- Opowiadanie: Marianna - Fragment tekstu sci-fi. Długiego i nudnego.

Fragment tekstu sci-fi. Długiego i nudnego.

Oceny

Fragment tekstu sci-fi. Długiego i nudnego.

 

– Braun –

 

Automatyczny komunikat, obwieszczający dokowanie promu do Stacji Orbitalnej Diu wyrwał go z zamyślenia. Agent leniwie poprawił się w fotelu, przetarł palcami ciężkie powieki i wodząc wzrokiem wśród pasażerów, z pozornym spokojem oczekiwał na zakończenie manewru. Obiecał sobie, że natychmiast po rozmowie z przełożonym odwiedzi miejscową restaurację, w której podawano najlepsze w całym układzie wegetariańskie curry. Przecież musiał w jakiś sposób odreagować spotkanie z nadętym ważniakiem, który całą wiedzę o Sati czerpał z nagrań, dokonywanych przez rejestratory podwładnych.

Przez moment rozważał, czy z tej okazji się nie upić, ale wkrótce porzucił ten pomysł. Raz czy dwa tęsknie spojrzał w kierunku dobrze zaopatrzonych barów, od których roiło się na eleganckim pasażu na najniższym poziomie stacji. Od czasów, gdy bywali w nich głównie górnicy wiele się zmieniło. Drogie, stylizowane na hinduskie lokale kipiały kolorami, zewsząd dobiegała głośna, skoczna muzyka. Melodie nierzadko gryzły się ze sobą, ale nikomu poza Braunem to nie przeszkadzało.

Niewiele brakuje, a przepoczwarzą ten złom w jakieś pierdolony park rozrywki, pomyślał z pogardą. Już teraz zresztą żyło się tutaj lepiej i łatwiej niż na Sati.

Nic dziwnego, że wicedyrektor pionu wykonawczego Rady Bezpieczeństwa Kolonialnego Harpreet Sahay tak rzadko na niej bywał.

Braun usłyszał od niego tylko to, czego się spodziewał i nic ponadto, co sam już wiedział z innych źródeł. Rozumiał konieczność zlokalizowania i jak najszybszego schwytania pary uciekinierów i skwapliwie obiecał dotrzymać wyznaczonego przez zarząd, miesięcznego terminu realizacji. Gdyby rozmowie przyglądał się ktoś z boku, na pewno zacząłby uważać Brauna za bezwolnego, potulnego potakiwacza, ale Sahay właśnie tego wymagał od podwładnych. Agent wcielił się w tę rolę z łatwością tym większą, że jego uwagę skutecznie przyciągał widok za przezroczystą taflą, zastępującą ścianę dyrektorskiego gabinetu. Bywał w tym pomieszczeniu już wcześniej i pamiętał, że w hali za plecami rezydujących tu oficjeli uwijali się jak w ukropie pracownicy komory przeładunkowej, a ramiona potężnych dźwigów towarowych tańczyły w pełnym gracji, lecz monotonnym pląsie.

Tym razem obraz bezustannej krzątaniny zastąpił widok tak nierealny, że Braun przez dłuższą chwilę uważał go za wyświetloną przez komputer, realistyczną symulację. Dawno nie widziana soczysta zieleń skutecznie przykuwała wzrok, błękit nieba oszałamiał, a słoneczny blask sprawiał, że pod powiekami agenta mimo woli zaczęła zbierać się wilgoć. Mężczyzna zamrugał więc raz i drugi, ale nie zdołał osuszyć załzawionych oczu. Nie był zresztą pewien, czy to reakcja tylko fizjologiczna: widok wybiegającej na zieleniec gromadki dzieciaków przywołał emocje i wspomnienia, którym przez lata wzbraniał dostępu do świadomości. Patrzył właśnie na doskonałą iluzję pogodnego dnia na starej Ziemi; przysiągłby, że widzi nawet plamki ptasich odchodów, pstrzących ławeczkę w cienistym zakątku.

Chociaż, zrozumiał po chwili, to tylko nadinterpretacja, przecież nigdzie nie dostrzegł ptaków. Na egzoplanety sprowadzano czasem zwierzęta z Ziemi, ale za każdym razem zakrawało to na snobizm, bynajmniej nie ze względu na cenę transportu, a koszty utrzymania ich potem przy życiu i niechybne kłopoty ze strony wojujących zielonych.

Zafascynowany widokiem, nie od razu zauważył, że Sahay zmienił temat i uśmiechnąwszy się z lekka ironicznie, spytał, co Braun myśli o tym wszystkim.

– O czym? – wybąkał, jak uczeń przyłapany na niewiedzy.

– O naszych nowych terenach rekreacyjnych. – Padła odpowiedź zadowolonego urzędnika.

Braun bąknął w odpowiedzi coś lekceważącego, ale nie zdołał zepsuć Sahayowi humoru. Wicedyrektor dobrze wiedział, jakie wrażenie wywiera ów nostalgiczny widok na świeżo przybyłych na stację podwładnych, zwłaszcza na tych, którzy mieli szczęście urodzić się na Ziemi. Przećwiczył to od niechcenia zadawane pytanie dziesiątki razy i czuł, że doszedł wreszcie do perfekcji. Nie wiedział, że tym razem nieświadomie dostarczył Braunowi dowodu potwierdzającego powtarzaną dotąd nieśmiało plotkę, bo wicie aż tak ciepłego gniazdka musiało mieć przyczyny poważniejsze, niż samą tylko nudę i rozrzutność.

Dhawana Miner Industries, a z nią zapewne i zarząd planety, naprawdę zamierzali wycofać się z Sati. Na samą myśl serce agenta zabiło mocniej; mężczyzna rozluźnił na moment zaciśnięte szczęki, obdarzył nawet ciemnoskórego przełożonego cieplejszym, pobłażliwym spojrzeniem, lecz zanim uczucie triumfu zdążyło uśpić czujność i osłabić napięcie, przypomniał sobie o nieprzekraczalnym, miesięcznym terminie rozprawienia się z uciekinierami. Sahay podkreślał to kilkakrotnie i nieistotne, jak mało uważnie Braun słuchał i jak bardzo rozpraszała agenta zieleń za szybą, informacja skutecznie wyryła mu się w pamięci. Wtedy musi się stać coś ważnego.

– Chodzi o stary, ziemski miesiąc, czy tutejszy miesiąc znormalizowany? – zadał naiwne pytanie, próbując skłonić przełożonego do ujawnienia choćby kilku szczegółów, ale gdy Hindus zmarszczył brwi, robiąc tajemniczą minę, Braun zrozumiał, że nie udał mu się fortel.

Trudno, pomyślał, dowiem się w inny sposób.

I tak nie mówiąc, Sahay powiedział mu więcej, niż chciał.

 

– Wolniak –

 

 

– Dlaczego jeszcze tego nie puściłaś? – spytał zawistnie, podnosząc wzrok znad wyświetlacza. – To super materiał.

Una Larsson, naczelna New Mumbai Herald odgarnęła opadające na oczy siwe włosy i skrzywiła się ledwo dostrzegalnie.

– Mam wątpliwości. Nie czuję tu ręki Bishopa, rozumiesz?

– Styl się zgadza – odparł z namysłem Wolniak. – Tylko on tak pisze. Tylko on wywleka takie sprawy. Puść to. – Wyłączył czytnik i z rozdrażnieniem rzucił go na biurko naczelnej. – Wszystko pasuje, katastrofa na wybrzeżu, martwi naukowcy. Jak ulał, psiakrew!

Una zmarszczyła brwi, ale jej wypielęgnowane czoło pozostało gładkie. Dwie delikatne zmarszczki zniknęły tak szybko, jak się pojawiły.

– Widzę, że styl się zgadza, ale to o niczym nie świadczy – żachnęła się. – Problem polega na tym, że nie mogę czekać z tym zbyt długo, bo sukinkot wyśle artykuł do konkurencji, a zdajesz sobie sprawę, jak bardzo jego rewelacje poprawiają wyniki sprzedaży?

– Tak. – Joe zacisnął usta, czując dotkliwe ukłucie zazdrości. – Czym to przyszło?

– Zwykłym kanałem. Z osobistego konta Bishopa. Właściwie nie mam powodów, by podejrzewać mistyfikację, ale…

Spojrzała na Wolniaka wyczekująco, raz po raz podrzucając czytnik w powietrze. Często zachowywała się w ten sposób: rozpoczynała zdanie, ale zawieszała głos w istotnym momencie, czekając, aż podwładni dokończą za nią jej własną myśl. I biada temu, który nie odgadłby poprawnie intencji szefowej.

– Ale wolisz, żebym to sprawdził? – zaryzykował Joe.

Skinęła głową. Trafił w sedno, nie oblał testu. Tym razem nie zawiódł, jak kilka dni wcześniej, gdy uciekł mu sprzed nosa fantastyczny temat. Tomala, przyjaciel z dzieciństwa, który odezwał się do Wolniaka po latach, obiecywał informacje o jakiejś mocno śmierdzącej sprawie. Dziennikarz początkowo potraktował go z rezerwą; zmienił zdanie dopiero, gdy przybył na spotkanie zbyt późno, by zobaczyć cokolwiek, poza odlatującą karetką.

I gdy w żadnym szpitalu nie znalazł nawet śladu po Tomali.

Jerry nie czekał na Wolniaka samotnie. Świadkowie opowiadali o towarzyszącej mu kobiecie i człowieku, z którym się szamotał, ale para ta zniknęła bez wieści. Tożsamość tych ludzi, nieznanych stałym bywalcom pozostawała tajemnicą, wyglądało jednak, że kobieta i mężczyzna byli w zmowie. Najbardziej skora do pomocy barmanka wyjawiła, że pożyczyła nieznajomej komunikator. Wolniak nie omieszkał potwierdzić tej historii, z pomocą znajomego gliniarza sprawdził nawet zapis ostatnich połączeń. Z urządzenia, obecnie nieaktywnego, skorzystano tamtego popołudnia tylko raz.

Towarzyszka Tomali dzwoniła na numer rządowy, do Centrum, ale poszukiwania Jerry'ego w Instytucie Medycyny Kosmicznej również okazały się daremne.

Oznaczało to, że wiedza, którą posiadł, była cenniejsza niż jego życie.

– Ile mam czasu? – spytał Wolniak, czując spływający po plecach pot.

– Niewiele. – Una znienacka cisnęła czytnikiem w podwładnego. – Spadaj, Joe. Weź no się, kurwa, do roboty. Nie chciałabym być w twojej skórze, jeśli ten materiał okaże się blagą zaraz po tym, jak pójdzie na pierwszej stronie.

Zaskoczony Wolniak drgnął, prawie podskoczył na krześle, ale w ostatniej chwili złapał przedmiot.

Powoli nabierał przekonania, że obie sprawy łączy więcej, niż mogłoby się wydawać.

 

 

***

 

Pozbawioną okien, ciasną, duszną salę, gęsto zastawioną specjalistycznymi choć pamiętającymi lepsze czasy łóżkami wypełniało monotonne popiskiwanie aparatury podtrzymującej życie. Niemrawy szum klimatyzatorów skutecznie rozpraszały słabe westchnienia chorych i mruczenie księdza, udzielającego komuś ostatniego namaszczenia; na suficie płonęła tylko co druga lampa. Wydawało się, że oszczędzają tutaj na wszystkim.

– Śpiączka. – Lekarz powtórzył jak automat, przecierając czerwone ze zmęczenia oczy. – Stan krytyczny. Należy rozważyć przerwanie uporczywej terapii podtrzymującej.

Wolniak zrobił strapioną minę. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że konował recytuje jakąś wyuczoną, odpowiednią do każdej takiej sytuacji regułkę, pozbawioną znaczenia w tym samym stopniu, co nieskuteczne modły duchownego dwa łóżka dalej.

– Opłacę leczenie, jeśli o to panu chodzi – warknął, ale medyk skrzywił się tylko, więc dodał: – Załatwię przeniesienie do innego szpitala.

Człowiek w białym kitlu wzruszył ramionami.

– Bez identyfikatora nigdzie indziej pańskiego kuzyna nie przyjmą – oświadczył oschle. – Ale oczywiście, może pan próbować. Powodzenia.

– Kiedy go wybudzicie? Muszę z nim pilnie porozmawiać.

Przez zszarzałą twarz lekarza przemknął grymas zniecierpliwienia.

– Chyba nie do końca się rozumiemy. Nie porozmawia pan z nim już, jego mózg jest martwy. W tym przypadku czekamy już tylko na zgodę rodziny na usunięcie stymulatorów krążeniowo-oddechowych.

Wolniak nerwowo zacisnął szczęki; wszystko na nic, pomyślał. Znalezienie pozbawionego czipu w przedramieniu Tomali kosztowało dziennikarza sporo zachodu. Do szpitala w południowej dzielnicy Nowego Mumbaju trafiało sporo takich przypadków: włóczędzy mający na pieńku z prawem, narkomani, którzy sprzedali swoją tożsamość za byle sumę. Dzielnice portowe roiły się od ludzi, pragnących pozostać bezimiennymi. Dlaczego dołączył do nich Jerry Tomala, człowiek z godną zazdrości posadą i w miarę dobrą pensją? Po telefonie do Centrum, powinien przecież trafić do lecznicy lepszej niż ta umieralnia dla szumowin z samego społecznego dna. Wolniak powoli zaczynał domyślać się prawdy. Kto może zniszczyć uporządkowane, stabilne życie mężczyzny? Tylko kobieta.

Podobno nazywała się Singh.

– Co go wykończyło? – spytał, zmartwiony tak bardzo, jak pasowało to do sytuacji. Widok bladej, opuchniętej twarzy przyjaciela z dzieciństwa faktycznie sprawiał mu przykrość, więc nie musiał specjalnie silić się na udawanie.

– Nie wiadomo. – Lekarz obrzucił zmętniałym z przepracowania wzrokiem opuszczającego pomieszczenie księdza. – Stracił przytomność i tyle. Nagłe zatrzymanie krążenia, jedno, później drugie, asystolia na zapisie. Serce w strzępach, rozumie pan? Mamy też kobietę i dwóch facetów z takimi samymi objawami. Przypuszczam – dodał, zniżając głos – że pojawił jakiś nowy dopalacz, wykańczający bardziej, niż osławiona lewodrazyna.

Wolniak kiwnął głową bez przekonania. Wiedział, o kim mówi rozmówca, sprawdził to wcześniej na ulicy; kobieta to życzliwa barmanka, a wspomniani faceci byli bywalcami jej lokalu. Teoria, że za wszystko odpowiada nowy narkotyk wydawała się kuszącym rozwiązaniem zagadki, zbyt wygodnym jednak, by okazało się prawdziwe.

– Tylko, że Tomala nie był żadnym ćpunem – stwierdził.

– Rodzina zawsze dowiaduje się ostatnia. Może szukał mocnych wrażeń? Zresztą, ktoś mógł mu to podać bez jego wiedzy, wie pan, jak tu jest. – Lekarz westchnął ciężko, z wysiłkiem. – Parę minut haju, a potem nagłe zatrzymanie krążenia i szlus. Można delikwentowi zabrać portfel.

Spokój i nonszalancja, z jaką lekarz wyrażał się o zbrodni budził niesmak; dziennikarz powstrzymał się jednak od cisnącego się na usta, wulgarnego komentarza.

– Znaleźliście coś we krwi? – spytał tylko.

Wzrok konowała znów powędrował gdzieś w bok i to starczyło Wolniakowi za całą odpowiedź. Zapewne nie szukali, a nawet gdyby znaleźli coś nowego, nie zgłosiliby tego, zrozumiał. Po co mieliby ściągać sobie na kark służby, zaczęłoby się śledztwo, węszenie… Sami pewnie też niejedno mieli do ukrycia.

Zapewne dlatego Tomala trafił właśnie tutaj.

– Chciałbym zobaczyć wyniki jego badań – stwierdził po chwili.

– A ja chciałbym wreszcie wygrać w planetarnej loterii. Widzi pan, nie jestem tak do końca przekonany, czy ten Tomala na pewno jest pańskim krewnym. Nie mam jak tego zweryfikować.

Wolniak sięgnął do kieszeni kurtki, wydobył z niej kwadratową płytkę z napisem „na okaziciela” i pomachał nią przed oczami rozmówcy.

– Ale to może pan zweryfikować?

Lekarz zmarszczył brwi i zawahał się, zanim wyciągnął rękę. Zanurzył drugą dłoń w kieszeni fartucha i wygrzebał stamtąd elektroniczny portfel, zbliżył do niego kartę i na chwilę zatrzymał wzrok na kwocie, która ukazała się na wyświetlaczu.

– Dajmy na to – powiedział beznamiętnie.

Podszedł do panelu ściennego obok łóżka Tomali, jednak zanim zdołał wzbudzić ekran, musiał otrzeć pot obficie roszący coraz bledsze czoło. Wolniak patrzył z coraz większą konsternacją na drżącą jak w gorączce dłoń, wskazującą na jedną z wyświetlonych na monitorze ikon. Muszą tu nieźle chlać, pomyślał. Mężczyzna jakby odgadł myśli dziennikarza, bo natychmiast zacisnął pięść.

– Ten – mruknął zmieszany i opuścił rękę.

Joe zbliżył do ekranu czytnik; urządzenie zamrugało błękitem na znak, że pobranie pliku przebiegło pomyślnie. Lekarz, zamiast wylogować się z panelu, wpatrywał się weń nieprzytomnym wzrokiem.

– Co jest? – Pytanie Wolniaka nie zawierało ani grama empatii, jedynie zawodową ciekawość. – Czym tak przyćpałeś, konowale?

Dziennikarz zdążył jeszcze pomyśleć, że zamiast tropić wyimaginowane epidemie, powinien zacząć zbierać materiały o korupcji i nadużyciach w planetarnej służbie zdrowia, gdy człowiek w białym fartuchu stracił przytomność i bezsilnie osunął się na podłogę tuż przy łóżku Tomali.

Zanim Wolniak wezwał pomoc, pochylił się jeszcze nad leżącym i wydobył z jego kieszeni kartę płatniczą z napisem „na okaziciela”.

 

***

 

Doktor Nadiya Mehra miała w zwyczaju pracować do późna. Wolniak przekonał się o tym nie raz; tego wieczora czekał jednak wyjątkowo długo. Zatrzymał wóz na parkingu w podziemiach wypełnionego po brzegi apartamentami molocha i znudzony, wypatrywał znajomego pojazdu, raz po raz umieszczając pod językiem tabletkę pobudzacza. Środek, działający na te same receptory, na które niegdyś działała nikotyna, nie wywierał na dziennikarza tak silnego wpływu jak dawniej, ale organizm bez niego zdawał się funkcjonować na zwolnionych obrotach, a umysł tracił jasność. Lokalny przemysł farmaceutyczny zarabiał na tym i podobnych świństwach zawrotne sumy i Wolniak nawet napisał na ten temat artykuł, bezlitośnie obnażający mechanizmy napędzającej sprzedaż, nieuczciwej reklamy.

Sam jednak zażywania szkalowanego środka nie zaprzestał.

Wóz lekarki pojawił się niespodziewanie. Znajomy widok na moment przyspieszył bicie serca dziennikarza, napędzając ospale krążącą krew. Joe odruchowo przeczesał palcami włosy, sięgnął do kieszeni po inny farmaceutyk, po czym, nie przestając obserwować szukającej miejsca parkingowego kobiety, wprawnym ruchem otworzył cienkie jak papier opakowanie. Podniósł dłoń z pojemnikiem i dotykając lekko językiem, przeniósł tabletkę do ust. Natychmiast poczuł chłód na podniebieniu i ostry, miętowy smak. Wiedział, że ów gryzący aromat niewiele miał wspólnego z prawdziwą miętą, którą pamiętał z dzieciństwa; był równie sztuczny, jak efekt, jaki środek miał wywołać w ciągu kilkunastu minut, akurat wtedy, gdy mężczyzna spodziewał się już dotrzeć do mieszkania Mehry. Wysiadając z samochodu, uruchomił jeszcze podręczny zagłuszacz ewentualnych podsłuchów i ruszył śladem kobiety ku windom.

Dogonił lekarkę tuż przy drzwiach. Na jego widok zmieszała się lekko; zmęczenie na jej twarzy ustąpiło na ułamek sekundy radości, by w końcu zmienić się w podejrzliwość.

– Zdziwiona? – spytał i objął ją, lekko wpychając do środka.

– Właściwie nie – odparła, jednocześnie sięgając do miejsca na panelu, odpowiadającemu właściwemu piętru. – Spodziewałam się ciebie…

Nie pozwolił, by skończyła. Pocałował ją długo, głęboko, namiętnie, zauważył jednak, że Mehra nie przywarła do niego, nie rozluźniła napiętych mięśni; sprawiała wrażenie, jakby odwzajemniała pocałunek z przymusu.

– …po tym artykule – dodała cierpko, gdy wreszcie z niechęcią oderwał wargi od jej ust.

Uderzony chłodem tych słów, odsunął się nieco i spojrzał na kobietę z wyrzutem.

– Nie ja go napisałem.

Winda zatrzymała się bez najdrobniejszej wibracji, jak zwykle w nowszych budynkach; tylko standardowe, krótkie piknięcie oznaczało, że dotarli do wyznaczonego piętra. Gdy Mehra zwinnie wyślizgnęła się z objęć Wolniaka, drzwi rozsunęły się z cichym sykiem.

– Wiem – powiedziała już z korytarza. – Ale nie przybiegłeś do mnie z samej tęsknoty. Zapewne chcesz, żebym załatwiła ci równie sensacyjny temat. Czy nie tak?

– Nie tak. Chcę zweryfikować tamte rewelacje i być może, je obalić. – Odwrócił się i popatrzył na kobietę z żalem, starając się, by kłamstwo, którym ją częstuje, zabrzmiało chociaż jak półprawda. – Bo jakoś nie wierzę w tę historię. Jest za starannie zmyślona, by okazać się prawdą. Mam ze sobą wyniki badań jednego prawie-sztywniaka, powinnaś rzucić na nie okiem.

Lekarka przekrzywiła głowę i udała, że się zastanawia. Tak naprawdę, oblizując podniebienie, analizowała, czy miętowy posmak pozostawiony przez język Wolniaka pochodzi od wspomagacza, który już nie raz sprawił jej wiele przyjemności i doceniała genialny pomysł jakiegoś chemika, który zdecydował o tak praktycznym wzbogaceniu receptury leku. Potem leniwie machnęła dłonią w zapraszającym geście.

– Chodź, skoro już tu jesteś – powiedziała w końcu do pochmurniejącego coraz bardziej dziennikarza. – Nie będziemy przecież… rozmawiać w windzie.

Nie musiała powtarzać dwa razy.

Na podziemnym parkingu człowiek wciąż ubrany w strój księdza zaklnął wulgarnie i wysiadł z samochodu. Zirytowany narastającym w słuchawkach szumem i zakłóceniami opornymi na wszelkie próby poprawy jakości przekazu zbliżył się do wozu Wolniaka i lekko dotykając karoserii, pozostawił na niej niedużą jak odcisk palca, przezroczystą płytkę aparatu śledzącego. Ten tani, powszechnie dostępny sposób inwigilacji nie należał może do najbardziej wyrafinowanych, ale jako lokalizator sprawdzał się całkiem nieźle. Gdy dziennikarz opuści mieszkanie Mehry, rozumował prowadzący nasłuch, zapewne pierwszym co zrobi, będzie wyłączenie zagłuszania. Zdarzali się co prawda paranoicy, którzy pozostawiali urządzenie aktywnym przez całą dobę, ale Wolniak jeszcze do nich nie należał.

Wystarczy uzbroić się w cierpliwość.

 

– Mehra –

 

– To wszystko nie trzyma się kupy – powiedziała, wziąwszy najpierw głęboki oddech. – Oba artykuły to stek bzdur. Rzekoma epidemia w Nowym Mumbaju? Brak mi słów.

Zawsze lubiła publiczne wystąpienia i pozostawanie w centrum uwagi, ale tym razem czuła się niezbyt pewnie. Wiedziała, że paść mogą pytania niewygodne i poruszone zostaną tematy, których wolałaby uniknąć. Braun poinstruował ją wcześniej, że w razie czego, ma wszystkiemu zaprzeczać, lecz taka taktyka sprawdzała się tylko w odniesieniu do laików, a Mehra miała tłumaczyć się przed najtęższymi umysłami na planecie. Nigdy wcześniej w takich sytuacjach nie pociły się jej dłonie i nie zasychało w gardle, a serce nie biło tak mocno, jakby miało rozerwać żebra.

– Nie do końca – odezwał się jeden z czołowych mikrobiologów. – Człowiek, który zmarł w tamtym szpitalu miał styczność z kobietą z Lakszmi.

– A obydwoje przez jakiś czas przebywali tu, w Centrum, pobraliśmy od nich wymazy z gardeł. Oboje byli nosicielami – przypomniała natychmiast Nadiya. – Powtarzam jeszcze raz: żeby ten podtyp zaczął zabijać, organizm musiałby być skrajnie wycieńczony albo pozbawiony odporności, a to normalni, zdrowi ludzie. Wyniki analiz genetycznych Pseudospiria ramenti, podtyp A1S2 otrzymali państwo wcześniej, jak również podsumowanie danych uzyskanych z wirtualnych modeli doświadczalnych Ami Singh i Jerry'ego Tomali. Wszystkie dane pozyskane z symulacji kontaminacyjnych ekipy z Lakszmi pozostają do wglądu i porównania.

– Wolałabym obejrzeć analizy z wymazów pobranych po śmierci tej pary – zauważyła kobieta z końca sali. – Jakaś zmiana musiała się dokonać, ale dopiero gdy tamci opuścili Centrum.

– Pary? – podchwycił ktoś. – Przecież wiemy tylko o śmierci Tomali. Ciała kobiety, o ile się nie mylę, nie odnaleziono, zakładajmy więc, że wciąż żyje.

Przez pokój konferencyjny przetoczyła się fala podniesionych głosów; niektórzy z obecnych głośno wyrażali poparcie dla ostatniego założenia, inni uważali je za błędne, a Mehra cieszyła się w duchu z tej krótkiej chwili wytchnienia. Przechwyciła spojrzenie siedzącego pod ścianą Brauna, ale choć z uporem szukała w nim poparcia, znalazła tylko doskonale udawaną obojętność.

– Nieważne – zagrzmiała w końcu uparta dyskutantka z końca sali. – Interesuje mnie tylko porównanie cech podtypu przedtem i potem. Nic innego się nie liczy. Czy dysponuje pani takimi danymi, doktor Mehra?

W spojrzeniu Brauna zalśnił lód; Nadiya odwróciła wzrok i spojrzała na kobietę równie zimno, jak agent patrzył na nią samą.

– Jeszcze nie. Badania trwają, właśnie uruchomiliśmy pierwszy model doświadczalny. Każdy z państwa otrzyma wyniki natychmiast po ich zakończeniu. Sądzę, że powinniśmy rozważyć też alternatywne wyjaśnienia z użyciem środków odurzających…

– Znaleziono tylko moderol – przerwał jej wypowiedź ktoś z sali.

– Który nie powoduje nagłych epizodów sercowych. To nie to – podchwycił natychmiast następny naukowiec.

– …nowych środków, o ekstremalnie krótkim czasie półtrwania – dokończyła z naciskiem Mehra. – Mamy sygnały, że podobne związki pojawiły się już na ulicach Nowego Mumbaju, odnaleziono zresztą ślady takich we krwi lekarza i ludzi z portowego baru.

– Tylko ciężko mi uwierzyć, by zażywali je naukowcy z Lakszmi – zauważył główny mikrobiolog. – Poza tym, nie tłumaczą nawrotów nagłego zatrzymania krążenia. Tu w grę wchodzi inny czynnik, taki, którego istnienia się nie domyślamy. Przynajmniej na razie.

Mehra znów wymieniła z Braunem porozumiewawcze spojrzenia i zauważyła z zadowoleniem, że twarz agenta złagodniała.

– Dobrze, że nie spytali o Kumara Singha – zauważyła z ulgą, gdy ostatni z uczestników narady zamknął za sobą drzwi.

– Ten przypadek jest utajniony – odparł mężczyzna wstając. – Masz przy jego badaniu wolną rękę i tyle czasu, ile chcesz.

– Nie wiem, jak długo mogę go badać. – Zasępiła się. – Jak długo mi wolno.

Braun podszedł do Mehry i oparłszy się o stół konferencyjny przyglądał się przez przezroczystą ścianę naukowcom, zawzięcie dyskutującym na korytarzu. Gruba warstwa kompozytu skutecznie tłumiła wszystkie rozmowy i agent przez chwilę żałował, że nie potrafi czytać z ruchu warg.

– Tak długo, aż osiągniesz wynik, z którego będziesz w pełni zadowolona – powiedział.

Mehra wyłączyła właśnie ostatni wyświetlacz i ociężale oparła dłonie o blat.

– Ja czy ty? – spytała cicho.

Uśmiechnął się krzywo.

– Na jedno wychodzi. A, tak przy okazji, kiedy zamierzałaś mnie powiadomić, że widujesz się z Wolniakiem? – Braun spoważniał nagle i dodał ostro: – Mam nadzieję, że nie powiedziałaś mu więcej, niż powinnaś. Ustaliliśmy przecież, że jedynym kanałem kontaktu z prasą będzie Bishop.

Lekarka zagryzła wargi. Skąd, do jasnej cholery, on o tym wie?

– Pytał o mnie? – Padło następne pytanie agenta.

Któryś z naukowców na korytarzu roześmiał się głośno, perliście; słychać go było nawet przez dźwiękoszczelną ścianę. Mehra powoli pokręciła głową.

– Nie. Ale wie, że Singh wtedy z baru dzwoniła do mnie. Jeśli dowie się, że to ja pomogłam im uciec, to…

– Nie dowie się. – Braun wyprostował się i odmachał na pożegnanie któremuś z naukowców. – Jeśli sama mu nie powiesz. Konszachty z pismakami pozostaw mnie.

Nadiya oderwała palce od stołu i wbiła wzrok w agenta, ale nie odwzajemnił spojrzenia, uparcie śledząc odchodzących naukowców. Zauważyła, że korytarz całkiem opustoszał.

– Boję się, Oliver. Kiedy to się skończy? – szepnęła miękko, przysuwając się do Brauna i czule głaszcząc jego ramię. Gdy przytuliła policzek do barku mężczyzny, agent otrząsnął się, jednym ruchem uwalniając ciało od coraz śmielej poczynających sobie ciemnych dłoni.

– Już niedługo – obiecał enigmatycznie, nie wyjaśniając nic więcej.

Wyszedł z sali konferencyjnej, nie oglądając się na wpatrzoną w niego Mehrę. Termin, wyznaczony przez Dhawana Miner Industries zbliżał się nieubłaganie, ale dla Brauna nie było już tajemnicą, co ma wtedy nastąpić.

Postanowił wykorzystać to wydarzenie do własnych celów.

 

***

 

Sati zamiast księżyca miała czerwonego karła. Nie krążył jednak z planetą wokół wspólnego środka ciężkości jak ziemski satelita, ale tańczył w oddali tak, jak zagrał mu biały hegemon trwającego w osobliwej równowadze układu potrójnego. Widoczny tylko nocą, bezsilnie przyglądał się z dystansu towarzyszce, która lata temu ograbiła go z planet. Czasem dołączał do niego jaśniejszy, pomarańczowy karzeł, również trzymany przez największą z gwiazd na długiej smyczy. Mehra mimowolnie wpatrywała się w czerwieniejący na nieboskłonie punkt; znudzona monotonnym, zaprogramowanym lotem ponad pustynią, niecierpliwie odliczała minuty, dzielące ją od lądowania u stóp małej placówki badawczej na Wyżynie Lakszmi. Ryzykowała, ale powodowana raczej wyrzutami sumienia, niż namowami Wolniaka. Wciąż jeszcze czuła na szyi muśnięcia jego warg.

Dostarcz mi dowód – zażądał.

Dałam ci już dosyć – odparła wtedy.

Joe pieszcząc językiem jej ucho, zaskamlał:

Daj mi coś, co pogrzebie wersję o narkotykach. Daj, proszę…

Domyślą się, że dostałeś to ode mnie – jęknęła cicho, z przestrachu albo dlatego, że lekko co prawda, ale niespodziewanie pochwycił między zęby brodawkę jej sutka.

Prawego, potem lewego, po czym, dla równowagi, zasypał obie twardniejące piersi pocałunkami.

Nikt się nie dowie – obiecał, sunąc wargami po jej brzuchu. – Muszę to mieć.

Gdy dotarł na sam dół, Nadiya rozwarła uda jeszcze szerzej; poczuła w kroku gorącą szorstkość języka, przyprawiającą ciało o przyjemne drżenie i przyspieszającą oddech.

Będziesz to miał – wydyszała.

Mimo iż z niecierpliwością czekała teraz na koniec podróży, włączenie się świateł lądowania zaskoczyło ją zupełnie, po części dlatego, że żadne lampy nie płonęły przed opuszczoną stacją badawczą i nic nie rozpraszało mroku pustyni. Czerwona plamka dalekiej gwiazdy znikła, automatyczny głos rozpoczął odliczanie, zamigały diody kontrolek, odwrócenie ciągu wprawiło minikopter w nieznaczną wibrację. Mimo, że maszyna miękko osiadła na zasypanym pyłem lądowisku, kadłub zadrżał przy przyziemieniu. Jednostajne dudnienie silnika umilkło, zasyczał mechanizm zwalniający blokadę drzwi; Mehra pchnęła je lekko, jakby od niechcenia i zsunęła się z fotela wprost na piasek.

Reflektory maszyny rozświetlały tylko najbliższy fragment lądowiska i nikły się w ciemności, pozwalając kobiecie dostrzec tylko zarys prowadzącego do stacji podestu. Bryła budynku ciemniała w oddali, odcinając się tylko nieznacznie na tle brudno-granatowego nieba, naznaczonego rozmytą poświatą dalekiego obłoku pyłowego. Ciszę panującą wokoło rozpraszał nieustający szum w uszach, pokłosie huku umilkłych już silników, irytującego niczym zapamiętywany przez oczy powidok.

Pokrywa panelu włącznika przy drzwiach ustąpiła bez oporu; przecież ostatni uczeni odlecieli stąd całkiem niedawno. Wyglądała na szczelną, ale okazało się, że nie przylega do końca i Mehra najpierw otarła dłonią nagromadzoną na płytce kontrolnej warstwę pyłu, potem przekręciwszy staromodny przełącznik, włączyła lampy i odblokowała drzwi kompleksu. Zawahała się, zanim przestąpiła próg; nie była wcześniej w tej stacji, ale znała takie placówki na wylot. Z wnętrza niósł się zapach mieszaniny kurzu i chemikaliów, a gęste, ciężkie powietrze stanowiło niemiłą odmianę po chłodnym powiewie pustyni, chłodzącym spoconą skórę.

Oświetlony zmatowiałymi płytami jarzeniowymi korytarz zaprowadził lekarkę do naukowej części kompleksu i laboratorium mikrobiologicznego, w którym niegdyś pracowała Sara Grimson. Mehra znała ją osobiście; niezbyt się lubiły. Może dlatego wybór padł właśnie na tą stację? Nadiya ominęła puste stanowiska badawcze i podeszła do szafek, w których personel najczęściej przechowywał zapasy materiałów i odczynników. Zajrzała do jednej, potem drugiej i kolejnej, ale nic nie przykuło jej wzroku. Dopiero otworzywszy czwartą znalazła to, czego szukała: prawie puste pudełko końcówek pobierających do przenośnych mikrosystemów analitycznych. Podniosła je i z ulgą odczytała znajomą serię, potrząsnęła pojemnikiem. Ostatnia z wymazówek zagrzechotała o jego ściany.

Ta, którą nie zdołano potraktować Ami Singh.

Żadnemu z badaczy ani śledczych nie przyszło do głowy, by przyjrzeć się fabrycznie zapakowanemu przyrządowi. Nikt nie wpadłby na pomysł, by weryfikować jałowość, ani by poszukiwać na jego powierzchni specjalnie wyhodowanego podtypu Pseudospiria ramenti, owocu długoletnich badań i życiowego osiągnięcia doktor Nadiji Mehry. Nie różniącego się od innych szczepów niczym, poza dodatkiem podatnym na zdalnie generowany impuls elektromagnetyczny o odpowiedniej częstotliwości. Armie ziemskich mocarstw za taki wynalazek zapłaciłyby krocie; tu, na Sati, zainteresował tylko Olivera Brauna.

Pieprzonego skurwiela Brauna.

Rozdrażniona Mehra z rozmachem zatrzasnęła drzwi szafki. Huk uderzających o siebie, metalowych płyt trwał dłużej, niż lekarka się spodziewała, przechodząc w głuchy pomruk. Szybko pojęła, że dźwięk pochodzi z zewnątrz budynku i skojarzyła, co może być jego źródłem. Naprędce wcisnęła pudełko z wymazówką do torby i wypadła z laboratorium. Gdy biegła przez korytarz, dźwięk zdawał się narastać; mógł oznaczać tylko jedno – wypożyczony przez nią mikrokopter uaktywnił program zaprogramowanego, automatycznego powrotu i właśnie szykował się do odlotu. Zanim jednak dopadła zewnętrznych drzwi stacji, hałas ucichł i Mehra zatrzymała się również.

Istniało jeszcze jedno wytłumaczenie. Dlaczego nie wzięła go pod uwagę?

Wstrzymując oddech i oblizując raz po raz zaschnięte wargi, czekała z niepokojem, ale nikt nie pojawił się na progu. Mijała minuta za minutą, kobieta poczuła w końcu ból napiętych mięśni, otrząsnęła się i powoli, jak najciszej ruszyła przed siebie. Chrzęst piachu, dostającego się w zakamarki otwieranych drzwi przyprawił ją o dreszcze; ostrożnie wyjrzała na zewnątrz.

Pozornie nic się nie zmieniło – mikrokopter pozostawał w trybie oczekiwania, wabiąc z oddali światłami pozycyjnymi. Innych maszyn nie zauważyła. Ktoś musiał po prostu przelatywać nad stacją, pomyślała i nieśmiało postawiła stopę na zasypanym podeście. Gdy owionęło ją zimne, nocne powietrze zadrżała po raz wtóry. Gdy odwracała się, by zamknąć drzwi i na powrót zgasić światła, delikatny powiew znad pustyni uderzył kobietę w policzek drobinami wszędobylskiego pyłu. Jeden ruch palców i pobliże stacji zatonęło w mroku; w absolutnej ciszy zatrzaśnięcie pokrywy panelu zabrzmiało prawie jak eksplozja. Wtedy, kątem oka Mehra zarejestrowała w ciemności jakieś poruszenie.

Nie odważyła się spojrzeć w tamtą stronę. Spłoszona, pognała ku kopterowi, dudniąc obcasami o podest, ale zanim dotarła do maszyny, powietrze przeszył huk wystrzału. W tej samej chwili w plecy tuż pod prawym barkiem uderzyła fala gorąca, przechodząca natychmiast w rozdzierający ból. Nadiya krzyknęła żałośnie, zgubiła rytm kroków i straciwszy równowagę, padła jak długa na ziemię. Z początku nie poczuła, że przygniatając zgiętą rękę ciężarem ciała, zgruchotała kości przedramienia; dopiero po chwili druga fala bólu sprawiła, że pociemniało jej przed oczami. Do otępionej cierpieniem świadomości powoli zaczęło przebijać się wrażenie rozlewającej się po udach, ciepłej wilgoci.

Leżała jak sparaliżowana, bojąc się, że najdrobniejszy ruch spotęguje cierpienie, ale gdy do jej uszu coraz wyraźniej zaczęły dobiegać odgłosy ciężkich kroków, przemogła strach. Przygryzła wargi i opierając się na zdrowym, lewym przedramieniu, zaczęła niezdarnie pełznąć w kierunku maszyny. Wtedy kroki ucichły i Mehra zrozumiała, że tamten przystanął, by splądrować porzuconą przez nią torbę.

Pojęła, że musi wykorzystać nadarzającą się okazję. Zacisnęła szczęki i zdwoiła wysiłki, czołgając się w mroku. Nie umknęła daleko – intruz w mgnieniu oka znalazł się tuż za nią. Przez jakiś czas cierpliwie przyglądał się rozpaczliwym wysiłkom uciekinierki, podążając za nią w milczeniu. Nie zdołała dostrzec rysów jego twarzy, mimo iż raz i drugi rzuciła w tamtą stronę trwożne spojrzenie; ciemność i pył uczyniły załzawione oczy prawie ślepymi. Szybko straciła resztki sił i z rezygnacją opadła na podest, łkając bezgłośnie.

Dopiero wtedy tamten podszedł naprawdę blisko i przygwoździł lekarkę do podłoża, naciskając stopą okolicę krzyżową. Mehra wydała z siebie krótki, zdławiony okrzyk, ale natychmiast umilkła. Na chwilę na Wyżynie Lakszmi zapanowała absolutna cisza.

Potem intruz wycelował w tył głowy kobiety i strzelił.

 

– Bishop –

 

– Jest niedaleko. – Człowiek podający się za Bishopa rzucił okiem na wyświetlacz, zwykle prezentujący kierowcy postępy podróży, tym razem śledzący wóz Wolniaka. – Jakieś pięć minut.

Siedzący na miejscu pasażera Braun skinął głową. Nie czuł żadnego napięcia w głosie towarzysza, jakby czekać ich miała zwykła, towarzyska pogawędka. Sam też nie niepokoił się ani trochę, zastanawiała go tylko determinacja, z którą dziennikarz dążył do spotkania z Bishopem. Czego chciał, wciąż pozostawało zagadką. Czy nalegał na rozmowę twarzą w twarz, bo odgadł, że zamiast tajemniczego wolnego strzelca artykuły przesyła redakcji ktoś inny? Istniała taka możliwość, choć wymieniali tylko wiadomości tekstowe. A może domyśli się dopiero wtedy, gdy w wyłączonej już z użytku, starej stoczni zamiast Bishopa wyjdzie mu na spotkanie Braun. W każdym razie, od tego, jak Wolniak zareaguje, będą zależały jego dalsze losy. Człowiek zajmujący fotel kierowcy przygotowany był na każdą ewentualność.

– Pokaż widok z „Nietoperza” – polecił agent. – Zobaczymy, czy faktycznie przyjechał sam.

Bishop bez słowa zmienił obraz rzutu okolicy z przemieszczającym się powoli czerwonym punktem na podgląd z kamery drona. Pustą drogą nadjeżdżał tylko jeden pojazd.

Zaparkował przed bramą zakładu–molocha, wznoszącego ku niebu potężne ściany zakrzywiające się łagodnie w olbrzymią kopułę, niegdyś podtrzymującą gigantyczne stelaże konstrukcyjne stacji–wysp. „Nietoperz” obniżył pułap i ukazał oczom inwigilatorów wysiadającego z pojazdu mężczyznę. Wolniak przybył sam.

– Miej oczy otwarte, Jakim – mruknął Braun.

– Zawsze mam – odburknął człowiek podający się za Bishopa, pomyślał chwilę i stwierdził: – Zawsze mnie ciekawiło, czy ziemskie nietoperze też potrafiły czytać z ruchu warg.

– To były tylko głupie zwierzęta. – Agent uśmiechnął się krzywo. – Nie ufasz mi? Przecież sam do ciebie przyszedłem.

– Nie ufam nikomu. Nie po numerze, który wycięła ta kurwa.

Braun w jednej chwili spochmurniał; na wspomnienie Mehry poczuł niesmak. To jej wiarołomstwo sprawiło, że zdecydował się na widzenie z Wolniakiem, musiał przecież ocenić, jak wiele mu zdradziła. Bez słowa wysiadł z wozu i z obojętną miną ruszył na spotkanie z dziennikarzem. Do środka hali prowadziły wypaczone drzwi, oznaczone jako „przejście służbowe”. Nie domykały się; Braun zostawił je półotwarte. Klucząc pomiędzy porzuconym w środku złomem, ani razu nie spojrzał za siebie. Czuł na plecach wzrok „Nietoperza”. Wiedział, że dron zastygł w którymś z prześwitów, tworzonych przez niekompletną okładzinę ścian i stapiając się z rdzewiejącym żelastwem, cierpliwie czekał na rozpoczęcie rozmowy. To nic, że kieszenie Wolniaka musiały skrywać standardowe zagłuszacze; wystarczyło zatrzymać się dość daleko, by robot znalazł się poza ich zasięgiem, a dość blisko, by jego kamera zdołała zarejestrować ruchy warg, towarzyszące słowom dziennikarza. To nic, że Jakim usłyszy tylko elektroniczną wersję jego głosu. To nic, że nie usłyszy odpowiedzi agenta. Domyśli się reszty.

Widok Brauna nie zaskoczył Wolniaka. Klucząc pomiędzy gruzem i śmieciami, wypełniającymi wnętrze kopuły stoczniowej, zadawał się uśmiechać z zadowoleniem, jakby właśnie agenta spodziewał się zobaczyć. Gdy stanęli naprzeciw siebie w centrum hali, dziennikarz odezwał się pierwszy:

– Pan Braun, prawda?

– Zbędne pytanie, Wolniak.

Dziennikarz wyszczerzył zęby w grymasie, przypominającym uśmiech.

– Wiem. Chciałem zacząć od kurtuazji, ale skoro pan woli, przejdę od razu do rzeczy. Ja też nie lubię tracić cennego czasu, a raczej nie mamy go zbyt dużo.

Gaduła jak każdy pismak, ocenił przeciwnika Braun. W dodatku czuje się bardzo pewnie; chyba jeszcze nie wie, jak skończyła Mehra. Jakim bardzo chętnie dokończy dzieła.

– Czego pan chce? – spytał sucho.

– Złożyć ofertę i usłyszeć, jakie ma pan oczekiwania. Dodam, że jestem tylko pośrednikiem, moje życie nie należy do najcenniejszych i nie warte jest nawet kuli, ale tylko ja mam dojście do oferenta i beze mnie straci pan okazję do kontaktu. Wyjaśniam tak, na wszelki wypadek, gdyby zamierzał mnie pan zabić.

Agent wzruszył ramionami, na znak, że życie dziennikarza rzeczywiście nie przedstawia wielkiej wartości.

– Do rzeczy – warknął.

Wolniak spoważniał. Na zewnątrz chmury zakryły białą gwiazdę i przez przejrzysty dach hali wpadało teraz o wiele mniej światła; może dlatego twarz pismaka okryła się cieniem?

– Na początek przyznam, że podziwiam pana, Braun. Za to, że chce pan pomóc tym biednym rewolucjonistom. Proszę nie zaprzeczać, widziałem jednego z nich w szpitalu, udawał księdza. To chwalebne, ale oni nie mają szans. To utopia, że Sati będzie należała do tutejszych ludzi. Bez pieniędzy wielkich korporacji nie będzie terraformingu i życia. Na dłuższą metę anarchia przyniesie planecie zgubę. Rozumie to pan chyba?

Agent niezdecydowanie kiwnął głową. Wolniak jak dotąd nie zdradził najważniejszego – kogo tak bardzo martwi możliwość, że planeta pogrąży się w anarchii.

– Przyjmijmy na moment, że rozumiem. W jaki sposób miałbym do tego przyłożyć rękę?

– Odstąpi pan od zarażania. Oni muszą się dogadać, rozumie pan?

Oni, czyli wciąż nie wiadomo, którą stronę reprezentuje dziennikarz, pomyślał Braun, udając że zastanawia się nad propozycją Wolniaka.

– Muszą – kontynuował pismak. – A czy wygra ten czy tamten koncern, nie ma chyba większego znaczenia. Dla planety, rzecz jasna, bo dla pana różnica może być zasadnicza.

– Przypuśćmy, że bym się zgodził – podchwycił natychmiast agent. – Co mógłby mi pan obiecać, Wolniak?

Odpowiedź padła bez zastanowienia.

– Władzę. Czyli to, czego pan chce najbardziej, Braun, bo nie wierzę, że robi pan to, co robi, z pobudek ideologicznych.

– A gdyby tak było?

– W takim razie spytałbym o cenę, która skłoni pana do zmiany poglądów.

– Takich rzeczy nie robi się dla pieniędzy.

– Oczywiście. Ale dla dużych pieniędzy, owszem. Proszę podać kwotę.

Braun nie odrzekł nic, znów udając że się zastanawia. Wiedział już, że nie chodziło o Dhawana Miner Industries ani hinduski zarząd planety, od nich prędzej dostałby kulkę w łeb niż worek pieniędzy. Omiótł spojrzeniem podłogę; czy zdawało mu się tylko, że widzi przemykające pośród walających się szczątków robactwo?

– Przemyślę to – odpowiedział wreszcie. – Odezwę się.

Dziennikarz skinął głową i rozstali się bez słowa. Agent odprowadził go wzrokiem; gdzieś za niedomkniętymi wrotami doku niemrawo szemrał akwen. Biała gwiazda znowu wyszła zza chmur, promienie jasnego światła przedzierały się przez pył osadzony na przejrzystym dachu kopuły i pstrzyły nadgryzione zębem czasu ściany, załamując się na zastygłych w bezruchu ramionach dźwigów. Braun odetchnął głęboko raz i drugi, po czym kopnął ze złością leżącą u jego stóp plastikową butelkę. Najbardziej ubodła go świadomość, że Wolniak w gruncie rzeczy miał rację: bez wielkich pieniędzy nie da się kontynuować procesu transformacji planety.

Z ociąganiem ruszył w kierunku samochodu. Wlokąc się noga za nogą dotarł w końcu do zdezelowanych drzwi z na wpół zatartym napisem „Przejście służbowe”, którymi miał wydostać się na plac za zakładem. Zanim chwycił za pordzewiałą klamkę, zawahał się na moment – wydawało mu się, że wchodząc, pozostawił je uchylonymi szerzej; teraz były prawie zamknięte. Zaniepokoiło go to, choć sam nie wiedział, dlaczego; cofnął dłoń wyciągniętą w kierunku klamki i ostrożnie zerknął przez szparę pomiędzy drzwiami a futryną. Pojazd, w którym Jakim miał czekać na Brauna wyglądał na pusty, a przecież towarzysz miał agenta ubezpieczać. Poszedł się odlać, albo…

Albo sam postanowił skorzystać z oferty Wolniaka.

Braun odetchnął głęboko, zdając sobie sprawę, że w takim wypadku zginie, przekraczając próg. Wycofał się w głąb hali i zadzierając głowę, odszukał niezmiennie tkwiącego w jednej z luk „Nietoperza”. Człowiek i dron przez chwilę mocowali się spojrzeniami. Braun pozornie wygrał; automat uniósł się łagodnie i zniknął, nie wydając żadnego dźwięku, by pojawić się zaraz potem w innym prześwicie. Agent nie zamierzał dłużej tracić na niego czasu.

Podążył wzrokiem po szczeblach metalowej drabinki, wiodącej na przytuloną do ściany platformę. O ile pamiętał, ponad nią znajdowało się przejście na podobny pomost, znajdujący się po zewnętrznej stronie kopuły. Zdecydował od razu; zanim postawił pierwszy krok ku drabince, włączył zagłuszacz, oślepiając drona.

Na górę dostał się błyskawicznie; zdziwiony panującą dookoła ciszą dobył broni i ostrożnie wyjrzał na zewnątrz. W tej samej chwili gdzieś z dołu padł strzał. Kula odbiła się rykoszetem od metalowego stopnia zewnętrznej platformy, Braun w mgnieniu oka skrył się we wnętrzu kopuły, ale zdołał zauważyć wzniesione w powietrze ramię strzelca.

Jakim! Zdrajca bezbłędnie przewidział jego posunięcie.

Skrzypnięcie poniżej wyrwało go z zamyślenia; nie zdążył przypaść do podestu, zanim człowiek podający się za Bishopa, nieznacznie wychylając się zza drzwi z napisem „Przejście służbowe” oddał w jego stronę serię strzałów. Rykoszety zadudniły o ściany, z ust Brauna wyrwał się krótki, urywany okrzyk; któraś z odbitych od metalu kul drasnęła go w głowę, inna ugodziła łydkę. Przeszywający ból powalił agenta na kolana i wytrącił pistolet spomiędzy palców. Broń, sunąc po gładkiej płycie platformy, błyskawicznie zniknęła mu z oczu i wylądowała na podłodze hali, wzbudzając przy upadku dźwięczne echo.

Zapadła cisza. Braun przylgnął do metalu, wstrzymał oddech i na moment rozluźnił mięśnie. Przymknął zalewane krwią powieki, zacisnął zęby, czując rozprzestrzeniające się po nodze gorąco, ale postanowił wytrwać leżąc bez ruchu tak długo, jak się da. Krew, spływająca na platformę, zaczęła powoli kapać na dół przez nieszczelności między blachami. Wtedy usłyszał ostrożne, ale coraz wyraźniejsze kroki Jakima, a potem odgłosy ciężkich butów, ślizgających się na stopniach drabinki.

Otworzył oczy i napiął mięśnie, jak drapieżnik gotujący się do skoku.

 

– Ami Singh –

 

– On cię tak urządził? – spytała, rozpylając na ranę na głowie Brauna środek odkażający i nie czekając na potwierdzenie, dodała: – Okropny człowiek.

– Nie zobaczysz go więcej – obiecał szeptem.

Zaraz potem skrzywił się i syknął z bólu, gdy Singh niechcący musnęła jego rozbity łuk brwiowy.

– Przepraszam. – Natychmiast cofnęła dłoń i wystraszona, odchyliła się lekko.

– Rób swoje – mruknął przez zaciśnięte zęby.

Przysiadła na zgiętej nodze na krawędzi kanapy u boku agenta, który cierpliwie starał się znosić wszystkie zabiegi. Nie spytała, do kogo należy mieszkanie, w którym się zatrzymali, wdzięczna, że zabrał ją z obskurnej, piwnicznej nory w południowym Nowym Mumbaju, gdzie spędziła w zamknięciu kilka ostatnich tygodni pod nadzorem człowieka, który podszywał się pod Bishopa. Przyjęła z ulgą tę odmianę losu, choć w głębi duszy czuła, że to tylko wstęp do nowych kłopotów.

W milczeniu sięgnęła po opatrunek w sprayu; kładąc palce na skroni mężczyzny, nieznacznie odchyliła jego głowę, tak, by lepiej widzieć ranę i nacisnęła rozpryskiwacz. Lekka mgiełka zmieniła się w przezroczystą, ograniczającą krwawienie powłokę, oblepiając krótko ścięte włosy Brauna. Powłoka w ciągu kilku sekund upodobniła się kolorem do otaczającej skóry, ale Ami przyjrzała się krytycznie swemu dziełu i zmarszczyła brwi z niezadowoleniem.

– Za dużo – oceniła.

– Musi zostać – stwierdził, obracając ku niej twarz.

Zanim oderwała palce, zdążył, niby przypadkiem, musnąć ustami miejsce tuż nad nadgarstkiem po wewnętrznej stronie jej dłoni. Udała, że nie zauważyła; zsunęła się z łóżka i przyklęknęła przy postrzelonej nodze mężczyzny. Gdy Braun w milczeniu podał jej nożyczki, w mig zrozumiała sugestię i tak ostrożnie, jak tylko umiała, zaczęła rozcinać przesiąknięty krwią materiał.

– Ufasz mi – powiedziała cicho, nie podnosząc wzroku. – Wiesz, że mogłabym teraz, tymi nożyczkami…

– Wiem – mruknął, masując rozbity nadgarstek.

– Nie boisz się, że… No wiesz.

– Nie.

Przez chwilę bił się z myślami, czy opowiedzieć o tym, że dawno już minął termin jego śmierci, wyznaczony przez jego własny model doświadczalny. W końcu nie zdobył się na tak daleko posunięte zwierzenia. Pewnie Singh by zrozumiała, przecież jej mąż był naukowcem, ale Braun obawiał się szczerości i tego, że w jego ustach takie wyznanie zabrzmi śmiesznie i niewiarygodnie. On, agent rządowy miałby wierzyć w przesądy? Zwłaszcza w takie, z uporem powtarzane przez gawiedź: minął dzień, w którym komputer przepowiedział, że umrzesz? Teraz dożyjesz spokojnej starości.

Bzdura do kwadratu, uznał.

Singh zupełnie inaczej zinterpretowała jego milczenie. Rozcięła nogawkę aż do kolana i bez słowa oddała mu nożyczki.

– Nie powinnam robić żadnych głupstw przez wzgląd na Jerry'ego, prawda? – Odsłoniła wymazaną krwią łydkę, starannie otarła ręcznikiem, przyjrzała się ranie, po czym orzekła: – To tylko draśnięcie.

I jak tu nie wierzyć w przesądy, pomyślał Braun.

– Nie powinnaś – potwierdził.

Czuł, że właśnie na takie zapewnienie czekała, że szukała okazji, by zadać jedno z wielu dręczących ją pytań i że niebawem padnie kolejne.

– Jak on się czuje?

Nie odpowiedział; syknął z bólu i zacisnął zęby; zmieszana z płynem dezynfekującym krew grubymi strumieniami spływała na podłogę.

– Co z nim? – nie ustępowała.

– Wszystko dobrze – mruknął. – Kończ.

Posłusznie zasklepiła ranę opatrunkiem w sprayu, ale gdy usiłowała zetrzeć czerwoną plamę z podłogi, rozmazała ją jeszcze bardziej.

– Żyje, prawda? – Westchnęła i sięgnęła po drugi ręcznik; po chwili na gładkim tworzywie zostały tylko nieznaczne smugi.

– Zostaw, nieważne – polecił i skłamał: – Żyje.

Singh niespodziewanie zarzuciła mu ramiona na szyję i przytuliła twarz do jego piersi.

– Pozwól mi się z nim zobaczyć – szepnęła.

Zaskoczony mężczyzna objął ją, skwapliwie korzystając z nadarzającej się okazji.

– Teraz to niemożliwe – odparł. – Czeka, aż wyhodują mu nowe serce. Utrzymują go w śpiączce, rozumiesz? Ale za jakiś czas… Kto wie. Jeśli będziesz pomocna…

Zrozumiała od razu. Podniosła głowę; ich twarze znalazły się naprzeciw siebie, tak blisko, że gdy szeptała, niby od niechcenia muskała wargami jego nos.

– Co mam zrobić? – spytała, delikatnie głaszcząc szorstki policzek agenta.

– Jutro się dowiesz. – Zanurzył jedną dłoń w jej ciemnych, bujnych włosach; druga powędrowała w dół, ku pośladkom i ześlizgnęła się z nich pomiędzy uda. – Ale nie będzie trudniejsze, niż to – powiedział i wsunął język pomiędzy lekko rozchylone wargi Singh.

Nie odważyła się sprzeciwić.

 

***

 

Zaskoczył ją widok żywej trawy. Nigdy wcześniej nie widziała drzew liściastych, nie umiała nazwać żadnego z misternych kwiatów, pyszniących się niespotykanymi na Sati barwami. Od unoszących się w powietrzu zapachów zaczęło szumieć jej w głowie, choć nie dorównywały intensywnością wszechobecnym w miastach planety sztucznym aromatom. Widywała co prawda klomb na dziedzińcu Centrum, ale porastające go, zimnotrwałe rośliny nie dorównywały tym, które zobaczyła na terenach rekreacyjnych Stacji Orbitalnej Diu.

Przyjęcie trwało w najlepsze; oszołomiona gwarem i głośną muzyką szukała wytchnienia poza imprezowym namiotem. Nawykła do kameralnej stacji badawczej i towarzystwa paru zaledwie osób, źle znosiła kłębiący się wewnątrz, rozbawiony tłum.

– Tu jesteś, skarbie. – Usłyszała za plecami głos Brauna.

Zadrżała; wspomnienie tych kilku momentów w których mu się oddawała zdjęło ją odrazą. Z trudem zniosła na plecach palce mężczyzny, kreślące delikatną linię między łopatkami i wślizgujące się pod pachę. Wstrzymała oddech, gdy dłoń agenta, obowiązkowo zahaczając o ledwie skrytą pod głębokim dekoltem pierś, zsunęła się na biodro, a potem powoli powędrowała w dół brzucha.

– Przestań – zadzwoniła zębami. – Ta cholerna suknia…

Stanął za nią i otoczył ramionami, jakby chciał oddać Singh ciepło swego ciała.

– Dobrze ci w niej – szepnął tuż nad jej uchem. – Co jest nie tak?

– Nie cierpię takich wydekoltowanych kiecek. Zimno mi. Wyglądam w niej jak… Jak jakaś skończona dziwka.

Braun za jej plecami skrzywił się nieznacznie. Poniekąd masz rację, pomyślał. Sukienka należała wcześniej do Mehry; lekarka zakładała ją bez żadnych oporów.

– Pewnie wolałabyś przyjść na przyjęcie w kombinezonie roboczym – zażartował, po czym zaczął energicznie masować nagie ramiona Singh. – Lepiej?

Nie odpowiedziała; nie widziała różnicy. Chętnie wyrzuciłaby z siebie, że to jego obecność przyprawia o gęsią skórkę skuteczniej, niż powiewy sztucznego wiatru, ale nie zdobyła się na to.

– Powiesz mi wreszcie, dlaczego tu jestem? – spytała cicho.

Zatrzymał masujące skórę kobiety dłonie i schwyciwszy mocno za ramiona, odwrócił się razem z Singh twarzą do namiotu, wtulił twarz w jej włosy i zaczął mówić:

– Blondyn z brodą, stoi koło fontanny, otoczony wianuszkiem przydupasów. Widzisz? – spytał, a gdy potwierdziła, kontynuował: – Antoine Castel, główny negocjator z ramienia Fournier Space Biotechnologies. Kręcą się koło niego jakieś żałosne stare kurwy z naszego zarządu, ale z tobą nie mają żadnych szans.

– Nie rozumiem – wybełkotała.

– Zaraz zrozumiesz. – Przycisnął Singh do siebie jak dziecko ściskające lalkę, szczelnie otaczając lewym ramieniem; prawe powędrowało gdzieś w bok.

Zanim pojęła, że Braun sięga po coś do kieszeni, agent podniósł dłoń z ukrytym w niej jakimś niedużym pojemnikiem i rozpylił zawartość wprost w twarz Ami. Nie poczuła żadnego zapachu, smaku, tylko podmuch ciepłego powietrza.

– Po co? – krzyknęła z obrzydzenia i przestrachu, ale muzyka zagłuszyła jej głos; w pierwszym odruchu szarpnęła się, usiłując wyrwać z uścisku Brauna, ale trzymał mocno.

– Nie bój się, wyślę sygnał wyzwalający, gdy będziemy daleko – wycedził. – Interesuje mnie tylko Castel. Pójdziesz tam i zagrasz chętną. Masz mu przekazać to, co dostałaś przed chwilą ode mnie. Sukinsyn nie musi cię przelecieć, wystarczy solidny całus.

– Nie… Nie mogę tak – załkała, nie rozumiejąc.

Zacisnął palce obu dłoni w miejscach tuż pod jej żebrami, tak mocno, aż jęknęła z bólu.

– Ale ja mogę strzelić prosto w łeb Jerry'emu Tomali. Co wolisz?

Nie odpowiedziała; oddychała ciężko, chwytając powietrze otwartymi szeroko ustami.

– I pamiętaj, że słyszę wszystko, co mówisz i jeśli zaczniesz kombinować, mogę wysłać sygnał wcześniej, niż zakładałem – dodał i rozluźnił uścisk. – Idź.

Pozostała na miejscu, dygocąc. Braun popchnął ją lekko.

– Idź – powtórzył.

Stąpając sztywno jak automat ruszyła w stronę namiotu. Czuła na sobie spojrzenie agenta; świadomość, że Braun właśnie rozbiera ją wzrokiem, wywoływała mdłości.

Muzyka, intensywne aromaty wyszukanych potraw przyprawiły Ami o zwroty głowy ledwo przestąpiła próg namiotu. Niezdarnie przeciskając się przez tłum, szturchała mijanych ludzi, zupełnie ich nie zauważając. Chwilę trwało, zanim rozpoznała w wypowiadanych przez jednego z nich słowach swoje nazwisko. Z trudem odwróciła głowę i wbiła nieprzytomne spojrzenie w dłoń nieznajomego na swoim przedramieniu.

– Pani Singh, prawda?

– Tak – potwierdziła mechanicznie.

– Nazywam się Joseph Wolniak, jestem dziennikarzem. Proszę posłuchać: domyślam się, po co przysłał tu panią Oliver Braun. Niech pani mu nie wierzy. Wyprowadzę panią stąd, proszę iść ze mną – mówił, jednocześnie ciągnąc Singh w swoją stronę.

– Nie mogę, rozumie pan? On zabije mojego przyjaciela… – zaczęła, ale mężczyzna pokręcił smutno głową.

– Jerry'ego Tomalę? Przykro mi, ale on nie żyje od ponad tygodnia.

Ami po raz pierwszy podniosła wzrok na rozmówcę, ale piegowata twarz dziennikarza natychmiast zaczęła drgać w jej załzawionych oczach.

– Jak? – szepnęła z bólem.

– Później pani powiem. Proszę pójść ze mną.

Skonsternowana Singh obejrzała się za siebie, napotykając wściekłe spojrzenie Brauna. Agent powoli, z zaciętą miną pokręcił głową. Nawet nie próbuj, wyczytała z ruchu jego warg; miejsce na twarzy, na które rozpylił aerozol, zapiekło ją nagle jak oparzone, choć wiedziała, że to tylko złudzenie. Gwałtownym szarpnięciem wyrwała przedramię z dłoni Wolniaka.

– Nie mogę – jęknęła. – On zabije też mnie…

– I tak panią zabije, nawet jeśli wykona pani rozkaz. Proszę mi zaufać, ja załatwię resztę.

Wmieszała się w tłum bez słowa. Wolniak nie ruszył jej śladem; czekał na Brauna, a gdy agent znalazł się obok, odezwał się pierwszy:

– Moja oferta jest nadal aktualna.

– Nie interesuje mnie pańska oferta.

– Nawet gdybym podwoił stawkę?

– Tu nie chodzi o pieniądze, Wolniak.

Na moment zamilkli obaj, obserwując z zapartym tchem scenę jak z kiepskiego filmu: Ami potyka się i upada, a Antoine Castel usłużnie pomaga jej wstać, troskliwie sadza obok siebie na obrzeżu fontanny i pociesza, wycierając nos kobiety własną chusteczką. Braun mimo woli poczuł dumę z tego, że tak dobrze wybrał agentkę; niezdarna Singh genialnie odegrała rolę wstawionej laleczki z niepewnym chodem i rozmazanym makijażem. Na ile to przedstawienie było grą, a na ile przypadkiem, nie potrafił ocenić, ale wolał się nad tym nie zastanawiać.

– Słyszy pan, co mówią, prawda? – Głos Wolniaka przywrócił go do rzeczywistości. – Ja nie słyszę, ale jestem w stanie sobie wyobrazić. Zaraz razem stąd wyjdą. Nie odczuwa pan zazdrości? Nie trafia pana szlag na samą myśl, że pańską kobietę za chwilę zerżnie ktoś inny? To nic innego, tylko pospolite stręczycielstwo, agencie Braun.

Ciało agenta przeszedł dreszcz; nie potrafił nazwać przykrego wrażenia, jakie pozostawiły po sobie te słowa. Niepewność co do własnych odczuć wytrąciła go z równowagi. Siedzących na moment zasłonili przechodzący ludzie, a gdy agent zobaczył parę ponownie, brodacz z pochyloną głową słuchał czegoś, co szeptała mu na ucho Singh, przy okazji łakomie zaglądając w jej głęboki dekolt i masując dłonią rozbite kolano.

– Odpierdol się, Wolniak – warknął z wściekłością Braun. – Jeśli tak bardzo ci zależy, żeby Fournier zdobył planetę, to czemu nie pójdziesz teraz do Castela i nie zdemaskujesz Singh?

Wolniak uśmiechnął się szeroko.

– Nigdy nie mówiłem, że to Fournier ma zdobyć planetę.

– Mają się dogadać, powiedziałeś.

– A ty nie spytałeś, kto z kim.

Zaskoczony Braun nie odpowiedział, przypatrując się z zawiścią, jak Castel pomaga Ami wstać i prowadzi do głównego wyjścia z namiotu, czule obejmując kobietę ramieniem. Bezwiednie zacisnął pięści; złość, jaką miał do Wolniaka, zaczęła niepostrzeżenie zmieniać kierunek. Teraz głównym obiektem nienawiści stawał się Castel, a gorliwość z jaką Ami wykonywała swoje zadanie, była co najmniej irytująca. Najbardziej zabolał agenta fakt, że kobieta więcej nie spojrzała w jego stronę.

Do kurwy nędzy, co ty wyprawiasz, Singh? Przecież kazałem ci tylko pocałować tego skurwysyna, nie musisz z nim spać. No chyba, że chcesz zrobić mi na złość? Dopiero wtedy agent zrozumiał, że to co czuje, rzeczywiście jest zazdrością.

– Nie jesteś ciekawy, kto z kim, Braun? – Wolniak dwuznacznym zapytaniem przypomniał o swoim istnieniu.

– Nie – odburknął w roztargnieniu, bo w transmisji właśnie rozległ się gwizd windy, potem jakiś chichot, dyszenie, a Singh jęknęła przeciągle, jakby gryziona albo szczypana w czułe miejsce. – Spieprzaj, pismaku, bo każę cię zamknąć.

– Twój wybór, Braun – odparł Wolniak obojętnie.

Zaaferowany przekazem agent nie zauważył nawet, kiedy dziennikarz zniknął w tłumie gości. Gdy usłyszał długi syk otwierających się drzwi hotelowego pokoju, wstrzymał oddech, ale w tej samej chwili muzyka przybrała na sile i Braunowi nie pomogło nawet zatkanie uszu palcami. Zapominając o bólu zranionej łydki, wypadł przed namiot, potrącając po drodze kilku pląsających gości; kilkanaście kroków dalej odbiór się poprawił, ale agent zrozumiał, że musiał przegapić zamknięcie drzwi. Zdziwiony brakiem jakichkolwiek odgłosów, podwinął rękaw i grzebiąc w ustawieniach panelu na przedramieniu usiłował zwiększyć głośność przekazu. Bez skutku; jakby Singh z Castelem przestali istnieć.

Albo jakby cały sprzęt Brauna trafił szlag.

 

***

 

Zobaczył ją, gdy chwiejnym krokiem wychodziła z pokoju Castela. Nie ujawniając się, poszedł za nią do windy; dopiero gdy drzwi prawie już się zamykały, w ostatniej chwili wpadł do środka z wściekłą miną. Na jego widok zareagowała popłochem.

– Zrobiłam, co kaza…

Nie dokończyła, bo chwycił ją za ramiona i potrząsnął nią mocno, gwałtownie, jak szmacianą kukłą.

– Co ty wyprawiasz, idiotko? Co ci do tego durnego łba strzeliło?

– Niee… rozumiem… – wyjąkała.

– Nie kazałem ci się rżnąć – krzyknął jej prosto w twarz. – Nie kazałem!

Wlepiła w Brauna nieprzytomne spojrzenie, jakby naprawdę była pijana.

– Co za różnica? – szepnęła z goryczą. – Widzisz jakąś?

Winda zatrzymała się i agent opuścił ręce; nie umiał odpowiedzieć na zadane pytanie. Mimo iż drzwi za jego plecami otworzyły się automatycznie, przez moment w milczeniu patrzyli sobie w oczy. Potem Singh przymknęła powieki i spytała cicho:

– Zabiłeś Jerry'ego, prawda?

Wziął głęboki oddech; mimo wszystko zaskoczyła go tym pytaniem.

– Zabiłeś – powtórzyła z bólem, biorąc milczenie za przyznanie do winy.

– Nie – powiedział w końcu. – To nie tak.

Delikatnie chwycił dłoń Ami i łagodnie pociągnął ją za sobą. Pozwoliła poprowadzić się zadbanymi alejkami firmowych terenów rekreacyjnych do małej, skrytej w gęstwinie sprowadzonych z Ziemi drzew drewnianej ławeczki. W słabym świetle, imitującym blask Księżyca Braun nie potrafił określić, czy ciemne plamki na zgniłej zieleni siedziska rzeczywiście są ptasimi odchodami czy odpryskami farby, ale nie odważył się ich dotknąć.

Usiedli obok siebie, zachowując pełen rezerwy dystans, z całych sił unikając krzyżowania spojrzeń. Agent pochylił się i oparłszy przedramiona na kolanach, wpatrywał się w jasny żwir parkowej alejki.

– Widzisz – zaczął – Tomala zmarł w szpitalu. Tak jak Kumar. Nasza medycyna stoi na wysokim poziomie, ale na pewne rzeczy nie ma rady.

Milczała, wierzchem dłoni ocierając łzy. Sfrustrowany, pieprzony urzędas, przypomniała sobie słowa Jerry'ego; dobrze pasowały do sytuacji.

– Zrozum – mówił dalej – tu wcale nie chodzi ani o nich, ani nawet o ciebie. Pewnie nie czujesz tego co ja, bo urodziłaś się tutaj, nie przywieźli cię z Ziemi jak jakiegoś pieprzonego niewolnika. Ale to nie zmieni faktu, że zostaniesz za parę dni sprzedana razem z całą pierdoloną planetą. I to temu, kto da więcej. Przez twoich własnych rodaków.

Singh pociągnęła głośno nosem. Co mnie obchodzi polityka, miała powiedzieć, ale nie wydobyła żadnego dźwięku ze ściśniętego gardła. Chwilę potem powróciły dreszcze.

– Castel reprezentuje Fournier Space Biotechnologies. Firma właśnie wygrała przetarg, choć plan terraformingu, który przedstawiła, to stek naiwnych bzdur i pobożnych życzeń. Z przerabianiem Sati na drugą Ziemię nie poradzi sobie lepiej od Dhawany, ale zarządu jakoś wcale to nie martwi.

Ami mimowolnie skinęła głową. Gdzieś obok niej toczyła się rozgrywka, o której nie miała pojęcia, aż do momentu w którym trafiła z Castelem do hotelowego apartamentu. Tuż za progiem wcześniej napalony negocjator nagle przestał podszczypywać i pieścić Singh, spoważniał w jednej chwili i uprzejmym gestem wskazał jej miejsce w wygodnym fotelu, jednocześnie kładąc palec na ustach w nakazie zachowania ciszy. Wyciągnął z kieszeni jakieś nieduże urządzenie o gabarytach zwykłego elektronicznego rejestratora, ustawił na stoliku tuż przed zbaraniałą kobietą i oświadczył:

To najnowszy model zagłuszacza z Ziemi. Nie usłyszą nas, możemy porozmawiać.

O czym? – wydusiła z trudem.

Castel poszedł wtedy do otwartej walizki, rzuconej niedbale na łóżko i wyciągnął coś, co wyglądało na zwykły futerał na szczoteczkę do zębów. W środku rzegotało coś niewielkiego, ale gdy mężczyzna otworzył pojemnik, zdumionym oczom Ami ukazał się aparat do pobierania i wstępnej analizy próbek. Dobrze znała ten typ.

Wiem, że jest pani nosicielką i wiem, że zmusili panią, by mi pani coś przekazała – stwierdził, stając przed Singh i patrząc na nią z góry. – Nie zwykłem odmawiać przyjęcia prezentów, to nie jest w dobrym tonie. – Usunął nasadkę chroniącą wymazówkę, wyciągnął dłoń z urządzeniem w kierunku Ami i dodał: – Proszę się nie obawiać, nikt się nie dowie. Chyba nie muszę pani tłumaczyć, jak się tego używa?

Zaskoczona, drżącą dłonią sięgnęła po aparat.

Nie – wyjąkała, po czym zanurzyła końcówkę w ustach.

Wiem oczywiście, że sama próbka bez generatora sygnału uzjadliwiającego jest bezużyteczna. – Castel zabezpieczył wymazówkę nasadką i umieścił urządzenie z powrotem w pojemniku. – Dlatego ja też mam dla pani propozycję. Zdobędzie pani dla mnie ten generator; cena nie gra roli.

Jak? Jestem tylko pionkiem, panie Castel – odparła z rezygnacją. – Ofiarą szantażu. Nie mam dojścia…

Negocjator usiadł w fotelu obok.

Myślę, że pani ma. Albo może pani mieć, jeśli się pani postara. Tak się składa, że teraz to moja firma będzie rozdawać karty na Sati, na współpracy z nami może pani sporo zyskać. Proszę to przemyśleć. – Zrobił pauzę i dodał: – Powinna pani trochę u mnie posiedzieć. Tak, żeby wyszło wiarygodnie. Proszę się mnie nie obawiać. Jestem gejem, nie będę pani więcej napastował. Napije się pani czegoś? Może zamówić coś do jedzenia?

Singh pokręciła głową.

Chciałabym tylko skorzystać z łazienki.

Oczywiście.

Długo, zapamiętale płukała usta i starannie myła twarz, tak jak kiedyś Jerry, w beznadziejnej próbie starcia ze skóry zabójczych mikrobów. Choć zdawała sobie sprawę, jak bezsensowny to zabieg, to gdy już zakręciła kran i osuszyła twarz ręcznikiem, poczuła się lepiej.

Jeszcze teraz, na samo wspomnienie tego gorliwego szorowania, podrapane paznokciami policzki piekły Singh tak, jak w gorączce. Szczypanie nasilało się za każdym razem, gdy przypominała sobie, jak agent rozpylał aerozol z Pseudospiria wprost w jej twarz. Po co to zrobił? Do teraz uważała, że zrobił to dla pewności, dla wzmocnienia efektu; ale istniała też inna możliwość. Czyżby nie wiedział, że reanimowała Jerry'ego? Nieprawdopodobne, a jednak…

– Oczywiście, to rozwiązanie tymczasowe – mówił dalej Braun. – Nawet jeśli nie podpiszą umowy z Fournierem, będzie następny przetarg. Inne koncerny tylko czekają na swoją kolej, ale…

– Mam to gdzieś. Jakie masz plany wobec mnie? – zadzwoniła zębami, przerywając mu w pół zdania.

Zaskoczony nagłą zmianą w zachowaniu Ami wreszcie oderwał wzrok od alejki. Widząc, jak skulona Singh dygoce z zimna, zdjął marynarkę i podał kobiecie.

– Załóż – polecił.

Przyjęła okrycie nieufnie, z ociąganiem narzucając na plecy. Dopiero, gdy poczuła rozchodzące się po skórze ciepło, otuliła się marynarką ciaśniej, ale nie zdobyła na to, by włożyć ręce w rękawy.

– Nie odpowiedziałeś. Co ze mną zrobisz? – spytała ponownie.

Zamyślił się, szukając stosownej riposty. Gdyby miał odpowiedzieć Ami szczerze, musiałby wyznać, że chce po prostu z nią żyć, ale coś takiego nie przeszłoby mu przez gardło. Mało prawdopodobne, by chciała z nim zostać, nie po tym wszystkim czego doświadczyła, ale postanowił dać jej wolność wyboru.

– Jeszcze nie wiem – odparł po chwili ostrożnie. – Sama zdecyduj.

Singh niespodziewanie przysunęła się do Brauna.

– Pamiętasz, powiedziałeś, że wyślesz sygnał, gdy będziemy daleko – powiedziała, usiłując dostrzec w ciemności wyraz jego twarzy. – Równie dobrze możesz wysłać go teraz.

– Po co? – Zmarszczył brwi.

– Och Braun, nie udawaj, że nie wiesz co mam na myśli, że nie rozważałeś wcześniej rozwiązania, które tak ładnie wpasowałoby się w resztę twojego genialnego planu.

– Rozważałem – przyznał, kiwając głową. – Ale co z tego? Zmieniłem zdanie.

– Niepotrzebnie. – Ami przysunęła się do agenta jeszcze bliżej i z determinacją położyła dłonie na jego udzie. – Będziesz miał taką piękną epidemię. Pomyśl tylko…

– Nie – warknął. – Oszalałaś? Znam lepsze sposoby na śmierć. Gdybym chciał cię zabić, zrobiłbym to… – zawahał się – …szybko i bezboleśnie. Gdybym chciał, rozumiesz?

Zniechęcona, wycofała dłonie. Marynarka Brauna, ledwo trzymająca się jej barków ześlizgnęła się i wylądowała na żwirze.

– Kazałeś mi zdecydować – przypomniała z wyrzutem. – Pozwól mi odejść tak, jak Jerry.

Opuściła głowę i zgarbiła plecy, kuląc się w sobie. Agent wyciągnął dłoń i nieśpiesznie wiodąc palcami po skórze Singh założył na miejsce zsunięte ramiączko wieczorowej sukienki. Przez moment walczył sam ze sobą. Może to i dobrze, pomyślał w końcu. Skoro ja nie mogę cię mieć, nich nie ma cię nikt inny.

– Jesteś pewna?

Sięgnęła po błądzącą po jej obojczyku dłoń Brauna, mocno ścisnęła zgrabiałymi palcami, po czym przycisnęła do piersi, tak by mężczyzna poczuł niespokojny trzepot serca.

– Tak, Oliver – szepnęła z przejęciem. – Jestem.

Agent spochmurniał, niechętnie wyzwolił dłoń z uścisku Singh i podwinął rękaw koszuli. Kobieta nie wiedziała, po co, do chwili gdy pod dotykiem Brauna płaski, opasujący przedramię jak opaska minipanel operacyjny rozjarzył się zielonkawym blaskiem. Patrzyła ciekawie, zastanawiając się zupełnie bez emocji, ile zapłaciłby za to urządzenie Antoine Castel. W końcu doszła do wniosku, że to bez znaczenia; nie zamierzała skorzystać z propozycji negocjatora Fournier Space Biotechnologies.

– Już – oświadczył ponuro mężczyzna. – Chodźmy stąd. Nie będziemy przecież nocować na ławce w parku jak jacyś menele.

– Tak, chodźmy – mruknęła.

Schyliła się po wciąż leżącą u jej stóp marynarkę i otrzepała ją, bardziej z roztargnienia, niż z konieczności, po czym założyła okrycie, tym razem wsuwając ręce w rękawy. Braun przyglądał się z żalem, jak kobieta niepewnie staje na skostniałych nogach; natychmiast, pokonując ból łydki, poderwał się z ławki i znalazł się przy niej, biorąc pod rękę. Postanowił, że zostanie z Singh do końca, cokolwiek by się nie wydarzyło.

Ruszyli powoli ku części hotelowej. Żwir miękko chrzęścił pod stopami, gdzieś z oddali niosło się nagranie śpiewu nocnego ptaka. Brzmi jak prawdziwe, szkoda, że tylko brzmi, ocenił Braun, ale nie odezwał się ani słowem. Ami milczała również. W końcu uśmiechnęła się do siebie przez łzy. Postanowiła, że zostanie z Braunem do końca, mając nadzieję, że ten koniec nadejdzie szybko.

I że to nie jej serce zatrzyma się pierwsze.

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj Marianno. Aby merytorycznie skomentować tę nowelkę, muszę ją kilka razy przeczytać. Zajmie mi to około tygodnia. Na razie pozdrawiam.

Witaj Ryszardzie.

Zapraszam :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Uf, na razie przeczytałam Nosicieli, żeby wiedzieć o co chodzi. I zabieram się za Przetarg, bo jestem ciekawa ciągu dalszego :) Jak przeczytam, to nie omieszkam podzielić się uwagami. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hmmm. Trochę słabo pamiętam pierwszą część (acz pobieżnie przejrzałam przed lekturą), więc nieco się gubiłam. Jak podoba mi się wielość wątków, tak tym razem trudno je było wszystkie utrzymać w dłoni.

Nie mogłam pozbyć się skojarzeń z “Toscą”. Interesujące zakończenie.

A tak właściwie, co zmieni się dla mieszkańców planety po sfinalizowaniu transakcji?

Babska logika rządzi!

Śniąca,

cieszę się ze przeczytałaś też poprzednią część – nie ukrywam, że zależy mi na opinii, czy obie części pasują do siebie.

Finkla,

Co się zmieni? Pewnie nic aż tak bardzo, albo nawet będzie całkiem dobrze, ale rewolucjoniści zawsze wiedzą, jak zrobić ludowi jeszcze lepiej. A poważnie mówiąc – nie zastanawiałam się nad tym zbyt mocno, bo to pachniałoby kolejną kontynuacją, a ta historyjka chyba nie ma aż takiego potencjału.

Poza tym dementuję, jakobym wzorowała się na włoskich operach :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Poza tym dementuję, jakobym wzorowała się na włoskich operach :)

Dobra, dobra, jak się poszpera, to jeszcze “La donna e mobile” można Ci wcisnąć. ;-)

Babska logika rządzi!

La donna że co? :)

Dziwne, bo ostatnio znowu słucham tylko Floydów.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Planeta, ochrzczona wdzięcznym IMIENIEM hinduskiej bogini – zjadłaś słowo

człowiek z godną zazdrości posadą – chyba tradycyjne godną pozazdroszczenia lepiej brzmi

 

Muszę czytać na raty, więc chwilowo zakończę. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Poprawiłam, wielkie dzięki :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Opowiadanie napisane jest w charakterystycznym stylu Marianny. Jest na krawędzi twardego science fiction i space opery. Science fiction jest tylko tłem dla intrygi sensacyjno-kryminalnej z domieszką polityki. Ulubione narodowości autorki to Chińczycy i Hindusi. W opowiadaniu mamy wykorzystane prawie wszystkie znane dzisiaj techniki inwigilacji – podglądy, podsłuchy, drony, elektroniczne ćmy, narkotyki itd. W opowiadaniu jak zwykle u autorki, nie ma bohaterów jednoznacznie pozytywnych.Intryga jest wielopłaszczyznowa i skomplikowana. Niemniej po przeczytaniu upewniamy się, że człowiek jest zawsze i wszędzie taki sam i moim zdaniem, to najważniejsze przesłanie tej dwuczęściowej noweli. Pozdrawiam autorkę.

Ryszardzie,

wielkie dzięki za przeczytanie. Z tym tekstem szału może i nie ma, ale pocieszyłeś mnie (a przynajmniej tak pozwoliłam sobie wywnioskować), że tragedii też chyba nie :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Powiem tak – gdybym nie przeczytała części pierwszej, to miałabym problem ze zrozumieniem o co chodzi, kto, po co, na co i dlaczego. Za to Nosiciele mieli zakończenie urwane. Oba teksty razem tworzą kompletną całość – tego nie da się obejść. I z tego powodu zastanawiam się, czy można je nazwać osobnymi opowiadaniami.

Czytało mi się bardzo dobrze (a długo tylko ze względu na notoryczny brak czasu) i to z różnych względów. Bardzo fajnie odmalowane są postaci, intryga. Podoba mi się układ opowiadania i to schodzenie się różnych wątków.

Dla mnie – bardzo dobre.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca,

bardzo się cieszę, że dobrze Ci się czytało, bo druga część powstała nie od razu po pierwszej, tylko po jakimś (dość długim) czasie.

Wielkie dzięki za przeczytanie i opinię.

Pozdrawiam :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Przeczytałem, niestety, bez znajomości części pierwszej.

Myślałem, że fragment (w końcu to 70k znaków) okaże się na tyle samodzielny, że jakoś sobie z nim poradzę.

Nie stało się tak. Całe “zaplecze” historii  kryje się w części pierwszej. Fabularnie ciągle coś mi umykało, a sporej części musiałem się domyślać – nie wiem na ile właściwie.

Po lekturze mam więcej pytań niż odpowiedzi…

 

 

Parę spraw mogę jednak wymienić:

– ten wątek miłosny (nieszczęśliwy) jakoś mnie nie przekonał. Nie pasował mi do tego gościa. 

– intryga również mnie nie wciągnęła. Przez lwią część nie wiedziałem o co chodzi, a finałowe rozwiązanie przyjąłem zimno i bez emocji. Zabrakło jakiegoś “WOW!”

– los Mehry jest dla mnie największą zagadką. Akapit, w którym umiera jest najciekawszy i napisany z największym polotem. Później trafiają się dłużyzny.

– napisane za to lekko. Łatwo i szybko się czyta.

 

Postaram się (nie obiecuję) przeczytać część pierwszą i wtedy skomentować w merytoryczny sposób. 

Średnio – to ocena na dziś, bez znajomości prequelu.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Nazgulu,

 

a nie ostrzegałam, że to tylko kontynuacja? Ostrzegałam…

Wielkie dzięki za przeczytanie. Nie sądzę, czy ze strony “tego gościa” to wątek miłosny. Nazwanie tego miłością jest raczej na wyrost. To raczej kombinacja pożądania, egoizmu i zawiści – zapewne nie udało mi się tego dobrze oddać w tekście, skoro odniosłeś takie wrażenie. Przyjrzę się temu jeszcze. Intryga – no cóż, okazuje się że bez pierwszej części ani du du. Akapit, w którym ginie Mehra pisało mi się najfajniej, pewnie dlatego najlepiej wyszedł.

Bardzo się cieszę, że tekst czyta się lekko i nie męczy :)

Pozdrawiam :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

A tak właściwie, to czemu te teksty są bez piórek? Coś tu się zmieniło i świetne sci fi już nie jest w cenie?

www.herbatkauheleny.pl

Cóż, najwidoczniej do pełnej świetności czegoś tym tekstom brakuje :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania, bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każda uwaga niewłaściwie stosowana zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.

 

rozejrzał się wśród pasażerów. Mało kto wpatrywał się w okna

Siękoza.

 

czy z tej okazji się nie upić, ale wkrótce porzucił ten pomysł. Szybko przywołał się

jw.

 

drogie teraz lokale kipiały kolorami, wabiąc dekoracjami, stylizowanymi na hinduskie

mi, mi, mi, miiiiiii ;)

 

Przypuszczam – dodał, zniżając głos – że pojawił jakiś nowy dopalacz, wykańczający bardziej, niż osławiona lewodrazyna.

Wolniak kiwnął głową bez przekonania. Wiedział, o kim mówi rozmówca, sprawdził to wcześniej na ulicy; kobieta to życzliwa barmanka, a wspomniani faceci byli bywalcami jej lokalu. Teoria, że za wszystko odpowiada nowy narkotyk wydawała się kuszącym rozwiązaniem zagadki, zbyt wygodnym jednak, by okazało się prawdziwe.

Wolniak, który nie ma wiedzy medycznej, umie połączyć fakty, a lekarz z wiedzą medyczną mówi o dopalaczach. Nielogiczne. Tym bardziej jeśli pojawia się kilka osób chorych z tego samego środowiska. To musi skierować tok rozumowania na choroby zakaźne.

 

efekt, jaki środek miał wywołać w ciągu kilkunastu minut, akurat wtedy, gdy mężczyzna spodziewał się już dotrzeć do mieszkania Mehry

Biedni ci faceci w Twoich opkach, bo to już kolejny, który musi coś zażyć, gdy idzie do kobiety ;)

 

jak zwykle w nowszych, droższych budynkach lepszych dzielnic

Nadopis.

 

Wolałabym obejrzeć analizy z wymazów pobranych po śmierci tej pary – zauważyła jakaś kobieta. – Jakaś zmiana musiała się dokonać, ale dopiero gdy tamci opuścili Centrum.

Po pierwsze powt.

Po drugie jest dyskusja wśród czołowych mikrobiologów, a ona nie wie, co to za kobieta? Mało prawdopodobne.

 

W spojrzeniu Brauna zalśnił lód; Nadiya odwróciła wzrok i spojrzała na kobietę równie zimno

Powt.

 

gdy ostatni z uczestników narady zamknął za sobą drzwi

W sensie że narada się skończyła i wszyscy sobie wyszli? Dziwnie to wyszło.

 

Sati zamiast księżyca miała czerwonego karła. Nie krążył z planetą wokół wspólnego środka ciężkości jak ziemski satelita

Podmiot.

 

Dostarcz mi dowód, szepnął pomiędzy jednym i drugim muśnięciem warg. Dałam ci już dosyć, odparła, a Wolniak pieszcząc językiem jej ucho, zażądał: daj mi coś, co pogrzebie teorię Lakszmi. Domyślą się, że dostałeś to ode mnie, jęknęła cicho, z przestrachu albo dlatego, że lekko co prawda, ale niespodziewanie pochwycił między zęby brodawkę jej sutka. Prawego, potem lewego, po czym, dla równowagi, zasypał obie twardniejące piersi pocałunkami. Nikt się nie dowie, obiecał wtedy, sunąc wargami po jej brzuchu, muszę to mieć.

Nie rozumiem powodu takiego zapisu dialogu.

 

Do ogłupionej cierpieniem świadomości

Czy świadomość może być ogłupiona?

 

Przygryzła wargi i opierając się na zdrowym przedramieniu zaczęła niezdarnie pełznąć w kierunku pustyni

Dlaczego w kierunku pustyni a nie do koptera? Jakie ma szanse na przeżycie na pustyni? I do tego ranna.

 

ale tylko ja mam dojście do oferenta

Jakiego oferenta? Chyba się zgubiłem :(

 

z hali wydostać można było się identycznymi drzwiami po drugiej stronie, wielkimi, niestety zamkniętymi na głucho wrotami dla dostawców i tymi otwartymi, prowadzącymi do doków

A co z tymi, którymi wyszedł Wolniak?

 

ponad nią znajdowało się przejście na podobny pomost, znajdujący się

Powt.

 

Tyle, że każdy ruch Brauna na pewno był śledzony i nawet gdyby mężczyzna zdołał zagłuszyć sygnał, odgłosy ucieczki na pewno sprowokowałyby atak.

A Braun nie może użyć swojego sprzętu, żeby rozeznać się, co do sytuacji na zewnątrz?

 

świadomość, że Braun właśnie rozbiera ją wzrokiem[,+] przyprawiała Singh o mdłości

 

przypatrując się z zawiścią[,+] jak Castel pomaga Ami wstać

 

Dopiero wtedy agent zrozumiał, że to[,+] co czuje[,+] rzeczywiście jest zazdrością

 

Zobaczył , gdy niepewnym krokiem wychodziła z pokoju Castela. Nie ujawniając się, śledził do windy

Powt.

 

 

O świecie pisałem wcześniej, więc teraz tylko dodam, że nic się nie zmieniło – fajny, żywy świat, który przypadł mi do gustu.

 

Jeśli miałbym ten tekst traktować jako nowe opowiadanie, to początek może być, ale jeśli jako kontynuację, to początek z wyjaśnieniem świata straaaaasznie mnie wynudził. Nie lubię takich „prologów”.

 

Styl podobny, jak w części poprzedniej i wszelkie wcześniejsze zarzuty tutaj też mają zastosowanie. Są przeskoki perspektywy, podobnie jak w „Nosicielach”. Nadal jest też ten dziwny zapis dialogów.

Wtrącenia są i nadal przeszkadzają, ale jest ich jakby mniej, a przez to lepiej się czyta. Dzięki temu widać, ile potencjału ma styl. Jest miły w czytaniu i słuchaniu, a do tego ugniata moją wyobraźnię niczym plastelinę. Ale tylko wtedy gdy jest odchwaszczony.

Siękoza.

 

Motywacje i zachowania bohaterów do pewnego momentu były na plus (jak w poprzedniej części), ale gdzieś od spotkania Brauna z Wolniakiem przestałem brać bohaterów na poważnie. Zbytnie zagmatwanie spowodowało przesyt i ujawniło groteskowość całej sytuacji.

Niestety, groteskowością zaczęły też pachnieć interakcje między bohaterami, zwłaszcza relacje damsko-męskie, które w pewnej chwili przywiodły mi na myśl „Modę na sukces”. Wyczekiwałem, że za chwilę wyjdzie na jaw, że Braun jest ojcem Ami, a ona jest z nim w ciąży albo wyskoczy jakaś inna temu podobna historia.

 

Fabuła jakoś mi się rozmyła w tej grotesce połączonej z melodramatem. To, co było silnego w poprzedniej części, czyli elementy thrillera, tutaj zeszły na dalszy plan.

 

Zakończenie całej historii trochę mnie rozczarowało. Oczekiwałem czegoś mocnego na miarę thrillera, a dostałem melodramat.

 

Naszło mnie też jedno przemyślenie odnośnie całości. To przeładowanie różnych elementów objawia się też w ilości twistów – jest ich stanowczo za dużo, jak na taką objętość, a to powoduje, że one tracą swoją wartość, bo nie ma czasu ich przetrawić, zrozumieć ich znaczenie.

 

I jeszcze jedna rzecz – podczas czytania obu części było mi kompletnie obojętne, co stanie się z tą planetą.

 

 

Podsumowując, Marianno, mimo iż jest to najsłabszy z Twoich teksów (które czytałem), to nadal widać w nim cechy sprawiające przyjemność – plastyczność stylu, trzymanie napięcia, dobrze przedstawiony świat. Rzecz w tym, że wszystko musi być z umiarem, a wg mnie ta granica została przekroczona. Przesyt wszystkiego wprowadza zamęt w głowie czytelnika. I to nie taki pozytywny zamęt.

 

 

Pozdrawiam,

 

B.A.

 

 

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Witaj B.A. :)

 

Na początek wielkie dzięki za pochylenie się nad tekstem, bo krótki nie jest. Nie powiem, że się nie spodziewałam że Ci się końcówka nie spodoba, myślałam nawet, że będzie gorzej. Jak widać wyłazi ze mnie babskie zamiłowanie do melodramatów ;)

Wolniak, który nie ma wiedzy medycznej, umie połączyć fakty,

Bo już wcześniej o chorobie słyszał, a lekarz o tej konkretnej przypadłości, wywołanej przez słabo znaną bakterię jeszcze niekoniecznie. Ale muszę się przyjrzeć się temu dialogowi.

 

Biedni ci faceci w Twoich opkach, bo to już kolejny, który musi coś zażyć, gdy idzie do kobiety ;)

Sorry, zboczenie zawodowe ;) – ale to nie to, co teraz zapewne myślisz :).

 

Po drugie jest dyskusja wśród czołowych mikrobiologów, a ona nie wie, co to za kobieta? Mało prawdopodobne.

 

Celna uwaga –” jakaś” wyleci. Po prostu nie chciałam wprowadzać za wielu nowych nazwisk.

 

W sensie że narada się skończyła i wszyscy sobie wyszli? Dziwnie to wyszło.

 

W sensie że uczestnicy wyszli a została Mehra jako prowadząca zebranie, żeby pozbierać materiały. I pogadać na osobności z agentem. Coś w stylu: studenci po wykładzie wychodzą pierwsi, a wykładowca zostaje na chwilę, żeby zapakować przyniesione przez siebie slajdy itd. Przynajmniej “za moich czasów” tak bywało.

 

 

Dlaczego w kierunku pustyni a nie do koptera? Jakie ma szanse na przeżycie na pustyni? I do tego ranna.

Tu też się muszę przyjrzeć – wymaga uzasadnienia.

 

Jakiego oferenta? Chyba się zgubiłem :(

Nie pogubiłeś się, jeszcze nie było o nim mowy :)

 

A Braun nie może użyć swojego sprzętu, żeby rozeznać się, co do sytuacji na zewnątrz?

 

Tu też się muszę przyjrzeć – ale to się wiąże z całą elektroniką, o której już pisałam, że nie cała zostanie. Podobnie drzwiom :)

 

Ogólnie muszę w tekście pogrzebać, może jeszcze wyjdzie na ludzi ;) Chociaż melodramatu trochę mi szkoda…

 

Dzięki i pozdrawiam :)

 

 

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Nie powiem, że się nie spodziewałam że Ci się końcówka nie spodoba, myślałam nawet, że będzie gorzej.

Serio? Aż tak łatwo mnie przejrzeć? Muszę nad tym popracować…

 

Sorry, zboczenie zawodowe ;) – ale to nie to, co teraz zapewne myślisz :).

Nie będę myślał. Nie będę nic myślał. Nie będę absolutnie nic myślał. Nic a nic!

 

W sensie że uczestnicy wyszli a została Mehra jako prowadząca zebranie, żeby pozbierać materiały. I pogadać na osobności z agentem. Coś w stylu: studenci po wykładzie wychodzą pierwsi, a wykładowca zostaje na chwilę, żeby zapakować przyniesione przez siebie slajdy itd. Przynajmniej “za moich czasów” tak bywało.

No właśnie… Cała scena mnie nie przekonała – niby jest to spotkanie czołowych mikrobiologów, niby mają dyskutować, ale ja tego nie czuję. Na takich radach naukowych panuje inna atmosfera niż podczas wykładów ze studentami.

 

Ogólnie muszę w tekście pogrzebać, może jeszcze wyjdzie na ludzi ;) Chociaż melodramatu trochę mi szkoda…

Wg mnie nie musisz wszystkiego usuwać, ale musisz się na coś zdecydować. Bo na przykład pomysł na zakończenie jest niezły, ale mnie nie ruszył, bo został za mało wyeksponowany, a ja wcześniej uległem desensytyzacji.

 

Powodzenia przy poprawkach :)

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Aż tak łatwo mnie przejrzeć?

No, może nie aż tak łatwo. Może po prostu miałam przeczucie :)

 

Dzięki :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

 

Cóż, najwidoczniej do pełnej świetności czegoś tym tekstom brakuje :)

Na pewno nie :)

www.herbatkauheleny.pl

Ciekawy i dobrze napisany tekst. Trochę, niestety, przegadany. I trochę za dużo podwójnych przymiotników w tekście. Jednak na tle portalowej codzienności zdecydowanie wyróżnia się rozmachem w sposobie kreowania universum i ciekawą wizją kreowanego świata. 

Naprawdę dobre opowiadanie.

Pozdrówka.

Nowa Fantastyka