- Opowiadanie: Armored - Płomień życia

Płomień życia

...

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla, PsychoFish

Oceny

Płomień życia

Dziesiątki par butów zadudniły po pokładzie. Ludzie stłoczyli się przy barierce na pierwszym i drugim poziomie próbując coś dojrzeć w kłębach dymu, które nagle wykwitły w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą płynęła Cecylia.

– Cholera. Kolejny statek… – szepnął jakiś mężczyzna obok, bardziej chyba do siebie niż do mnie.

Wspomnienie Ariadny sprawiło, że mimowolnie wychyliłem się za barierkę i splunąłem ulegając staremu nawykowi.

– Ażebyś sczezł, ty paskudna mendo! – wykrzyknął opluty przeze mnie hodowca z dolnego pokładu wygrażając mi pięściami. Ludzie wokół spojrzeli na mnie z dezaprobatą i odsunęli się nieznacznie. Chwilowe zamieszanie sprawiło, że na sekundę zapomnieli, kim jestem, ale szybko się opamiętali. Człowiek z dolnego pokładu, ktoś, kto nigdy nie powinien stanąć pomiędzy nimi. Miałem to gdzieś.

Cecylia w końcu wynurzyła się z czarnej chmury, wyraźnie pikując ku dołowi. Z pękniętej kopuły wciąż wydobywały się kłęby dymu. Patrzyłem jeszcze przez chwilę, po czym zawróciłem do środka. A przynajmniej spróbowałem, bo spóźnieni gapie wciąż wybiegali z otwartych włazów, wypychając mnie z powrotem. Ugrzęzłem, zmuszony do obserwowania powolnego lotu kolejnej arki ku zagładzie.

*

– Udało im się.

Arnie wszedł do kantyny ciężkim krokiem i ruszył ku największemu stolikowi odbierając po drodze podstawione przez kogoś piwo. Wciąż miał na sobie kombinezon łącznościowca, więc bar musiał być pierwszym miejscem, do jakiego przyszedł po niemal pięciogodzinnych próbach kontaktu z Cecylią.

Wokół stolika Arniego od razu zrobiło się tłoczno, każdy chciał usłyszeć o losie towarzyszy. Nie wiem, czy odzywało się w nich stare marynarskie upodobanie do bajek, czy może rzeczywiście martwili się o pozostałą jedną trzecią ludzkości. A może coś jeszcze innego? W końcu nie byliśmy prawdziwymi marynarzami, a wiem przecież, że każdy z nich bez zmrużenia oka poświęciłby całą załogę Cecylii dla dodatkowego przydziału obiadowego.

W każdym razie sam przesiadłem się do stolika obok, skąd wszystko słyszałem, jednocześnie nie musząc oglądać tych zakazanych gęb techników i nawigatorów.

– Ustabilizowali tor lotu trzy kilometry pod nami i Utopią. Cały tlen spod kopuły uszedł, ale zdążyli zabezpieczyć większość roślin i ewakuować ludzi i ptaki do środka korpusu.

Cały stolik Arniego odetchnął z ulgą. Ja również uśmiechnąłem się nad piwem. Ludzie ludźmi, ale bezpowrotnie stracić jajka i drób? Tego by było za wiele. Już i tak ciężko nam się żyło bez owiec, które wyginęły wraz z katastrofą Ariadny trzy lata temu.

– Ale co tam się tak właściwie stało? – Nie widziałem twarzy pytającego, ale przed oczami wyrósł mi obraz pryszczatego technika wciąż umazanego smarem i z wystającymi przednimi zębami. Może i byłem uprzedzony, ale naprawdę większość tak wyglądała.

– Nie wiedzą. – Arnie przerwał, by wziąć duży łyk piwa. – Na razie mówią tylko o wybuchu na drugim poziomie korpusu. Napęd główny został uszkodzony, a na zapasowym mogą pociągnąć najwyżej miesiąc, więc do tego czasu ich technicy muszą się sprężyć i naprawić zniszczenia.

Dokończyłem piwo i wyszedłem darując sobie resztę historii. Najważniejsze już usłyszałem. Ludzie są zdrowi i pewnie będą potrzebować podstawowych produktów spożywczych i tlenu, dopóki nie naprawią Cecylii i nie wznowią produkcji. I w tym momencie wkraczam ja.

*

Blady ogień wykwitł z prawej burty na dokładnie trzy i pół sekundy. Zakręciłem zawór i spojrzałem pytająco na Barta nie odstawiającego lunety od oka.

– Teraz jest dobrze – mruknął po chwili i z głośnym westchnieniem usiadł na wielkiej paczce.

– Uwaga – ostrzegłem samemu wybierając kawałek podłogi. – Bo pognieciesz pomidory.

– Są dobrze zabezpieczone. – Bart mrugnął do mnie i, jakby przypominając sobie, że nie musi już używać lunety, zsunął gogle z powrotem na oczy. Z nimi i maską tlenową wyglądał zupełnie jak stalker przeczesujący śmiercionośne gruzy Czarnobyla w poszukiwaniu wartościowych artefaktów.

Chwilę siedzieliśmy w ciszy obserwując powoli zbliżający się do nas ogromny kształt Cecylii. Z tej odległości było już widać, że dziura w kopule została czymś prowizorycznie załatana, jednak pod nią wciąż było czarno od dymu. Zastanawiałem się, czy ich rośliny hodowlane przeżyją do czasu, aż pozbędą się zanieczyszczeń. Już miałem spytać Barta, co o tym myśli, gdy nagle zatrzeszczało radio.

– Utopia? – spytało przepitym głosem starego łącznościowca.

– Stokrotka. Przewozimy wam tlen, pomidory i chmiel. Słyszałem, że wasze uprawy są chwilowo niedostępne.

– Bardzo śmieszne – radio wcale nie wydawało się rozbawione. – Podlećcie od prawej burty, ale nie zdejmujcie masek. Śluza i tak jest cały czas otwarta, bo tego cholernego dymu wciąż przybywa.

– Zrozumiałem. – Odwróciłem się w stronę pudła, ale Barta już tam nie było.

– Pit.

Stał na dziobie wychylając się przez barierkę.

– Uważaj, bo spadniesz. – Ruszyłem w jego kierunku. – To nie arka, tu nie ma szklanej kopuły, która by chroniła takich idiotów.

– Spójrz. – Oczywiście mnie zignorował i wychylił się jeszcze bardziej. Westchnąłem i powiodłem w dół za jego wzrokiem. Aż gwizdnąłem, gdy zobaczyłem, co go tak zainteresowało.

Żeby zrównać poziom z Cecylią musieliśmy spuścić balonowiec poniżej poziom chmur. Teraz pod nami, zamiast nijakiej szarej mgły, rozciągała się Ziemia. A przynajmniej to, co z niej zostało.

Czarna masa wydawała się nieruchoma z naszej wysokości. Gdy jednak przyglądnęło się dobrze, można było dostrzec, że wzory na jej powierzchni zmieniają się, zupełnie jak chmury, które kiedyś, jeszcze przed zagładą, zwykłem oglądać. Na pierwszy rzut oka były statyczne, ale po jakimś czasie rycerz, którego widzieliśmy, coraz bardziej się garbi, a potem zmienia się w psa.

– Stąd wydaje się taki niegroźny, prawda? – Głos Barta mnie zdziwił. Wydawał się niemal melancholijny. Jakby mój stary, beztroski kumpel złapał jakiś cholerny kryzys wieku średniego. Zerknąłem na niego ukradkiem, ale gogle i maska skutecznie zasłoniły wyraz jego twarzy.

– Dobra, skończ pierdolić i zajmijmy się manewrowaniem. Jak wrąbiemy się balonowcem w Cecylię i wybijemy w niej kolejną dziurę, to mogą się na nas delikatnie wkurwić.

Odciągnąłem Barta od barierki, a sam zająłem miejsce przy zaworach.

– Jak wskaźniki? – krzyknął jeszcze do mnie rozkładając lunetę.

– Zostało nam sześćdziesiąt procent torfu. Lepiej się postaraj, bo będziemy musieli dokupywać na Cecylii i cały zysk pójdzie do diabła.

O tak, torf był niemal produktem ekskluzywnym. Teraz, gdy nie było już węgla, benzyny, ani żadnego innego wydajnego paliwa, tylko dzięki spalaniu torfu mogliśmy przemieszczać się pomiędzy arkami.

– Trzy stopnie w prawo! – krzyknął Bart.

Posłusznie odpaliłem boczny silnik i zaraz oszczędnie go zgasiłem.

– Za mało! Jeszcze jeden stopień. I zacznij już powoli hamować.

– To były trzy stopnie! – odkrzyknąłem. – Umiesz ty w ogóle oceniać korekcję lotu?!

Po piętnastu minutach męczących manewrów, krzyków i niepotrzebnych odpaleń silników, podczas których miałem już ochotę podejść do Barta i powiesić go na tych jego goglach, w końcu zadokowaliśmy. Czułem ulgę mogąc wreszcie wyłączyć główny palnik i postawić statek na twardym gruncie. Płachta balonu, niewypychanego już przez ciepłe powietrze, opadła bezwładnie na bok.

– Może dolecimy do Stokrotki na torfie, który nam został – warknąłem, sprawdzając licznik. – Ale jak znowu odwalimy taki cyrk, to spadniemy. Następnym razem to ja nawiguję.

– To była twoja wina – odburknął Bart. – Za bardzo skąpiłeś tego torfu. Może rzeczywiście lepiej to ja posiedzę przy zaworach.

Już miałem się odgryźć, ale w śluzie pojawił się człowiek. Spod maski tlenowej wyłaziły kłęby siwej brody, a głowę zakrywała wełniana czapka. Musiał być kimś ważnym, skoro mógł sobie na nią pozwolić, w końcu po katastrofie Ariadny wyroby wełniane mocno podrożały.

– Zarządca Dario – przedstawił się gburowatym tonem. – Mam przeprowadzić inspekcję towaru i nadzorować wymianę ładunku.

Mężczyzna naciągnął ciaśniej czapkę, jakby chciał podkreślić swoją wyższość nad nami i nie czekając na naszą odpowiedź wyciągnął zza spodni pomiętą kartkę bezceremonialnie wskakując na balonowiec.

Spojrzałem za nim obojętnie, po czym ruszyłem ku otworzonej śluzie.

– A ty gdzie? – zawołał za mną Bart.

– Do kantyny – odpowiedziałem spokojnie nie zwalniając. – W odróżnieniu od pana Daria nie widzę sensu w nadzorowaniu całego przeładunku. Przyjdę, jak skończą i po prostu sprawdzę, czy wszystko jest.  

*

Było, a jakże. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu przechadzając się pomiędzy skrzyniami wypełnionymi jajkami, pierzem gęsi, udkami kurczaka, a także jedną z (całymi!) indykami. Pogładziłem tę ostatnią ręką. Jeszcze tydzień temu nie pomyślałbym, że przyjdzie mi przewozić taki towar.

Zarządca Dario patrzył na mnie chłodno.

– Zgadza się? – spytał oschle, gdy skończyłem swój zwycięski obchód.

– Zgadza.

Czy było mi przykro, że oskubuję ludzi w potrzebie? Bynajmniej. Gdyby to Stokrotka uległa wypadkowi, radia nie cichłyby przekazując na okrągło oferty „pomocy” z Utopii i Cecylii. Oczywiście za odpowiednią ceną. A my, przyciśnięci przez sytuację, musielibyśmy się zgodzić.

– A więc żegnam. Życzę panom bezpiecznego lotu. – Oczy zarządcy mówiły raczej, iż życzy nam byśmy spłonęli rozbijając się przy okazji na Stokrotce. Podziękowałem z uśmiechem i zabrałem się za przygotowania do startu.

– Widziałeś jego minę? – spytał ze śmiechem Bart, gdy nasz balonowiec wyleciał przez otwarty luk.

– Należało mu się – wystękałem mocując się z korkiem przemyconego bimbru. Chmiel rósł tylko u nas, mieszkańcy innych ark musieli inaczej radzić sobie z wytwarzaniem alkoholu. To co trzymałem w ręku powstało podobno z buraków. Spróbować nie zaszkodzi. – Zarządcy nie robią właściwie nic pożytecznego, a mimo to mieszkają na trzecich poziomach razem ze strażą.

– Wiesz no, ktoś musi tym wszystkim sterować. Inaczej nastąpiłaby anarchia. Poza tym wykwitłby czarny rynek, nielegalne przerzuty pomiędzy arkami i przewoźnicy przestaliby być potrzebni. – Bart zaniósł się śmiechem.

– Zasada pierwsza: martw się o siebie. – Uśmiechnąłem się do przyjaciela. Również dlatego, że w końcu udało mi się odkorkować tę przeklętą butelkę. – Mimo to krew mnie zalewa, gdy pomyślę o tym jakie mają wygody w porównaniu do niższych poziomów.

Bart nagle spoważniał.

– Nie chcę być obcesowy, ale to samo mówiono o tobie, gdy przenieśli cię na drugi poziom. Dlaczego zwykłemu przewoźnikowi ma być lepiej od nas i takie tam. Stałem po twojej stronie, ale w głębi duszy też tego nie rozumiałem.

– Bart. – Nie chciałem wracać do tamtej rozmowy. Już i tak zbyt wiele zostało powiedziane na ten temat w przeszłości. – Wiesz, że wziąłbym cię, gdybym mógł.

– Wiem, wiem. Wciąż jednak mi nie powiedziałeś, jak to zrobiłeś, ty parszywy szczęściarzu.

– I lepiej niech tak zostanie. – Sięgnąłem ręką do maski, żeby spróbować bimbru, ale w ostatnim momencie powstrzymałem się. Warto byłoby przecież na początek wiedzieć, co się oblewa.

– Co robisz? – Usłyszałem zaniepokojony głos Barta, gdy podszedłem do skrzyni z indykami. Na szczęście nie była zapieczętowana.

– Chcę tylko popatrzeć. W końcu niecodziennie zdarza nam się transportować indyki. Musimy przecież najpierw sprawdzić jakość, żeby zobaczyć, czy się nie potrujemy. – Chwyciłem za wieko i uniosłem.

Dawno już nie widziałem indyka. Pewnie, kiedyś jadałem je regularnie, ale od czasu zagłady stały się prawdziwym rarytasem. Umiem jednak odróżnić pieprzonego indyka od człowieka w masce tlenowej.

– Bart. – Spróbowałem zapanować nad głosem. Nie udało mi się jednak całkowicie wyeliminować morderczej nuty, gdy zobaczyłem, jak człowiek niezgrabnie wstaje ślizgając się na naszych wypatroszonych indykach. – Kto to do diabła jest?!

– Spokojnie Pit, wszystko ci wytłumaczę.

– Bądź pozdrowiony, synu. – Człowiek wyszedł ze skrzyni i skłonił się, wciąż przytrzymując ręką maskę. Był dość niski, dzięki czemu zmieścił się w skrzyni razem z naszym towarem. Rzadkie czarne włosy były krótko przystrzyżone, idealnie eksponując łyse zakola. Najbardziej dziwił jednak jego strój. Poza tym, że upaćkany krwią indyczą (nie ważne kim jest, odpowie mi za każdą uszkodzoną sztukę), był bardzo elegancki: czarny kontusz wcale nie wyglądał na lniany, jak większość ubrań biedoty. W tym i mnie.

– Zamieniam się w słuch. – Skrzyżowałem ramiona, nie spuszczając wzroku z pasażera na gapę.

Bart wziął głęboki oddech, jakby zaraz miał mi wyznać, że ma romans z moją matką.

– To członek Bractwa Wyznawców Ognia.

Zatkało mnie. Ale tylko na moment.

– Zdurniałeś do reszty?! Gdy odkryją pasażera na gapę zdegradują nas. Zostaniemy śmieciarzami i będziemy żyć w nędzy, nawet jak na warunki Stokrotki. A to będzie zanim ten twój nowy przyjaciel na torturach przyzna się, kim tak naprawdę jest. Wtedy nas powieszą.

– Mylisz się, synu. – Wyznawca cofnął się gwałtownie, gdy rzuciłem mu spojrzenie, jakbym chciał wyrzucić go za burtę. Przyznaję, myślałem o tym przez chwilę. Może nawet trochę dłużej, niż tylko przez chwilę. Ten jednak, niezrażony, ciągnął dalej. – Niezależnie od tego, co propaganda usiłuje wam wmówić, nasza religia ma duże wpływy na Stokrotce. Wielu waszych zarządców skrycie należy do Bractwa.

– Akurat – parsknąłem. – I zakładam, że lecisz tylko w odwiedziny do starych kumpli, co?

– Nie – przyznał z ociąganiem i spuścił wzrok. – Uciekam przed prześladowaniem. Władze Cecylii wierzą, że to nasze bractwo jest odpowiedzialne za ten niedawny wybuch.

– Cudownie. – Musiałem oprzeć się o barierkę. W dole, pod balonowcem,  zamajaczyły znajome czarne wzory.

– Ale gwarantuję, że moi przyjaciele szczodrze odwdzięczą się za pomoc okazaną członkowi bractwa.

Odwróciłem się i spojrzałem na Barta. Przewoźnik jakby skurczył się i uciekał przed moim wzrokiem.

– Właśnie na to cię złapał? – spytałem spokojnie. – Obiecał ci nie wiadomo co, gdy już go dowieziemy do jego kolegów? Nie wierzę, że byłeś aż tak głupi.

– Nie uwierzyłbym mu przecież na słowo – próbował tłumaczyć się Bart. – Ale sam słyszałem o tym mnóstwo razy. W kantynach na okrągło opowiada się o tym, że to tak naprawdę Czarny Zakon pociąga za sznurki na Stokrotce.

Też o tym słyszałem. Tak samo jak słyszałem o tym, że arki zostały nam zesłane przez kosmitów, by uratować nas przed całkowitą zagładą. Ludzkość od zawsze uwielbiała teorie spiskowe. W czasach przed apokalipsą szemrano, że światem rządzą Illuminati. Później, jako że było mało prawdopodobne, żeby ktokolwiek z legendarnego zakonu się uratował i jeszcze wciąż sprawował kontrolę, ludzie byli niepocieszeni. Na szczęście Bóg zesłał nam Bractwo Wyznawców Ognia.

Ściągnąłem maskę i splunąłem przez barierkę. Następnie przypomniałem sobie o trzymanej wciąż w dłoni butelce bimbru i pociągnąłem spory łyk. Powietrze wokół zaniosło się od mojego kaszlu.

*

Jak to się mogło, do cholery jasnej, stać?

To pytanie wciąż kołatało mi po głowie, gdy leżałem na łóżku w swojej ciasnej kajucie, która dla pierwszopoziomowca i tak była szczytem luksusu.

W końcu wymyśliłem, w jaki sposób możemy uratować skóry, nie wyrzucając przy tym wyznawcy za burtę (Bart uparł się, żeby jednak dowieźć go żywego). Plan zakładał, że zgłosimy przez radio awarię balonowca i podlecimy od strony mniej uczęszczanego, awaryjnego luku. Tam mieliśmy wysłać wyznawcę do diabła i zapomnieć o jego istnieniu.

Udało się, nikt nie zauważył naszego niechcianego ładunku i oberwało się nam jedynie za panikarstwo, gdy przegląd nie wykazał żadnej usterki statku powietrznego. Przekazaliśmy ładunek, dostaliśmy pensję (o premii oczywiście musiałem zapomnieć) i rozeszliśmy się do kabin. Byłoby dobrze, gdybym późną nocą nie usłyszał nagle pukania do kabiny.

Wyznawca spał teraz na podłodze przykryty moją lnianą koszulą, a ja zachodziłem w głowę, dlaczego nie uległem pokusie i nie posłałem jego i Barta najkrótszą drogą ku ziemi, kiedy miałem okazję.

Wstrzymywałem oddech za każdym razem, gdy słyszałem buty strażników patrolujących korytarze. Wystarczyłoby, żeby któryś uchylił drzwi, zgodnie z prawem sprawdził, czy leżę w łóżku, a nie wałęsam się gdzieś po arce, i koniec.

Boże, cóż takiego zrobiłem, że to spotkało mnie?

– Nie śpisz? – usłyszałem z podłogi, gdy głośno wypuściłem powietrze po przejściu kolejnego wartownika. Nie uznałem za stosowne odpowiedzieć.

– Przepraszam za kłopot. – Ten facet chyba naprawdę chciał umrzeć. – Gdy tylko uda mi się skontaktować z bractwem, zniknę z twojego życia raz na zawsze, a ty otrzymasz stosowne wynagrodzenie.

– Skończ to pierdolenie – odparłem najciszej, jak tylko mogłem. – Może Bart jest na tyle głupi, żeby ci wierzyć, ale ja wiem, że Czarny Zakon jest tutaj tak samo prześladowany, jak na Cecylii.

– Mylisz się. – Dureń mógł mnie przekonywać nawet całą noc, ale niepewność w jego głosie ostatecznie rozwiała moje wątpliwości. – I wolimy nie być nazywani Czarnym Zakonem. A skoro nie wierzysz w moje słowa, to czemu przyjąłeś mnie pod swój dach?

Westchnąłem. On naprawdę nie zamierzał się zamknąć. Oczami wyobraźni widziałem trzy stryczki, skrzypiące pod ciężarem wiszących na nich ciał i tłum wiwatujących pierwszopoziomowców. Egzekucje były jedną z najlepszych rozrywek, jakie dostarczały im władze, a jestem pewien, że na moją zebrałyby się wyjątkowe tłumy.

– Jesteś tu, bo wiem, że gdyby cię złapali od razu wyśpiewałbyś wszystko o tym w jaki sposób znalazłeś się na Stokrotce – syknąłem. – I nie udawaj, że nazwa Czarny Zakon mija się z prawdą. Wiem w co wierzycie, wszyscy wiedzą. Nie mam pojęcia, czy to bardziej chore, czy szalone.

Nastąpiła chwila błogiej ciszy. W oddali rozległo się szuranie butów strażnika.

– Nie znasz całej prawdy. – Otworzyłem oczy, przeklinając chwilę, w której postanowiłem otworzyć skrzynię z indykami. – Dlatego tak sądzisz.

– Jakiej prawdy? – Powinienem milczeć. Zauważyłem jednak, że rzadko robię rzeczy, które powinienem. – O tym, że wielbicie ogień krystaliczny, który zniszczył całą Ziemię? Że zdajecie się zapominać, że dziewięćdziesiąt dziewięć koma jeszcze-trochę-dziewiątek procenta ludzkości spłonęło w męczarniach i nie została po nich nawet kupka popiołu? Że tam na dole nie zostało już nic, a mimo to czarny ogień wciąż szaleje i wy się do niego modlicie? Oświeć mnie, czego jeszcze nie wiem.

Tej nocy wyznawca więcej się nie odezwał. Powinienem odetchnąć z ulgą, ale i tak dalej nie mogłem zasnąć. Gdy tylko zamykałem oczy powracały wspomnienia fali czarnego ognia płonącego na horyzoncie i powoli zbliżającego się do mojego miasta.

*

– Uważaj, jak leziesz – warknął jakiś nawigator popychając mnie i omal nie wywalając mojego przydziału obiadowego na podłogę. Nie miałem ani sił, ani ochoty na kłótnię z nim, więc bez słowa powlokłem się na drugi koniec jadalni i usiadłem przy pustym stoliku. Chciałem jedynie zjeść i wrócić do kajuty, spróbować się wyspać. W nocy jakoś mi się to nie udawało. Nie chodziło nawet o tego przeklętego wyznawcę, którego i tak wysłałem na dolny poziom zaraz następnego dnia. Tam, wśród biedoty najłatwiej uniknie wykrycia. Musiałem mu tylko dać swoją lnianą koszulę, bo w tych swoich ciuchach zaraz by zaczął ściągać na siebie uwagę. Mnie za to od tamtej pory nawiedzały koszmary.

Machinalnie poruszałem łyżką mieszając wodnistą ciecz, którą kucharze dumnie nazywali zupą i myślałem o nadchodzącym transporcie na Utopię. Nic wyjątkowego, zwykła wymiana naszej wieprzowiny i chmielu na ich mleko, wołowinę i ogórki. Mimo to w stanie, w którym byłem, miałem wątpliwości, czy uda mi się przelecieć w obie strony bez żadnego wypadku.

– Pit, tak?

Uniosłem podkrążone oczy i spojrzałem na znajomą twarz.

– Arnie? – Zmarszczyłem brwi, gdy przypomniałem sobie imię stojącego przede mną wielkoluda. Nie dlatego, że łącznościowcy mają wyznaczone inne pory posiłków, to akurat wszyscy mieli w dupie. Powodem mojego zdziwienia był fakt, że człowiek z drugiego poziomu z własnej, nieprzymuszonej woli rozpoczął ze mną rozmowę.

– No to formalności mamy już za sobą. – Łącznościowiec usadowił się naprzeciwko mnie. – To ty przeprowadzałeś transport na Cecylię parę dni temu, prawda?

– Tak, to ja – odparłem, czując jak po plecach przebiega mi dreszcz. Czyżby znowu chodziło o tego wyznawcę?

– Zauważyliście może coś niecodziennego podczas przeładowania?

– Nic nadzwyczajnego, a co? – usiłowałem zachować zdawkowy, znudzony ton, ale zrezygnowałem z jedzenia zupy bojąc się, że zdradzi mnie drżenie ręki.

– Przedwczoraj straciliśmy z nimi kontakt.

Tu mnie zamurowało.

– Przecież o ile wiem, wczoraj miał tam lecieć kolejny transport – zauważyłem zapominając o wcześniejszych obawach.

– Mówiąc kolokwialnie, pocałowali klamkę. Wszystkie luki były zamknięte i nikt nie odpowiadał. Pokrążyli trochę, ale tylko na tyle, na ile pozwalały zapasy torfu.

Spróbowałem przypomnieć sobie zachowanie ludzi w kantynie. Pewnie, byli trochę przybici, ale poza tym wszystko zdawało się być w porządku.

Tajemnicze milczenie Cecylii było głównym tematem rozmów przez następny tydzień. Sama arka leciała normalnie, ale wszelkie balonowce wysyłane w jej stronę wracały z niczym. Łącznościowcy rozkładali ręce, a nawigatorzy przygotowywali ambitne projekty skierowania Stokrotki tak blisko drugiej arki, jak tylko się da i wdarcia się na nią szturmem. Na szczęście zarządcy mieli odrobinę więcej oleju w głowie i wszystkie tego typu plany odrzucali.

I oczywiście, ku mojej nieopisanej radości, nastała złota era wielbicieli teorii spiskowych.

*

Gdy władze wreszcie nawiązały kontakt reakcja wszystkich przewoźników była taka sama.

– Co to, do cholery, jest? – syknąłem przewracając kolejne strony spisu.

– Coś nie pasuje? – Złowroga nuta w tonie zarządcy zmroziła mi krew w żyłach. On również nie wydawał się ucieszony długością listy.

– Nic poza tym, że tak przeciążony balonowiec będzie potrzebował niebiańskiej ilości torfu żeby w ogóle unieść się w powietrze – mruknąłem, ale już bardziej do siebie. Naraz lista urwała się. Zdziwiony przeglądnąłem ją jeszcze raz, by przekonać się, czy niczego nie przeoczyłem. – Zaraz, a gdzie ładunek zwrotny?

– Nie ma – odburknął zarządca.

– Co?

Myślałem, że się przesłyszałem, ale zezłoszczony zarządca odszedł szybkim krokiem pozbawiając mnie szansy dowiedzenia się czegokolwiek więcej.

Sprawa przedstawiała się dziwnie. Z tego co widziałem, nazajutrz Stokrotka przesyłała Cecylii sporą część naszych zapasów w „prezencie”. Na dodatek w skład ładunku wchodziły cztery żywe świnie, co łamało konstytucję. Nie żebym był wielkim fanem prawa, ale to akurat było logiczne. Różne arki hodowały różne rodzaje zwierząt i uprawiały różne rodzaje roślin, dzięki czemu mogły się w tym wyspecjalizować. Ponadto przez to żadna nie była niezależna, co miało przeciwdziałać wszelkim konfliktom, jakie mogłyby powstać. To był dobry system. Po co go niszczyć?

Jeszcze tego samego dnia odwiedził mnie Bart.

– Jak cię wpuścili na drugi poziom? – spytałem, gdy stanął w moich drzwiach.

Fakt, nie było to może najuprzejmiejsze powitanie, ale miałem dość niespodzianek jak na jeden dzień.

– Musimy pogadać – powiedział wymijając mnie i usiadł na łóżku. Jego mina powstrzymała mnie od dalszych pytań, więc bez słowa zająłem krzesło.

– Większość przewoźników dostała te dziwne polecenia dostarczenia towarów na Cecylię, więc pewnie ty też. Na tym poziomie jesteś tylko ty, ale u nas zebraliśmy się w większą grupkę i spróbowaliśmy się czegoś dowiedzieć. Niestety łącznościowcy, którzy kręcili się po dolnym pokładzie, jakby nabrali wody w usta. Wiadomo było, że nawiązali kontakt z Cecylią, ale nikt nie chciał zdradzić, jak przebiegła treść tej rozmowy i dlaczego nagle wysyłamy im połowę naszych zapasów. Najgorsze, że na Utopii jest to samo. Ludzie jeszcze nie wiedzą, ale ich przewoźnicy też się buntują. W końcu udało nam się dotrzeć do łącznościowca, który powiedział nam, o co chodzi. Na Cecylii był przewrót.

Bart urwał obserwując moją reakcję. Wzruszyłem jedynie ramionami.

– I co? To nie tłumaczy tych przewozów, chyba że wysyłamy szczodre dary, żeby zjednać sobie nową władzę.

– Serio? Nie rusza cię to? Pierwszy przewrót w historii ark? Dobra, nieważne, chodzi o to, że nowy kapitan może w jakiś sposób zniszczyć Stokrotkę i Utopię.

– Opiłeś się piwem, czy jak? – Pokręciłem głową. Przez moment historia Barta zdawała się mieć sens, ale teraz stało się jasne, że ten łącznościowiec po prostu sobie z nich zakpił. – To nawet nie jest możliwe. Arki nie wyposażono w żadną broń, a najbardziej zaawansowane uzbrojenie, jakie mamy na pokładzie to pałki strażników. A żeby stworzyć coś takiego potrzeba materiałów i technologii, a nie mamy ani jednego, ani drugiego.

– Tu nie chodzi o broń. – Bart wyglądał jakby miał się rozpłakać. Pierwszy raz widziałem go w takim stanie. W mojej głowie zaczęła kiełkować upiorna myśl. – Łącznościowiec nie był pewny o co chodziło, bo większość rozmowy odbyła się na prywatnej fali zarządców, ale z tego co podsłuchał wychodziło, że jeżeli nie spełnimy żądań, Stokrotka wybuchnie. Na przykład przez bombę, albo…

– Sabotaż – dokończyłem za niego.

Niemożliwe. Przeciągnąłem ręką po twarzy. Przed oczami stanął mi obraz łysiejącego kurdupla w drogim, upaćkanym krwią indyczą kontuszu. Uderzyłem pięścią w metalową ścianę. Fala bólu przebiegła wzdłuż mojej ręki. To my wpuściliśmy na pokład tego pieprzonego szpiega. Przez nas Stokrotka jest w niebezpieczeństwie.

– Przepraszam. – Bart ukrył twarz w dłoniach. – To wszystko moja wina.

– Nasza. Obaj siedzimy w tym gównie. My i reszta załogi.

Oczywiście, że to była jego wina. Po raz setny chyba pożałowałem, że nie wyrzuciłem tamtego pieprzonego dwulicowca za burtę, kiedy miałem okazję. Teraz jednak nic nie mogłem na to poradzić i należało zastanowić się nad rozwiązaniem, a nie przerzucać winą.

– Teraz już go nie znajdziemy, na to nie ma szans.

Wstałem i zacząłem przechadzać się w tą i z powrotem. Z każdym krokiem uświadamiałem sobie coraz bardziej, jak kiepska jest sytuacja. Najprawdopodobniejszym miejscem sabotażu był napęd główny, ale to pewnie pierwsze miejsce do którego zarządcy posłaliby strażników. Fakt, że godzą się na transport świadczył o tym, że niczego nie znaleźli. Może…

– Przyznam się.

Spojrzałem na Barta ze zdziwieniem. Na jego twarzy malowała się determinacja.

– Nie wygłupiaj się, to nic nie pomoże.

– Spokojnie, powiem, że nic nie wiedziałeś o wyznawcy. A dzięki temu zarządcy będą przynajmniej wiedzieli kogo szukać.

– Bart…

Nie zdołałem wykrztusić nic więcej. Jego wyznanie zupełnie mnie zszokowało. Wszyscy, począwszy od zwykłych hodowców po skorumpowanych zarządców, wyznawali jedną niepisaną zasadę: martw się o siebie. Tylko w ten sposób można było przeżyć w załodze arki. Nikogo z ludzi, których znam, nie posądziłbym o poświęcenie się dla ogółu, a już na pewno nie Barta.

Widząc, że nie zamierzam nic więcej powiedzieć, mój przyjaciel wstał i ruszył ku drzwiom. Doznałem nieprzyjemnego uczucia i przez chwilę stałem jak wryty nie mogąc zlokalizować jego przyczyny. No tak. Minęło trochę czasu, odkąd po raz ostatni doświadczałem poczucia winy.

Pierwsza zasada: martw się o siebie.

Pierwsza zasada…

A, cholera.

*

Oszalałem. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć, w jaki sposób moje pokręcone procesy myślowe doprowadziły do tego, że uznałem, iż sytuacja w której sam Bart siedzi w kiciu jest gorsza od tej w której siedzimy w nim obaj. Trzeba jednak przyznać, że warunki wcale nie były o wiele gorsze od tych w jakich mieszkałem na pierwszym poziomie.

Na arkach, na których nie ma miejsca na dużą populację, przestępcy nie są tolerowani. Jeśli to drobne przewinienie, są trzymani przez pewien czas w izolatce na głodowych porcjach, tak żeby społeczeństwo jak najmniej na tym ucierpiało. Jeśli nie, wychodzisz wcześniej. Prosto na szafot. Zakładam, że za zdradę zaliczamy się z Bartem do tej drugiej kategorii.

Powietrze wypełniała fałszywa melodia, od której powoli zaczynały mnie boleć uszy. Nie wiem skąd Bart wytrzasnął harmonijkę, ale w ostatnich chwilach naszego życia nie zamierzałem się z nim kłócić.

Całą wieczność później usłyszeliśmy klucz przekręcany w drzwiach. Byłem wdzięczny katowi za to, że przynajmniej ukróci moje cierpienia słuchania ostatniego koncertu Barta.

Lampa torfowa rozświetliła mroki izolatki ukazując nam, że była ona jeszcze mniejsza niż nam się początkowo zdawało. Zmrużyłem oczy, a gdy w końcu przyzwyczaiłem się do światła zamrugałem ze zdziwieniem.

Tym, co najpierw rzuciło mi się w oczy były łyse zakola, dodatkowo podkreślone przez padające z dołu światło. A zaraz pod nimi uśmiechnięta twarz naszego pieprzonego wyznawcy.

– Widzę, że jesteście w szoku – zaczął pewnym siebie głosem, zupełnie nie przypominając tamtego zdenerwowanego pasażera na gapę. – Pozwólcie więc, że wszystko wam wytłumaczę.

– Nie jesteś sabotażystą?

W półmroku dostrzegłem ogniki odbite od szeroko otwartych oczu Barta.

– Nie, ale rozumiem dlaczego mogliście tak sądzić. Swoją drogą podziwiam waszą odwagę. Niewielu zdobyłoby się…

– Dobra, skończ z tym – warknąłem. Nie miałem pojęcia co się dzieje, ale z każdą chwilą mniej mi się to podobało. – O co tutaj chodzi?

Czarne oczy wyznawcy ponownie zwróciły się w moją stronę. Nagle zrobiło mi się nieswojo.

– Pamiętasz pewnie naszą nocną rozmowę, prawda? Powiedziałem ci wtedy, że nie znasz całej prawdy o ogniu krystalicznym. Abyście zrozumieli istotę problemu, muszę was oświecić w tej kwestii. Niewielu ludzi wie o tym, o czym wam teraz powiem. – Wyznawca zawiesił głos i powiódł wzrokiem po naszych twarzach, upewniając się, że słuchamy. – Większość, z tych, którzy przeżyli, kojarzy ogień krystaliczny jedynie z największym błędem ludzkości i nie wie nic o jego naturze.

Nie mogłem powstrzymać parsknięcia. Typowa gadka przedstawiciela Czarnego Zakonu. Każda chwila dobra do pozyskania nowych zwolenników.

Wyznawca ciągnął dalej, niezrażony.

– Naukowcy z dawnych czasów stworzyli go w odpowiedzi na problem rosnącej liczby odpadów. Proces fizyczny, zwany krystalicznym spalaniem, miał w krótkim czasie rozłożyć nawet najbardziej skomplikowane związki chemiczne na pojedyncze atomy. Energii uzyskanej w ten sposób nie wypromieniowywał w postaci ciepła, ani światła, lecz wykorzystywał na dalsze rozprzestrzenianie się. Jak wszyscy wiemy, eksperyment powiódł się aż za dobrze. Największe wysypiska świata zniknęły w przeciągu paru dni. Dopiero wtedy ludzkość uświadomiła sobie, jak wielki błąd popełniła. Próby w małej skali nie wykazały żadnego zagrożenia, jednak gdy ogień osiągnął odpowiedni poziom energii, zainicjowała się reakcja łańcuchowa. Proces okazał się samopodtrzymujący i ogień szybko ogarnął ogromne połacie Ziemi. Próby gaszenia na nic się nie zdały, paliła się zarówno woda, jak i piach. Kraje, które jeszcze funkcjonowały, doszły do wniosku, że jedynym wyjściem jest ucieczka w powietrze.

– Tak, wszyscy to znamy – przerwałem ze zniecierpliwieniem. – Wysłano w górę osiem tysięcy szczęściarzy na czterech arkach, żeby patrzyli jak świat dogorywa. Ale co to ma niby wspólnego z…

– Właśnie do tego zmierzam. Liczono się z tym, że arki będą musiały wytrzymać w górze całe dziesięciolecia, dopóki, jak przypuszczano, sytuacja na dole się nie zmieni. Żadne dostępne nam wtedy paliwo nie zapewniłoby tego.

Zastanowiłem się. W sumie rzeczywiście, głupotą byłoby przypuszczać, że arki chodzą na torf. Zawsze myślałem, że w grę wchodzą jakieś skomplikowane procesy, znane jedynie technikom.

– Zdecydowano się użyć jako paliwa metali ciężkich. Energia, wydzielona podczas rozerwania wiązań atomowych byłaby ogromna. Jednak jedyny proces, jaki pozwoliłby na coś takiego, to…

– … krystaliczne spalanie – dokończyłem, czując ciarki na plecach.

– Ale zaraz. – Bart poruszył się niespokojnie. – Przecież sam powiedziałeś, że cała energia uzyskana przez ogień krystaliczny idzie na jego podtrzymanie.

– Tak, jeżeli może się rozprzestrzeniać. Naukowcy w bolesny sposób przekonali się, że nieprzekraczalną barierą dla ognia krystalicznego jest dopiero powietrze. Nasze paliwo utrzymywane jest w komorze magnetycznej, dzięki czemu proces się nie rozprzestrzenia. Przez to energia musi być porcjami wypromieniowywana. To właśnie ona utrzymuje arki w powietrzu.

– A więc to dlatego. – Spróbowałem jakoś przetrawić nową wiedzę. – Czcicie czarny ogień, bo choć zniszczył planetę, to utrzymuje nas przy życiu?

– Tak.

– To i tak chore.

– To twoja opinia. W każdym razie, wracając do opowieści, jedynie paru naukowców, mających jakiekolwiek pojęcie o ogniu krystalicznym, przeżyło. Jeden z nich mieszkał na Ariadnie, a jego imię zatarło się wraz z katastrofą arki. Chciał naprawić błędy ludzkości i, jak można było przypuszczać, jeszcze pogorszył sytuację. Odkrył, że ogień krystaliczny można ugasić, jeżeli rozbije się jego strukturę za pomocą fal dźwiękowych o odpowiedniej częstotliwości. Podczas jednego z eksperymentów nastąpił wypadek. Fale zostały skierowane w stronę silnika arki, w której płonął ogień. Gdy zgasł, energia zgromadzona w nim została gwałtownie uwolniona, doprowadzając do ogromnego wybuchu.

Mimowolnie zacisnąłem pięści. Bractwo mogło sobie wierzyć w co chciało, dla mnie ogień krystaliczny zawsze będzie nierozłącznie związany ze śmiercią. Nawet tu, w górze, nie byliśmy bezpieczni.

– Naukowiec zginął, ale jego badania przetrwały. Utrzymywał korespondencyjną znajomość z człowiekiem z Cecylii, który kontynuował jego badania. Trzy lata zajęło mu odkrycie, o jaką częstotliwość chodzi. Gdy w końcu mu się udało, za jej pomocą uszkodził silnik swojej arki i przeprowadził zamach stanu zostając nowym kapitanem.

– Czyli nie ma żadnej bomby – upewnił się Bart. – Cecylia szantażuje nas… falą dźwiękową?

– Dokładnie – potwierdził wyznawca.

– A skąd ty to wszystko wiesz? – zapytałem podejrzliwie.

– Tamten naukowiec należał kiedyś do Bractwa. Został wyrzucony za próby ugaszenia boskiego ognia, ale dalej go obserwowaliśmy. – Wyznawca wziął głęboki oddech. – Nie oszukałem was, ale i nie byłem z wami do końca szczery. Bractwo rzeczywiście ma duże wpływy na Stokrotce, a także na Utopii, ale wcale nie jestem uchodźcą. Nowy kapitan wiedział, że jedynie my jesteśmy świadomi, jaką bronią dysponuje, dlatego winę za wybuch zrzucił na nas. Na Cecylii zostały przeprowadzone czystki na ogromną skalę. Władze Bractwa postanowiły wysłać emisariuszy, aby spróbowali dotrzeć na inne arki i ostrzec zarządców z czym tak naprawdę mają do czynienia. Wszelkie przekazy radiowe były zagłuszane, ponadto nie mogliśmy ryzykować podsłuchania. Z tego co wiem, jestem jedynym, który dotarł na Stokrotkę. Dopiero od zarządcy Amadeusa dowiedziałem się, jakie miałem szczęście.

Chrząknąłem z roztargnieniem, żeby ukryć zdenerwowanie. Nie mogłem jednak powstrzymać pytania Barta.

– Zarządca Amadeus? To ten, którego syn był zamieszany w morderstwo? I co takiego ci powiedział?

Wyznawca roześmiał się.

– Że trafiłem na świetnego przemytnika.

Powoli odwróciłem głowę w stronę Barta. Tak jak sądziłem, wodził wzrokiem ode mnie do wyznawcy nic nie rozumiejąc. Nagle jego oczy rozszerzyły się.

– Pit… To nowe mieszkanie… Ty…

– Wywiozłem jego syna na Utopię – dokończyłem z westchnieniem.

Młodego czekał stryczek, zresztą zasłużony. Dla gwałcicieli i morderców nie ma miejsca na arce. Jego ojciec nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Wybrał mnie, bo wiedział, że często idę na ugody z władzą, przymykam oczy na braki w towarach i nie gardzę łapówkami. Powinienem był odmówić, ale perspektywa zmiany poziomu za bardzo mnie skusiła. Cóż mogę powiedzieć, kiedyś trzymałem się jeszcze pierwszej zasady.

– Jesteśmy zmuszeni jeszcze raz prosić cię o współpracę. – Wyznawca położył lampę na ziemi i usiadł obok nas. – Muszę wrócić na Cecylię. Nagonka na Bractwo już się skończyła, nie powinienem mieć problemów z wtopieniem się w tłum. Muszę dostać się na trzeci poziom i to zakończyć. Na szczęście znam tę arkę na wylot, razem ze wszystkimi tajnymi przejściami. Ale to od ciebie zależy, czy uda nam się uratować ludzkość. Przemycisz mnie na pokład?

– A mam jakiś wybór? – westchnąłem.

– Oczywiście. – Wyznawca znów pokazał zęby w rozbrajającym uśmiechu. Zaczynałem mieć dosyć tego jego nowego, pewnego siebie wcielenia. – Twój udział w naszej misji ma sens tylko jeżeli w nią wierzysz. Nie zmusimy cię do tego lotu, zbyt wiele od niego zależy.

Otworzyłem usta, ale głos uwiązł mi w gardle. Próba przemytu członka groźnej sekty na ściśle strzeżoną arkę brzmiała jak samobójstwo. Z drugiej strony, gorzej niż teraz i tak już nie może być.

*

Chciałbym powiedzieć, że wszystko poszło zgodnie z planem. Że udało nam się powstrzymać szalonego kapitana i nasz świat wrócił do względnej normy. Że zyskałem tytuł bohatera ludzkości i za zasługi przeniesiono mnie na trzeci poziom. Dobra, z tym ostatnim przesadziłem, w najlepszym wypadku dostałbym uścisk dłoni kapitana, ale nie szkodzi. Możecie wierzyć lub nie, ale naprawdę wystarczyłoby mi to, że kryzys został zażegnany. Mógłbym wrócić do swojego normalnego życia prawie zgodnie z prawem. Może nawet Bart w końcu zacząłby się do mnie odzywać. Po tym, jak dowiedział się w jaki sposób dostałem mieszkanie na drugim poziomie, nabrał wody w usta. Zupełnie jakby sam nie postąpiłby tak samo na moim miejscu. Wciąż mam nadzieję, że zmądrzeje, ale przestał być przewoźnikiem, więc nie mamy wiele okazji do rozmowy. Słyszałem, że kupił sobie parę świń i teraz prowadzi hodowlę. Mam nadzieję, że dobrze mu się powodzi.

– Ty, tam z tyłu! Nie obijać się! – usłyszałem nad sobą. Potrząsnąłem głową, wyrywając się z zamyślenia i pochyliłem ją na znak pokory. Wymamrotałem nawet pod nosem parę słów modlitwy, które akurat pamiętałem. Musiałem chyba wyglądać bogobojnie, bo Brat więcej nie zwrócił na mnie uwagi. Poszedł pewnie na drugi koniec sali, szukając innych, którzy nie poświęcali się wystarczająco modłom.

Wracając do tematu, naprawdę wolałbym, żeby sprawy potoczyły się inaczej. Po prawdzie to nie mogę narzekać, w końcu arki wciąż wiszą w powietrzu, a towary, z którymi dla niepoznaki wyleciałem ze Stokrotki, bezpiecznie wróciły na pokład. Jednak, tak jak kiedyś z żalem wspominałem dobre czasy, kiedy mogłem jeszcze chodzić po Ziemi, tak teraz tęsknię do pierwszych dwudziestu lat po zagładzie. Fakt, różowo nie było, ale nie musiałem spędzać każdej wolnej chwili w przeklętej sali modłów i zastanawiać się, czy każde wypowiedziane przeze mnie słowo jest w zgodzie z dogmatami wiary w Wieczny Ogień.

Mogłem się spodziewać takiego scenariusza, nie wiem dlaczego mój pesymizm nie zabił na alarm, gdy przyjmowałem propozycję wyznawcy. Czy naprawdę sądziłem, że ktoś, kto dorwie się do urządzenia, za pomocą którego może szantażować całą ludzkość, odda je dobrowolnie? Widocznie koncert harmonijkowy Barta musiał wpłynąć na mnie jeszcze gorzej niż myślałem.

Nasz wyznawca został Pierwszym Kapłanem Wiecznego Ognia. Mimo całej pogardy, jaką go darzę, czuję się też trochę, jak matka na rozdaniu świadectw swojego syna. Człowiek, którego przewoziłem na Stokrotkę w skrzyni z indykami, został najważniejszą osobistością na wszystkich trzech arkach. Zabawne, wcześniej nawet nie zainteresowałem się tym, jak ma na imię. Teraz jest znany wszystkim po prostu jako Wielki Brat. Kojarzy mi się z książką, którą kiedyś czytałem. Rok któryśtam?

Najbardziej komiczny w obecnej sytuacji jest fakt, że stoimy przed szansą, o której myśleliśmy, że jest nierealna. Za pomocą nowej zabaweczki Wielkiego Brata moglibyśmy oczyścić Ziemię z ognia krystalicznego. Używając fal rozbić jego strukturę i w końcu wylądować. Pewnie, byłoby to trudne, natomiast nie nierealne. Ale kiedy pierwszy raz w historii jesteśmy w stanie to zrobić, cała ludzkość kocha czarny ogień i ani myśli o jego zniszczeniu. W końcu Bractwo cały czas wpaja nam, że to dzięki niemu uratowaliśmy się od zagłady. Przecież to wcale nie płomień śmierci, ale życia.

Koniec

Komentarze

Bardzo ciekawa, oryginalna koncepcja. Nie jestem pewna, czy to “science”, ale niech tam.

Spodobała mi się ta opowieść.

Tylko interpunkcja mocno kuleje.

Babska logika rządzi!

Wciąż? Myślałem, że tym razem udało mi się zminimalizować liczbę błędów :(

Mimo to cieszę się, że się podobało :)

 

“Dowieść” można czegoś, a osobę lub coś, przenosząc w przestrzeni co najmniej, “dowieźć”.

 

Ciekawa historia, z ironicznym finałem. Mam jednak nieodparte wrażenie zbyt dużego przeskoku przed ostatnią częścią, aż się prosi o zapełnienie między wtedy a teraz. Chętnie też poczytałbym o społeczeństwach, jakie musiały zacząć się wytwarzać na arkach. Ergo: potencjał fabularny i worldbuildingowy ogromny, nie w pełni wykorzystany.

 

Mimo wszystko, dobra lektura, dziękuję.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mam nadzieję, że nominacją kogoś przyciagnę… ;-)

 

Gwoli ścisłości: pomysł na apokalipsę jest wtórny (opowiadanie, w którym przedmioty miały nanity odpowiedzialne za ich rozkład po dacie przydatności do użycia, pęka zbiornik), ale to, co poza nią – arki, historię podniebnej religii – doceniam i oceniam wysoko. 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziękuję, zacząłem zastanawiać się, co jest nie tak z tym opowiadaniem. Jedyny komentarz był pozytywny (w większości), a jednak… był jedyny. Nie czytałem przytoczonego “pierwowzoru”, mam nadzieję, że wybaczycie ten niezamierzony plagiat ;)

 

Ech, i co ja mogę Ci odpowiedzieć? Powinno być więcej czytelników, opowiadanie na to zasługuje, ale… Może nominacja Psycho i drugi głos na Bibliotekę coś pomogą.

A pierwszy komentarz faktycznie był raczej pozytywny i jeszcze wsparty kliknięciem. :-)

Babska logika rządzi!

Wtórność pomysłów w epoce literackiego postmodernizmu – rzecz normalna. Ważne jak je rozgrywasz.

 

No nic, hop i czekany na reakcję. Po to użyszkodnicy tacy jak ja dyzurują, by teksty takie jak ten nie znikały niezauważone ;-) 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jak widać, liczba komentarzy nie powiększyła się w znaczącym stopniu.

Zaczynam od tego stwierdzenia, gdyż niezależnie, wierzy kto czy nie wierzy, czytałem opowiadanie krótko po jego ukazaniu się, ale ze skomentowania zrezygnowałem. Z powodu torfu…

PsychoFish nominacją zapragnął “nagonić” do tekstu więcej czytelników. No to proszę bardzo…

Fundamentem jest apokalipsa, rozpętana wdrożeniem wynalazku “krystalicznego spalania”. Nie dość, że nazwa nic nie mówi, to jeszcze sama koncepcja po przyjrzeniu się leży i stęka. Jeżeli proces owego tajemniczego spalania został zainicjowany, jak zapewnia Autor, na wysypiskach, bez prób laboratoryjnych, no to “wielkie brawa za wielki rozum” odkrywców i wdrożeniowców. Zaskoczyło biedaków, że nie da się zgasić… Do takiej sytuacji mogą doprowadzać tylko słabujący na umyśle – hop! od teorii do praktyki bez testów laboratoryjnych… I to od teorii najwyraźniej niedopracowanej, bo nie przewidziała własności procesu “spalania” ani nie odkryła, czym ten proces wyhamować.

Cóż, przykro mi, dziękuję, nie kupuję.

Wrócę jeszcze do torfu. Potrzebne są następne tłumy niedociapszych, by uwierzyć w takie paliwo. Jak je wytwarzać na pokładach czterech satelitów? Ogromnych bo ogromnych, ale torfu nie ma jak na nich produkować na skalę minimum półprzemysłową, jeżeli bazuje się na procesie naturalnym. No, w jakichś dosłownie śladowych ilościach, i to w jakim tempie… Ale o technologii wytwarzania tego paliwa – ani słowa. I to mnie “dobiło”. Znaczy, dobiło tekst w moich oczach. Niestety…

Tylko motyw nowej religii wychodzi obronną ręką.

Przykro mi, Autorze. Naprawdę przykro, bo spaliłeś dobry pomysł. Wart jest on ponownego przemyślenia i takiego poprowadzenia, żeby nie dał się podważać u samych podstaw bez najmniejszego trudu.

 

Uff, jest rzetelna krytyka :-) Adamie, nie rezygnuj z komentarzy, bo podpowiadają.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ok, przyznaję, że w zderzeniu z rzeczywistością mój tekst pozostawia do życzenia, ale chyba nie na tyle, żeby go od razu skreślać. Co do “wielkiego rozumu” naukowców, to na swoją obronę mam tylko dygresję, że wyniki eksperymentów w skali mikro nie zawsze pokrywają się z tymi w skali makro. Oczywiście wielkie umysły powinny były przewidzieć coś takiego, ale cóż, wypadki się zdarzają. A w kontekście takiego wynalazku nietrudno o katastrofę. Co do torfu, trochę rozumiem twój ból. Szukałem niecodziennego paliwa, na którym mogłyby bazować podstawowe urządzenia, na tyle ciekawego, żeby mogło coś wnieść do świata przedstawionego. Nie przejąłem się zbytnio tym, jak mogłoby to wyglądać w praktyce, więc przepraszam ludzi, których zanadto zbulwersowałem :D

Nie “skreśliłem” Twojego tekstu. Ani Ciebie jako autora pomysłu. W podsumowaniu napisałem, że wart ponownego rozpracowania… A to chyba nie to samo, co “skreślenie”? To chyba biegun, praktycznie, przeciwny?

Różnice między mikro– a makroskalą. Zgoda, są. Zawsze. Dlatego, na przykład, modele do badań hydrodynamicznych kadłubów okrętów sporządzało się tak duże, jak było to możliwe… W tej kwestii przeoczyłeś oczywisty “myk” – skoro można było zbudować cztery arki, można też było – i należało – zbudować laboratorium i na wysokiej orbicie eksperymentować. Można było wykorzystać efekt masy krytycznej… W badaniach jej nie osiągnięto, i już masz “usprawiedliwienie” dla badaczy i dla apokalipsy. Podobnie z “gaszeniem”. Stosunkowo niewielkie masy można było “ugasić”, masy ponadkrytycznej – już nie starczało mocy “gaśnic” dowolnego rodzaju. Chwytasz, o co mi chodziło i chodzi? O taką konstrukcję, by była spójna. Dowolnie zwariowana, ale spójna. Dlaczego tylko powietrze stanowiło nieprzekraczalną barierę? A próżnia?

Jak widzisz, można to opowiadanie bez wielkiego trudu “postawić w pionie”. Z wyjątkiem torfu… :-) Panele fotowoltaiczne – mówią coś Tobie? Na orbicie nie ma chmur, ogniwa pracują, ładują akumulatory i to ich pojemność stanowi barierę energetyczną, nie ilość załadowanego torfu.

:-) No, zaraz wyjdzie na to, że dyktuję Tobie tekst… :-) Nie ma tak dobrze, za Ciebie całości pisać nie będę… :-) Ale wykorzystać możesz.

Powodzenia i “do zobaczenia” pod następnym Twoim opowiadaniem.

Opowiadanie, mimo sugestii komentatorów, pozostało chyba niezmienione, więc byłam zmuszona przeczytać je w wersji zaproponowanej przez Autora. No cóż, jeśli pominąć warstwę naukową, reszta historii dała się przeczytać bez większego bólu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Muszę się nie zgodzić, większość uwag natury naukowej przyjąłem i dostosowałem do nich opowiadanie. Jedyną rzeczą, której było mi zbyt szkoda jest torf. Panele fotowoltaiczne wydawały mi się zbyt nudne i oklepane, a jak mówiłem, szukałem niecodziennego paliwa. Być może rzeczywiście mogłem więcej uwagi poświęcić technologii wytwarzania go, ale całkowite porzucenie za bardzo by mnie bolało. 

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka