- Opowiadanie: Jack_Felix - Omega

Omega

Opowiadanie już raz pojawiło się na portalu. Wrzucam je ponownie, ponieważ wprowadziłem wiele zmian w narracji, które, mam nadzieję, wyjdą historii na dobre :-)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Omega

Klęczałam na podłodze od paru modlitw. Kolana bolały mnie okropnie, ale już do tego przywykłam. Wszystkie przywykłyśmy, nie miałyśmy wyjścia. Kto jak kto, ale kapłanki muszą klęczeć. Przecież nie będziemy modlić się do bogów na stojąco.

Od kiedy tylko pojawiłam się w świątyni, uczono mnie, że w obliczu bogów należy się ukorzyć. Oni władają siłami natury, mogą cię zmieść z powierzchni ziemi skinieniem palca, dlatego padaj przed nimi na kolana, żałosna dziewczyno, ty, która pochodzisz z zaśmierdłej wioski, z rodziny, której nie było nawet stać, by cię wykarmić. Jesteś nikim, zaledwie pyłkiem w rękach olimpijczyków, więc padaj przed nimi na kolana, a najlepiej wytrzyj jeszcze twarzą posadzkę na znak posłuszeństwa. Może wtedy zlitują się nad tobą i pozwolą dożyć kolejnego dnia. Może nie sprawią, że nazajutrz potkniesz się o próg sypialni, upadniesz na posadzkę i śmiertelnie roztrzaskasz głowę, może nie zrzucą cię w przepaść silnym podmuchem wiatru, gdy będziesz przemierzać most łączący świątynię z zewnętrznym światem. Klęcz i módl się do nich dziewczyno, to twoja jedyna szansa. Bogowie zezwolili, byś spała pod ich dachem, byś posilała się razem z innymi kapłankami, więc podziękuj im za to. Dziękuj na kolanach, bo inaczej wpadną w gniew i zastąpią cię kimś bardziej oddanym, a ty zmarniejesz na świecie, zmuszona do sprzedawania cnoty za parę oboli lub do pracy w polu, gdzie garb wyrośnie ci po kilku wiosnach. Wtedy uwierzysz, że warto było klęczeć.

 

Wielki Zeusie, panie nieba i ziemi,

Ty, który mocą gromów władasz,

Modlimy się do ciebie jako sługi pokorne,

Co nocą, dniem imię twe wysławiają,

Zlituj się nad dziećmi swemi,

Zniewagę i grzech im wybacz,

Albowiem zbłądziły, chwały twej ślepe,

Zmamiły je pokusy i fałsz,

Przeto błagamy cię, zlituj się nad nimi,

Cierpień i kaźni oszczędź im,

Tak proszą cię córy człowiecze,

Dusze i ciała oddając twej czci.

 

Modlitwa wibrowała w powietrzu, wraz z ciepłym powiewem od strony wejścia sprawiając, że odpłynęłam gdzieś daleko, do krainy fantazji, w której mogłam być, kim chciałam. Zaczęłam sobie wyobrażać, że żyję jako słynna wojowniczka, weteranka wielu bitew, przed którą ludzie padają na kolana, tak jak ja przed bogami. Moja sława nie znała granic, słyszano o mnie w każdym zakątku Drugiej Grecji, przyćmiłam nawet legendarnego Achillesa. Królowie z największych polis, z Aten, z Olimpii, z Troi i im podobnych prześcigali się w ofiarowaniu mi zaszczytów, wszystko po to, by zyskać me usługi. Wieczerzałam w najpiękniejszych pałacach, kosztowałam najwykwintniejsze potrawy, spałam na najdelikatniejszych pierzynach. Byłam piękna, dzika i nieustraszona. Mężczyźni ubiegali się o moje względy, ale ja spławiałam ich groźnym spojrzeniem lub przypadkowym ruchem dłoni w kierunku miecza. Wszyscy bali się mnie i pożądali. Byłam najbardziej zabójczą oraz wpływową kobietą swoich czasów. I uwielbiałam to.

Fantazje tak bardzo mnie pochłonęły, że nawet nie zauważyłam, kiedy przestałam się modlić razem z resztą kapłanek. W pewnym momencie poczułam tylko, jak ktoś wykręca mi ucho, i jęknęłam z bólu. Auł! Trochę delikatniej nie łaska? Chciałabym jeszcze coś słyszeć na starość!

Spojrzałam w górę i zobaczyłam Lianę, najgorszą ze wszystkich kapłanek przełożonych. No tak, to musiała być ona. Z moim pechem to nie mogła być żadna z dwóch pozostałych przełożonych, które nadzorowały przebieg modlitwy, lecz właśnie Liana, ta surowa, wiecznie opanowana zołza, która nie upominała ani dawała kazań, tylko bez żadnych ceregieli lała rózgą po plecach. Przyzwyczaiłam się już do chłost. Średnio zasługiwałam sobie na nie dwa lub trzy razy w tygodniu, więc jak mogłabym się nie przyzwyczaić? Pomyślałby kto, że przez trzy wiosny spędzone w świątyni nauczyłam się już, jak unikać kary, ale ja jakoś nie potrafiłam się dostosować. Po wielu usilnych próbach stwierdziłam, że bycie pyskatą jędzą, która zawsze musi robić wszystko po swojemu i która nie może po prostu usiąść na tyłku i słuchać tego, co do niej mówią, to coś, czego nikt ze mnie nie wypleni, choćby prano mnie na kwaśne jabłko od rana do wieczora. Byłam niereformowalna (tego ciekawego słowa nauczyłam się od świątynnego skryby, bo sama nie potrafiłam czytać) i teraz, gdy już przyzwyczaiłam się do chłost, w ogóle mi to nie przeszkadzało. Czułam nawet swego rodzaju dumę na myśl o tym, że „się nie dałam”, że wciąż jestem niepodporządkowana (tak, kolejne słowo od skryby).

Liana przeszyła mnie spojrzeniem błękitnych, pozbawionych wyrazu oczu i rozkazała wstać. Zrobiłam to posłusznie, a ona puściła moje ucho i gestem dała do zrozumienia, żebym udała się do sąsiedniej komnaty. Reszta dziewczyn w ogóle na to nie zareagowała. Wiedziały, że jeśli przestaną się modlić, mogą zostać ukarane podobnie jak ja. Wszystkie już dawno się podporządkowały, co jeszcze bardziej podsycało moje poczucie wyjątkowości.

Pomieszczenie było o wiele mniejsze od sali modlitewnej, w której znajdowałam się przed chwilą. Zamiast pomnika Zeusa i naściennych malowideł, pod którymi stały rzędy świec, tutaj były tylko skrzynie, stół, kilka alabastrowych figurek i wiklinowy kosz, w którym znajdowały się bezlistne gałązki. Żałowałam, że nie mogę ich wrzucić do paleniska i oszczędzić sobie pieczenia na plecach przez resztę poranka. Znacznie więcej satysfakcji sprawiała mi jednak myśl, że to ja chwytam jedną z witek i leję Lianę po tyłku.

– Zrzuć szatę – rzekła przełożona.

Wykonałam polecenie i stanęłam przed nią zupełnie naga. Liana kazała mi się obrócić, podeszła do kosza i wyjęła gałązkę.

– Czy opowiadałam ci kiedyś legendę o Tyfonie? – zaczęła. Jak zwykle przemawiała przerażającym, bezbarwnym głosem, który równie dobrze mógłby należeć do zjawy. – Tyfon był najgroźniejszym potworem, jaki stąpał po ziemi. Większy od najwyższych gór, z rękoma sięgającymi horyzontu na wschodzie i zachodzie, miał sto smoczych łbów zamiast palców i plątaninę węży zamiast nóg. Zrodził się z dwóch jajek, które Tartar podarował Gai, gdy ta chciała się zemścić na Zeusie za uwięzienie gigantów.

Po tych słowach chlasnęła mnie witką w plecy. Zabolało, jakby ktoś przejechał mi po skórze rozżarzonym węgielkiem, ale nie jęknęłam. Zwykle dziewczyny po chłoście u Liany chlipały jak małe dzieci, ale ja nie chciałam dawać jej satysfakcji. Co dziwniejsze, im bardziej opierałam się przed okazywaniem bólu, tym słabiej mnie karała. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego tak robi. Może podniecał ją tylko płacz? A może miała jakiś inny, bardziej złożony powód? Ach, kto by to wiedział?

– Tyfon został stworzony, by zniszczyć bogów Olimpu. Tak bardzo przeraził ich swoim wyglądem, że większość uciekła na jego widok. Tylko Zeus został, by zmierzyć się z potworem, i po straszliwej walce przygniótł jego cielsko górą Etna. Tam, pod ciężarem wulkanu, który spoczywał na jego ramionach, Tyfon był uwięziony przez tysiące lat.

Zawsze opowiadała tę legendę i nikt nie wiedział czemu. Powoli zastanawiałam się, czy ona sama to wie. Robiła to za każdym razem, jakby wpadała w trans. Każda chłosta zwiastowała historię Tyfona. Ja sama słyszałam ją już dziesiątki razy. I żeby to jeszcze miało jakiś głębszy sen, coś naprawdę odkrywczego, tymczasem mit o Tyfonie… ot, potężni bogowie pokonują potężnego potwora, bo są jeszcze potężniejsi. Oczywista oczywistość. Wiem już, że nie mogę bruździć bogom, bo jestem zaledwie pyłkiem w ich rękach i zdmuchną mnie z powierzchni ziemi, jeśli tylko będą mieli ochotę. Może opowiedziałaby coś pouczającego, choćby historię o tym, jak postępowanie zgodnie z wolą bogów popłaca w życiu. Człek miałby przynajmniej nadzieję, że kiedyś wyjdzie na swoje, a nie: bójcie się bogów, bo bogowie są straszni i potężni! Nauka nie warta złamanego obola.

Gdy odebrałam całą karę, kazała mi odejść. Jak gdyby nigdy nic. Bez żadnej miny ani emocji na twarzy odwróciła się i wsadziła gałązkę do kosza. Przerażała mnie swoją obojętnością. Kiedy bym jej nie spotkała, zawsze miałam wrażenie, jakby niewiele w niej zostało z człowieka. Jak można być aż tak oziębłym? Twarz Liany śniła mi się po nocach nie przez to, że kojarzyła się z chłostą, lecz przez to, że była ludzką twarzą pozbawioną absolutnie wszystkiego, co ludzkie. Patrzenie na tą maskę, doczepioną do żywej istoty, sprawiało, że dostawałam dreszczy. Co trzeba zrobić, by doprowadzić się do takiego stanu? Hm… Może to po prostu skutek bycia wredną zołzą?

Z piekącym bólem na plecach opuściłam komnatę i w ślad za resztą kapłanek udałam się do sali jadalnej. Kiedy odmówiłyśmy modlitwę do Demeter w podziękowaniu za posiłek, który miałyśmy właśnie spożyć, ciemnowłosa dziewczyna o brązowych oczach spytała mnie szeptem:

– Dlaczego przestałaś się modlić?

Wzruszyłam ramionami.

– Po prostu się zamyśliłam.

Popatrzyła na mnie dziwne.

– No co? Nie można się zamyślić? – prychnęłam.

– Gdy grozi za to chłosta? Nie, nie bardzo.

Miała na imię Kalo i była moją najlepszą przyjaciółką. Czasem zastanawiałam się, czy nie została nią dlatego, bo potrafiła się ze mną kłócić dłużej niż ktokolwiek inny, ale potem przypominałam sobie te wszystkie chwile, kiedy uratowała mi skórę. Kalo była bardzo przepisowa. Nie robiła niczego, czego przełożone nie uważały za słuszne. Gdyby miała trochę więcej wiosen, sama mogłaby zostać jedną z nich. Dlatego zobaczenie, jak łże im prosto w oczy, by ocalić mnie przed chłostą, było najbardziej niezwykłym doświadczeniem w moim życiu. Po czymś takim musiałyśmy się zaprzyjaźnić, nie widziałam innej możliwości. Dziewczyna się za mną wstawiła, a ja miałam to zignorować? Nigdy w życiu! Od tego momentu była moją siostrą. Już zawsze stałam za nią murem. A to, że większość rozmów między nami kończyła się kłótnią, tylko uwydatniało naszą przyjaźń. Przynajmniej żadna z nas nie narzekała na nudę.

– Lepiej zajmij się swoim plackiem – powiedziałam jej i zabrałam się za dokańczanie posiłku.

*

Po śniadaniu każda z kapłanek wykonywała obowiązki przydzielane im przez przełożone. Mnie i Kalo trafiło się czyszczenie podłogi w Komnacie Tytanomachii, gdzie na przepięknych freskach pokrywających szerokie płaszczyzny ścian przedstawiona była walka tytanów z bogami. Szczęśliwie udało mi się nie zasłużyć na chłostę, otrzymanie której byłoby nie lada wyczynem, bo przełożona, która nas nadzorowała, brzydziła się przemocą, za to lubiła dawać niesamowicie długie i nużące wykłady na temat istotności służenia bogom. Wolą Zeusa, wykład też mnie ominął.

Potem nadeszła pora obiadu, a po niej popołudniowe modlitwy i kolejne prace świątynne. Przed kolacją, jakby kilka razy w ciągu dnia było mało, odbyła się jeszcze modlitwa wieczorna. Chłodny wietrzyk wraz z iskrzeniem gwiazd widocznych przez oculus w suficie szybko rozproszył moją uwagę i znowu pogrążyłam się w krainie fantazji. Kalo zauważyła, że przerwałam modły, i syknęła na mnie, żebym się opamiętała, ale w następnej chwili Liana wykręciła nam uszy i rozkazała przejść do sąsiedniej komnaty.

– Czy opowiadałam wam kiedyś legendę o Tyfonie? – spytała, wyjmując rózgę z wiklinowego kosza.

Kalo nie odzywała się do mnie przez całą kolację.

*

Gdy znalazłyśmy się w swoich pokojach i odmówiłyśmy modlitwę do Hypnosa o spokojny sen, przełożona Gala, ta od długich i nużących wykładów, przyprowadziła do naszej sypialni dziewczynę o czarnych włosach i cerze białej jak płatki lotosu.

– To Diana. Właśnie złożyła śluby. Od dzisiaj będzie spać razem z wami – oświadczyła.

Nowa obrzuciła nas przelotnym spojrzeniem i uśmiechnęła się w sposób, który określiłabym jedynie jako zalotny. Było w niej coś, co od razu mnie zafascynowało, ale nie potrafiłam powiedzieć co. Czy to ten nietypowy uśmiech, czy może pełen przenikliwości błysk w oczach? Nie wiedziałam, ale nie przeszkadzało mi to w przypatrywaniu się dziewczynie z rosnącym zainteresowaniem.

– Macie być dla niej miłe – poinstruowała nas przełożona. – Żadnych złośliwych zaczepek, rozumiemy się?! A teraz do łóżek! Modlitwa zmówiona, mam nadzieję?

– Zmówiona, kapłanko przełożona – odparłam raźnie.

– W takim razie spać, ale już! – Gala zrobiła groźną minę i wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Jak tylko odgłos jej kroków ucichł, wyszczerzyłam zęby do nowej i powiedziałam:

– Witaj wśród zniewieściałych świętoszek, Diana. Ja jestem Auro, ta ruda, co najchętniej modliłaby się od rana do wieczora, to Irina, a ta wredna zołza, co marzy o byciu przełożoną…

– Wcale nie marzę o byciu przełożoną!

– …to Kalo. Irina jest nieco wstydliwa, jak chyba każda kapłanka z powołania, ale nigdy na nas nie doniosła, więc jest w porządku. Kalo zawsze powie ci, czego masz nie robić, żeby nie dostać chłosty, więc w sumie wychodzi na to, że już jest z niej niezła przełożona.

– Dzięki, mała.

– Nie ma sprawy – odparłam wesoło i znowu zwróciłam się do Diany. – No, nowa, opowiedz nam coś o sobie.

Dziewczyna usiadła na wolnym sienniku i ponownie obdarzyła nas tym zalotnym uśmiechem.

– A co chciałybyście wiedzieć? – spytała.

– Skąd pochodzisz? – wtrąciła Kalo, zanim ją uprzedziłam.

– Z Olimpii – odparła Diana.

Pootwierałyśmy usta w nabożnym zdumieniu. Żadna z nas nie znała osoby, która pochodziłby z wielkiego polis, wszystkie mieszkałyśmy wcześniej w małych miasteczkach lub w wioskach, stąd nasza przesadzona reakcja. Gdy zaskoczenie osłabło, wezbrała we mnie ciekawość. Jak wygląda Olimpia? Jak wiele ludzi tam mieszka? Czy naprawdę jest tak wspaniała, jak mówią? Czy Diana widziała kiedyś stadion, w którym rozgrywają się igrzyska? Pytania mnożyły się w mojej głowie bez końca, ale głos znowu jako pierwsza zabrała Kalo:

– Z wielkiego miasta Olimpii? Naprawdę?

– No przecież mówi, że z Olimpii – fuknęłam poirytowana. – Jak tam jest? – spytałam Dianę.

Nowa zaśmiała się uroczo i odparła:

– Ciężko to opisać słowami. Świątynie, gimnazjony, święte gaje, palestry, hale kolumnowe, łaźnie, teatry… musiałybyście to zobaczyć na własne oczy. Ja sama nigdy nie poznałam wszystkich sekretów Olimpii. Większość dzieciństwa spędziłam w bibliotece, gdzie mój ojciec dbał o stan zwojów.

– Zaraz… to znaczy, że umiesz czytać? – spytałam podniecona. Sama zawsze chciałam się nauczyć sztuki czytania, ale nie miałam ku temu okazji. W mojej wiosce czytanie było umiejętnością niemal mityczną i do niczego nie zdatną. Kiedy przeniosłam się do świątyni, ilość obowiązków mnie przytłoczyła i nie mogłam znaleźć wolnej chwili na naukę, a nawet jak mi się udało, świątynny skryba nie miał dla mnie czasu. – Jak wiele z tych ksiąg przeczytałaś?

– Przeczytałam ich całe setki – odparła Diana. – Jedne ciekawsze od drugich.

– W takim razie opowiedz jakąś ciekawą historię – zaczęłam się domagać.

Dziewczyna odgarnęła włosy z twarzy i powiedziała tajemniczo:

– Ciekawych historii w książkach nie brakuje, ale najciekawsze to te, które nigdy nie zostały przelane na papier. Ojciec opowiedział mi kiedyś legendę o odrodzeniu potęgi bogów… ale może nie chcecie tego słuchać? Ta opowieść została zakazana dawno temu.

Kalo już otwierała usta, pewnie by powiedzieć: „my nie możemy słuchać zakazanych opowieści”, ale uciszyłam ją chłodnym spojrzeniem. Możliwość usłyszenia historii, której nie wolno opowiadać, wzbudzała we mnie niezdrową fascynację. A to, że przełożone zleją mnie na kwaśne jabłko, jak się dowiedzą? Trudno. Zaryzykuję. Za porządną historię warto. A co!

– Nie krępuj się – szepnęłam do Diany.

Nowa mrugnęła przyjacielsko i zaczęła opowiadać:

– Ponoć w pradawnych czasach ludzie przestali modlić się do bogów, przez co ci utracili swoją moc. Dysponując zaledwie cieniem uprzedniej potęgi, udali się w podróż do najdalszych zakątków świata, gdzie, za granicami ciemności i istnienia, znaleźli nowe źródło mocy. Po nieprzebranym ogromie czasu wrócili do krain człowieka i odkryli, że nie jest on już słaby. Ludzie potrafili wznosić budynki sięgające chmur, budować latające maszyny i konstruować broń, która w jednej chwili unicestwiała całe miasta. Ale to nie powstrzymało gniewu bogów. Wściekli na ludzi za to, że przestali ich czcić, zniszczyli całą cywilizację, by na jej popiołach zbudować Drugą Grecję.

Gdy tak opowiadała, zobaczyłam wieże zahaczające wierzchołkami o kontury obłoków, stalowe połączenia wozów i ptaków, na których ludzie unosili się jak na mitycznych smokach, i pokraczne balisty strzelające gwiazdami zdolnymi miasto przemienić w pogorzelisko. Poczułam przypływ podziwu dla tych nieżyjących ludzi. Musieli być geniuszami na miarę Dedala, skoro umieli tworzyć takie rzeczy. Potem wyobraziłam sobie, jak bogowie zrzucają na opisany świat deszcz ognia, i uczucie podziwu przeobraziło się w smutek. Dlaczego we wszystkich mitach bogowie to tacy okrutnicy? Czy choć raz nie mogliby wykazać miłosierdzia? To nie takie trudne. W świątyni bez przerwy mówiono mi, że woli bogów nie należy kwestionować, ale czy naprawdę tylko ja jedna uważam ich za bezwzględne i mściwe… no… sukinsyny?

– Miliony zginęły w czasie tego pogromu – kontynuowała Diana – ale ci, którzy przeżyli, nie przestawali żywić marzenia, że pewnego dnia uda im się uwolnić spod jarzma olimpijczyków. Z ich nadziei, z ich modłów o wyzwolenie zrodziły się dwie siostry, Alfa i Omega, których moc była równa boskiej. Zostały stworzone, by na powrót oddać świat w ręce ludzi, więc udały się na świętą górę i stoczyły z bogami straszliwą walkę. Niestety, nie zdołały pokonać władców olimpu. Choć ich siła zatrzęsła niebiosami, Zeus i jego bracia poskromili siostry, zamykając je w więzieniach, z których nie sposób uciec. Tak oto ostatnia nadzieja ludzkości została zmiażdżona na pył, a wszelkie marzenia o wyzwoleniu… zaprzepaszczone.

Widziałam to oczami wyobraźni. Dwie odważne dziewczyny walczące z bogami. Był błysk i huk. Kolumny pękły jak gałązki, a powietrze robiło się gęste od pyłu. Alfa miała twarz Diany, a Omega moją. Razem zwyciężałyśmy kolejnych olimpijczyków, wyzwalając świat spod ich panowania. Wiedziałam, że to tylko głupia fantazja, ale chyba każdy wyobrażał sobie kiedyś, że jest bogiem. To pomagało, gdy całymi dniami wypełniało się czyjeś polecenia.

– Ale brednie – wypaliła Kalo, brutalnie wyrywając mnie z fantazji. – Nie wierzę, że ludzie budowali kiedyś wieże wysokie do chmur i broń niszczącą miasta w kilka uderzeń serca. Gdyby rzeczywiście umieli tworzyć takie rzeczy, byliby potężniejsi od bogów.

– Och, ty zawsze potrafisz popsuć nastrój – warknęłam, choć prawdę mówiąc, też nie wierzyłam w historię nowej.

Diana zwróciła się do Kalo:

– Możesz wierzyć, w co chcesz. Ja usłyszałem tę legendę od mojego ojca, a on wierzył, że jest prawdziwa. Ufam mu.

– To i tak bez znaczenia. Może kiedyś ludzie mieli to wszystko, może nie… naszego losu to nie zmieni. – Kalo przykryła się kocem i mruknęła z twarzą do połowy zanurzoną w poduszce: – Dobranoc wam, koleżanki.

Rzeczywiście było późno, więc poszłyśmy za jej przykładem. Gdy wszystkie leżałyśmy już grzecznie w łóżeczkach, wyszeptałam do Diany:

– Ciekawi mnie…

– Hm? – mruknęła.

– Jak można uwięzić kogoś, kto włada potęgą równą boskiej?

– Cóż, w mitach, które czytałam, bogowie i tytani więzili się na wiele sposobów, ale ja uważam, że najlepszym jest zamknięcie kogoś wewnątrz jego własnego umysłu.

– Nie bardzo rozumiem.

– Kiedyś ci to wytłumaczę. – Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie z niekłamaną sympatią, co bardzo mnie ucieszyło.

– Dobranoc, Diana – rzekłam.

– Dobranoc, Auro.

*

Kolejne dni przebiegały wedle ustalonej rutyny, ale za sprawą Diany nie były już takie nudne. Każdego wieczoru nowa opowiadała historie, które wyczytała w księgach, a ja słuchałam zafascynowana, chłonąc jedno słowo za drugim. Mityczne legendy o centaurach, driadach i herosach przenosiły mnie do świata magii, który był o wiele ciekawszy od rzeczywistości.

Jak nietrudno zgadnąć, wieczór stał się moją ulubioną porą dnia. 

Wraz z nadejściem świąt Diazji odbyły się modlitwy prowadzone przez samego Wielkiego Kapłana. Był to miły staruszek o ciepłym wyrazie twarz i błyszczącej łysinie. Zawsze, gdy przechodziłam obok, pytał o różne rzeczy i obiecywał porozmawiać z przełożonymi, by były dla nas mniej surowe. Lubiłam go i nie potrafiłam zrozumieć, czemu niektóre dziewczyny zamierały w trwodze na jego widok.

Właśnie wtedy, w czasie jednej z modlitw, Diana pochyliła się w moją stronę i wyszeptała:

– Zamierzam stąd uciec.

O mało nie przewróciłam się na klęczącą obok Kalo. Uciec? Jak to uciec? Z początku nie rozumiałam. Wydawało mi się, że nie może chodzić o ucieczkę ze świątyni. Po złożeniu ślubów nie wolno było tego robić. Porzucenie służby karano gorzej niż morderstwo. Gdyby uciekła, wydałaby na siebie wyrok. Strażnicy ruszyliby za nią w pogoń, a kiedy by ją złapali – bo łapali zawsze – umarłaby w potwornych męczarniach. W czasie mojej posługi zdarzyło się, że jedna dziewczyna uciekła. Wiedziałam, że widoku tego, co przywieziono z powrotem, nie zapomnę nigdy.

– Zwariowałaś? Nie możesz tego zrobić! – skarciłam ją. – Złożyłaś śluby! Będą cię gonić za obrazę bogów, a kiedy cię złapią… zresztą sama pewnie słyszałaś, co ci zrobią.

– Nie złapią mnie – odparła Diana.

– Jesteś bardzo pewna siebie. Takie giną najszybciej.

– Możliwe. Ale ja nie zginę.

Jej opanowanie i determinacja robiły wrażenie. Czyżby naprawdę wiedziała, jak nie dać się złapać? Nie, nie interesuj się. Jak pozwolisz się w to wciągnąć, obie postradacie życie. Wiedziałam, że nie powinnam z nią rozmawiać. Najlepiej zrobiłabym, gdybym poszła prosto do przełożonej i wszystko jej powiedziała. Już ona wybiłaby Dianie z głowy te bzdury. Tyle tylko, że Diana była mądra, mądrzejsza niż ja, Kalo i Irina razem wzięte. Może… może jednak warto spytać?

– I niby jak zamierzasz uciec? – nie wytrzymałam. 

Diana odpowiedziała pytaniem:

– Dlaczego ucieczki są takie niebezpieczne?

– Jak to dlaczego? Co się głupio pytasz? Bo strażnicy świątyni udają się w pogoń za każdym uciekinierem, a potem… no, potem zabijają. W typowy dla siebie sposób.

– Dokładnie. Dlatego zanim ucieknę, wszystkich ich uśmiercę.

Po raz drugi o mało nie przewróciłam się na Kalo, która syknęła, żebym przestała się chwiać obok niej jak stuknięta.

– Nie mówisz poważnie, prawda?

Wyraz na twarzy Diany świadczył o tym, że jednak mówi.

– Niby jak, na bogów, chcesz zamordować wszystkich strażników świątynnych?

– Po cichu. Część zabiję we śnie, do reszty podkradnę się w czasie ich wart i poderżnę im gardła. Ale potrzebuję pomocy. Strażnicy chodzą parami. Uśmiercenie obu na raz nie będzie łatwe. Dlatego chciałabym, żebyś uciekła razem ze mną.

– Zwariowałaś – stwierdziłam dużo poważniej. – To samobójstwo. Zabijesz się i jeszcze wciągniesz w to innych. Daj sobie spokój, dziewczyno.

– Mam rozumieć, że chcesz tutaj zostać? Być kapłanką do końca życia? Zniewieściałą świętoszką, jak to ujęłaś podczas naszego pierwszego spotkania?

– Oczywiście, że nie chcę, głupia flądro, ale wolę być świętoszką niż trupem – wybuchłam trochę za głośno i Kalo znów na mnie syknęła.

– Nie mogę ci powiedzieć, co masz zrobić – rzekła Diana. – Ale ty nie możesz mnie powstrzymać przed ucieczką. Zrobię to dzisiaj w nocy i mam nadzieję, że do mnie dołączysz.

– Jakoś tego nie widzę – odparłam chłodno.

Co ona sobie wyobraża? Zabije po cichu wszystkich strażników jak jakiś heros w legendach, które opowiada? Chyba postradała zmysły. Nie uda jej się, to niemożliwe. I jeszcze chce, żebym brała w tym udział! Za żadne skarby! Zamierzam sobie trochę pożyć, tak z czterdzieści wiosen najmniej. Może w świątyni nie jest idealnie, ale to nie powód, żeby z własnej woli kłaść głowę pod miecz. Nie, nie dołączę do tego szaleństwa, wykluczone!

Jednak kiedy modlitwa dobiegła końca, a Liana zabrała nas do sąsiedniej komnaty i wychłostała za rozmowę podczas modłów, zaczęłam się poważnie zastanawiać nad ofertą dziewczyny.

*

Po południu natknęłam się na Wielkiego Kapłana. Swoim zwyczajem spytał, jak mi się powodzi. Gdy odparłam, że w przeciągu ostatniego tygodnia wychłostano mnie już kilka razy, pokręcił głową z niedowierzaniem i powiedział:

– Przełożone chcą, byście wiernie służyły bogom, ale przesadzają w staraniach, oj tak. Porozmawiam z nimi, porozmawiam. Nie mogą was chłostać za byle co. Obiecuję, że porozmawiam.

Podziękowałam mu, a on odpowiedział ciepłym uśmiechem. Był naprawdę miłym staruszkiem.

*

W czasie kolacji Diana usiadła obok mnie. Wiedziałam, że pragnie usłyszeć odpowiedź. Przez cały dzień myślałam o tym, co jej powiem. Niby nie chciałam spędzić reszty życia w świątyni, ale to, co proponowała, było zbyt niebezpieczne. Miałyśmy pozabijać wszystkich strażników? I co jeszcze? Może wspiąć się na świętą górę i zaatakować Olimp? Niemniej w Dianie kryło się coś takiego, co mówiło, że jest w stanie zrealizować swój plan. Czy zdarzyło jej się już zabić? Bogowie, a czy ja mogłabym zabić? Nigdy nie spodziewałam się, że będę myśleć o takich rzeczach. Mam zabijać, żeby przestać służyć w świątyni? Nie wybrałam sobie takiego życia, ojciec oddał mnie na posługi bogom, gdy urodziła mu się kolejna córka, nie miałam zbyt wiele do powiedzenia. Ale żeby od razu mordować? To chyba przesada.

– Namyśliłaś się? – spytała.

Zacisnęłam wargi. Nie odpowiedziałam.

– Rozumiem – rzekła. – Jeśli jednak się zdecydujesz… cóż, to ci się przyda.

Położyła na stole dwa małe noże i przesunęła jeden w moją stronę.

– Ukradłam je z kuchni. Ten jest dla ciebie.

– I niby co mam z nim zrobić?

– Schowaj do sandału. Trochę ciężko się chodzi, mając go pod stopą, ale można się przyzwyczaić.

Wzięłam nóż do ręki i przyjrzałam się ostrzu.

– Diana… ja nie chcę uciekać – wyszeptałam niepewnie.

Nowa przez dłuższą chwilę wpatrywała się we mnie przenikliwie. Chyba oceniała, jak bardzo jestem szczera… nie wobec niej, ale wobec samej siebie. W pewnej chwili zaczęłam się zastanawiać, czy nękają ją jakieś wątpliwości. Prawdę mówiąc, nie wyglądało na to, ale pewności nie miałam. Nie potrafiłam czytać z jej twarzy.

– W takim razie będę musiała poradzić sobie bez ciebie – powiedziała, a potem wstała od stołu i odeszła.

Zostałam sama, siedząc posępnie nad miską gulaszu i rozmyślając. Nagle podeszła do mnie Liana. Byłam pewna, że zauważyła, jak chowam nóż, ale ona powiedziała tylko, że Wielki Kapłan wzywa mnie do swojej komnaty. No pięknie, pomyślałam, przekonana, że to moja popołudniowa skarga jest powodem wezwania. Trzeba było nie donosić na przełożone, że za często mnie chłostały. Teraz dopiero mi się dostanie.

Chcąc nie chcąc, podreptałam za Lianą z pokutną miną.

*

Komnata Wielkiego Kapłana oczarowała mnie swym pięknem. Nigdy wcześniej tu nie byłam, więc łowiłam oczami każdy szczegół. Pod ścianami znajdowały się kolumny z jasnego kamienia, w kątach stały piękne figury kobiet trzymających wazy, a za wielkimi, rzeźbionymi kwieciście zniczami, w których płonął ogień, majaczyły freski przedstawiające Zeusa toczącego bój ze straszliwym potworem. To, że świątynia była tak naprawdę pałacem, który dawno temu przekazano kapłanom do użytku, dawało o sobie znać na każdym kroku.

Weszłam do środka i ukłoniłam się staruszkowi. Liana, o dziwo, została z tyłu, by po kilku uderzeniach serca zamknąć za mną drzwi i oddalić się. Więc nie chodziło o nią i o chłosty? W takim razie o co? Nic z tego nie rozumiałam.

– Jak mogę ci służyć, kapłanie?

Staruszek siedział na łożu o bogato zdobionych oparciach, racząc się winogronami z pozłacanego półmiska. Gdy się odezwałam, popatrzył na mnie i uśmiechnął się w ten ciepły sposób.

– Witaj, kochanie. Mogłabyś dołożyć drewna do ognia? Trochę mi zimno – powiedział.

Odetchnęłam z ulgą. No tak, przecież ktoś musi mu usługiwać. Widocznie dzisiaj przyszła kolej na mnie. Kiwnęłam głową i wykonałam polecenie.

– A teraz zdejmij odzienie – rozkazał.

Zamarłam. Przez dłuższy moment w ogóle nie pojmowałam jego słów. Mam zdjąć szatę? Po co? Czy będzie chciał mnie wychłostać? Przecież nic nie zrobiłam.

– Zdejmij odzienie, kochanie – powtórzył.

Jeszcze przez kilka oddechów trwałam w bezruchu, próbując coś wymyślić. Potem zrzuciłam szatę. Kapłan podniósł się z łoża, zmierzył mnie badawczym spojrzeniem i ponownie się uśmiechnął. Wtedy zrozumiałam. Przerażenie zmroziło mi wnętrzności. On… on nie może… Przecież ślubowałyśmy czystość! Nie mogę mu na to pozwolić! Czy Wielkiemu Kapłanowi w ogóle można się sprzeciwić? Na bogów, to on wydaje rozkazy strażnikom. Może mnie skazać pod byle pretekstem, a oni zrobią ze mną straszne rzeczy. Jakie mam wyjście? Czy rzeczywiście mam rozłożyć przed nim nogi i czekać, aż dotknie mnie swoimi starczymi dłońmi, aż wsadzi we mnie ten… ten swój ohydny… nie, dostawałam konwulsji na samą myśl. Proszę was, bogowie, nie pozwólcie mu na to. Ja… ja nie chcę…

– Masz bardzo piękne ciało – rzekł ojcowskim tonem. – Wszystkie kapłanki po przybyciu do świątyni ślubują poświęcić bogom zarówno dusze jak i ciała, ale wiele z nich nigdy nie spełnia tej obietnicy, nie w pełni. A ty, Auro? Jesteś gotowa oddać się bogom w całości?

Choć gardło zaciskało mi się ze strachu, wykrztusiłam:

– A w jaki… w jaki sposób to będzie poświęcenie… bogom?

– Jestem Wielkim Kapłanem. Pośredniczę między światem bogów i ludzi. Dlatego, oddając się mnie, oddajesz się mieszkańcom Olimpu – odparł starzec. – Podejdź do łoża, kochanie.

Zrobiłam, jak mi kazał.

– Tak, masz naprawdę ładne ciało – powiedział. Jego wzrok prześlizgiwał się po moich piersiach. – Takie delikatne, młode… Ile masz wiosen, dziecino?

– Czternaście – odpowiedziałam cicho. Ledwo sama siebie usłyszałam.

– Bogowie cenią sobie młodość – kontynuował. – Twoja ofiara będzie dla nich bardzo zadowalająca.

Po tych słowach wyciągnął dłoń w moim kierunku, ale odsunęłam się.

– Chyba nie chcesz obrazić bogów, prawda?

Obrażenie bogów… śmierć z rąk strażników… widać, te pojęcia znaczyły to samo.

– Nikt nie może obrażać bogów. Kiedyś istniał tytan imieniem Tyfon. Był potworem przerastającym najwyższe góry. Zrodził się z dwóch jajek podarowanych Gai przez Tartara, gdy ta chciała się zemścić na Zeusie za uwięzienie gigantów. Tyfon miał sto smoczych łbów zamiast palców i plątaninę węży zamiast nóg. Został stworzony, by zniszczyć bogów Olimpu, ale nie mógł sprostać ich potędze. Po straszliwej walce Zeus przygniótł jego cielsko górą Etna, gdzie, pod niezmierzonym ciężarem, olbrzym był uwięziony przez otchłanie czasu. Właśnie taki los spotyka tych, którzy obrażają bogów. A ty nie chcesz tego zrobić, prawda?

Coś lodowatego spłynęło mi po karku. Więc Liana… ona też musiała… Jak długo ją wykorzystywał, skoro stała się tak oziębła? Czy była jego pierwszą ofiarą? Ile dziewczyn jeszcze potem skrzywdził? Te wszystkie kapłanki, które nieruchomiały na jego widok… Teraz rozumiałam. Byłam równie przerażona. Strach przed tym, co się stanie, paraliżował każdy mięsień w moim ciele. Miałam dołączyć do tych wszystkich wykorzystanych dziewczyn i nie mogłam zrobić nic, żeby to powstrzymać. Czy stanę się taka sama jak Liana? Czy aż tak mnie to zniszczy?

Swoimi zgrzybiałymi, obleśnymi palcami dotknął mojego sutka. Zadrżałam. Do oczu napłynęły mi łzy. Nie chciałam tego. Naprawdę nie chciałam, żeby mi to zrobił. Byłam pewna, że się rozpłaczę, ale nie mogłam. Coś się we mnie zablokowało. Stałam, skamieniała, a każda cząstka mojego ciała odrzucała jego dotyk.

Pchnął mnie na łoże. Położył się na mnie. Przejechał językiem po mojej szyi. Jeszcze na dobre nie zaczął, a już czułam się skalana. Jego ślina wypalała ze mnie resztki naiwności, usta, którymi przywierał do moich piersi, wysysały wspomnienia z dzieciństwa. Właśnie przestawałam być dzieckiem, w najgorszy z możliwych sposobów wkraczałam do brutalnego świata dorosłości. Moja niewinność umierała, kiedy on pełzał rękoma po moim ciele. Kiedy jego dłoń schodziła coraz niżej…

Wszystko stało się w mgnieniu oka. Gdy dotknął mnie między nogami, wyciągnęłam nóż z sandału i wbiłam mu go w szyję. Starzec zacharczał i spojrzał na mnie ze zdumieniem, chyba nawet niedowierzaniem. Nie spodziewał się, że to zrobię. Żadna część jego umysłu nie przewidywała takiego biegu wydarzeń. A czy mój umysł to przewidywał? Chyba tak, bo gdy wydostałam się spod jego ciała i wyciągnęłam mu nóż z szyi, wbiłam ostrze ponownie. I jeszcze raz, i jeszcze… póki cała twarz starca nie pokryła się krwią. Czułam ulgę. Każde uderzenie wyzwalało mnie z przerażenia. Nie pozwoliłam, żeby mnie skrzywdził! Nie dałam się! Ten zwyrodnialec chciał mnie zgwałcić, ale zabiłam go! Zabiłam tego parszywego starca…

Bogowie… zabiłam człowieka.

Musiałam krzyczeć, gdy to robiłam, bo w czasie nie dłuższym niż kilka oddechów drzwi otworzyły się i ktoś wszedł do pomieszczenia.

To była Liana.

Z twarzą jak zwykle pozbawioną emocji spojrzała najpierw na mnie, później na ciało kapłana. I stała. Po prostu stała, patrząc w przestrzeń. Dlaczego nas chłostała? Czy była takim samym potworem? Gwałcona nocami za młodu chciała nam sprawić podobny ból? Podobny… żadna chłosta nie równała się z tym, co on zamierzał. Może chciała nas tylko przygotować? Uodpornić na cierpienie, które miał nam zapewnić ten obmierzły starzec? Nie miałam pojęcia, jak było. Modliłam się tylko, żeby mnie nie wydała. Żeby nie zawoła strażników, którzy zamęczą mnie na śmierć.

Nie zawołała.

– Muszę uciekać – rzekłam, patrząc w jej beznamiętne, puste oczy.

Kiwnęła głową, nie powiedziawszy ani słowa. Gdy stanęłam w progu, podeszła do łoża, uklękła przy starcu i przytknęła czoło do jego dłoni. O czym mogła teraz myśleć? Czy czuła ulgę? Wydawało mi się to najbardziej prawdopodobne, ale Liana nie zachowywała się, jakby zaznała spokoju. Może – ta myśl mnie przeraziła – może po tak długim czasie starzec był najbliższą osobą, jaką miała, choć więź między nimi powstała z bólu i upokorzenia. Nie, nie chcę się nad tym zastanawiać. Muszę jak najszybciej dostać się do swojej sypialni, do Diany.

Przed opuszczeniem komnaty jeszcze raz popatrzyłam na naścienne malowidła. Widok Tyfona przeszywanego piorunami wydał mi się nagle niezwykle smutny.

*

– Musimy uciekać – powiedziałam.

Kalo i Irina wpatrywały się we mnie z mieszaniną strachu oraz zdumienia, które objawiały się w ich otwartych ustach i wytrzeszczonych oczach. Nie dziwiłam im się. Koniec końców wpadłam do sypialni z zakrwawionymi rękoma i nożem w dłoniach.

– Co się stało? – spytała Diana.

– Zabiłam Wielkiego Kapłana – odparłam łamiącym się głosem.

Kalo i Irina, obie naraz wydały z siebie taki dźwięk, jakby się czymś zakrztusiły. Diana o nic nie pytała, niczemu się nie dziwiła, po prostu wyjęła nóż z sandału i powiedziała: „Chodźmy”.

– Co takiego?! Gdzie idziecie?! – wybuchła Kalo.

Wmawiając sobie przez cały dzień, że nie będę uciekać, w ogóle o niej nie pomyślałam i teraz, gdy musiałam opuścić to miejsce, nie miałam pojęcia, co jej powiedzieć. Przyjaźniłyśmy od tak dawna, wspierałyśmy się bez względu na wszystko… i nagle miałam ją zostawić.

Bo właśnie zdałam sobie sprawę, że ona nie opuści świątyni. Jej się tutaj podobało, w przyszłości naprawdę mogła zostać przełożoną. Nie widziałam sensu, by z nami uciekała. W świątyni mogła wieść spokojne życie, a tam, na zewnątrz… to nie był jej świat. Tyle tylko, że nie chciałam jej zostawiać. Może ostatnio ignorowałam ją z powodu Diany, ale wciąż była moją przyjaciółką. Kochałam ją. Serce ściskało mi się na myśl, że powiem jej „żegnaj” i już nigdy więcej się nie zobaczymy.

– Uciekamy stąd – odpowiedziałam cicho.

– Uciekacie? To jakiś żart? Zginiecie! Strażnicy rozszarpią was na strzępy!

– Kalo, ja nie mam wyboru. Zabiłam Wielkiego Kapłana. Muszę uciekać.

Pokręciła głową. Chyba nie mogła uwierzyć, że to zrobiłam. Ja sama jeszcze sobie tego całkiem nie uświadomiłam. Póki co czułam tylko strach, że podzielę los kapłana.

– Jakoś to odpokutujesz! – zawołała. – Będziesz klęczeć w Sali Modlitw przez rok! Powiesz Lianie, by cię wychłostała! Strażnicy odpuszczą ci to, co zrobiłaś! Ale ucieczka to pewna śmierć!

– Kalo, posłuchaj tego, co mówisz. Tak się nie da…

– Nie, nie możecie uciec! Zabiją was! Nas pewnie też za to, że was nie zatrzymałyśmy! Nie mogę na to pozwolić! Nie wypuszczę was stąd!

Jeśli miałam złudną nadzieję na to, że pójdzie z nami, to teraz mogłam o tym zapomnieć.

– Odsuń się, dziewczyno – powiedziała Diana z chłodnym spokojem, bo Kalo stanęła nam na drodze do drzwi.

– Nie! Nie pozwolę wam uciec! Nie pozwolę, żebyście się pozabijały!

Wzruszyło mnie, jak bardzo się martwi. Widocznie zależało jej na mnie tak samo, jak mi na niej.

– Nie możesz nas zatrzymać. – Diana podeszła do Kalo, ściskając nóż w dłoni. – Odsuń się.

– Nie zrobię tego! – Kalo wyglądała, jakby potraciła wszystkie zmysły, i naprawdę nie miała zamiaru nas przepuścić. – Możesz mi grozić, ale nie dam ci zaciągnąć swojej przyjaciółki na pewną śmierć. Przejdziesz przez te drzwi tylko po moim tru…

Rozległ się huk i Kalo upadła na ziemię. Ja i Diana spojrzałyśmy na Irinę. Trzymała w rękach alabastrową figurkę Ateny, do której zwykła modlić się całymi dniami. Nigdy nie spodziewałabym się po niej czegoś takiego. Zwykle cicha i zamknięta w sobie zdzieliła Kalo w głowę jak gdyby nigdy nic.

– Dlaczego? – spytałam.

– Bo miłuję bogów z całego serca i uważam, że nikt nie powinien być do takiej miłości zmuszany – odparła. – Uciekajcie.

Diana przeszła nad ciałem nieprzytomnej Kalo i otworzyła drzwi. Spojrzałam na swoją ogłuszoną przyjaciółkę i poczułam głęboki żal. Nie chciałam, żeby tak wyglądało nasze rozstanie. Człowiek musi uciekać z miejsca, które przez wiele lat było jego domem, a na koniec nie może nawet pożegnać tych, którzy stali się mu bliscy, nie może im powiedzieć, jak bardzo będzie tęsknił. Zaraza, strasznie się to wszystko pokomplikowało.

Czas uciekał. W każdej chwili strażnicy mogli odkryć, co zrobiłam z Wielkim Kapłanem. Nie mogłam tu dłużej zostać. Ruszyłam za Dianą w kierunku wyjścia. Gdy mijaliśmy Irinę, rzekłam:

– Dzięki. Naprawdę jesteś w porządku.

Dziewczyna kiwnęła głową i uśmiechnęła się przyjaźnie. Miałam wyrzutu sumienia, że nigdy bliżej jej nie poznałam, ale nie zdążyłam tego powiedzieć, bo ja i Diana opuściłyśmy sypialnię.

*

Gdy ze wschodniej części świątyni dobiegł krzyk Gali, wiedziałyśmy, że już po naszym planie. Przełożona musiała zaalarmować połowę strażników, więc mogłyśmy zapomnieć o wymordowaniu ich po cichu, co i tak miałam za niewykonalne. Puściłyśmy się biegiem przez korytarze, żywiąc głupią nadzieję, że jakimś cudem uda nam się wymknąć niezauważenie. Po chwili wpadłyśmy do głównej sali. Największe pomieszczenie w świątyni witało pielgrzymów posągiem Zeusa: król bogów siedział na tronie z kości słoniowej, w jednej ręce dzierżąc berło, w drugiej statuetkę Nike. Wyjście znajdowało się naprzeciw monumentu, ale kiedy miałyśmy tam pobiec, zza piedestału rzeźby wyłonił się strażnik świątyni.

O głowę wyższy od przeciętnego mężczyzny, poruszający się na kozich nogach, satyr spojrzał oczami pozbawionymi ludzkiego blasku. Zanim zdążył zareagować, rzuciłam się ku niemu, na oślep uderzając w kozi łeb. Nigdy nie podejrzewałam, że mam w sobie tyle odwagi. Satyr wydał straszny dźwięk, mieszaninę meczenia i zawodzącego ryku, po czym runął na ziemię, brocząc krwią z wielu małych ran. Diana doskoczyła do niego i wprawnym ruchem noża po gardle zakończyła porykiwania.

– Pewnie usłyszano go w całej świątyni – powiedziała.

– C-co… co teraz? – spytałam.

Głos mi drżał. Wpierw kapłan, teraz satyr… byłam silna, ale nie aż tak. Powoli zaczynało mnie to przytłaczać. I jeszcze ta krew… kolejne świeże strumienie na moich rękach. Jak długo dam radę to znosić?

– Musimy kontynuować ucieczkę. To nasza jedyna szansa.

– Diana, oni nas złapią – oświadczyłam niezwykle trzeźwo.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Chwyciła mnie tylko za ramię i pociągnęła do wyjścia.

Chłód nocy, delikatny powiew wiatru i widok gwiazd iskrzących się na niebie nieco ukoiły mój umysł. Ale tylko na moment. Do świątyni prowadziły szerokie schody, u stóp których czekało jeszcze dwóch strażników. Ich rogi błyszczały w świetle księżyca, podobnie jak stalowe napierśniki i sierpy, które nosili na plecach. Diana skoczyła na jednego, podrzynając mu gardło. Nie wiem, kim była, ale umiała zabijać. Chciałam zrobić to samo z drugim, lecz byłam za wolna.

Uderzył sierpem, rozcinając mi przedramię. Nigdy nie miałam tak głębokiej rany. Bolała bardziej niż wszystkie moje chłosty razem wzięte. Jęknęłam, upadłam na ziemię i upuściłam nóż. Satyr znowu się zamachnął, ale Diana wpadła między nas, z pełnym gracji obrotem rozpruwając mu szyję.

– Wszystko w porządku? – spytała, pomagając mi wstać.

– Oprócz tego, że krwawię jak rytualna świnia? Nie, nie wszystko jest w porządku – odparłam, załamana i wściekła jednocześnie.

Do przebycia miałyśmy jeszcze most, potężny i długi, rozpięty między górskimi zboczami. Na jednym zboczu stała świątynia, na drugim wiła się droga wiodąca w dół, ku dolinom. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z beznadziejności sytuacji. Nie miałyśmy żadnego prowiantu, żadnych ciepłych ubrań, żadnej broni. Nawet jeśli udałoby nam się uciec, zginęłybyśmy w tych górach. Wykończyłyby nas głód, zimno, dzikie zwierzęta lub bandyci. Do wyboru wedle upodobania.

Byłyśmy w połowie mostu, kiedy strażnicy wysypali się ze świątyni, stukając racicami o posadzkę. Co najmniej półtora tuzina biegło ku nam z przerażającą szybkością. Wszyscy dawali o sobie znać tym w połowie kozim, w połowie lwim rykiem, od którego ciarki łaziły mi po karku.

Diana zatrzymała się. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie uciekniemy. W jej spojrzeniu po raz pierwszy dostrzegłam desperację. Potem powiedziała coś, co na moment odebrało mi tchnienie:

– Musimy skoczyć.

Stałyśmy pośrodku mostu nad olbrzymią czeluścią. Skok z takiej wysokości oznaczał śmierć, obie to wiedziałyśmy. Byłam pewna, że bogowie odebrali jej rozum.

– Oszalałaś. Nie możemy tego zrobić – odparłam.

– Strażnicy zabiją nas w okrutny sposób. Lepiej będzie skoczyć.

– Ale… – Głos mi się załamał, a w następnej chwili rozryczałam się jak dziecko. Diana miała rację. To był koniec. Pozostało jedynie wybrać, w jaki sposób odejdziemy. Nie mogłam w to uwierzyć. Nic już nie dało się zrobić. Albo skoczę, albo pozwolę się zamęczyć. To moje jedyne możliwości. Miałam umrzeć, bo nie pozwoliłam się zgwałcić odrażającemu starcowi. Jak los może być aż tak niesprawiedliwy?

– Ja nie chcę umierać – wyszeptałam, czując krew łomoczącą w skroniach. – Ja naprawdę nie chcę umierać, Diana!

Strażnicy byli coraz bliżej. Dziewczyna ujęła moją twarz w dłonie i uśmiechnęła się mimo łez połyskujących na rzęsach.

– Pamiętasz, jak opowiadałam legendę Alfy i Omegi? Pamiętasz, jak mówiłam, że najlepszym sposobem jest uwięzienie kogoś wewnątrz jego własnego umysłu?

Nie zrozumiałam, dlaczego mnie o to pyta, ale odparłam, że pamiętam.

– W takim razie zaufaj mi. Zaufaj… Omego.

Gdy to powiedziała, coś jakby dreszcz podniecenia przeszyło moje ciało. Dlaczego nazwała mnie Omegą? Przecież to nie ma sensu!

Ale z odmętów moich myśli wyłaniały się już poszczególne obrazy… Ujrzałam ruiny miast o budynkach sięgających chmur, górę Olimp z olśniewającą posiadłością bogów na jej szczycie, a nawet samego Zeusa, który, stanąwszy przede mną, ujmował pioruny dłońmi. Nic z tego nie pojmowałam. W mojej głowie zapanował chaos. Tylko podniecenie wciąż rosło, jakbym miała uświadomić sobie jakąś zapomnianą prawdę, coś, co wszystko zmieni.

Strażnicy już nas dogonili, już wyciągali dłonie, by nas pochwycić… Nie miałam wyjścia, zaufałam jej. Zaufałam tej szalonej dziewczynie o tajemniczej przeszłości i uwodzicielskim uśmiechu. Potem spadłyśmy w przepaść, w ciemność nocy, gdzie czekały postrzępione sylwetki skał, na których roztrzaskały się nasze ciała.

*

Chciałam krzyczeć z bólu, ale moje ciało nie leżało połamane na kamieniach. Było przykute łańcuchami do kamiennych filarów wspierających sufit. To nie przypominało świątyni. Wnętrze cechowała szarość oraz pustka. Jedyne meble, jakie dostrzegałam, były spróchniałe i rozpadające się. Wszędzie zalegała gruba warstwa kurzu, jakby nikt nie mieszkał tu od wieków. Gdzieś w oddali słychać było szum morza.

Popatrzyłam na pomieszczenie, na łańcuchy, które mnie krępowały. I wszystko sobie przypomniałam. Okowy nie były w stanie mnie powstrzymać. Zacisnęłam na nich dłonie, a one rozpadły się, porażone błyskawicami, które wyleciały z moich palców. Wstałam i wyszłam na korytarz, równie zniszczony jak pomieszczenie, w którym się znajdowałam. Ruszyłam przed siebie. W pewnym momencie droga się urwała, a ja stanęłam na krawędzi olbrzymiej wyrwy, która ziała w budynku niczym rana w ciele zwierzęcia.

Po lewej był ocean – niezmierzona, ciemnogranatowa otchłań wody. Po prawej – upadłe miasto ludzkiej cywilizacji o budynkach wielkich jak tytani, zrobionych ze stali, betonu i szkła. Stałam na najwyższym z nich, skąd mogłam oglądać wszystkie inne. Ruiny w znacznej części przejęte przez naturę, lecz wciąż potężne.

Skierowałam wzrok na ocean. W dawnych czasach, na małej wysepce, stał tam monument będąca symbolem ludzkiej wolności. Z natłoku wspomnień wyłowiłam jego obraz: kobieta, która w jednej dłoni trzymała wysoko uniesioną pochodnię, a w drugiej tablicę z jakimiś słowami. Nigdy nie dowiedziałam się, co było tam napisane. Zresztą nie miało to już znaczenia. Statua znikła. Na wysepce, uwłaczająco wymownie, majaczył tylko pomnik Zeusa.

Pamiętałam. Z początku wszystko zlało się w bezładny potok słów i obrazów, ale potem wspomnienia wróciły na swoje miejsce i już wiedziałam, kim jestem. Sięgając do pamięci, zobaczyłam, jak zaatakowałyśmy Olimp i jak Zeus pokonał nas, gdy wszyscy inni zawiedli.

A byłyśmy tak blisko, ja i moja siostra, Alfa, która rzeczywiście miała twarz Diany. Przypomniałam sobie podniecenie, które szybko zmieniło się w euforię, kiedy ostatni bogowie uciekli, nie mogąc sprostać naszej potędze. Potem pojawił się Zeus… To była walka, jakiej świat wcześniej nie doświadczył. Z twarzy ciekł nam pot, wszystko wokół płonęło od aury naszej mocy, ale… przegrałyśmy. Zeus był zbyt potężny. Pokonał nas, a później skrzywdził moją siostrę. Wszystko we mnie wrzało, gdy przypominałam sobie, jak ją torturował.

W pamięci odnalazłam też moment, kiedy uwięził mnie w pomieszczeniu z filarami. Nie zrobił tego sam, posłużył się Hypnosem, bogiem snu. Pamiętałam, co mówili, kiedy byłam już przykuta do filarów, zbyt wyczerpana, by cokolwiek zrobić.

– Zachowała się jak głupiec. Gdyby nie przypuściła frontalnego ataku na Olimp, mogłaby zwyciężyć – rzekł Zeus. Ton miał twardszy od stali, jakby wykuł własne gardło w kuźni Hefajstosa.

– Chcesz, żebym uwięził ją we śnie? Ona jest silna, Zeusie. Pewnego dnia może się uwolnić – Hypnos przemawiał cichym, jakby sennym głosem.

– Jestem tego świadom. Polecę komuś, by jej pilnował. Tylko jedna istota ma wystarczającą moc… Nasz bardzo stary wróg.

– To ryzykowane. On może się do niej przyłączyć.

– Nie zrobi czegoś takiego. Jego umysł został złamany. Nie zaatakuje bogów, choćby miał stracić własne życie. Teraz wie, że są rzeczy gorsze od śmierci.

– Jeśli taka jest twoja wola, Zeusie – Hypnos zbliżył się do mnie. Oczy miał całkiem czarne, pozbawione źrenic, a twarz nieprzytomną, jakby wyrwano go ze snu. U jego skroni majaczyły małe skrzydełka. Uniósł nade mną róg wykonany z czegoś, co przypominało śnieżny pył, i wyszeptał sennie:

 – Teraz będziesz śniła, wojowniczko. Śniła koszmary trwające wieczność.

Potem z rogu wylał się sen opowiadający o świątyni. O przełożonych i kapłankach. Ostatni z koszmarów, które śniłam, ale nie jedyny. Te wcześniejsze ledwo pamiętałam. W głębi umysłu migały mi tylko pojedyncze, przerażające sceny. Tak naprawdę nie chciałam sobie przypominać. Cokolwiek mi się przyśniło, za sprawą Hypnosa musiało być albo straszne, albo odrażające. Najważniejsze już wiedziałam: po co się urodziłam, jak wyglądał świat po Zagładzie, czym byłam dla żyjących jeszcze ludzi…

Pamiętałam. A wraz z pamięcią nadszedł gniew.

W moich dłoniach zmaterializowały się dwie esowato wygięte maczety z poczernionej stali. Poczułam nagły przypływ zdecydowania, gdy moje palce zacisnęły się na znajomych uchwytach. To była broń, którą stworzyłam do zabijania bogów. Z tymi maczetami zaatakowałam Olimp i to z nimi pobiłam wszystkich prócz jednego…

Prócz Zeusa.

Musiałam go zabić. Niczego nie byłam tak pewna. Cała moja wściekłość skupiła się wokół tej jednej myśli.

Przypomniałam sobie o Alfie, która zjawiła się w moim śnie pod postacią Diany i w jakiś niewytłumaczalny sposób wyrwała mnie z ciągu koszmarów. Czy to naprawdę była ona, czy może jej postać przybrał jakiś maleńki fragment mojej podświadomości – ten, który wiedział, że tylko śnię? Nie miałam pojęcia, byłam jednak pewna, że Alfa jest gdzieś na świecie, podobnie jak ja uwięziona przez bogów. Inaczej pojawiłaby się tutaj, gdy odzyskałam świadomość, czekałaby z niecierpliwością, aż otworzę oczy. Wiem, że by tak zrobiła. Była moją siostrą. Zostałyśmy razem stworzone, razem poznawałyśmy zniszczony przez bogów świat. Łączył nas ten sam cel, to samo przeznaczenie.

Dopiero teraz docierało do mnie, że wszystko było kłamstwem, że nie istniało. Kalo, Irina, Liana… żadna z nich nie żyła naprawdę. Były wytworami mojego umysłu, zjawami ze snu. Zapomnij o nich. Zapomnij o Kalo. To nie ją kochasz, tylko Alfę, swoją siostrę. Tylko ona istnieje!

Bez względu na to, ile te nieistniejące osoby wywoływały we mnie emocji, musiałam skupić się na rzeczywistości. Musiałam odnaleźć Alfę. A żeby to zrobić, potrzebowałam dwóch bogów… Hypnosa, a po nim samego Zeusa. I stojąc na najwyższym budynku miasta ruin, przyrzekłam sobie, że tym razem król Olimpu nie przeżyje naszego spotkania.

Gdy tak rozmyślałam, coś się przede mną pojawiło. Wychynęło zza krawędzi wyrwy i zawisło w powietrzu na wężowej szyi. Miało głowę najeżoną kolcami i dwa rzędy szpiczastych, poszarzałych kłów. Wyglądało jak smok, ale było pozbawione skrzydeł. Domyślałam się, czym jest i czego chce. Czekałam.

Nagle ryknęło i zaatakowało. Skoczyłam w bok, a ono wbiło zęby w podłogę i wyrwało spory kawał betonu. Później popatrzyło bladymi ślepiami i zionęło ogniem.

Skryłam się w głębi budynku, za ścianą jakiegoś pokoju. Gdy przestało pluć płomieniami, wetknęło tam swój potworny pysk i błysnęło jednym ze ślepi. Uniosłam rękę i posłałam w oko postrzępiony piorun. Stwór zaryczał, wierzgnął się, rozwalił część sufitu i wyciągnął łeb.

Ponownie stanęłam na krawędzi wyłomu, a maczety w moich dłoniach rozjarzyły się błyskawicami. To właśnie była moja moc. Władałam gromami podobnie jak Zeus. Mogłam rozpętać burzę, która w kilka chwil zniszczyłaby całe miasto. Mogłam przenieść się w dowolne miejsce na świecie, korzystając jedynie z blasku wyładowań. Ja, Auro, żałosna kapłanka… Po zamknięciu we śnie, gdzie nic nie znaczyłam, gdzie nie miałam możliwości decydowania o swoim losie, nagle odzyskałam całą potęgę. Moc mnie rozpierała. Miałam wrażenie, że eksploduję ze szczęścia, a wiązki błyskawic z mojego ciała polecą we wszystkie strony świata. W piersi trzepotała mi dzika wolność, do oczu cisnęły się łzy podniecenia i radości. Nigdy wcześniej tak bardzo nie doceniałam swoich mocy, bo nigdy wcześniej nie rozumiałam, co to znaczy być słabą i bezsilną. Ale teraz bezsilność się skończyła, to ja dyktowałam warunki. Byłam dziewczyną, która miała zniszczyć Olimp. Ta myśl napawała mnie ekscytacją. Nie było nic lepszego. Nic!

Smoczy łeb gdzieś zniknął. Zamiast niego pojawiły się trzy inne. Dwa o podobnych rozmiarach i trzeci, znacznie większy, mogący połknąć człowieka w całości. Nie przejęłam się tym. Kiedy zaatakował, wykonałam unik. Rozrywany metal zajęczał, w powietrze wzbiły się tumany kurzu. Potem natarł jeden z tych mniejszych. Rozwarł paszczę, by zmiażdżyć mnie zębami, ale na czas uniosłam maczetę i strzeliłam mu gromem między ślepia. Drugi wyprężył się i plunął strumieniem ognia. Piorun, którym odpowiedziałam, rozproszył płomienie i wpadł mu do gardła.

Został tylko ten największy.

Przeturlałam się w bok, gdy znów uderzył paszczą wielkości wozu, powiększając wyrwę. Później skoczyłam i wbiłam maczety w jego czaszkę. Zaryczał i poderwał łeb do góry ze mną żałośnie wiszącą u boku. Przez chwilę starał się mnie zrzucić, ale nie puszczałam. Ostrza jaśniały od błyskawic wypalających w jego głowie coraz większe rany. W końcu stracił siły i zaczął opadać w dół, ku oceanowi. Wyszarpnęłam maczety z jego cielska i zeskoczyłam na szczyt budowli. Zanim zniknął za krawędzią, zobaczyłam, jak gasną jego blade oczy.

Znowu nastała cisza, z którą przeplatał się jedynie szum wiatru, tu na górze wiejącego z dużą siłą. Gdy wpadł między moje włosy, omiatając nimi twarz, zamknęłam oczy. Przez moment czułam jedynie spokój napływający do mojego ciała wraz z kolejnymi powiewami.

Potem rozległ się niezwykły głos, jakby cały świat przemówił do mnie z głębi swych trzewi:

– Czy opowiadałem ci kiedyś legendę o Tyfonie?

Najpierw zobaczyłam smoki. Dziesiątki potwornych łbów na wężowych szyjach łączących się w dłoń, która była częścią ręki. A ręka była częścią ciała…

Później stanął przede mną, dwukrotnie większy od budynku, na którym się znajdowałam, sięgający czołem ponad najwyższe chmury. Zamiast palców miał hordy smoczych łbów, a od pasa w dół był jedynie plątaniną węży. Legenda nie oddawała jego prawdziwej natury. Nie wspominała o skórze z szarego kamienia i starczej głowie bez włosów, z popękanymi jakby od suszy oczami. Nie mówiła w szczegółach o morzu węży stanowiących jego nogi, o tych dwóch szaleńczych wirach oślizgłych cielsk. Był Tyfonem, istotą, która miała zniszczyć Olimp.

Był mną.

Zanim coś powiedziałam, uderzył dłonią w budynek, roztrzaskując kilkadziesiąt najwyższych pięter. Razem z tonami żelaza i betonu wpadłam w kłębowisko smoków, które natarły na mnie ze wszystkich stron. Nie miałam wyjścia. Odpowiedziałam błyskawicami. Maczety rozbłysły światłem, a wszędzie wokół strzeliły pioruny. Powietrze napełniły ryki i smród palonego mięsa. Smocze łby zaczęły się rozstępować i po chwili znalazłam się na otwartej przestrzeni. Nie spadłam, lecz uniosłam się w przestworzach jak oswobodzony ptak. Wtedy zaatakował drugą dłonią. Wślizgnęłam się między dwie smocze głowy, wbijając w jedną maczety. Ostrza wyryły głębokie rowy, z których polała się krew, ja zaś przedarłam się przez las wężowych szyj i wylądowałam na przedramieniu Tyfona.

Nie zaatakował. Przybliżył przedramię do swojej twarzy i przemówił głosem, który mógłby poruszyć góry:

– Auro… – nazwał mnie imieniem ze snu, jakby znał moje nierealne wspomnienia. – Dobrnęłaś do końca. Możesz jedynie zdecydować, jak odejść.

Z trudem łapiąc oddech, odpowiedziałam mu:

– Ja już nie śnię, Tyfonie. Obudziłam się ze snu.

– Oczywiście, że śnisz. Snem, który opowiada o klęsce bogów.

– To nie musi tak wyglądać.

– Tylko tak to może wyglądać.

Przesunął pierwszą rękę i kilkadziesiąt paszczy rzuciło się w moim kierunku. Uderzałam, gdzie tylko mogłam, unikałam kłów, chowałam się przed strumieniami ognia. Walczyłam na ręce tytana i w powietrzu. Między smokami i na nich. Lepiłam się od krwi, ciągle krzyczałam. To było chore i nie wytrzymywałam tego. Walczyłam, choć oczy miałam zalane posoką. Moje ręce raniły i zabijały, a ja chowałam się gdzieś głęboko, w czerni pod powiekami. Potem poczułam ból. Błysk ognia widać było nawet przez krew i powieki. Skóra na mojej nodze się topiła. Smocze kły chwyciły mnie tam i cisnęły w powietrze. Wciąż w ciemności wołałam imię Alfy, ale nie było żadnej odpowiedzi. Szukałam azylu wśród urojeń i wspomnień, lecz nadaremno. Potem upadłam na coś oślizgłego i przetarłam oczy.

Wylądowałam na wężu, pośrodku chaosu z potworów będącego nogami Tyfona. Cały koszmar zaczął się od nowa, a ja rozpaczałam i śmiałam się na przemian. Już wiedziałam, że moje moce nie ochronią mnie przed okropieństwem tej walki. Mogłam zniknąć, mogłam się przenieść, gdziekolwiek chciałam, ale to by niczego nie zmieniło. Tyfon ścigałby mnie wszędzie. Jego umysł był załamany. Teraz syn Gai służył bogom. Zaczynałam wątpić w to, czy go pokonam. Ta siła… na bogów, zdawało się, że kolejne ciosy nie robią na nim wrażenia. Czy jego można w ogóle poskromić?

Nie pamiętałam, jak to się stało, ale jakoś trafiłam na szczyt budynku, w którym mnie uwięziono. Byłam wyczerpana, cała umazana w posoce i łzach. Choć nie krwawiłam mocno z ran na nodze, zostawiałam za sobą wielkie, czerwone smugi. Wspięłam się na najbliższą stertę gruzu – jedyną pozostałość po wyższych piętrach budynku – i spojrzałam na Tyfona, który górował nad miastem.

– Nie musimy tego robić! – zawołałam, a głos drżał mi, nie wiadomo czy z rozpaczy, czy wycieńczenia. – Możemy razem zabić bogów Olimpu! Do tego zostaliśmy stworzeni!

Tyfon odpowiedział głosem, który dał mi mgliste pojęcie tego, czym są tysiące lat uwięzienia pod górą:

– Nie można pokonać bogów Olimpu. By przeżyć, trzeba im służyć. A ja chcę żyć.

Ja też chciałam żyć… dlatego nad naszymi głowami zaczęły zbierać się burzowe chmury.

– Jesteśmy tacy podobni. Ty i ja. Nie zmuszaj mnie do tego – wykrzyczałam.

– Auro… W swej misji zabicia bogów musisz umrzeć.

Zacisnęłam palce na maczetach, aż zbielały mi knykcie, a ostrza zamigotały w świetle błyskawic.

– Na imię mam Omega – odpowiedziałam i wycelowałam jedną z maczet w niebo.

Strumień piorunów wystrzelił w chmury, rozszczepił się wśród nich i spadł na Tyfona. Uderzyłam wszystkim, co miałam. Nerwy w mojej głowie napięły się do granic możliwości, mięśnie wyły z bólu, jakby żyłami popłynął ogień.

Ciało tytana zaczęło się rozpadać w rozbłyskach błękitu, ale ja tego nie widziałam. Przed oczami miałam fresk z pokoju Wielkiego Kapłana, ten, który pokazywał, jak Zeus ciska błyskawicami w Tyfona. Na moment urojenie stało się dla mnie realniejsze od rzeczywistości. Później tytan runął na budynek, a ja zrozumiałam, co to znaczy uwięzienie pod górą.

 

 

Jeśli opowiadanie przypadło komuś do gustu, to zapraszam na swojego bloga – http://jack-felix-omega.blogspot.com – gdzie już teraz można znaleźć kontynuację przygód głównej bohaterki. Pozdrawiam :-)

Koniec

Komentarze

Kiedyś już czytałam to opowiadanie. Dość dawno temu, ale wciąż pamiętałam niektóre rzeczy, a to nie czyniło lektury ciekawszą… Lepiej wstawiaj nowe rzeczy.

Jak dla mnie – trochę za mało wyjaśniasz. Co na przykład stało się z Alfą? Gdzie był Zeus podczas końcowych walk? Ale może to celowe.

Nie no, nie narzekaj na warsztat – nie jest źle.

Czasami gryzą zbyt współczesne zwroty; spławianie mężczyzn, oczywista oczywistość… Ale w kontekście zakończenia – może i to ma sens.

zmuszona do sprzedawania cnoty za parę oboli lub do pracy w polu, gdzie garb wyrośnie ci po kilku wiosnach.

Tak to brzmi, jakby garb miał wyrosnąć właśnie w polu.

nie możliwe => niemożliwe

wyciągnęłam sztylet z sandału

Jeszcze niedawno to był nóż ukradziony z kuchni. Zdecyduj się.

Walka z potworem – najpierw Omega ucieka w głąb budynku, potem walczy, a na końcu zeskakuje na dach budynku. To gdzie w końcu się tłukli?

Babska logika rządzi!

Zagadnienia dotyczące Alfy i Zeusa wyjaśniam w kontynuacji zamieszczonej na swoim blogu :-)

“nie możliwe” i “szytlet” już poprawione :-)

Zgodnie z opisem, Omega ucieka w głąb budynku, potem wracam na krawędź wyłomu, skacze na jeden z łbów i po krótkiej szamotaninie w powietrzu zeskakuje z niego na szczyt budynku. Wszystko, mam nadzieję, udało mi się zawrzeć w tekście :-)

 

Dzięki za uwagi ;-)

Kalo była bardzo przepisowa.

e?  jakby współczesna nastolatka, niezbyt dobrze rozumiejąca znaczenie używanych słów, narrację prowadziła…

 

A to, że większość rozmów między nami kończyła się kłótnią, tylko uwydatniało naszą przyjaźń.

eee? jw. Chodziło o umocnienie?

 

 

Dla mnie za długie, za mało dynamicznie opowiedziana historia. Budujesz garnitur postaci w swiatyni, pracowicie poswiecasz na to znaki i fik, wyrzucasz do smieci w polowie. Ewentualnie zbyt długi finał, za długi na ciekawy twist… Coś jest nierówno w tej kompozycji i narracja nie porywa, chociaż zdaje się być poprawnie napisana.

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka