zna­ję, cho­dzi­ło o coś wię­cej niż zna­le­zie­nie się na li­ście naj­bo­gat­szych we­dług Fo­bres. Cho­dzi­ło o przej­ście do hi­sto­rii. Za­pi­sa­nie się na chlub­nej kar­cie za­sług dla ludz­ko­ści i inne takie. Warto, nawet jeśli ma się na to po­świę­cić jedna trze­cią życia. Przy­naj­mniej tak my­śla­łem. Byłem taki na­iw­ny.

Teraz, kiedy już tu je­ste­śmy, kiedy już za późno by co­kol­wiek zmie­nić, wiem, że gra nie była warta świecz­ki. Chrza­nić mi­lio­ny, chrza­nić sławę, chrza­nić wła­sne na­zwi­sko w pod­ręcz­ni­kach – są rze­czy o wiele waż­niej­sze. Wła­sny tyłek jak choć­by.

I nic nie prze­ko­na mnie, że jest ina­czej. Ko­niec koń­ców, kogo tak na serio ob­cho­dzi jakiś szkie­let pod lodem na Eu­ro­pie?

***

Praw­dę po­wie­dziaw­szy kło­po­ty za­czę­ły się już w trak­cie drogi. To nic nie zmie­nia, wtedy też już było za późno: cy­ro­graf pod­pi­sa­ny, czas na prze­jażdż­kę pro­sto do pie­kła. Lo­do­we­go pie­kła, do­słow­nie.

Kiedy wy­strze­li­li­śmy z or­bi­ty Marsa, za­czę­ła na­wa­lać łącz­ność. Jakby samo wy­trzy­ma­nie ze sobą na­wza­jem trzech męż­czyzn, za­mknię­tych la­ta­mi we wiel­kiej sta­lo­wej pusz­ce nie było wy­star­cza­ją­co uciąż­li­we.

No, nie by­li­śmy tak cał­kiem sami. Lot obej­mo­wał w sumie sześć osób: Poza mną – fa­ce­tem od brud­nej ro­bo­ty, który na co dzień zaj­mu­je się od­wier­ta­mi na księ­ży­cu – w skład za­ło­gan­tów IST: An­ge­lus wcho­dzi­li: pi­lot-na­wi­ga­tor, in­ży­nier tech­no­lo­gii ko­smicz­nych, psycholog i bio­log-an­tro­po­log. Wszy­scy róż­nych ras i na­ro­do­wo­ści, jak na ul­tra­po­praw­ną po­li­tycz­nie misję mię­dzy­na­ro­do­wą przy­sta­ło. Re­pre­zen­ta­cja ludz­ko­ści do udzia­łu w ko­smicz­nym meczu, wszy­scy ramię w ramię za pan brat, jak na pro­pa­gan­do­wym pla­ka­cie z okre­su so­cre­ali­zmu. Łasi na kasę i sławę na­iw­nia­cy wszyst­kich kra­jów łącz­cie się! Wszy­scy da­li­śmy się zwieść po­dob­nym obiet­ni­com, wszy­scy z wła­snej woli wpa­ko­wa­li­śmy się w chory, fu­tu­ry­stycz­ny od­ci­nek opo­wie­ści z kryp­ty… ale cho­ciaż je­ste­śmy w tym razem, to pewna otu­cha. Kiedy doj­dzie do cie­bie, że wy­sze­dłeś na fra­je­ra, po­cie­sze­nie daje fakt, że nie tylko ty dałeś się wy­ki­wać.

A tak, był jeszcze papieski legat (zapomniałem o nim wyliczając mężczyzn mea culpa). Kiedy fi­nan­su­je się nie­mal­że jedną trze­cią wy­pra­wy, można wci­snąć na po­kład swo­je­go agen­ta, nieważne, że wcze­śniej miał do czy­nie­nia z astro­nau­ty­ką chyba tylko po­przez filmy z Bru­sem Wil­li­sem. Chyba je­dy­ny czło­wiek ja­kie­go znam – my­śla­łem wtedy – który zdo­łał nie zwa­rio­wać czy­ta­jąc przez ponad de­ka­dę jedną książ­kę i nie od­zy­wa­jąc się pra­wie do ni­ko­go. Sie­dział więk­szość czasu w swo­jej ka­ju­cie, rzad­ko wy­cho­dził, jesz­cze rza­dziej się od­zy­wał. Ga­briel Ma­da­li­ni. Teo­log w czar­nym prze­bra­niu. Naj­bar­dziej wło­ski z Wło­chów. Miał tu być ocza­mi i usza­mi Ko­ścio­ła.  Inni nie byli tak nietowarzyscy.

Dwa­na­ście lat – naj­now­sze osią­gnię­cie tech­no­lo­gii, w pizdu jego mać. Wszyst­ko zauto­ma­ty­zo­wa­ne, ste­ro­wa­ne przez cen­tral­ny pro­ce­sor, który w razie jakichś pro­ble­mów ma dwa ko­lej­ne cen­tral­ne pro­ce­so­ry w za­stęp­stwie.

Czyli nie po­słu­chasz radia i nawet go nie na­pra­wisz. Wiem co mówię: próbowaliśmy. To znaczy nasza złota rączka, brzydka jak noc lesba, Marina Gutenbauer, próbowała. Z tą lesbą to nie do końca pewne: Oczy­wi­ście, nigdy nie po­twier­dzi­ła tego wprost – bo też nikt nie pytał – ale po­wiedz­cie mi, jaka inna ko­bie­ta go­li­ła­by głowę na chło­pa­ka, spę­dza­ła w si­łow­ni wię­cej go­dzin niż wy­ma­ga­ła pro­ce­du­ra, a przede wszyst­kim zaj­mo­wa­ła się pra­wi­dła­mi dzia­ła­nia wiel­kich mię­dzy­pla­ne­tar­nych za­ba­wek rodem z Fa­ce­tów w Czer­ni?

Jeśli komuś zaczęłoby odbijać, mógł zwró­cić się do po­kła­do­we­go psy­cho­lo­ga-psy­chia­try – pozbawionej humoru hinduski brytyjskiego pochodzenia, przypominającej Kali stojącą w ogniu, Samanty Smith (pani S.S., jak nazywałem ją w myślach). Przy­naj­mniej takie było za­ło­że­nie przy star­cie – tyle, że to jej za­czę­ło od­bi­jać naj­wcze­śniej, wła­śnie w mo­men­cie, gdy łącz­ność na­wa­li­ła kom­plet­nie, czyli jakiś ty­dzień przed wej­ściem na or­bi­tę wokół Jo­wi­sza.

„To dru­go­rzęd­ne opo­wia­da­nie scien­ce-fic­tion, czego się spo­dzie­wa­łaś?” ci­snę­ło mi się na usta za każ­dym razem, kiedy do­sta­wa­ła ata­ków hi­ste­rii po ko­lej­nej bez­sku­tecz­nej pró­bie na­wią­za­nia kon­tak­tu z Zie­mią. Beł­ko­ta­ła, że nie wró­ci­my już do domu i przyj­dzie nam skoń­czyć na za­pa­dłej dziu­rze krą­żą­cej wokół ga­zo­we­go ol­brzy­ma, do któ­rej zmie­rza­my. Szko­da, że nikt na Ziemi nie prze­wi­dział, że bę­dzie­my po­trze­bo­wać psy­cho­lo­ga dla psy­cho­lo­ga.

Wtedy bra­łem jej słowa za stek bzdur.

Co in­ne­go teraz: chyba to jej je­dy­nej nie od­bi­ło.

***

Będę szcze­ry: cie­szy­łem się z faktu, że nie sły­sze­li­śmy głosu z Ziemi. Gdyby łącz­ność się utrzy­ma­ła, gdy­by­śmy nadal byli in­for­mo­wa­ni na bie­żą­co o roz­wo­ju wy­pad­ków na pla­ne­cie, jesz­cze trud­niej by­ło­by mi nie po­wa­rio­wać.

Wy­star­czy, że do­szło do nas, że po­świę­ce­nie tak znacz­nej czę­ści na­sze­go życia dla spra­wy kom­plet­nie się zdez­ak­tu­ali­zo­wa­ło – nie­speł­na trzy lata od wy­lo­tu grup­ka eme­ry­to­wa­nych kon­struk­to­rów NASA, cier­pią­cych na brak lep­szych zajęć, zbu­do­wa­ła w dział­ko­wym ogród­ku jed­ne­go z nich pro­to­typ sil­ni­ka, opie­ra­ją­cy się na pro­jek­tach sza­lo­ne­go ni­czym z Po­wro­tu do przy­szło­ści na­ukow­ca skry­wa­ją­ce­go się gdzieś w bez­kre­sie środ­ko­wych Sta­nów. Sil­nik dzia­łał na ja­kiejś nie­praw­do­po­dob­nej za­sa­dzie,  prze­mie­nia­jąc wiąz­ki cięż­kich jonów w siłę pędu ni­czym Jezus wodę w wino – ale nie to było naj­waż­niej­sze. Miał być mniej­szy, lżej­szy, tań­szy, a za­sto­so­wa­nie go w prak­ty­ce mogło skró­cić naszą po­dróż o po­ło­wę. 

O po­ło­wę!

Pew­nie już się za­sta­na­wia­li nad tym, czy nie wy­słać za nami ko­lej­nej eks­pe­dy­cji. Do­tar­ła­by w tym samym cza­sie i wró­ci­ła kiedy my do­pie­ro ma­cha­li­by­śmy Jo­wi­szo­wi na do­bra­noc. Może nawet de­cy­zja dawno za­pa­dła i druga za­ło­ga sie­dzi nam na ogo­nie zmie­rza­jąc z brat­nią po­mo­cą.

Już wtedy za­czą­łem prze­czu­wać, że ubi­li­śmy bar­dzo słaby in­te­res.

***

Moje za­da­nie jest pro­ste: od­pa­lić wiel­ki sie­kacz do lodu, wy­rżnąć co trze­ba i prze­trans­por­to­wać do la­bo­ra­to­rium.

 Resz­ta miała bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne role do ode­gra­nia. In­ny­mi słowy: tylko ja mu­sia­łem ru­szyć dupę i rze­czy­wi­ście zejść na po­wierzch­nię naj­więk­sze­go lo­do­wi­ska, jakie można sobie wy­obra­zić. Szko­da, że nigdy nie zaj­mo­wa­ło mnie łyż­wiar­stwo, wy­ko­rzy­stał­bym tę oka­zję.

Zabierałem się do startu. Inni nie mieli wtedy zbyt wiele do roboty… tak jak przez większość czasu. Mechanik – nawet jeśli próbowała się do czegoś przydać – mogła co najwyżej krzątać się po pokładzie i sprawdzać, czy wszystko jest w porządku. Psycholog, jeżeli nad czyimś zdrowiem psychicznym musiała pracować, to nad swoim. Naj­więk­sze ludz­kie przed­się­wzię­cie od po­sta­wie­nia stopy na Księ­ży­cu spro­wa­dza­ło się do bez­czyn­no­ści.

Główna rola w przedstawieniu przypadła Yoshidzie Hassanowi (czy jak sam wolał Has­sanowi Yoshi­dzie Ibn Ibra­himowi, ale nie mo­głem się prze­ko­nać do tego misz­ma­szu dwóch tra­dy­cji w jakich się wychował), ekspertowi od wszelkich żyjątek z naciskiem na nieowłosione dwunożne małpy. Jak przystało na dziecko dwóch kultur: był z niego zatwardziały ateista. Do tego łoił mnie w każ­dej grze przez nie­mal­że dwa­na­ście lat. Poza tym był w po­rząd­ku. Miał zbadać znalezisko, kiedy już je dostarczę… do tego czasu prawie zupełnie nie odłączał się od wirtualnej rzeczywistości.

„Wszyst­ko bę­dzie do­brze” – po­krze­piał mnie As ame­ry­kań­skiej astro­nau­ty­ki, Angus James Cleveland, który robił tu za speca od pilotażu, mimo, że sterował za niego automat. Na pewno o nim słyszeliście. Gwiazdor NASA, nadęty bufon. W my­ślach za­wsze omi­ja­łem „g” w jego imie­niu i chyba to głów­nie po­zwa­la­ło mi go lubić.

A mu­sie­li­śmy się lubić, nie ważne jak na­cią­ga­ny i ab­sur­dal­ny byłby tego powód. Prze­cież by­li­śmy ska­za­ni na swoje to­wa­rzy­stwo – przy­naj­mniej przez ten czas, kiedy od­pi­na­li­śmy się od heł­mów do­star­cza­ją­cych wir­tu­al­nych przy­jem­no­ści w setce jej form (wraz z cu­dow­ną ilu­zją nor­mal­ne­go życia, która po­zwa­la­ła mi trzy­mać się po do­brej stro­nie krzy­wej kon­dy­cji psy­chicz­nej), by dać od­po­cząć sty­ra­nym sy­nap­som.

„Cały lot tam i z po­wro­tem od­wa­lą za cie­bie ma­szy­ny” – kontynuował, gdy byłem już o krok od startu. „Tego się oba­wiam” od­po­wie­dzia­łem nim klapa za­mknę­ła się za mną. 

Tak prezentowała się z grubsza praca naszej załogi w komplecie, nim doszło do pierwszego zgonu.  Ach… był jesz­cze czło­wiek Wa­ty­ka­nu! Znów udało mi się o nim za­po­mnieć. Co ma Ko­ściół do ko­smo­su? No tak, nie po­wie­dzia­łem co to był za szkie­let.

***

In­for­ma­cja o zna­le­zi­sku była, rzecz jasna, ści­śle tajna – dla­te­go obie­gła cały glob wzdłuż i wszerz nim mi­nę­ło czter­dzie­ści osiem go­dzin od od­bio­ru sy­gna­łu ła­zi­ka Eu­ro­s08 za­wie­ra­ją­ce­go ową in­for­ma­cję. To był wprost dzień w któ­rym za­trzy­ma­ła się Zie­mia.

Oczy wszyst­kich wiel­kich tego świa­ta – a i dużej czę­ści mniej­szych i tych cał­kiem ma­łych – skie­ro­wa­ły się ku niebu. Po­szły w ruch te­le­sko­py, do­dat­ko­wych ludzi do li­cze­nia pie­nię­dzy mu­sia­ły za­trud­niać astro­no­micz­ne ob­ser­wa­to­ria. Każdy chciał spoj­rzeć w gwiaz­dy. Do­kład­niej: w kie­run­ku Jo­wi­sza, wokół któ­re­go wi­ro­wa­ła gruda lodu, w któ­rej jak w za­mra­żar­ce cze­kał na nas obiekt prze­wra­ca­ją­cy świa­to­po­glą­dy mas do góry no­ga­mi.

Sy­gnał był krót­ki i kon­kret­ny: Za­koń­czo­ne ska­no­wa­nie sek­to­ra 234B-14. Geo­lo­gia wg stan­dar­dów. Tem­pe­ra­tu­ra w przy­ję­tych gra­ni­cach, 104 K. Ska­no­wa­nie po­kry­wy lo­do­wej roz­po­czę­te. Brak od­no­to­wa­nych ano­ma­lii na po­zio­mie 1km, 2km, 3km… 19km – wy­kry­to obiekt: do­mnie­ma­ne po­cho­dze­nie bio­lo­gicz­ne. Spe­cy­fi­ka od­bi­cia fal wła­ści­wa dla struk­tur kost­nych. Geo­me­tria obiek­tu w trak­cie ma­po­wa­nia…. – ponad mi­nu­ta prze­rwy w na­gra­niu. Mię­dzy­gwiezd­ny te­le­gra­fi­sta, na któ­re­go wach­tę przy­padł ten prze­kaz, z wrażenia pew­nie puściły zwieracze. A jeśli nie w tym mo­men­cie, to na pewno kiedy ode­brał dal­szy ciąg: Forma obiek­tu czę­ścio­wo roz­po­zna­na. Hu­ma­no­id. Duże po­do­bień­stwo do Homo Sa­piens. Kształt ło­pat­ki nie po­kry­wa się. Do­dat­ko­we czę­ści kość­ca złą­czo­ne z ło­pat­ką. Mocno roz­bu­do­wa­ne. Sche­mat do­dat­ko­wych koń­czyn zbież­ny z ogól­ną bu­do­wą skrzy­dła pta­sie­go… - dalej po­le­cia­ły ści­ślej­sze dane dla tę­go­gło­wych.

Wszy­scy po­zo­sta­li mieli je gdzieś, dla­te­go media sza­nu­jąc czas an­te­no­wy po­zwo­li­ły sobie przy­ciąć na­gra­nie do tego frag­men­tu. Kogo in­te­re­su­je sze­ro­kość prze­gro­dy no­so­wej, sto­pień skrzy­wie­nia kości uda czy inne pier­do­ły, kiedy przed chwi­lą do­stał na tacy taki opis?

Przy takim new­sie nic nie może za­dzi­wić – a za­an­ga­żo­wa­nie Sto­li­cy Apo­stol­skiej w naszą wy­pra­wę jest wręcz ko­niecz­nym jego na­stęp­stwem, jak prze­wra­ca­nie się ko­lej­nych ka­wał­ków do­mi­na po szturch­nię­ciu pierw­sze­go w sze­re­gu. Tak samo było z imie­niem, któ­rym ochrzci­li naszą łajbę. Za­dba­li o wszyst­ko: naj­wyż­szej klasy sprzęt; pro­wiant ob­li­czo­ny na pli­sko ćwierć­wie­cze tu­łacz­ki; na­peł­nio­ne po brze­gi cie­kłym wo­do­rem, pod­tlen­kiem azotu i tle­nem ko­mo­ry pa­li­wo­we, wraz z awa­ryj­ny­mi zbior­ni­ka­mi na „wszel­ką ewen­tu­al­ność” – choć wo­le­li­śmy, by wszel­ka ewen­tu­al­ność nigdy się nie przy­tra­fi­ła – a wszyst­ko na­le­ży­cie wy­świę­co­ne przez de­le­ga­cję kar­dy­na­łów, wodą pro­sto z Je­ro­zo­li­my.

Dziwi mnie tylko, czemu nie wy­sła­li nas w dwu­nast­kę. Tak by było bar­dziej sto­sow­nie – sta­wiam całą swoją gażę, że „Dwu­na­stu apo­sto­łów” by­ło­by naj­bar­dziej chwy­tli­wym ty­tu­łem w hi­sto­rii Ti­me­sa.

***

Świat naj­pierw się za­trzy­mał, a potem sta­nął na gło­wie.

Postpost­mo­der­nizm (opo­wia­da­nie, które czy­ta­cie, roz­gry­wa się w nie­da­le­kiej przy­szło­ści, ale nie­ste­ty autor nie prze­ka­zał mi kon­kret­nie kiedy po­zo­sta­wia­jąc pole dla wa­szej wy­obraź­ni… wy­obra­ża­cie sobie jak dziw­nie funk­cjo­no­wać w takim bez­cza­sie? jakby nie było mi już do­sta­tecz­nie cięż­ko) kon­se­kwent­nie żarł to, co jego po­przed­ni­ko­wi udało się sko­ro­do­wać – a po ujaw­nie­niu Wiel­kiej Za­gad­ki wszel­kie ju­deochrze­ści­jań­skie miej­sca kultu, zma­ga­ją­ce się wcze­śniej z wid­mem eko­no­micz­ne­go kry­zy­su, za­czę­ły naraz wy­peł­niać się no­wo­ naw­ró­co­ny­mi wier­ny­mi, po­wra­ca­ją­cy­mi sy­na­mi mar­no­traw­ny­mi, i zdru­zgo­ta­ny­mi scep­ty­ka­mi, któ­rzy stra­ci­li grunt pod no­ga­mi.

Nie obyło się bez kilku fal glo­bal­nych ma­so­wych sa­mo­bójstw, ale w grun­cie rze­czy zna­le­zi­sko wy­son­do­wa­ne pod lodem jed­ne­go z sa­te­li­tów Jo­wi­sza stało się sy­gna­łem do od­no­wy mo­ral­nej na wiel­ką skalę – i to chyba pierw­szym w hi­sto­rii takim sy­gna­łem po­sia­da­ją­cym re­al­ną siłę prze­ka­zu.

Licz­ba dat­ków, które spły­wa­ły na konta wszyst­kich zwią­za­nych w ja­ki­kol­wiek spo­sób z re­li­gią in­sty­tu­cji stała się tak osza­ła­mia­ją­ca, a słowo wy­gła­sza­ne przez księ­dza z am­bo­ny na­bra­ło ta­kiej mocy, iż w kilka mie­się­cy Pań­stwo Ko­ściel­ne od­zy­ska­ło całą siłę i pre­stiż, które kon­se­kwent­nie tra­ci­ło od kilku setek lat z górką.

Pod­nie­ce­nie wokół Wiel­kiej Za­gad­ki na­ra­sta­ło – i nikt nie miał in­te­re­su w tym, by je ostu­dzić, wręcz prze­ciw­nie. Nie dzi­wię się: każdy chciał na tym za­ro­bić. Od­świe­ża­no dawno za­po­mnia­ne te­le­wi­zyj­ne pro­gra­my, od „Słowa na Nie­dzie­lę” po „Dotyk Anio­ła”. Po­ja­wi­ły się nowe grupy re­li­gij­ne, prze­ści­ga­ją­ce się w fan­ta­zyj­no­ści wła­snych do­gma­tów i wiel­ko­ści co­mie­sięcz­nych skła­dek człon­kow­skich. Re­ne­san­su do­zna­ła wszel­ka li­te­ra­tu­ra, na któ­rej kar­tach – nawet choć­by raz – padło słowo „Bóg”, a ko­ści­ste anio­ły były wszę­dzie: nawet do­łą­cza­ne do pa­czek płat­ków śnia­da­nio­wych. Śre­dnio­wiecz­ny han­del re­li­kwia­mi przy całym teo­bi­znie­sie nowej epoki wy­glą­dał jak przy­do­mo­wa sprze­daż le­mo­nia­dy w po­rów­na­niu do hur­tow­ni co­ca-co­li… i wszy­scy dali się wcią­gnąć w tę grę.

Prze­cięt­ny Ko­wal­ski – za­miast sycić się wi­do­kiem ludz­kich tra­ge­dii, gło­du­ją­cych dzie­ci i gro­żą­cych za­ma­cha­mi ter­ro­ry­stów dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę – zo­stał zdru­zgo­ta­ny i przy­par­ty do muru, zmu­szo­ny do pod­ję­cia ak­tyw­no­ści umy­sło­wej od­no­śnie kwe­stii, któ­rych ist­nie­nie wcze­śniej tylko mgli­ście sobie uzmy­sła­wiał w swoim wy­zu­tym z re­flek­sji życiu oglą­da­cza co­dzien­nych wia­do­mo­ści.

Skrzyn­ki pocz­to­we insty­tu­cji pu­blicz­nych za­la­ły setki pe­ty­cji, ty­sięcz­ne tłumy wy­la­zły na ulice i wszy­scy mó­wi­li jed­nym gło­sem: lećmy tam! Jak­bym mógł teraz do­rwać tego dur­nia, co to za­czął… już bym się po­sta­rał, by zmie­nił zda­nie.

Jak grzy­by po ra­dio­ak­tyw­nym desz­czu, wy­ro­sły od­waż­ne i no­wa­tor­skie pro­jek­ty urzą­dzeń i sil­ni­ków, skro­jo­no plan po­dró­ży, sche­mat do­bo­ru kan­dy­da­tów i szko­leń, ujaw­nio­no przy­bli­żo­ną datę star­tu. W końcu zapadła decyzja: lecimy.

Udało się!

Przy­naj­mniej tak my­śla­łem, póki nie zro­bi­łem tego cho­ler­ne­go od­wier­tu.

***

Za­wie­ra­ją­cy mnie i spe­cjal­nie na to za­da­nie skon­stru­owa­ną naj­no­wo­cze­śniej­szą na świe­cie ma­szyn­kę do kru­sze­nia lodu sta­lo­wy bąbel wy­lą­do­wał na lo­do­wej po­wierzch­ni jakby to­tal­nie bez amor­ty­za­cji. Nie­źle mną za­trzę­sło, a mia­łem na sobie chro­nią­cy od zimna rzędu osiemdziesięciu stop­ni Kel­wi­na ska­fan­der, który ważył… cho­ler­nie dużo. Nawet na tu­tej­sze wa­run­ki zni­ko­mej gra­wi­ta­cji. Wsia­dłem do kok­pi­tu ma­szy­ny i wy­je­cha­łem na ze­wnątrz.

Przed za­bój­czym mro­zem chro­ni­ły mnie ki­lo­gra­my stali, włó­kien wę­glo­wych, nad­prze­wod­ni­ków i wszel­kich in­nych ter­mi­nów tech­nicz­nych które skła­da­ły się na mój po­jazd. Do tego wmon­to­wa­ne w nim jak i w ska­fan­drze do­grze­wa­cze i grube war­stwy ter­mo­izo­la­cji… i tak było mi ku­rew­sko zimno.

Ni­czym naj­niż­szy krąg pie­kła u Dan­te­go… cho­ciaż w ta­kich wa­run­kach le­piej nie two­rzyć po­dob­nych po­rów­nań.

Do prze­by­cia mia­łem trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów – taki był mar­gi­nes błędu w za­kła­da­nym sce­na­riu­szu mo­je­go lą­do­wa­nia, uwzględ­niw­szy moż­li­we od­chy­le­nia od kursu, od­dzia­ły­wa­nie sił gra­wi­ta­cyj­nych i inne pier­du pier­du. Ko­smicz­na tech­no­lo­gia: po­zwo­li ci tra­fić bez pudła do celu od­le­głe­go o sześć­set mi­lio­nów ki­lo­me­trów, ale le­piej się nią nie po­sił­ko­wać, kiedy cho­dzi o ma­newr par­ko­wa­nia. Wy­star­czy, że dodam, iż nikt nie gło­wił się nad tym, by ul­tra­no­wo­cze­sna ma­chi­na wy­do­byw­cza mogła roz­wi­jać pręd­kość więk­szą niż pięć ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. To była długa po­dróż.

Kiedy wra­cam do niej pa­mię­cią, to – mogę przy­siąc – przypominam sobie, że jakoś  tak po dwóch go­dzi­nach jazdy do­strze­głem kątem oka świe­tli­stą łunę prze­my­ka­ją­cą tuż poza za­się­giem mo­je­go pola wi­dze­nia. Może to pa­mięć płata mi figle, a może to mózg zre­zy­gno­wał z po­świę­ce­nia temu ja­kiej­kol­wiek uwagi, uwa­ża­jąc z grun­tu obraz za nie­praw­do­po­dob­ny i nie­waż­ny.

Jeśli tak, to dzię­ki stary, bar­dzo mi po­mo­głeś.

***

Do­tar­łem na miej­sce.

Wy­glą­da­ło ni­ja­ko. Dość pła­ski teren we­wnątrz spo­rych roz­mia­rów kra­te­ru. Wszyst­ko ufor­mo­wa­ne z lodu, jakże by ina­czej. Brud­ne­go, nie­prze­nik­nio­ne­go spoj­rze­niem ze wzglę­du na do­miesz­kę róż­ne­go ro­dza­ju pier­wiast­ków. Nie był to zde­cy­do­wa­nie widok, który za­pie­rał dech w pier­si.

W cen­trum wgłę­bie­nia do­strze­głem szary kształt, zbie­ra­ni­nę ostrych kra­wę­dzi i strze­li­stych wy­pu­stek. Eu­ro­s08. Po­zo­stał na miej­scu aż do cał­ko­wi­te­go roz­ła­do­wa­nia ba­te­rii, po­dej­mu­jąc raz za razem de­spe­rac­ką próbę in­ter­pre­ta­cji swo­je­go zna­le­zi­ska. Mu­sia­łem wyjść i wła­sno­ręcz­nie prze­nieść go do wnę­trza po­jaz­du – taki był plan: za­cho­wać dla po­tom­nych urzą­dze­nie, które do­ko­na­ło naj­więk­sze­go od­kry­cia w hi­sto­rii. Gdy my­śla­łem o tym, jakie zimno czeka mnie na ze­wnątrz, kom­plet­nie nie mo­głem uchwy­cić sensu tego za­ło­że­nia: jeśli tak bar­dzo za­le­ży ci, by rzu­cić okiem na tę kupę że­la­stwa, to rusz swoje dup­sko i sam się tu po­fa­ty­guj, cwa­nia­ku… ale mu­sia­łem zro­bić to, co mu­sia­łem. Na tym po­le­ga­ła moja ro­bo­ta.

Tro­chę mi na tym ze­szło, bo skur­czy­byk oka­zał się kom­plet­nie nie­po­ręcz­ny, a ja – za­ku­ty w gruby, sta­no­wią­cy je­dy­ną ochro­nę mojej kru­chej eg­zy­sten­cji, kom­bi­ne­zon – też nie byłem mi­strzem akro­ba­ty­ki. Jak ja wtedy zmarzłem!

Ale jakoś po­szło i znów byłem w środ­ku wiert­ni­czej ma­szy­ny, gdzie pa­no­wa­ły tro­chę mniej nie­przy­ja­zne wa­run­ki.

Usta­wi­łem me­cha­nicz­ne­go mo­lo­cha nad miej­scem spo­czyn­ku ar­te­fak­tu. Spu­ści­łem pierw­sze, naj­cień­sze z wier­teł, wspo­ma­ga­ne do­dat­ko­wo na­grze­wa­ją­cym je pro­mie­niem la­se­ra. Two­rzy­ło otwór ża­ło­snych roz­mia­rów, śred­ni­cy le­d­wie trzech cen­ty­me­trów, ale dzia­ła­ło szyb­ko.

Takie było za­ło­że­nie pierw­sze­go etapu mojej ro­bo­ty: jak naj­szyb­ciej do­stać się do ogród­ka i spraw­dzić, czy jest tam gąska. Widzę te wszę­do­byl­skie uśmie­chy, gdyby oka­za­ło się, że całe za­mie­sza­nie to wiel­ka stra­ta czasu. To by do­pie­ro była za­ba­wa! Hi­sto­ria lep­sza nawet od tej, w któ­rej coś znaj­du­je­my. Może z lep­szym za­koń­cze­niem – bo to do któ­re­go do­czy­tasz moim zda­niem jest do kitu.

Nie prze­ko­na­my się o tym, bo szkie­let rze­czy­wi­ście tam był. Po­twier­dza­ły to urzą­dze­nia mo­je­go mecha, krzy­czą­ce od mnie dzie­siąt­ka­mi wskaź­ni­ków „Ostroż­nie! Na­praw­dę nie chciał­byś znisz­czyć nawet ułam­ka cze­go­kol­wiek, co tam się znaj­du­je.” Wszyst­ko po­szło jak z płat­ka i po czte­rech go­dzi­nach wy­cze­ki­wa­nia mo­głem w końcu wci­snąć ko­lej­ny przy­cisk – do tego po­trzeb­ni byli fa­ce­tom w dro­gich gar­ni­tu­rach wy­bit­ni spe­cja­li­ści. Wier­tło wsu­nę­ło się do sta­lo­wej klo­aki, wy­chy­nę­ła z niej za to ogrom­na igła do biop­sji. Opty­mi­ści za­kła­da­li, że z za­kon­ser­wo­wa­ne­go w ta­kich wa­run­kach zna­le­zi­ska da się po­brać ma­te­riał bio­lo­gicz­ny – i, a niech mnie, nie my­li­li się.

Jesz­cze tylko parę ko­mend wkle­pa­nych z kla­wia­tu­ry łą­czą­cej mnie z rdze­niem elek­tro­nicz­ne­go mózgu ro­bo­ta i mo­głem już wra­cać do bazy. Na szczę­ście tym razem nie z żół­wią pręd­ko­ścią: ogrom­na wier­tar­ka przy­twier­dzi­ła się kil­ku­setki­lo­gra­mo­wy­mi wkrę­ta­mi do pod­ło­ża, by nie zmie­nić swo­jej po­zy­cji ani o mi­li­metr: było to klu­czo­we dla po­wo­dze­nia mojej ro­bo­ty, po­nie­waż – jak zwy­kle – w cza­sie kiedy ja będę mógł zająć się ni­czym waż­nym we­wnątrz na­szej or­bi­tal­nej bazy, au­to­mat od­wa­li za mnie więk­szość pracy nim drugi raz zstą­pię z nieba na lo­do­wą po­wierzch­nię Eu­ro­py.

Pę­dzi­łem z po­wro­tem do ra­kie­to­we­go bąbla ści­śnię­ty razem z prze­klę­tym ła­zi­kiem we­wnątrz lek­kie­go i szyb­kie­go śmi­ga­cza, w któ­rym było jesz­cze bar­dziej zimno. Na szczę­ście tylko dwie takie wy­pra­wy i wię­cej moja stopa tu nie po­sta­nie. Tym­cza­sem mu­sia­łem do­star­czyć prób­kę ma­te­ria­łu do rąk Yoshi­dy, arab­skie­go Ja­poń­czy­ka, żeby mógł zająć się czymś po­ży­tecz­nym.

***

– Przy­znaj, to jakiś chory żart, praw­da? – mogę się za­ło­żyć, my­śle­li­ście już, że dia­lo­gi się nie po­ja­wią – Po­wiedz od razu i nie będę mu­siał dłu­żej robić sobie wody z mózgu. Robisz sobie jaja, co?

To mówił do mnie Yoshi­da. Po­bra­ny z po­zo­sta­ło­ści aniel­skie­go de­na­ta ma­te­riał wrę­czy­łem mu dwa dni wcze­śniej, żeby mógł z nim zro­bić to, co robią z ta­ki­mi rze­cza­mi bio­lo­dzy-an­tro­po­lo­dzy. Naj­wi­docz­niej wy­ni­ki za­sko­czy­ły nawet jego sa­me­go.

– To jest ta prób­ka, nie wkrę­cam cię w nic. Nie je­stem skory do żar­tów po tym jak nie­mal­że do­ro­bi­łem się od­mro­żeń dru­gie­go stop­nia.

– Znam wasze po­czu­cie hu­mo­ru, byłem kie­dyś w Pol­sce.

No tak, nie wspo­mi­na­łem. Je­stem z Pol­ski.

Wiem, można się było tego do­my­ślić. Złośliwe porównania do Niemców z dru­giej wojny świa­to­wej, skłon­ność do na­rze­kań, sporo prze­kleństw. Pew­nie to dla­te­go, że au­to­ro­wi le­piej utoż­sa­mić się z ro­da­kiem i wy­kre­ować jego styl wy­po­wie­dzi. Praw­dę mó­wiąc, to je­ste­śmy do sie­bie dość po­dob­ni, on i ja – tak sądzę. Choć on się ma za in­te­li­gen­ta, a ja wolę uczci­wą pracę.

Nawet jeśli spro­wa­dza się ona do o wiele za dłu­giej wy­ciecz­ki tam, gdzie nawet dia­beł nie mówi do­bra­noc – bo nie jest na tyle głupi by urzą­dzać sobie spa­cer­ki po wiel­kiej jak kon­ty­nent fa­bry­ce mro­żo­nek – żeby wy­grze­bać parę prze­rę­bli.

Czemu na­rze­kam, prze­cież sam tego chcia­łem. Mia­łem ku temu… swoje po­wo­dy.

– Mówię, kurwa, jak naj­bar­dziej serio. Wierz lub nie, mam dosyć two­je­go glę­dze­nia.

– Tyle, że to nie­moż­li­we. Po pro­stu nie­moż­li­we.

Moż­li­we: to­tal­nie mia­łem jego dosyć. Odkąd do­stał tę prób­kę stał się ogrom­ną mę­czy­du­pą. Mu­sia­łem się do­wie­dzieć czemu.

– Co tam od­kry­łeś?

– To musi być jakaś awa­ria sprzę­tu, nie wiem…

– Wal chło­pie. Łyknę wszyst­ko.

– To czło­wiek. Może ma tro­chę pod­krę­co­ne lim­fo­cy­ty, dość wy­so­ki sto­pień utle­nie­nia krwi, ale to czło­wiek. Nie­sa­mo­wi­ty okaz zdro­wia, Spraw­dzi­łem wszyst­ko. Zgod­ność DNA z ludz­kim wzor­cem stu­pro­cen­to­wa.

– Prze­cież on ma skrzy­dła. Jak to moż­li­we?

– Mi to, kurwa, mó­wisz? Wi­dzia­łeś pro­por­cje jego ciała?

Nie, gówno mnie to in­te­re­so­wa­ło. Prze­mil­cza­łem to.

– Jeśli to czło­wiek, zbu­do­wa­ny jak każdy inny… poza tym szcze­gó­łem – kon­ty­nu­ował – to nie ma moż­li­wo­ści, by ode­rwał się z nimi od ziemi.

– Ale my nie je­ste­śmy na Ziemi.

– Tutaj nie prze­żył­by ani se­kun­dy. Nic tu nie trzy­ma się kupy. Może jakaś po­za­ziem­ska in­ży­nie­ria bio­lo­gicz­na… to idio­tyzm. Wiel­ko­gło­we, smu­kłe lu­dzi­ki prowadzące dziwne eks­pe­ry­men­ty. Jakby się lu­dzie do­wie­dzie­li, że coś ta­kie­go prze­szło mi przez myśl.

– Czyli zo­sta­je tylko boska in­ter­wen­cja.

Ze wsty­dli­wą sa­tys­fak­cją pa­trzy­łem, jak nie może tego prze­łknąć. Cza­sa­mi kawał ze mnie chama.

To też mam po nim.

***

Znów mu­sia­łem tam zleźć. Po­przed­nim razem od­mro­zi­łem sobie tyłek i kilka in­nych czę­ści. Po­dej­rze­wa­łem, że teraz nie bę­dzie le­piej. Nie było.

Cze­ka­ło mnie bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne za­da­nie niż wcze­śniej: mu­sia­łem do­ko­nać oglę­dzin ma­szy­ny. Z ze­wnątrz. Wiel­ki mech za­ko­twi­czo­ny na lo­do­wej pły­cie wy­plu­wał w po­wie­trze tony drob­nych krysz­tał­ków ni­czym płat­ki śnie­gu. Potem mia­łem wejść do środ­ka, na­ci­snąć przy­cisk i po­cią­gnąć za dźwi­gnię.

…do­brze, przy­zna­ję, mocno umniej­szam swoją rolę, ale kto by chciał czy­tać o ana­li­zo­wa­niu od­czy­tów do­ty­czą­cych spe­cy­fi­ki lo­do­wych warstw, kal­ku­lo­wa­niu do­pusz­czal­ne­go od­chy­le­nia, sza­co­wa­niu opty­mal­nej tem­pe­ra­tu­ry i pręd­ko­ści od­wier­tu, by­le­by tylko zmi­ni­ma­li­zo­wać uszko­dze­nie cze­go­kol­wiek. Od tego za­le­żał mój kon­trakt. Nie mó­wi­łem prze­cież, że nie za­le­ży mi na tej for­sie.

Wszyst­ko było w po­rząd­ku. Głów­ne od­wier­ty już pra­wie ukoń­czo­ne, więc po­sta­no­wi­łem za­cze­kać – nie mia­łem zresz­tą in­ne­go wyj­ścia, chyba że wo­lał­bym wró­cić tu jesz­cze nie raz, a dwu­krot­nie. Kątem oka znów zła­pa­łem jakąś smugę świa­tła, przy­po­mi­nam sobie wy­raź­nie. Ro­bi­łem wszyst­ko, by się roz­grzać. „Wszyst­ko” ogra­ni­czo­ne było do drep­ta­nia w tę i we w tę, po­cie­ra­nia rę­ka­wi­cą o rę­ka­wi­cę i ro­bie­nia pół przy­sia­dów – na nic wię­cej nie po­zwa­lał mi mój ska­fan­der.

Za­mro­czy­ło mnie.

Prze­le­ża­łem tam o dobre dzie­sięć go­dzin za długo. Kiedy się ock­ną­łem, mia­łem już nie­złe od­mro­że­nia. Jak kurczak żywcem wpakowany do zamrażarki. Kurwa, co za pech!

Z tru­dem po­wlo­kłem się do kok­pi­tu ma­szy­ny i wstu­ka­łem nowe wy­tycz­ne. Czu­łem jak zimno obej­mu­je moje przy­ro­dze­nie i dzię­ko­wa­łem lo­so­wi, że i tak nie mam za­mia­ru mieć dzie­ci.

Kie­dyś mia­łem. Synka i có­recz­kę. Mia­łem ro­dzi­nę.

To było dawno.

Teraz zaj­mu­ję się od­wier­ta­mi na pie­przo­nym mroź­nym pust­ko­wiu, wy­pier­dzia­nym przez graj­ka, im­pro­wi­zu­ją­ce­go me­lo­dię stworzenia Ukła­du Sło­necz­ne­go.

***

Wra­ca­jąc nada­łem sy­gnał do bazy.

Nikt nie od­po­wia­dał.

Nie było to cał­kiem nor­mal­ne, zwa­żyw­szy, mo­głem już kurwa za­mie­nić się w rzeź­bę Bia­łej Cza­row­ni­cy.

– …sły­szysz mnie? Od­po­wiedz! Sły­szysz mnie? – wrzesz­czał mi do ucha głos Yoshi­dy z cha­rak­te­ry­stycz­nym orien­tal­nym ak­cen­tem.

– Sły­szę cię stary. Tro­chę przy­sną­łem, ale już wra­cam.

– Nie o to cho­dzi. – no pięk­nie, po­my­śla­łem. – To Ga­briel! Od­je­ba­ło mu!

– Jak to? O co cho­dzi? – już pra­wie za­trzy­ma­łem się przy swoim krót­ko­dy­stan­so­wym ra­kie­to­wym bąblu. Mniej­szym niż ten za pierw­szym razem, miesz­czą­cym le­d­wie mnie i śmi­ga­cza.

– Od­je­ba­ło mu! Zabił An­gu­sa! Po pro­stu go za­je­bał!

– Co kurwa?! – nie­mal­ zde­rzy­łem się z wła­snym po­jaz­dem.

– Wal­nął go w po­ty­li­cę ja­kimś klu­czem. Mu­siał go za­brać z warsz­ta­tu Ma­ri­ny. Nie mogę jej ni­g­dzie zna­leźć!

– A gdzie jest legat? – wsia­da­łem już do ra­kie­ty.

– Za­mknął się w ka­bi­nie pi­lo­ta. Chyba chce usta­wić nas na kurs ko­li­zyj­ny! Sa­man­ta jest w swo­jej ka­ju­cie. Cią­gle po­wta­rza że zgi­nie­my. Za­czy­nam jej wie­rzyć!

– Uspo­kój się. Znajdź spo­sób, żeby do­stać się do ka­bi­ny pi­lo­ta. – już od­pa­la­łem sil­ni­ki. Naj­pierw omdle­nie, teraz całe to gówno. To był bar­dzo kiep­ski dzień.

– Zna­la­zł­bym, jak­bym był pie­przo­nym me­cha­ni­kiem!

– To po­szu­kaj Ma­ri­ny.

– A jeśli ona też…?

– Lecę! – wy­star­to­wa­łem. Na­bie­ra­łem pręd­ko­ści. Czu­łem jak wnę­trze kap­su­ły wy­peł­nia się cie­płem. Do­brze, tego mi trze­ba. – Mówił coś?

– Kto?!

– Legat, a kto?

– A, tak. – sły­sza­łem jak Yoshi­da biega po stat­ku z mi­kro­fo­nem ucze­pio­nym przy uchu. Raz odbił się za mocno. – Ał! Wal­ną­łem w sufit! – sztucz­na gra­wi­ta­cja, to nie praw­dzi­wa gra­wi­ta­cja.

– Co mówił? – opu­ści­łem już dawno rzad­ką, szcząt­ko­wą at­mos­fe­rę księ­ży­ca.

– Że nie po­win­ni­śmy tego zna­leźć. Że to co czy­ni­my to grzech bez prze­ba­cze­nia, fun­du­ją­cy wy­ciecz­kę wprost do pie­kła. Od­je­ba­ło mu!

– To prze­cież ksiądz.

– Nie ro­zu­miesz! Nie nas sze­ścio­ro, ale cała ludz­kość! Mówił, że za­pusz­cza­my się nie na nasz teren. Ko­smos. Eu­ro­pa. Ten szkie­let. Że się­ga­my po za­ka­za­ny owoc, drze­wo po­zna­nia i tak dalej. Że jak to wy­do­bę­dzie­my, zni­we­czo­na zo­sta­nie ofia­ra Chry­stu­sa i dla­te­go mu­si­my zgi­nąć razem z tym wszyst­kim! Że przy­szło do niego białe świa­tło!

– O kurwa.

– Ma­ri­na? Ma­ri­na ock­nij się… – ze­rwa­ło po­łą­cze­nie.

Po­my­śla­łem „Drugi raz to samo? Cała hi­sto­ria ma le­d­wie kilka stron, li­to­ści!” kiedy jakaś siła za­czę­ła cią­gnąć mnie po­wro­tem do Eu­ro­py.

***

W taki spo­sób zna­la­złem się w tej gów­nia­nej sy­tu­acji. Nie wiem co się sta­nie, nie wiem dokąd to zmie­rza, nie wiem co jesz­cze wy­my­śli ten sa­dy­sta za kla­wia­tu­rą. Lecę po­wo­li tam, skąd chcia­łem się wy­rwać. Czuję, że od­mro­że­nia, któ­rych się na­ba­wi­łem to nie prze­lew­ki.

Nie lecę w linii pro­stej. Coś, co mnie pro­wa­dzi ko­ry­gu­je kurs i wy­da­je mi się, że do­kład­nie wie co robi. Jest w tym o niebo lep­sze niż mózgi z agen­cji ko­smicz­nych.

Lek­kie szarp­nię­cie, le­d­wie od­czu­wal­ne. Co­kol­wiek to jest, w lą­do­wa­niu też jest lep­sze.

Wy­cho­dzę na ze­wnątrz. Chodź­cie ze mną. Nie ma in­ne­go wyj­ścia. Mogę zo­stać tu i za­mar­z­nąć tro­chę póź­niej albo wyjść i może cho­ciaż do­wie­dzieć się o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

Stoję w po­bli­żu miej­sca od­wier­tu. Tyle, że nie ma tam mojej wier­tar­ki. Wy­pa­ro­wa­ła. Kil­ku­dzie­się­cio­to­no­wy po­twór, cud naj­now­szej tech­no­lo­gii, znik­nął bez śladu.

Nie­opo­dal do­strze­gam szczu­płą ko­bie­cą syl­wet­kę. Po­tra­fię ją roz­po­znać. To Sa­man­ta Smith. Co ona tutaj robi? Bez ska­fan­dra?! Bie­gnę w jej stro­nę. Nie wiem po co, nie dam rady jej ura­to­wać. W ta­kich wa­run­kach czło­wiek za­ma­rza w ułam­ku se­kundy. Je­stem coraz bli­żej. Widzę, że obok niej stoi jakiś męż­czy­zna. To Angus James Cle­ve­land! Też bez ska­fan­dra! Pa­trzą w jed­nym kie­run­ku, tam, gdzie mech wy­do­być miał za­to­pio­ny w lo­dzie aniel­ski szkie­let.

Nie ma tam szkie­le­tu.

Nie ma nawet śladu po otwo­rze w lo­do­wej sko­ru­pie, który prze­cież sam wy­wier­ci­łem.

Są tam moje dzie­ci. Jo­asia w swo­jej ulu­bio­nej kwie­ci­stej su­kien­ce. Pio­truś w czer­wo­nym pod­ko­szul­ku i spoden­kach przed ko­la­no. Tak samo jak byli wtedy ubra­ni. Zza nich bije blady blask, obej­mu­je ich ni­czym rę­ko­ma, smu­kły, przy­wo­dzą­cy mi coś na myśl…

Mówią coś do mnie w nie­zro­zu­mia­łym ję­zy­ku – ale wiem, czego chcą.

Bie­gnę do nich. W biegu pró­bu­ję zdjąć ska­fan­der, by móc być z nimi jesz­cze szyb­ciej.

Prze­cież nic nie może mi się stać przed koń­cem fa­bu­ły.

Praw­da?

 

 

 

„Wszech­świat jest in­for­ma­cją i my je­ste­śmy w niej nie­ru­cho­mi, nie trój­wy­mia­ro­wi, poza cza­sem lub prze­strze­nią. Z in­for­ma­cji, którą otrzy­mu­je­my, two­rzy­my sobie świat fe­no­me­nów[…]Świat fe­no­me­nów nie ist­nie­je. Jest to tylko hi­po­sta­za in­for­ma­cji prze­twa­rza­nej przez Umysł[…]My sami je­ste­śmy na­sy­ce­ni in­for­ma­cją, in­for­ma­cja wcho­dzi w nas, jest prze­twa­rza­na i po­wtór­nie wy­rzu­ca­na na ze­wnątrz, już w zmie­nio­nej for­mie[…]Ta pul­su­ją­ca in­for­ma­cja, którą po­strze­ga­my jako świat, jest roz­wi­ja­ją­cą się nar­ra­cją. Opo­wia­da ona o śmier­ci pew­nej ko­bie­ty.”

Phi­lip Kin­dred Dick

 

 

 

Na wskroś czwar­tej ścia­ny

 

Klę­czał nad nie da­ją­cym znaku świa­do­mo­ści zwa­li­stym, umię­śnio­nym cia­łem chłop­czy­cy po trzy­dzie­st­ce i lał ją za­ja­dle po twa­rzy. Był spa­ni­ko­wa­ny. Raz po raz krzy­czał:

– Ma­ri­na! Ma­ri­na!

W końcu coś w niej za­sko­czy­ło. Sys­tem ope­ra­cyj­ny wy­star­to­wał i po­wo­li wra­ca­ła do sie­bie.

– To ten kutas Ga­briel! Za­ata­ko­wał mnie. On…

– Wiem, wiem. Mu­sisz mi pomóc.

– Za­ga­dy­wał mnie o różne pier­do­ły. Chciał wie­dzieć czy jeśli coś się po­psu­je to, na przy­kład, nie bę­dzie­my mogli wejść do ka­bi­ny pi­lo­ta. A potem trza­snął mnie czymś w tył głowy, aż zo­ba­czy­łam gwiaz­dy!

– Mo­żesz wstać? – pró­bo­wał pomóc jej się pod­nieść. Wy­glą­da­ło to dość ko­micz­nie, zwa­żyw­szy, że była wyż­sza i naj­pew­niej cięż­sza od niego o ja­kieś dwa­dzie­ścia ki­lo­gra­mów. Co naj­mniej. Dla­te­go przy pierw­szej pró­bie oby­dwo­je padli z po­wro­tem na pod­ło­gę.

– Po­cze­kaj chwi­lę. – chwy­ci­ła się za skro­nie. – Do­brze, już le­piej. Po­wiesz mi, gdzie jest ten kutas?

– W tym mu­sisz mi pomóc. Za­mknął się w kok­pi­cie! Pró­bu­je nam tu urzą­dzić twar­de lą­do­wa­nie w stylu ka­mi­ka­ze!

– Co? – znów chwy­ci­ła się za skro­nie. – Boże, moja głowa… a gdzie był Angus?

Męż­czy­zna, z wy­glą­du przy­wo­dzą­cy na myśl kok­tajl genów rodem z Azji, za­milkł na chwi­lę. Po czym za­wie­sił ton i wy­bą­kał:

– Nie miał tyle szczę­ścia, co ty. Nie żyje.

– Co?! – ze­rwa­ła się na równe nogi, za­chwia­ła, opar­ła o ścia­nę po­miesz­cze­nia, w któ­rym się znaj­do­wa­li. – A resz­ta, co z resz­tą?

– Sa­man­ta sie­dzi za­ba­ry­ka­do­wa­na w swo­jej ka­ju­cie. Za­ła­ma­ła się kom­plet­nie. Zo­sta­li­śmy tylko my. Mu­si­my coś zro­bić!

– Za­je­bię tego chuj­ka w su­tan­nie! Chodź­my do mnie, coś wy­my­ślę.

Po­szli razem. Nie­zbyt szyb­ko, bo ko­bie­ta wciąż chwia­ła się na no­gach.

Po­szli we dwoje. A prze­cież byłem tu jesz­cze ja.

Czemu mnie nie za­uwa­ży­li? Czemu się nie ode­zwa­łem? Czemu nie mogę się ru­szyć? Czemu nie czuję swo­je­go ciała? Czemu opo­wia­dam to wszyst­ko? Czemu nie mogę prze­stać?

Co się dzie­je?!

***

W jed­nej chwi­li zna­la­złem się w ka­bi­nie pi­lo­ta. Było tu bar­dzo jasno. Nie­mal­że cała prze­strzeń jed­nej ścia­ny upstrzo­na była róż­ne­go ro­dza­ju lamp­ka­mi i mo­ni­to­ra­mi. Na jed­nych wy­świe­tla­ły się ja­kieś licz­bo­we i wy­kre­so­we dane, na in­nych wy­cin­ki ob­ra­zu prze­strze­ni ko­smicz­nej. Po­ni­żej były rzędy dźwi­gni i prze­łącz­ni­ków, a w cen­tral­nym punk­cie dwa duże joy­stic­ki i dziw­na kla­wia­tu­ra o wielu przy­ci­skach.

Na­prze­ciw­ko nich znaj­do­wał się fotel.

Sie­dział w nim męż­czy­zna, cały odzia­ny w czerń. Mały, biały pro­sto­kąt tuż pod grdy­ką ostro kontrastował z resztą jego ubio­ru.

– Pie­przo­ne kom­pu­te­ry. – za­klął pod nosem wy­stu­ku­jąc na kla­wi­szach nic nie mó­wią­cy mi ciąg zna­ków. – Ile to jesz­cze bę­dzie trwać? – sły­sza­łem w jego gło­sie, że był bar­dzo za­gnie­wa­ny.

I pod­eks­cy­to­wa­ny jed­no­cze­śnie. Tak jakby cze­kał na tę chwi­lę od bar­dzo dawna.

Wtem stało się coś za­ska­ku­ją­ce­go: mo­głem wej­rzeć w jego myśli! To zna­czy, nie we wszyst­kie. Nie mo­głem ich swo­bod­nie prze­glą­dać, ani od­czy­tać, co do­kład­nie robi w tym mo­men­cie i dla­cze­go tak się emo­cjo­nu­je.

Wie­dzia­łem za to, że długo się do tego przy­go­to­wy­wał.

Gdy tylko do­szły go słu­chy – a do­szły szyb­ko, bo jako ro­do­wi­ty miesz­ka­niec Rzymu znał pew­nych ludzi – że pa­pież po­sta­no­wił by Sto­li­ca Apo­stol­ska wy­stą­pi­ła jako głów­ny fun­da­tor wy­pra­wy na Eu­ro­pę, by zba­dać tę he­re­tycz­ną re­we­la­cję, w zmian za uczest­nic­two swo­je­go le­ga­ta i wpływ na prze­bieg ope­ra­cji, wie­dział, że to znak dla niego pro­sto od sa­me­go Stwór­cy.

To, co ta ko­smicz­na dia­bel­ska sztucz­ka zro­bi­ła ze świa­tem nie po­do­ba­ło mu się jesz­cze bar­dziej, niż dzie­się­cio­le­cia mo­ral­ne­go ze­psu­cia i upodle­nia przed nią – bo upa­dek czło­wie­ka był praw­dzi­wy, a jego pod­nie­sie­nie się z kolan ob­łud­ne i po­wierz­chow­ne.

Jaki ma być prze­cież sens i war­tość wiary – jed­nej z bo­skich cnót, nie­od­łącz­ne­go wa­run­ku zba­wie­nia – kiedy Słowo Boże można udo­wod­nić? To jest… abo­mi­na­cja. Nawet je­że­li dzię­ki niej grzesz­ne masy zwra­ca­ją swój wzrok w po­szu­ki­wa­niu Boga, to nie jest to po­trze­ba wy­pły­wa­ją­ca z serca. Ani na­dzie­ja na speł­nie­nie tego, co za­pi­sa­ne. To ani wiara, ani na­dzie­ja, ani mi­łość.

To tylko od­ra­ża­ją­ca kal­ku­la­cja, nowa ma­so­wa moda, owczy pęd – wi­do­wi­sko­wy na ze­wnątrz, pusty i bez­re­flek­syj­ny w środ­ku. Tępi zja­da­cze po­pcor­nu zo­sta­li zbom­bar­do­wa­ni bodź­cem ni­czym jak w pod­pro­go­wej re­kla­mie Ca­me­li i prze­pusz­cza­ją pie­nią­dze na ko­szul­ki z aniel­ski­mi ko­ścio­tru­pa­mi, by wy­ku­pić sobie bilet do raju eks­pre­sem pro­sto w górę.

A na ich we­zwa­nie od­po­wia­da­ją rze­sze sa­mo­zwań­czych guru i bluź­nier­czych ka­zno­dziejów, któ­rzy kładą im do głów bred­nie o bo­skim znaku ukry­tym po­śród pisz­cze­li na lo­do­wym za­du­piu da­le­ko poza Zie­mią – jego ogro­dem. Za­po­mi­na­ją, że Bóg dał już jeden znak. Pełny i wy­star­cza­ją­cy. Znak krzy­ża.

Chciał to zni­we­czyć, zwal­czyć, znisz­czyć… i nada­rzy­ła się oka­zja. To było jak głos wprost z nie­bios do jego uszu – taki praw­dzi­wy, sub­tel­ny, nie­do­słow­ny, jak bo­skie tchnie­nie które prze­ni­ka wszyst­ko i wszyst­kich.

Głos z ust sa­me­go Ojca Świę­te­go mó­wią­cy:

„Wy­zna­czam cie­bie na swo­je­go le­ga­ta”.

Nie może zmar­no­wać tej szan­sy.

***

Znów byłem razem z ko­bie­tą o imie­niu Ma­ri­na i… tym Azja­tą. Nie do­sły­sza­łem jesz­cze, jak wła­ści­wie się na­zy­wał, choć wy­da­wał się w jakiś spo­sób zna­jo­my.

Do­tar­li już tam, dokąd chcie­li, jed­nak widok który zastali, mocno roz­mi­nął się z ich ocze­ki­wa­nia­mi. Mieli na­dzie­ję, że znaj­dą na miej­scu coś, co po­mo­że im otwo­rzyć za­ba­ry­ka­do­wa­ny właz do ka­bi­ny pi­lo­ta, by po­wstrzy­mać grze­bią­ce­go w usta­wie­niach trasy du­chow­ne­go.

Coraz le­piej mi szło roz­po­zna­wa­nie, co czują lub myślą.

Ko­bie­ta ki­pia­ła gnie­wem. Roz­glą­da­ła się ner­wo­wo po prze­strze­ni wokół, a każde spoj­rze­nie do­le­wa­ło oliwy do ognia. Skrzyn­ka z na­rzę­dzia­mi roz­pły­nę­ła się w po­wie­trzu. „On ją za­brał”, po­my­śla­ła z wście­kło­ścią. Sta­cjo­nar­ne urzą­dze­nia oraz te sprzę­ty, które mogły się na coś zdać, a nie zmie­ści­ły­by się w skrzyn­ce – wraz z na­rzę­dziow­ni­kiem (w któ­rym mogła wy­pro­du­ko­wać więk­szość po­trzeb­nych na każdą oka­zję przy­bo­rów) i jej uko­cha­nym cięż­kim la­se­rem – były znisz­czo­ne.

– Skur­wy­syn!

– Kom­plet­nie ze­świ­ro­wał.

– Nie. Mu­siał to pla­no­wać od dawna. To nie są pla­sti­ko­we za­baw­ki i nie tak łatwo je roz­mon­to­wać. Mu­siał pod­pa­try­wać jak pra­cu­ję, za­kra­dać się tutaj… za­bi­ję go!

– Chyba, że on wcze­śniej za­bi­je nas. – wy­raź­nie sły­sza­łem strach w jego gło­sie… i wi­dzia­łem go w jego gło­wie – Może już to zro­bił. Może usta­wił kurs ko­li­zyj­ny, prze­szedł wszyst­kie za­bez­pie­cze­nia i może za­ło­żył wła­sne. Skoro to pla­no­wał, to wiele mógł się na­uczyć. Boże!

– Weź się w garść! – spo­licz­ko­wa­ła go tak, że aż mu głowa od­sko­czy­ła w tył. – Nawet jeśli, to znaj­dzie­my spo­sób. Uniesz­ko­dli­wi­my świra i wró­ci­my na wła­ści­wy kurs.

– Jak, kurwa, jak?! Znasz się na pi­lo­ta­żu? Wiesz coś wię­cej niż to, co nam wtło­czy­ły do głów pod­sta­wo­we kursy?

– Nie. – spoj­rza­ła na niego iro­nicz­nie. – Ale gdy­byś za­czął my­śleć za­miast hi­ste­ry­zo­wać, to przy­po­mniał­byś sobie. – nie do­koń­czy­ła. Za­czę­ła krzą­tać się po po­ko­ju, aż zna­la­zła parę naj­prost­szych na­rzę­dzi, na które Ga­briel mu­siał nie zwró­cić uwagi. Scy­zo­ryk, ka­wa­łek zgię­te­go drutu, pro­sty śru­bo­kręt. Dzię­ki nim zdo­ła­ła wy­mon­to­wać parę po­szcze­gól­nych ele­men­tów z bez­u­ży­tecz­nych urzą­dzeń w sobie wia­do­mym celu.

„Pie­przo­na pani MacGy­ver” po­my­ślał męż­czy­zna… a potem go olśni­ło.

– Przy­cisk awa­ryj­ny!

– No w końcu! – unio­sła się znad swo­ich gra­tów. – Pa­mię­tasz jak dzia­ła?

– Po wci­śnię­ciu wraca z au­to­ma­tu na do­myśl­nie wpro­wa­dzo­ny kurs! Sy­gnał po­zba­wio­ny ca­łe­go szmel­cu zwią­za­ne­go z sys­te­mem kom­pu­te­ra, pro­sty me­cha­nicz­ny im­puls!

– To pomóż mi za­nieść to wszyst­ko. – wska­za­ła na cha­otycz­ną mie­sza­ni­nę czę­ści przed sobą. – do kuch­ni. Za­ło­żę się, że tam­tych sprzę­tów nie spie­przył i można bę­dzie z nich coś wy­ci­snąć.

Azja­ta był po wra­że­niem. Przed chwi­lą ledwo co sta­wia­ła kroki, teraz pra­co­wa­ła ni­czym nie­stru­dzo­na ma­szy­na.

– Kim ty je­steś?

Dobre py­ta­nie: Kim ja je­stem?

Hi­sto­ria, którą oglą­da­łem, wcią­gnę­ła mnie bez resz­ty. Wi­dzia­łem i sły­sza­łem wszyst­ko z per­spek­ty­wy ide­al­ne­go widza. Po­chło­nię­ty ob­ser­wa­cją i re­la­cją wy­da­rzeń, która przy­cho­dzi­ła mi bez­wied­nie, ni­czym wpi­sa­ny we mnie ka­te­go­rycz­ny im­pe­ra­tyw, nie­mal­że zu­peł­nie się za­tra­ci­łem.

Nie­mal.

– Ob­le­śną lesbą, nie wie­dzia­łeś? – wy­szli z kadru.

Py­ta­nia, jakie przy­cho­dzi­ły mi na myśl, a które nie otrzy­ma­ły dość czasu, by na nie od­po­wie­dzieć, wró­ci­ły. Mia­łem dla sie­bie uła­mek se­kun­dy nim cie­nie obiek­tów mojej ob­ser­wa­cji znik­ną za nimi i znów zo­sta­nę rzu­co­ny i inne miej­sce.

Spró­bo­wa­łem się ro­zej­rzeć. Na darmo.

Nie do końca! Obraz, który wi­dzia­łem, był ide­al­nie pła­skim pro­sto­ką­tem. Trud­no było na to wpaść, kiedy wokół roz­gry­wa­ła się akcja – ludz­ki wzrok sku­pia się na obiek­tach przy­cią­ga­ją­cych uwagę i igno­ru­je po­zo­sta­łe. Takie jak wła­sny nos, rzęsy, łuki brwio­we… sta­ra­łem się je doj­rzeć, ale nie wi­dzia­łem ich.

Tak jak­bym nie miał ciała.

Co się dzie­je? Kim ja je­stem?

Czym je­stem?

We­szli do po­kła­do­wej kuch­ni. Pełna była po­spo­li­tych sprzę­tów, ta­kich, jakie zna­leźć można w pra­wie każ­dym domu. Nic nie na­ru­szo­ne. Uśmiech za­go­ścił na twa­rzy Ma­ri­ny, a jej we­wnętrz­ny cichy głos wy­szep­tał „Mam cię!”.

Wtedy scena po­wi­ta­ła ko­lej­ne­go ak­to­ra.

***

– Sa­man­ta! – wy­krzyk­nął męż­czy­zna, kiedy w trak­cie roz­bie­ra­nia mi­kro­fa­lów­ki, kątem oka do­strzegł ruch po dru­giej stro­nie gro­dzi. – Sa­man­ta, bogu dzię­ki. Kiedy prze­sta­łaś się wy­dzie­rać my­śla­łem, że… no wiesz. Cie­szę się, że nic ci nie jest.

Ma­ri­na pod­nio­sła się znad pral­ki, a ra­czej tego, co kie­dyś nią było.

– Sa­man­ta, wszyst­ko w po­rząd­ku?

Szczu­pła ko­bie­ta o pło­mien­nych wło­sach zbli­ży­ła się do nich.

– Och, cześć wam. Jak leci?

Męż­czy­zna wy­buchnął hi­ste­rycz­nym śmie­chem.

– Jak leci? Boże! – za­ciął się na mo­ment. – Sły­sza­ły­ście, zwra­cam się do Naj­wyż­sze­go. Wszy­scy po­wa­rio­wa­li­śmy.

– Prze­stań, Yoshi­da. – zna­jo­mo brzmią­ce imię, tak jak­bym kie­dyś kogoś ta­kie­go spo­tkał… jak­bym znał go cał­kiem do­brze. Ko­ja­rzy mi się… przy­jaź­nie. Yoshi­da Ibn Ibra­him… co ja przed chwi­lą po­wie­dzia­łem? – Sa­man­ta, wzię­łaś leki?

– Leki… och, tak. – uśmiech­nę­ła się pro­mien­nie. Po­zo­sta­ła dwój­ka wy­mie­ni­ła mię­dzy sobą po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie. „Le­ka­rzu lecz się sam” po­my­śle­li oby­dwo­je, jakby zsyn­chro­ni­zo­wa­ni.

Yoshi­da. Do­brze go znam. Jemu je­dy­ne­mu opo­wie­dzia­łem o… czym?

– Co ro­bi­cie? – usia­dła na ku­chen­nym bla­cie i ni­czym mała dziew­czyn­ka machała no­ga­mi.

– Bu­du­je­my dzia­ło. – życz­li­wa cier­pli­wość była oczy­wi­stym zna­kiem w gło­sie les­bij­ki.

– Dzia­ło? Po co?

– Żeby tu, kurwa, nie zgi­nąć. – to mówił Yoshi­da. No tak! To mój przy­ja­ciel! Naj­lep­szy… je­dy­ny ja­kie­go tutaj mia­łem. Nie mogę po­zwo­lić, by stało się tutaj… coś złego. Muszę mu pomóc! Muszę się z nim skon­tak­to­wać. Komu ja to wszyst­ko opo­wia­dam?

– Prze­stań! – wark­nę­ła żeń­ska wer­sja su­per­sam­ca. Afekt jaki żywiła do drugiej kobiety był oczy­wi­sty. – Le­piej prze­stań. – po­pra­wi­ła się.

Za­wsze wy­ra­ża­łem się w taki spo­sób?

– Do­brze, do­brze, prze­pra­szam go­łą­becz­ki. Masz – podał jej wy­mon­to­wa­ny z mi­kro­fa­lów­ki me­cha­nizm ma­gne­tro­nu. – Coś jesz­cze?

– Nie, mam już wszyst­ko. Nie­dłu­go bę­dzie go­to­we.

– Super! – rzu­ci­ła z uśmie­chem Sa­man­ta, nadal machając no­ga­mi w bez­tro­skiej pozie. Nie mo­głem prze­nik­nąć jej myśli… ale wła­ści­wie czemu po­tra­fi­łem za­glą­dać lu­dziom do głów?

Czy coś tu jest nie tak?

Spoj­rza­ła na mnie! Unio­sła głowę i skie­ro­wa­ła wzrok do­kład­nie w punkt, z któ­re­go pro­wa­dzi­łem ob­ser­wa­cję! Nadal się uśmie­cha­ła i pa­trzy­ła tak, jakby wie­dzia­ła, że tu je­stem! Z nią jest coś nie w po­rząd­ku. Czy ona nie po­win­na być…

Muszę ostrzec…

Yoshi­da!

Yoshi­da!

Yoshi­da!!!

– Co? – ro­zej­rzał się wkoło.

– Nikt nic nie mówił. – z mo­zo­łem łą­czy­ła ze sobą po­szcze­gól­ne ele­men­ty kon­struk­cji, zmie­nia­jąc bęben pral­ki w coś na kształt elek­tro­ma­gne­tycz­nej ar­ma­ty. – Może też po­wi­nie­neś coś łyk­nąć?

– O kurwa! – krzyk­nął – Przy­po­mnia­łem sobie! Roz­ma­wia­łem z nim przez łącz­ność lo­kal­ną. Po­wi­nien już dawno tu być!

– O kim ty mó­wisz? – coś bły­snę­ło w sy­nap­sach – No tak! Robił od­wier­ty! Nie mógł zo­stać tak długo na ze­wnątrz, coś mu­sia­ło się mu stać… jak on się na­zy­wał? – wpa­dła w kon­ster­na­cję zda­jąc sobie spra­wę, że nie po­tra­fi­ła wy­szu­kać w pa­mię­ci imie­nia czło­wie­ka, z któ­rym żyła dzie­ląc jedną prze­strzeń przez dwa­na­ście lat.

– Ja… nie pa­mię­tam. – to, co po­czuł było czymś wię­cej niż kon­ster­na­cją. To było praw­dzi­we po­czu­cie winy. Ten czło­wiek był jego kum­plem. Może nie miał tutaj du­że­go wy­bo­ru jeśli cho­dzi o za­wie­ra­nie przy­jaź­ni, a każdy (nawet naj­więk­szy twar­dziel) po­trze­bu­je kogoś, by mu się wy­ga­dać ot tak raz na parę lat, ale kurwa, jak może nie pa­mię­tać jego imie­nia? Po­tra­fił przy­po­mnieć sobie wszyst­ko, znał hi­sto­rię jego życia. Nawet te okrop­ne mo­men­ty, które czło­wiek wy­zna­je tylko w chwi­lach to­tal­nej sła­bo­ści. Wie­dział, czemu na­praw­dę tam­ten zde­cy­do­wał się po­le­cieć:

Wie­dział o wy­pad­ku, który zabił jego dzie­ci i po­grze­bał mał­żeń­stwo. Wie­dział, że le­czył się potem na schi­zo­fre­nię.

…zaraz, czy oni nie roz­ma­wia­ją o mnie?

Jak ja wła­ści­wie się na­zy­wam?

***

Ma­ri­na Gu­ten­bau­er była twar­dą babką.

Mu­sia­ła taka być – nie było in­ne­go wyj­ścia, by prze­trwać w trud­nej rze­czy­wi­sto­ści smut­ne­go kom­plek­su prze­my­sło­we­go środ­ko­wych Nie­miec, który nie­udol­nie uda­wa­ł mia­sto. Oj­ciec pra­co­wał na linii pro­duk­cyj­nej gór­ni­czych me­chów, matka sprzą­ta­ła w do­mach tych, któ­rzy sie­dzie­li w wy­god­nych ga­bi­ne­tach we­wnątrz bu­dyn­ków re­pre­zen­ta­cyj­nych fa­brycz­nych spół­ek – oboje wy­cho­dzi­li wcze­śnie i wra­ca­li późno. Nie na­rze­ka­ła: do­sko­na­le ra­dzi­ła sobie sama, nawet jako mała dziew­czyn­ka. Już wtedy widać było, że wy­ro­śnie na wy­jąt­ko­wo brzyd­ką ko­bie­tę.

Nic za to nie za­po­wia­da­ło, że zo­sta­nie jed­nym z naj­lep­szych spe­cja­li­stów od cięż­kiej me­cha­ni­ki – „a jed­nak udało mi się!” po­my­śla­ła. „Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że całe życie będę tkwić w tam­tym gów­nie. W środ­ku slum­sów, gdzie by wyjść na ze­wnątrz trze­ba za­kła­dać maski ochron­ne, bo nikt nie trosz­czy się o wen­ty­lo­wa­nie za­nie­czysz­czeń stam­tąd. Pić brud­ną wodę i jeść na­pa­ko­wa­ne che­mią żar­cie. Udało mi się z tego wy­rwać i nie po­zwo­lę, by inne gówno mnie do­rwa­ło. Sły­szysz, ojcze Shmith?”

Przy­po­mnia­ła sobie, jak spo­tka­ła go po raz pierw­szy. Była nie­mal­że u progu okre­su doj­rze­wa­nia, etapu gdzie jej ko­le­żan­ki na­bie­rać miały swo­ich ko­bie­cych przy­mio­tów – ale nie ona. Nie miała zresz­tą ko­le­ża­nek. Wo­la­ła łapać zmu­to­wa­ne jasz­czur­ki, niż przy­mie­rzać su­kien­ki. Więk­szość czasu spę­dza­ła sama… a jeśli nie, to w to­wa­rzy­stwie chłop­ców. Cza­sem źle się to koń­czy­ło. Prze­waż­nie źle się to koń­czy­ło. Tak jak tym razem, kiedy ucie­ka­ła z posiniaczoną twarzą przed bandą dzie­cia­ków  (nie pa­mię­ta­ła już o co po­szło) i w de­spe­rac­kim akcie oca­le­nia rzu­ci­ła się ku bra­mie lo­kal­ne­go ko­ścio­ła.

– Co się stało, dzie­cin­ko? – cie­pły głos z głębi bu­dyn­ku wy­szedł jej na spo­tka­nie. Nie wi­dzia­ła, kto mówi (było na to zbyt ciem­no), ale mogła się tego do­my­ślać. Oj­czu­lek. Szur­nię­ty pa­stor, który w chłod­ne noce wy­cho­dzi roz­da­wać koce bez­dom­nym ćpu­nom. O tym, co jesz­cze robi, krą­ży­ły le­gen­dy. – Ktoś zro­bił ci krzyw­dę?

Po­ka­zał się. Wy­szedł jej na­prze­ciw.

Chcia­ła czmych­nąć stąd czym prę­dzej, ale nie miała dokąd. Wie­dzia­ła, co czeka ją, jeśli teraz wyj­dzie z tego bu­dyn­ku.

– Je­stem Bar­ney Shmith, pa­stor. – zbli­żył się do niej. – Tutaj nic ci nie zro­bią, mo­żesz się uspo­ko­ić. Chcesz może kubek cie­płe­go kakao?

Chcia­ła.

Nie zda­wa­ła sobie z tego spra­wy, ale ta uciecz­ka przez za­gro­że­niem, skry­cie się w mu­rach – bied­nej i zruj­no­wa­nej, ale to tylko osno­wa rze­czy – świą­ty­ni, było mo­men­tem zwrot­nym w jej życiu. Do­zna­ła prze­mie­nie­nia.

Jasne, nie od­by­ło się to od razu.

Pa­stor Shmith zba­wiał ją ka­wa­łek po ka­wa­łecz­ku, przy każ­dym z ich spo­tkań. Naj­pierw cią­gnę­ło ją do jego ko­ścio­ła cie­płe kakao… potem zro­zu­mie­nie i ak­cep­ta­cja. Nigdy jej nie od­rzu­cił: nawet gdy pew­nej nocy (nie­dłu­go miała być peł­no­let­nia, przy­po­mi­na­ła sobie) wpa­dła do jego domu, a z boku są­czył jej się stru­mień krwi. Rana po­strza­ło­wa. Nie pytał, co ją spo­tka­ło.

Mimo to, ma­ja­cząc i ze łzami w oczach, opo­wie­dzia­ła. To miał być jeden pro­sty skok. Wy­star­czy­ło, że otwo­rzy jeden wej­ścio­wy zamek – znała się na tym do­brze, co jak to ale od za­wsze miała rękę do wszyst­kie­go za­wie­ra­ją­ce­go śrub­ki i dru­ci­ki – a potem tylko jeden sejf. Łatwa ro­bo­ta. Nikt nie miał przy tym ucier­pieć, jed­nak coś po­szło nie tak…

Nie po­wie­dział nic. Opa­trzył ją (skąd to po­tra­fił, bała się za­py­tać) i tylko pa­trzył w jej stro­nę z tym okrop­nym wy­ra­zem twa­rzy. Nie zło­ści czy żalu, nie po­gar­dy czy nie­za­do­wo­le­nia – ale współ­czu­cia. Nie mogła tego znieść.

– Co Bóg sądzi, o kimś takim jak ja? – za­py­ta­ła ata­ku­ją­co.

– Każdy może po­błą­dzić i wszy­scy mogą zo­stać zba­wie­ni. Wy­star­czy tylko ża­ło­wać za…

– Nie o tym mówię ojcze. – spoj­rza­ła w stro­nę swo­jej do­pie­ro co za­szy­tej rany. – Wiesz o czym

– Wiem.

– So­do­ma i Go­mo­ra, tak? Je­stem ska­za­na na po­tę­pie­nie, mimo, że nie mia­łam wy­bo­ru.

– To nie tak dziec­ko…

– A jak?! – krzyk­nę­ła. – Żal za grze­chy to pod­sta­wo­wy wa­ru­nek zba­wie­nia, sam mó­wi­łeś mi o tym! Jak mam ża­ło­wać tego, jaka je­stem?!

– Wy­słu­chaj mnie, pro­szę. – mówił tym samym, spo­koj­nym tonem. Jak to ją wku­rza­ło! – Każdy ma swój krzyż i cały sens, by sta­rać się go po­dźwi­gnąć. Nie ma czło­wie­ka, który by był bez grze­chu…

– Grze­chu! No pięk­nie!

Ze­rwa­ła się z miej­sca – ostry ból prze­szył ranę – i po­dą­ży­ła do drzwi.

– Źle to ro­zu­miesz… źle się wy­ra­zi­łem. Mia­łem na myśli, że…

– Ro­zu­miem to do­sko­na­le! Pro­sty, czar­no-bia­ły, sys­tem mo­ral­ny. Albo pa­su­jesz, albo nie. Ja nie pa­su­ję. Nie ma więc po­wo­du, żebym zmie­nia­ła co­kol­wiek w swoim życiu. – znów spoj­rza­ła w jego oczy. – I prze­stań mi współ­czuć! Gówno wiesz! Żyję, jak chcę!

Wy­szła i nie oglą­da­ła się za sie­bie. Sły­sza­ła, jak do niej woła, ale nie chcia­ła tego słu­chać. Nie chcia­ła roz­grze­sze­nia, zba­wie­nia, tro­skli­we­go po­kle­py­wa­nia po głów­ce. Czego więc chcia­ła?

Minął może z mie­siąc, kiedy za­czy­na­ła znaj­do­wać od­po­wiedź na to py­ta­nie. Po­sta­no­wi­ła znów się z nim zo­ba­czyć. Wie­dzia­ła już, o co cho­dzi: nie o Boga, nie o zba­wie­nie, nawet nie o jej orien­ta­cję sek­su­al­ną. Po pro­stu nie­na­wi­dzi­ła sie­bie, swo­je­go życia, swo­je­go świa­ta…

W ko­ście­le po­wi­tał ją ktoś inny. Nowy pa­stor. Po­wie­dział jej, że Bar­ney Shmith zgi­nął dwa dni temu. Jakiś ćpun zabił go dla paru gro­szy, kiedy ten wy­cią­gał ku niemu po­moc­ną dłoń. Tyle było warte jego po­świę­ce­nie!

Akt prze­isto­cze­nia za­koń­czył się. Ma­ri­na Gu­ten­bau­er, brzyd­ka córka ro­bot­ni­ka ze slum­sów, po­sta­no­wi­ła, że do­ko­na w swoim życiu cze­goś wię­cej. Za­cznie nieść swój krzyż… któ­rym wcale nie była jej skłon­ność do re­pre­zen­tan­tek tej samej płci, wie­dzia­ła to do­brze.

Prze­cież jego życie nie mogło iść na marne, nie kogoś ta­kie­go. Ale, do cho­le­ry, mu­siał się prze­cież li­czyć z tym, jak to może się skoń­czyć…

A ona?

Czy też mogła prze­wi­dzieć taki bieg wy­pad­ków, gdy roz­po­czę­ła sta­ra­nia, by do­stać się na listę wy­brań­ców wy­cho­dzą­cych Bogu na spo­tka­nie?

Chyba znała od­po­wiedź.

***

Znów byłem w kok­pi­cie. Wi­sia­łem gdzieś w górze, parę me­trów nad pod­ło­gą, ist­nie­jąc wy­łącz­nie jako wy­tę­żo­ny do gra­nic wzrok i słuch… i głos, który nie mógł prze­stać opi­sy­wać.

Byłem jak ma­szy­na skon­stru­owa­na wy­łącz­nie by zda­wać re­la­cję z obiek­tu swo­je­go spo­strze­ga­nia.

Jak… nar­ra­tor.

„Muszę coś z tym wszyst­kim zro­bić!” po­my­śla­łem. Tylko co?

Legat roz­prę­żył się na fo­te­lu.

Jego praca zo­sta­ła ukoń­czo­na. Wy­star­czy tylko na­ci­snąć ostat­ni przy­cisk i ko­men­da o mę­czeńskim rej­sie wprost w źró­dło ob­łu­dy prze­mie­rzy w ułam­ku se­kun­dy nad­prze­wo­dzą­ce oka­blo­wa­nie me­cha­nicz­ne­go mo­lo­cha – który ni­czym jakaś bez­boż­na i obrzy­dli­wa wer­sja Adama wy­cią­ga swoją dłoń w kie­run­ku Za­ka­za­ne­go Owocu, zwie­dzio­ny przez to, co kocha i czemu ufa: na­uko­wy ra­cjo­na­lizm – i za­koń­czy to wiel­kie mię­dzy­pla­ne­tar­ne bluź­nier­stwo raz na za­wsze.

Się­gnął do poły swo­jej szaty.

Wy­cią­gnął ró­ża­niec z czer­wo­nych pereł, zwień­czo­ny srebr­nym krzy­żem z po­do­bi­zną Je­zu­sa, cier­pią­ce­go przez ludz­ką nie­wia­rę i za­wiść. Pój­dzie w jego ślady, wzo­rem pierw­szych chrze­ści­jan, umie­ra­jąc za Boga Praw­dzi­we­go.

Nie jego wy­pa­czo­ną wer­sję w umy­słach przy­ku­tych do kom­pu­te­ro­wych mo­ni­to­rów ludzi, któ­rzy oglą­da­ją zdję­cia Świę­tej Pa­nien­ki ob­ja­wio­nej na to­stach.

Sły­szał, że tamci coś pla­nu­ją po dru­giej stro­nie za­ry­glo­wa­ne­go włazu. Nie ob­cho­dzi­ło go to, już pra­wie do­peł­nił swo­je­go dzie­ła. Jesz­cze tylko jeden ruch i wszyst­ko po­to­czy się ku na­le­ży­te­mu za­koń­cze­niu. Klik­nął „Y”. Już nie ma od­wro­tu. Lek­kie szarp­nię­cie zna­mio­nu­je zmia­nę kursu.

Przy­zna­wał przed sobą, że miał wcze­śniej wąt­pli­wo­ści. Do ostat­niej chwi­li nie wie­dział jak roz­wią­zać pro­blem, z któ­rym sta­nął w szran­ki. Ob­my­ślał plan znisz­cze­nia ob­łud­ne­go zna­le­zi­ska, kiedy tylko znaj­dzie się na po­kła­dzie. Mógł po­świę­cić sie­bie sa­me­go, na przy­kład wy­sa­dzić się wraz z lo­do­wą bryłą, kiedy jesz­cze bę­dzie w ła­dow­ni: nie po­win­no to za­sad­ni­czo uszko­dzić stat­ku… ale mo­gli­by po­zbie­rać reszt­ki, coś na pewno by zo­sta­ło. Mimo to wahał się i wzdra­gał przed osta­tecz­nym roz­wią­za­niem. Na szali nie leżał tylko jego żywot. Trwał­by tak pew­nie w za­wie­sze­niu jesz­cze długi czas, gdyby nie wola boska, która go na­tchnę­ła. Od niej do­wie­dział się, jak ma po­stą­pić: i zga­dzał się z nim w zu­peł­no­ści! Nie ma mowy o grze­chu, kiedy roz­kaz wę­dru­je pro­sto z nieba!

Bie­da­cy! Pra­wie ża­ło­wał ich mar­nych eg­zy­sten­cji.

Cho­ciaż… czy miał powód do żalu? Ich za­twar­dzia­łe umy­sły nie zdol­ne były przy­jąć do sie­bie Pana. Nikt z nich nie był zdol­ny do­strzec jego świa­tła – a prze­cież było tak jasne. Ośle­pia­ją­ce dla ma­łe­go czło­wie­ka, nie­god­ne­go oglą­da­nia Jego ma­je­sta­tu.

Ale on je uj­rzał. Blady blask roz­świe­tla­ją­cy prze­strzeń…

…chyba… też to wi­dzia­łem.

***

Tak.

Przy­po­mi­nam sobie.

Widzę to coraz wy­raź­niej.

Szyb­ko! Musze przy­po­mnieć sobie jak naj­wię­cej nim, siła za­da­ją­ca gwałt mojej woli rzuci mną ku ko­lej­nej ob­ser­wa­cji! Kiedy nie ma się ciała, dużo cię­żej sobie co­kol­wiek przy­po­mnieć…

Mam! Uchwy­ci­łem to!

***

Widzę męż­czy­znę w ska­fan­drze. Roz­glą­da się ner­wo­wo wokół.

Wy­glą­da jakby do­słow­nie zo­ba­czył ducha.

Męż­czy­zna… to ja.

Więc ist­nia­łem wcze­śniej, w innej for­mie! Czu­łem to, sie­dzia­ło to we­wnątrz mnie, za­kry­te ni­czym ca­łu­nem okry­wa­ją­cym zwło­ki, tak, by nie na­rzu­ca­ło się mo­je­mu spo­strze­ga­niu – ale do­strze­głem to. Wy­star­czy­ło po to się­gnąć, wy­star­czy­ło sku­pić wzrok do we­wnątrz, nie na ze­wnątrz. In­for­ma­cje za­le­wa­ją mnie cie­płą falą – coraz wię­cej przy­po­mi­nam sobie z daw­ne­go mnie.

Na iro­nię, nawet w rze­czy­wi­sto­ści skon­stru­owa­nej z wła­snych wspo­mnień nie po­tra­fię się ode­rwać od bez­cie­le­sno­ści trze­ciooso­bo­we­go ob­ser­wa­to­ra. Może to i le­piej. Może uda mi się uchwy­cić cały sens chwi­li – a do­my­ślam się, że jest w tym jest klucz.

Klucz do czego? Prze­cież ja nie ist­nie­ję. Czemu za­le­żeć mia­ło­by mi na zmia­nie biegu wy­pad­ków, czemu an­ga­żu­ję się w coś, co mnie nie do­ty­czy? Je­stem tylko iskrą świa­do­mo­ści, kartą per­ga­mi­nu i pió­rem, które uwiecz­nia na niej hi­sto­rię. Kla­wia­tu­rą kom­pu­te­ra i edy­to­rem tek­stu, wy­świe­tla­ją­cym li­te­ra po li­te­rze…

Nie mogę tak my­śleć! Wspo­mnie­nie zbie­gnie, nim doj­rzę je do końca! Kie­dyś prze­cież ist­nia­łem, sta­łem tam, po­śród lo­do­wej pu­sty­ni… a razem ze mną stały widma zmar­łych.

Ta kupa ści­śnię­tej mro­zem wody to naj­praw­dziw­szy na­wie­dzo­ny gro­bo­wiec, ga­lak­tycz­ny cmen­tarz na któ­rym stra­szą dusze, które opu­ści­ły swe ciała. Przy­cią­ga je jak ma­gnes.

Do­strze­gam świa­tło.

Ono ma po­stać! Teraz, pa­trząc oczy­ma, które od­por­ne są na jego ośle­pia­ją­cą moc, mogę wy­raź­nie uj­rzeć to, co za nim się ukry­wa. Widzę smu­kłą syl­wet­kę, szczu­płe dło­nie o dłu­gich pal­cach, wy­dat­ną klat­kę pier­sio­wą, głowę tro­chę zbyt dużą niż su­ge­ro­wa­ły­by to pro­por­cje. Widzę oczy. Wpa­tru­ją się we mnie. Tam­te­go mnie.

To nie czło­wiek! Przy­cią­ga mnie do sie­bie jakąś nie­poj­mo­wal­ną siłą.

Męż­czy­zna-Ja roz­sz­czel­niam ska­fan­der. W jed­nej chwi­li moje ciało obej­mu­je to­tal­ny mróz, skost­nie­nie nisz­czą­ce ko­mór­ki w ułam­kach se­kund. Po­stać w świe­tle pędzi ku mnie z osza­ła­mia­ją­cą pręd­ko­ścią. Chce do­się­gnąć mnie, nim… umrę. Chce mnie po­chwy­cić.

Nie udało się.

Je­stem za­mknię­ty w czer­ni. Ma sfe­rycz­ny kształt, tak jak­bym znaj­do­wał się we­wnątrz ba­lo­nu nie­prze­pusz­cza­ją­ce­go świa­tło. Dry­fu­ję w bez­cza­sie. Nic się nie dzie­je, nic nie do­strze­gam, nic nie re­je­stru­ję. Wokół mnie za­my­ka się pust­ka.

Nie żyję.

***

Dzia­ło elek­tro­ma­gne­tycz­ne jest już ukoń­czo­ne. Usta­wi­li je przed za­po­rą od­dzie­la­ją­ca ich od ka­bi­ny pi­lo­ta, gdzie znaj­do­wał się ich ra­tu­nek.

Les­bij­ka o ciele sztan­gi­sty z dumą pa­trzy na swoją kon­struk­cję. Yoshi­da ma jed­nak wąt­pli­wo­ści.

– Jak to ma otwo­rzyć nam drzwi? Wiesz, nie znam się na tym jak ty, ale nie wy­glą­da mi to na nową ge­ne­ra­cję wy­try­cha kie­szon­ko­we­go.

– Bo nie otwo­rzy­my ich. – spoj­rza­ła mu pro­sto w oczy. – Skoro mój cięż­ki laser wy­padł z obie­gu, nie ma na tym stat­ku nic, co zdo­ła­ło­by na­ru­szyć wej­ście do kok­pi­tu. To nie jakiś tam właz, to gruby na pół metra stop naj­tward­szych ma­te­ria­łów pod Słoń­cem.

– Jak to kurwa?! Mó­wi­łaś mi, że wej­dzie­my tam i wci­śnie­my ten je­ba­ny wiel­ki czer­wo­ny grzy­bek bez­pie­czeń­stwa!

– Mia­łam na myśli, że go uru­cho­mi­my. I że za­je­bie­my tego ku­ta­sa tam w środ­ku. Nic wię­cej.

– Jak ty to sobie wy­obra­żasz?

– Prze­stań pier­do­lić i pomóż mi to przy­sta­wić!

Usłu­chał. Nikt nie chciał­by za­dzie­rać z na­bu­zo­wa­ną ad­ap­ta­cją Su­per­ma­na w spód­ni­cy. Umiej­sco­wi­li pod­ra­so­wa­ną pral­kę tak, by przy­le­ga­ła jak naj­szczel­niej do za­trza­śnię­tych drzwi kok­pi­tu.

– Po­słu­chaj. – ode­zwa­ła się. – To nasze je­dy­ne wyj­ście. Wiesz co znaj­du­je się za tymi drzwia­mi? Ty­sią­ce nad­prze­wod­ni­ków, ki­lo­gra­my me­ta­li ma­gne­tycz­nych, gi­ga­wa­ty ener­gii tkwią­ce w de­li­kat­nej rów­no­wa­dze. My tę rów­no­wa­gę za­bu­rzy­my.

– Czyli?

– Wy­wo­ła­my tam istną elek­trycz­na burzę. Opa­li­my tego ku­ta­sa tak, że się bę­dzie zle­wał ze swoim czar­nym wdzian­kiem. Do tego taki szok po­wi­nien uru­cho­mić awa­ryj­ną in­sta­la­cję. Jeśli nam się po­szczę­ści.

– A jeśli nie?

– To wy­wa­li­my tę budę w po­wie­trze. Pa­su­je?

Miał już tego ser­decz­nie dość. Dwa­na­ście lat w za­mknię­ciu, śmierć An­gu­sa – nie za­słu­gi­wał na to, nawet jeśli był dup­kiem… potem nie­ist­nie­ją­cy głos ja­kie­goś bez­i­mien­ne­go go­ścia wo­ła­ją­ce­go go. Niech to się wresz­cie skoń­czy, co mu tam.

– Pa­su­je. – od­po­wie­dział.

***

Kiedy, usa­do­wiw­szy się wy­god­nie w czar­nym skó­rza­nym fo­te­lu we­wnątrz jed­ne­go z ga­bi­ne­tów za­ję­tych przez no­wo­pow­sta­łą Mię­dzy­na­ro­do­wą Or­ga­ni­za­cję Po­dró­ży Ko­smicz­nych, prze­glą­dał wy­ne­go­cjo­wa­ne wa­run­ki swo­je­go kon­trak­tu, wy­obra­żał sobie zu­peł­nie ina­czej to, co go spo­tka.

Prze­cież wszyst­ko miało pójść po jego myśli! On dyk­to­wał wa­run­ki! Kiedy je­steś o krok, by stać się naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nym czło­wie­kiem nauki od cza­sów Ste­phe­na Haw­kin­ga, ostat­nia rzecz, jaka prze­cho­dzi ci przez myśl to moż­li­wość, że nie zdą­żysz nawet na­cie­szyć się swoją sławą, bo jakiś fa­na­tycz­ny świr dozna ataku pa­dacz­ki i weź­mie o wiele zbyt serio gadkę o ta­jem­ni­cy stwo­rze­nia!

A miało być tak pięk­nie…

Jako je­dy­ny – nawet na­dę­ty bufon Angus lizał tyłki de­cy­den­tów, by wziąć udział w locie wszech­cza­sów – nie mu­siał za­bie­gać o wcią­gnię­cie go na listę zwy­cięz­ców. To o niego za­bie­ga­no. Był naj­lep­szym spe­cja­li­stą w swo­jej dzie­dzi­nie, do tego je­dy­nym na tyle sza­lo­nym, by mieć wcze­śniej do czy­nie­nia z astro­nau­ty­ką. Badał zdol­no­ści do prze­trwa­nia pro­stych or­ga­ni­zmów na po­wierzch­ni księ­ży­ca, pro­wa­dził eks­pe­ry­men­ty z ge­ne­tycz­nie mo­dy­fi­ko­wa­ny­mi po­ro­sta­mi na Mar­sie. Nie mieli od­po­wied­niej­sze­go kan­dy­da­ta do swo­jej misji, bo spo­śród kogo mieli wy­bie­rać? Na­dę­tych pa­si­brzu­chów, któ­rych je­dy­ną am­bi­cją jest udział w pro­gra­mie na Di­sco­ve­ry w roli eks­per­ta, by za­re­kla­mo­wać swoją nową książ­kę, gdzie dzie­sią­ty raz piszą to samo o tym samym.

On był inny: już od szkol­nych lat wie­dział czemu chce się po­świę­cić. Pa­trzył raz po raz to w po­więk­sza­ją­ce szkieł­ko lupy, to w przy­bli­ża­ją­ce szkło te­le­sko­pu – i ma­rzył, by pew­ne­go dnia po­łą­czyć swoje za­in­te­re­so­wa­nia. Gdy przy­szło roz­stać się z dzie­cię­cy­mi pra­gnie­nia­mi i wy­brać tylko jedną ko­chan­kę, któ­rej miał się po­świę­cić: po­sta­wił na bio­lo­gię. Szyb­ko oka­za­ło się, że jest w tym świet­ny. Tu szcze­pion­ka prze­ciw­ko jed­nej z nie wia­do­mo ilu wa­ria­cji zmu­to­wa­nej grypy, tam od­kry­cie al­ter­na­tyw­nej ga­łę­zi ewo­lu­cji małp człe­ko­kształt­nych i ka­te­drę na Ha­rvar­dzie miał w kie­sze­ni.

Wtedy to do­pie­ro za­czę­ło się życie! Te stu­dent­ki! Po­ubie­ra­ne jedna w drugą wedle naj­now­szej mody, która bar­dziej od­kry­wa­ła, niż za­kry­wa­ła. Każda ob­se­syj­nie li­czą­ca ka­lo­rie, gibka, zwin­na. Każda żywo za­in­te­re­so­wa­na po­zna­niem jego, ge­niu­sza współ­cze­snej bio­lo­gii. Każda am­bit­na i żywo za­in­te­re­so­wa­nia grun­tow­nym prze­eg­za­mi­no­wa­niem, by uzy­skać jak naj­wyż­sze noty na dy­plo­mie. Tak, przy­szłość świa­to­wej nauki le­ża­ła w do­brych – de­li­kat­nych i nie­sa­mo­wi­cie spraw­nych – rę­kach, tego był pe­wien.

Więk­szo­ści nawet już nie pa­mię­tał. Przy­cho­dzi­ły i od­cho­dzi­ły, z żadną nie na­wią­zał dłuż­szej zna­jo­mo­ści. Prócz Ha­riett. Ona była inna.

Pa­mię­tał ich pierw­szy raz (nawet my­śląc o tym, ostroż­nie do­bie­rał słowa – jego upodo­ba­nia mogły odbić się na re­pu­ta­cji). Spę­dzi­li go wy­na­ję­tym po­ko­ju mo­te­lu „Wi­sien­ka”. Wy­strój wnętrz mocno na­wią­zy­wał do nazwy. Od­no­to­wał fakt, że nawet cał­kiem naga nadal miała za­wie­szo­ny na szyi łań­cu­szek z krzy­ży­kiem.

– Krę­pu­je cię to? – za­py­ta­ła go.

– Nie, mnie to obo­jęt­nie. – od­po­wie­dział i za­bra­li się do rze­czy.

Po wszyst­kim le­że­li obok sie­bie, zmę­cze­ni. Ona za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa: on nie miał ocho­ty. Wszyst­ko wy­glą­da­ło jak każda jedna z tego typu hi­sto­rii… i wtedy za­da­ła to py­ta­nie:

– Jak to z tobą jest? – pod­nio­sła się z po­ście­li i spoj­rza­ła na niego.

– To zna­czy?

– No wiesz… – chwy­ci­ła swój wi­sio­rek. – Wie­rzysz w Boga?

Za­śmiał się. Cios spadł nie­spo­dzie­wa­nie.

– Któ­re­go? – od­parł roz­ba­wio­ny.

– Skoro o to py­tasz… wiem, lu­dzie dziw­nie na nas pa­trzą… je­stem Świad­kiem.

„Świad­kiem Je­ho­wy, no jasne!” za­śmiał się w duchu „Nie wi­dzia­łem spryt­niej­sze­go spo­so­bu, by ktoś prze­pu­ścił cię przez próg i po­ga­dał o Je­zu­sie, niż pójść z nim do łóżka”. Mimo to nie mógł po pro­stu urwać te­ma­tu: miał skru­pu­ły a coś się jej na­le­ża­ło za to, co wy­pra­wia­ła przed chwi­lą. Jej wy­mow­ne spoj­rze­nie su­ge­ro­wa­ło, że po­wi­nien się ode­zwać:

– Je­stem nie­wie­rzą­cy. Nie wiem jak ktoś, kto bie­rze pod lupę zja­wi­sko jakim jest życie, mógł­by wie­rzyć w jakiś wiel­ki plan, kre­acjo­nizm, albo nie­ma­te­rial­ne ist­nie­nie. Wszyst­ko to tylko parę re­ak­cji che­micz­nych o tutaj. – za­wi­ro­wał pal­cem wokół skro­ni. Szcze­rze to dzi­wię się, że ktoś stu­diu­ją­cy bio­lo­gię może bawić się w cos ta­kie­go.

Doj­rzał coś no­we­go w jej spoj­rze­niu. Jakby… współ­czu­cie?

– Wi­dzisz, ja pa­trząc w tę lupę o któ­rej mó­wi­łeś, nie mogę zro­zu­mieć, jak ktoś może nie wie­rzyć w ten plan.

– Po­słu­chaj. Sły­sza­łem już to wszyst­ko. Cały szajs o Bogu na dnie kie­li­cha. Piłem z wielu i z żad­ne­go się do mnie nie ode­zwał. Nie ku­pu­ję tego.

Chwi­la mil­cze­nia. Na tyle długa, by po­czuć się nie­zręcz­nie.

– Chyba już pójdę.

– Jak chcesz.

Wsta­ła i ze­bra­ła swoje rze­czy.

Wtedy po­my­ślał, że woli nie mieć z nią do czy­nie­nia już nigdy wię­cej w wa­run­kach po­za-służ­bo­wych. Już na­stęp­ne­go dnia zmie­nił zda­nie.

Spo­ty­ka­li się re­gu­lar­nie, póki nie ode­bra­ła dy­plo­mu stwier­dza­ją­ce­go owoc­ny ko­niec jej edu­ka­cji i wy­je­cha­ła robić ka­rie­rę („za­dzwo­nię”, obie­cy­wa­ła, ale nie za­dzwo­ni­ła – on też nie). Przez cały ten czas kiedy się spo­ty­ka­li, nie po­ru­sza­li już wię­cej tam­te­go te­ma­tu, ogól­nie nie roz­ma­wia­li zbyt wiele – po pro­stu się pie­przy­li. To nie było nic po­waż­ne­go, mówił sobie. Mimo to praca prze­sta­ła go sa­tys­fak­cjo­no­wać.

W końcu nada­rzy­ła się oka­zja. Zre­zy­gno­wał z cie­płej po­sad­ki i życia uni­wer­sy­tec­kie­go play­boya. De­cy­zję po­dej­mo­wał z cięż­kim ser­cem, ale wie­dział, czyim męż­czy­zną jest na pierw­szym miej­scu – w mię­dzy­gwiezd­ną ot­chłań gnało go po­wo­ła­nie nauki. Po­le­ciał w ko­smos pierw­szy raz. Potem drugi i jesz­cze jeden – na coraz dłuż­sze wy­pra­wy. Efekt żad­nej z nich nie był w sta­nie go za­do­wo­lić: mi­zer­ne wy­ni­ki, zero prze­ło­mo­wych wnio­sków. Tra­cił lata, a na Ziemi po­ja­wia­li się nowi spe­cja­li­ści: młod­si, bar­dziej bły­sko­tli­wi.

Wtedy całe śro­do­wi­sko ludzi z jego bran­ży do­sta­ło cios w twarz. Ma­te­riał bio­lo­gicz­ny poza Zie­mią i to jaki ma­te­riał! Nie strzęp­ki bak­te­rii pod pyłem Marsa. Nawet nie zło­żo­ne, ni­by-zwie­rzę­ce, or­ga­ni­zmy, któ­rych paru ma­rzy­cie­li śmia­ło tam ocze­ki­wać. Za to szkie­let, który mógł być gwoź­dziem do trum­ny dla wia­ry­god­no­ści wszel­kich za­ło­żeń od epoki oświe­ce­nia. Zbul­wer­so­wa­ło go to, jako za­twar­dzia­łe­go ra­cjo­na­li­stę… ale też pod­nie­ca­ło.

Za­dzwo­ni­ła do niego z jed­nej z no­wo­jor­skich budek, które ja­kimś cudem prze­trwa­ły mimo upły­wu czasu. Re­likt z prze­szło­ści, w któ­rej czło­wiek nie był za­wsze on­li­ne, miał przy­po­mi­nać o słod­kich cza­sach.

Spo­tka­li się znowu i jak przed laty nie roz­ma­wia­li z po­cząt­ku wiele. Uka­zu­jąc sobie na­wza­jem swoje nagie ciała do­zna­li niby aktu prze­nie­sie­nia: w od­le­gły czas i miej­sce, wnę­trze po­ko­ju w mo­te­lu „Wi­sien­ka”. Nawet nie do­strzegł, by się jakoś po­sta­rza­ła. Za­szła w niej tylko jedna zmia­na.

Na łań­cusz­ku nie było już krzy­ży­ka.

Za­miast niego dyn­dał wcze­sno­chrze­ści­jań­ski sym­bol ryby, przy­wo­dzą­cy na myśl sche­mat po­dwój­nej he­li­sy.

Nie pytał o to: skoro do­ko­na­li po­dró­ży po­przez czas, to był pe­wien, że sama po­ru­szy ten temat, gdy bę­dzie już po wszyst­kim.

– Czy twoje po­glą­dy zmie­ni­ły się od tam­te­go czasu? – za­py­ta­ła z uśmie­chem sa­tys­fak­cji. Rów­nie do­brze mogła za­py­tać: i jak, nadal czu­jesz się taki mądry po tym, co ogło­si­li mie­siąc temu na każ­dym ka­na­le każ­dej te­le­wi­zji na pla­ne­cie? Na dnie kie­li­cha nadal nic się nie zna­la­zło?

– Widzę, że zmie­ni­łaś łań­cu­szek. Wi­dzia­łem gdzieś nie­daw­no ten sym­bol.

– W prze­ci­wień­stwie do cie­bie – ką­ci­ki ust po­wę­dro­wa­ły jesz­cze wyżej. – ja nie je­stem fa­na­tycz­ką, po­tra­fię zmie­nić po­glą­dy.

– Do kogo teraz na­le­żysz panno zmien­na?

Chwy­ci­ła łań­cu­szek.

– Wspól­no­ta no­wych pierw­szych chrze­ści­jan pod we­zwa­niem Phi­li­pa K. Dicka. To, czego do­znał, co po­wie­dział i…

Prze­rwa­ła, bo za­czął się śmiać. Wie­dział, że może ją to zra­nić, ale nie mógł się po­wstrzy­mać. Znał książ­ki Dicka, znał do­brze: jako po­wie­ści sci-fi. Nie mógł uwie­rzyć, że ćpun-schi­zo­fre­nik z cza­sów, któ­rych już nikt nie pa­mię­ta, do­cze­kał się wła­sne­go ko­ścio­ła. Ba­wi­ło go to: prze­cież, pa­mię­tał to, Dick sam pod­kre­ślał że jego książ­ki to fik­cja!

Ha­riett spo­chmur­nia­ła.

– Widzę, że nic nie jest w sta­nie zbu­rzyć muru igno­ran­cji, jaki wokół sie­bie zbu­do­wa­łeś.

– Ja na­zy­wam to po pro­stu: ra­cjo­na­lizm.

– I choć­by cię Bóg w tyłek kop­nął to…

– Wiesz, czy­ta­łem jego kie­dyś. Nawet po parę razy. – prze­rwał jej wsta­jąc z łóżka. Pod­szedł do jed­nej z półek, któ­rych pełno było w jego miesz­ka­niu, i wy­cią­gnął po krót­kich po­szu­ki­wa­niach jakąś książ­kę. Chwi­lę ją wer­to­wał po czym wy­re­cy­to­wał: – „Ży­wość wra­że­nia, jakie rze­ko­ma teo­fa­nia wy­wie­ra na od­bior­cy, nie sta­no­wi do­wo­du au­ten­tycz­no­ści. Po­dob­nie jak świa­dec­two zbio­ro­we[…]Każda teo­fa­nia, o któ­rej usły­szy­my, może być fał­szer­stwem, po­nie­waż wszyst­ko może być fał­szer­stwem, od znacz­ków, przez ska­mie­nia­ło­ści po czar­ne dziu­ry w ko­smo­sie.” Wiesz kto to na­pi­sał?

Tym razem to ona się za­śmia­ła.

– To jak pró­bo­wać do­wo­dzić Bi­blią, że Chry­stus nie ist­nie­je. – ze­bra­ła swoje rze­czy.

– W co wy tam w za­sa­dzie wie­rzy­cie?

– W za­sa­dzie w to co wszy­scy: przyj­ście Zba­wi­cie­la.

– Czemu wy­bra­łaś aku­rat to? Ro­zu­miem zo­stać wy­cho­wa­nym w wie­rze, ale zmie­nić ją… i to na coś w za­sa­dzie ta­kie­go sa­me­go?

– Chyba już pójdę.

– Jak chcesz.

Wy­szła i wię­cej się nie spo­tka­li.

Wy­obra­żał sobie za­sko­cze­nie na jej twa­rzy, kiedy usły­sza­ła, że to wła­śnie on – może je­dy­ny na całej Ziemi, który za­cho­wał zdro­wy roz­są­dek w po­zba­wio­nej go rze­czy­wi­sto­ści – po­le­ci zba­dać Wiel­ką Za­gad­kę. Szko­da, że nie mógł tego wi­dzieć na wła­sne oczy!

Nie sta­rał się o tę ro­bo­tę – wie­dział, że sami go znaj­dą. I zna­leź­li. Był aku­rat w to­kij­skim mo­te­lu, jed­nym z tych, co ma po­ko­je za­pro­jek­to­wa­ne na wzór wa­go­nów metra. Za­sta­li go pod­czas dłu­gie­go week­en­du, kiedy trwo­nił ze­bra­ne przez do­tych­cza­so­we życie oszczęd­no­ści w swój ulu­bio­ny – bio­lo­gicz­no-an­tro­po­lo­gicz­ny – spo­sób. Nie były mu już po­trzeb­ne: wie­dział, że sta­nie się ab­sur­dal­nie bo­ga­ty.

I tak miało być, do cho­le­ry! Miał wró­cić na Zie­mię i wy­stę­po­wać w roli eks­per­ta w pro­gra­mach na Di­sco­ve­ry, ot tak dla sa­me­go szpa­nu!

A nawet je­śli­by ja­kimś cudem oka­za­ło się, że cały ten cyrk to tylko jedna wiel­ka po­mył­ka, miał po­siąść do­ży­wot­ni mo­no­pol od­no­śnie eks­pe­ry­men­tów na prze­strze­ni Marsa – i nie­mal nie­ogra­ni­czo­ne fun­du­sze na ich re­ali­za­cję. Temu miał po­świę­cić jedną trze­cią wła­sne­go życia!

W żad­nym z pa­ra­gra­fów żad­ne­go ar­ty­ku­łu kon­trakt nie za­kła­dał, że przyj­dzie mu tutaj zgi­nąć i to w ma­ka­brycz­ny spo­sób! Albo się roz­trza­ska­ją jak Ti­ta­nic o górę lo­do­wą, albo wy­le­cą w po­wie­trze: i nie było ni­ko­go, kto mógł­by ich z tego wy­cią­gnąć.

Żyć dla nauki: pro­szę bar­dzo! Ale nigdy nie go­dził się na to, by dla niej umie­rać!

***

Prze­cież mogę im pomóc!

Prze­no­szę się po całym stat­ku, bez wzglę­du na fi­zycz­ne ba­rie­ry. Byłem w ka­bi­nie pi­lo­ta. Do­kład­nie ją za­re­je­stro­wa­łem. Wiel­ki czer­wo­ny grzy­bo­wa­ty przy­cisk, ni­czym z ja­kie­goś daw­ne­go głu­pa­we­go te­le­tur­nie­ju. Wy­star­czy, że go na­ci­snę.

Ale jak?

Tak samo, jak prze­mó­wi­łem do Yoshi­dy. Sły­szał mnie! Sam o tym po­wie­dział… to zna­czy po­my­ślał.

Już wiem kim je­stem: Nar­ra­to­rem! To wszyst­ko jest fik­cją! To nawet nie po­wieść, to tylko krót­ka hi­sto­ryj­ka sci-fi! Wszyst­ko może się tu zda­rzyć.

Musze się tylko sku­pić do­sta­tecz­nie mocno.

***

Je­stem w kok­pi­cie.

Widzę jak nie­przy­tom­ne ciało du­chow­ne­go zwisa bez­wład­nie z fo­te­la. Mę­czeń­stwo jedno, a od­wa­ga dru­gie, jak widać – zde­cy­do­wał za­koń­czyć swoją wier­ną po­słu­gę na haju. Dla mnie to i le­piej, nikt nie bę­dzie mi prze­szka­dzał kiedy…

No wła­śnie, co będę robić? Ma­te­ria­li­zo­wać się?

Tak, do­kład­nie tak: nieważne jak śmiesz­nie to brzmi.

Sku­piam się na przy­ci­sku. Chcę go do­się­gnąć. Chcę go do­tknąć. Muszę to zro­bić. Z widza stać się ak­to­rem. Muszę przejść na wskroś czwar­tą ścia­nę, w od­wrot­nym kie­run­ku – z ze­wnątrz do we­wnątrz.

Mro­wie­nie. Tak jak­bym był ob­ra­zem ze sta­re­go te­le­wi­zo­ra i czuł, jak po­ja­wiam się na ekra­nie. Jesz­cze tro­chę. Tylko odro­bi­nę!

Tak! Je­stem tutaj! Moja ręka – z siłą więk­szą niż to ko­niecz­ne – wy­strze­la w upra­gnio­nym kie­run­ku. Znów lek­kie szarp­nię­cie: po­wra­ca­my na wła­ści­wą drogę!

Już chcę ska­kać z ra­do­ści, kiedy naraz sły­szę, jak po dru­giej stro­nie ba­ry­ka­dy coś wy­strze­li­ło z hu­kiem.

Od­pa­li­li pral­kę.

Kurwa!

 

 

 

 

„Par­si­fal jest jed­nym z tych spi­ral­nie po­kręt­nych dzieł kul­tu­ry, po kon­tak­cie z któ­rym czło­wiek ma po­czu­cie, że cze­goś się do­wie­dział, cze­goś cen­ne­go, a może nawet bez­cen­ne­go, ale po głęb­szej ana­li­zie nagle dra­pie się w głowę i po­wia­da: „Chwi­lecz­kę, prze­cież to nie ma sensu”[…] Może mamy do czy­nie­nia z pa­ra­dok­sem zen. Naj­wię­cej sensu ma to, co nie ma sensu, a ja po­pa­dam w naj­cięż­szy z grze­chów, uży­wam Ary­sto­te­le­sow­skiej dwu­war­to­ścio­wej lo­gi­ki: „Coś jest albo A, albo nie-A”. Prawo wy­łącz­ne­go środ­ka. […]… Kevin w tym miej­scu po­wie­dział­by „te­re-fe­re kuku”.”

Phi­lip Kin­dred Dick

 

 

 

 

Chiń­ska pu­łap­ka na palec

 

Eu­ro­pa – sa­te­li­ta wi­ru­ją­cy wokół naj­więk­szej pla­ne­ty w Ukła­dzie sło­necz­nym, czwar­ty co do wiel­ko­ści księ­życ Jo­wi­sza. Śred­ni­ca rów­ni­ko­wa w przy­bli­że­niu: 3122 km. Po­wierzch­nia: 30900000 km² – lo­do­wi­sko nie­wie­le mniej­sze od kon­ty­nen­tu afry­kań­skie­go.

Od­kry­ta przez Ga­li­le­usza, nazwę za­wdzię­cza Ma­riu­so­wi. Imię szla­chet­nie uro­dzo­nej gre­czyn­ki, którą miał po­rwać Zeus sku­szo­ny jej nie­zwy­kłą urodą. Matka he­ro­sów. Boska ko­chan­ka, wy­ko­rzy­sta­na dla jego ucie­chy.

Za­czy­nam cię ro­zu­mieć.

To mu­sia­ła być Eu­ro­pa, co? Nie mo­głeś przejść obo­jęt­nie wobec ta­kiej sym­bo­li­ki.

***

Sta­tek za­drżał, za­skrzy­piał, za­ję­czał po­tę­pień­czo… a potem zro­bi­ło się go­rą­co.

My­śla­łem, że już po mnie. Nie dam rady otwo­rzyć tych cho­ler­nych drzwi – a nawet jeśli, to i tak nic tym nie wskó­ram. Po krzy­kach zza włazu do­my­śla­łem się, że u nich nie jest o wiele le­piej. Ob­li­cze­nia, któe na­pręd­ce wy­ko­na­ła, mu­sia­ły oka­zać się błęd­ne.

– Kurwa! Co ty ro­bisz? – wy­dzie­rał się Arab-Ja­poń­czyk-ate­ista, Yoshi­da Has­san, śmie­tan­ka śmie­tan­ki ziem­skich bio­lo­gów. – Zo­staw mnie! Zo­sta­aaa…

Głos się urwał. Co się tam do cho­le­ry dzie­je?!

Właz od­sko­czył, ude­rzo­ny nie­sa­mo­wi­tą bru­tal­ną siłą.

– Idziesz ze mną. – rzu­ci­ła chłod­no w moją stro­nę Sa­man­ta Smith… a ra­czej to, co pod­szy­wa­ło się pod Sa­man­tę Smith. Nie było in­ne­go wy­ja­śnie­nia na to, że trzy­ma­jąc pod boki nie­przy­tom­ne (ale od­dy­cha­ją­ce, za­uwa­ży­łem z ulgą) ciała dwóch po­zo­sta­łych przy życiu za­ło­gan­tów, od­rzu­ci­ła w jakiś nie­wy­ja­śnio­ny spo­sób nie­otwie­ral­ne wrota.

Po­de­szła do mnie. Byłem sko­ło­wa­ny. Jesz­cze nie przy­po­mnia­łem sobie do końca, jak to jest być w ciele. Czu­łem się… cięż­ko.

– Chwyć mnie, na co cze­kasz?! Nie po­wstrzy­mam tego długo!

Nie za­sta­na­wia­jąc się wcale – kto by roz­my­ślał, kiedy sie­dzi we­wnątrz na­grze­wa­ją­cej się mi­kro­fa­lów­ki? – wy­ko­na­łem po­le­ce­nie.

***

Wszy­scy czwo­ro – dwie nie­świa­do­me po­wło­ki w któ­rych miesz­ka­li Yoshi­da i Ma­ri­na; coś uda­ją­ce panią S.S. i ja, fu­tu­ry­stycz­na wer­sja Ła­za­rza – znaj­do­wa­li­śmy się we­wnątrz wiel­kiej pla­stycz­nej sfery o gru­bych ale prze­zro­czy­stych ścia­nach, przy­wo­dzą­cej na myśl my­dla­ną bańkę. Opa­da­li­śmy wolno ku po­wierzch­ni Eu­ro­py. Kil­ka­set ki­lo­me­trów nad nami próż­nie roz­świe­tli­ła eks­plo­zja. To An­ge­lus.

Jakim cudem zna­leź­li­śmy się tutaj? Jak prze­ży­li­śmy?

…cho­ciaż wła­ści­wie czemu miał­bym w coś wąt­pić? Przed chwi­lą sta­łem się czymś z ni­cze­go.

Spoj­rza­łem na so­bo­wtó­ra po­kła­do­we­go psy­cho­lo­ga. Stała nie­ru­cho­mo wpa­tru­jąc się w obraz wy­bu­chu, tak jakby mogła stąd do­strzec ja­kieś szcze­gó­ły. U jej stóp le­ża­ły ciała resz­ty oca­la­łych.

– Kim do cho­le­ry je­steś?

– Mie­li­śmy już oka­zję się spo­tkać. – ko­bie­to­po­dob­na isto­ta nadal nie skie­ro­wa­ła ku mnie wzro­ku. – Pa­mię­tasz? Tam na dole. – wska­za­ła pal­cem zbli­ża­ją­cą się ku nam po­wierzch­nię księ­ży­ca.

– Za­bi­łaś mnie… – wy­szep­ta­łem.

– Nie. Sam to zro­bi­łeś. Wasze umy­sły dzia­ła­ją wy­jąt­ko­wo… – za­cię­ła się, jakby szu­ka­jąc od­po­wied­nie­go słowa. – …au­to­agre­syw­nie. Kto mógł prze­wi­dzieć, że twoją in­for­ma­cją po­zy­tyw­ną jest utra­ta życia i to w taki wy­szu­ka­ny spo­sób?

– O czym ty kurwa mó­wisz?! – nie wie­dzia­łem jak mam się za­cho­wać, sta­łem jak wryty. – Na­mie­sza­łaś mi w gło­wie!

– To było… nie­for­tun­ne. Za­sta­na­wia­li­śmy się, jak się z wami po­ro­zu­mieć. Stra­te­gia za­kła­da­ła wy­wo­ła­nie po­zy­tyw­ne­go bodź­ca. Jak wy go na­zy­wa­cie? – znów prze­rwa­ła. – Mi­łość? Chyba tak. Oka­zał się im­pul­sem sa­mo­bój­czym w twoim przy­pad­ku. W przy­pad­ku pierw­sze­go obiek­tu po­dob­nie.

– Co ty…?! Ba­wisz się tu w jakiś eks­pe­ry­ment?! Co to k… zaraz. Wy? Jest was tu wię­cej?

– My­ślisz, że ile ener­gii po­trze­ba na utrzy­ma­nie ta­kiej… formy? – spoj­rza­ła na mnie po raz pierw­szy od tam­te­go razu. – O tak, nas jest wielu. Tylko w taki nie­eko­no­micz­ny spo­sób mo­że­my się z wami owoc­nie skon­tak­to­wać.

Zbli­ży­ła się. Nie mia­łem dokąd zbiec. Bez­sil­ność ogar­nia­ła moje do­pie­ro-co-od­zy­ska­ne człon­ki. Krew pul­so­wa­ła w ży­łach, serce wa­li­ło jak mło­tem. Strach chwy­cił mnie w swoje okowy i znów byłem tylko punk­ci­kiem w od­da­li, który tylko uda­wał, że do­strze­ga świat po­przez cie­le­sne re­cep­to­ry. – A teraz śpij.

Do­tknę­ła mo­je­go czoła. Świa­do­mość… Ja ulat­nia­łem się ni­czym para wodna z gwiż­dżą­ce­go czaj­ni­ka w do­brze zna­nym mi kie­run­ku. W ciem­ność.

Nim za­nu­rzy­łem się w jej ob­ję­ciach, zdą­ży­łem po­my­śleć jesz­cze:

„…nas jest wielu.”

„Na imię mi Le­gion, bo nas jest wielu.”

***

Po­wo­dem, dla któ­re­go wy­sła­no Eu­ro­s08 – jak i sie­dem po­przed­nich – była od­wiecz­na, nie­za­spo­ko­jo­na ludz­ka cie­ka­wość. W tym wy­pad­ku skry­sta­li­zo­wa­ła się w idei „Czy gdzieś tam jest życie?”, py­ta­niu, które było osią spo­rów mię­dzy re­li­gij­ny­mi scep­ty­ka­mi i ra­cjo­nal­ny­mi en­tu­zja­sta­mi. Py­ta­nie, które poza nimi w za­sa­dzie ni­ko­go nie ob­cho­dzi­ło. Świat miał wła­sne pro­ble­my. Prze­lud­nie­nie. De­fi­cyt miejsc pracy. Pu­styn­nie­nie kon­ty­nen­tów. Nowe prze­ta­so­wa­nie kli­ma­tycz­nych kart. I jesz­cze parę waż­nych spraw, które spy­cha­ły prze­świe­tla­nie Eu­ro­py na od­le­głe miej­sce z listy rze­czy do zre­ali­zo­wa­nia.

A jed­nak, jakoś zna­la­zły się fun­du­sze. Kto by po­my­ślał.

Po­wsta­ła seria ła­zi­ków, ko­lej­no wy­sy­ła­nych – bo ktoś wy­li­czył sobie, że tak bę­dzie ta­niej, niż rzu­cić je wszyst­kie na raz – z bazy na księ­ży­cu w długi rejs do kra­iny Kró­lo­wej Śnie­gu. Miały szu­kać oznak ży­wych or­ga­ni­zmów, więc przy­go­to­wa­no spe­cjal­ny soft, który miał umoż­li­wić im sko­ja­rze­nie ja­kie­go­kol­wiek śladu z czymś choć­by po­dob­nym w ogól­nym za­ry­sie do cze­go­kol­wiek ży­we­go wy­stę­pu­ją­ce­go na Ziemi. Od dzi­wa­deł kłę­bią­cych się głę­bo­ko pod woda wokół ko­mi­nów hy­dro­ter­mal­nych, po wzla­tu­ją­ce ponad gór­skie szczy­ty sche­ma­ty bu­do­wy sępów – tak na wszel­ki wy­pa­dek.

Nie za­bra­kło też ludz­kie­go wzor­ca – jak sza­leć to sza­leć!

Pew­nie mą­dra­le z agen­cji ko­smicz­nych wpa­dły na ge­nial­ny plan, od­zwier­cie­dla­ją­cy w pracy nad naj­now­szy­mi zdo­by­cza­mi tech­ni­ki stra­te­gię mi­ni­mal­nej stra­ty ener­gii (i pie­nię­dzy) – w końcu po co skle­jać dane, które można ścią­gnąć z co lep­szej en­cy­klo­pe­dii bio­lo­gii? Moż­li­we, że to jakiś spryt­ny pro­gra­mi­sta uła­twił sobie pracę i za­pchał pa­mięć ła­zi­ków gi­ga­baj­ta­mi in­for­ma­cji, które – wedle wszel­kie­go praw­do­po­do­bień­stwa i zwy­kłe­go zdro­we­go roz­sąd­ku – nie miały prawa im się przy­dać.

…teraz jed­nak sądzę, że ty za tym sta­łeś. Jak­że­by ina­czej! Prze­cież za­pla­no­wa­łeś wszyst­ko.

***

– Hej, sły­szysz mnie? – głos, niby ko­bie­cy jed­nak dziw­nie niski i twar­dy – Hej?!

Ktoś mną po­trzą­sał. Otwo­rzy­łem oczy.

Obraz przez chwi­le wi­ro­wał, ale szyb­ko się uspo­ko­ił.

Wi­sia­ło nade mną umię­śnio­ne ciel­sko Ma­ri­ny Gu­ten­bau­er.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Czy wszyst­ko ze mną w po­rząd­ku? Zgi­ną­łem. Byłem bez­cie­le­snym wid­mem. Potem od­zy­ska­łem znów swoją fi­zycz­ność by wpaść w ręce de­mo­nicz­ne­go ko­lek­ty­wu z ko­smo­su. Do tego nie mia­łem imie­nia, nie mia­łem prze­szło­ści (praw­dzi­wej prze­szło­ści), nie byłem nawet peł­no­praw­ną po­sta­cią uwi­kła­ną w prze­świad­cze­nie swo­jej re­al­no­ści, tylko dzi­wacz­nym li­te­rac­kim za­bie­giem…

– Tak. W po­rząd­ku. – od­po­wie­dzia­łem.

Udało mi się wstać.

– Co się stało? Gdzie my je­ste­śmy?

– Cho­le­ra wie, co. – Yoshi­da wpa­try­wał się z za­an­ga­żo­wa­niem w ciem­ną prze­strzeń poza gra­ni­ca­mi… tu­ne­lu, po­miesz­cze­nia… w każ­dym razie tego cze­goś, w czym się znaj­do­wa­li­śmy. Było zbu­do­wa­ne z po­dob­nej ma­te­rii co bańka w któ­rej ucie­kli­śmy z An­ge­lu­sa, jed­nak nie po­sia­da­ło sfe­rycz­ne­go kształ­tu, a cią­gnę­ło się w dwa prze­ciw­le­głe kie­run­ki ni­czym ko­ry­tarz o z grub­sza owal­nym prze­kro­ju. Ścia­ny, pod­ło­ga i sufit ema­no­wa­ły sła­bym świa­tłem. – Spójrz.

Nie wie­dzia­łem, na co mam pa­trzeć… ale szyb­ko się do­wie­dzia­łem. W ciem­no­ści poza tu­ne­lem coś się po­ru­sza­ło. Nie był to zresz­tą mrok jaki zna­łem, nie była to czerń zu­peł­nej pust­ki. Nie była to wła­ści­wie nawet czerń: ra­czej ciem­ny gra­nat zmie­nia­ją­cy się w nią gdzieś w od­da­li, a ja­śnie­ją­cy im bli­żej po­wło­ki, która nas odeń od­dzie­la­ła. Wy­glą­dał jak…

– Je­ste­śmy pod wodą.

– Bingo! Teraz py­ta­nie za ty­siąc punk­tów: Pod wodą gdzie?

Coś wy­ło­ni­ło się z czer­ni. Było wiel­kie i… żywe. Owal­ny stwór kształ­tu cy­ga­ra, na­je­żo­ny wy­pust­ka­mi o róż­nej wiel­ko­ści. Nie mo­głem do­strzec koń­czyn. Otwór gę­bo­wy był za to aż na­zbyt wi­docz­ny. Pły­nął roz­dzia­wia­jąc się pro­sto w naszą stro­nę…

– O kurwa!

…stwór za­czął zni­kać przy ze­tknię­ciu z ba­rie­rą. Do­słow­nie. Mo­głem za­uwa­żyć jego ogra­ny we­wnętrz­ne cen­ty­metr po cen­ty­me­trze. Jak­bym oglą­dał ba­da­nie z ja­kie­goś pie­przo­ne­go re­zo­nan­su. Ma­ri­na kiw­nę­ła mi głową, bym spoj­rzał za sie­bie.

Po dru­giej stro­nie zwie­rzę – czy co­kol­wiek to było – po­ja­wia­ło się ka­wa­łek po ka­wał­ku. Prze­pły­nę­ło w ca­ło­ści! Żyło, funk­cjo­no­wa­ło jak gdyby nigdy nic, jakby zu­peł­nie nie od­no­to­wa­ło faktu, że przed chwi­lą jakiś bez­oso­bo­wy magik wy­ko­nał na nim sza­lo­ną wer­sję sztucz­ki z prze­ci­na­niem asy­stent­ki na dwoje.

– Co tu się dzie­je? Jak to moż­li­we?!

Bio­log-an­tro­po­log wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Co to było? – za­py­ta­łem, cho­ciaż zna­łem od­po­wiedź. – Je­ste­śmy pod lodem Eu­ro­py, tak?

– I to dość głę­bo­ko, skoro nie na­tra­fi­li­śmy wcze­śniej na ślad ta­kie­go… cze­goś. Zresz­tą spró­buj pod­sko­czyć.

– Po co miał­bym…? Gra­wi­ta­cja jest jak na Ziemi! To nie na­miast­ka przy­cią­ga­nia z An­ge­lu­sa, to naj­praw­dziw­sze cią­że­nie!

– Czym­kol­wiek było to gówno w ciele Sa­man­ty. – Ma­ri­na nie była za­in­te­re­so­wa­na na­uko­wy­mi pier­do­ła­mi. – Mu­si­my to zna­leźć i sko­pać mu dup­sko.

– Jak masz za­miar to zro­bić? – to Yoshi­da. Czu­łem, jak­bym miał, kurwa, deja vu. – Tym razem nie wy­cią­gniesz swo­ich za­ba­we­czek z rę­ka­wa. To coś nas tu prze­nio­sło i pew­nie za­gar­nę­ło sta­tek! Cho­ciaż on naj­pew­niej mu nawet nie jest po­trzeb­ny, skoro umie robić takie po­pa­pra­ne rze­czy!

– Eks­plo­do­wał. – włą­czy­łem się do roz­mo­wy. – Sta­tek eks­plo­do­wał.

– Pięk­nie, kurwa! – krzy­czał. – Jak teraz wró­ci­my do domu?!

– Po­myśl może naj­pierw, jak się stąd wy­do­sta­nie­my?!

– Mu­si­my iść. – za­bra­łem głos. – Tylko tak hi­sto­ria po­pły­nie do przo­du.

– Co ty pier­do­lisz?!

Mia­łem już tego ser­decz­nie dosyć. W końcu muszą po­znać praw­dę, a niech mnie wezmą za świra. W ta­kich wa­run­kach to nic spe­cjal­ne­go.

– To wszyst­ko fik­cja, ro­zu­mie­cie? To nie dzie­je się na­praw­dę.

– Su­ge­ru­jesz, że mam ha­lu­cy­na­cje? Albo śnię? To je­dy­ne lo­gicz­ne wy­ja­śnie­nie. – uszczyp­nął się… nic to nie dało.

– Nie. Po­słu­chaj­cie mnie przez chwi­lę. To nie dzie­je się na­praw­dę. My nie je­ste­śmy na­praw­dę. Je­ste­ście fik­cyj­ny­mi bo­ha­te­ra­mi w opo­wia­da­niu sci-fi, nic wię­cej. Wie­dzie­cie swoje fik­cyj­ne życia, a ra­czej wy­da­je się wam, że je wie­dli­ście. Wy­da­je się wam to, co jest nie­zbęd­ne na po­trze­by fa­bu­ły. Tyle, żeby spró­bo­wać za­do­wo­lić czy­tel­ni­ka po­zo­rem re­al­no­ści.

– Pięk­nie. Od­je­ba­ło mu. – skwi­to­wa­ła to Ma­ri­na.

– Nie! Po­słu­chaj­cie!… Wie­cie jak się na­zy­wam? Zna­cie cho­ciaż imię?

Spoj­rze­li po sobie.

– To ni­cze­go nie do­wo­dzi. – ra­cjo­nal­ny głos ate­isty-na­ukow­ca. – Wiem o tobie wszyst­ko, wiem jak zgi­nę­ły twoje dzie­ci. Wiem… że ty je za­bi­łeś. Le­czy­łeś się psy­chia­trycz­nie! My­ślisz, że po takim całym syfie ktoś nie może za­po­mnieć da­nych per­so­nal­nych ja­kie­goś pie­przo­ne­go gór­ni­ka?!

– Nie! To wszyst­ko zmy­ślo­ne wy­da­rze­nia! Wy­kre­owa­ne przez au­to­ra tej po­je­ba­nej hi­sto­ryj­ki! Nie wie­cie jak się na­zy­wam, bo się nie na­zy­wam: je­stem tu tylko nar­ra­to­rem! Nie wi­dzi­cie, że tu nic się nie trzy­ma kupy?… Po­tra­fi­cie po­wie­dzieć mi jaki mamy dzień? Mie­siąc? Rok?

– Nie ale…

– Skończ­cie pier­do­lić. – prze­rwa­ła les­ba-me­cha­nik. – Może je­steś świ­rem, ale masz rację. Mu­si­my iść. Zo­sta­nie w tym miej­scu po środ­ku ni­cze­go nie zda się na wiele. Może od­naj­dzie­my tego po­za­ziem­skie­go gów­no­zja­da.

– I co chcesz zro­bić, jak go znaj­dzie­my, co?

Uśmiech­nę­ła się krzy­wo. Wy­glą­da­ła jak wy­nu­rza­ją­cy się z po­wierzch­ni wody kro­ko­dyl, cze­ka­ją­cy na nie­uważ­ną an­ty­lo­pę.

– Po­roz­ma­wiać.

***

Uzna­łem, że nie będę wię­cej pró­bo­wał do nich do­trzeć.

Byli zbyt uwi­kła­ni w plą­ta­ni­nę sen­sa­cyj­nych zda­rzeń, żeby móc przy­sta­nąć i za­sta­no­wić się przez chwi­lę nad sen­sem tego, co widzą ich oczy. Kto inny nie po­stę­po­wał­by tak samo? Skoro czuje to twój dotyk, widzą to twoje oczy i sły­szą uszy, to musi być rze­czy­wi­ste. Przyj­mu­jesz a prio­ri re­al­ność two­ich spo­strze­żeń. Rze­czy­wi­stość wła­sne­go ist­nie­nia uzna­jesz za pa­ra­dyg­mat. Nie może cie­bie nie być skoro… je­steś.

Zu­peł­nie się nad tym nie za­sta­na­wiasz. Nawet je­śli­byś spró­bo­wał, to twój umysł sku­tecz­nie ode­tnie cię od ta­kie­go spo­strze­że­nia.

A prze­cież wszy­scy śnimy. Wszy­scy co noc wcie­la­my się w naj­róż­niej­sze po­sta­cie, al­ter­na­tyw­ne wa­rian­ty sie­bie, z zu­peł­nie inną hi­sto­rią, pra­gnie­nia­mi, oso­bo­wo­ścią – ist­nie­ją­cych nawet w rze­czy­wi­sto­ściach pod­le­ga­ją­cych cał­ko­wi­cie od­mien­nym pra­wom. Gdzie lo­gi­ka jest po­kręt­na a fi­zy­ka nie­ja­sna.

Mimo to, póki trwa­my we śnie, nie­świa­do­mi ułudy któ­rej je­ste­śmy czę­ścią, szcze­rze wie­rzy­my, że to co dzie­je się wokół jest praw­dą. Cza­sem ta nasza cząst­ka, która nie daje się oszu­kać wy­sy­ła ku nam pełen de­spe­ra­cji sy­gnał, który – jeśli ma szczę­ście – wya­rty­ku­łu­ją nasze usta. „Czy to aby nie sen?” po­śle­my wtedy py­ta­nie w prze­strzeń, sami za­sko­cze­ni tym, że je wy­po­wie­dzie­li­śmy.

Py­ta­nie, któ­re­go ukry­te dno za­wie­ra prze­kaz: Uwa­żaj! Nie ist­nie­jesz!

In­for­ma­cja, która w jesz­cze peł­niej­szym stop­niu od­zwier­cie­dla naszą sy­tu­ację – ta­niec ak­to­rów po­mię­dzy sło­wa­mi po­wie­ści. Świat który ist­nie­je tylko w ludz­kich gło­wach: tego, który pisze i tego, który czyta.

Tę cząst­kę pró­bo­wa­łem z nich wy­do­być, ale nie udało mi się. Nie byli na to go­to­wi. Nie oni…

Skoń­czę to sam.

***

Sta­nę­li­śmy przed roz­wi­dle­niem.

Ko­ry­tarz zmie­niał się w dwie ścież­ki. Tro­chę węż­sze niż ta, którą na­de­szli­śmy. Wy­glą­da­ło to jak­by­śmy ma­sze­ro­wa­li we­wnątrz pu­stej ga­łę­zi.

– Co ro­bi­my teraz? – za­py­tał Yoshi­da. Wy­rwa­ny ze zna­ne­go czło­wie­ko­wi świa­ta za­cho­wy­wał się jak prze­stra­szo­ne dziec­ko.

– Nie ma zna­cze­nia, którędy pój­dzie­my. Mamy iść, więc chodź­my… ale trzy­ma­my się razem.

– Wła­ści­wie to myślę, że po­win­ni­śmy się roz­dzie­lić. – za­opo­no­wa­łem.

– Co za gówno ci przy­szło do głowy? – od­burk­nę­ła. Mu­sia­łem zbie­rać od­wa­gę, by się jej prze­ciw­sta­wić.

– Po­słu­chaj. – wy­szep­ta­łem. – Może to nas śle­dzi. Może nie po­ja­wi się, póki ktoś z nas…

 Ja, to mu­sia­łem być ja. Wie­dzia­łem o tym. Roz­ma­wia­li ze mną. Pa­trzy­li na mnie, kiedy byłem tylko ob­ser­wa­to­rem. Po­ja­wi­li się przede mną, gdy jesz­cze nie stra­ci­łem ciała… za­le­ża­ło im na mnie.

…póki ktoś z nas – kon­ty­nu­owa­łem – nie od­dzie­li się od grupy.

Na jej twarz wpełzł ni­czym ob­le­śna ro­pu­cha wyraz za­sta­no­wie­nia.

– Chcesz za­sta­wić pu­łap­kę.

Kiw­ną­łem głową. Niech tak sobie myśli, skoro to po­zwo­li zo­stać mi sa­me­mu.

– I uży­wasz sie­bie jako przy­nę­ty. Masz jaja, muszę przy­znać. – uśmiech­nę­ła się; nie wie­dzia­łem który mi­micz­ny gest w jej wy­da­niu był gor­szy. – Skąd ta pew­ność, że wyj­dziesz z tego cało?

– Muszę. Je­stem nar­ra­to­rem.

***

Zo­sta­wi­li mnie sa­me­go.

Oczy­wi­ście, nie uwie­rzy­li mi za grosz. Pew­nie uzna­li, że skoro ze­świ­ro­wa­łem, to nawet le­piej, jeśli nie będą mu­sie­li cią­gle na mnie uwa­żać. Poza tym mój po­mysł był naj­bar­dziej roz­sąd­ną rze­czą, jaką mo­gli­śmy zro­bić. Widać w sza­lo­nym świe­cie tylko wa­ria­ci za­cho­wu­ją trzeź­we spoj­rze­nie. Po­sze­dłem jedną od­no­gą na przy­nę­tę, a oni krzą­ta­li się w dru­giej go­to­wi za­re­ago­wać na ja­ki­kol­wiek znak.

Nie wie­dzie­li, że mam tro­chę inne plany.

Brną­łem coraz dalej w głąb tu­ne­lu. Tro­chę zbyt szyb­ko, za­pusz­cza­jąc się tro­chę zbyt da­le­ko, by mogli za­re­ago­wać w na­le­ży­tym cza­sie. Ob­ser­wo­wa­łem to, co dzie­je się na ze­wnątrz. Isto­ty róż­nych roz­mia­rów i kształ­tów: wiel­kie, jakby złą­czo­ne ze sobą pro­sto­pa­dle roz­gwiaz­dy, iskrzą­ce elek­trycz­ną łuną wę­żo­wi­dła, za­ku­te we flu­ore­scen­cyj­ne sko­ru­py imi­ta­cje gło­wo­no­gów… i inne, wręcz nie­moż­li­we do opi­sa­nia bez roz­wo­dze­nia się nad tym ponad miarę.

Ludz­kość chcia­ła zna­leźć życie poza Zie­mią i – na Boga! – zna­la­zła je.

… cho­ciaż to nie Boga po­wi­nie­nem wzy­wać. Coś czu­łem, że nie ma go na tym świe­cie.

Je­steś tylko ty, nie mylę się?

***

Uzna­łem, że je­stem już dość da­le­ko. Pora za­cząć. Za­trzy­ma­łem się i:

– Mo­żesz już się po­ka­zać. Wiem, że mnie ob­ser­wu­jesz. – po­wie­dzia­łem pew­nie.

Przez parę se­kund nic się nie dzia­ło. Czyż­bym się po­my­lił? Czyż­bym rze­czy­wi­ście był chory psy­chicz­nie? Prze­cież le­czy­łem się już kie­dyś na schi­zo­fre­nię… Nie! Mam rację! Nie mo­głem sobie tego wszyst­kie­go zmy­ślić.

Usły­sza­łem kroki! Ktoś… coś zmie­rza­ło w moim kie­run­ku stam­tąd, dokąd sze­dłem. Było coraz bli­żej i doj­rza­łem jak wy­glą­da. Tego się spo­dzie­wa­łem.

– Nadal jako Sa­man­ta, co?

Uśmiech­nę­ła się do mnie.

– Kiedy już przyj­miesz jedną… fi­zycz­ną formę, zby­tecz­nym wy­dat­kiem ener­gii by­ło­by ją zmie­niać. Bu­do­wa ma­te­rii z ener­gii to nie za­ba­wa kloc­ka­mi: mu­sisz brać pod uwagę różne… nie­do­god­no­ści.

– Co się stało z praw­dzi­wą Sa­man­tą?

– Nie żyje. Spo­koj­nie, nic jej nie zro­bi­li­śmy. Wła­ści­wie, to sama sie­bie za­bi­ła. Po­łknę­ła wie­lo­krot­nie prze­kra­cza­ją­cą wasze normy dawkę środ­ków uspo­ka­ja­ją­cych. Uzna­li­śmy że jest to dobra oka­zja żeby…

– … szpie­go­wać nas.

– Wy, lu­dzie z pla­ne­ty Zie­mia, je­ste­ście dziw­ni. Każdy któ­re­go spo­ty­ka­my dąży do sa­mo­uni­ce­stwie­nia. Za­sta­na­wia­my się, czy nasi przod­ko­wie też byli po­dob­ni.

– Wasi przod­ko­wie?

Uśmiech­nę­ła się po­wtór­nie i po­de­szła tro­chę bli­żej.

– Al­go­rytm po­wsta­wa­nia ro­zum­nych istot jest po­dob­ny. Wi­dzia­łeś nas… to zna­czy ema­na­cję nas, na po­wierzch­ni pla­ne­ty. Pio­no­wa po­sta­wa, czte­ry od­nó­ża, u szczy­tu owal­na struk­tu­ra sku­pia­ją­ca ośrod­ki zmy­słów. – wska­za­ła mnie pal­cem. – By­li­śmy do was bar­dzo po­dob­ni. – słu­cha­łem, aż powie jak naj­wię­cej: cier­pli­wość po­pła­ca… poza tym byłem cie­kaw, cho­ler­nie cie­kaw, w końcu nar­ra­tor musi mieć hi­sto­rię do opo­wia­da­nia – Po­myśl tylko: za­miesz­ki­wa­ły waszą pla­ne­tę dwa ga­tun­ki. Licz­ny, my­ślą­cy abs­trak­cyj­nie i po­sia­da­ją­cy wszel­ką prze­wa­gę Homo Sa­piens, oraz wy­stę­pu­ją­cy w mniej­szej licz­bie Homo Ne­an­der­tha­lis. Pa­mię­tasz czym się wy­róż­niał? Więk­sza pusz­ka mó­zgo­wa, szer­sza klat­ka pier­sio­wa, bar­dziej pła­ski nos. Zmie­szaj te dwa ga­tun­ki, tylko w tro­chę in­nych pro­por­cjach, niż to od­by­ło się u was. Dodaj parę mi­lio­nów lat ewo­lu­cji.

– Mó­wisz mi, że je­ste­ście ludź­mi? To sza­leń­stwo!

– Czymś na kształt ludzi. Mamy po­dob­ne­go kre­ato­ra. Nie tylko my zresz­tą, wszech­świat pełen jest ta­kich istot. Więk­szość zu­peł­nie już was nie przy­po­mi­na. Zro­zum, uczest­ni­czy­cie w grze, ale we­szli­ście do niej bar­dzo późno. Pełno już do­świad­czo­nych gra­czy. – znów ten nie­ludz­ko dobry uśmiech na twa­rzy pani S.S.

– Chcesz mi wci­snąć, że tam jest pełno pla­net ta­kich jak nasza, z ludź­mi ta­ki­mi jak my? To nie­praw­do­po­dob­ne! Nikt w to nie uwie­rzy! – „jakie uni­wer­sum ty pró­bu­jesz wy­kre­ować?” za­py­ta­łem w my­ślach. No wła­śnie: jakie?… muszę wy­ba­dać, co jesz­cze wie­dzą. Czy znają praw­dę o… tobie.

 – Do tego od­wie­dza­cie się to tu, to tam w jakiś świe­tli­stych wdzian­kach?

– Nadal nie zro­zu­mia­łeś do­brze. Tak na­praw­dę nigdy się nie spo­tka­li­śmy. – tu masz cho­ler­ną rację, po­my­śla­łem – To jakim nas wi­dzia­łeś na po­wierzch­ni, to tylko nasza ema­na­cja. Czy­sta ener­gia. Fi­zycz­ne po­dró­żo­wa­nie jest takie… nie­efek­tyw­ne. Macie jesz­cze do tego da­le­ko, ale wkrót­ce do­brnie­cie do gra­nicz­nej pręd­ko­ści, któ­rej nie zdo­ła­cie prze­kro­czyć. I nie jest to pręd­kość świa­tła, tylko… dużo mniej ko­rzyst­na. Kiedy bę­dzie­cie od­po­wied­nio… przy­go­to­wa­ni, sami się­gnie­cie po inne formy ko­mu­ni­ka­cji.

– Je­ste­ście tu ale nie cia­łem? To chcesz po­wie­dzieć? Prze­cież to… – nic nie­zwy­kłe­go, do­koń­czy­łem w duchu.

Oni mogą to zro­zu­mieć… tylko jesz­cze się upew­nię. Po­słu­cham jesz­cze co mają do po­wie­dze­nia. Wiem, po­wi­nie­nem to skoń­czyć, ale nie mogę się oprzeć. To ty mi nie po­zwa­lasz, zga­dza się?

– Nie­do­rzecz­ne? Sam prze­miesz­cza­łeś się w po­dob­ny spo­sób. Wi­dzie­li­śmy cię… zresz­tą ro­zej­rzyj się wokół. My­ślisz, że gdzie je­ste­śmy? Wi­dzia­łeś tu­tej­sze formy życia prze­ni­ka­ją­ce przez tę prze­strzeń tak, jakby jej zu­peł­nie nie było.

Kiw­ną­łem głową.

– Bo jej nie ma w isto­cie. – kon­ty­nu­owa­ły usta po­dob­ne do ust Sa­man­ty. – Znaj­du­je­my się tuż pod po­szew­ką trzech wy­mia­rów. Tak jest o wiele bar­dziej kom­for­to­wo dla nas. Nie mu­sisz tego wszyst­kie­go ro­zu­mieć. Wy­star­czy, że nam po­mo­żesz. – zbli­ży­ła się do mnie jesz­cze bar­dziej.

– Pomóc wam? W czym?

– Skończ­my tę za­ba­wę. Wiemy, że wiesz kim je­steś.

Od­kry­li swoje karty! Wie­dzą! Mimo to dalej brną w tę hi­sto­rię? Jaki mają cel?

– Wie­cie, że je­stem…

– So­czew­ką, w któ­rej sku­pia się esen­cja zmien­nej nie­za­leż­nej pierw­sze­go stop­nia. Na­rzę­dziem pra­przy­czy­ny. Nie uży­wam do­sta­tecz­nie zro­zu­mia­łych słów. Je­steś… – była coraz bli­żej, cią­gle się uśmie­cha­ła. Nie mo­głem znieść tego uśmie­chu! – …pro­ro­kiem bożym.

Za­mu­ro­wa­ło mnie. Nie ta­kiej od­po­wie­dzi się spo­dzie­wa­łem. Do czego to wszyst­ko zmie­rza?! Utkwi­łem w cho­ler­nej po­za­prze­strze­ni we­wnątrz od­da­lo­ne­go w pizdu od Ziemi sa­te­li­ty Jo­wi­sza, żeby to­czyć teo­lo­gicz­ne dys­ku­sje z ko­smi­tą! To nie mnie po­win­ni le­czyć psy­chia­trycz­nie, ale cie­bie.

– Co?!

– Mo­gli­śmy w cie­bie wej­rzeć… i za­glą­da­li­śmy, do­pó­ki nie zmie­ni­łeś formy eg­zy­sten­cji i nie sta­łeś się nie­czy­tel­ny. Wiemy, że prze­ma­wia­ło przez cie­bie jego Słowo. Wiemy, że opi­sy­wa­łeś zda­rze­nia, które…

– Prze­szłość, do kurwy nędzy! Prze­szłość! Nie je­stem żad­nym pro­ro­kiem!

– Prze­szłość, przy­szłość… jakie to ma zna­cze­nie? Je­steś tym, kim je­steś. Nie zgi­ną­łeś, gdy umar­ło twoje ciało. Od­ro­dzi­łeś się. Sam. Przy­ją­łeś co praw­da wła­sną po­stać, jed­nak to i tak nie lada wy­czyn, ukuć ma­te­rię z samej woli. My, by two­rzyć to ciało, mu­sie­li­śmy sku­pić całą naszą ko­lek­tyw­ną wolę. Oczy­wi­ście jest od­mien­ne od na­szych, a i dużą prze­szko­dą jest to, że rów­no­le­gle nasze praw­dzi­we po­wło­ki funk­cjo­nu­ją eony par­se­ków stąd, jed­nak isto­ta na twoim po­zio­mie ewo­lu­cji nie po­win­na robić ta­kich rze­czy. Chyba że miesz­ka w niej… łaska. W szy­szyn­ce jej mózgu, two­je­go mózgu, je­że­li mamy być do­kład­ni.

Ba­wisz się mną! Bez­czel­nie ba­wisz! Znaj­dę spo­sób, by ci się od­pła­cić…

– Nawet jeśli to co mó­wisz, by­ło­by praw­dą, to na co je­stem wam po­trzeb­ny?!

Wy­ję­ła z kie­sze­ni jakiś przed­miot. Po­zna­wa­łem go. Dwie na­ma­gne­ty­zo­wa­ne kulki me­ta­lu. Sa­man­ta mó­wi­ła za­wsze, że ma­ni­pu­la­cja nimi służy zni­we­lo­wa­niu stre­su. Już my wie­dzie­li­śmy, któ­ry­mi na­rzą­da­mi ona przed­się­bie­rze tę ma­ni­pu­la­cję.

– Może wi­ze­ru­nek tego przed­mio­tu jest ci zna­jo­my, ale niech nie zwio­dą cię po­zo­ry. – ode­zwa­ła się, a ja po­przy­sią­głem sobie, że nigdy już nie za­wie­rzę temu, co widzę. – Wtło­czy­li­śmy w tę formę – ob­ra­ca­ła nimi w pal­cach – pewne… urzą­dze­nie. Kiedy już na­wią­że­my kon­takt z… Bo­giem, jak wy to na­zy­wa­cie, bę­dzie­my mogli dzię­ki temu ogra­ni­czyć siłę jego wpły­wu. I pod­jąć próbę zro­zu­mie­nia jego dzia­ła­nia.

– Chce­cie… skrę­po­wać Boga? Je­ste­ście sza­le­ni! – … a kto tu nie jest?

– To zbyt­nie uprosz­cze­nie, ale mo­żesz to tak na­zwać, jeśli chcesz. W jakim innym celu umiesz­cza­li­by­śmy przy­wo­dzą­cy na myśl wasze wie­rze­nia obiekt na gra­ni­cy od­dzia­ły­wa­nia wa­szych… osłon. Je­ste­ście sil­nie chro­nie­ni tam na Ziemi. Już dawno do­my­śla­li­śmy się, że To prze­by­wa u was, nie mo­gli­śmy tylko dzia­łać tam swo­bod­nie. Mie­li­śmy paru kan­dy­da­tów… ale mu­sie­li­śmy wy­wlec was tam, gdzie to my mamy prze­wa­gę…

O czym ona mówi… oni mówią? Kto miał­by nas bro­nić? Dobre dusz­ki na­szych przod­ków od­pra­wia­ją­ce cza­ry-ma­ry? Sta­ro­żyt­ne za­klę­cia chro­nią­ce przed de­mo­na­mi z ko­smo­su? Wszyst­ko już wy­da­wa­ło mi się praw­do­po­dob­ne.

Kręgi wy­ko­szo­ne w zbożu, wzory wy­żło­bio­ne na ska­łach w Peru, pię­trzą­ce się pi­ra­mi­dy, świą­ty­nie słoń­ca gdzie wy­ry­wa­no lu­dziom serca… krzyż, na któ­rym Bóg sam zło­żył się w ofie­rze…

– …Szcze­rze mó­wiąc, pierw­szym na­szym typem był ka­płan. Ścież­ka jego życia mó­wi­ła sama za sie­bie, do tego miał umysł ode­rwa­ny od… zwie­rzę­ce­go ra­cjo­na­li­zmu. Nie­ste­ty oka­zał się śle­pym tra­fem. Za dru­gim razem – wska­za­ła ku mnie dło­nią, w któ­rej dzier­ży­ła dawne na­rzę­dzie uciech pani Smith. – tra­fi­li­śmy.

Po­de­szła jesz­cze bli­żej mnie, już na za­sięg ręki. Czu­łem, że nie skoń­czy się to dla mnie do­brze. Wpa­dłem w istną kupę gówna! Jak mia­łem wy­brnąć z tej sy­tu­acji? Są­dzi­łem, że oni mi po­mo­gą się z tego wy­plą­tać. Od­krę­cą jakoś bieg wy­da­rzeń, sta­wią wraz ze mną opór, wy­ka­żą świa­do­mość… a oka­za­li się bandą re­li­gij­nych świ­rów! To ma być po­za­ziem­ska, pan­ga­lak­tycz­na in­te­li­gen­cja?!

Za­czą­łem ucie­kać.

Bie­głem co sił w no­gach. Wię­cej: za­pie­prza­łem jak po­pa­rzo­ny. Pę­dzi­łem i prze­kli­na­łem sam sie­bie, że nie po­zo­sta­łem w bez­cie­le­snej for­mie, która nigdy nie od­czu­wa­ła zmę­cze­nia i po­tra­fi­ła prze­miesz­czać się w ułam­ku se­kun­dy. Uwa­żaj czego chcesz, bo mo­żesz to do­stać, niech to szlag!

Po­czu­łem, jak chwy­ta mnie za ramię.

– To wszyst­ko fik­cja! – wy­krzyk­ną­łem. – Ty nie ist­nie­jesz! Czemu tego nie wiesz?! Nic nie ist­nie­je, to tylko pro­dukt au… – słowa uwię­zły mi w gar­dle pod na­po­rem siły bi­ją­cej od tego, co przy­bra­ło po­stać Sa­man­ty Smith.

– To rze­czy­wi­stość. Spo­tka­li­śmy się już wcze­śniej, przy­po­mnij sobie. – do­tknę­ła mo­je­go czoła.

Nie zdą­ży­łem nawet krzyk­nąć „po­mo­cy!”.

***

Tego dnia padał rzę­si­sty deszcz.

Tam gdzie miesz­ka­łem, oczy­wi­ście. W miej­scu mojej pracy – plat­for­mach wiert­ni­czych na gra­ni­cy ja­snej stro­ny Księ­ży­ca – za­wsze było tak samo. Ty­dzień zmia­ny bez od­po­czyn­ku i mo­żesz wró­cić na mie­siąc do nor­mal­ne­go świa­ta i ro­dzi­ny: tak wy­glą­dał kom­pro­mis mię­dzy hu­ma­ni­ta­ry­zmem a słup­ka­mi przy­cho­dów i kosz­tów.

Na lą­do­wi­sku nikt na mnie nie cze­kał. No, pra­wie nikt. Do­staw­szy się w ob­ję­cia ziem­skiej sieci te­le­fo­nicz­nej, słu­chaw­ka – któ­rej już w za­sa­dzie nie wyj­mo­wa­łem z ucha, jak każdy – za­dźwię­cza­ła sy­gna­łem mó­wią­cym: „Masz wia­do­mość”.

Od­pa­li­łem ją.

„Cześć ko­cha­nie!” – mówił na­gra­ny głos mojej żony. – „Tak się cie­szę, że już wró­ci­łeś! Nie­ste­ty nie mo­głam wy­le­cieć ci na spo­tka­nie, mamy w re­dak­cji praw­dzi­wy de­adli­ne. Mam na­dzie­ję, że to zro­zu­miesz. Jutro się spo­tka­my i wszyst­ko ci wy­na­gro­dzę. Ku­pi­łam coś spe­cjal­nie na tę oka­zję, – brzmia­ła bar­dzo ko­kie­te­ryj­nie – to bę­dzie praw­dzi­wa nie­spo­dzian­ka. Ko­cham cię! Bu­ziacz­ki, pa.”

Ko­niec na­gra­nia. Było jesz­cze ko­lej­ne:

„Ach! Ale ze mnie gapa! Jeśli wy­lą­do­wa­łeś o cza­sie, to dzie­ci nie­dłu­go koń­czą za­ję­cia. Od­bierz je ze szko­ły, pro­szę. Mo­że­cie zjeść coś na mie­ście. Paa!”

Ko­niec dru­gie­go na­gra­nia. Nie było nic wię­cej. Ru­szy­łem w stro­nę par­kin­gu, gdzie cze­kał na mnie mój stary grat wy­plu­ty z taśmy pro­duk­cyj­nej Forda. Cho­ciaż… naj­pierw po­sze­dłem się odlać.

Wtedy pierw­szy raz po­czu­łem na sobie wzrok. Ktoś mnie śle­dził. Ro­zej­rza­łem się po wnę­trzu to­a­le­ty, ale ni­ko­go nie za­uwa­ży­łem. Dziw­ne. Widać zmę­cze­nie lubi pła­tać figle. Prze­my­łem twarz wodą i sku­pi­łem myśli…

Skie­ro­wa­łem się w stro­nę pod­ziem­ne­go par­kin­gu, w jaki był za­opa­trzo­ny kom­pleks prze­rzu­to­wy ro­bo­li no­we­go świa­ta, wy­do­by­wa­ją­cych czar­ną smo­li­stą sub­stan­cję, bez któ­rej nie byłby w sta­nie obejść się ni dnia, tak samo jak jego star­szy po­przed­nik.

Byłem tam sam, wszy­scy już po­je­cha­li. Nie są­dzi­łem, że aż tyle czasu zmar­no­wa­łem w kiblu. Spoj­rza­łem na ze­ga­rek.

Ożeż, kurwa! Musze się spie­szyć!

Ru­szy­łem w stro­nę swo­je­go po­jaz­du, a świa­tło nade mną za­mi­go­ta­ło. Znów po­czu­łem czy­jąś obec­ność. Ktoś mnie ob­ser­wo­wał, wie­dzia­łem to! Od­wró­ci­łem się w biegu. Ni­ko­go za mną nie było.

Tylko jakaś smuga świa­tła prze­cię­ła gra­ni­cę mo­je­go pola wi­dze­nia.

Prze­krę­ci­łem klu­czyk w zamku i wpa­dłem do sa­mo­cho­du. Ner­wo­wo sta­ra­łem się od­pa­lić sil­nik, nadal po­zo­sta­jąc w ob­ję­ciach ir­ra­cjo­nal­ne­go stra­chu, jak zwie­rzy­na, która czuje, że pies jest na jej tro­pie. Tyle, że tam ni­cze­go nie było.

Muszę się uspo­ko­ić.

Mam mie­siąc urlo­pu, nic nie może pójść nie tak.

Pio­trek i Jo­an­na już na mnie cze­ka­li w holu swo­jej szko­ły – jed­nej z lep­szych szkół w tej czę­ści kon­ty­nen­tu. Naj­lep­szej na jaką było nas stać. Wie­rzy­li­śmy, że edu­ka­cja jest klu­czem do suk­ce­su. Przy­naj­mniej ona wie­rzy­ła, a ja nie chcia­łem psuć jej wizji lep­sze­go świa­ta dla na­szych po­ciech… choć nic nie za­po­wia­da­ło, że bę­dzie lep­szy. Wręcz prze­ciw­nie.

Razem rzu­ci­li mi się na szyję, mó­wiąc jak tę­sk­ni­li gdy mnie nie było. Takie chwi­le pa­mię­ta się w życiu, dla nich warto popadać w codzienną ru­ty­nę: to w nich jest re­cep­ta na szczę­ście, my­śla­łem sobie.

Da­le­ko za nimi do­strze­głem jakąś nie­wy­raź­ną po­stać. Znik­nę­ła w mgnie­niu oka – ale lęk po­wró­cił.

– Szyb­ko, chodź­my do sa­mo­cho­du.

Prze­bie­gli­śmy drogę dzie­lą­cą wrota pla­ców­ki pod­sta­wo­wej edu­ka­cji od miej­sca par­kin­go­we­go, gdzie deszcz bom­bar­do­wał nasz śro­dek lo­ko­mo­cji. Gdy wszy­scy byli na miej­scach, ru­szy­łem z im­pe­tem, zer­k­nąw­szy jesz­cze raz w stro­nę szko­ły, spraw­dza­jąc, czy nie czai się tam coś dziw­ne­go.

– Jak było w szko­le? Co ro­bi­li­ście cie­ka­we­go przez ten ty­dzień? – roz­mo­wa z dzieć­mi po­win­na roz­ła­do­wać na­pię­cie. Do­je­dzie­my do domu, naj­wy­żej sam coś przy­go­tu­ję na ko­la­cję. I łyknę prosz­ki. Stres daje o sobie znać: to był sza­lo­ny ty­dzień w pracy.

– Mie­li­śmy hi­sto­rię XX wieku. – to ode­zwał się Pio­trek. Za­wsze był bar­dziej wy­ga­da­ny. – Oglą­da­li­śmy film z pierw­sze­go lą­do­wa­nia na Księ­ży­cu. Ale to było śmiesz­ne!

Coś mi­gnę­ło mi w lu­ster­ku.

– Ta­tu­siu, mar­twisz się czymś? – to Jo­asia. Miała dar em­pa­tii.

– Nie, wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Chcę być tylko szyb­ko z wami w domu. Może… może za­mó­wi­my pizzę na ko­la­cję i po­oglą­da­my filmy do późna, co?

– Super!

Kro­ple wody bęb­ni­ły za­cie­kle o szybę, wy­cie­racz­ki le­d­wie da­wa­ły radę. Je­cha­łem szyb­ko, ale nie za szyb­ko. To tylko moje fa­na­be­rie, musze wziąć się w garść, mó­wi­łem do sie­bie.

Na środ­ku drogi po­ja­wi­ła się jasna po­stać!

– Kurwa! – za­klą­łem i nim po­my­śla­łem o tym, co może się stać, skrę­ci­łem kie­row­ni­cę.

Wpa­dli­śmy w po­ślizg.

Jo­asia (była ubra­na w swoją ulu­bio­ną kwie­ci­sta su­kien­kę) pisz­cza­ła, Pio­truś (w czer­wo­nym pod­ko­szul­ku i spoden­kach przed ko­la­no) wci­snął się w fotel i za­mknął oczy. Ja pró­bo­wa­łem ra­to­wać sy­tu­ację.

Bez­sku­tecz­nie.

Wy­pa­dli­śmy z drogi.

Wtedy przy­po­mnia­łem sobie, że przez po­śpiech nie do­pil­no­wa­łem, by za­pię­li pasy.

Ude­rzy­li­śmy w przy­droż­ną fi­gur­kę z krzy­żem, która – oświe­tlo­na bla­skiem roz­sta­wio­nych wokół zni­czy – miała chyba ostrze­gać kie­row­ców przed bra­wu­ro­wą jazdą.

Stra­ci­łem przy­tom­ność.

Kiedy się ock­ną­łem, zo­ba­czy­łem zbitą bocz­ną szybę auta i puste miej­sca pa­sa­że­rów. Wy­pa­dli, mój Boże, wy­pa­dli!

Wy­sko­czy­łem z sa­mo­cho­du. Ro­zej­rza­łem się i… do­strze­głem ich.

Ciało Pio­tru­sia zgię­te w nie­na­tu­ral­ny spo­sób. Obok Jo­asia, która jesz­cze ru­sza­ła się w ja­kimś ner­wo­wym tiku.

– Nie! – krzy­cza­łem, kiedy bie­głem w ich stro­nę. Łzy pły­nę­ły mi po twa­rzy.

Pa­dłem na ko­la­na przed córką, która wy­da­wa­ła wła­śnie ostat­nie tchnie­nie. Char­cza­ła i pluła krwią. Sta­ra­ła się coś po­wie­dzieć.

Jak mo­głem to zro­bić? Jak mo­głem być taki nie­uważ­ny? Jak, do licha?! Boże, czemu to się dzie­je?! Czemu ja żyje? Co ze mnie za ro­dzic? Co ze mnie za czło­wiek? Je­stem… ni­czym.

Wtedy usły­sza­łem, jak wy­po­wia­da­ła ostat­nie słowa…

– Zo­staw go, gów­no­zja­dzie!

***

Ock­ną­łem się do­kład­nie w tym mo­men­cie, kiedy zwa­li­ste ciało Ma­ri­ny Gu­ten­bau­er ru­nę­ło na smu­kłą w swo­ich kształ­tach formę imi­tu­ją­cą naszą byłą po­kła­do­wą psy­cho­log. Przez mgnie­nie chwi­li zwar­ły się w dziw­nym tańcu, który wy­glą­dał jak ma­ka­brycz­ne les­bij­skie za­lo­ty. W końcu na­past­nicz­ka zo­sta­ła zwy­cię­żo­na i ode­pchnię­ta na od­le­głość paru me­trów przez ukry­tą pod fi­li­gra­no­wą formą siłę nie z tego świa­ta.

Się­gnę­ła ku we­wnętrz­nej kie­sze­ni swo­jej skó­rza­nej kurt­ki rodem z Top Gun czy in­ne­go sta­re­go filmu o twar­dych go­ściach, kiedy ta sama siła, która wcze­śniej pchnę­ła ją w prze­strzeń, za­ci­snę­ła na niej klesz­cze nie po­zwa­la­jąc się ru­szyć.

– My­ślisz, że nie za­uwa­ży­li­śmy jak jesz­cze na po­kła­dzie wa­sze­go stat­ku, w ukry­ciu przed wzro­kiem wła­sne­go so­jusz­ni­ka, przy­go­to­wa­łaś swoją pry­mi­tyw­ną… za­ba­wecz­kę? Nie mo­że­my po­zwo­lić ci jej użyć, więc stój spo­koj­nie. Uśmier­ce­nie tego ciała spro­wa­dzi­ło­by na nas… nie­do­god­no­ści.

– Sły­sza­łam wszyst­ko, co mó­wi­łeś, fra­je­rze. To ty wpa­ko­wa­łeś nas w to gówno! Nie uj­dzie ci to na sucho!

So­bo­wtór Sa­man­ty Smith prze­su­nął się parę kro­ków w jej stro­nę. Ode­tchną­łem z ulgą wi­dząc, jak zwięk­sza się dzie­lą­ca nas od­le­głość. Prze­sta­łem pa­ni­ko­wać. Sta­ra­łem się opa­no­wać ro­ze­dr­ga­ny umysł, który sza­mo­tał się jak dzi­kie zwie­rzę, nie­pew­ne czy wy­cią­gnię­ta doń ręka z je­dze­niem jest oka­zją czy pu­łap­ką.

To praw­da, wpa­ko­wa­li­śmy się w gówno – a ja muszę zna­leźć spo­sób, by nas z tego wy­cią­gnąć.

Tylko jak?

– Dość oso­bli­wa sy­tu­acja, jak na sto­so­wa­nie groź­by uży­cia siły. – ode­zwa­li się do niej pod­cho­dząc jesz­cze bli­żej. – Nie chcie­li­śmy zro­bić wam krzyw­dy. Mo­gli­ście się jesz­cze… przy­dać. Teraz jed­nak mu­si­my roz­wa­żyć czy…

Ma­ri­na uśmiech­nę­ła się. Jej kie­szeń była pusta.

Cien­ka struż­ka la­se­ra prze­mknę­ła tuż przy ko­niusz­ku nosa tego, co uda­wa­ło czło­wie­ka.

Yoshi­da nie mar­no­wał czasu – od razu wy­pa­lił po­wtór­nie. Miał tylko kilka ła­dun­ków, nim dłu­go­pi­so­po­dob­na pu­kaw­ka wy­czer­pie swoje ba­te­ryj­ki. Plan za­kła­dał, że trafi za pierw­szym razem, ale kurwa mać, nigdy z ni­cze­go nie strze­lał!

Isto­ta, czy może le­piej: isto­ty, przy­go­to­wa­ły się już na ko­lej­ny strzał. Za­re­ago­wa­ły w mgnie­niu oka – le­d­wie dało się do­strzec ich ruchy – rzu­ca­jąc się w stro­nę prze­ciw­ną od tej, w która wedle prze­wi­dy­wań, prze­ciw­nik skie­ru­je pro­mień la­se­ra. Jak na su­per­in­te­li­gen­cję przy­sta­ło: za­ło­że­nie było słusz­ne.

A potem prze­szli do ataku.

Szyb­ko sku­pi­li wzrok swo­jej po­wło­ki na pe­cho­wym strzel­cu i za­bra­li się do dzia­ła­nia. Z po­zo­ru wy­glą­da­ło to tylko jak za­ma­szy­ste wy­cią­gnię­cie ręki przed sie­bie (nie tej, która wciąż ści­ska­ła dwie na­ma­gne­so­wa­ne kulki z me­ta­lu – od­no­to­wa­łem w pa­mię­ci), ale naj­wy­raź­niej było w tym coś wię­cej, skoro Yoshi­da od­le­ciał da­le­ko w głąb tu­ne­lu ni­czym ude­rzo­ny przez roz­pę­dzo­ne­go byka.

– Lep­szym wyj­ściem było nas nie ata­ko­wać. Nie lu­bi­my tego.

Zza gra­ni­cy pola wi­dze­nia dało się do­sły­szeć po­tę­pień­czy krzyk ich ofia­ry.

– Teraz nic z cie­bie nie…

Zro­bi­ła to!

Isto­ty tak bar­dzo sku­pi­ły swoja wolę na nowym za­gro­że­niu, że aż za­po­mnia­ły o sta­rym! A ona wy­rwa­ła się z ich wpły­wu i za­da­ła cios. Nie po­win­ni jej lek­ce­wa­żyć: nigdy nie była bez­bron­na. Wie­dzie­li­by to, gdyby tylko ob­ser­wo­wa­li ją uważ­niej. Nawet przy­par­ta do muru nie zrzu­ci­ła z twa­rzy spoj­rze­nia, któ­rym my­śli­wy pa­trzy na zwie­rzy­nę.

Teraz to ona była górą. Teraz rę­ko­jeść jej noża ster­cza­ła z karku imi­ta­cji Sa­man­ty Smith, a ostrze prze­cho­dzi­ło na wskroś rdze­nia krę­go­we­go.

– Ty…

– Mało wiesz o lu­dziach. Jesz­cze mniej o zgorzk­nia­łych les­bach-fe­mi­nist­kach. Nigdy nie wy­cho­dzi­my z domu bez sta­ro­mod­ne­go scy­zo­ry­ka, gów­no­zja­dzie. – prze­krę­ci­ła rę­ko­jeść. Coś trza­snę­ło w miej­scu, gdzie ciało skry­wa­ło ostrze.

– Zgi­niec…

Zwło­ki, zwod­ni­czo po­dob­ne do kogoś z kim spę­dza­li­śmy każdy dzień przez dwa­na­ście lat, osu­nę­ły się na prze­zro­czy­ste pod­ło­że tu­ne­lu. Oczy Ma­ri­ny Gu­ten­bau­er jakby za­szkli­ły się od łez… a może tylko mi się zda­wa­ło?

Nie zdą­ży­li­śmy na­cie­szyć się zwy­cię­stwem. Nie zdą­ży­li­śmy nawet nic do sie­bie po­wie­dzieć.

Ścia­ny tu­ne­lu za­czę­ły kur­czyć się i pękać, prze­pusz­cza­jąc gdzie­nie­gdzie nitki wody łą­czą­ce się w bie­gną­ce we wszyst­kich kie­run­kach śred­ni­ce tnące prze­strzeń ko­ry­ta­rza.

– Ponoć je­steś tu ważny. – spoj­rza­ła na mnie cał­kiem po­waż­nie. – Jeśli tak, to teraz przy­szedł mo­ment, żebyś coś zro­bił.

Miała rację.

Tylko wła­ści­wie co ja mo­głem? Nie byłem żad­nym wy­brań­cem, czy pro­ro­kiem. Nie mam żad­nych nad­zwy­czaj­nych zdol­no­ści. Je­stem tylko ob­ser­wa­to­rem, który w jakiś po­pa­pra­ny spo­sób wszedł w sprzę­że­nie zwrot­ne z akcją, którą miał re­je­stro­wać. Je­stem tylko nar­ra­to­rem: mam opo­wia­dać hi­sto­rię, czy to mi się po­do­ba, czy nie.

…na pewno? Co, jeśli po­sta­no­wię prze­stać? Zmu­sisz mnie do kon­ty­nu­owa­nia? Przyj­dziesz tu, by mnie po­wstrzy­mać?

Ścia­ny kur­czy­ły się coraz bar­dziej. Nitki wody zmie­niał się w po­tęż­ne słupy…

Im bar­dziej pró­bo­wa­łem, im moc­niej sta­ra­łem się z tego wszyst­kie­go wy­plą­tać – tym go­rzej wy­glą­dał bieg wy­pad­ków. Tkwi­łem w po­trza­sku, błęd­nym kole zda­rzeń, gdzie wynik każ­dej mojej ak­tyw­no­ści był od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­ny do za­mie­rzo­ne­go celu. Przy­po­mi­na­ło to dzia­ła­nie pew­nej da­le­ko­wschod­niej za­baw­ki, z któ­rej im moc­niej chcesz się wy­do­stać, tym moc­niej cie­bie ści­ska…

To nie może się tak skoń­czyć! Nie będę w tym uczest­ni­czyć, sły­szysz?!

Nie wy­po­wiem już ani słowa!

.

..

Ugh

Grlb

….

…..

Blp

Hmfp

……

Nnnnnn

***

– Do­brze, do­brze. Mo­żesz już prze­stać. Dam ci szan­sę. Nie wie­rzysz mi, co? Mój wła­sny twór, nie­mal­że moje lu­strza­ne od­bi­cie, cha­rak­ter stwo­rzo­ny na moje po­do­bień­stwo nie chce dać wiary mo­je­mu słowu. Chyba aż na­zbyt mnie przy­po­mi­nasz. Czuję się tak, jak­bym gadał sam do sie­bie. Wła­ści­wie to gadam sam do sie­bie, prze­cież je­steś moim po­my­słem, zro­dzo­nym w mojej gło­wie. Wiem, że to tro­chę po­rą­ba­ne. Gdy­bym tak nie my­ślał, ty też nie mógł­byś. To jak, za­wrze­my umowę? Czy wo­lisz to skoń­czyć tak jak teraz? Z tego oby­dwaj nie bę­dzie­my za­do­wo­le­ni. De­cy­duj! Jak bę­dzie?

***

Pro­ces roz­pa­du sztucz­nej prze­strze­ni, w któ­rej by­li­śmy uwię­zie­ni, rap­tow­nie się za­trzy­mał. Jeśli cho­dzi o ści­słość: nie tylko on. Za­mro­że­nie w cza­sie do­tknę­ło wszyst­kie­go poza mną. Ma­ri­na Gu­ten­bau­er za­mar­ła w pół wde­chu. Ka­łu­ża krwi wokół tego, co uda­wa­ło Sa­man­tę Smith prze­sta­ła się po­sze­rzać. Na­pły­wa­ją­ca, two­rzą­ca roz­ra­sta­ją­ce się bale woda wstrzy­ma­ła swój bieg.

Tylko ja mo­głem po­ru­szać się swo­bod­nie.

…nie tylko ja.

Tam, gdzie przed chwi­lą nie było ni­ko­go, tam gdzieś spo­mię­dzy już pra­wie szczel­nie oka­la­ją­cej okno tu­ne­lu ścia­ny wody wy­sze­dłeś ty. Ły­sie­ją­cy na za­ko­lach facet gdzieś bli­sko czter­dziest­ki, w śred­niej ja­ko­ści gar­ni­tu­rze i wy­glan­co­wa­nych bu­tach. Autor.

– W końcu się wi­dzi­my twa­rzą w twarz. – po­wie­dzia­łeś.

– To nie jest twój praw­dzi­wy wy­gląd.

Spoj­rza­łeś na siebie.

– A, tak. Chyba nie ocze­ki­wa­łeś, że po­ja­wię się tutaj w moim co­dzien­nym prze­bra­niu. Wo­la­łem dodać sobie tro­chę po­wa­gi, sto­sow­nie do sy­tu­acji. – wy­krzy­wi­łeś usta w iro­nicz­nym uśmie­chu. – Nie są­dzi­łem, że wiesz jak na­praw­dę wy­glą­dam. Je­ste­śmy moc­niej złą­cze­ni, niż mi się wy­da­wa­ło. – „sam nie wiesz, kurwa, jak” po­my­śla­łem.

Ja tkwi­łem tutaj, we­wnątrz sztucz­ne­go świa­ta, który roz­pad­nie się z chwi­lą, gdy do­brnie­my do końca ostat­niej stro­ny. Ty, na ze­wnątrz, przy­pa­try­wa­łeś się wszyst­kie­mu z kom­for­to­wej po­zy­cji, roz­wa­ża­jąc nie­skoń­czo­ne wa­rian­ty al­ter­na­tyw­nych bie­gów zda­rzeń, z któ­ry­mi mia­łeś za­miar mnie ze­tknąć – i mimo, że nie­zły z cie­bie dupek i wo­lał­bym nie mieć z tobą nic wspól­ne­go, to ko­niec koń­ców moje usta wy­po­wia­da­ły to, co po­my­śla­ła twoja głowa… a teraz je­steś tutaj. Sto­isz na­prze­ciw­ko mnie, spro­wa­dzo­ny do po­zy­cji rów­no­rzęd­ne­go part­ne­ra.

W takim razie kto teraz dzier­ży stery? Kto pro­wa­dzi hi­sto­rię z ze­wnątrz, skoro oby­dwaj je­ste­śmy w środ­ku? Czy po­zo­sta­ło tam ja­kieś ukry­te Ja, pro­dukt roz­sz­cze­pie­nia we­wnątrz roz­sz­cze­pie­nia w umy­śle na­wie­dzo­ne­go pi­sa­rza? Czy to jesz­cze bi­lo­ka­cja, czy już… trój­o­bec­ność?

– Po­wie­dzia­łeś, że mo­że­my za­wrzeć jakiś układ.

– Pro­sto z mostu, po­do­ba mi się to. – mru­gną­łeś do mnie przy­braw­szy drwią­cą minę. – Zro­bi­my tak: mam w kie­sze­ni mo­ne­tę. Rzucę ją w po­wie­trze. Jeśli ob­sta­wisz traf­nie, po­zwo­lę ci wpły­nąć na za­koń­cze­nie. W gra­ni­cach zdro­we­go roz­sąd­ku, oczy­wi­ście. – kiw­ną­łeś pal­cem.

– Nie za dobra ta twoja ofer­ta.

– Lep­szej nie bę­dzie. To jak, zgoda?

– Skąd mam wie­dzieć, czy…

– Nie będę oszu­ki­wać? – za­śmia­łeś się – Jak mo­żesz mi to mówić, po tym wszyst­kim co razem prze­szli­śmy.

– Dobra, piszę się na to. Co wy­bie­rasz?

– Orzeł. – jak­że­by ina­czej, to dla cie­bie ty­po­we.

– Rzu­caj. Miej­my to już za sobą.

Mo­ne­ta po­szła w ruch. Pa­trzy­łem jak wzbi­ja się w po­wie­trze, jak za­ta­cza kręgi wokół wła­snej osi i jak opada, nadal wi­ru­jąc. Trwa­ło to co naj­mniej wiecz­ność, może nawet dwie.

W końcu zła­pa­łeś ją i przy­ci­sną­łeś do dru­giej dłoni.

– To jak, go­to­wy? – za­py­ta­łeś.

– Dawaj!

Od­sło­ni­łeś ją.

Wy­pa­dła resz­ka.

– Wy­gra­łeś… – po­wie­dzia­łeś cicho, jakby nie cał­kiem prze­ko­na­ny. „Jak to się stało?” po­my­śla­łeś. „Jak mo­głem prze­grać w grze, która toczy się w świe­cie, który sam two­rzę?” „Czy tego na­praw­dę chcia­łem?”, a prze­cież nie mu­sia­łeś mieć w tym swo­je­go udzia­łu. Hi­sto­ria musi po­su­wać się do przo­du, a jak mo­gła­by, bez tego, co ją kreu­je. Praw­da? Zstą­pi­łeś z nieba na zie­mię, tani ekwi­wa­len­cie zba­wi­cie­la, więc pod­le­gasz jej pra­wom.

– Su­ge­ru­jesz, że sta­łem się… nie­rze­czy­wi­sty? Mam być tylko za­pi­sem na kart­ce pa­pie­ru? – za­py­ta­łeś z tro­ską o wła­sny los w gło­sie. Wy­glą­da­łeś tak, jak­byś wy­cze­ki­wał z mojej stro­ny od­po­wie­dzi, która da ci uko­je­nie. Potem za­śmia­łeś się drwią­co. – Na po­cząt­ku było Słowo, mówi ci to coś?

Wtedy po­ka­za­łem ci, co ści­ska­łem w ręku.

Dwie małe ma­gne­tycz­ne kulki.

– Ty lisie! – za­śmia­łeś się – Masz mnie! Mów, czego chcesz.

Czego chcę? Dobre py­ta­nie.

Po­my­śla­łem…

– Nie, bła­gam. – nie po­zwo­li­łeś mi nawet tego wy­po­wie­dzieć. – Nie­do­brze mi się robi od ta­kich happy endów. I nie pró­buj spro­wa­dzić mojej hi­sto­rii do sen­nych ma­ja­ków. To fik­cja i niech to wy­star­czy. Nie po­zwo­lę zro­bić z niej fik­cji we­wnątrz fik­cji, to by było krzyw­dzą­ce!  No, daj coś z sie­bie!… Może mi nie uwie­rzysz, ale od po­cząt­ku cię lu­bi­łem. Jest coś w tobie… To pew­nie to nasze po­do­bień­stwo. Zu­peł­nie jak­by­śmy byli dwie­ma po­łów­ka­mi jed­nej po­ma­rań­czy. – więc skoro ja ponoć je­stem stuk­nię­ty, po­my­śla­łem, to… – Ha­ha­ha! Na­praw­dę mi się po­do­basz! Co mi tam, niech ci bę­dzie! Na to mogę się zgo­dzić.

***

Stało się świa­tło.

 

 

Epi­log

 

Zer­ka­jąc w okno swo­je­go ga­bi­ne­tu roz­my­ślał nad nową po­wie­ścią. Chciał by było to coś nie­zwy­kłe­go, nie­co­dzien­ne­go. Coś, co za­pad­nie czy­tel­ni­kom na długo w pa­mię­ci. Rzu­cił okiem na wczo­raj­szą ga­ze­tę, która jesz­cze za­le­ga­ła na jego biur­ku. Na­głó­wek krzy­czał wy­tłusz­czo­ny­mi li­te­ra­mi: ZA­GAD­KO­WA TRA­GE­DIA AN­GE­LU­SA: DWÓJ­KA OCA­LA­ŁYCH WRACA W KIE­RUN­KU ZIEMI NA PO­KŁA­DZIE AN­GE­LU­SA2. Pod nim drugi: DZIW­NE ŚWIA­TŁA WI­DZIA­NE NA CAŁYM KON­TY­NEN­CIE.

Z za­du­my wy­rwał go sy­gnał au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki.

„Cześć, tu ja, Jo­an­na! Pa­mię­taj, żeby na po­nie­dzia­łek przed­sta­wić wy­daw­cy szkic książ­ki. Mówię po­waż­nie Pio­trek, kom­plet­nie służ­bo­wo jak agent­ka do klien­ta. Zo­ba­czy­my się na ko­la­cji. Pa bra­cisz­ku!”

Wstał i pod­szedł do okna. Sku­pił wzrok na ob­li­czu nieba, które raz po raz roz­bły­ski­wa­ło w cał­kiem lo­so­wych miej­scach, jakby ja­kieś świe­tli­ste po­ci­ski roz­bi­ja­ły się o nie­wi­dzial­ną ba­rie­rę. Na­ukow­cy do tej pory nie po­tra­fi­li wy­ja­śnić tego fe­no­me­nu.

Czuł w ko­ściach, że stoi za tym coś wię­cej, niż at­mos­fe­rycz­na ano­ma­lia. Czuł to głę­bo­ko we­wnątrz, pra­daw­nym zmy­słem od­le­głych przod­ków, który po­zo­sta­wał uśpio­ny od po­ko­leń – ale był tam i nadal pro­wa­dził swoje dzia­ła­nie. Coś mu się w tym wszyst­kim nie zga­dza­ło. Pra­wie uzmy­sła­wiał sobie, że ukry­ta na samym dnie jego jaźni cząst­ka pró­bu­je nadać ku niemu sy­gnał.

Do­brze zna­łem jego treść: Uwa­żaj! To nie dzie­je się na­praw­dę!

Może to i le­piej, że tego nie do­sły­szał. Po co mu taka wie­dza? Jaki jest uza­sad­nio­ny powód, by do­tar­ła do niego praw­da?

Ja nie ist­nie­ję.

On nie ist­nie­je.

Ty nie ist­nie­jesz.

My nie ist­nie­je­my.

Ale… czy to ważne?

Koniec

Komentarze

Fiuu… To jeden z ciekawszych kawałków, jakie czytałem od dawna. Serio. Świetny myk narracyjny powoduje, że prosta w gruncie rzeczy historia nabiera mnóstwa nowych znaczeń i odcieni. Brawo. Jest trochę bałaganu technicznego, ze dwa ortografy, trochę litrówek, źle zapisane nazwiska – "MacGiver", "Howking"… No chyba, że to specjalnie. Czeka Cię, drogi Autorze (a może Narratorze…) trochę redakcyjnej roboty. Ale to nic. Bo sam tekst – znakomity.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Hmmm. Chyba miałeś ciekawy pomysł, ale tekst wydaje mi się bardzo przegadany. Do tego warsztat pozostawia wiele do życzenia. Skutek jest taki, że historia mnie uśpiła i… nie mam ochoty próbować ponownie.

jeżeli wielkie nieznane rzeczywiście się ukarze

A cóż nieznanie przeskrobało, że zamierza się ukarać? ;-)

podróż przez otmęty układu słonecznego

Sprawdź w słowniku, co znaczy Otmęt. Możesz się zdziwić.

zamkniętych latami we wielkiej stalowej puszcze nie było wystarczająco uciążliwe.

Literówka, nawet zabawna. Trochę ich masz.

Wszystko zautomatyzowane, sterowane przez centralny procesor, który w razie jakiś problemów

Jakichś.

zbudowała w działkowym ogródku jednego z nich nowy prototyp silnika,

Trudno, żeby ktoś zbudował stary prototyp.

Międzygwiezdny telegrafista na którego wachtę przypadł ten przekaz pewnie popuścił zwieracze z wrażenia.

Zgrzyta mi “popuścić zwieracze”. Przecinki po “telegrafista” i “przekaz”. W ogóle nad interpunkcją powinieneś jeszcze popracować.

Babska logika rządzi!

@thargone – bardzo dziękuję za tyle ciepłych słów, wiele to dla mnie znaczy, serio. Jest impulsem do dalszych pisarskich zmagań, które zdecydowałem się rozpocząć. Dałeś mi promyk nadziei, że nawet komuś kompletnie nieznajomemu, kto na dodatek siedzi w opowiadaniach, mogą odobać się moje historyjki.

@Finkla – szkoda, że nie zdecydowałaś dobrnąć się do końca. Właściwie zatrzymałaś się w części, która jest najnudniejsza i najsłabsza, w której dopiero nabierałem rozpędu (bardzo wolno, wiem). Masz stuprocentową rację, że jest przegadana: sam to zauważyłem czytając wczoraj jeszcze raz swoje opowiadanie. Dzięki za wychwycenie błędów – sam czytając własny produkt nie jestem za bardzo w stanie tego zrobić, mimo, że wiele już poprawiłem. Jeśli chodzi o “otmęt” to wkradła się tam złośliwa literówka, ale trafne spostrzeżenie. Mogę zaoferować ci pewną umowę: omiń co nudniejsze kawałki pierwszego opowiadania – obiecuję, że dalej będzie coraz ciekawiej. W zamian za to będziesz miała pewnie mnóstwo okazji, by natknąć się na błędy i pomóc komuś mniej doświadczonemu.  Wiem, że nie wygląda to jak atrakcyjna oferta, ale stawiam nieskromnie na to, że się nie zawiedziesz.  

Cóż, to nie była do końca decyzja – czytałam, czytałam, a nagle się obudziłam…

No to już wiesz, że zaczynanie tekstu od najnudniejszej części jest słabym pomysłem. Na przykład taki opis członków załogi – lepiej wpleść ich cechy w akcję niż przedstawiać, omawiając jedno po drugim.

Dobra, spróbuję jeszcze raz, ale trudno powiedzieć, kiedy to nastąpi.

Babska logika rządzi!

Możliwość poznania innych opinii to największa zaleta udostępniania swoich opowiadań – teraz widzę to doskonale. Dla mnie (skoro wiem, co będzie w dalszej części) moja historia nigdy nie będzie tak nudna jak dla czytelnika. Chciałem, przyznaję, by fabuła płynęła leniwie z początku, jak nie zapowiadająca niczego wielkiego prosta opowiastka, by potem nieoczekiwanie wystrzelić do przodu… nie wziąłem pod uwagę tylko, że nim rozlegnie się huk wystrzału, odbiorca może usnąć z nudów. Mój błąd: poprawię to, kiedy tylko wezmę się za większe przebudowanie tego tekstu… na razie nie wiem jak się w to wgryźć. 

 

edit:

 

Spróbowałem. Udało mi się przebudować trochę tekst, zgodnie z twoimi zaleceniami. Wskazane błędy poprawiłem. Do tego skróciłem opowiadanie o dobrą stronę. Teraz będzie lepiej, mam nadzieję. 

Dobra – jest tak. Ja, Juan Sanchez Villa Lobos Targonio Ramirez de la Puta, polecam ten takst. Mimo poobiętości. Może jestem nieoczytany, ale dyskusja Bohater – Narrator – Autor – Bóg jest dla mnie czymś zupełnie nowym. Ktoś tu się bardzo postarał.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jest mi niesamowicie miło, że aż tak przypadł ci do gustu mój pomysł. . Wiem, że są tam niedociągnięcia i ciągle je poprawiam – a końca poprawek nie widać – ale najważniejsze dla mnie, że istota tego co napisałem zbiera pochwały… formę można spokojnie udoskonalać. Nawet widziałem, jak przy nazwie mojego opowiadania pojawiła się jakas gwiazdka – ale znikneła po edycji, więc już przestaję z tym edytowaniem (nadal ucze się tutajszych zasad). Jeszcze raz wyrazy wdzięczności. 

Dwanaście lat lotu z Marsa na Europę? Chyba na silniczku jonowym o ciągu koma trzy i pół decyniutona…

thargone zachwycony, Finkla uśpiona, ja zawiedziony i wkurzony. Przepaść między Dickiem a Tobą – nie do zasypania. Tak, pisał P. K. D. różnie, i świetnie jak “Człowiek z Wysokiego Zamku”, i marnie, jak niektóre z opowiadań, ale przynajmniej nie “puszczał oczek” do czytelnika, nie mieszał narratora z autorem i nie silił się na wesołość.

Przykro mi, że powyższym sprawiam Tobie zawód i przykrość, więc od razu przepraszam, ale takie są moje wrażenia.

Z Ziemii na Europę – widac nie mieli nic lepszego.

Przyjmuję twoją opinię na klatę. 

W żadnej mierze nie śmiałbym się nigdy – ohoho nie nie – porównywać do Dicka. Nawet nie próbuje naśladować jego stylu nigdzie, więc mylne odniosłeś wrażenie. Dlatego robić mogę to, czego on by nie zrobił… czy to z powodu dobrego smaku, czy przeczucia, że to zły pomysł. Po prostu bardzo bliska jest mi jego twórczość. 

Co do silenia się na wesołość i puszczaniu oczka – taki był plan. Rozumiem, że mógł się nie podobać.  Chyba podszedłes do sprawy poważniej niż bohater opowiadania. 

<> Kiedy wystrzeliliśmy z orbity Marsa, zaczęła nawalać łączność.

Dość sugestywne, nie sądzisz, Autorze?

Cytat też coś mi sugeruje. Bardzo silnie.

Dobra, nie będę Tobie dłużej marudził. Każdy ma prawo pisać, jak chce i lubi, każdy ma prawo czytać, co chce i lubi.

Pax!

Jasne, ponieważ orbitowali wokół Marsa – tylko do niego też musieli dolecieć. Ziemia wspomniana jest kilkanaście razy, ale rzeczywiście, może niezbyt dobitnie.

Pięknie podsumowałes cały temat: zgadzam się z tobą w zupełności.

Eksperyment tego typu był jednorazowy – kolejny raz to już by była wtórność – więc nastepnym razem możesz się spodziewac bardziej standrdowej narracji.

Hmmm. Przeczytałam całość i bliżej mi do Adama niż do Thargone’a. Z czasem podróży Adam ma rację – sonda Juno ma osiągnąć orbitę Jowisza po pięciu latach lotu. Tuzin to straszny regres.

Fragmenty rozważań o autorze i narratorze bardziej zaciemniały obraz niż zaciekawiały.

w końcu ujawniono przybliżoną datę startu. W końcu zapadła decyzja: lecimy.

Powtórzenie.

Kiedy wracam do niej pamięcią, to mogą przysiąc, że jakoś dwóch godzinach trasy

Literówka i czegoś zabrakło.

próbował pomóc jej się podnieść. Wyglądało to dość komicznie, zważywszy, że była wyższa i najpewniej cięższa od niego o jakieś dwadzieścia kilogramów. Co najmniej. Dlatego przy pierwszej próbie obydwoje padli z powrotem na podłogę.

Bez przesady. Zdarzało mi się pomagać przy podniesieniu faceta cięższego ode mnie i ani razu nie wylądowałam przy tym na podłodze. Wystarczy przydepnąć wstającemu nogi albo jakoś podobnie je przyblokować.

Robisz błędy w zapisie dialogów. Przejrzyj ten wątek.

Wołacze, Gekikaro, oddzielamy przecinkami od reszty zdania.

U jej stup leżały ciała reszty ocalałych.

Sprawdź sobie w słowniku, co znaczy stupa.

Babska logika rządzi!

Uporałam się z Trójobecnością. Dodam, że z dużym trudem.

Początek nie zachwycił mnie, albowiem jest strasznie monotonny, nudnawy i mocno zniechęcający. Uwierzyłam jednak Twojej zapowiedzi i dzielnie czytałam dalej. No i rzeczywiście – atmosfera nieco się zagęściła, pojawił się trup, co należycie ożywiło akcję, zaczęła się wykluwać zagadka, a potem… Potem to co czytałam powoli przestawało do mnie trafiać. Zamąciłeś wszystko tak, że musiałam się bardzo starać, by jako tako ogarniać tekst, a i tak mam wrażenie, że nie bardzo mi się to udało. Może gdyby opowiadanie nie zawierało tak wielu, tak bardzo rozpraszających błędów i usterek, lektura byłaby przyjemniejsza i pewnie zrozumiałabym więcej.

 

wy­pro­sto­wał grzbiet i ze­brał w sobie na tyle od­wa­gi… – …wy­pro­sto­wał grzbiet i ze­brał w sobie tyle od­wa­gi

 

wszy­scy ramię w ramię za pan-brat… – …wszy­scy ramię w ramię, za pan brat

 

nie ważne, że wcze­śniej miał do czy­nie­nia z astro­nau­ty­ką… – …nieważne, że wcze­śniej miał do czy­nie­nia z astro­nau­ty­ką

 

Mię­dzy­gwiezd­ny te­le­gra­fi­sta, na któ­re­go wach­tę przy­padł ten prze­kaz, pew­nie po­pu­ścił zwie­ra­cze z wra­że­nia. – Można popuścić, gdy puszczą zwieracze. ;-)

Proponuję: Mię­dzy­gwiezd­nemu te­le­gra­fi­ście, na któ­re­go wach­tę przy­padł ten prze­kaz, z wrażenia pewnie pu­ściły zwie­ra­cze.

 

Post-post­mo­der­nizm (opo­wia­da­nie, które czy­ta­cie… – Postpost­mo­der­nizm (opo­wia­da­nie, które czy­ta­cie

 

wszel­kie ju­deo-chrze­ści­jań­skie miej­sca kultu… – …wszel­kie ju­deochrze­ści­jań­skie miej­sca kultu

 

za­czę­ły naraz wy­peł­niać się no­wo­naw­ró­co­ny­mi wier­ny­mi… – …za­czę­ły naraz wy­peł­niać się no­wo­ naw­ró­co­ny­mi wier­ny­mi

 

Licz­ba dat­ków, która spły­wa­ła na konta… – Licz­ba dat­ków, które spły­wa­ły na konta

To nie liczba spływała na konta, a datki.

 

Prze­cięt­ny Ko­wal­ski – za­miast pła­wić się wi­do­kiem ludz­kich tra­ge­dii… – Widokiem nie można się pławić. Pławimy się nie czymś, a w czymś.

Może: Prze­cięt­ny Ko­wal­ski – za­miast sycić się wi­do­kiem ludz­kich tra­ge­dii

 

chro­nią­cy od zimna rzędu 80 stop­ni Kel­wi­na ska­fan­der… – …chro­nią­cy od zimna rzędu osiemdziesięciu stop­ni Kel­wi­na ska­fan­der

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

pręd­kość więk­szą niż 5 ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. – …pręd­kość więk­szą niż pięć ki­lo­me­trów na go­dzi­nę.

 

przy­po­mi­nam sobie, że jakoś dwóch go­dzi­nach trasy do­strze­głem… – Pewnie miało być: …przy­po­mi­nam sobie, że jakoś tak po dwóch go­dzi­nach jazdy do­strze­głem

Pokonana trasę/ odległość mierzymy raczej w kilometrach.

 

Nie był to zde­cy­do­wa­nie widok, który za­bie­rał dech w pier­si.Nie był to zde­cy­do­wa­nie widok, który za­pie­rał dech w pier­si.

 

i mo­głem już wra­cać po­wro­tem do bazy. – Masło maślane. Literówka.

Proponuje: …i mo­głem już wra­cać do bazy. Lub: …i mo­głem jechać z po­wro­tem do bazy.

 

ogrom­na wier­tar­ka przy­twier­dzi­ła się kil­ku­set ki­lo­gra­mo­wy­mi wkrę­ta­mi do pod­ło­ża… – …ogrom­na wier­tar­ka przy­twier­dzi­ła się kil­ku­setki­lo­gra­mo­wy­mi wkrę­ta­mi do pod­ło­ża

 

Co kurwa?! – nie­mal­że nie zde­rzy­łem się z wła­snym po­jaz­dem.Co, kurwa?! – Nie­mal­ zde­rzy­łem się z wła­snym po­jaz­dem.

 

W ta­kich wa­run­kach czło­wiek za­ma­rza w ułam­ki se­kund. – Słyszałam, że można zamarznąć w sopel lodu, ale że w ułamki sekund, nie wiedziałam. ;-)

W ta­kich wa­run­kach czło­wiek za­ma­rza w ułam­ku se­kundy.

 

Za­ga­dy­wał mnie różne pier­do­ły.Za­ga­dy­wał mnie o różne pier­do­ły.

 

Mały biały pro­sto­kąt tuż pod grdy­ką rzu­cał się ostrym kon­tra­stem na resz­tę jego ubio­ru. – Prostokąt mały, a jaki agresywny! ;-)

Proponuję: Mały, biały pro­sto­kąt tuż pod grdy­ką ostro kon­tra­stował z resz­tą jego ubio­ru.

 

rze­sze sa­mo­zwań­czych guru i bluź­nier­czych ka­zno­dziei… – …rze­sze sa­mo­zwań­czych guru i bluź­nier­czych ka­zno­dziejów

 

Znów byłem razem z ko­bie­tą o imie­niu Ma­ri­na i… tym azja­tą.Znów byłem razem z ko­bie­tą o imie­niu Ma­ri­na i… tym Azja­tą.

 

Do­tar­li już tam, gdzie chcie­li, jed­nak widok jaki ich za­stał mocno roz­mi­nął się z ich ocze­ki­wa­nia­mi. Do­tar­li już tam, dokąd chcie­li, jed­nak widok który zastali, mocno roz­mi­nął się z ich ocze­ki­wa­nia­mi.

 

Obraz, jaki wi­dzia­łem, był ide­al­nie pła­skim pro­sto­ką­tem.Obraz, który wi­dzia­łem, był ide­al­nie pła­skim pro­sto­ką­tem.

 

Oh, cześć wam. Jak leci?Och, cześć wam. Jak leci?

 

Męż­czy­zna wy­buchł hi­ste­rycz­nym śmie­chem.Męż­czy­zna wy­buchnął hi­ste­rycz­nym śmie­chem.

 

usia­dła na ku­chen­nym bla­cie i ni­czym mała dziew­czyn­ka prze­bie­ra­ła no­ga­mi. Oraz: …rzu­ci­ła z uśmie­chem Sa­man­ta, nadal prze­bie­ra­jąc no­ga­mi w bez­tro­skiej pozie. – Przebierać nogami można na stojąco, kiedy siedzimy, możemy nimi machać.

 

Afekt jaki wią­za­ła z druga ko­bie­tą był oczy­wi­sty. – Afektu się nie wiąże. Można wiązać nadzieje.

 

Czy coś tu nie jest nie tak?Czy coś tu jest nie tak?

 

Tak jak tym razem, kiedy ucie­ka­ła przed bandą dzie­cia­ków z po­si­nia­czo­ną twa­rzą… – Cała banda dzieciaków miała jedną posiniaczoną twarz? ;-)

 

ale te uciecz­ka przez za­gro­że­niem… – …ale ta uciecz­ka przez za­gro­że­niem

 

i tylko pa­trzył w jej stro­nę tym okrop­nym wy­ra­zem twa­rzy. – Wyrazem twarzy patrzeć się nie da. ;-)

Pewnie miało być: …i tylko pa­trzył w jej stro­nę, z tym okrop­nym wy­ra­zem twa­rzy.

 

ale mo­gli­by po­zbie­rać reszt­ki, cos na pewno by zo­sta­ło. – Literówka.

 

Ich za­twar­dzia­łe umy­sły nie zdol­ne były by przy­jąć do sie­bie Pana.Ich za­twar­dzia­łe umy­sły niezdol­ne były by przy­jąć do sie­bie Pana.

 

nie po­tra­fię się ode­rwać od bez­cie­le­sno­ści trze­cio oso­bo­we­go ob­ser­wa­to­ra. – …nie po­tra­fię się ode­rwać od bez­cie­le­sno­ści trze­ciooso­bo­we­go ob­ser­wa­to­ra.

 

Les­bij­ka o ciele sztan­gi­sty z duma pa­trzy na swoja kon­struk­cję. – Literówki.

 

Do tego taki szok po­wi­nien uru­cho­mić awa­ryj­na in­sta­la­cję. – Literówka.

 

Na­dę­tych pa­si­brzu­chów, któ­rych je­dy­na am­bi­cją jest udział w pro­gra­mie… – Literówka.

 

Tak, do­kład­nie tak: nie ważne jak śmiesz­nie to brzmi.Tak, do­kład­nie tak: nieważne jak śmiesz­nie to brzmi.

 

Muszę przejść na wskroś czwar­tej ścia­ny… – Muszę przejść na wskroś czwar­tą ścia­nę

 

Już chcę ska­kać z ra­do­ści, kiedy na raz sły­szę… – Już chcę ska­kać z ra­do­ści, kiedy naraz sły­szę

 

Ob­li­cze­nia, jakie na­pręd­ce wy­ko­na­ła, mu­sia­ły oka­zać się błęd­ne.Ob­li­cze­nia, które na­pręd­ce wy­ko­na­ła, mu­sia­ły oka­zać się błęd­ne.

 

Kurwa! Co ty ro­bisz? – wy­dzie­rał się arab-ja­poń­czyk-ate­ista… – Kurwa! Co ty ro­bisz? – wy­dzie­rał się Arab-Ja­poń­czyk-ate­ista

 

nie miały prawa im sie przy­dać. – Literówka.

 

Cho­ciaż on naj­pew­niej mu nawet nie po­trzeb­ny… – Cho­ciaż on naj­pew­niej mu nawet niepo­trzeb­ny

 

To ni­cze­mu nie do­wo­dzi.To ni­cze­go nie do­wo­dzi.

 

sy­gnał, który – jeśli ma szczę­ście – za­rty­ku­łu­ją nasze usta. – …sy­gnał, który – jeśli ma szczę­ście – ­wyarty­ku­łu­ją nasze usta.

 

Nie ma zna­cze­nia, gdzie pój­dzie­my. Nie ma zna­cze­nia, dokąd/ którędy pój­dzie­my.

 

Mamy iść, więc chodź­my… ale trzy­ma­my sie razem. – Literówka.

 

Co za gówno ci przy­szło do głowy? – od­burk­nę­ła na mnie. – Można odburknąć komuś, nie można odburknąć na kogoś.

 

Po­sze­dłem jedną od­no­ga na przy­nę­tę… – Literówka.

 

O rzesz kurwa! Musze się spie­szyć!Ożeż, kurwa! Muszę się spie­szyć!

 

Takie chwi­lę pa­mię­ta się w życiu… – Literówka.

 

dla nich warto pro­wa­dzić ja­ło­wą ru­ty­nę… – Rutyny się nie prowadzi. Rutyna nie bywa jałowa.

 

naj­wy­żej sam coś przy­go­tu­je na ko­la­cję. – Literówka.

 

Spoj­rza­łeś po sobie. – Można spojrzeć na siebie, ale nie można spojrzeć po sobie.

 

Je­ste­śmy moc­niej złą­cze­ni, niż mi sie wy­da­wa­ło. – Literówka.

 

No, daj cos z sie­bie! – Literówka.

 

To pew­nie te nasze po­do­bień­stwo.To pew­nie to nasze po­do­bień­stwo.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za wskazane błędy – już je poprawiłem. 

Jeżeli chodzi o treść opowiadania: trochę zagmatwane miało być, ale gdy czytam je po raz któryś, dokładnie wiem o czym mówisz. Nie dość wprawnie oddałem pomysł, który miałem – kiedyś poprawię to z pewnością. 

Jeśli w czymkolwiek pomogłam, bardzo się cieszę. I pozostaję z nadzieją, że Twoje kolejne opowiadania będą dopracowane, a ich lektura dostarczy wyłącznie satysfakcji. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka