- Opowiadanie: uradowanczyk - Piknik przy chatce dróżnika

Piknik przy chatce dróżnika

Miałem kłopoty w otagowaniem tego opowiadania. Powiedzmy, że jest wiosenne z pierwiastkiem kosmologicznym. Czytającym życzę Wesołych Świąt Wielkiej Nocy (choć o świętach wzmianki tu w nim nie ma)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

ryszard, Marcin Robert

Oceny

Piknik przy chatce dróżnika

Monotonny stukot uspokajał ją. W wagonie zrobiło się ciszej, bo dzieciaki, które dotychczas obrzucały się skittlesami, zostały nieco zdyscyplinowane przez rodziców. Wyjęły gremialnie smartfony i zaczęły grać w angry birds.

Za oknem rozpościerał się pejzaż niskich torfowisk. Na wodach rozlewiska dryfowały dywany soczystozielonych traw. Gdzieniegdzie pojawiały się kępy turzyc poprzetykane szuwarami. Jaskry i kaczeńce błyskały żółcią, dodając krajobrazowi wyrazistszych akcentów. Gdzieś w dali zarośla wierzbowe i brzozy zdobywały pierwsze przyczółki dla lasu.

– Boże, jak tu pięknie – szepnęła Sydonia.

Początkowo biurokraci w stolicy nie godzili się na kolej wąskotorową w tym miejscu. Szczególnie bulwersował ich pomysł budowy nasypu. Wówczas dyrekcja spółki Touringer przedłożyła projekt przewidujący wykorzystanie ozu – struktury geologicznej stworzonej przez rzekę, która spływając pod topniejącym lodowcem, pozostawiała osady. Te z kolei nawarstwiły się, formując naturalny wał, który o wiele tysiącleci przeżył zniknięcie lodowca. Oczywiście tu i ówdzie trzeba było dosypać tłucznia, tym niemniej pomysłowy geologiczno-inżynieryjny twór rewelacyjnie wkomponowywał się w pierwotny krajobraz.

Czas się skupić na zadaniu – pomyślała Sydka i sięgnęła po aktówkę. Wyjęła kartkę formatu A4. Był to aneks do umowy o pracę, zawartej między Remigiuszem Wiaternym, a firmą Touringer sp. z o. o. W nagłówku: Zakres obowiązków. No i co my tu mamy: Obsługa bocznicy, zwrotnicy, platformy manewrowej. Prace porządkowe, konserwacyjne, utrzymanie czystości. Obsługa projektora, udzielanie informacji na temat torfowisk. Pomoc przy sprzedaży przekąsek i pamiątek, rozliczanie utargu z kasy fiskalnej… Nic specjalnego. Banał i rutyna.

Sydka stuliła usta w dziubek. Kim pan jest, panie Wiaterny? – spytała retorycznie, bezgłośnie poruszając wargami.

Tymczasem lokomotywa sapnęła z wysiłkiem, sygnalizując początek jazdy pod górkę. Krajobraz zmieniał się powoli. Zniknęły stawy i bajora, za to pojawiły się granitowe garby głazów narzutowych. Między nimi usadowił się lubiący kwaśną glebę ostrokrzew i żarnowiec, oba obsypane wiosennym kwieciem.

Ledwo odczuwany wstrząs zasygnalizował początek hamowania. Dojeżdżali zatem do celu.

Gdy pociąg się zatrzymał, czterdzieści parę osób wysypało się z wagoników, z zaciekawieniem rozglądając się po peronie. Sydka wyszła jako jedna z ostatnich. Zobaczyła postawnego, przystojnego mężczyznę w granatowym uniformie ze złotymi guzikami, który wyjaśniał coś grupce maluchów. Następnie wszedł na podest, sięgnął po megafon, przystawił go do ust i przemówił.

– Witam drogie dzieci, dzień dobry państwu. Mam na imię Remek i będę pełnił honory gospodarza stacji Dzięciołówka. Przedstawię teraz skrótowo plan pobytu. Zapraszam najpierw do obejrzenia ekspozycji, gdzie znajdują się eksponaty – nie tylko archeologiczne – znalezione w trzewiach torfowisk. Potem puszczę film o roślinach. Drogie dzieci, czy według was rośliny są nudne?

– Taaak – odpowiedziała jedna trzecia niepełnoletnich.

– Nieee – odpowiedziała jedna trzecia w tym samym czasie.

– Yyyy – zamuczały pozostałe.

– Widzę, że zdania są podzielone – zaśmiał się zawiadowca Remigiusz, stawiając megafon koło nogi. – A co powiecie na rośliny owadożerne, jakich pełno rośnie wokół? Pokażę wam taką jedną. A potem puszczę fragment Pszczółki Mai, w którym rosiczka – tu Remek wybałuszył oczy i rozcapierzył palce – w którym owa żarłoczna rosiczka chwyta trutnia Gucia, po to by go zjeść. Czy dalej twierdzicie, że rośliny są nudne?

– Nieee – odrzekły dzieci unisono.

No proszę, więc dzieci też potrafi owinąć sobie wokół palca – pomyślała Sydonia.

Tymczasem show przestał ją interesować. Opracowała bowiem indywidualny plan zajęć, który w żadnym punkcie nie był zbieżny z propozycjami pana Remigiusza. Podeszła najpierw do barmanki Bożeny, która z pomocą maszynisty wytaczała na peron wózek z przekąskami i napojami. Pogadała chwilę z dwojgiem, po czym wepchnęła plecak do lockera w przechowalni bagażu i rozpoczęła obchód terenu.

Budynek stacji stał na południowym skraju prostokątnego placu. Znajdowała się w nim sala ekspozycyjna, miniaturowe kino, a zaraz obok bar z rozległym tarasem. Siedzący na wiklinowych krzesełkach turyści mogli oglądać, jak odłączona od składu ciuchcia wjeżdża na platformę. Potem dwóch rosłych mężczyzn – czyli zwykle Remek z maszynistą – kręciło korbą, poruszającą mechanizm przekładniowy. Lokomotywa obracała się o sto osiemdziesiąt stopni, a potem zjeżdżała bocznicą i po wykonaniu kilku manewrów była podczepiana z drugiej strony składu.

Naprzeciw stacji stał budynek mieszkalny. Korzystając z okazji, że wszyscy turyści zniknęli z pola widzenia, Sydka postanowiła go obejrzeć z bliska. Nie niepokojona obeszła dom gospodarza dookoła raz i drugi. Bawiąc się w detektywa, poczuła osobliwą ekscytację.

Od strony lasu okna były zasłonięte okiennicami. Sydka rozwarła je bez trudu i zajrzała do środka. Metalowa krata prawie ją zniechęciła, ale dla porządku kobieta przesunęła palcami po wewnętrznej krawędzi ramy. Wyczuła wypukły kształt zawiasów. A jeśli były zawiasy, to logicznie rzecz biorąc, zabezpieczenie powinno się otwierać. I rzeczywiście – po lewej stronie ryglowała je banalna zasuwka, którą Sydka wysunęła z wpustu serią mocnych szarpnięć. W tych okolicznościach w ogóle nie zdziwiła się, że oba skrzydła okienne łatwo ustąpiły pod naciskiem dłoni.

Zaprawdę powiadam wam: ochrona hi-tech – pomyślała włamywaczka. – Od razu widać, Remku, że jeszcze nikt w życiu cię nie okradł.

Pozostało jeszcze przerzucenia nóg przez parapet i Sydka była w środku.

Znalazła się w pracowni snycerskiej. Na ścianach prężyły się starannie uszeregowane przybory: dłuta, młotki, pobijaki, piły. Wzdłuż warsztatu rozstawiono narzędzia elektryczne w rodzaju tokarki czy wyżynarki oraz parę innych, których Sydka nie potrafiłaby nazwać. Zresztą i tak najważniejsze były tu wyroby powstałe dzięki kunsztowi twórcy.

Sydka domyśliła się, że większość przedmiotów wykonano z kawałków drewna znalezionych w torfie. Szczególnie zainteresował ją misternie intarsjowany kuferek z litej dębiny. Położyła na nim szminkę w sztyfcie, by dać wyobrażenie skali, następnie wyjęła smartfon, pstryknęła parę fotek i posłała je jako mms-y znajomemu antykwariuszowi.

Delikatny dreszczyk połaskotał ją w kark, mimo to (a może właśnie dlatego) postanowiła jeszcze trochę pomyszkować. Drzwi prowadzące na korytarz były zatrzaśnięte, wystarczyło jednak przekręcić gałkę zamka, żeby wyjść na korytarz. Sydka otworzyła drzwi naprzeciwko i ujrzała sypialnię. Z całą pewnością nie była to sypialnia samotnego mężczyzny. Łoże o szerokości co najmniej dwóch metrów wieńczył imponujący baldachim. Podtrzymywały go cztery kolumienki zdobne płaskorzeźbami przedstawiającymi pary w wyuzdanych pozach. Pewno znów robota utalentowanego Remka – pomyślała Sydonia.

Doszła wreszcie do wniosku, że zgromadziła wystarczająco dużo materiału dowodowego. Wyszła oknem, starannie maskując ślady wtargnięcia.

Poszła zwiedzić salę ekspozycyjną. Nie było w niej już ludzi, bo zdążyli się przenieść do baru. Z eksponatów najbardziej zafrapował ją skórzany worek, zawierający coś, co tysiąc lat wcześniej było masłem. Sak zakopano w torfie, by zawartość nie zjełczała. W sąsiedniej gablocie wyginał śmiało ciało zmumifikowany kot. Za inną jeszcze witryną znajdował się miniaturowy psałterz, rudy skalp skazańca i sporo innych intrygujących artefaktów znalezionych podczas wykopalisk.

Nagle uwagę Sydki zwróciła księga pamiątkowa.

Otworzyła ją na chybił trafił I przebiegła wzrokiem rubrykę komentarzy, szukając wzmianek o gospodarzu. Było ich całkiem sporo: Pan Remek jest szarmancki i elokwentny albo Prawdziwy showman. Szkoda, że się marnuje na takim zadupiu, czy też jeszcze: Ciacho. Nie mogę więcej nic dodać, bo nakazał trzymać buzię na kłódkę. Zdarzały się inne komplementy jak słodziak czy towaras, a nawet serduszko, usteczka czy inny emotikon.

– Chyba przyszedł czas na konfrontację mitu z rzeczywistością – rzekła Sydonia do siebie.

Poszła do baru. Kręciło się tam parę osób, ale większość wyległa na taras, zwabiona słońcem i ciepłym wietrzykiem. Zawiadowca Remigiusz stał z Bożeną za kontuarem i wstukiwał kody do kasy fiskalnej.

– Mogę panu przeszkodzić? – zagaiła Sydka. – Chciałabym, zamówić kawę i porozmawiać minutę czy dwie. Usiądźmy na chwilę przy tamtym stoliku.

Remek spojrzał pytająco na partnerkę. Pani Bożenka przyzwalająco pokiwała głową, więc Remek zaniósł gorący napój do stolika wskazanego przez niespodziewaną klientkę. Usiadł.

– Nazywam się Sydonia Okińczyc i jestem szefową działu kadr w firmie Touringer, która jest pańskim pracodawcą. Znam na pamięć pańskie CV. Zauważyłam, że zapomniał pan do niego wpisać cudowną zdolność skracania dystansu. Inne poszlaki też wskazują, że przejdziemy na ty, więc przejdźmy.

Remigiusz wydawał się zaskoczony, ale szybko odzyskał rezon. Roześmiał się, kiwając potakująco głową. Odsłonił przy tym rząd zębów, które – choć białe – nie nadawały się do reklamy pasty do zębów ze względu na osobliwie postrzępione krawędzie. O dziwo ten defekt nie odejmował uśmiechowi uroku.

– Dobrze. Hmm, tak… czemu zawdzięczam twoją wizytę, Sydonio?

– Chcę odkryć to, co masz do ukrycia.

Remigiusz uniósł brwi w wyrazie protekcjonalnego zdziwienia. Pewnie ćwiczył takie teatralne zagrywki na bieżąco z turystami i weszły mu już one w krew.

– Ukrywam pewne rzeczy przed niektórymi ludźmi – odparł. – Każdy tak robi, normalna sprawa. Nie mam z tego powodu kłopotów ani wyrzutów sumienia.

Sydka westchnęła znacząco.

– Dobrze, ja pierwsza wyłożę karty na stół. Miesiąc temu niejaka Renata Kobryń awansowała i przeszła do działu płac. Wcześniej była barmanką i robiła to, co teraz pani Bożenka. Musisz ją pamiętać, ona też wspomina cię z rozrzewnieniem.

Ruchem głowy Remigiusz potwierdził, że miał okoliczność ze wspomnianą osobą.

– Przeglądając listy przelewów, Renia zauważyła brak twojego nazwiska. Natychmiast podniosła alarm. Sprawa okazała się bardzo poważna. Otóż od pierwszego dnia pracy nigdy nie przeszedł ani jeden przelew na twoje konto. Chyba z powodu jakiegoś błędu w systemie, nie wiadomo. W każdym razie nasi księgowi i informatycy łamią sobie głowę nad twoim przypadkiem.

– Aaa to ci dopiero – jęknął Remek i rozdziawił usta. – No patrz, co za numer. Miło, że przyjechałaś specjalnie, żeby mnie o tym poinformować. Nie trzeba było. Mogłaś zadzwonić.

– Chciałam naocznie się przekonać, jak wygląda pracownik, który od trzech tysięcy trzystu dni nie dostaje pensji i nie robi z tego powodu awantur.

Zawiadowca zrobił głupią minę i podrapał się po głowie.

– Noo, jeśli nie oddacie mi tych pieniędzy, to jednak zrobię awanturę.

– Oddamy co do grosza. Z odsetkami i premią nadzwyczajną w ramach rekompensaty. Teraz oficjalnie cię przepraszam w imieniu spółki Touringer. – Sydonia wstała i wyciągnęła rękę w stronę mężczyzny, który zresztą wykazał się refleksem i podniósł się w tym samym momencie. – Zdradzisz mi zatem, z czego żyjesz?

– Chętnie bym ci odpowiedział, ale nie mogę. – Remigiusz zrobił zbolałą minę.

– Dlaczego?

– Bo mam obowiązki. Muszę przekręcić platformę…

– Zrobi to pan Mietek, maszynista. Tym razem poprosi do pomocy któregoś z turystów, który niewątpliwie z radością podejmie się zadania. Ażeby zdusić w zarodku wszelkie wykręty dodam, że pan Mieczysław sam sobie przestawi zwrotnice, a obecna tu pani Bożena czerwonym lizakiem znak odjazdu da, zanim wskoczy do ostatniego przedziału. Wszystko uzgodnione. A zatem fajrant na dzisiaj, Remigiuszu. Możesz spokojnie usiąść z powrotem i wypić ze mną kawę, opowiadając o sobie przy okazji.

Zawiadowca przestąpił z nogi na nogę. Był wyraźnie zbity z tropu.

– Wiesz, że to już ostatni kurs dzisiaj i że powinnaś się zbierać? Zalało szlak i nie ma możliwości, żeby się stąd wydostać inaczej niż pociągiem.

– Wzięłam namiot, prowiant i dwa tygodnie urlopu. Nie śpieszno mi do domu. Usiądź, proszę.

Remigiusz pokręcił głową z niedowierzaniem. Pomachał jeszcze ręką współpracowniczce, która właśnie się ulatniała, i bardzo powoli osiadł z powrotem na krześle.

– Dłubię w drewnie – rzekł w nawiązaniu do pytania wizytatorki. – Różne takie… pamiątki. Przez te parę lat wyrobiłem sobie renomę i kontakty. Mam stałych odbiorców, odwiedzają mnie regularnie. Część kasy dostaję gotówką, starcza mi na bieżące potrzeby z nawiązką. Touringer założył mi osobne internetowe konto do wpłacania pensji, niestety zapomniałem hasło, a przy okazji zapodziałem kody. Próbowałem przez telefon wszystko to odkręcić, ale się nie dało. Miałem się w końcu wybrać do miasta, żeby sprawy uregulować. Jakoś tak mi schodziło i się odwlekło. Ot i cały sekret.

– Ach, tak to wygląda. Rozumiem. Czyli żyjesz ze strugania świątków? – spytała Sydka pełnym sarkazmu tonem, podkreślonym wyraźnym skrzywieniem ust.

– Żyję, bo nie odwalam dziadowskiej cepelii – obruszył się Remek. – Używam najlepszych materiałów, dbam o formę i szczegół.

Szeroki uśmiech na twarzy interlokutorki uświadomił Remkowi, że wpadł w pułapkę. Dziewczyna sprytnie zagrała na jego ambicji.

– Oczywiście, że solidnie wykonujesz tę robotę. Za owo dzieło sztuki handlarz starzyzną daje trzy tysiące bez ekspertyzy na żywo. – Sydka pokazała Remkowi zdjęcie kuferka na smartfonie. Ten zmarszczył brwi, przyglądając się fotce uważnie. – Masz złote ręce, Remigiuszu, jestem pełna podziwu.

– Skąd… jak? Zaraz, wlazłaś mi do domu?!

Sydka zamrugała oczami, odgarniając z czoła niesforny kosmyk ruchem, który innej sytuacji uchodziłby za uwodzicielski.

– Chcę wyjaśnić dwie rzeczy. Dział płac regulował za ciebie ZUS i PIT-ologię, domniemając, że nie masz innych źródeł dochodu. Uprzedzam po to, żebyś nie robił z siebie niewinnej ofiary. Po drugie: swoje cudeńka mógłbyś wytwarzać w Warszawie czy Poznaniu, miałbyś bliżej do mecenasów i galerii. Taka na przykład Kulczykowa z radością pokazałaby wernisaż twoich markieterii. Mógłbyś brylować jako salonowy lew, a siedzisz na zadupiu i komunikujesz się z cywilizacją przez pośredników.

Zawiadowca chciał kontynuować problem naruszenia miru domowego, ale ryzyko połączenia tematu z kwestiami podatkowymi mocno go zniechęcało. Przeszedł zatem do defensywy.

– Może nie lubię miasta i mam alergię na spaliny? – rzucił na odczepnego.

Sydonia pokręciła przecząco głową, po czym oparła się łokciami o blat stołu i spojrzała rozmówcy w oczy.

– Zmienię temat, jeśli nie masz nic przeciwko. W wieku dwudziestu sześciu lat zostałam szefową HR-u spółki zatrudniającej pięciuset pracowników. Nie trafiłam na to stanowisko dzięki protekcji, łapówce ani wytartym szlakiem przez łóżko prezesa. Dzięki czemu zatem?

– Skoro wykluczamy seksapil, to w grę wchodzi wścibstwo, namolność i bezczelność.

Sydonia wyszczerzyła się sardonicznie, odchylając ku oparciu krzesła.

– Brutalnie to ująłeś, ale niech ci będzie. I z tych właśnie powodów nie dam się zbyć byle bajeczką. Nie uwierzę, że mając takie zdolności manualne, siedzisz tu bez istotnego powodu. Nie ruszę się stąd, dopóki się nie dowiem, co cię trzyma.

Imitując poniekąd gest interlokutorki sprzed chwili, Remigiusz rozłożył ręce szeroko na blacie. Przez długą chwilę ważył słowa.

– Dobrze więc, jeśli koniecznie chcesz wiedzieć. Tylko uprzedzam, że to tajemnica. Mogę ci ją zdradzić, ale odbije ci się to czkawką w przyszłości.

– Czuję się ostrzeżona – odparła Sydka, uśmiechając się kpiąco.

– Ja cię nie ostrzegam, tylko informuję.

 

***

 

Przez kilka minut szli ku szczytowi pagórka, na którym pierścień złożony z młodych świerków otaczał okrągłą polanę. Bramę do sekretnego kręgu stanowiły dwie strzeliste sosny. Na gałęzi jednej z sosen zawieszono huśtawkę zrobioną z opony traktorowej.

– To jest wejście do miejsca, gdzie pracuję po godzinach – obwieścił Remek. – Trzeba przejść przez otwór cztery razy w ciągu pięciu minut.

– Oczywiście robisz sobie ze mnie jaja – prychnęła Sydka.

– Po prostu rób to, co ja. I przypominam, że miałaś nie marudzić. Wejdziemy zaraz do innego wymiaru.

I zawiadowca Wiaterny zaczął przeciskać się przez oponę na zmianę z towarzyszką.

Za czwartym razem Sydka stanęła trochę z boku, pod konarem. W tej pozycji widziała ciągnikowe koło jako zaokrąglony prostokąt, który skręcając się naprzemiennie w obu kierunkach wokół pionowej osi, przybierał formę elipsy. Po raz ostatni Remek zanurkował w czeluściach innego świata. Gdy zatrzymał na się na chwilę, dziewczyna ujrzała nogi, jakby odcięte od tułowia, niewidocznego już dla zewnętrznego obserwatora. Po chwili całe ciało znikło i nie było już Remigiusza w jej świecie.

– Ale magia – szepnęła w zachwycie i sama wsunęła się w okrągły otwór. – Wchodzimy do krainy czarów?

– Tak jakby.

Sydka zobaczyła niby tę samą polanę, ale tym razem wygiętą sferycznie, jakby umoszczoną wewnątrz szklanej kuli o średnicy najwyżej stu metrów.

– Łoł – pisnęła. – Bajecznie tu jest. Czuję się jak w najbardziej odjechanym gabinecie luster na świecie. To znaczy w gabinecie z jednym lustrem gigantem.

To powiedziawszy, wskazała dziwnie znajome sylwetki za szpalerem jodeł przed sobą. Jedna z nich nosiła jasną letnią sukienkę, druga – ciemny, męski uniform.

– Hej, kim są ci tam? – Sydka wskazała postacie, z których jedna w tym samym momencie pokazała towarzyszowi coś przed sobą.

– Nie domyślasz się? – zaśmiał się Remek. – Spróbuj do nich podejść, to się dowiesz.

Zachęcona kobieta ruszyła we wskazanym kierunku. W dokładnie tym samym momencie postacie naprzeciw rozdzieliły się i dziewczyna w letniej kreacji ruszyła do przodu.

Szereg choinek również zmienił kształt. Na początku był łukowato wygięty w poziomie, potem uniósł się w ten sposób, że najbardziej oddalone drzewka zniknęły wysoko na krańcach przykrótkiego horyzontu. Gdy Sydka zbliżyła się jeszcze bardziej, skrajnie usytuowane iglaki opadły, a szpaler przybrał ponownie formę półokręgu, tyle że wygiętego w drugą stronę. Dziewczyna zręcznie prześliznęła się przez świerki, tak że kłujące igły ledwo omiotły jej ramiona.

Postać w ciemnym ubraniu stała wciąż w miejscu. Gdy Sydka zbliżyła się o kolejne dwa kroki, okazało się że…

– O Boże, Remek, to ty? – krzyknęła bezbrzeżnie zdumiona, aż jej kompan wybuchł śmiechem

– Ano ja. Zaszłaś mnie od tyłu, podstępna skrytobójczyni.

– Czyli widzieliśmy nas samych?

– Yhy. Tutaj przestrzeń jest wygięta w pętlę. Łapie światło z zewnątrz, ale zanim je wypuści, zagina się ono, a potem krąży spiralnie. Dlatego dla obserwatora z zewnątrz jesteśmy niewidzialni.

– Ale po co to wszystko?

– Żeby nikt niepowołany nie wypatrzył kosmitów – odpowiedział zawiadowca tonem, który miał wszystko wyjaśnić.

– Ach kosmitów, no przecież! – zawołała Sydka z udawaną egzaltacją. – Jak mogłam się nie domyślić.

– Chodź, pójdziemy do nastawni – zaproponował Remek uśmiechając się pod wąsem. – Tam ci wytłumaczę pewne sprawy.

Podeszli do budki, stojącej nieopodal gumowej huśtawki. Remigiusz przystawił rękę do przezroczystej ścianki, dzięki czemu w powstał w niej duży, owalny otwór.

– Wejdź zaraz za mną – nakazał przewodnik po świecie cudów.

W środku znajdowała się tylko panel wyglądający jak tafla czarnego szkła, z którego – nieco z boku – wystawał chromowany drążek.

– Tutaj przestawiam zwrotnicę. Kiedy pojawia się statek kosmiczny, przesuwam go do innego kanału czasoprzestrzennego. Pojazd wtedy znika, a ja mam wolne do następnego razu. Wykonuję tę czynność co najmniej raz dziennie.

Sydka wciąż kręciła głową, robiąc dziwne grymasy.

– Wiesz co, udam, że utrzymuję zmysły pod kontrolą i będę zadawać tylko rzeczowe pytania. No więc po co ta zwrotnica?

– Oj, to dłuższy temat. Do wypraw międzygalaktycznych kosmici wykorzystują tunele hiperprzestrzenne. Pozwalają one znacząco skrócić czas podróży, ale czasem trzeba zmienić tunel, by dotrzeć do celu. Wrota do tunelu mogą być otwierane tylko z zewnątrz, a to dlatego, że energia i informacja idą w jedną stronę, czyli ode mnie. Wysyłam sygnał, przejście otwiera się i prawie zawsze znajdzie się chętny, by skorzystać. Właśnie zaraz wykonam ten manewr.

Remek pociągnął manetkę, a na panelu pokazał się niezrozumiały schemat, potem rząd cyfr i symboli. Wtem na środku polany pojawił się srebrzysty dysk o średnicy około dwudziestu metrów. Rozjarzył się tęczowymi refleksami. W tym momencie Remek przestawił drążek na poprzednią pozycję i obiekt powoli rozpłynął się w powietrzu.

– W czasie transferu podróżni aktualizują moją bazę danych i dzięki temu wiem, jakie jest zapotrzebowanie na machanie wajchą. Ot i cała filozofia – oświadczył Remigiusz wielce z siebie zadowolony.

Wyszli na zewnątrz. Sydonia przeszła polanę wzdłuż i wszerz. Wtem przykucnęła, by przyjrzeć się trawie w miejscu, gdzie na chwilę osiadł kosmiczny spodek. O dziwo, roślinność nie uległa wgnieceniu.

– Mam kilka porażających logiką pytań – rzuciła Sydka, muskając w przyklęku delikatne źdźbła. – Tylko nie wiem, czy zadam je we właściwej kolejności, mimo mej legendarnej metodyczności.

– Wal śmiało.

–.Dlaczego montują nastawnie akurat na Ziemi, a nie na jakiejś stacji kosmicznej.

Remek machnął ręką, jakby spodziewał się trudniejszego pytania.

– Nigdy nie było takiej opcji. Wiązałoby się to z kosztami i fatygą, trzeba by dbać o serwis, morale personelu, ochronę przed asteroidami. Kosmici robią inaczej. W naszym przypadku jakieś dwieście tysięcy lat temu przyspieszyli ewolucję naczelnych i zmanipulowali ich DNA. Dzięki temu dorobili się pracowników, którzy się sami żywią, naprawiają, mnożą i szkolą następców. W porównaniu z innymi ciałami niebieskimi obcy mają na Ziemi potencjał do rozbudowy infrastruktury przy braku logistycznych komplikacji. A jeśli zdarzy się awaria, załoga może wyjść w plener i wąchać kwiatki. To rozwiązanie ma same zalety, jak widzisz.

– Yy, zaraz, zaraz. Ile lat temu nas zaprogramowali? Mówiłeś, ale chyba się przesłyszałam.

– Mniejsza o detale, moja droga. To są lepsi magicy, specjaliści od majstrowania czasem. Umieścili naszą planetę w temporalnym inkubatorze, więc czas im się nie dłużył. Nic a nic.

– I wiele jest takich nastawni jak ta?

– Domyślam się, że mnóstwo. Ale nie mam żadnych możliwości, żeby to sprawdzić, przynajmniej jeszcze nie teraz. Jak się domyślasz, są dobrze ukryte. Kosmitom nie zależy na kontakcie, a nawet wręcz przeciwnie.

 

***

 

Wieczór był ciepły i spokojny. Ciszę zakłócał tylko bulgoczący w kociołku gulasz z gęsich podrobów.

Remigiusz z Sydonią siedzieli skuleni na ławeczkach, wpatrując się w płonące kawałki zasuszonego torfu, zahipnotyzowani migotaniem iskier. Nagle Remek wzdrygnął się i wyprostował, dając sygnał, że jest gotów do kontaktów z otoczeniem.

– Moja przygoda zaczęła się osiemnaście lat temu – zagaił gawędziarskim tonem. – Jako dziecko cierpiałem na skoliozę i dyskopatię. Jechałem na środkach przeciwbólowych, co miesiąc odwiedzałem szpital. Byłem pryszczatą pokraką, wyśmiewaną w szkole, stroniłem więc od ludzi. Wolałem łazić po łąkach, podglądać ptaki, łowić ryby. Aż pewnego dnia spotkałem Sergiusza zwanego Stolarzem, stuletniego, czerstwego starca, odpornego na choroby i pesymizm.

Zżyliśmy się ze sobą, więc odwiedzałem go coraz częściej. On w zamian za towarzystwo i przynoszenie zakupów nauczył mnie obróbki drewna. Trwało parę lat, do to do końca technikum. Pewnego dnia zostałem u niego na noc. Siedzimy przy ognisku jak teraz z tobą. Ni stąd ni zowąd Sergiusz mówi mi, że wybiera się w wielką podróż. Gdy pytam dokąd, macha ręką i pokazuje gwiazdy. Pomyślałem wtedy, że święty Piotr go wzywa, ale teraz wiem, że dziadulek miał co innego na myśli. Oznajmił, że w związku z wakatem wyszkoli mnie na dróżnika. Gdy nazajutrz pokazał, co ma na myśli, byłem sto razy bardziej zszokowany niż ty dzisiaj. Sergiusz, zanim zniknął, przekazał mi w darowiźnie pracownię i kawałek ziemi. Siedziałem więc w mojej samotni. Doglądałem nastawni, zajmowałem się renowacją mebli. Wszelkie choroby przeszły jak ręką odjął. Robota pali mi się rękach. Jestem rześki i sprawny, zresztą w każdym tego słowa znaczeniu.

Sydka oblała się rumieńcem jak dziewiętnastowieczna pensjonarka. Zupełnie nie w stylu silnej i niezależnej kobiety, za jaką chciała uchodzić. Pobłogosławiła ciemność, dzięki której Remek nie był w stanie niczego zauważyć.

– No i w którymś momencie twego ustabilizowanego życia pojawili się panowie z Touringera – podsumowała tonem mniej pewnym niż zwykle.

– Tak. Doprowadzili tory, zbudowali stację, zaproponowali etat. I tak sobie żyję. Niestety, do miasta się nie nadaję. Z dala od nastawni intergalaktyczna polisa zdrowotna traci moc, więc po tygodniu kręgosłup mnie tak napieprza, że wytrzymać nie mogę.

– Tak kosmici zapewniają sobie lojalność zatrudnionych – rzekła Sydka sentencjonalnie.

Remek rozłożył ręce w geście oznaczającym: taki już los.

– Sydonio, muszę wrócić do naszej umowy. Wszystko, co ci opowiadam… mam prawo przekazać tę wiedzę tylko swojemu następcy. Przez swoją, hm, nieugiętą postawę sama zgłosiłaś się na to stanowisko. Dbaj więc o karierę, rób dzieci, podróżuj, rób zresztą, co chcesz, ale na starość meldujesz się tutaj.

– Zrozumiano – odpowiedziała potulnie dziewczyna.

Sydka schyliła się i sięgnęła do plecaka po piwo. Jedną puszkę podała Remkowi, drugą otworzyła sama.

– Twoje zdrowie, zwrotnicowy zawiadowco – dróżniku.

– I twoje, szefowo kadr.

I stuknęli się tak zamaszyście, że wzburzona piana spłynęła im po nadgarstkach.

 

Koniec

Komentarze

:/

 

Niby to wszystko poukładane – fabularne zaplecze wiarygodne, a jednak główna oś historii w ogóle mnie nie przekonała.

Wolałbym inne rozwiązanie. Kosmici to tani chwyt, który położył całe opowiadanie.

 

A reakcja Sydonii na informację, że ma zostać tym… “zwrotnicowym”, to chyba jakiś żart. 

Dziś rozczarowanie.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Może być, ale stać Cię na więcej. Urokliwe opisy, tylko nie stoi za nimi żadna oryginalna historia.

Pozostało jeszcze przerzucenia nóg przez parapet i Sydka była w środku.

Literówka.

W środku znajdowała się tylko panel

Tu też.

Trwało parę lat, do to do końca technikum.

A tu nie wiem co. ;-)

 

Edit: Aha, i muszę kiedyś wreszcie przeczytać the real thing, bo nawet nie wiem, jakie odwołania tu poumieszczałeś.

Babska logika rządzi!

Ta “platforma” nazywa się obrotnicą.

Mam jak Nagul. Dalekie i słabe echo “Stacji tranzytowej” (autora nie pamiętam).

A mnie opowiadanie się podobało. Dla mnie jest to niezamierzona parodia “Pikniku na skraju drogi”, braci Strugackich”. Są tam drobne logiczne potknięcia – Intarsjowany kuferek dziewczyna rozpoznała, jako sporządzony z “litego dębu na podstawie obserwacji wzrokowej. Opowiadanie jest w lekkim, żartobliwym stylu humoreski, a ja taki styl lubię.A kosmici, jak kosmici, zawsze będą mało oryginalni, podobnie jak elfy i krasnoludy – temat wyeksploatowany i wytarty. Tym niemniej mnie czytało się dobrze, bo byłem ciekawy tajemnicy Remigiusza. Podsumowując – zabawna historia, nieźle napisana. Pozdrawiam.

Bardzo mi się podobało. Odczytałem to opowiadanie jako satyrę na polskie stosunki pracownicze (tylko kosmita może być zadowolony z warunków pracy w Polsce ;) ). Masz mój głos na bibliotekę.

Dobrze że Piknik przy chatce dróżnika ciągle trwa i mogłam wziąć w nim udział. Muszę powiedzieć, że opowiadanie – nieźle napisane, lekkie i zabawne – przeczytałam z prawdziwą przyjemnością i wyłącznie do siebie mogę mieć pretensje, że dotarłam tu dopiero teraz.

Jeśli poprawisz usterki, Uradowanczyku, kliknę Bibliotekę. ;-)

 

Po­ga­da­ła chwi­lę z dwoj­giem… – Raczej: Po­ga­da­ła chwi­lę z oboj­giem

 

Sydka za­mru­ga­ła ocza­mi, od­gar­nia­jąc z czoła nie­sfor­ny ko­smyk ru­chem, który innej sy­tu­acji ucho­dził­by za uwo­dzi­ciel­ski.Sydka za­mru­ga­ła, od­gar­nia­jąc z czoła nie­sfor­ny ko­smyk, ru­chem, który w innej sy­tu­acji ucho­dził­by za uwo­dzi­ciel­ski.

Nie można mrugać oczami, mrugają powieki.

 

krzyk­nę­ła bez­brzeż­nie zdu­mio­na, aż jej kom­pan wy­buchł śmie­chem – …krzyk­nę­ła bez­brzeż­nie zdu­mio­na, aż jej kom­pan wy­buchnął śmie­chem.

 

dzię­ki czemu w po­wstał niej duży, owal­ny otwór. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

–.Dla­cze­go mon­tu­ją na­staw­nie aku­rat na Ziemi… – Po półpauzie pojawiła się kropka – pewnie przybyła z innego wymiaru. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka