- Opowiadanie: kozajunior - Tu na razie jest bagnisko

Tu na razie jest bagnisko

Dziękuję za betę Mai, Yossowi i Skonecznemu, dziękuję bardzo. :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Tu na razie jest bagnisko

Poprzedniego lata bagno pochłonęło Bartka. Bawili się – Karol, Aga i Bartek – łażąc po przewalonych pniach, i nie wiadomo kiedy Bartek potknął się, krzyknął – bagno zabulgotało – i więcej go nie widzieli.

Pobiegli po ratunek. Po chwili zebrała się cała wieś. Mężczyźni przeszukiwali bagno kijami. Nieskutecznie. Może zanurkować? Ale jak, przecież za głęboko, nieprzejrzyście. Po godzinie przyjechała straż pożarna, policja, lecz wiadomo było, że za późno. Mogli tylko wyłowić ciało.

Niestety ciała nie znaleźli.

Na pogrzebie ludzie wpatrywali się w pustą trumnę. Po mszy  i symbolicznym pożegnaniu zmarłego skierowali się do jedynej w wiosce knajpy. Tu każdy każdego znał, każdy każdemu pomagał.

Pół roku później, na wiosnę, się zaczęło.

Najpierw starego Karpowicza znalazła wnuczka w łazience, całego we krwi i z brzytwą w ręce, z poderżniętym gardłem. Każdy wiedział, że Karpowicz potrafi używać brzytwy jak mało kto, w końcu balwierz, a i chęć do życia miał ogromną. Umarł z przerażeniem zastygłym na twarzy. Lustro, przed którym się golił, ktoś próbował stłuc. Jakby przeraził się własnego odbicia.

Mówiło się, że kiedyś powiesiła się przez niego jedna dziewczyna, a teraz jej duch się błąka po wsi, ale… Starych bajanie.

Innym razem Więcek wyszedł w pole i nie wrócił. Znów cała wieś szukała. Przeczesali pobliskie zagajniki i opuszczone lepianki, rzekę, a nawet bagno. Znaleźli bimbrownię w brzezince należącej do Więcka, skrytą w szałasie przykrytym plandeką, jednak on sam wsiąkł w ziemię. Po dwóch tygodniach zaprzestano poszukiwań.

Żona opuściła Więcka, kiedy zmarła ich córka. Zmarła z wyziębienia, bo Więcek nie dopilnował i dziecko wyszło nocą do lasu, a panowały wiosenne przymrozki. Ludzie mówili, że tego sobie nigdy nie wybaczył.

Kochana Janiakowa krzykiem obudziła wszystkich sąsiadów, gdy, niczym kłoda, stoczyła się ze schodów i złamała obie nogi. Szczęście, że nie kręgosłup, co w jej wieku można uznać za cud. Ludzie pytali, zasłabła czy co? Przecież kobieta, choć starowinka, to sił nadal miała jak niejedno dziewczę. Ale wreszcie powiedziała. W lustrze, które wisi na półpiętrze, ujrzała twarz Tadeusza, swojego Tadka. Zakręciło się jej w głowie i poleciała po stopniach.

***

Ktoś położył kwiaty i postawił znicze na marmurowej płycie, zanim przyszli. Agnieszka płakała chwilę, a Karol otoczył ją ramieniem. Potem usiedli na ławeczce. Patrząc na czarno-białe zdjęcie Bartka na nagrobku. Nadal nie wierzyli. Pierwsza odezwała się dziewczyna. Oddychała już normalnie. Wzrok tylko miała jakiś nieobecny.

– Ja go wczoraj widziałam – powiedziała. – Bartka znaczy.

– Gdzie go widziałaś? – zdziwił się Karol. – Musiało ci się pomylić. Sarna może albo stary Jędrek znów się przez wieś przetaczał.

– Głupek. Byłam na spacerze wieczorem. Stał na drodze, ale jakby nie on. Świecił. Patrzył na mnie chwilę, odwrócił się i poszedł dokądś. Próbowałam go dogonić, ale znikł.

– Niemożliwe, Aga. Dobrze wiesz. Duch? Chyba nie wierzysz w te bujdy, o których wokół się gada?

– Nie wiem, czy nie wierzę. Wielu mówi, że duchy widziało. Karol, powiedz, pójdziesz ze mną nad bagno? – spytała niespodziewanie. – Myślę, że Bartek chce mi coś przekazać. Pokazać.

Agnieszka była blisko z Bartkiem. Całą trójką się przyjaźnili, jednak tę dwójkę łączyło coś jeszcze. A Karol miał teraz iść i szukać zmarłego kolegi, który się ukazał Adze jak duch. I co? Nie pójdzie z nią? Jasne, że pójdzie. Zawsze by poszedł, z nią na koniec świata.

– Coś ci się ubzdurało, Aga – powiedział – ale pójdę. Zobaczysz, że to zwykłe przywidzenie. Bartka już nie ma.

Zbeształ się w myślach za to, że z ust wyszły mu te słowa, bo dziewczynie znów wzięło się na płakanie. Na szczęście zacisnęła pięści, wstrzymała łzy i oznajmiła:

– Dobrze. To wieczorem. Teraz muszę lecieć do rodziców. Zabiliby mnie, gdyby wiedzieli, że tam byłam. Będę. Więc cicho sza. Wymknę się po kolacji. Przyjdź pod cmentarz o ósmej. Weź lampę.

Przeżegnali się i każde poszło w swoją stronę.

***

Las ogarnęło cykanie świerszczy. Gdyby nie to, że nieopodal – paręset metrów ledwie – zginął ich przyjaciel, Karol pewnie nie bałby się łażenia w półmroku. Uważał na każdy krok, każde stąpnięcie, każdy trzask gałązki. Wiedział, że nad moczary dojdą za kilka minut, ale wyobrażał sobie, że on, nie Bartek, topił się wtedy w bagnie. Przeraził się, że wszystko może się powtórzyć. Martwił się o Agę.

Mało co widzieli, lecz oboje dobrze znali te tereny. Trudno zapomnieć – bawili się tu całe dni. Latarki oświetlały im drogę. Z trzepotem serc stanęli tuż nad brzegiem bagniska, wypatrując drzewa, po którym się w tamten letni dzień wspinali. W blasku księżyca przypominało pijaka, który przewrócił się i wsparł na łokciu.

– I co, Aga? – odezwał się Karol. – Widzisz? Nikogo nie ma.

– Czekaj – odpowiedziała. – Czekaj – powtórzyła.

Obserwowała bagno. Rozglądała się. Karol czynił podobnie, lecz widział to, co wcześniej: głębokie bagno i topielca łapiącego wodę w płuca, choć jego tylko sobie dopowiadał. To Agnieszka zobaczyła pulsujące światło, czyjąś sylwetkę między drzewami i to ona wskazała ją chłopakowi. Nie czekając na jego reakcję, pobiegła w stronę świateł.

A światła uciekały. Agnieszka je goniła, natomiast ją ścigał Karol. Duch obracał co jakiś czas głowę, zerkając na nastolatków. Karol nie mógł dobrze się przyjrzeć. Ale ta postura, ten ruch coś mu przypominały. Zaintrygowany, przyspieszył i teraz on biegł pierwszy.

Gdzie mogli się znajdować? Jak daleko od wioski? Chyba żadne z nich nad tym się nie zastanawiało podczas pogoni. Dopiero kiedy duch zniknął, rozpływając się w powietrzu, przystanęli w miejscu, w którym widzieli go ostatnio, i zaczęli myśleć.

– Musimy wracać – mówił Karol.

– Czekaj – syknęła Aga. – W tym miejscu Bartek… jego duch… zniknął. Czyli to tutaj chciał nas zaprowadzić. Ale po co? – Zaczęła chodzić w kółko.

– Aga, co niby duch chciałby ci przekazać, co? Może jakieś przejście do…

– Tak! – zawołała dziewczyna rozpromieniona. – Posłuchaj! – Zatupała nogą.

Stuk. Brzdęk. Jak o metal.

Sam nie będąc pewnym, co robi, Karol rzucił się i rozgarnął ściółkę. Zapomniał zakasać rękawy. Ręce sobie upaprał. Popukał w ziemię. Brzdęk. Stuk. Zbliżył lampę. Westchnął, ujrzawszy okrągły właz, a Agnieszka aż krzyknęła z radości.

– Musimy tam wejść! – powiedziała. – Teraz. Zaraz.

Ale Karol się nie zgodził. Już późno, ciemno.

– Dostaniemy wciry! – odparł. – Przyjdziemy jutro, obiecuję.

– Nie. Jak później znajdziemy to miejsce? Drzewo drzewu podobne.

Prawda. Karolowi nie marzyło się przeszukiwać cały las, żeby znaleźć właz. Jednak nie miał też ochoty schodzić w tunel, w którym tak naprawdę mogli odkryć wszystko i nic, szczury, kto wie, może i zasuszone trupy.

– Zaznaczymy czymś. O, wbiję patyk, zaznaczę jakoś, no – spróbował przemówić jej do rozsądku. – Z samiuśkiego rana tu przyjdziemy i wejdziemy wtedy. Zgadzasz się?

– Nie, Karol. Ja wchodzę. Jeśli nie chcesz iść ze mną, to pomóż mi go otworzyć i wracaj do wioski.

– Przecież cię tu nie zostawię! – odparł. No bo co? Zostawi ją?

Zabrał się do otwieranie włazu.

***

Szczeble pokrywał nieprzyjemnym w dotyku śluz. Zeszli. Wewnątrz owinął się wokół nich zapach stęchlizny. Lampa oświetliła tunel. Ruszyli. Aga szła pierwsza. Szła jak w transie. Nie odzywała się. Robiła krok za krokiem. Karol wsłuchiwał się w jej oddech. Milczał. Czuł, że odkryli coś ważnego, coś dziwnego, coś niebezpiecznego. I się martwił.

Droga nie była długa. Tunel skończył się nagle, także drabinką, i w górę, i znaleźli się na powierzchni. Przez chwilę rozglądali się zdezorientowani. To wszystko nie miało sensu. Był dzień, a przecież wchodzili do tunelu nocą. Las gdzieś zniknął zastąpiony przez pola i drogę. W oddali dostrzegali zabudowania. Nieopodal stał znak z nazwą miejscowości.

– Gdzie jesteśmy? – spytała Aga.

– Mam wrażenie, że… Jesteśmy za wioską. I ta sama nazwa. Nasze Podniebie.

– Chodźmy.

I poszli, ale to nie była ich wioska. Weszli między niskie zabudowania. Zabudowania! – tyle co lepianki obrośnięte chwastami. Wyglądały na opuszczone, jak te, co stoją pod lasem albo nad rzeką przy ich wiosce. Zajrzeli przez ubrudzone tłustymi śladami palców okno do jednego z domów. Zanurzeni po kolana w gąszczu pokrzyw i traw podejrzeli młodą kobietę odwróconą do nich bokiem. Obserwowali ją siedzącą na krześle twarzą do lustra, czeszącą się.

Potem zobaczyli rodzinę, która odpoczywała na ławeczce przed domem i patrzyła na pustą drogę. Sprawiali wrażenie pogodnych, nawet się uśmiechnęli, zobaczywszy ich.

Aga powiedziała, że się chyba zgubili, że nie wiedzą, co to za miejsce, co to za miejscowość. A co to za miejscowość?

– Oczywiście, drogie dzieci – odpowiedziała szczupła kobieta, niepodobna do wiejskiej gospodyni – Podniebie.

– Tylko że to… niemożliwe – szepnęła Aga. Zrozpaczona poszukała wzrokiem Karola, ale chłopak rozumiał niewiele więcej. – Przecież to nie nasza wioska. Ja pani nie znam. Niemożliwe.

– A jednak. Widzę, jesteście tu nowi. Może niech was Iza po wiosce oprowadzi, pokaże okolicę. A kiedy będziecie chcieli wrócić, powiedzcie jej. Pogadamy. Przyprowadzi was na kolację albo wskaże wyjście. Izo?

Podeszła do nich dziewczyna w ich wieku, ubrana w kwiecistą sukienkę kupioną pewnie od ruskich. Włosy miała zaplecione w warkoczyki. Na głowie nosiła wianek uwity ze stokrotek, na nadgarstkach podobne bransoletki, a na sercu: medalik. Promiennym uśmiechem mogłaby obdarować cały świat.

– Chodźcie. Najpierw wioska! – oznajmiła, ciągnąc Karola za rękę.

– Tam mieszka rodzina Wiewiórek. – Iza wskazała niski dom, wokół którego rosły uschnięte drzewka owocowe. – Nie wiem, jak się nazywają, ale wszyscy są rudzi, więc są Wiewiórki. – A tam widzicie kościół. Ale księdza niestety nie ma. Ostatni zmarł, następnego nie dostaliśmy. Następnym razem zobaczycie wnętrze.

Pokazała kilka kolejnych domów. Żaden z mieszkańców nie posiadał nazwiska lub też zostało ono zapomniane. Wszyscy za to mieli przydomki. Były Lisy – też rudzi, ale jaśniejsi – Kruki, dość nieprzyjemni, choć pomocni zawsze, Sójki, którzy pięknie potrafili chwalić się, co to nie oni, grać na skrzypcach potrafili, i parę innych zwierząt, jak tylko się Izie skojarzyło. Obeszli całą wioskę i zatrzymali się przy lepiance, w której mieszkała czesząca się kobieta.

– A tu kto mieszka? – spytała Aga, którą zaciekawiło to wszystko wokół.

– A tam, nikt ważny – odpowiedziała Izabela. – Nie chce mi się nawet imienia dla niej wymyślać. Dziwaczka, tylko by się czesała i patrzyła w lustro. Raz na jakiś czas wyjdzie na dwór i straszy.

Agnieszka w myślach nazwała ją Popiółówką, bo ładnie brzmiało, a włosy kobieta miała szare jak pył spod piecyka.

– To tyle wioski. Chcielibyście zobaczyć okolicę? A może jesteście głodni? Mama upiekła placek z truskawkami, z kruszonką, wyśmienity!

Strach i dalsze niczego nierozumienie ścisnęło żołądki Agnieszki i Karola, podziękowali więc. Wybrali spacer. Iza przytaknęła i zaprowadziła ich na pola, skąd rozciągał się iście wakacyjny widok: łąki, lasy, gdzieś w oddali szumiała woda, strumyk może. Przyjaciele próbowali pojąć, cóż to za dziwne miejsce. Sen? Omam? Inny świat? Piekło? Żadna z tych odpowiedzi? Wszystkie naraz? A te drzewa na skraju pola przypominały krzyże i tylko Pana Jezusa na nich brakowało. I co to miało oznaczać?

– Aha, jest jeszcze jedna sprawa – oznajmiła Izabela. – Chciałabym pokazać wam coś jeszcze, ale aby to zrobić, musicie… coś od siebie dać.

– Co takiego? – zapytała Agnieszka.

Czubkiem buta Iza zrobiła dziurę w ziemi. Między jej palcami błysnęła w promieniach słońca igła. Wyciągnęła rękę, prosząc ich, żeby uczynili podobnie.

– Wystarczy kilka kropelek – obiecała.

Aga wyrwała się pierwsza. Nadstawiła dłoń. Iza ukłuła. Wycisnęła z opuszka kilka czerwonych kropel, które skapnęły w środek dołka.

– To konieczne? – upewniał się Karol.

– Niestety, inaczej się nie da.

– Karol, no! – zawołała Aga.

Mimo oporów także dał się dźgnąć.

Początkowo nie stało się nic, lecz po chwili oboje doznali wrażenia, że powietrze zadrgało. Nagle pojawiły się duchy – wyłoniły się z niczego, jakby przerywając delikatną pajęczą sieć. Cała łąka została przez nie zalana. Mnóstwo duchów ubranych w garnitury, w brudne łachy, a także w codzienne robocze stroje. Wyrastały z ziemi i się pod nią chowały. Te przypominające dzieci goniły się, plącząc się pod nogami tych starszych. Inne błądziły. Zdawały się czegoś szukać. Niektóre chyba rozmawiały ze sobą. Kolejne sprawiały wrażenie, jakby czegoś się bały. Spoglądały na nastolatków z przestrachem, by zaraz odwrócić wzrok.

Karol sądził, że dostał omamów.

– Iza, co to…? – bąknął.

– Wspaniałe, prawda? One wszystkie żyją na granicy naszych światów, chodząc tu i ówdzie. Pięknie by było, gdyby mogły znaleźć swoje miejsce… Ale o tym porozmawiam z wami następnym razem. Agnieszka, wszystko dobrze?

Agnieszce zakręciło się w głowie.

– Karol, ja…

Nie zdążyła skończyć, bo nogi się pod nią ugięły. Karol przytrzymał ją w ostatniej chwili. Iza spojrzała na dziewczynę zmartwiona.

– Może na dziś już wystarczy tej przechadzki – rzuciła. – Odprowadzę was do tunelu.

– Wiesz o tunelu?

– Oczywiście – odpowiedziała wyraźnie rozbawiona. – Wiem, jak się stąd wychodzi. Chodźmy.

Ale zamiast zaprowadzić ich za wioskę, za znak z napisem „Podniebie”, Iza pokazała im przejście w lesie, które przecież odkryli wczorajszego wieczora. Właz był ten sam i inny. Nie zastanawiali się więcej i po prostu weń weszli. Izabela, w swej sukience w kwiatki, na pożegnanie ucałowała ich w policzki.

– Przyjdźcie jeszcze – rzuciła.

Odprowadzały ich nieme spojrzenia duchów.

***

Kiedy wyszli z przejścia, zamarli, bo znów panował mrok. Uświadomili sobie, że latarki zostawili tam, po drugiej stronie.

– Karol – odezwała się Agnieszka, wygramoliwszy się z tunelu – co to było?

– Nie wiem – odparł. – Aga, musimy komuś o tym…

– Nic nie powiemy. Wezmą nas za wariatów.

– Czyli co zrobimy, co?

Dziewczyna zastanowiła się.

– Popytamy starszych – zaproponowała. – Tak żeby nic nie podejrzewali. Jeśli coś takiego już się stało, może nam powiedzą. I przyjdziemy tutaj za kilka dni. Zejdziemy. Może dowiemy się czegoś więcej.

– To mi się nie podoba – powiedział Karol. – Duchy. Ta cała Iza. Dziwne to wszystko. Jak sen. Koszmar! A poza tym… Nigdzie na niebie nie widziałam słońca. Zauważyłaś?

Zauważyła, ale łudziła się, że tylko ma przywidzenie.

Milczeli w lesie, drżąc z chłodu, aż pierwsze promienie przedostały się przez korony drzew. Wreszcie widzieli cokolwiek i mogli odnaleźć drogę do wioski. Byli przygotowani na lanie, jakie rodzice najpewniej im zafundują. Myśli skupili na nadchodzącym bólu.

***

Gdy po raz drugi odwiedzili pod-Podniebie – tak nazwała to dziwne miejsce Agnieszka – zauważyli słońce, które wcale nie oślepiało, kiedy spojrzało się w jego stronę. Wyglądało nienaturalnie, tak jakby ktoś je na niebie zawiesił, żeby było, zdobiło, jak kwiaty na parapecie. Karol wskazał je dyskretnie Agnieszce, ale ona wzruszyła ramionami. Głowę zajmowały jej duchy i rozmowy z Izabelą.

Karol siedział obok i czasem próbował się czegoś dowiedzieć.

Co to za miejsce?

– Jest dopiero w budowie, widzicie, że budynki nie wyglądają tak, jak powinny, a tam, tam dalej, to jeszcze bagniska. Nieprzyjemne są dla oka, prawda, ale kiedy wreszcie ukończymy nasz plan… – Czy Iza mrugnęła do Agnieszki?

A co znajduje się poza wioską? A może nie ma nic?

– Ukończone już lub nie, podobne naszej wioseczki. Przybywają tam tacy, którzy szukają szczęścia w życiu albo nieświadomie go zaznali. Wszystko sprowadza się do stania się jednością, Karolku.

Karol zauważył, że wioska nie była duża.

– Wioska powstaje powoli, od wieków. Ludzie przybywali do niej nieustannie ze wszystkich stron, rzadziej lub częściej. Wybierali sobie dom, urządzali go i zamieszkiwali. Jesteśmy tu wszyscy jedną wielką rodziną.

Karol miał wrażenie, że znajduje się w jakiejś sekcie.

– Iza, a ile ty w ogóle masz lat?

– Nie wiesz, że kobiet o wiek się nie pyta? – odparła ostro, ale zaraz się zaśmiała. – Mam kłamać czy mówić prawdę?

– Prawdę.

– I tak nie uwierzysz, ale… Jestem stara jak świat.

– Czyli?

– Szczerze mówiąc, nigdy się nie zastanawiałam. – Obdarowała go krótkim uśmiechem i wróciła do rozmowy z Agnieszką.

Karol spędzał dni na przysłuchiwaniu się dziewczynom, przypatrywaniu się duchom i niekiedy samotnych spacerach, kiedy dziewczyny prosiły, żeby zostawił je same. Czuł wtedy, że coś traci, ale nie potrafił tego nazwać.

***

Babcia Janeczka skończyła już dziewięćdziesiąt lat, była najstarszą osobą we wsi i najwięcej pamiętała. Kiedy nogi miała sprawne, spacerowała po wiosce i codziennie chodziła na mszę. Jednak mijały tygodnie, a spacery stały się rzadsze. Msza stała się coniedzielna. Poza tym spędzała dzień, siedząc w fotelu i wyglądając przez okno. Pogadała, powspominała strzępy swojego życia raczej, kiedy ktoś ją odwiedzał. I właśnie z tych wspomnień pragnął skorzystać Karol.

Poszedł do niej z Agnieszką po obiedzie. Usiedli naprzeciwko babci i przez kilka minut przeglądali z nią zdjęcia. Babcia wyglądała dzisiaj na sprawną umysłowo, co ucieszyło Karola.

– Babcia – zaczął – a babcia pamięta…

– Chodzi ci o wojnę, Karolku? – przerwała mu. – Trudno zapomnieć. Słyszało się huki bomb, przejeżdżały czołgi pancerne, samoloty nad głowami zrzucały chłopców złych i biednych. Ale naszą wioskę wojna ominęła. Niemce przyszły, zarekwirowały domy dla oficerów, zaczęły robić okopy i drążyć tunele, bitwa wielka miała być, ale zaraz poszły i tylko te dziury po sobie zostawiły. Teraz już większość zasypano i zarosły.

Aga spojrzała na chłopaka znacząco.

– Babcia, a zdarzyło się coś… coś naprawdę dziwnego?

– Dziwniejszego niż wojna, Karolku? Wojna była i dziwna, i okrutna. Może tylko śmierć Kasieńki gorsza była.

– A co się stało?

– Mówi się, że się utopiła. Utopiła się w bajorku i tyle ją widzieli. Wyszła w noc, nikt potem jej nie widział. Dziwne i smutne. To było tak dawno temu… Pamięć już nie ta. – Babcia zadrżała. – Nie, nic więcej nie powiem, kochany. Nie chcę, nie pamiętam, nie mogę. Ale na zdjęciu ci ją pokażę. O, zobacz. To ta dziewczyna w środku. Piękna, prawda? Wszyscy chłopcy się za nią oglądali. – Dziewczyna, Kasia, uśmiechała się ze zdjęcia. – Ale cóż. Każdemu co inne pisane.

Wzrok babci Janeczki zmętniał. Staruszka pogrążyła się w swej starości i Karol wiedział, że dziś nic już z niej nie wyciągnie.

***

Znowu poszli do pod-Podniebia i znowu Iza zabrała dokądś Agnieszkę. Karolowi zabroniła iść – zabroniła, uśmiechając się. „To dziewczyńskie sprawy”, oznajmiła, więc nie miał nic do gadania. One poszły w stronę lasu. On został, wśród duchów oraz nielicznych ludzi, którzy nie wyglądali na skorych do rozmów. Czyli został sam.

Któryś z kolei raz wędrował wokół wioski, kiedy postanowił zobaczyć, jak wygląda kościół od środka. Oglądając go z zewnątrz, można by się dziwić, że cud, że jeszcze się nie zawalił. Wnętrze nie wywarło na Karolu lepszego wrażenia. Obrazy przesłoniła pajęczyna. Zabrudzone witraże przepuszczały pojedyncze promienie słońca. Ołtarz stał w centrum zakurzony i z poplamionym obrusem. Jakaś rodzina, rodzina duchów, matka z dziećmi, siedziała ściśnięta w pierwszej ławce. Byli ubrani inaczej niż większość mieszkańców, bo biednie. Nie skromnie, a biednie – wyglądali wręcz na bezdomnych, którzy kąpieli nie zaznali od bardzo dawna.

Karol podszedł do nich z oporami. Usiadł obok, wymusił na sobie uśmiech – uśmiech do duchów? – i patrzył na ambonę, na którą wchodziło się ślimakiem schodów.

– Gdyby nie kurz i pajęczyna, mogłoby tu być ładnie – rzucił. Rzucił po co? Duchy i tak nic nie gadały.

Odwróciła się do niego smutna kobieta-duch – matka tej gromadki siedmiu brzdąców siedzących sztywno, jakby kij prostował im kręgosłupy – i przyjrzawszy się, tylko pokręciła głową i posmutniała bardziej. Rozumiała?

– Możesz im powiedzieć, że już wybaczyłam. Nie czuję urazy.

Kto to powiedział? Karol rozejrzał się. Byli tylko on i ta rodzina.

– Powodzenia, młodzieńcze. Idź już lepiej.

Karol wybiegł z kościoła zdezorientowany i przerażony. Musiał porozmawiać z Agnieszką. Teraz, zaraz. Poszedł do lasu. Znalazł dziewczyny nad bagnem, którego sobowtór połknął feralnego lata Bartka. Mogło to się zdarzyć równie dobrze tutaj, chociaż mniej zieleni pokrywało taflę wody, a drzewa stały nieprzewrócone przez wicher bądź starość. Dziewczyny stały nad brzegiem. Iza obejmowała Agnieszkę. Mówiła coś do niej. Aga rozglądała się, jakby czegoś szukała. Albo kogoś. Karol pochwycił jej spojrzenie i już wiedział. Szukała Bartka. Przyszedł w momencie, gdy duch przyjaciela wyłonił się z bagna i nieudolnie spróbował objąć dziewczynę. Agnieszka zachwiała się. Zapłakała.

Karol chciał pobiec do niej, zabrać ją stąd, ale coś go powstrzymało. Obrócił się. Wrócił do pod-Podniebia. Tam, na środku drogi, spotkał Popiółówkę, a kobieta przecież rzadko wychodziła z domu. Miała potargane włosy i bardzo ładną sukienkę w wiosennych kolorach. Podbiegła do niego, podskakując. Chwyciła jego dłonie. W jej oczach zatańczyły iskierki szaleństwa. Uśmiechnęła się.

– I co, cukiereczku? I co? – powtarzała w kółko.

– O co pani chodzi?

– O co pani chodzi? O co mi chodzi? O co jej chodzi? O co jej chodzi?!

– Pani jest wariatką! – zawołał, gdy jej paznokcie wbiły się w jego dłonie. Przebiły skórę do krwi. – Proszę mnie puścić.

Popiółówka puściła go i zrobiła krok w tył. Spojrzała na zakrwawione ręce Karola i zadrżała. Usiadła na ziemi, krzyżując nogi, i zaczęła się bujać.

Karol otarł dłonie o spodnie.

– Potrzebuje pani pomocy?

– Pomocy? Ja? Pomocy? Nie. Wy potrzebujecie pomocy. Wy, cukiereczku słodziutki, wy pomocy potrzebujecie. Kochanieńki. Kochasiu. Pięknisiu.

– Jak to?

Popiółówka spoważniała. Przestała się kiwać. Spojrzała w stronę lasu. Karol także tam spojrzał i zobaczył wychodzącą Izę i Agnieszkę. Przeniósł z powrotem wzrok na kobietę.

– Proszę pani?

– Cukiereczku… Cukiereczku… – powiedziała Popiółówka. – Zła przybędzie jeszcze przed świtem. Jedna kropla krwi daje śmierci życie. Ładnie? Ładnie, powiedz? Wierszyki. Lubisz wierszyki, kochanieńki? Lubisz, powiedz?

– Ja…

– Muszę już iść. Całuski, kochanieńki. – Posłała mu buziaka, który posłany przez ładną dziewczynę może by nawet Karola poruszył zamiast przerazić, i uciekła, chowając się w swym domu.

Do Karola podbiegły Agnieszka i Izabela rozpromienione.

– Co ona od ciebie chciała? – spytała Iza, spoglądając na dom Popiółówki.

– Nic… Nie wiem… Coś o słodyczach, o… krwi – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Wariatka.

– Mówiłam od razu – skwitowała dziewczyna, wzruszając ramionami. – Lepiej się z nią nie zadawać. Jesteście głodni? Mama zrobiła obiad. Chodźcie!

I poszli.

Kiedy następnym razem przyszli do pod-Podniebia, Karol nie widział już Popiółówki. Kobieta nie wyglądała nawet przez okno. Zajrzał ukradkiem – jej dom stał pusty. Jakby zniknęła i nikt jej nie pamiętał.

***

– Aga, o czym wy w ogóle rozmawiacie z Izą?

Kilka duchów mignęło między drzewami.

Wracali do Podniebia. Na tle zachodzącego słońca majaczyła wioska z wieżą kościelną wznoszącą się ponad domami. Mijali opuszczone lepianki, parę kapliczek i wysoki dąb, którego wnętrze pochłonął kiedyś ogień podłożony przez trójkę młodziaków uważających, że to zabawne.

– Nie mogę ci powiedzieć – odparła Aga. – To tajemnica. Iza mi nie pozwoliła.

– Często chodzicie nad bagnisko – zauważył Karol. – Po co?

– Skąd wiesz? Śledzisz nas?

– Nie, ale gdzie indziej mogłybyście iść? I widziałem Bartka. Z tobą spacerował. Przebywasz z nim częściej niż ze mną.

– Wydaje ci się. – Dziewczyna machnęła ręką.

Karol chciał powiedzieć, że nie, wątpi, żeby mu się wydawało, ale właśnie usłyszał śpiew dochodzący ze stojącej kilkanaście kroków dalej lepianki. Dachy większości tych domów zapadły się, lecz nad tym nadal wisiało liche przykrycie.

– Chodź, zobaczymy – rzucił do Agi.

Ale w lepiance zobaczyli tylko pijanego starego Jędrka, który siedział w półmroku, w kącie, trzymając butelkę w ręce. Po brodzie ściekały mu błyszczące kropelki. Rumieńce na jego policzkach miały kolor bliski krwi. Dostrzegł ich, dopiero kiedy stanęli naprzeciw niego. Skoncentrował wzrok, po czym uśmiechnął się obleśnie.

– O, dzieci – powiedział. – Było się na spacerze w lesie, co?

– Karol, chodź stąd. – Aga szarpnęła chłopaka za rękaw. – Nic nie poradzimy.

– Spokojnie, nic rodzicom nie powiem, bawicie się, bawcie! – zaśmiał się.

Byli już w oddali, kiedy w wyjściu z lepianki pojawiła się chwiejąca się postać Jędrka. Oparty o ścianę groził, wymachując ręką. Zawołał za nimi:

– …pieprzone bagno! Nie ważcie mi się więcej włazić do tunelu, bachory!

Niektóre słowa porwał wiatr, inne pijak wypowiedział nadto niewyraźnie, ale Karol zrozumiał całość. Zadrżał, ale już się nie obrócił.

Jędrek czekał w drzwiach, aż dzieciaki znikną z drogi. Przygryzał wargę. Tak naprawdę był już trupem, stanie się nim za klika dni, z końcem wakacji. Jędrek skończy jako przekąska dla wilków, które ociekające wodą wychyną z lasu watahą i przykryją mężczyznę swymi cielskami. Zostanie po nim jedynie kilka palców i stopy, resztę wilki pożrą albo zabiorą do siebie, tam, skąd przyszły, czyli znikąd.

***

Zbliżał się koniec wakacji. Prawie codziennie schodzili do ich nie-ich wioski. Ale dzisiaj Karol chciał porozmawiać.

– Musimy powiedzieć komuś, Aga – zaczął. – Coś zaczyna się dziać. Ludzie widzą kolejne duchy, ale uważają to za normalne. Dom starego Karpowicza zmienił się w lepiankę i nikt tego nie zauważył. To dziwne, i głupie. Ktoś musi wiedzieć. Może coś zdziałają.

– Widziałam twarz wujka, jak zobaczył tę lepiankę – odparła Agnieszka. – Przeraził się. Wydaje mi się, że wiedzą. I stary Jędrek… Może są bezsilni?

Domy powoli zarastały bluszczem. Niezerwane owoce gniły, a liście opadały z drzew. Trawnikami zawładnęły chwasty, które wczoraj sprzątnięte, wracały nazajutrz. Gdzieniegdzie pojawiały się pęknięcia w ścianach. A i ludzie jacyś inni się stali. Chodzili w gorszych humorach. Rzadziej mówili uprzejmości. Mijali się bez spojrzeń.

To była taka przyjemna wioska.

– To się na pewno wiąże z tą Izą, i z tym przeklętym tunelem. I z bagnem. Tam się to zaczęło – powiedział Karol. – Aga, a w ogóle po co my tam chodzimy, co? Już dawno powinniśmy tunel zamknąć i wyrzucić z pamięci w cholerę. Ale ty łazisz tam, jakbyś się zabujała.

– Przesadzasz, Karol. Może znajdziemy tam rozwiązanie. Może…

– Nie kłam – syknął. – Zabujałaś się. W trupie.

Dziewczyna drgnęła.

– Co, Karol?

Chłopak splunął.

– Wiem, że przyjemnie ci tam, bo spotykasz Bartka. Wolałabyś pewnie, żebym to ja wtedy wpadł do wody, a nie on, prawda?

– Karol, co? To nie tak… Naprawdę… Jak mogłeś nawet tak po…

– Mam już dość – przerwał jej i wstał z ławki.

– Ale o co ci chodzi, co? Jesteś zazdrosny? – Teraz Aga się zdenerwowała. Nastroszyła się i wbiła w niego spojrzenie.

– To Bartek nas w to wszystko wplątał. Niech teraz pokaże wyjście. Cześć. – Karol machnął ręką.

I poszedł.

– Tak?! Dobrze. Nie chcę cię już widzieć! Słyszysz? Nie chcę – krzyknęła jeszcze za nim Aga, ale on już nie słuchał.

***

Ludzie zrozumieli, że nie wolno dłużej czekać. Czarę goryczy przelała śmierć Janiakowej. Znalazł ją w południe ksiądz przychodzący do chorych. Jej ciało leżało na dywanie od kilku dni. Cuchnęło i chyba zalęgły się robaki. Leżało, bo kobieta, prawdopodobnie próbując ratować życie, chciała doczołgać się do telefonu, a nogi nadal miała w gipsie.

Mogła umrzeć z głodu, bo od tygodnia nikt do niej nie przyszedł, ale przyczyną śmierci okazał się zawał. Wszyscy zapomnieli o biednej Janiakowej, jakby przestała istnieć.

Coś trzeba było zrobić.

Po niedzielnej mszy świętej dorośli zostali w kościele, a dzieci musiały wyjść. Karol też był na mszy. Agnieszka poszła pewnie do tunelu. Nie rozmawiali od czasu kłótni.

Wyszedłszy z kościoła, ujrzał babcię Janeczkę siedzącą na ławce.

– Babcia nie chce wejść do środka? – spytał Karol. – Dorośli się naradzają. – Zapytał, choć co ona mogłaby pomóc?

Kobieta stanowczo pokręciła głową.

– Ja w tym cyrku nie chcę brać udziału – powiedziała. – Niech idą do diabła, dorośli przeklęci.

I nagle z wściekłej stała się na powrót łagodna, i łza popłynęła po jej pomarszczonym policzku, i wzrok powędrował gdzieś w dal.

– Wtedy, tamtą wiosną, po roztopach – zaczęła mówić – było tak samo. Niemce już poszli, krótko byli, podziurawili ziemię i więcej ich nie widzieliśmy. I Kasieńka tak się cieszyła. Tak się cieszyła, że potknęła się i wpadła w bagno. Potem widzieliśmy duchy, jej ducha, też wszystko zarastało. Domy się zmieniały. Ludzie znikali. Nie wiesz, ale… Miałam siostrę. Anię. Nikt o tym nie wspomina, nie kazałam, rodzice nie kazali. No i pod wioskę przychodziły znikąd wilki. Wilki tutaj? Wcześniej ich nie było. Nikt nie wiedział, co robić. Ale znalazł się jeden wioskowy znachor. To był Jędrek. Potrafił ponoć z duchami gadać. Miał pomysł. Ksiądz protestował, ale go uciszyli. I zrobiliśmy to, Boże… Zrobiliśmy. – Babcia urwała. Spojrzała na Karola. – Tak mnie bolało serce, gdy to zrobiliśmy. Ale po tym wszystko się uciszyło, nawet ksiądz dał rozgrzeszenie. Żyliśmy z tym jakoś. Żyjemy. A teraz tamto zło wróciło i oni chcą je tak samo zagłuszyć…

– Babcia, czyli jak? – zapytał Karol, który nic z tego nie rozumiał.

– Wychodzą – powiedziała tylko.

Dorośli popatrzyli na nich, pogadali jeszcze moment, po czym rozeszli się w swoją stronę. Ksiądz zamknął kościół i poszedł na plebanię. On siedział dalej, czekając, czy babcia powie coś więcej.

– Znaleźliście tunel, prawda? – spytała staruszka.

Nie kłamał.

– Antek też znalazł, schodził tam często, nas namawiał, ale za bardzo się baliśmy. I wreszcie on, tak schodząc tam i schodząc, zniknął nagle, wsiąkł w ziemię. A wcześniej się zmienił, stał się opryskliwy, inny jakiś. Miał kiedyś poczucie humoru i naraz gbur z niego wyszedł. Jakby go kto podmienił.

– Babcia… Czyli wy wszystko wiedzieliście?

– I Ania kochana też zniknęła.

Staruszka z jękiem podniosła się z siedzenia. Spojrzała na kościół i pokręciła głową.

– Jedno powiem – rzekła na zakończenie – dzieciaki. Nie ma tu już dla was miejsca. Dla nikogo miejsca nie będzie. Uciekajcie stąd póki czas, uciekajcie, gdzie pieprz rośnie. Do miasta, Warszawy albo innego Poznania. Może i to wszystko się unormuje, ale czasem i dobro na zło leku nie ma. Tak widocznie ma być i kropka.

– Babcia już chyba zmęczona…

– Nie zmęczona – odburknęła. – Myślicie wszyscy, że jak zniedołężniała, to już bez rozumu. Mam więcej oleju w głowie niż wam się wydaje. I mówię wam, dzieciaki: uciekajcie jeszcze tej nocy. Weź tę swoją koleżankę, biegnijcie. Z Bożą pomocą wydostaniecie się stąd. Tylko posłuchajcie starej babki.

***

Karola obudził nagły blask. Podniósł się z łóżka i przetarłszy oczy, ujrzał Bartka. Przyjaciel patrzył na niego przestraszonym wzrokiem. Nosił to samo ubranie, w których popłynął na dno rok temu. Świecił białym światłem niczym duch z opowieści i przecież faktycznie nim był.

– O co ci, Bartek, chodzi? Po co żeś przyszedł, co? – Gdyby miał jakąś szansę powodzenia, udusiłby tego ducha gołymi rękoma. – Nie dość już namieszałeś? Wynoś się!

Przyjaciel pokręcił głową i wskazał na coś. Wskazał za okno.

– Czego chcesz?

Duch podszedł do okna i zrobił ręką ruch, jakby chciał odsunąć firankę. Karol wstał i uczynił to za niego. Spodziewając się zobaczyć coś innego, zirytował się widokiem wsi, który oglądał codziennie. W niektórych domach paliły się światła.

– Nic tu nie ma. – Spojrzał Bartkowi w oczy. Przyjaciel kiwał głową i pokazywał ręką. W końcu przeszedł przez ścianę i zniknął.

Karol natychmiast założył spodnie, jakąś bluzę, buty, otworzył okno, po czym, jako że mieszkał na parterze, wyskoczył, prosto w grządkę kwiatową mamy. Duch stał na ulicy. Machnąwszy na Karola ręką, ruszył biegiem przez wieś.

Karol za nim. Obserwował domy, których mieszkańcy nie spali, czy przypadkiem ktoś ich nie podgląda. Minęli dom Agnieszki, ale duch nie zatrzymał się, więc Karol uznał, że Bartek chce pokazać coś tylko jemu. Wbiegli do lasu. Panował mrok. Nawet gwiazdy i księżyc świeciły, lecz jakby bez większych chęci. Karol nie miał ze sobą latarki. Jednak tym razem się nie bał. Widział więcej niż niejeden dorosły, cóż mogło się jeszcze zdarzyć?

Bartek doprowadził go nad bagnisko.

Karol widział je przecież nocą, wtedy, gdy z Agą znaleźli tunel. Widział je i już nie czuł lęku. Obcował też ze zjawami – wędrowały po wsi bądź przysiadały się na ławeczce w pod-Podniebiu. Obcował z nimi i przywykł.

Dlaczego więc serce zatrzepotało mu w piersi, kiedy ujrzał morze duchów, które chodziły po brzegu, beznamiętnie patrząc po sobie? Niektóre znikały, wskakując w bagno. Inne wychodziły z niego, a jeszcze kolejne kierowały się w las i znikały między drzewami. Większość miała ludzką postać. Nosiły zniszczone mundury, wyświechtane ubrania, czasem chodziły nago. Bagnisko pulsowało ich światłem.

Ale nie to spowodowało, że Karol poczuł strach. Pośród zjaw stały dwie postaci. Najpierw nie dopuszczał tego do świadomości: w zwiewnych sukienkach i z nożami w dłoniach Agnieszka i Izabela obok siebie. Aga i Iza. Agniesia i Izabela. Dziewczyny stały przy brzegu w otoczeniu zjaw. Rozmawiały, gestykulując. Iza, śmiejąc się, oraz Aga, poważna, skupiona na ostrzu, które obracała palcami.

Zauważyły Karola, dopiero kiedy zbliżył się na odległość kilku kroków. Iza się rozpromieniła. Agnieszka najpierw wzdrygnęła się, jakby przyłapana na robieniu czegoś złego. Jednak natychmiast na jej twarz powróciła maska urażonej nastolatki. Nóż, który początkowo skryła za plecami, trzymała przed sobą, wyzywająco, myśląc, że zirytuje tym Karola.

– Co wy tu robicie? – zapytał. – Aga, co ona tutaj robi? – Wskazał na Izę. – I te duchy, skąd one?

– Po co tutaj przyszedłeś? Idź stąd!

– Iza?

– Zastanawiam się, kto ci powiedział. Albo… Aa, widzę, że wasz przyjaciel się zmartwił – powiedziała Iza, gdy duch Bartka wyłonił się zza drzew. – Mogłam przewidzieć. Ale to nieważne. Co my tu robimy, pytasz. Wreszcie połączymy nasze światy. Będą jednością, Karolku. Niepotrzebne już tunele, ciasne przejścia. Staniemy się jedną wielką rodziną, wy, my i to, co nas dzieli. – Pokazała bagnisko. – Czyż to nie piękne?

Karol spoglądał na dziewczyny i na bagnisko rodzące i pochłaniające kolejne duchy. Przeniósł wzrok na nóż w rękach Agnieszki.

– Nie wiem, co chcecie zrobić – powiedział – ale oddaj mi ten nóż, Aga.

– Będzie najlepiej, jeśli sobie pójdziesz i pozwolisz nam działać – odezwała się Iza stająca między nim a dziewczyną.

Ostrze noża niebezpiecznie zabłysnęło w jej dłoni.

– Omamiłaś Agę, wiedźmo – syknął, ale bał się poruszyć.

Iza odwróciła się do niego plecami. Położyła rękę na ramieniu Agi i uśmiechnęła się do niej uśmiechem ciepłym i dodającym odwagi. Podeszły do brzegu bagniska.

– Dobrze – powiedziała Iza. –Lepiej nam nie przeszkadzaj – rzuciła jeszcze do Karola. – Agnieszko, jesteś gotowa?

– Tak.

– Zaczynajmy. Jestem tuż za tobą.

Karol nie spodziewał się. Nie zdążył zareagować.

Uniesienie noża i przecięcie sobie żył przez Agnieszkę trwało ułamek sekundy. Popłynęła krew. Pod dziewczyną ugięły się kolana. Karol krzyknął. Mogła wpaść do bagna. Odepchnął Izę i złapał przyjaciółkę. Jej głowa uderzyła bezwładnie o jego ramię. Trzymając ją tak, przyklęknął i ułożył ciało na ziemi. Musiał zatamować krwawienie.

A krew płynąca z rany na przegubie ciekła, po dłoni, palcach, aż kończyła swój bieg, skapując do bagna. Kap. Kap. Lecz kapania nie było słychać. Mimo to wszystkie duchy, które błądziły wokół bagna, zatrzymały się i spojrzały w tamtą stronę, jakby krople czyniły największy w świecie hałas.

Karol zdjął bluzę. Ucisnął ranę. Sprawdził, czy Aga oddycha. Oddychała. I co teraz? Ucisnął mocniej. Poszukał wzrokiem Izabeli. Stała za nimi i śmiała się wniebogłosy, zgięta w pół.

– Ale wy jesteście śmieszni! O Boże! – Zakryła usta dłonią. – Ups! – I zachichotała.

Miał ochotę ją zabić. Właściwie, czemu nie? To potrwa chwilę. W wyobraźni właśnie przewrócił ją i usiadł na niej okrakiem; jego ręce znalazły szyję, chwyciły, ścisnęły; Iza charknęła, bo nadal się śmiała; śmiech powoli cichł; w końcu Iza przewróciła gałkami ocznymi i odeszła do diabła. Ale tylko w wyobraźni. Nie mógł zostawić Agi.

– Śmieszni i głupi – dodała Iza, widząc jego spojrzenie. – Mogłabym cię zabić i nie wiedziałbyś, kiedy, ale wolę, żebyś patrzył. Stajemy się jednością. Nasza moc i wasza głupota. Do zobaczenia.

I wskoczyła do bagna, a wszystko to uczyniła, chichocząc.

Karol nie zdążył nawet mrugnąć. Nagle powierzchnia bagna zaczęła się burzyć. Duchy, które znajdowały się na wodzie, zniknęły w jej odmętach. Reszta zwyczajnie wyparowała, pyk i ich nie było. W świetle księżyca bagno wyglądało jak wielki kocioł, w którym się gotowało. Woda pryskała na wszystkie strony.

Karolowi stanęło serce i tylko przyglądał się sparaliżowany strachem, jak z bagniska unosi się smoliście czarny dym, jak porusza nim wiatr i jak kształtuje go w wielką postać człowieka, niby rzucony cień, który przesłonił widok na księżyc. Zjawa-cień nie miała oczu, nosa ani ust, kontury ciała były nie do końca właściwe, a nogi zlewały się ze sobą, jednak przypominała człowieka. Chwilę potańczyła nad bagniskiem, jakby przyzwyczajała się do siebie, po czym ruszyła w stronę Karola i Agnieszki.

Chłopak nakrył swym ciałem nieprzytomną dziewczynę i przygotował się na nadchodzącą śmierć.

Zjawa-cień minęła ich, aby wtopić się w mrok lasu.

Nad bagniskiem nastał spokój – duchów nie było, woda ucichła i tylko płytki oddech Agnieszki brzmiał dla Karola jak okrzyk szczęścia. Chłopak nie mógł wiedzieć, że w momencie, gdy on przyszedł nad bagno, we wsi mieszkańcy dopiero powychodzili z domów. Na rękach trzymali uśpione dzieci albo wnuki. Te starsze nieśli we dwoje lub przerzucili je sobie przez ramię. Nie odzywali się do siebie, lecz uformowali pochód, i milcząc, skierowali się do lasu. Będąc już blisko bagna, ujrzeli czarną postać sunąca w ich kierunku. Może by nawet krzyczeli, kiedy owinęła się wokół nich, gdyby przerażenie nie tkwiło jak kość w ich gardłach. Niektórzy pomyśleli, że to kara za jeszcze niepopełniony grzech. Jednak zjawa opuściła wieśniaków, a za nią poniósł się dziewczęcy rechot, który szybko umilkł. Pochód wyszedł zza drzew na bagnisko.

Wtedy też zobaczył ich Karol, kobiety i mężczyzn oraz niesione dzieci. Parę osób miało latarki, dwie trzymały pochodnie. Szli w ciszy, stawiając krok za krokiem. Karol wpadł w euforię. Nie zastanawiał się nad tym, po co tutaj przyszli. Agnieszka potrzebowała pomocy, a oni zjawili się w samą porę.

– Pomóżcie mi! – zawołał i ucieszył się, kiedy dwie osoby, pan Leon i Franek Ziębowie, zwróciły się w jego stronę.

Nic nie mówiąc, mężczyźni podeszli do Agnieszki. Podnieśli ją.

– Podcięła sobie żyły, pomóżcie jej – powtarzał w kółko Karol. – Trzeba ją zabrać do wsi. Musimy wezwać…

Bez żadnego „trzy cztery”, bez ostrzeżenia, nagle, jak uderzenie obuchem w głowę, mężczyźni zabujali ciałem dziewczyny i wrzucili je w bagno.

Plusnęła woda.

Pierwszą myślą Karola było to, że przecież jeszcze żyła.

– Co wy zrobiliście?!

Dopadł brzegu i włożył ręce w bagnisko. Już miał nurkować, gdy czas nagle stanął.

Świat wokół Karola zblakł, po czym wyblakł zupełnie. Pozostała oślepiająca biel. Zaraz jednak zamiast bieli pojawiły się obrazy, jakby rysowane na kartce papieru. Pojawiła się wojna – po rozoranej lejami po bombach ziemi przejeżdżały czołgi, nad nimi wśród chmur szybowały myśliwce, wojacy biegli dokądś, strzelali i ginęli. Wtem jakiś pocisk przeszył powietrze tuż obok ucha Karola. Obraz zafalował.

Pokazywały się różności – różni ludzie, miasta, ulice, czołgi, bitwy, śmierć, narodziny, cmentarze, kościoły, małżeństwa, wesela, lasy, łąki, morza, rzeki. Pokazywały się w różnych czasach i miejscach. Wszędzie byli ludzie, a pośrodku wszystkiego Karol. Dostrzegał twarze, niektórych nie znał, niektóre rozpoznawał.

I jedna postać wciąż się powtarzała w obrazach. Tak bardzo pragnął Karol zabić Izę, która ukazywała się jako panna dworska, jako czołgista oraz jako własna śmiejąca się osoba. Udusiłby ją tak, jak zaplanował, gołymi rękoma – już wyciągał po temu łapska – ale powstrzymał go głos.

Głos powiedział, że to bez sensu teraz ginąć – bez sensu ginąć, Karol – lepiej, żeby żył – lepiej, żebyś żył, Karolu – uciekaj, uciekaj, póki jest czas – uciekaj, Karolku – i pomódl się za mnie – pomódl się, bo naprawdę nie wiedziałam, co robię.

Nie pamiętał, że znowu znalazł się w normalnym świecie. Dopiero twarze morderców obudziły w nim na powrót nienawiść.

Ociekający wodą zaatakował pięściami człowieka, który dla niego nie miał już imienia. Uderzył raz, drugi. Popchnął go do wody. Tamten nawet nie walczył – bez krzyku wpadł w bagnisko, chwilę miotał się na powierzchni, po czym przepadł jak wcześniej Agnieszka. Karol poczuł czyjś ucisk na ramieniu. Twarz tego człowieka przybrała rysy Leona Zięby. Spoglądał na chłopaka wzrokiem osoby skupionej na zadaniu. Karol zrozumiał, co się dzieje. Słowa babci zagrzmiały w jego głowie.

Przelotnie spojrzał na Ziębę – mignęła mu jeszcze twarz starego Jędrka – po czym rzucił się do ucieczki. Nie próbowano go zatrzymać. Pobiegł, przedarł się przez tłum, przyspieszył. Nie oglądał się. Wbiegł w las. Gdyby nadstawił uszu, doszedłby go jeszcze plusk wody znad bagniska. Za to słyszał swój oddech, ale nie słyszał oddechu Agnieszki. Trzask łamanych gałązek, cykanie świerszczy, szum wiatru zlewały się w jeden dźwięk zgrywający się z biciem serca. Pojawiły się pierwsze domy.

Zwolnił do szybkiego marszu. Odetchnął. Spostrzegł, że niebo jest nadzwyczaj rozgwieżdżone. Lubili takie niebo z Agnieszką i Bartkiem. Lubili ten sierpowaty księżyc. Oglądali go, siedząc na ławeczce przy cmentarzu. Panowała wtedy radosna atmosfera. Agnieszka zawsze tak pięknie się śmiała.

Ale właśnie. Gdzie ona jest? Gdzie jest Agnieszka?

Agnieszka?

– Agnieszka!

Karol rozejrzał się, lecz nigdzie jej nie było. Dostrzegł czarne ślady krwi na dłoniach.

Przypomniał sobie. Aga już nie oddychała, pochłonięta przez bagnisko. Jej ciało pewnie zniknęło już z dna, tak, jak ciało Bartka, jak ciała, które podczas wojny okupiły życie wioski, jak dzieci, które śpiąc lub na wpół rozbudzone, z pluskiem wrzucano do zbiornika i także puf!, wyparowywały.

Karolowi zdawało się, że ktoś go śledzi. Nie mógł widzieć zjawy-cienia, która bezszelestnie przemknęła obok niego w poszukiwaniu śladów życia w wiosce. Wiedział, dokąd idzie.

***

Daleko, w lesie, dało się słyszeć wycie wilków i nieustanny plusk wody. Czasem komuś wyrwał się krótki szloch. Poza tym panowała cisza.

***

Babcia Janeczka nie spała, lecz siedziała w fotelu w pokoju oświetlonym przez lampkę nocną. Uśmiechnęła się na widok wnuka.

– A gdzie twoja koleżanka? – spytała, mimo że stać się mogło tylko jedno.

– Zabili ją, babciu – odparł i uświadomił sobie, że nie zdążył nawet za nią zapłakać. – Zabili ją – powtórzył i zaczął łkać. Głowę złożył na babcinych kolanach. – Jak mogli…

– Byłam wtedy w waszym wieku. Pewnie wszystkie dzieci spotkałby ten sam los, co twoją przyjaciółkę, ale wtedy, w trakcie wojny, wzięliśmy Żydów. – Zaśmiała się. – Chwilę wcześniej kryliśmy ich po lasach, a także pod ołtarzem w kościele. Przed Niemcami. Dawaliśmy jeść, sami sobie od ust odejmowaliśmy. Tylko po to, żeby zabić ich jak świnie na uboju, gdy przyszło zło, którego baliśmy się bardziej od szkopów.

– Wtedy… Zabiliście Żydów?

Babcia potwierdziła, przytakując.

– I co się potem stało?

– Wszystko się uspokoiło. Ludzie zapragnęli zapomnieć i wymazali to sobie z pamięci. A uwierz, trudniej było niż wojnę. Musieliśmy odbudować wioskę, wyremontować domy, wyrwać wszystkie chwasty. Pozasypywaliśmy doły po Niemcach, niestety, chyba jednak nie wszystkie, jeśli jakiś znaleźliście. Choć równie dobrze mogły to być igraszki szatana, któremu wzięło się na wykopki. – Zamilkła na moment. Spojrzała w odsłonięte okno. – Teraz też się wszystko uspokoi, wróci do normy.

Babcia Janeczka nie wiedziała, że zjawa-cień przemierza ulice wioski. Nie mogła wiedzieć, że w tym momencie wchodziła przez szparę w drzwiach do sąsiedniego domu, gdzie próbowało zasnąć wiekowe małżeństwo, które również nie chciało mieć z dzisiejszą nocą nic wspólnego. Mieli zaoszczędzone pieniądze i rodzinę w mieście. Planowali za kilka dni wyprowadzić się stąd, zamieszkać w bloku i nic nikomu nigdy nie mówić. Niestety złożyło się tak, że zjawa-cień znalazła się w ich domu. Zapragnęła odebrać im szczęście. Kiedy zorientowała się, że się nie da, po prostu ich zabiła. Nazajutrz niewyspani mieszkańcy znajdą ich ciała oraz ślady krwi. Kolejnego dnia zginie jeszcze kilka osób, większość jednak weźmie we władanie zjawa-cień. Wieś Podniebie zarośnie, budynki legną w gruzach, ludzie będą się obwiniać, a o co?, za jakiś czas mało kto będzie pamiętał. Zjawa-cień, nie mając już tutaj pracy, spostrzeże, że może iść dalej – i wyjdzie na spotkanie całemu światu. Oddalając się coraz bardziej od wioski, mijając tabliczkę z jej nazwą, zacznie się rozrastać, otaczając sobą coraz większą połać ziemi.

Jedną z osób, które zginą pierwsze, będzie babcia Janeczka, ale na razie staruszka zajęta była wnukiem, którego trzymała w objęciach.

– Co mam robić? – pytał wnuk.

– Uciekaj.

– Jak, babcia? Nie ma pieniędzy.

– Masz szesnaście lat, kiedyś dzieci w twoim wieku opuszczały rodziny i wyjeżdżały za chlebem. Poradzisz sobie. A pieniądze… Proszę, zdejmij tamten obraz.

Obraz przedstawiał Matkę Bożą i ukrywał zakurzoną skrytkę, w której znajdował się pokaźny plik banknotów.

– To jeszcze z czasów, kiedy twoi rodzice nie zabierali mi renty.

– Babcia… – Gdyby powiedział „nie mogę”, zabrzmiałoby to idiotycznie.

– Uciekaj, synek. Zapomnij.

– A ty?

Babcia zostanie tu, gdzie się urodziła. Zginie, trzymając różaniec w dłoniach.

Nie powiedzieli do siebie wiele więcej. Karol wziął ze swojego pokoju jakieś ubrania – przecież był półnagi, tak spędził długi czas na dworze. Teraz drżał zmarznięty, chociaż gdy uciekał, nie czuł zimna. Ucałował staruszkę i wyszedł z domu. Rozejrzał się po wsi, po czym ruszył w stronę drogi krajowej. Starał się nie myśleć. Agnieszka… Babcia…

Rodzice… Widział ich chyba w tłumie mieszkańców. Nie odzywali się. Czy w ogóle spojrzeli wtedy na niego?

Nie wiedział.

Gdzieś koło południa zabrał się z miłą panią jako autostopowicz. Kobieta opowiadała mu o swoich wakacjach w Zakopanem. Rzucała żartami jak z kapelusza. Bardzo lubiła się śmiać. Dziwiła się, że Karol nie podziela jej humoru w taki piękny ostatni dzień sierpnia.

Jechała w kierunku Warszawy.

Koniec

Komentarze

Ech, Anonimie. Jeśli chciałeś się dobrze schować, trzeba było wymyślić mniej chwytliwy tytuł. Zapamiętałam autora z okresu bety.

Tekst trzyma w napięciu, ale jak dla mnie zbyt horrorowaty. I pokazujesz raczej paskudny świat.

skrytą w szałasie przykrytym plandeką,

Źle to wygląda.

Bartek chce mi coś przekazać. Pokazać.

Tu też.

mimo że pogodą panowało jeszcze lato.

Ale o co chodzi?

Kruszon, o ile mi wiadomo, to napój podobny do ponczu. Nie piecze się go. ;-)

Byli przygotowani na lanie, jak rodzice najpewniej im zafundują.

Literówka.

zauważyli słońce, które, spojrzawszy w jego stronę, wcale nie oślepiało.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że słońce patrzyło, zapewne we własną stronę.

z końcem wakacji. Jędrek skończy jako przekąską dla wilków,

Literówka. I wydaje mi się, że wilki atakują ludzi tylko zimą, kiedy są zdesperowane. Ale to pewnie czarna magia.

Ociekający wodą zaatakował pięściami człowieka, które dla niego nie miał już imienia.

Literówka.

Babska logika rządzi!

Prawda. Może ktoś zapomniał, heh. Gapa ze mnie. A pamiętałem wcześniej, żeby tytuł skryć, cholerka.

Potem postaram się poprawić. Dzięki, Finklo. :)

 

edit: Kruszon to chyba bardziej potoczna nazwa, jak widzę w wyszukiwarce jednak bardzo popularna, ciasta. Hm…

edit 2: Co nieco poprawiłem. Co do niektórych uwag poczekam na reakcję innych.

edit 3: Jutro pomyślę, co by tu upichcić zamiast tego kruszona… ;)

Mee!

Pomysł niezły ale cała historia opowiedziana została dość chaotycznie, by nie powiedzieć nieporadnie. Mimo odczuwalnego starania by horrorowatość dominowała, na staraniach się skończyło. Mam wrażenie, że gdyby opowiadanie trochę skondensować, byłoby to z pożytkiem dla tekstu.

Wykonanie, niestety, nie najlepsze. Nie poprawiałam wszystkiego, bo jest tego zbyt wiele.

 

i nie wia­do­mo kiedy Bar­tek po­tknął się, krzyk­nął, bagno za­bul­go­ta­ło i wię­cej go nie wi­dzie­li. – Bartka, czy bagna? ;-)

 

Żona opu­ści­ła Więc­ka, kiedy zmar­ła ich córka. Zmar­ła z wy­zię­bie­nia… – Czy to celowe powtórzenie?

 

Ko­cha­na Ja­nia­ko­wa swoim krzy­kiem obu­dzi­ła wszyst­kich są­sia­dów, gdy sto­czy­ła się ze scho­dów ni­czym kłoda i zła­ma­ła obie nogi. – Czy niby kłoda były schody, czy Janiakowa stoczyła się jak kłoda?

Czy Janiakowa mogła obudzić sąsiadów cudzym krzykiem?

Może: Ko­cha­na Ja­nia­ko­wa krzy­kiem obu­dzi­ła wszyst­kich są­sia­dów, gdy, niczym kłoda, sto­czy­ła się ze scho­dów i zła­ma­ła obie nogi.

 

A ja przy wej­ściu do lasu go wi­dzia­łam. – Jak wygląda i gdzie znajduje się wejście do lasu? Bo wyjście z lasu jest pewnie zupełnie gdzie indziej. ;-)

 

Za­brał się za otwie­ra­nie włazu.Za­brał się do otwie­ra­nia włazu.

 

We­szli w ni­skie za­bu­do­wa­nia. – Weszli w ściany zabudowań, jak duchy? ;-)

Proponuję: We­szli między ni­skie za­bu­do­wa­nia.

 

Włosy miała po­wią­za­ne w war­ko­czy­ki.Włosy miała zaplecione w war­ko­czy­ki.

 

Na gło­wie no­si­ła wia­nek uple­cio­ny ze sto­kro­tek… – Ponieważ w poprzednim zdaniu plecione są warkoczyki, tu proponuję: Na gło­wie no­si­ła wia­nek uwity ze sto­kro­tek

 

Iza wska­za­ła niski dom, wokół któ­re­go rosły drzew­ka owo­co­we, uschnię­te, mimo że po­go­dą pa­no­wa­ło jesz­cze lato. – Skoro drzewka były uschnięte, to już nie rosły. Latem, kiedy panuje susza, niepodlewane drzewka mogą uschnąć. Lato nie panuje pogodą, to pogoda panuje, w dodatku nie tylko latem, ale o każdej porze roku. ;-)

Proponuję: Iza wska­za­ła niski dom, otoczony uschniętymi drzew­kami owo­co­wymi.

 

Pięk­nie by było, gdy mogły zna­leźć swoje miej­sce…Pięk­nie by było, gdyby mogły zna­leźć swoje miej­sce

 

Za­uwa­ży­ła, ale łu­dzi­ła się, że tylko ma prze­wi­dze­nie. Za­uwa­ży­ła, ale łu­dzi­ła się, że tylko ma przy­wi­dze­nie.

 

za­uwa­ży­li słoń­ce, które, spoj­rzaw­szy w jego stro­nę, wcale nie ośle­pia­ło. – Kim był ten, w którego stronę spojrzało słońce?

 

spa­ce­ro­wa­ła po wio­sce i co­dzien­nie cho­dzi­ła mszę. – …spa­ce­ro­wa­ła po wio­sce i co­dzien­nie cho­dzi­ła na mszę.

 

Byli już w od­da­li, kiedy w wyj­ściu z le­pian­ki po­ja­wi­ła się za­chwia­na po­stać Ję­dr­ka. – Co to znaczy, że postać Jędrka była zachwiana?

 

Traw­ni­ka­mi za­wład­nął chwast, który wczo­raj sprząt­nię­ty, wra­cał na­za­jutrz. – Jeden chwast był taki uporczywy, że władał wieloma trawnikami?

 

Nosił te same ubra­nia, w któ­rych po­pły­nął na dno rok temu.Nosił to samo ubra­nie, w któ­rym po­pły­nął na dno rok temu.

 

Za­uwa­ży­ły Ka­ro­la, do­pie­ro kiedy zbli­żył się na od­le­głość kilka kro­ków. – …na od­le­głość kilku kro­ków.

 

Mogła wpaść do bagna. /Ode­pchnął Izę i zła­pał przy­ja­ciół­kę. – Co robi ukośnik między zdaniami?

 

W świe­tle księ­ży­ca bagno wy­glą­da­ło jak wiel­ki, go­tu­ją­cy się ko­cioł. – Kotły nie gotują się. Gotować może się to, co jest w kotle.

 

Ocie­ka­ją­cy wodą za­ata­ko­wał pię­ścia­mi czło­wie­ka, które dla niego nie miał już imie­nia. – Literówki.

 

mi­gnę­ła mu jesz­cze twarz sta­re­go Jdr­ka… – Literówka.

 

 

 

I jeszcze propozycja w sprawie pieczonego kruszonu:

 

Mama upie­kła kru­szo­na, z tru­skaw­ka­mi, wy­śmie­ni­ty!Mama upie­kła placek z tru­skaw­ka­mi, z kruszonką, wy­śmie­ni­ty!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sam pomysł mi się spodobał i generalnie czytało się przyjemnie, ale jak na tak długi tekst chyba rzeczywiście zbyt duża rozbieżność pomiędzy lekko tajemniczym klimatem z początku, a horrorowatym zakończeniem. Tylko nie bardzo skumałam SPOILER tę koncepcję z Żydami – dlaczego oni ich zabili, a raczej skąd wiedzieli, że trzeba kogoś zabić, żeby to wszystko się uspokoiło? A, i Iza jak dla mnie trochę za bardzo Ciotka Samo Zło.

Dzięki, Regulatorzy. Dzięki, Teyami. :)

Mee!

Przeczytałem, Danielu i mam mieszane odczucia. Po jaką cholerę wpakowałeś do opowiadania żydów? Przecież oni ci nic nie zawinili, a polityka i żydowska martyrologia mają swoje inne konotacje. Opowiadanie jest, prawdę pisząc, według mnie niespójne fabularnie i kompozycyjnie, pomijając już błędy. Poza tym jest stanowczo za długie. Masz parę niezłych metafor i kilka udanych pomysłów. Pozdrawiam.

Dziękuję, Ryszardzie.

Również pozdrawiam – o poranku. :)

Mee!

– Podcięła sobie żyły – mówił Karol – nie wiem czemu, namówiła ją taka dziewczyna, zdzira, my ją znaliśmy z tunelu, on jest tutaj niedaleko, my tam chodziliśmy, tam było wiele duchów, to chyba przez tamtą wieś, bo tam na dole, jak się idzie tunelem, wychodzi się do podobnej naszej wsi, i tam my chodziliśmy, spędzaliśmy czas, było dużo duchów i…

 

Nie licząc powyższego fragmentu, który nota bene musisz zmienić bo niszczy kompozycje, opowiadanie mi się podobało. Tzn. pomysł ciekawy, ale spłycony, mimo dość długiego tekstu. Musiałbyś troszkę nad tym popracować, powyrzucać niektóre fragmenty i treściwiej przedstawić inne. Ogólnie to pierwsze Twoje opowiadanie, które przeczytałem i moim zdaniem masz świetny styl. Wystrzegałem się, aby to komukolwiek napisać, bo zawsze gdy pojawia się taka nota pod czyimś opowiadaniem, to robi mi się niedobrze i nie mogę się zgodzić (bez nazwisk oczywiście), ale dziś się przełamałem :) Błędów jest w tekście jeszcze sporo, mógłbyś je jeszcze z raz przeczytać. (wiem jaki to ból…) Ogólnie pozytywnie, pozdrawiam!

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Dziękuję, Kwia… Kwiza… Kwisatz Haderach. :)

W wolnej (wolniejszej) chwili zabiorę się za Regulatorskie wypominki i zapewne przeczytam tekst. Postaram się jeszcze dzisiaj, maksymalnie do piątku.

Pozdrawiam,

Mee!

Kwisatz, zapomniałem. Jeśli Ci się podobało, zapraszam do moich poprzednich tekstów! :)

Mee!

Komercja!! :D

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Trenuję, gdyby przypadkiem w przyszłości zdarzyło się, że musiałbym to robić już profesjonalnie. ;)

Fatalne gafy poprawiłem, i tego kruszona też!

Mee!

Ciekawy pomysł. Najbardziej podobał mi się początek, bo był fajnie tajemniczy. Zgadam się z przedmówcami, że niektóre motywy i wątki  można by pogłębić (wilki, różne epizodyczne postacie), a całość trochę skondensować. 

 

Było trochę niezręcznych zdań, np. 

Lubili takie niebo z Agnieszką i Bartkiem.

Zmień szyk, bo zabawnie to brzmi.

 

Z innych rzeczy:

po ratunek. Po – powtórzenie

schodzić w tunel – wolałbym “do tunelu”

że cud, że – zmień jedno “że” na “iż”

Mam więcej oleju w głowie niż wam się wydaje. – brakuje przecinka

–Lepiej – brakuje spacji

Dziękuję, Zygfrydzie! :)

Pozdrawiam!

Mee!

Juniorze, spodziewałem się czegoś – hm – no, lepszego. Tak długo widniało na becie, a tu masz. Litania od arcycierpliwej regulatorzy, i cała historia jakoś tak “siada” od mniej więcej połowy… A co najgorsze, ani słowa, skąd było wiadomo mieszkańcom wioski, że trzeba złożyć ofiarę z dzieci. Nie na miejscu (ryszard napisał wprost o jednym powodzie, ja dodam drugi) ofiara złożona ze Żydów, bo “czarne moce” zwykle domagają się ofiar jak najcięższych dla składających daniny, czyli – z własnych dzieci…

Popraw się!

Dziękuję, Adamie. :)

Mee!

Zdaje się, że przeczytałam po poprawkach, bo nic szczególnie nie zakuło mnie w oczy.

 

Dobrze mi się czytało. Nastrój tajemniczości z początku tekstu sprawił, że dałam się wciągnąć w historię. I druga rzecz – ta niesamowitość wsi, która mnie osobiście zawsze bardzo pociąga. 

Pierwsza część opowiadania klimatem przypominała mi odcinek serialu “Czy boisz się ciemności”. No, potem już było zbyt drastycznie ;)

Im bardziej historia zbliżała się do finału, tym mniej była dla mnie wiarygodna. Oni naprawdę chcieli powybijać własne dzieci? Nie sądzę aby, nawet w obliczu zagrożenia, był to rodzaj decyzji który zapada podczas jednej debaty po mszy. Jeśli w ogóle zapada. Skoro poprzednim razem mogli to być Żydzi – nieważne, ktokolwiek – dlaczego tym razem musiały być dzieci? No i wątpliwość poruszana już przez pozostałych – skąd mieszkańcy wiedzieli, że w ogóle należy kogoś zabić? To spore luki w koncepcji.

A na duży plus – pomysł, klimat i ta oswojona obecność duchów :)

Dziękuję, Werweno. :)

Mee!

Nowa Fantastyka