- Opowiadanie: Fedmahn Kassad - Narodziny proroka

Narodziny proroka

Po krwa­wych, wy­czer­pu­ją­cych i peł­nych po­świę­ceń bo­jach za­rów­no z nie­sprzy­ja­ją­cym mi cza­sem, jak i bę­dą­cym z nim w ko­mi­ty­wie li­mi­tem zna­ków, na­resz­cie mogę za­pre­zen­to­wać owoce mojej pracy!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Narodziny proroka

Gdy kilka minut temu cząst­ki roz­bryź­nię­te­go mózgu Cla­vi­sa ochla­pa­ły mi twarz, stra­ci­łem reszt­ki na­dziei na oca­le­nie. Po­zo­sta­ło­ści mojej umę­czo­nej jaźni po­go­dzi­ły się z per­spek­ty­wą klę­ski. Nie li­cząc tego, że przy na­stęp­nym na­tar­ciu któ­ryś z De­mo­nów wresz­cie się uli­tu­je nade mną i po­świę­ci choć tyle uwagi, by za­koń­czyć moją ża­ło­sną eg­zy­sten­cję, do przy­ję­cia swego osta­tecz­ne­go prze­zna­cze­nia bra­ku­je mi w tej chwi­li tylko ni­czym nie­skrę­po­wa­nej sa­mo­bój­czej szar­ży na wroga, która przy­śpie­szy ten pro­ces. Ale na to wciąż nie mogę się zdo­być. Cho­wam się gdzie po­pad­nie, bo moja ir­ra­cjo­nal­na na­tu­ra nie po­zwa­la mi ze sobą skoń­czyć. To jakiś obłęd…

 

Mój otu­ma­nia­ły umysł wciąż jesz­cze pa­mię­ta te lep­sze czasy – albo ra­czej pre­lu­dium do upad­ku. Wła­ści­wie to za­baw­nie pa­trzy się teraz na prze­szłe wy­da­rze­nia. Można po­wie­dzieć, że więk­sza ich część pro­wa­dzi­ła mnie nie­uchron­nie do stanu obec­ne­go. Jeden wiel­ki łań­cu­szek. Chyba że te wszyst­kie pra­wi­dło­wo­ści to część uro­jeń, które na­pręd­ce wy­two­rzył sobie umysł. Ostat­nio, zdaje się, po­wo­li prze­sta­ję od­róż­niać re­al­ne wy­da­rze­nia od kon­struk­tów pro­du­ko­wa­nych przez swą chorą wy­obraź­nię. Cza­sem nawet nie mam pew­no­ści, czy w danym mo­men­cie prze­ży­wam ko­lej­ne ka­tu­sze w re­al­nym świe­cie, czy tylko śnię. Wszyst­ko mi się już plą­cze, i to od do­brych kilku dni…

 

Wokół to­tal­ne pan­de­mo­nium. Są­dzi­łem, że tok­sycz­ne, po­ro­słe gdzie­nie­gdzie nie­bez­piecz­ny­mi ro­śli­na­mi pust­ko­wia, które otaczają nasze ostoje, same w sobie sta­no­wią pie­kło. My­li­łem się. To była do­pie­ro wstęp­na opra­wa. De­ko­ra­tor sceny się po­spie­szył, nie za­cze­kał na resz­tę ekipy. Teraz do­pie­ro mamy praw­dzi­wy plac zabaw.

 

Dobra, chyba prze­ży­ję ko­lej­ne parę go­dzin. Świę­ci Ry­ce­rze – nasi wiel­cy bo­ha­te­ro­wie od sied­miu bo­le­ści – uzna­li wresz­cie, że wy­star­cza­ją­co dużo nas padło i ru­sza­ją na­prze­ciw tym wiel­kim, po­kracz­nym be­stiom. I tak wiele im to nie da, ale my uciek­nie­my – tylko po to, by znowu za jakiś czas po­łą­czyć się z ja­kimś od­dzia­łem sztur­mo­wym i słu­żyć mu jako chwi­lo­we od­wró­ce­nie uwagi. Tym razem wpa­dli­śmy na od­dział bo­jo­wy tych wiel­kich pie­chu­rów od Brute’ów. Gadzi łeb z ro­ga­mi, nie­praw­do­po­dob­ne ga­ba­ry­ty, zbro­ja z gru­bych kości ja­kie­goś gar­gan­tu­icz­ne­go zwie­rza­ka o nie­zna­nym po­cho­dze­niu. Go­rą­co. Nie ma się co dzi­wić. To nie szar­ża na  byle chu­cher­ko­wa­ty punkt o małej war­to­ści stra­te­gicz­nej – idą na Eld Hain! Ro­zu­miesz to? Nie. Nie ro­zu­miesz. No bo niby jak mógł­byś? Do tej pory nie­zmien­nie otrzy­my­wa­li­śmy ostre cięgi, ale ataki kon­cen­tro­wa­ły się na mniej­szych sku­pi­skach. Ich formacje były roz­ciągnięte. Zbli­ża­ły się, ale ude­rza­ły w mniej istotne pod względem strategicznym cele. Kon­cen­tro­wa­ły się na systematycznym wy­bi­ja­niu nas. Teraz prą na osto­ję. Więk­szy­mi si­ła­mi niż do­tych­czas. Gdyby nie po­ja­wi­ły się te dzi­wacz­ne isto­ty, pew­nie już wdar­li­by się do nas. A tak ofen­sy­wa się za­ła­ma­ła. Ale co się od­wle­cze, to nie ucie­cze – po pierw­szej fazie bitwy roz­bi­li i tak znacz­ną część na­szych sił obron­nych. Tym razem pój­dzie im szyb­ciej. O wiele szyb­ciej.

 

Przed mo­men­tem od­wró­ci­łem się na chwi­lę. Nasze ry­ce­rzy­ki chyba już pę­ka­ją. Jeden z nich zo­stał zma­sa­kro­wa­ny przez wiel­ką ma­czu­gę jed­ne­go z tych wiel­kich po­two­rów. Do­ga­niam moich bra­ci-pół­głów­ków. Część z nich tasz­czy cały ekwi­pu­nek – czyli me­cha­nicz­ną włócz­nię, za­si­la­ną przez za­ło­żo­ny na plecy me­cha­nizm. Ja swój ze­staw dawno stra­ci­łem, tak jak i po­ło­wa mo­je­go od­dzia­łu, który utrzy­mał się przy życiu. Z cza­sem ci, któ­rzy utra­ci­li już rynsz­tu­nek, zo­sta­ją przy­dzie­la­ni do róż­no­ra­kich ma­new­rów stra­te­gicz­nych wy­ma­ga­ją­cych więk­szej mo­bil­no­ści, jak ogra­ni­czo­ny zwiad czy pro­wo­ko­wa­nie wroga, by ze­rwał szyk, ewen­tu­al­nie pomoc w pro­wi­zo­rycz­nym opa­try­wa­niu ran­nych. Szan­se na re­gu­la­mi­no­we ubi­cie sied­miu wro­gów dra­stycz­nie spa­da­ją, ale po cza­sie i tak można się zo­rien­to­wać, że już wcze­śniej nie były one duże. Już nie pa­trzę za sie­bie, ale wiem, że nie ści­ga­ją nas – na tym eta­pie tak mają w zwy­cza­ju. Do­pa­dli Świę­tych Ry­ce­rzy i teraz ich wy­kań­cza­ją. Eg­zosz­kie­le­ty elity ludz­kiej armii pę­ka­ją po pierw­szych ude­rze­niach ich ko­ścia­nych ma­czug. Do­brze, że na­past­ni­cy naj­wy­raź­niej nie mają Ho­un­dów, ina­czej pew­ni­kiem pu­ści­li­by ich za nami.

 

Prze­cho­dzi­my przez ko­lej­ne linie oko­pów, porobione cha­otycz­nie i nie­rów­no wokół Eld Hain nie­dłu­go przed po­cząt­kiem bitwy. Śmiesz­ne. Któ­ryś z na­czel­nych stra­te­gów ostoi wy­kon­cy­po­wał sobie, że – uwa­żasz – będą do­dat­ko­wą ochro­ną przed fron­tal­nym ata­kiem. Wcze­śniej może i były. Po­dob­no pod­czas pierw­sze­go na­tar­cia wy­dat­nie spo­wol­ni­ły marsz ich cięż­szych jed­no­stek. Teraz jed­nak są jed­nym wiel­kim cmen­ta­rzy­skiem, peł­nym prze­waż­nie nic już nie­war­te­go że­la­stwa, no i oczy­wi­ście zwłok róż­nej maści. Co rusz się na coś na­dzie­wa­my, cza­sem mu­si­my nawet ob­cho­dzić pewne miej­sca, bo nie da się przejść. De­mo­ny jakoś sobie radzą – to nie one muszą uwi­jać się jak w ukro­pie, by prze­żyć, więc mają czas. Pusz­cza­ją lek­kie zwia­dy na roz­po­zna­nie te­re­nu, prze­rzu­ca­ją się na cięż­ką broń dy­stan­so­wą, za­rzu­ca­ją dłu­gie i cięż­kie me­ta­lo­we płyt­ki, po­zwa­la­ją­ce prze­cho­dzić żoł­nie­rzom bez obaw utknię­cia w jed­nym z oko­pów. Są zor­ga­ni­zo­wa­ni. Co­kol­wiek ich za­ska­ku­je, oni w mig po­tra­fią się za­adap­to­wać. Ow­szem, mogą się wy­co­fać, je­że­li uzna­ją, że spra­wa jest po­waż­na. Ale szyb­ko wra­ca­ją i po­pra­wia­ją to, co uprzed­nio zro­bi­li źle. Mam wra­że­nie, że tych istot nie da się prze­chy­trzyć dwa razy tą samą me­to­dą. Jeśli to praw­da, no to kiep­sko, bo nam się wy­raź­nie koń­czą po­my­sły.

 

A ty się tylko przy­słu­chu­jesz mym sło­wom. Bez­na­mięt­nie, bez żad­ne­go stra­chu po­chła­niasz to, co teraz opo­wia­dam – tak jakby re­la­cja z mojej per­spek­ty­wy była dla cie­bie je­dy­nym oknem na ten ka­le­ki świat, a ty przyj­mu­jesz wszyst­ko tak spo­koj­nie, tak zwy­czaj­nie, jak­byś sobie zna­lazł ko­lej­ną zmy­ślo­ną opo­wiast­kę. Co, może w takim razie spre­zen­tu­jesz mi cho­ciaż jakąś na­gro­dę za me trudy…?! Tylko nic nie mów! Mam gdzieś to, czy ist­nie­jesz na­praw­dę, czy je­steś wy­two­rem mojej cho­rej wy­obraź­ni. Po­wiedz­my, że je­steś ja­kimś… obcym, który wszedł ze mną w kon­takt, dzię­ki czemu wy­czu­wam twoją obec­ność. Do­brze się cho­ciaż ba­wisz? Przy­naj­mniej w za­mian za to cię wy­ko­rzy­stam. Tak. Nawet jeśli nie ma tutaj przy mnie żad­ne­go nie­ma­te­rial­ne­go tworu i to tylko moje złu­dze­nie, przy­dasz mi się. Przy­naj­mniej nie będę mu­siał per­so­ni­fi­ko­wać ja­kie­goś ka­mie­nia i pro­wa­dzić z nim jed­no­stron­nej kon­wer­sa­cji. Le­piej pro­wa­dzić kon­wer­sa­cję z tobą, nawet je­że­li ona też ma być jed­no­stron­na. To­wa­rzy­szą­cy mi inni piel­grzy­mi ra­czej się nie nada­dzą do tej ro­bo­ty. Wcze­śniej było kilku zdol­nych do sen­sow­nej kon­wer­sa­cji ko­le­gów-he­re­ty­ków, ale pręd­ko zgi­nę­li albo zwa­rio­wa­li w ten czy inny spo­sób. Jako tako dało się jesz­cze chwi­la­mi po­ga­dać z Cla­vi­sem, ale do­słow­nie przed kil­ko­ma chwi­la­mi ma­czu­ga jed­ne­go z Brute’ów za­wa­dzi­ła o jego łysy cze­rep. A kiedy za­wa­dza o cie­bie ma­czu­ga Brute’a, i to jesz­cze w sy­tu­acji, gdy je­steś piel­grzy­mem z od­sło­nię­tą głową i tor­sem… no wła­śnie. Ale je­że­li mam być szcze­ry, Cla­vis nie­wie­le już mi po­ma­gał. Odkąd prze­trze­bi­ła nas wa­ta­ha Ho­un­dów, wła­ści­wie nie mam już z kim umie­rać. Wcze­śniej się jako tako trzy­ma­łem, bo przy­naj­mniej było w miarę sen­sow­ne to­wa­rzy­stwo. Ostat­nio do­wódz­twa nie in­te­re­su­je, o czym ga­da­my, bo wie­dzą, że zgi­nie­my szyb­ciej niż zwy­kle. Tamte prze­ro­śnię­te psy to udo­wod­ni­ły zna­ko­mi­cie. A jak z nikim nie ga­dasz na tym fron­cie, za­czy­nasz świ­ro­wać. Zwra­ca­ją się do cie­bie ja­kieś głosy, my­ślisz, że jest ktoś wię­cej w po­bli­żu – tak, wi­dzia­łem kilka ta­kich przy­pad­ków. Po­ja­wi­łeś się w samą porę, ko­le­go.

 

Prze­rwa w mar­szu. De­mo­ny na jakiś czas zgu­bio­ne, więc nie ma co się na zapas mę­czyć. Wcho­dzi­my w jeden z pierw­szych lep­szych oko­pów i wy­po­czy­wa­my. Co za po­nu­ra at­mos­fe­ra. Jak nie nie­sa­mo­wi­ty zgiełk i har­mi­der, to przej­mu­ją­ca cisza, prze­ry­wa­na ja­kimś dud­nie­niem czy nie­ludz­ki­mi wrza­ska­mi z od­da­li. Roz­ko­pa­na zie­mia, pełna po­roz­rzu­ca­nych szczą­tek, a zry­wa­ją­cy się co jakiś czas wiatr prze­no­si mniej­sze od­pad­ki. I ta wiecz­nie po­chmur­na po­go­da. Cho­le­ra, gdy idzie­my jak banda wa­ria­tów w stro­nę sta­no­wisk De­mo­nów, to nie­mal nie zwra­ca­my na to uwagi. Nie ma nawet kiedy. Wbrew po­zo­rom, ostat­ni­mi czasy te chwi­le, gdy jest spo­koj­nie, są naj­gor­sze. To przy­po­mi­na cze­ka­nie na eg­ze­ku­cję. Mar­chew­ka w po­sta­ci obiet­ni­cy uwol­nie­nia po za­bi­ciu sied­miu prze­ciw­ni­ków po­wo­li prze­sta­je dzia­łać. Z każ­dym ko­lej­nym bojem ci, któ­rzy oca­le­li, coraz bar­dziej uświa­da­mia­ją sobie, że praw­do­po­dob­nie nie zdo­ła­ją ubić nawet jed­ne­go De­mo­na. Kie­dyś było po­dob­no pro­ściej. Nie wiem, czy to na pewno praw­da. Tak mó­wi­li. Cóż, to jest cał­kiem praw­do­po­dob­ne. W prze­szło­ści ich od­dzia­ły ata­ko­wa­ły mniej in­ten­syw­nie, po­szcze­gól­ne siły nie były tak bli­sko sie­bie. Prze­gry­wa­li­śmy, ale były więk­sze szan­se na to, że grup­ka piel­grzy­mów osa­czy na chwi­lę któ­re­goś De­mo­na. Teraz ru­sza­ją w spo­sób bar­dziej ści­sły i zde­cy­do­wa­ny. Nie­mniej jed­nak wi­dzia­łem tych, któ­rzy wra­ca­li wolni. Przy­naj­mniej cia­łem. No, ale cał­kiem nor­mal­ni to oni już nie mogli być. Nie po tym hor­ro­rze, co ich spo­tkał.

 

Przez nasz okop idzie fa­lan­ga Świę­tych Ry­ce­rzy.  Do­sta­wa bez­po­śred­nio z Eld Hain, jak widzę. Liczą co naj­mniej dwa razy mniej ludzi niż ostat­ni od­dział, który mijał nas przed­wczo­raj. Po­wia­dam ci, że to nie­do­brze. Nie­do­brze dla tych, co są poza mu­ra­mi ostoi. Ozna­cza to praw­do­po­dob­nie , że po­wo­li ubywa im co lep­szych ludzi lub uzna­ją wy­sy­ła­nie ich na front za bez­ce­lo­we, bo De­mo­ny zdo­by­wa­ją taką prze­wa­gę w polu, że nie idzie już co­kol­wiek efek­tyw­ne­go z tym zro­bić. Nie­waż­ne. I tak ozna­cza to tylko jedno – spi­su­ją nas po­wo­li już zu­peł­nie na stra­ty. Będą wrzu­cać nam coraz mniej li­czą­ce się jed­nost­ki, które spo­wol­nią jako tako ataki, a sami przy­go­to­wy­wać się na od­par­cie sztur­mu. Przy­znam, że nie jest to dla mnie zbyt wiel­kim za­sko­cze­niem. Za­wcza­su za­ob­ser­wo­wa­łem pewne symp­to­my z tym zwią­za­ne. Na przy­kład coraz rza­dziej widzę Go­le­my wspie­ra­ją­ce od­dzia­ły. Wcze­śniej rzu­ca­li ich w pole moż­li­wie jak naj­czę­ściej, gdyż nawet je­że­li osta­tecz­nie z tych me­chów zo­sta­wa­ły tylko try­bi­ki, a w środ­ku zma­sa­kro­wa­ne ciało, to uda­wa­ło nam się spo­wol­nić atak i mieć wię­cej czasu na prze­gru­po­wa­nie. De­mo­ny nie mają w zwy­cza­ju iść za cio­sem po bar­dziej wy­czer­pu­ją­cej po­tycz­ce, a ta­ki­mi za­zwy­czaj są star­cia, w któ­rych kilku z nich pad­nie po­wa­lo­nych przez go­le­mi młot. Teraz już zbyt czę­sto widzę ko­lej­ne grup­ki piel­grzy­mów. Sze­re­gi uzu­peł­nia­ją­ce nasze nad­wą­tlo­ne siły. A ci Świę­ci Ry­ce­rze to już pew­ni­kiem po ostat­nim na­masz­cze­niu i tak dalej. Ra­czej nie spo­dzie­wa­ją się po­wro­tu do ostoi. Za­kła­dam, że mu­sie­li za­grać w swoim gro­nie w kółko i krzy­żyk albo coś ta­kie­go i wy­ty­po­wać szczę­śliw­ców, któ­rzy przyj­dą do nas po­uda­wać, że Ka­pła­ni wciąż nas wspie­ra­ją. Pod­bu­do­wać mo­ra­le. Ale wiesz, lubię na nich pa­trzeć. Z tymi swo­imi efek­tow­nie wy­glą­da­ją­cy­mi tar­cza­mi, mie­cza­mi, po­świę­co­ny­mi mło­ta­mi. Eg­zosz­kie­le­ta­mi, bę­dą­cy­mi jed­nym z cudów na­szej in­ży­nie­rii. Wy­gła­dza­ne, do­piesz­czo­ne pod wzglę­dem wi­zu­al­nym do gra­nic na­szych moż­li­wo­ści tech­no­lo­gicz­nych. Na do­pa­so­wa­nym wy­mia­ro­wo do no­szą­ce­go pan­ce­rzu wy­gra­we­ro­wa­no ja­kieś świę­te li­ter­ki – bar­dziej za­słu­że­ni mogą sobie za­ma­wiać spe­cjal­ne ha­seł­ka. Szko­da tylko, że to jest tak nie­sku­tecz­ne prze­ciw­ko na­szym opraw­com. Po pierw­szej lep­szej bi­twie za­zwy­czaj wy­glą­da­ją nieco go­rzej. Mniej dum­nie, to na pewno. Ale jak się do­my­ślasz, duma w ta­kich sy­tu­acjach jest ich naj­mniej­szym kło­po­tem. Je­że­li prze­ży­ją samą walkę, bez wspar­cia tech­ni­ków ten po­wgnia­ta­ny, zdru­zgo­ta­ny już eg­zosz­kie­let staje się ich oso­bi­stym wię­zie­niem. Jed­nak nie­któ­rzy piel­grzy­mi mają szczę­ście, je­że­li ta­ko­we­go spo­tka­ją i bę­dzie on po­ten­cjal­nie do od­ra­to­wa­nia. Każdy z nich ma w ta­kiej sy­tu­acji obo­wią­zek spro­wa­dze­nia ta­kie­go Świę­te­go Ry­ce­rza do Eld Hain, a każda jed­nost­ka na dro­dze ma im w tym po­ma­gać. Je­że­li im się po­wie­dzie, otrzy­ma­ją ja­kieś zmniej­sze­nie wy­ro­ku, lep­szy sprzęt, do tego jeśli sze­fo­stwo ma aku­rat dobry humor bądź ura­to­wa­ny zo­stał na­praw­dę ważny Świę­ty Ry­cerz, zo­sta­ją uwal­nia­ni. Ale to ostat­nie to skraj­ne przy­pad­ki, od koń­co­wej fazy pierw­sze­go ataku do dnia dzi­siej­sze­go w ogóle nie­spo­ty­ka­ne. W końcu teraz liczy się do­słow­nie każdy piel­grzym, bo in­nych jed­no­stek jest z każ­dym dniem coraz mniej.

 

Siły De­mo­nów nie są jed­nak mo­no­li­tem. Ich trzy kasty nie prze­pa­da­ją za sobą. Nie­raz za­cho­wu­ją się jak na po­lo­wa­niu, ści­ga­jąc się, kto nas do­pad­nie pierw­szy. Czasem podobno były nawet zwarcia pomiędzy nimi. Bywa że to ra­tu­je na­szym życie, bo mogą wy­ko­rzy­stać za­mie­sza­nie i zwiać. Chyba jed­nak naj­le­piej zgi­nąć od Brute’ów, wiesz? Oni się nie pa­tycz­ku­ją. Nie będą się nad nami znę­cać przed śmier­cią ani nie za­mie­nią w swoje ma­skot­ki. Za­bi­ją od razu. Cie­szę się, że jakoś do tej pory omi­ja­łem siły kasty Prime i Ter­ro­ru. Szcze­gól­nie Ter­ro­ru. Prime’owie uży­wa­ją ja­kichś ma­gicz­nych sztu­czek, któ­ry­mi po­tra­fią dzie­siąt­ko­wać całe armie. To jest strasz­ne, fakt. Ale nie równa się to w żaden spo­sób z wy­ra­fi­no­wa­niem i okru­cień­stwem Ter­ro­ry­stów, jak się przy­ję­ło ich zwać na fron­cie. Wiesz, że duża ich część wy­glą­da jak lu­dzie? Taak, to jest naj­gor­sze. Mówią, że umie­ją na całe ty­go­dnie wcho­dzić mię­dzy nasze siły i do­pro­wa­dzać do sza­leń­stwa żoł­nie­rzy. Wiele o nich po­wie­dzia­no. Sam nie umiem od­dzie­lić w pełni praw­dzi­wych opo­wie­ści od bzdur, bo na szczę­ście jak dotąd się z tym nie ze­tkną­łem. Bar­dzo czę­sto sły­sza­łem jed­nak pewną hi­sto­rię, która wy­da­rzy­ła się cał­kiem nie­da­le­ko stąd. Po­dob­no na­miot jed­ne­go z do­wód­ców Świę­tych Ry­ce­rzy za­czę­ła na­wie­dzać pewna nie­sa­mo­wi­cie pięk­na ko­bie­ta. Ten ry­ce­rzyk to był bar­dzo za­słu­żo­ny wo­jow­nik, więc pusz­cza­no mu pła­zem, gdy za­kra­da­ła się do niego w nocy. Po ja­kimś cza­sie jed­nak lu­dzie Świę­te­go Ry­ce­rza za­uwa­ży­li, że facet do­słow­nie mar­nie­je w oczach z każ­dym dniem. Nim kto­kol­wiek zdo­był się na od­wa­gę, by nieco w tej spra­wie po­wę­szyć, pew­ne­go ranka zna­le­zio­no zwło­ki do­wód­cy gdzieś na obrze­żach obozu. Nagie i zbez­czesz­czo­ne. Wedle póź­niej­szych badań, denat sam wy­dra­pał sobie oczy, wy­ka­stro­wał się, po czym ob­gryzł swoje dło­nie aż do kości, a na końcu po­łknął wła­sny język. Ko­bie­ty po dziś dzień nie zna­le­zio­no.

 

Zaraz, co ten koleś krzy­czy? Ach, znowu ka­zan­ko. My­śla­łem, że wie­ści z in­ne­go miej­sca na fron­cie. Cza­sem nam po­da­ją. No, przy­naj­mniej któ­ryś z sie­dzą­cych na ubo­czu Świę­tych Ry­ce­rzy jed­nym ge­stem kazał Ka­zno­dziei się za­mknąć. Wcze­śniej na­szy­mi od­dzia­ła­mi do­wo­dzi­li cho­ciaż re­gu­lar­ni żoł­nie­rze. Jacyś Strzel­cy, by­wa­ło nawet, że tym­cza­so­wo sami Świę­ci Ry­ce­rze. Ale od dru­giej fazy ob­lę­że­nia Ka­pła­ni wy­my­śli­li sobie Ka­zno­dzie­jów, naj­niż­szą szar­żę do­wo­dzą­ce­go – ta­kich, co tylko piel­grzy­mom mogą prze­wo­dzić. Naj­pierw po­ja­wia­li się rzad­ko, re­kru­to­wa­ni zwy­cza­jo­wo spo­śród ko­le­si, któ­rzy po­peł­nia­li ja­kieś mniej­sze prze­wi­nie­nia z Eld Hain bądź tak samo duże jak kan­dy­da­ci na piel­grzy­mów, tylko mają od­po­wied­nie zna­jo­mo­ści. Po tym, jak nasz po­przed­ni Ka­zno­dzie­ja – choj­rak, ale przy­naj­mniej nie za­wra­cał dupy bez po­trze­by – skoń­czył jako po­si­łek dla Ho­un­da, przy­dzie­lo­no nam ja­kie­goś świę­tosz­ka, któ­re­go wrzu­co­no chyba tylko dla­te­go, że Ka­pła­ni mieli dość jego pa­pla­ni­ny. Je­dy­nie to mi do głowy przy­cho­dzi. Na­zy­wa­my go Elvis. Nie mam zie­lo­ne­go po­ję­cia, dla­cze­go i skąd to imię się, do cho­le­ry, wzię­ło. Tak cza­sem bywa w na­szym małym spo­łe­czeń­stwie schi­zo­fre­ni­ków i stra­ceń­ców. Po pro­stu nie wia­do­mo, jakim spo­so­bem wpa­da­ją nam do głów dziw­ne po­my­sły. Ale spójrz tylko na niego! Ten ob­dar­tus wy­glą­da nie­wie­le le­piej od nas. Ma tylko jakąś na­rzu­co­ną na sie­bie ka­po­tę, no i nie musi golić głowy, jak my. Ale przy tych brą­zo­wych, teraz wła­ści­wie brą­zo­wo-sza­rych, dłu­gich ku­dłach to ja bym chyba już wolał cho­dzić łysy. Prze­cież już dawno mu­siał się na­ba­wić ja­kichś ży­ją­tek w swo­jej oso­bi­stej dżun­gli. I to ma być nasz lider! Bar­dzo mo­ty­wu­ją­ce.

 

Wedle ra­por­tów ich pierw­sze na­tar­cie zo­sta­ło zła­ma­ne przez in­dy­wi­dua na­zwa­ne potem przez na­szych ba­da­czy Nie­na­sy­co­ny­mi. Ja­kieś bio­me­cha­nicz­ne formy życia, jesz­cze chyba nie po­da­no w obieg pu­blicz­nej in­for­ma­cji o ich ge­ne­zie. Tak czy ina­czej wchła­nia­ją żywą tkan­kę i są śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ni – ina­czej nie za­trzy­ma­li­by zwy­cię­skie­go po­cho­du De­mo­nów. Nam też się po­dob­no do­sta­ło, ale nie tak jak im. Ostat­nio jakoś ich nie widać. Zresz­tą mniej­sza. Po­ga­daj­my o czymś cie­kaw­szym, nim znowu wy­ru­szy­my w trasę.

 

Ka­pła­ni za wszel­ką cenę chcą prze­ko­nać nasze ko­cha­ne, za­kła­ma­ne i ska­za­ne na po­żar­cie spo­łe­czeń­stwo, iż piel­grzy­ma­mi zo­sta­ją lu­dzie – jak oni to lubią okre­ślać – „nie­oświe­ce­ni”. Zatem przed­sta­wia­ją nas jako pu­stych, ze­psu­tych igno­ran­tów, któ­rzy wo­le­li wy­brać ścież­kę po­tę­pie­nia za­miast osła­wio­ne­go oświe­ce­nia i omi­nę­ła ich moż­li­wość po­zna­nia „praw­dzi­wej drogi”. Tak wła­śnie to okre­śla­ją. Czyli, nie prze­dłu­ża­jąc już, wedle ofi­cjal­nej pro­pa­gan­dy na­le­ży­my do naj­niż­szych, sa­mo­po­ni­ża­ją­cych się pół­głów­ków. Oczy­wi­ście, jak sam się już pew­nie do­my­ślasz, to kom­plet­na bzdu­ra – już ze­tknię­cie się ze mną po­win­no ci uświa­do­mić, że coś nie gra z tymi in­for­ma­cja­mi. Co praw­da rze­czy­wi­ście zda­rza­ją się oko­licz­no­ści, gdy na piel­grzym­kę wy­sy­ła się, dajmy na to, tępą górę mię­śni, która w spo­łe­czeń­stwie za­cho­wu­je się jak jakiś wście­kły zwie­rzak. Jed­nak są to po­je­dyn­cze, skraj­ne przy­pad­ki, gdy de­li­kwen­tem na­praw­dę już nie da się w żaden spo­sób ste­ro­wać. Je­stem tutaj już ka­wa­łek czasu – cał­kiem spory, bio­rąc przy­pusz­czal­ną śred­nią dłu­gość życia piel­grzy­ma – i za­pew­niam cię, że wśród ca­łych dzie­sią­tek prze­wi­ja­ją­cych się stra­ceń­ców tylko śla­do­we ich ilo­ści to po­ten­cjal­ni zbóje. Nie, to tak nie dzia­ła. Nie można tak łatwo po­zby­wać się świ­rów i za­bi­ja­ków, gdy by­wa­ją bar­dzo uży­tecz­ni. Ro­zu­miesz, mamy coraz więk­sze kło­po­ty. De­mo­ny roz­pie­prza­ją nas w do­słow­nie każ­dej bi­twie, a my nie je­ste­śmy w sta­nie zna­leźć żad­ne­go roz­wią­za­nia, które przy­bli­ży­ło­by nas do oca­le­nia o mi­li­metr. Na­szym nie­gdyś mo­car­nym i wszech­po­tęż­nym wło­da­rzom coraz bar­dziej za­glą­da w oczy widmo nie­chyb­nej klę­ski. Do­szli więc na pew­nym eta­pie do wnio­sku, że pora prze­stać bawić się w pra­wo­rząd­nych świę­tosz­ków i wy­ko­rzy­stać swą wła­dzę bar­dziej prag­ma­tycz­nie, jed­no­cze­śnie nadal za­cho­wu­jąc na ze­wnątrz au­re­ol­ki. Uzna­no, że przy­szedł czas na od­po­wied­nie wy­ko­rzy­sta­nie wszyst­kich od­mian na­szej spo­łecz­nej tkan­ki. I kiedy mówię „wszyst­kich”, to „wszyst­kich” – bez wy­jąt­ku. Po­cząw­szy od in­te­li­gen­tów, po­przez mię­śnia­ków i róż­nej maści cwa­nia­ków, na he­re­ty­kach, zdraj­cach i kom­plet­nych idio­tach skoń­czyw­szy. Dla każ­de­go znaj­dzie się od­po­wied­nie miej­sce w wiel­kiej, sa­mo­na­pę­dza­ją­cej się ma­chi­nie dą­żą­cej do prze­trwa­nia. Za­pew­niam cię, wiem, co mówię. Byłem przez długi czas ważną oso­bi­sto­ścią, którą można było okre­ślić jako swo­je­go ro­dza­ju szarą emi­nen­cję, la­wi­ru­ją­cą po­mię­dzy świa­tem moż­nych, a tymi niż­szy­mi war­stwa­mi.

 

Pa­ra­dok­sal­nie, na pie­de­stał wy­niósł mnie wła­śnie po­głę­bia­ją­cy się kry­zys i wie­ści o zbli­ża­ją­cych się bar­dzo szyb­ko si­łach de­mo­nów. Wcze­śniej byłem śred­niej klasy uni­żo­nym urzę­da­sem, który umiał za­ła­twić lu­dziom to i owo za od­po­wied­nią opła­tą. Mia­łem spo­sób na ob­cho­dze­nie tych wszyst­kich dur­nych prze­pi­sów. To był chyba wro­dzo­ny dar. Nie lu­bi­łem się wy­chy­lać, więc bez­piecz­nie cho­wa­łem się jako mało zna­czą­cy oby­wa­tel, sta­ran­nie ukry­wa­jąc praw­dzi­we zyski. Oczy­wi­ście nie myśl sobie, że nikt o mnie nie wie­dział – aż tak dobry to ja nigdy nie byłem. Co waż­niej­si Ka­pła­ni zda­wa­li sobie spra­wę z mojej obec­no­ści. Ale im nie prze­szka­dza­łem, a cza­sem nawet wy­świad­cza­łem ja­kieś tanie przy­słu­gi. Wła­dza de­pra­wu­je, o tej ab­so­lut­nej nie wspo­mi­na­jąc – prze­krę­ty wśród nich były więc za­wsze. Jed­nak odkąd za­czę­li­śmy na­praw­dę czuć na sobie od­dech De­mo­nów, po­trze­ba kom­bi­na­tor­stwa zwięk­szy­ła się kil­ka­krot­nie. Już parę ty­go­dni przed bitwą o Eld Hain za­czę­ło im uby­wać za­rów­no piel­grzy­mów, jak i żoł­nie­rzy. No to za­trud­nia­ją ta­kich le­wych gości od pa­pier­ko­wej ro­bo­ty jak ja, dają nam nie­praw­do­po­dob­ne pro­fi­ty, po­zwa­la­ją­ce żyć da­le­ko ponad stan. A my dzia­ła­my. Kogoś tam wro­bi­my w za­kłó­ca­nie po­rząd­ku czy bluź­nier­stwo – nie ma wiel­kiej róż­ni­cy – dzię­ki czemu bę­dzie ko­lej­ny gór­nik albo piel­grzym do użyt­ku. Wy­cią­gnie­my innym razem ja­kie­goś ban­dzio­ra, co się umie bić, je­że­li po­trze­ba zmie­ni­my mu toż­sa­mość i wi­ta­my w armii – cza­sem nawet i wśród Świę­tych Ry­ce­rzy. Tak, ko­le­go, od pew­ne­go czasu nawet oni są nieco mniej świę­ci. Wiesz, ilu wo­ja­ków tra­ci­my w każ­dej ko­lej­nej bi­twie?! Mamy takie czasy, że bez kom­bi­no­wa­nia pad­nie­my. To zna­czy, pad­nie­my wcze­śniej niż usta­wa prze­wi­du­je.

 

Jak zna­la­złem się tutaj? To już jest aku­rat bar­dzo pro­ste. Sta­łem się nie­uważ­ny i aro­ganc­ki, po­pu­ści­łem sobie nieco pasa. I w końcu pod­pa­dłem pew­nej waż­nej per­so­nie z góry, za co zo­sta­łem przez nią uka­ra­ny. Mój ofi­cjal­ny sta­tus nadal się nie zmie­nił, więc z ła­two­ścią wro­bio­no mnie w jakąś ob­ra­zę Je­dy­ne­go czy coś ta­kie­go, to już była lo­so­wa pier­do­ła. Ła­twi­zna. Pod­rzuć co­kol­wiek – prze­cież za każde bluź­nier­stwo jest jakaś wy­so­ka kara. Je­że­li Ka­pła­ni za­apro­bu­ją oskar­że­nie, nie bę­dzie nawet po­trze­ba do­wo­dów. Zwró­ci­li się do Je­dy­ne­go, on im po­wie­dział, kto jest winny, ble­ble­ble, no i cześć pracy w ko­pal­ni albo wio na pielgrzymkę. Ostat­nio kary śmier­ci pra­wie się nie wy­mie­rza, bo każdy czło­wiek się liczy. Cwane skur­czy­by­ki jesz­cze na tym wy­szły na plus z opi­nią pu­blicz­ną – mi­ni­mal­nie, ale jed­nak. Pro­pa­gan­da rze­cze w tym przy­pad­ku, że w świe­tle ostat­nich wy­da­rzeń Naj­wyż­si Ka­pła­ni wy­pro­si­li u Je­dy­ne­go więk­sze mi­ło­sier­dzie dla ska­zań­ców. Bar­dzo za­baw­ne. Ale zmniej­szy­ło czę­sto­tli­wość za­mie­szek.  

 

Wiesz, po­zna­łem praw­dę. Praw­dę na temat tego świa­ta i na­szej obec­no­ści w nim. Uchy­lić ci rąbka ta­jem­ni­cy? Wła­ści­wie… czemu nie. W końcu je­stem tutaj twoim prze­wod­ni­kiem. A zresz­tą ja po pro­stu muszę to komuś po­wie­dzieć przed śmier­cią! Nie po to tyle dni i bez­sen­nych nocy nad tym my­śla­łem, żebym cho­ciaż tego nie wy­rzu­cił z sie­bie. Wy­ba­da­łem struk­tu­ry na­sze­go spo­łe­czeń­stwa, dzię­ki czemu mogę spoj­rzeć na nas z ze­wnątrz. Wszyst­ko ukła­da się w lo­gicz­ną ca­łość.

 

Jesz­cze nie tak dawno nie wie­rzy­łem w Je­dy­ne­go. Za­de­kla­ro­wa­nym ate­istą byłem od mło­dzień­czych lat. Ale pew­nie nie ja jeden przez lata uda­wa­łem przy­wią­za­nie do na­szej wiary. Za naj­więk­szych ate­istów szyb­ko za­czą­łem zresz­tą uzna­wać wła­śnie Ka­pła­nów. Inna spra­wa, że ży­wi­łem pe­wien sza­cu­nek do na­szych przy­wód­ców za to, że się tak umie­jęt­nie urzą­dzi­li. Nie­daw­no do­sze­dłem jed­nak do wnio­sku, że chcą­cy czy nie­chcą­cy, ale nasi dok­try­ne­rzy nie byli aż tak da­le­ko praw­dy. Je­dy­ny ist­nie­je – tylko jest tro­chę inny niż tamci sądzą. Ow­szem, Dzień Sądu na­praw­dę miał miej­sce. Zo­stał jed­nak opacz­nie zin­ter­pre­to­wa­ny. Wedle na­szej re­li­gii zmie­ce­nie z po­wierzch­ni ziemi lwiej czę­ści ludz­ko­ści i ich do­byt­ku było karą. Nic bar­dziej myl­ne­go – to było mi­ło­sier­dzie, dla nie­któ­rych może i na­gro­da. To my! My, któ­rzy po­zo­sta­li­śmy na placu boju, je­ste­śmy ka­ra­ni. Po­myśl tylko! Wszech­po­tęż­ny stwór­ca, któ­re­go na­zy­wa­my swoim bo­giem, ma dość na­szej ża­ło­snej, nie­uda­nej, nie­do­sko­na­łej rasy. Tak bar­dzo za­wie­dli­śmy jego ocze­ki­wa­nia, że część z nas chciał uka­rać przy­kład­nie. Więc wy­słał swoje sługi, zwane przez nas De­mo­na­mi. Jako stwór­ca do­sko­na­le zna nasze mocne i słabe stro­ny. I stąd wie o jed­nej z istot­niej­szych, nie­usu­wal­nych cech – in­stynk­cie prze­trwa­nia za wszel­ką cenę. To spra­wi­ło, że się roz­wi­nę­li­śmy od na­szych pra­po­cząt­ków. To nas ura­to­wa­ło przed wy­gi­nię­ciem. A dziś jest na­szym prze­kleń­stwem. Je­dy­ny wie­dział, że z cza­sem, coraz moc­niej przy­pie­ra­ni do muru, bę­dzie­my uświę­cać coraz wię­cej środ­ków. Usi­ło­wać prze­trwać dla sa­me­go prze­trwa­nia. Będę cho­dził po gło­wie mego bliź­nie­go, żeby tylko żyć – oto nasza fi­lo­zo­fia!

 

Czy teraz ro­zu­miesz?! Zo­bacz, do czego nas to do­pro­wa­dzi­ło! Sta­li­śmy się ka­ry­ka­tu­rą sa­mych sie­bie! Przyj­rzyj się tym ża­ło­snym piel­grzy­mom! Przyj­rzyj się nam! Zmi­zer­nia­li, pół­na­dzy, po­je­ni ja­kimś po­dej­rza­nym de­sty­la­tem, który mie­sza nam w gło­wach i spra­wia, że chęt­niej idzie­my na rzeź. Tak robi czło­wiek czło­wie­ko­wi! In­wa­zja wy­cią­ga na wierzch naj­gor­sze ludz­kie in­stynk­ty! Zo­sta­li­śmy oca­le­ni i pod­nie­śli­śmy się z kolan dzię­ki nowej tech­no­lo­gii, tylko po to, żeby z cza­sem zmie­nić wła­sno­ręcz­nie wy­bu­do­wa­ny raj w pie­kło. De­mo­ny czy Nie­na­sy­ce­ni – oni są tylko bodź­ca­mi, ma­ją­cy­mi po­pchnąć nas ku upad­ko­wi. Bo prze­cież mamy kla­row­ny wybór – mo­że­my po­ło­żyć się i umrzeć z ręki nie­po­wstrzy­ma­nej siły, ale nie chce­my. Je­dy­ny to okrut­nik i ge­niusz za­ra­zem. Cóż za prze­wrot­ny me­sja­nizm! Bo prze­cież, wbrew ty­ra­dom Ka­pła­nów, je­ste­śmy na swój spo­sób wy­bra­ni. Wy­bra­ni, by cier­pieć za ludz­kość, za­pła­cić za grze­chy nie­zli­czo­nych po­ko­leń przed nami. Oca­le­ni, by stać się sym­bo­lem naj­gor­szych ludz­kich in­stynk­tów – my bę­dzie­my krwa­wić i po­gar­dzać sobą na­wza­jem, re­pre­zen­tu­jąc wszyst­ko, co naj­gor­sze, żeby cała ludz­kość zo­sta­ła od­ku­pio­na! I po­my­śleć, że być może naj­waż­niej­sza praw­da o na­szym losie i prze­zna­cze­niu zo­sta­ła wy­po­wie­dzia­na w tym ża­ło­snym, cuch­ną­cym, wy­peł­nio­nym tru­pa­mi rowie…

 

Te su­kin­sy­ny idą w naszą stro­nę. Kurz bi­tew­ny za­sło­nił nam ma­sze­ru­ją­ce siły nie­przy­ja­cie­la. Dużo ich, coraz wię­cej. To może być nawet de­cy­du­ją­ce ude­rze­nie. Na­resz­cie! Tak, już do was lecę! Wy­po­wie­dzia­łem to, co chcia­łem, je­stem już speł­nio­ny! To, że ata­ku­ją nas aku­rat teraz, jest zna­kiem od Je­dy­ne­go! Cier­pia­łem, by zro­zu­mieć. I zro­zu­mia­łem jako pierw­szy, więc wy­sy­ła po mnie swoje anio­ły śmier­ci! Pora skoń­czyć z tym gów­nia­nym, brud­nym… co jest? Dla­cze­go ten facet wła­śnie pod­biegł przede mnie i za­sło­nił przed ko­ścia­ną ma­czu­gą Brute’a? To mnie pierw­sze­go wy­pa­trzył, cha­mie! Do was też przyj­dą, no… Czemu mnie od­su­wa­cie i pcha­cie się pod oręż? Ja chcę wresz­cie zdech­nąć! Wku­rza­ją­ce żywe worki z mię­sem. Jak wcze­śniej kur­czo­wo trzy­ma­li się życia, to nagle ma­so­wo zmą­drze­li.

 

Mo­ment. Wi­dzisz to, co ja? Co to za punk­ci­ki w po­wie­trzu? Nawet De­mo­ny zwró­ci­ły na nie uwagę. Czy to są… anio­ły? A niech mnie wszyst­ko! Za­pi­ko­wa­ły na od­dzia­ły hord – i od­no­szą suk­ce­sy! Wci­na­ją się w nich swo­imi ko­sa­mi w ich sze­re­gi. Czy… czy w tej naj­czar­niej­szej go­dzi­nie Je­dy­ne­mu się coś po­prze­sta­wia­ło i po­sta­no­wił dać po­moc­ną dłoń? Czy może uznał, że coś nam za szyb­ko idzie ta de­gren­go­la­da i tro­chę ją spo­wol­ni, że­by­śmy jesz­cze tro­chę się upodli­li? Oto jest py­ta­nie…

 

Czemu te głąby mnie nagle wzię­ły na ręce? I idą ze mną… w stro­nę Eld Hain? Stary, wi­dzisz to, co i ja? Ja­kieś po­py­cha­dła robią na­pręd­ce kład­ki na oko­pach, by nio­są­cy mnie piel­grzy­mi prze­szli dalej. Po­ma­ga­ją im w tym nie­mal wszy­scy obec­ni. A lu­dzi­ska obok wi­wa­tu­ją i skan­du­ją na moją cześć. Chwi­la, coś jest nie tak. Co mogło ich skło­nić do tego? W po­rząd­ku, w pew­nej chwi­li się roz­e­mo­cjo­no­wa­łem i co nie­któ­re zda­nia z na­szej roz­mo­wy wy­po­wie­dzia­łem na głos, ale… a zresz­tą, okaże się. W takim tem­pie wkrót­ce będę w ostoi. Może mi się po­szczę­ści i cho­ciaż złożą mnie w ofie­rze albo co. A byłem już tak bli­sko. Czyż­by Je­dy­ny po­ma­chał mi oca­le­niem przed oczy­ma, by zaraz udo­wod­nić, że jesz­cze nie czas? Co wię­cej muszę zro­bić?

 

Koniec

Komentarze

Czytam, czytam, niewiele akcji, jednakże sugestywny opis realiów ostoi, jakże prawdziwy bohater “spowiadający się” czytelnikowi; nawet nie zauważam(!), iż zbliżam się ku końcowi. No bach! Mamy i zakończenie. Dla mnie niezrozumiałe. Niby prorok, ale czemu? Jakie słowa wypowiedział na głos? Nie potrafię dojść. Moim zdaniem końcówka napisana na siłę do udanego opisu. Szkoda.

 

Reasumując – gratuluję, nie wiem jak innym, mi się podobało:) Oczywiście z wyłączeniem dwóch ostatnich akapitów, chyba, że autor pojaśni, walcząc z moją wrodzoną tępotą (z którą usiłuję z kolei ja walczyć:))“co i jak”

Dzięki wielkie za przeczytanie i kilka cennych uwag. Prawdę mówiąc, nieco się wystraszyłem, gdy od rana nie było żadnych komentarzy – to moje pierwsze “poważne” opowiadanie od niemal półtora roku, więc traktowałem je mimo wszystko z pewną rezerwą ;)

Co do zakończenia, to pozwolę sobie na pewien eksperyment, bo nie jestem pewien, czy jest ono po prostu nie takie łatwe do interpretacji, czy najzwyczajniej w świecie jest skopane, bo dałem zbyt mało tropów :D Zatem zrobimy tak: jeżeli kolejne osoby czytające opowiadanie dojdą do tego samego wniosku, co Ty, wyjaśnię mój zamysł ;)

PS. A, w każdym razie zaznaczam, że zakończenie – udane czy nie – nie jest “doklejone” do całej reszty, gdyż był to jeden z pierwszych wątków opowiadania, jakie wymyśliłem.

Pochwaliłeś mnie, choć cennych uwag nie zamieściłem. Czuję się emocjonalnie zaszantażowany:) No i co mam czynić? Będą, proszę:

 

Drugi, trzeci akapit sugeruje, iż ostoje są toksyczne, ratownik Przecinek to naprawi:)

 

Nie ma ruchomych bagien. ‘Ruchome piaski’ bądź ‘bagna’:)

 

Jest gorąco. Nie ma się w sumie co dziwić. To już nie jest szarża na  byle chucherkowaty punkt o małej wartości strategicznej – idą na Eld Hain!

Lepiej? Pracując nad tekstem, mówię tu o sobie, nie odnoś do siebie, korekta idzie w parze z redukcją. Zbędne elementy likwiduję. Być może nie należy to wiązać z każdym tekstem, daję Ci tylko ‘eventus’ pod rozwagę, nic więcej, nie krytykuję.

 

Ich siły inwazyjne były rozlazłe.

Traf na militarystę, a skrzywi się z obrzydzeniem:) linie rozciągnięte, luźno rozlokowane, rozlazłe może być ciasto.

 

Zbliżały się, ale uderzały w mniejsze punkty. Koncentrowali się na niszczeniu terenu czy efektywnym wybijaniu nas.

Punkty są na mapie: ’łatwiejsze cele’, osady/posterunki/punkty/miejsca o znikomym/niewielkim/ znaczeniu bądź ‘z niewielkim garnizonem‘/’słabo bronione’. Świat apokaliptyczny – co tu można niszczyć, szczególnie w kontekście wszechobecnych bagien itp. itd. ‘Efektywne wybijanie’? Nieco trzeszczy w ustach:) Prędzej – systematyczne.

 

Nie kontynuuję dalej, a można by, z tego prostego powodu, iż stać Cię na samodzielną poprawę w przyszłych tekstach;)

 

Nie zmienia to mojej wcześniejszej opinii – ogólnie ‘in plus’

Dzięki jeszcze raz :D Wiedziałem, że wszystkiego nie wypatrzyłem, zdaję sobie sprawę, że sporo mam do usprawnienia, co zresztą udowodniłeś. Ale nie zgodzę się co do uwag – bo tą o zakończeniu – choć nie jestem co do jej słuszności jeszcze pewien – uważam za co najmniej wartą przemyśleń – a to już coś ;)

Nie jestem alfą i omegą:) Wręcz chcę zostać zaskoczony;)

@Eurytos, co do przecinka:

“Sądziłem, że toksyczne, porosłe gdzieniegdzie niebezpiecznymi roślinami pustkowia, które otaczają nasze ostoje, same w sobie stanowią piekło” – akurat przecinki są tu dobrze, bo chodzi o toksyczne pustkowia (otaczające ostoje), a nie same ostoje ;)

 

“>>Ich siły inwazyjne były rozlazłe.<<

Traf na militarystę, a skrzywi się z obrzydzeniem:) linie rozciągnięte, luźno rozlokowane, rozlazłe może być ciasto“ – zależy… rozlazłe, w znaczeniu słownikowym, czyli powolne, niemrawe – wtedy sens ma, a w tym przypadku “rozlazłe siły” nie są określeniem militarnym, tylko to zwykły przymiotnik określający…

 

“>>Zbliżały się, ale uderzały w mniejsze punkty. Koncentrowali się na niszczeniu terenu czy efektywnym wybijaniu nas.<<

Punkty są na mapie: ’łatwiejsze cele’, osady/posterunki/punkty/miejsca o znikomym/niewielkim/ znaczeniu bądź ‘z niewielkim garnizonem‘/’słabo bronione’. Świat apokaliptyczny – co tu można niszczyć, szczególnie w kontekście wszechobecnych bagien itp. itd. ‘Efektywne wybijanie’? Nieco trzeszczy w ustach:) Prędzej – systematyczne” – niszczenie terenu – może, fakt, określenie złe – ale pamiętaj, co było MIĘDZY ostojami. Chociażby sieć komunikacyjna czy właśnie wspomniane “mniejsze punkty”. No i – nie wiadomo też przecież, może na tych pustkowiach jednak żyli jacyś wygnańcy, szaleńcy, itp., itd.?

 

Oczywiście tutaj nie neguję Twoich uwag (kimże jestem, by to robić?), jednak akurat te są po części błędne i niepotrzebne (wg mnie, subiektywnie :)).

 

Co do zakończenia – uważam ten zabieg za dobrze wykonany i wykorzystany – chociaż osobiście nie lubię takowych (mam wtedy po prostu niedosyt), to jednak nie uważam końcówki jako “napisanej na siłę”.

Oj, nie popuszczę:)

 

Odnośnie toksyczności i związanej z tym przecinktologii – zostały wprowadzone poprawki;)

 

Nie masz racji co do punktów. Działam w Obronie Terytorialnej. Nie istnieje pojęcie punktów w innym znaczeniu aniżeli “punkt przerzutowy; kontaktowy’. Basta. Wygnańcy, pustelnicy, szaleńcy – to nie punkt, a jakaś chata, barak, diabli wiedzą co. Punkt ma znaczenie militarne, relatywnie niewielkie, ale ma.

 

 

>>Ich siły inwazyjne były rozlazłe.<<

Traf na militarystę, a skrzywi się z obrzydzeniem:) linie rozciągnięte, luźno rozlokowane, rozlazłe może być ciasto“ – zależy… rozlazłe, w znaczeniu słownikowym, czyli powolne, niemrawe – wtedy sens ma, a w tym przypadku “rozlazłe siły” nie są określeniem militarnym, tylko to zwykły przymiotnik określający…

Niestety:( Gdyby zostały użyte terminy typu: niemrawe, powolne; nie zwróciłbym uwagi:) Nikt nie ma obowiązku się ze mną zgadzać.

 

Oczywiście tutaj nie neguję Twoich uwag (kimże jestem, by to robić?), jednak akurat te są po części błędne i niepotrzebne.

W tym przypadku się nie zgodzę. Co do wartości merytorycznej. Poza tym neguj ile wlezie:) Sporo czasu mi zajęło zrozumienie faktu, iż nie każda krytyka jest złośliwa/zawistna, a można dzięki temu sporo wynieść.

 

Co do zakończenia – uważam ten zabieg za dobrze wykonany i wykorzystany – chociaż osobiście nie lubię takowych (mam wtedy po prostu niedosyt), to jednak nie uważam końcówki jako “napisanej na siłę”.

Objaśnij mi więc Twą interpretację. Bez złośliwości -poważnie. Zapewne mi9 coś umyka i nie wiem co…

Odnośnie toksyczności i związanej z tym przecinktologii – zostały wprowadzone poprawki;)

Ah, faktycznie! O ile pamiętam, poprzednie brzmiało… tak?

>>Sądziłem, że te otaczające nasze ostoje toksyczne, porosłe gdzieniegdzie niebezpiecznymi roślinami pustkowia, same w sobie stanowią piekło<<

Wciąż poprawnie, chociaż mniej przejrzyście. Zwracam (mały) honor :) (nie lubię przyznawać się do błędów…)

 

Nie masz racji co do punktów. Działam w Obronie Terytorialnej. Nie istnieje pojęcie punktów w innym znaczeniu aniżeli “punkt przerzutowy; kontaktowy’. Basta. Wygnańcy, pustelnicy, szaleńcy – to nie punkt, a jakaś chata, barak, diabli wiedzą co. Punkt ma znaczenie militarne, relatywnie niewielkie, ale ma.

Cóż, militarystką nie jestem, więc nie wypowiem się szerzej. Tylko że jednak słowo “punkt” ma wiele znaczeń w języku polskim, i m.in. ma także takie jak «określone miejsce w terenie lub jakiejś przestrzeni», «miejsce przeznaczone do wykonywania specjalnych czynności lub prac». Więc… interpretacji może być wiele.

 

Niestety:( Gdyby zostały użyte terminy typu: niemrawe, powolne; nie zwróciłbym uwagi:) Nikt nie ma obowiązku się ze mną zgadzać.

Powiem tak – może nie jest to najlepsze zdanie, ale nie jest ono błędne. Można by było zastąpić innymi słowami, ale jest poprawnie (estetycznie już mniej :P). Uznajmy więc, że w tym przypadku remis :)

 

Objaśnij mi więc Twą interpretację. Bez złośliwości -poważnie. Zapewne mi9 coś umyka i nie wiem co…

Hmmm… Myślę, że autor tu po prostu chciał “urwać” opowiadanie, by czytelnik sam mógł sobie dopowiedzieć kwestię. Niejednoznaczne zakończenie, pozwalające na wszelaką interpretację oraz – co tutaj by miało sens – pozostawienie wolnej ręki dla Awaken Realms.

A co się stało z naszym Pielgrzymem? To pewnie tylko sam autor wie. Może słowa, które mu się wymsknęły z myśli na głos, trafiły do ledwie trzymających się psychicznie towarzyszy, tknęły ich i “zostali oświeceni”? Albo przy okazji nadejścia Aniołów uznali go za jakiegoś… no właśnie, proroka, mesjasza, zsyłającego anioły? No, w końcu to wojna, jak nie rzeź – a w takich chwilach ludzie są spragnieni takich słów, “prawdy” – nawet jakby to była tylko prawda jednostki, przecież czegoś się trzymać muszą, łapać jakieś resztki nadziei, sensu sytuacji, czegokolwiek… Albo może im już w głowach się poprzewracało od tego “podejrzanego destylatu” i – po prostu coś im odbiło masowo? Może go jednak później go zabiją?

 

No, to tak pokrótce, jak ja osobiście uważam :) I właśnie myślę, że o to tu chodzi – każdy może sobie dopowiedzieć. Urywanie wszelkich historii w krytycznych momentach jest powszechnie używane. Najczęściej jest to wg mnie bez sensu, ale osobiście w paru przypadkach (film, animacja, książka) miałam takie wrażenie, że… że to mi się podobało. “Po kiego oni to urwali? Co się z nim stało!?” – dlatego z jednej strony nienawidzę takich zakończeń, a z drugiej lubię, bo jednak – mimo irytacji i niezaspokojenia ciekawości – jest ciekawe, daje pole do manewru i wyobraźni. I tutaj też mam takie wrażenie, dlatego oceniam tego opka b. dobrze.

Urywanie wszelkich historii w krytycznych momentach jest powszechnie używane.

 

Krytycznych – tak. Niezrozumiałych nie. Czekam na Autora, może jestem tępy.

 

Poza tym swą opinię podtrzymuję.

Dobra, jakoś nikt specjalnie nie czuje potrzeby zabrać głos w kwestii zakończenia opowiadania. A jako że mamy mały wysyp kolejnych konkursowych opek – nie wspominając o reszcie – chyba nie ma sensu czekać dłużej. Zatem moje wyjaśnienie, o co mi chodziło:

Tytuł jest nieco ironiczny. Jak wiadomo, głównym bohaterem jest pewien pielgrzym, który – jak to zgrabnie ujął Eurytos – “spowiada się" czytelnikowi. Niegdyś typowy cyniczny sceptyk wskutek ciężkich i bardzo intensywnych przeżyć oraz prawdopodobnie braku akceptacji swojego upadku na podstawie własnej interpretacji rzeczywistości wytworzył sobie w głowie osobistą interpretację losu i przeznaczenia ocalałej ludzkości, a także charakteru Jedynego. Co z jego schizofrenicznego wywodu usłyszeli pozostali pielgrzymi? Cóż, najprawdopodobniej w dużej mierze słowa związane z naturą Jedynego i tym związanymi pochodnymi. A przez wzgląd na to, że mój bohater wypowiedział to na tle, zdawałoby się, ostatnich chwil Eld Hain, a potem niespodziewanej odsieczy ze strony Aniołów Śmierci, jego tyrada mogła nabrać iście apokaliptycznego wydźwięku. Czemu część ludzi rzuciła się na pewną śmierć? Być może uwierzyli w rzeczoną ideę przewrotnego mesjanizmu i bezsens dalszej walki; może też chcieli ocalić swojego “proroka”, który wyraźnie chciał się wykończyć; ewentualnie te wszystkie doznania w połączeniu ze strzępkami jego wypowiedzi wprowadziły co niektórych w zbiorowe szaleństwo – to już chciałem dać do namysłu, niedopowiedziane. Chciałem też na końcu jakimś sposobem wpleść sentencję w rodzaju “jakie czasy, taki prorok”, ale uznałem to ostatecznie za zbyt pretensjonalne.

A “prorok” prowadzony przez pielgrzymów w stronę Eld Hain to takie zostawienie otwartej furtki specjalnie dla Awaken Realms. Można dzięki temu wzbogacić wątek “okołokapłański”. Mógłby być ulubieńcem ludu i konkurencyjną siłą dla Kapłanów, a potem np. męczennikiem, mógłby też z Kapłanami się dogadać, wykorzystany przez nich do udobruchania coraz mniej wierzących mieszkańców ostoi. Myślę, że możliwości jest całkiem sporo.

 

Mam nadzieję, że rozwiałem chociaż część wątpliwości. Jestem nieco zmęczony po całym dniu, ale liczę, że to, co napisałem, jest w miarę zrozumiałe ;)

Gdy kilka minut temu cząstki świeżo rozbryźniętego mózgu – Świetny początek, żeby nie było, ale… świeżo i kilka minut się gryzą. Skoro kilka minut temu, to wiadomo, że świeże.

 

przeszłe wydarzenia - Nie lepiej -> Przeszłość?

 

moich urojeń, które naprędce wytworzył sobie mój umysł.produkowanych przez moją chorą wyobraźnię. – Trzy powtórzenia.

 

Czasem nawet nie mam pewności, – Przepraszam, cztery.

 

gdzieniegdzie niebezpiecznymi roślinami pustkowia, które otaczają nasze ostoje – To gdzieniegdzie, czy przy miastach?

 

uznać za miłe urozmaicenie i nieco mniej dramatyczną śmierć od tej, która zazwyczaj spotyka nas – pielgrzymów – na tym froncie.- Dobrze, że nie tamtym! A tak poważnie, to usuń TYM, i uwaga techniczno-moralna: Wolałbyś się utopić czy dostać toporem przez głowę? Nie wiem, może jestem jakiś nienormalny, ale wolałbym jednak umrzeć na TYM froncie ^^

 

za jakiś czas połączyć się z jakimś – Czytałeś to drugi raz?

 

Tym razem wpadliśmy na oddział bojowy tych wielkich piechurów od Brute’ów. W pełni zasługują na to miano. – Jakie miano? Gdzie tu jest jakieś miano? I skąd, cholera jasna, człowiek wie o ich kaście? Toż to szpieg, szpicel, skarb narodów! A oni z niego zrobili mięso armatnie! Cóż za marnotrawstwo!

 

Czytam czytam, nie poprawiam i nagle to:

Mam wrażenie, że tych istot nie da się przechytrzyć dwa razy tą samą metodą.

Łał. Znaczy – nie są kompletnymi, zniewieściałymi idiotami! Co my teraz zrobimy?

 

Dalej nie poprawiam. Następnym razem przeczytaj tekst raz-dwa, bo nie wierzę, że nie znalazłbyś choćby tych powtórzeń.

 

Doczytałem do tej karty przetargowej w postaci “Świętego Rycerza” w zamian za wolność, zbroję itd. Nie brnę dalej, i nawet nie ze względu na błędy, a treść. Gość nawija jak potłuczony, rozumiem, że mu smutno, że życie jest smutne, że wojna jest smutna, ale jako ostatnie “słowo” miałbym do przekazania coś bardziej konstruktywnego.

Gdzie leży problem? 

  1. Tekst jest zupełnie o niczym, to samo napisali autorzy w tym opisie universum.
  2. Główny bohater mówi sam do siebie. Tutaj też są dwa aspekty do przeanalizowania. Pierwszy – Ludzie lubią dialogi, nawet zwykła “Kurwa” wycedzona przez dowódcę, lepiej obrazuje co się dzieje. Ty opisujesz, że im źle, smutno, boją się, umierają. Ale to zupełnie nic nie znaczy. Piszesz, że jakiemuś gościowi uwaliło głowę. A gdyby bohater dodał “O kurwa” i rozdziawił usta, mamy już obraz, nie puste słowa. To aspekt pierwszy, zero dialogów. Aspekt drugi: Twój bohater dosłownie mówi sam do siebie. Choć nie jestem pewien, czy nie mówię bardziej gramatycznie przed lustrem… Przecież to jest bełkot… Styl potoczny, powtórzenie za powtórzeniem, jakieś nieistniejące słowa (Word Ci tego nie podkreślał, czy jak?). Drugi aspekt – styl bohatera.

Pojawił się świetny pomysł, ten do którego doczytałem. Mogłeś napisać opowiadanie o Pielgrzymie, który ratuje skórę w zamian za życie rycerza. Mogli się zaprzyjaźnić i wg. To już dobry motyw.

Przeczytałem twój komentarz i – nie. Twój bohater nie był za grosz ironiczny. Teraz fascynuje mnie inna rzecz – komentarz napisałeś poprawnie, więc pisać umiesz. Skąd więc taki tekst?

No nic, kończę dość chaotyczny wywód, życzę powodzenia w przyszłych tekstach, no chyba, że zostawiasz nas po tym konkursie :)

Pozdrawiam!

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Bo lubię się kłócić pod postami… :D

 

“przeszłe wydarzenia - Nie lepiej -> Przeszłość?“

– meh – przecież przeszłość =/= wydarzenia z przeszłości. Złożenia jak najbardziej poprawne.

 

Czasem nawet nie mam pewności, – Przepraszam, cztery.“

– a gdzie tu powtórzenie, mości panie?

 

“Główny bohater mówi sam do siebie. Tutaj też są dwa aspekty do przeanalizowania. Pierwszy – Ludzie lubią dialogi, nawet zwykła “Kurwa” wycedzona przez dowódcę, lepiej obrazuje co się dzieje. Ty opisujesz, że im źle, smutno, boją się, umierają. Ale to zupełnie nic nie znaczy. Piszesz, że jakiemuś gościowi uwaliło głowę. A gdyby bohater dodał “O kurwa” i rozdziawił usta, mamy już obraz, nie puste słowa. To aspekt pierwszy, zero dialogów. Aspekt drugi: Twój bohater dosłownie mówi sam do siebie. Choć nie jestem pewien, czy nie mówię bardziej gramatycznie przed lustrem… Przecież to jest bełkot… Styl potoczny, powtórzenie za powtórzeniem, jakieś nieistniejące słowa (Word Ci tego nie podkreślał, czy jak?). Drugi aspekt – styl bohatera.“

– oh, wybacz, ale muszę się przyczepić! To, że opowiadanie jest monologiem, wg Ciebie jest błędne? Przepraszam, ale nie ma jednej, konkretnej, narzuconej formy. Ja osobiście nie lubię zbyt wielu dialogów. Ta forma, jaką zaprezentował autor, dla mnie jest naprawdę przyjemna – w porównaniu do ciągle powielanych klisz, “bo opowiadanie musi mieć dialogi!”. Poza tym, chyba niezbyt się wczytałeś w tekst – bohater mówi do wyimaginowanej osoby obok, to jest jego monolog, jest szaleńcem pijącym jakiś destylat – zabronisz wariatowi mówić samemu do siebie? :)

 

I jestem ciekawa tych “nieistniejących słów”, o których wspomniałeś.

 

(Dlaczego napisałeś dwa “drugie aspekty”?)

Przepraszam, ale nie ma jednej, konkretnej, narzuconej formy. – Nie ma, podoba Ci się to – Twoje zdanie. Natomiast jak dla mnie monolog musi być dobry, a nie taki, jakby bohater mówił od niechcenia. I nie wiem, co łykał, po prostu taka pijacka forma do mnie nie przemawia.

– a gdzie tu powtórzenie, mości panie? – Autor poprawił. Wcześniej skopiowałem, patrz post wyżej. Dwie liniki, 4x mam, mój.

 

I jestem ciekawa tych “nieistniejących słów”, o których wspomniałeś. – Jedno rzuciło mi się w oczy, ale nie umiem wypatrzeć. Może jestem przewrażliwiony, jeśli tak, to przepraszam. 

 

Napisałem drugi raz, żeby czytający mój chaotyczny komentarz na pewno się nie zgubił :) Jakoś tak.

 

– meh – przecież przeszłość =/= wydarzenia z przeszłości. Złożenia jak najbardziej poprawne.

Nie napisałem, że to błąd. Napisałem, że LEPIEJ przeszłość. Dla przykładu, cytując panią Joanne Wrycze-Bekier:

 

Wersja I

Generalnie można powiedzieć, że specyficzna technika pisania ikon praktycznie nie zmienia się od wieków.

Wersja II

Technika pisania ikon nie zmienia się od wieków.

 

Treść ta sama, a jednak druga wersja ciut łatwiejsza do czytania, nie? Tak samo tutaj. Gdyby przeczytać ten tekst jeszcze raz, można by się pozbyć zbędnych, wadzących słów.

 

Dlatego przeszłość>wydarzenia z przeszłości. 

Pozdrawiam!

 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Opowiadanie wydało mi się bardzo statyczne. Niby coś się dzieje, ale cały czas czułam się jakbym siedziała obok dziadka i przeglądała z nim album ze zdjęciami z przeszłości. Niby fajnie dziadunio opowiada, ale ja widzę tylko nieożywione obrazki.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

tylko po to, by znowu za jakiś czas po­łą­czyć się z ja­kimś od­dzia­łem sztur­mo­wym i słu­żyć mu jako chwi­lo­we od­wró­ce­nie uwagi. – Powtórzenia.

 

Jeden z nich zo­stał zma­sa­kro­wa­ny przez wiel­ką ma­czu­gę jed­ne­go z tych wiel­kich po­two­rów. – Powtórzenia

Poza tym wydaje mi się, że nie maczuga zmasakrowała rycerza, tylko potwór uczynił to maczugą.

 

prze­rzu­ca­ją się na cięż­ką broń dy­stan­so­wą, za­rzu­ca­ją dłu­gie i cięż­kie me­ta­lo­we płyt­ki, po­zwa­la­ją­ce prze­cho­dzić… – Powtórzenia.

Jeśli długie i ciężkie, to raczej płyty, nie płytki.

 

Nawet jeśli nie ma tutaj przy mnie żad­ne­go nie­ma­te­rial­ne­go tworu i to tylko moje złu­dze­nie, przy­dasz mi się. – Nadużywasz zaimków.

 

Nie po tym hor­ro­rze, co ich spo­tkał. – Wolałabym: Nie po tym hor­ro­rze, który przeżyli.

 

Nie­do­brze dla tych, co są poza mu­ra­mi ostoi.Nie­do­brze dla tych, którzy są poza mu­ra­mi ostoi.

 

Ozna­cza to praw­do­po­dob­nie , że po­wo­li… – Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

De­mo­ny nie mają w zwy­cza­ju iść za cio­sem po bar­dziej wy­czer­pu­ją­cej po­tycz­ce, a ta­ki­mi za­zwy­czaj są star­cia… – Powtórzenie.

 

Sta­łem się nie­uważ­ny i aro­ganc­ki, po­pu­ści­łem sobie nieco pasa. I w końcu pod­pa­dłem pew­nej waż­nej per­so­nie z góry… – Nie wiem czy Autorowi o to chodziło, ale popuszczać pasa, to inaczej zapinać pas na coraz to dalsze dziurki, gdy ów, po obfitym posiłku, zaczyna uciskać brzuch. Podejrzewam, że tu chodzi raczej o luzowanie smyczy.

 

Wci­na­ją się w nich swo­imi ko­sa­mi w ich sze­re­gi. – Pewnie miało być: Wci­na­ją się swo­imi ko­sa­mi w ich sze­re­gi.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dość nużący monolog. W niektórym miejscach miałam wrażenie, że po prostu powtarzasz informacje udostępnione przez organizatorów. Trochę, jakbyś czuł się zmuszony do napisania wszystkiego, co wiesz o świecie.

Po co Ci odstępy między akapitami?

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka