- Opowiadanie: Nevaz - Córka Czarnoksiężnika

Córka Czarnoksiężnika

Naj­pierw chcia­łem na­pi­sać opo­wia­da­nie o nie­wi­do­mej matce, która traci traci słuch w sku­tek wy­pad­ku, a potem broni ma­lut­kie­go syna przed zmia­ni­cą, znaną też jako ma­mu­na. W trak­cie lek­tu­ry “mą­dro­ści In­ter­ne­tu” do­wie­dzia­łem się, że wbrew po­zo­rom nie jest tak łatwo stra­cić słuch w sku­tek wy­pad­ku, a naj­czę­ściej dzie­je się to w woj­sku. Nie pa­so­wa­ło mi to do kon­cep­cji, więc z do­brej matki zro­bił się zły oj­ciec, a z syna córka :) 

Ekipa be­tu­ją­ca OGRom­nie* po­mo­gła! Ca­łu­ję was, Panie wspa­nia­łe, w rącz­ki! Bez was ten tekst w ta­kiej for­mie na pewno by nie po­wstał. Ko­le­gi Sko­necz­ne­go, wy­bacz­cie ana­chro­nizm, nie po­ca­łu­ję ;) ale też bar­dzo dzię­ku­ję.

*żeby nikt nie na­rze­kał na brak fan­ta­sty­ki, już w przed­mo­wie dałem ogra. Miłej lek­tu­ry! 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Córka Czarnoksiężnika

Cie­pły wosk był mięk­ki i przy­jem­ny. Gdy była sama, nie wolno jej było do­ty­kać świec. To pod­sy­ca­ło cie­ka­wość. Wie­dzia­ła, że są gład­kie, że za­pach bie­rze się z wosku. Za­py­ta­ła, po co tata tyle ich trzy­ma. Mal­firs, cho­wa­niec czar­no­księż­ni­ka, naj­pierw po­wie­dział, że dla świa­tła. Potem dło­nie za­czę­ły mu się pocić, jakby się de­ner­wo­wał. Tłu­ma­czył jej, nie pierw­szy raz, co to świa­tło. Pró­bo­wał zmie­nić temat. Za­czął mówić o ry­tu­ałach, a w końcu o ja­kimś ro­man­tycz­nym stro­ju, albo na­stro­ju. O tym chyba nie lubił mówić, bo spo­cił się cał­kiem i za­śmierdł siar­ką. Łapy miał śli­skie jak ryby. Vessa trzy­ma­ła kie­dyś rybę: nic mi­łe­go.

Żeby po­ukła­dać nową wie­dzę w gło­wie, lu­bi­ła bawić się, pro­wa­dząc dia­lo­gi w my­ślach.

– Ura­tu­ję panią, kró­lew­no! Naj­pierw za­pa­lę świe­ce, to bę­dzie świa­tło i ro­man­tycz­ny na­strój.

Ka­mien­na kró­lew­na była zimna i dumna. Twarz zdo­bi­ło jej ko­ron­ko­we czół­ko, a suk­nię spi­na­ła bro­sza w kształ­cie ja­skół­ki.

– Żad­nych świec. Je­stem cza­row­ni­cą i ko­cham ciem­ność. I dla­cze­go mnie pan budzi?! Całą noc tań­czy­łam na sa­ba­cie, a teraz się nie wy­śpię. Za karę zmie­nię pana w żabę i prze­ro­bię na elik­sir!

– Jak pani śmie?

Ka­mien­ny ry­cerz wzno­sił ręce w obu­rze­niu. Nar­ra­tor­ka uśmiech­nę­ła się, a potem zmarsz­czy­ła brew­ki, wy­obra­ża­jąc sobie, że mówi:

– A jak pan śmiał wejść bez py­ta­nia do mojej wieży? Po­wi­nien pan wpaść w pu­łap­kę i wy­cią­gnąć ko­py­ta!  

 

***

– Na pło­ną­cy kutas ifry­ta! – za­klął za­kli­nacz. Ostrze na łań­cu­chu prze­le­cia­ło w po­przek ko­ry­ta­rza. Krok wię­cej i roz­cię­ło­by na pół jego chu­der­la­wy kor­pus i głowę z na­stro­szo­ną, rudą czu­pry­ną. – Stą­paj ostroż­nie, Cu­dzie! 

Zie­lo­no­oka wo­jow­nicz­ka od­po­wie­dzia­ła śmia­łym uśmie­chem. Wie­dzie­li, gdzie idą.  

Wieża Ne­fa­ste­sa mie­rzy­ła trzy­sta stóp i już z ze­wnątrz bu­dzi­ła nie­po­kój. Spra­wia­ła wra­że­nie czar­ne­go rogu wy­rwa­ne­go z łba gar­gan­tu­icz­ne­go dia­bła. Ścia­ny miała z ta­jem­ni­cze­go ma­te­ria­łu w ko­lo­rze smoły, być może w isto­cie z ja­kiejś zro­go­wa­cia­łej, dia­bel­skiej ke­ra­ty­ny utwar­dzo­nej ogniem pie­kiel­nym? Mi­nę­li już kilka po­miesz­czeń, rów­nie dzi­wacz­nych co sama bu­dow­la, z ma­ka­brycz­ny­mi kan­de­la­bra­mi z ludz­kich kości i czasz­ka­mi na ster­tach zwo­jów, niby przy­ci­ski do pa­pie­ru.

Na końcu ko­ry­ta­rza z pu­łap­ką mie­ści­ła się kom­na­ta ze spi­ral­ny­mi scho­da­mi, pną­cy­mi się w górę. Był tam też nie­do­koń­czo­ny por­tret męż­czy­zny z krę­co­ną, czar­ną brodą i po­waż­ną twa­rzą. Szata ar­cy­ma­ga i spi­cza­sta mitra były nie­do­kład­nie po­ko­lo­ro­wa­ne i bez de­ta­li.

***

Ma­larz, mie­sza­jąc farby, za­sta­na­wiał się, gdzie czar­no­księż­nik trzy­ma klu­cze do celi. Nagle usły­szał za ple­ca­mi po­waż­ny głos. Jakby mag czy­tał w my­ślach, jak w od­kry­tej talii ta­ro­ta.

– Przy­po­mnij, miły go­ściu, dokąd zmie­rza­łeś?

– Nad je­zio­ro Na­rien, ma­lo­wać oł­tarz w świą­ty­ni aniel­skiej boga słoń­ca, mi­strzu Ne­fa­ste­sie. Nocą zbłą­dzi­łem ze szla­ku i pro­si­łem was o go­ści­nę.

– Do świą­ty­ni aniel­skiej? Bar­dziej, ko­leż­ko, za­błą­dzić nie mo­głeś – za­re­cho­tał Mal­firs.

– A ja po­wie­dzia­łem, że za noc­leg w mojej pier­ni­ko­wej chat­ce… i oca­le­nie duszy, na­ma­lu­jesz dwa por­tre­ty. Mó­wi­łem coś o ra­to­wa­niu nie­wol­ni­cy? 

– Nic nie mó­wi­łeś o ra­to­wa­niu nie­wol­ni­cy, mi­strzu! – Słu­żal­czy demon za­wsze chwy­tał re­to­rycz­ne py­ta­nia czar­no­księż­ni­ka w locie. Przy­cho­dzi­ło mu to tym ła­twiej, że miał bło­nia­ste, kar­ma­zy­no­we skrzy­deł­ka.

Twarz ma­la­rza stała się bled­sza niż płót­no, nad któ­rym pra­co­wał. Opu­ścił pę­dzel i pa­le­tę.

– Za­bro­ni­łem ci ma­lo­wać? – Głos maga był prze­ra­ża­ją­co spo­koj­ny.

– Wręcz prze­ciw­nie! – pod­kre­ślił gniew­nie Mal­firs.

Ar­ty­sta po­now­nie wzniósł pę­dzel, choć dłoń dy­go­ta­ła mu ze stra­chu, roz­ka­pu­jąc kro­pel­ki farby.

– To ra­czej dobre ma­nie­ry wy­ma­ga­ły­by, byś prze­stał, gdy ktoś z tobą roz­ma­wia, Jasiu. – Każdy uśmiech Ne­fa­ste­sa był tylko mi­ni­mal­nym wznie­sie­niem ką­ci­ków ust. Pę­dzel i pa­le­ta wy­pa­dły ma­la­rzo­wi z rąk. Z różdż­ki maga wy­strze­lił pro­mień czer­wo­ne­go świa­tła.

 

Do cel cha­dzał sam. Maga iry­to­wa­ły­by tu bła­zeń­skie od­zyw­ki skrzy­dla­te­go de­mo­na. Wolał być w czte­ry oczy z więź­niem. Lub więź­niar­ką.

Łań­cu­chy opla­ta­ją­ce jej koń­czy­ny unie­ru­cho­mi­ły­by ol­brzy­ma. Nagie plecy po­zna­czył kań­czug. Czar­no­księż­nik za­mach­nął się i ude­rzył raz jesz­cze. O, jakże to było przy­jem­ne! Pie­kiel­nie bło­gie! Bicz w ręku sta­wał się re­kwi­zy­tem wła­dzy. Ści­ska­nie rę­ko­je­ści przy­po­mi­na­ło o tym Ne­fa­ste­so­wi, a bo­le­sny dotyk ple­cio­ne­go rze­mie­nia – po­rwa­nej pu­stel­nicz­ce.

Miała zgrab­ne ciało. Znak, że w swoim ere­mie żyła w więzi z na­tu­rą. Ude­rzył po­now­nie. Skóra ofia­ry nie wy­trzy­ma­ła i wy­pu­ści­ła stru­my­czek krwi.

– Za co? – jęk­nę­ła, wciąż nie do­wie­rza­jąc swo­je­mu nie­szczę­ściu.

– Słu­cham? – Pul­so­wał z emo­cji, ale nie zdra­dzał tego gło­sem. Choć za­pach świe­żej jusz­ki cnot­ki roz­grze­wał w nim ni­skie in­stynk­ty, do­sta­tecz­nie długo uczył się kon­tro­lo­wać od­ru­chy ciała. Pa­no­wać nad gło­sem, wy­ra­zem twa­rzy, a nawet my­śla­mi. Silna wola była ko­niecz­na, by ujarz­miać de­mo­ny.

Pu­stel­nicz­ka za­mil­kła, a rze­mień i tak spadł na jej plecy. Wy­krę­cił się przy ude­rze­niu, po­zo­sta­wia­jąc siną pręgę na pier­si. Biust uwię­zio­nej, w ze­sta­wie­niu z jej ni­skim wzro­stem, wydał się ma­go­wi wy­jąt­ko­wo pełny. Czar­no­księż­nik po­czuł swój pręż­ny, czar­ci ogon. Chęt­nie zgwał­cił­by tor­tu­ro­wa­ną na­tych­miast, ale nie miał już dla niej czasu. Ba­śnie zwy­kle to po­mi­ja­ją, ale by zo­stać czar­no­księż­ni­kiem, nie wy­star­czy mrocz­ne serce i uśmiech złych mocy. Trze­ba cięż­ko pra­co­wać. Sie­dzieć nad gri­mu­ara­mi. Do­kształ­cać się nie­ustan­nie. A prze­cież on, Ne­fa­stes, zaj­mo­wał się nie tylko czar­ną magią.

Był też ojcem.

Siar­czy­ście ude­rzył pu­stel­nicz­kę w po­śla­dek, by dać uj­ście chuci. Rzu­cił szorst­ko:

– Uszczę­śli­wisz dziś kogoś bar­dzo waż­ne­go, Mał­go­siu.

Doj­rzał na twa­rzy więź­niar­ki ozna­ki mdło­ści, wi­docz­nie bała się, że zaraz ją zbez­cze­ści. W tym wszyst­kim nie mogła ukryć zdzi­wie­nia. Nie­bio­sa! Czemu na­zy­wał ją Mał­go­sią?!

Ni­cze­go nie wy­ja­śnił. Wy­po­wie­dział za­klę­cie i łań­cu­chy znik­nę­ły. Zlęk­nio­na ko­bie­ta chwy­ci­ła z pod­ło­gi ko­szu­lę i okry­ła się nią. Ne­fa­stes zbli­żył się i zadał jej ostat­ni cios, swoją różdż­ką.

Ode­tchnął głę­bo­ko. Była pora gri­mu­arów, a potem czas dla Vessy. Zbli­ża­ły się dzie­sią­te uro­dzi­ny dziew­czyn­ki.  

 

***

– To już ostat­ni. – Splu­nę­ła i sko­pa­ła tru­chło po­mniej­sze­go dia­bła ze scho­dów. Od­dy­cha­ła cięż­ko, twarz miała po­si­nia­czo­ną, a bry­gan­ty­na nada­wa­ła się pod mło­tek płat­ne­rza. Przy­cię­te do po­ło­wy szyi włosy w ko­lo­rze mo­sią­dzu po­zle­pia­ły się od potu i krwi. – Dla mnie pest­ka – szep­nę­ła.

– Wiem, Cu­dzie. – Spod po­ma­rań­czo­wych brwi, oczy za­kli­na­cza pa­trzy­ły na nią z uczu­ciem. Po­do­ba­ła mu się jesz­cze bar­dziej w szkar­łat­nym świe­tle, rzu­ca­nym przez owal­ny wi­traż w sze­ro­kim oknie ską­pa­nej we krwi de­mo­nów sali.

– Na­praw­dę nie mo­gli­śmy kupić tej książ­ki w żad­nej księ­gar­ni, Mą­dra­lo?

– To nie książ­ka, tylko gri­mu­ar, Cu­dzie. I Ne­fa­stes ma je­dy­ny taki na świe­cie. Opra­wio­ny w skórę czar­ne­go jed­no­roż­ca i dia­men­ty kar­bo­na­do, pełen ta­jem­nic tak po­tęż­nych, że…

– Tak, wiem – ucię­ła. – Już opo­wia­da­łeś. Może czar­no­księż­nik ma wię­cej ba­zy­lisz­ków. Skóry z po­przed­nie­go po opra­wie­niu nie star­czy mi nawet na płasz­czyk. Chodź­my po twój nowy gri­mu­ar, mój ar­cy­ma­gu.

Dia­blik wy­pełzł zza zwłok i za­pisz­czał dziko, rzu­ca­jąc się jej do gar­dła z ob­sy­dia­no­wym pu­gi­na­łem. Z dłoni za­kli­na­cza po­mknął pio­run i od­rzu­cił czar­ta pro­sto na czer­wo­ny wi­traż. Szkło się roz­bi­ło i nie­szczę­śnik wy­padł z wieży. Dia­blik nie miał skrzy­de­łek.

– Ten był ostat­ni – po­wie­dział za­kli­nacz i lekko po­kle­pał wy­bran­kę po opan­ce­rzo­nych ple­cach.  

***

Wi­tra­że, jak w ja­kiejś świą­ty­ni! W in­fer­nal­nych bar­wach czy nie, idio­tycz­ny kon­cept. Po­mysł wy­jąt­ko­wo zło­śli­wej wiedź­my. O sercu tak pa­skud­nym, iż nie­jed­no stwo­rze­nie ode­tchnę­ło z ulgą na wieść, że przy po­ro­dzie wy­zio­nę­ła ducha. Czar­no­księż­ni­ko­wi też ulży­ło. Przez rok miesz­ka­nia w jego wieży zdą­ży­ła po­wsta­wiać głu­pie wi­tra­że, zgu­bić (albo ukraść) dwa wo­lu­mi­ny czar­nej magii i ode­słać w ot­chłań ulu­bio­ne­go suk­ku­ba. Poza tym wy­pi­ja­ła wino, wy­ja­da­ła ka­wior, a nie­to­pe­rza wam­pi­ra, który miesz­kał na stry­chu, spa­li­ła ogni­stą kulą, bo po­dob­no wplą­ty­wał się we włosy.

Z matką Vessy dzie­lił pasję czar­nej magii, ale da­le­ki był od tego, by kie­dy­kol­wiek ją po­ko­chać. Po­czuł się nieco oszu­ka­ny tym, że wy­ko­rzy­sta­ła jego na­sie­nie bez py­ta­nia o zgodę, ale nie wy­kłó­cał się. Osta­tecz­nie sam umie­ścił je we­wnątrz cza­row­ni­cy, więc pre­ten­sje by­ły­by tro­chę nie na miej­scu. Gdy rósł jej brzuch, Ne­fa­stes pra­co­wał nad nowym ry­tu­ałem i nie za­wra­cał sobie głowy ro­dzi­ciel­stwem.

Aż na­de­szła noc, gdy ro­dzi­ła się Vessa. Gra­nat nieba ły­skał pio­ru­na­mi, hu­cza­ło ta­ra­ba­na­mi grzmo­tów. Złe duchy okrą­ża­ły ro­go­wą wieżę, jak stru­mie­nie czar­nej wody wokół oka cy­klo­nu. Gdyby za­to­pił wów­czas szty­let w nie­mow­lę­cym ser­dusz­ku córki… spły­nął­by na niego taki zdrój ener­gii, że mógł­by wykuć po­tę­pień­czą mocą tunel do sa­me­go pie­kła. Ale gdy zo­ba­czył małe, fio­le­to­we oczka, nie mógł opu­ścić na nią ostrza. Czar­ny klej­not nie wypił tam­tej nocy mło­dziut­kiej duszy.

A dziec­ko uro­dzi­ło się ślepe. Jedno wej­rze­nie w ten cu­dow­ny, bez­u­ży­tecz­ny fio­let wy­star­czy­ło, by spę­ta­ła go uro­kiem. Mała cza­ro­dziej­ka. Jego… Czar­no­księż­nicz­ka. Tak na nią mówił, choć Vessa nie mogła usły­szeć. Uro­dzi­ła się ślepa… i głu­cha. Bo­go­wie byli wy­jąt­ko­wo nie­li­to­ści­wi. Myśl o karze za grze­chy ro­dzi­ców, wy­da­ła mu się za­bo­bon­na i bez­pod­staw­na. Przy­szła na świat z prze­kleń­stwem? Prze­cież nie mogła na­ro­dzić się w lep­szym miej­scu, niż wieża Ne­fa­ste­sa.

Ne­fa­stes był uczniem Hior­ma Roz­trop­ne­go. A stary Hiorm wy­my­ślił kie­dyś, jak prze­ka­zy­wać sobie myśli w ot­chła­ni. Wę­dro­wa­li po pan­de­mo­nium, trzy­ma­jąc się łań­cu­chów spi­na­ją­cych pie­kiel­ne kręgi. Oczy mieli za­mknię­te, by nie ulec ilu­zji groź­nej jak śmierć. Uszy za­ty­ka­li wo­skiem z aniel­skich piór, żeby nie sły­szeć za­wo­dze­nia po­tę­pień­ców. Te­le­pa­tia nio­sła ry­zy­ko, bo w każdą myśl mógł wśli­zgnąć się demon. Mistrz wy­uczył więc cze­lad­ni­ka, że każdy skra­wek dłoni bę­dzie ozna­czać inną li­te­rę. I tak, prze­su­wa­jąc do­ty­kiem po pal­cach i li­niach bie­gną­cych na skó­rze prze­ka­zy­wał mu: „za mną”, „stój”, „otwie­ram por­tal”.

Cena mą­dro­ści star­ca była wy­so­ka, ale Ne­fa­stes nie wzdra­gał się przed żadną za­pła­tą. Moc też miała cenę, nic nigdy nie było za darmo. Na końcu i wę­drów­ka po pie­kle wy­da­ła owoc. Ze Zwoju Dia­men­to­wej Ofia­ry na­uczy­li się, jak uwię­zić duszę w per­ga­mi­no­wym wię­zie­niu, mię­dzy kar­ta­mi księ­gi.

Po la­tach, trzy­ma­jąc na rę­kach bez­bron­ną có­recz­kę, z cy­nicz­nym gry­ma­sem za­uwa­żył, że jest wdzięcz­ny men­to­ro­wi za dotyk jego ży­la­stych dłoni, który niósł mu mą­drość, na równi z bólem. Gdy mała pod­ro­sła, Ne­fa­stes na­uczył ją al­fa­be­tu Hior­ma.

 

 ***

– Wi­dzisz to, co ja? – spy­ta­ła wo­jow­nicz­ka, ma­sku­jąc drże­nie głosu. Nie­daw­na pew­ność sie­bie gdzieś znik­nę­ła.  

– Widzę – od­rzekł za­kli­nacz – nie bój się, Cu­dzie. – Po­gła­skał jej głowę.

Mi­mo­wol­nie przy­su­nę­ła się do niego i przy­tu­li­ła. Bro­ni­ła uko­cha­ne­go przed szpo­na­mi i ro­ga­mi dia­błów, ale wobec czar­nej magii była bez­rad­na.

Przed bo­ha­te­ra­mi roz­cią­ga­ła się sala o wy­so­kim skle­pie­niu, wy­peł­nio­na mil­czą­cą rotą ka­mien­nych po­sta­ci.

 

***

– Jak Vessa?

– Do­sko­na­le, mi­strzu. – Cho­wa­niec mru­gnął gru­by­mi po­wie­ka­mi. – Wła­śnie skoń­czy­li­śmy czy­tać bajkę o Bez­rę­kiej Dziew­czy­nie. Na ko­niec Vessa po­wie­dzia­ła, że to jed­nak do­brze mieć parę rąk.

Twarz Ne­fa­ste­sa roz­ja­śnił dys­kret­ny uśmiech.

– Zo­sta­wi­łem ci kie­lich krwi jed­no­roż­ca.

Za­do­wo­lo­ny Mal­firs wy­fru­nął z sy­pial­ni Vessy. Mag pod­szedł do córki i po­gła­skał ją po nie­sfor­nych, kru­czych lo­kach. Uśmiech­nę­ła się, czu­jąc silną dłoń ojca. Chwy­ci­ła ją i za­czę­ła pisać al­fa­be­tem Hior­ma:

– I jak nasze por­tre­ty, tato?  

– Po­dzię­ko­wa­łem ma­la­rzo­wi za współ­pra­cę. Przy usta­la­niu ceny ob­ra­zów, oka­zał się dla mnie za twar­dy.

Cien­kie usta małej wy­gię­ły się w smut­ną pod­ków­kę. Miał ocho­tę za­py­tać córkę, po co wła­ści­wie po­trzeb­ny jej por­tret, ale bał się ją zra­nić. Spró­bo­wał zmie­nić temat:

– Mam dla cie­bie dwie nowe rzeź­by.

– Jakie?

– Jasia i Mał­go­się.

– Dzię­ku­ję, tato.

Wi­dział, że wia­do­mość o no­wych za­baw­kach nie spra­wi­ła małej tyle ra­do­ści co zwy­kle. Za­sę­pił się, wi­dząc jej re­ak­cję. Ka­mien­ne rzeź­by zwy­kle bar­dzo uszczę­śli­wia­ły Vessę. Wo­la­ła je od gał­gan­ko­wych lalek i ko­ni­ków na bie­gu­nach. Zrzą­dze­niem losu, Ne­fa­stes był mi­strzem pe­try­fi­ka­cji. Chciał nawet po­da­ro­wać dziew­czyn­ce ży­we­go ba­zy­lisz­ka, żeby mogła sama two­rzyć rzeź­by. Wścib­scy po­szu­ki­wa­cze przy­gód po­psu­li plan: uwol­ni­li nie­wol­ni­ków i za­bi­li po­twor­ka. I nie­mal ze­psu­li małej dzie­wią­te uro­dzi­ny. Nigdy wię­cej!

– Tato? – Kciuk, czu­bek kciu­ka, kciuk, czu­bek ser­decz­ne­go palca. T-a-t-o. – Czy ja będę cza­ro­wać, tak jak ty? Jak mama?

Ne­fa­stes nie­raz łapał się na tym, że pro­sto i szcze­rze pa­trzy córce w oczy. Nie mogła o tym wie­dzieć. Czy wie­dzia­ła, że oj­ciec za­wsze mówi jej praw­dę? Nie cho­dzi­ło o nie­win­ne eu­fe­mi­zmy, jak z nie­wdzięcz­nym ma­la­rzem. W głębi duszy czuł, że ona ro­zu­mie. Na ważne py­ta­nia nigdy nie od­po­wia­dał kłam­stwem.

– Nie wiem, Vesso. – Lewy kra­niec dłoni: nad nad­garst­kiem, czu­bek wska­zu­ją­ce­go palca, dwa kółka po­środ­ku dłoni, czu­bek ser­decz­ne­go palca. V-e-s-s-o.

Przy­tu­lił ją.

– A co byś wy­cza­ro­wa­ła?

– Lu­stro, jak w Kró­lew­nie Śnież­ce. Tato, w bajce kró­lew­na na­praw­dę umie­ra po zje­dze­niu za­tru­tej grusz­ki, czy Mal­firs znów coś po­krę­cił?

 – Po­krę­cił – uśmiech­nął się Ne­fa­stes. – Kró­lew­na umie­ra po zje­dze­niu za­tru­te­go jabł­ka.

– To do­brze, bo zja­dła­bym grusz­kę.

Mag wyjął z rę­ka­wa so­czy­sty owoc i wrę­czył Ves­sie, a potem po­ca­ło­wał czu­bek czar­no­wło­sej głów­ki.

 

– Z por­tre­tu nici – przy­po­mniał Mal­fir­so­wi.

– Ale za to spo­sób w jaki za­ła­twi­łeś tego tan­de­cia­rza, mi­strzu! Praw­dzi­wa sztu­ka różdż­ki!

Ne­fa­stes zmru­żył oczy, igno­ru­jąc po­chleb­stwa.

– Co jej damy na uro­dzi­ny?

– Ostat­nio za­chwy­ca­ła się Kró­lew­ną Śnież­ką.

– Mógł­bym za­mie­nić w ka­mień sied­miu kar­łów…

– Naj­bar­dziej za­cie­ka­wi­ło ją za­cza­ro­wa­ne lu­stro.

– Zwier­cia­dło… Tak, mó­wi­ła o nim. – Ne­fa­stes zmie­rzył Mal­fir­sa bez­li­to­snym wzro­kiem. – Naj­pierw por­tret, a teraz to. Co moja córka mia­ła­by robić ze zwier­cia­dłem? Może jesz­cze niech jej mówi, że jest naj­pięk­niej­sza na świe­cie?

– Nie de­ner­wuj się, mi­strzu. Mam pe­wien po­mysł.

– Le­piej nie wy­sta­wiaj mojej cier­pli­wo­ści na próbę.

– Pa­mię­tasz że­la­zną dzie­wi­cę, którą skon­stru­owa­li­śmy, żeby wy­sy­sać ener­gię z cier­pień nie­wol­ni­ków?

– Tę, która zmie­nia­ła tem­pe­ra­tu­rę?

– Do­kład­nie. Tę, która pod­grze­wa­ła się od bła­gań o łaskę.

– Mia­łeś dobry po­mysł, by wy­sma­ro­wać ją ole­jem – po­ki­wał głową Ne­fa­stes.

Mal­firs uśmiech­nął się, za­do­wo­lo­ny z apro­ba­ty mi­strza. Mówił dalej:

– Lu­stro dla Vessy mo­gło­by zmie­niać tem­pe­ra­tu­rę. Od jej do­ty­ku bę­dzie sta­wa­ło się cie­plej­sze.

– Bo jest naj­pięk­niej­sza.  

– Otóż to. Oczy­wi­ście nie bar­dzo go­rą­ce, żeby się nie spa­rzy­ła. A jak ja go do­tknę, to bę­dzie zimne jak lód. Spodo­ba jej się.

– Masz głowę mię­dzy ro­ga­mi, stary dia­ble.

– W pie­kle byłem ra­cjo­na­li­za­to­rem.

 

***

– Zje nas pani? – spy­tał ka­mien­ny Jaś.

– Bła­gam, nie! – ję­cza­ła ka­mien­na Mał­go­sia

– Głup­cy – od­po­wie­dzia­ła czar­no­księż­nicz­ka – nie jadam ludzi, tym bar­dziej ta­kich chu­dziel­ców!  

– A dla­cze­go tak tu ciem­no? – do­cie­kał Jaś. – Nie widzę wła­snych dłoni. Pani na pewno jest brzyd­ka, jak Baba Jaga.

– Prze­ko­naj się sam – rzu­ci­ła mu wy­zy­wa­ją­co.

Do­ty­ka­ła swo­jej twa­rzy i ra­mion, wy­obra­ża­jąc sobie, że to dło­nie chłop­ca.

– Jest pani pięk­niej­sza od mojej Mał­go­si! Zrób­my z niej ry­tu­ał i za­miesz­kaj­my razem!

Ka­mien­na twarz Mał­go­si wy­ra­ża­ła lęk i obrzy­dze­nie, jakby od zdra­dy Jasia na­szły ją mdło­ści. A Vessa, choć nie była pewna, czym jest ry­tu­ał, wie­dzia­ła, co od­po­wie­dzieć Ja­sio­wi:

– Bez­czel­ny! To ja za­de­cy­du­ję o tym, kto za­miesz­ka w mojej wieży!

 

***

Dia­bli trup ście­lił się gęsto na gład­kiej po­sadz­ce. On magią, ona mie­czem, wy­traw­ne za­bi­ja­ki, w tańcu śmier­ci nie mieli sobie rów­nych. Jesz­cze za daw­nych dni, łu­piąc na ce­sar­skim trak­cie, nie­źle da­wa­li sobie radę z licz­niej­szym prze­ciw­ni­kiem. A de­mo­ny Ne­fa­ste­sa? Może wiel­kie i strasz­ne, ale ru­sza­ły się jak wozy z wę­glem i śmier­dzia­ły jak uro­bek z po­kła­du o wy­so­kiej za­war­to­ści siar­ki.

Wo­jow­nicz­ka wy­tar­ła głow­nię w zwi­sa­ją­cą spod su­fi­tu cho­rą­giew z ro­ga­tą czasz­ką. W wieży peł­nej cza­rów i za­ga­dek na mo­ment od­zy­ska­ła ini­cja­ty­wę. 

I wtedy go zo­ba­czy­li. Stał na końcu ko­ry­ta­rza, w czar­nej sza­cie i mi­trze z pen­ta­gra­mem.

 – Za nim! Łap skur­wy­sy­na! – krzyk­nął za­kli­nacz.

Zdą­żył wy­wo­łać pio­run i tra­fić Ne­fa­ste­sa w ramię. Mag zawył z bólu. W po­ści­gu wbie­gli do ośmio­bocz­nej sali. Wtedy Mal­firs, przy­cza­jo­ny pod su­fi­tem, obrzy­gał za­kli­na­cza żół­tym kwa­sem. Fetor ści­nał z nóg, ale widok był jesz­cze gor­szy. Wo­jow­nicz­ka nie­mal wy­pu­ści­ła oręż, gdy ko­cha­nek roz­pusz­czał się na jej oczach. Z jego krzy­ków zro­zu­mia­ła tylko:

 – Zabij!

Od­ga­dła proś­bę o cios łaski. Nie zdą­ży­ła go zadać. Ne­fa­stes wy­cza­ro­wał pro­mień, który zmie­nił po­szu­ki­wa­cza przy­gód w posąg. Spe­try­fi­ko­wał cier­pie­nie. Uko­cha­ne lico prze­mie­ni­ło się w szka­rad­ną maskę, oszpe­co­ną kwa­sem. Okrzyk bólu uwięzł w top­nie­ją­cych war­gach.

Wo­jow­nicz­ka sku­pi­ła wzrok na zło­śli­wym uśmie­chu Mal­fir­sa i ci­snę­ła w cho­wań­ca mie­czem z taką siłą, że głowę de­mo­na przy­szpi­li­ło do he­ba­no­we­go ży­ran­do­la.  

Czar­no­księż­nik za­klął w mowie pie­kieł. Ude­rze­nie ta­jem­nej siły pchnę­ło wo­jow­nicz­kę po po­sadz­ce i z trza­skiem roz­war­ło nią żółte, ko­ścia­ne drzwi. Z łow­czy­ni stała się zwie­rzy­ną. Ku­li­ła grzbiet, uni­ka­jąc pro­mie­ni, które skwier­cza­ły w po­wie­trzu. Gonił ją dłu­gim, mrocz­nym ko­ry­ta­rzem do kom­na­ty za­snu­tej pół­mro­kiem. Sły­sza­ła jak dyszy, tłu­miąc zmę­cze­nie gnie­wem. Czuła, że nie da rady dłu­żej biec. Po­ci­ski zbli­ża­ły się jak czer­wo­ne szer­sze­nie. Uj­rza­ła na ścia­nie zwier­cia­dło, osło­ni­ła się nim. Drgnę­ła za­sko­czo­na, bo było cie­płe. Od­bi­ty lu­strem pro­mień tra­fił w pierś Ne­fa­ste­sa.

Na twarz maga na­pły­nę­ło zdzi­wie­nie. Nie­raz dumał nad tym, jakie to uczu­cie.

Za­stygł szyb­ko jak wosk lany w wodę, stward­niał i stał się ka­mien­ną rzeź­bą. Lu­stro nagle zro­bi­ło się zimne.

Wo­jow­nicz­ka pod­sko­czy­ła gwał­tow­nie i ar­te­fakt wy­padł jej z rąk, z trza­skiem ude­rza­jąc w pod­ło­gę.

Usły­sza­ła szur­nię­cie ma­łych bu­ci­ków. Tuż za ple­ca­mi miała dziew­czyn­kę. Czar­ne locz­ki za­sła­nia­ją­ce oczy, spo­kój jej twa­rzy na widok śmier­ci maga i nie­od­gad­nio­ne mil­cze­nie zmro­zi­ły zbroj­nej szpik w ko­ściach sil­niej, niż pół hordy do­pie­ro co ubi­tych de­mo­nów. Wy­co­fy­wa­ła się po­wo­li, drżąc od na­pię­cia. Bez mie­cza czuła się zu­peł­nie bez­bron­na. Blada dziew­czyn­ka jak upiór su­nę­ła w jej stro­nę.

– Odejdź! Odejdź ode mnie! – krzy­cza­ła wo­jow­nicz­ka. Mała nie re­ago­wa­ła.

Na pie­de­sta­le zbroj­na do­strze­gła znie­na­wi­dzo­ną księ­gę, w po­ły­skli­wej, czar­nej opra­wie z dia­men­tów kar­bo­na­do. Gri­mu­ar Ne­fa­ste­sa, który ode­brał jej uko­cha­ne­go. Pod­wyż­sze­nie znaj­do­wa­ło się przed ba­zal­to­wym oł­ta­rzem, na któ­rym tlił się zie­lo­ny ogień. Wście­kła wo­jow­nicz­ka chwy­ci­ła gri­mu­ar i ci­snę­ła w pło­mie­nie. Wy­schnię­te stron­ni­ce wnet za­ję­ły się ogniem.

Bo­ha­ter­ka co­fa­ła się dalej, od­da­la­jąc od zjawy i nie mogąc ode­rwać wzro­ku od hip­no­ty­zu­ją­cych pło­mie­ni. Wtedy znad księ­gi pod­nio­sła się ete­rycz­na po­stać. Duch uwię­zio­ny w per­ga­mi­nie. Pół­prze­zro­czy­sta sylwetka mło­dej ko­bie­ty w bar­wie ne­fry­tu, z dziu­ra­mi zie­ją­cy­mi ogniem, za­miast oczu. Szy­szy­mo­ra. Dusza zmar­łej przy po­ro­dzie.

Duchy ro­zu­mie­ją wię­cej. Zie­lo­na matka zwró­ci­ła się ku zja­wie i spoj­rza­ła na swoje ete­rycz­ne dło­nie, bez­sil­ne w pla­nie ma­te­rii. 

Roz­legł się krzyk. Okrut­ny, prze­ni­kli­wy, roz­ry­wa­ją­cy. Bo­ha­ter­ka zła­pa­ła się za uszy. Nie po­ma­ga­ło. W końcu po­czu­ła na pal­cach krew. W pa­ni­ce, wo­jow­nicz­ka tło­czy­ła w młode płuca po­wie­trze jak w ko­wal­ski miech. Usta zro­bi­ły się suche, za­kłu­ło w klat­ce pier­sio­wej.

Zie­lo­na szy­szy­mo­ra po­śród pło­mie­ni i zjawa su­ną­ca w stro­nę ska­mie­nia­łe­go Ne­fa­ste­sa. To był ostat­ni widok, zanim stra­ci­ła przy­tom­ność.

 

***

Pach­nia­ło, jakby pa­li­ło się coś dziw­ne­go. Chyba Mal­firs znów do­rzu­cił coś do ognia. Czar­no­księż­nik sta­now­czo za­bro­nił córce zbli­żać się do pło­mie­ni, a ona ufała swo­je­mu tacie. Uśmiech­nę­ła się pro­mien­nie, my­śląc o mi­ło­ści ojca, który po­da­ro­wał jej rzeź­bę sa­me­go sie­bie. Gdy praw­dzi­wy mag bę­dzie pra­co­wał w la­bo­ra­to­rium albo pió­rem fe­nik­sa kre­ślił zwoje na swoim kan­tor­ku z cza­szek, Vessa po­ba­wi się z ka­mien­nym tatą i czas szyb­ciej zleci.

Pre­zent pra­wie tak wspa­nia­ły, jak lu­stro, które do­sta­ła na uro­dzi­ny. To do­pie­ro był cu­dow­ny po­da­rek! Oj­ciec to praw­dzi­wy cza­ro­dziej. Po­szła po­szu­kać zwier­cia­dła. Le­ża­ło na ziemi, prze­wró­co­ne. Roz­bi­ło się. Chcia­ła je pod­nieść i roz­cię­ła sobie dłoń ka­wał­kiem szkła.

Ręka córki czar­no­księż­ni­ka była cała czer­wo­na, ale nikt nie mógł tego zo­ba­czyć.

Usły­szeć pła­czu.  

 

Koniec

Komentarze

Ciekawy pomysł, niezła fabuła. Czytałam z zainteresowaniem. Widzę, że odszedłeś od narracji pierwszoosobowej. Podobało mi się.

Dobrze, że dałeś ogra w przedmowie. ;-)

Babska logika rządzi!

Początkowo trochę się gubiłam kto i co, ale się znalazłam ;). Bardzo przyjemnie się czytało. Czarnoksiężniczka :). Tylko koniec taki… chwytający za serce. Chyba jestem przeczulona na takie sceny. Ale ogólnie sympatyczne i skrajnie różne od tego co do tej pory na ten konkurs wpłynęło. Oryginalne podejście do tematu. Nie dziwię się, że Finkla dała punkt ;).

Dzięki, dziewczyny : )

Finkla, gdybym wiedział, że lubisz ogry obiecałbym wszystkim OGRzewane OGRodniczki. Miło mi, że czas który poświęciłaś na lekturę nie okazał się zmarnowany, no i gracias za pierwszy punkcik :)

Emtri, wiem, że akcja troszkę skacze, ale cieszę się, że udało Ci się znaleźć. Oddzieliłem poszczególne sceny z perspektywy innych postaci asteryskami i uznałem, że nie wymagają dodatkowych wprowadzeń (a poza tym, każde dodatkowe wprowadzenie zmniejszałoby limit znaków). Mam nadzieję, że to nie świadczy o mnie źle, ale jestem zadowolony, że chwyciło Cię za serce.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nevazie, błysnąłeś tym opowiadaniem nadzwyczajnie. Naprawdę starannie wykonana, wciągająca historia z łapiącym za serce zakończeniem. A wszystko spisane językiem tak pięknym, że nie znajdziesz przesady w stwierdzeniu, że lektura była czystą przyjemnością.

Postać Arcymaga, wielowymiarowa i niezwykle krwista (nie mylić z: krwiożercza, choć i tego przymiotu ciężko chłopu odmówić), nadzwyczajnie przypadła mi do gustu. Co prawda motyw Wcielonego Zła zmieniającego się w pluszowe serduszko na widok swojej pociechy nie jest oryginalny, ale opisałeś rzecz tak pięknie, że od początku miałem nadzieję, że Cud i jej przydupasa szlag jasny trafi, i wszyscy mieszkańcy wieży nadal będą żyli długo i szczęśliwie. A to już jest wyczyn.

Vessa, stworzenie do cna niewinne i urocze, choć przecież wychowane w samym sercu piekła na ziemi, też wypada po prostu świetnie.

 

Do czego mogę się przyczepić, to scena opisujące poznawanie alfabetu Hiorma; dla mnie jest straszliwie zagmatwana i niejasna. Natomiast scena z szyszomorą też zdeczka przekombinowana i jakaś taka… jakby wciśnięta na siłę, byle zabić Cud.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A, no właśnie – o tym zapomniałam. Podczas lektury miałam taki moment olśnienia: “Aha, to stąd Nevaz zna alfabet Lorma”. Ten motyw też mi się spodobał. :-)

Babska logika rządzi!

Do czego mogę się przyczepić, to scena opisujące poznawanie alfabetu Hiorma; dla mnie jest straszliwie zagmatwana i niejasna.

Jeśli masz na myśli scenę z pandemonium to jedna z pierwszych jakie powstały, nie pamiętam już czy nie najstarsza. Głupio mi, że zagmatwałem, ale miało być z nutą epiki i pozawymiarowych wojaży. Jeśli ciekawi cię alfabet Lorma, nie powinieneś mieć problemu ze znalezieniem podstawowych informacji w Internecie – ja nie sięgnąłem poza źródła w Internecie, w zasadzie nie było mi to potrzebne, bo pomysł wydaje się w założeniach dość prosty (tym bardziej żałka, jeśli go zagmatwałem). Oczywiście dobrze zauważyłaś, Finklo, alfabet Hiorma to właśnie alfabet Lorma (ale ponieważ Hiorm nie za bardzo jawi się jako pozytywna postać, dostał własne imię).

Cieniu, a gdzie tam jest napisane, że Cud umarła :P ? Szyszymora pojawiła się później w procesie tworzenia tekstu, ale nie dałbym się przekonać, że na siłę. Po jakimś czasie dotarło do mnie, że cały czas było tam jej miejsce. Czy dobrze ją opisałem, to inna sprawa, ale dla mnie pasuje w układance : ). 

Bardzo mi miło, że ci się dobrze czytało. Jeśli błysnąłem tym opowiadaniem, uważam to za zasługę wspaniałych (i cierpliwych) Bet : -) 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Sam alfabet Lorma (czy też Hiorma) i system jego działania jest dla mnie banalnie prosty (to znaczy idea, bo samego alfabetu nie umiem); podczas pisania Wizji wystarczyło mi dosłownie rzucić okiem na temat, by pojąć, o co w tym biega. To sama scena jest nieco chaotyczna. Tak, jakbyś jednocześnie mówił o czasach nauk samego Nefastesa i o tym, jak uczył swoją córkę alfabetu L/Hiorma. Pogubiłem się w tym po prostu.

Cieniu, a gdzie tam jest napisane, że Cud umarła :P ?

A nigdzie. Ale wyciągnąłem takie wnioski z następującego fragmentu:

 

Ręka córki czarnoksiężnika była cała czerwona, ale nikt nie mógł tego zobaczyć.

Usłyszeć płaczu.  

Jak nikt, to nikt.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki, Cieniu.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Co za akcja! :) Przyjemna lektura, choć egocentryk, który mięknie na widok bezbronnej córeczki, zamiast dokonać rytuału i zawołać “mam tę moc!”, wydaje mi się motywem trochę naciąganym… Ale co tam, fajnie się czytało.:)

Rooms, dziękuję, mokrego dyngusa! :P

A jeśli chodzi o moc, to według niektórych, największą moc ma miłość = ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Podobało mi się. Niektóre zdania, fragmenty – językowo po prostu trafione w punkt.

Paradoksalnie – typowy świat fantasy, świat magów, wojowniczek etc., w kontekście tego konkursu też wydał mi się wyjątkowo oryginalny i nieoczywisty.

Bardzo przyjemne opowiadanie. Porządnie napisane, wciągające, z urokliwym rzutem oka na konflikt z obu stron.

A za czarnoksiężniczkę – plask w Biblio

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Bardzo mi miło, potraktuję wasze pochwały jako motywację do dalszej twórczości :).

Nie żebym potrzebował jakichkolwiek zachęt do pisania… ale nie zmienia to faktu, że przyjemnie patrzeć na punkciki ^ ^. Dziękuję, Drogie Panie!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

W pełni fantastyczne opowiadanie :) Ciekawa fabuła; sprawnie napisane. Cudnie odmalowany świat wyobraźni małej Vessy.  I nie wiem, czyja to wina, ale pogubiłam się i nie wiem, kto tu w końcu jest zły ;) Tak pokazałeś opiekuńczość i miłość ojca do córki, że ten aspekt przysłonił mi całą resztę intrygi i nic więcej mi w pamięci nie zapadło. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję, cieszę się, że nie usnęłaś przy lekturze :P

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

W pale się nie mieści, że Czarnoksiężniczka nadal pozostaje poza biblioteką…

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

“(…) to załatw, żeby to było pierwsze miejsce na liście przebojów.

Silnoręki: Ale to chyba ludzie decydują…

Szef: To dowiedz się, jacy ludzie i porozmawiaj z nimi po swojemu.”

 

;)

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Lepiej późno niż wcale – masz piąty klik zamiast długiego gadania.

 

Znaczy, ktoś z Adamem porozmawiał… ;-)

Babska logika rządzi!

:-) Ktoś coś komuś sugeruje? Pomimo świadomości o czyjejś nieprzekupności? :-)

Nikt nie rozmawiał; jakoś tak omijałem to opowiadanie, omijałem, aż w końcu ruszyło mnie sumienie…

Nieprzekupność swoją drogą, a zastraszanie i nec Hercules… – swoją.

Adamie, sam się o to prosiłeś, klikając na Bibliotekę tuż po takim komentarzu. ;-)

Zaraz, zaraz… Dlaczego uważasz, że mam świadomość Twojej nieprzekupności? Czyżbyś teraz Ty coś sugerował? ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki Adam!

( Dzięki Silnoręki ;)) )

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevazie, nie ma za co; prędzej ja za takie zwlekanie przeprosić winienem. Ale być może wiesz, jak czasami bywa. Patrzy się na tytuł i jeszcze w tym przypadku na temat konkursu i myśli: oj, nie dzisiaj, znów będzie na smutno albo poetycznie do niezrozumiałości, albo, albo… I schodzi diabeł wie, jak długo.

Samo przeniesienie historii do świata fantasy zapaliło ostrzegawcze światełko na pulpicie uwagi, ale to była, rzeknę, pomyłka. Magikus potężny, ale nic, przynajmniej do tej chwili, nic poradzić nie może. Drugi magik, poszukiwacz jedynego grymuaru, wchodzi w paradę z katastrofalnym skutkiem… Zgoda, że to zagranie na emocjach czytelnika, jak w większości, gdy chodzi o dzieci, ale zagranie, w moich oczach, per saldo dyskretne, bo na drugim planie, w następstwie wydarzeń z przodu sceny… A to wywiera wcale nie mniejsze wrażenie, może nawet nieco większe, bo lekko jak gdyby opóźnione w czasie o tę sekundę, potrzebną na pokojarzenie…

<><><>

Czyżbyś teraz Ty coś sugerował? ;-) ---> wet za wet, czapka za kapelusz… :-)

(I cicho już siedzimy, bo Autor w swoim wątku ma prawo obszurgolić każdego bez wyjątku.) {O, nawet rymnąłem ze strachu… :-) }

Świetnie napisane, wciągające opowiadanie. Okrutne zakończenie, naprawdę zrobiło mi się żal Vessy.

Nevazie, gratuluję biblioteki :))

Kawał dobrego opowiadania wyszedł. Szczegóły mojej opinii znasz ;)

Ja również gratuluję biblioteki. W pełni zasłużona. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

I ja gratuluję, bo tekst naprawdę dobry. Zresztą już samo zaangażowanie, z jakim go dopracowywałeś, zasługuje na uznanie.

Miło mi, Moniko, że tekst Cię poruszył.

 

A ja gratuluję sobie takich trzech Gracji jak wy! Mam nadzieję, że to nie był ostatni raz gdy sobie pomagamy w pracy nad tekstem :). 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ciekawe i dobrze napisane. Smutne to zakończenie, ale na plus dla opowiadania.

,,Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu." ~ Ken Kesey

super i dość ciekawie napisane… faktycznie troche smutne…

Niezłe!

 

Nevazie, warsztatowo jest coraz lepiej. Przyjemna lektura. Ten chwyt z lustrem w finale, trochę oklepany, ale skoro tekst czerpie z dorobku baśni, to wydaje się na miejscu. Choć lekki niedosyt jest.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dziękuję. Mam nadzieję, że następnym razem będzie dosyt. 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

I cóż, przychodząc tu dopiero teraz, mogę dodać do wszystkich pochlebnych opinii o opowiadaniu. Mogę tylko dołączyć do grona wcześniej komentujących, którzy, tak jak ja, są bardzo usatysfakcjonowani lekturą. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wasza satysfakcja przekłada się na moją satysfakcję :P.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Zabierając się za lekturę, nie zauważyłem, że tekst pisany był na konkurs. I dobrze, bo gdybym zobaczył, to pewnie bym nie przeczytał (nie przepadam za tekstami na zadany temat, wolę czytać, co autorowi w duszy gra) – a opowiadanie mi się podobało, choć na początku trochę się gubiłem w kolejności akcji (coś tam pewnie można by poprawić, żeby było czytelniej).

Bardzo ładnie poprowadzona postać złego czarnoksiężnika-troskliwego ojca.

„Widzę, że popełnił pan trzy błędy ortograficzne” – markiz Favras po otrzymaniu wyroku skazującego go na śmierć, 1790

Dziękuję, miło mi.

Czasem zadany temat staje się fajnym impulsem do poruszenia własnej wyobraźni. Pamiętam, że przed tym konkursem koncepcja na opowiadanie mocno mi się zmieniła… W każdym razie udział betujących w ostatecznym procesie tworzenia był naprawdę znaczny, w zasadzie wyciągali ze mnie kolejne nitki fabuły jak ze starego, poszarpanego obrusa :D.  

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

To prawda, tak też czasem się zdarza. Zwłaszcza jak temat luźny (no, czego akurat o tym nie można powiedzieć ;) ). Aktualne X przez to kusi, ale jakoś nie mogę się jeszcze zebrać… ;)

„Widzę, że popełnił pan trzy błędy ortograficzne” – markiz Favras po otrzymaniu wyroku skazującego go na śmierć, 1790

Interesujące.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję, miło mi.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

 

Przez rok mieszkania w jego wieży zdążyła

Jakieś wygrubienie się ostało.

Bardzo mi się podobało.  Akcja żywa, stwory ciekawe, bohaterowie wyraziści. Podoba mi się prostota a jednocześnie bardzo dobre wykonanie – mój ulubiony typ:)

Dziękuję za lekturę, patetronusie.

To pogrubienie jest zamierzone, ma na celu wyrażenie intensywnych emocji odczuwanych przez czarnoksiężnika na myśl o tym, że wiedźma zaczynała przerabiać mu wieżę. Jego wieżę!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka