- Opowiadanie: uradowanczyk - RANDKA Z PROFESOREM

RANDKA Z PROFESOREM

Jutro 17 marca, dzień świętego Patryka, irlandzkie święto narodowe, ale też okazja do zabawy. Zamieszczam z tej okazji opowiadanie, którego duża część akcji dzieje się w Irlandii. Są tu też zawarte pewne wątki naukowe.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Bellatrix, zygfryd89

Oceny

RANDKA Z PROFESOREM

Wyjątkowo ciepły maj, a dokładniej popołudnie

 

Ściągnęłam walizkę z taśmociągu, rozejrzałam się po raz enty i ruszyłam dziarsko w kierunku zielonej tablicy Nothing to declare. Pewnie, że nothing. Tego jeszcze brakowało, żebym płaciła jakieś cło. Od niewinności chyba.

Człapiąc niespiesznie, omiatałam wzrokiem imponujące przestrzenie pobłyskujące chromem i pastelowymi odcieniami. Było tu ładnie aż do bólu, a poza tym trzeci terminal dublińskiego lotniska uchodził za wyjątkowo przychylny pasażerom. Podobno nawet zatwardziali prowincjusze nie potrafili się tu zgubić, bo przeszkadzały w tym klarowne oznaczenia, świetlne tablice i hostessy.

Nieoczekiwanie jazgotliwe odgłosy zakłóciły monotonię komunikatów. Wsłuchałam się w nie i rozpoznałam ptasi świergot. Ale numer, musiały się tu gdzieś wśliznąć wróble! Najpewniej zaraz rzadka kupa zakłóci wszechobecną doskonałość – wywróżyłam z przekorną satysfakcją. Posłałam w przestrzeń promienny uśmiech, znak otuchy dla braci mniejszych, niechybnie skazanych już na wygnanie lub nawet wytępienie.

A chwilę potem stanowczo przywołałam się do porządku. Co mnie w końcu obchodzą jakieś pospolite ptaszyska. Od kiedy to jestem miłośniczką przyrody? Albo może gardzę nowoczesną architekturą? Po co w ogóle podjudzam w sobie ten dystans i naciąganą ironię. Czyżbym nieświadomie uzbrajała się w emocjonalny pancerzyk?

Z pewnością.

Oczywiście nie było ryzyka, że dostanę nagłej cieczki, że podbiegnę w tanecznych podskokach i rzucę się Jonathanowi na szyję. Ręce i nogi jeszcze mnie słuchały, mogły mnie jednak zdradzić podświadome odruchy – drgnięcie nozdrzy, nerwowe trzepotanie powiek, rozszerzenie źrenic. Chciałam koniecznie coś na to poradzić.

Po krótkim wahaniu wyjęłam z torebki mój ulubiony amulet: kryształowy sześcian z bursztynem w środku. Ścisnęłam go mocno, tak żeby wbił się głęboko w skórę ostrymi krawędziami. Wierzyłam, że ból promieniujący z wnętrza dłoni rozproszy ekscytację przyczajoną w duszy i powstrzyma zawczasu sygnały, które mój luby niechybnie by zignorował.

Szłam sobie zatem powoli, mozolnie ciągnąc walizkę, wsłuchana w jej monotonne turlando. Pozwalałam, by wymijały mnie dziesiątki pasażerów. Pozwalałam się szturchać i trącać. Musiałam wyglądać jak zagubiona dziewczynka, skoro nawet jakiś młodzian z obsługi lotniska zaoferował mi pomoc, otaksowawszy zatroskanym wzrokiem.

Zauważyłam Jona, zanim ten zdołał wyłuskać mnie z tłumu. Stał sobie nieco dalej, niż mogłam się spodziewać, częściowo schowany za półprzezroczystą kolumną. Pogrążony w myślach, ale pogodny, zrelaksowany, pewny siebie. Przyznaję, że kolnął mnie ten luzik. Ja tu od czterech godzin opracowuję taktykę spotkania, a on co? Najpewniej rozmyśla o jakiejś matematycznej formule czy innym superteleskopie.

Nigdy się nie dowiedziałam, czym Jonathan miał wówczas wypełnioną głowę. Jeśli była to jakaś maszyna, zapomniał o niej, gdy tylko mnie zobaczył.

Powitał mnie szerokim uśmiechem, rozwartymi ramionami i bukietem wspaniałych kwiatów.

– Eurydyko! – zawołał. Tak głośno, że ze dwa tuziny głów obróciły się w jego stronę.

– Orfeuszu! – odparłam o dwa tony ciszej, za to drżącym z emocji głosem.

No tak, zapomniałam popracować nad kontrolą efektów audio. Tu moja taktyka zawiodła na całej linii i nie pomógł nawet amulet. Pieprzony, bezużyteczny śmieć.

Jon nie zdawał sobie sprawy z moich rozterek. Uścisnął mnie czule i sztywno jednocześnie, jak to tylko niepowtarzalny mister Rafferty potrafił. Jego dłonie przejechały chaotycznie po moim grzbiecie. Potem jeszcze mnie pocałował. Pardon, obcałował raczej, bo jego usta lądowały w przypadkowo wybranych punktach mojej twarzy, tylko nieznacznie ocierając się o wargi.

Gdy przejęłam bukiet, Jon zatarł ręce, porwał walizkę i wskazał drogę. Domyśliłam się, że podąża w stronę parkingu, gdzie zostawił samochód. Zanim znaleźliśmy wóz, profesorek zadał mi kilka standardowych pytań na temat lotu i samopoczucia. Załadował walizkę do bagażnika, odpalił, ruszyliśmy. Długo nic nie mówił, a ja chwilowo nie miałam mu tego za złe. Cieszyłam się bezchmurnym popołudniowym niebem za szybą i leśnym aromatem płynącym z otworu nawiewu. A gdy te wrażenia mnie już nasyciły, popatrzyłam sobie na profil szanownego szofera.

I oddałam się refleksji.

 

Ćwierć wieku przed ciepłym majem

 

Jonathana Rudolpha Rafferty’ego zobaczyłam po raz pierwszy w Moskwie na Ogólnoświatowym Zlocie Młodych Talentów.

Był wtedy zaledwie trzynastoletnim wyrostkiem, który właśnie grzał się w pierwszych promieniach sławy jako młody zdolny. Miesiąc przed moskiewską galą wygrał konkurs pod hasłem Very Heavy Metal. Chodziło w nim o to, by przewidzieć własności pierwiastka o liczbie atomowej 126, który naukowcy z rosyjskiego ośrodka w Dubnej zamierzali stworzyć nowatorską metodą. Udało im się znakomicie – upichcili całe trzy gramy superciężkiego, zadziwiająco trwałego metalu. Obmierzyli go i opisali na tysiąc sposobów, a potem zabrali się do czytania prac konkursowych z całego świata. Ku ogólnemu osłupieniu stwierdzili, że najbliżej prawdy był chuchrowaty chłopak, który ledwo skończył podstawówkę. Wtedy Jonathan zabłysnął po raz pierwszy w życiu.

Do dziś pamiętam spoconego gówniarza, kroczącego niepewnie przed szpalerem szpakowatych mędrców: profesorów z MIT, Sorbony, Berkeley i jakichś mniej znaczących, może irlandzkich uniwersytetów. Każdy gest młodocianego laureata wyrażał wtedy napięcie, ale wyrostek dzielnie nadrabiał miną.

A ja muszę się pochwalić, że tam w Moskwie też przeżyłam swoje pięć minut. Nic dziwnego: dziesięcioletnia smarkula, popisująca się znajomością trzech języków, cytująca łacińskich poetów i filozofów, musiała robić wrażenie.

No tak, właśnie tam się poznaliśmy. A potem Jon na serio zainteresował się karierą naukową, ja zaś… cóż – utalentowanymi naukowcami. Podczas gdy on pilnie poszukiwał nowych cząsteczek i wymiarów, ja analizowałam kariery pilnych poszukiwaczy i pisałam o nich książki.

Nasze ścieżki często się przecinały. W sytuacjach towarzyskich przedstawiałam naszą znajomość jako wzajemną fascynację. Jon uśmiechał się wtedy zagadkowo. A może tylko dyplomatycznie?…

 

Dwa lata przed majowym spotkaniem

 

– No i co się potem z nim działo?

Powoli odwróciłam głowę. Adam uśmiechnął się, przeciągnął aż trzasnęły kości i oparł plecami o wezgłowie.

– Dzień dobry – dopowiedział kulturalnie.

– Dzień dobry – odparłam równie grzecznie i załapałam wreszcie, że mój towarzysz łoża nawiązuje do wczorajszej rozmowy. – Mówisz o Raffertym?

– Tak, o nim – potwierdził Adaśko z lekkim zniecierpliwieniem. – Skoro gapisz się w ekran i rzucasz zaklęcia, żeby bohater twojego przyszłego bestsellera nareszcie przemówił, o kogo innego miałbym zapytać?

Trafnie to ujął, skubaniec, z tym zaklinaniem ekranu. Już o siódmej wypełzłam bezgłośnie spod pościeli, włączyłam telewizor i usiadłam na skraju łóżka. Czekałam długo. Niestety Lucjan bufon Kolenda ględził bez wytchnienia, nie dopuszczając do głosu pozostałych uczestników panelu. Zaczynało mnie to niepokoić. Poranny szczyt oglądalności zbliżał się nieubłaganie, co oznaczało przerwanie bieżącej transmisji. W najlepszym wypadku dalszy ciąg znalazłabym na jakimś kanale naukowym. Jednocześnie, ciesząc się z Adamowego przebudzenia, niezwłocznie podkręciłam dźwięk.

– Sorry, nie pamiętam, gdzie skończyłam. Przypomnij mi – pokajałam się trochę fałszywie, za to posłałam Adamowi w miarę szczery uśmiech w ramach rekompensaty.

– Na tym, że Jon uznał szkołę średnią za stratę czasu i od razu wyjechał do Ameryki. Oczywiście na Berkeley przyjęli go z otwartymi ramionami.

– A, tak – potwierdziłam skwapliwie. – Szybko zrobił doktorat, profesorem został w wieku trzydziestu lat. Kiedy jego koledzy wciąż męczyli temat cząsteczki Higgsa, Jon opublikował teorię o strunowej naturze materii. Rzucił ją na pożarcie ortodoksom, po czym znowu zostawił ich w tyle.

– Co masz na myśli?

– To, że robił swoje. Wytrwale głosił oryginalne poglądy, nie zważając na krytykantów. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że nie sensu badanie cząsteczek, skoro można je tworzyć. Jeśli każda molekuła jest drgającą struną, trzeba wysnuć taką strunę, która nie drży wcale, potrącić ją i zobaczyć, co z tego wyniknie. Już z rozpędu Jon zaproponował projekt platformy frekwencyjnej do tworzenia takich właśnie strun, za który dostałby Nobla, gdyby…

– Gdyby ten hochsztapler Kolenda nie wyskoczył ze swoim pomysłem na maszynę czasu – dokończył Adam, imitując złośliwą manierę, w którą wpadałam, mówiąc o Rewolucjanie.

– Otóż to! – zaśmiałam się, nie odwracając jednak głowy. W innych okolicznościach czułabym się niezręcznie, odwrócona plecami do swego kochanka. Tym razem jednak brałam prewencyjny rewanż za to, że przy śniadaniu odgrodzi się ode mnie gazetą. – Kolenda całkiem omamił Szwedzką Akademię.

– I przyćmił zasługi Jonathana – dodał Adam. – Mimo to na dzień dzisiejszy Rafferty z Kolendą działają razem, prawda?

– Poniekąd. Jon tworzy cząsteczki i to jest fakt niepodważalny. Lucek rzekomo wysyła je w przyszłość, ale to akurat może być wielka ściema.

Maszyna czasu przypominała kształtem pulchny obwarzanek. Wzbudzała powszechny podziw lub przynajmniej zaciekawienie, aczkolwiek złośliwi twierdzili, że jest jedynym urządzeniem na świecie, o którym nie wiadomo, czy na pewno działa. Wyniki testów okazywały się niezłą łamigłówką i przyprawiały fizyków o solidny ból głowy. Nawet najpotężniejsze komputery nie mogły ich rozgryźć.

Westchnęłam przeciągle i zamyśliłam się nad sprawami fundamentalnymi. Adam także zamilkł na dłuższą chwilę. Nie oznaczało to bynajmniej, że da mi spokój. Gdy tylko zaspokoił intelektualną ciekawość, jego ciałem owładnęły całkiem przyziemne potrzeby. Facet był niezmordowany, a dysponował też namacalnymi zaletami, dzięki którym zresztą zdołał mnie uwieść. Chociaż z drugiej strony… gdyby swego czasu nie wyróżnił się jako obiecujący nanotechnolog, raczej nie dałabym mu szans.

Specjalista od wszelkiego drobiazgu przysunął się do mnie i ujął delikatnie brzeg koca, którym okręciłam się aż do łopatek. Zsunął go delikatnie, całując jednocześnie moje ramiona.

– Mam za dużo piegów – mruknęłam. – W nocy o nich zapominam, ale za dnia przyprawiają mnie o kompleksy.

– Twoja osobowość w ogóle składa się z samych słabych punktów i obsesji – skomentował Adam prawie sarkastycznie.

– No, jest też trochę talentów, nieprawdaż? – zapytałam możliwie beztrosko, by obrócić kwestię w żart, gdyby Adam nie dość gorliwie potwierdził.

– Elizo, jesteś piękna i mądra, co rzadko idzie w parze.

– Dzięki.

– Przyznaję, że twoje ciało jest niemiłosiernie upstrzone piegami. Obiekty te są wprost rozkoszne i uwielbiam je pasjami. I weź pod rozwagę, że zajmując całe terytorium twej aksamitnej skóry, w gruncie rzeczy robią ci przysługę.

– Doprawdy? Co masz na myśli?

– Nie dopuszczają konkurencji.

– Co ty bredzisz, facet? – zaoponowałam, ganiąc Adama marsowym grymasem na czole.

– Blizn, szram, kurzajek, pieprzyków, pryszczy, łuszczycy, plam wątrobianych…

A jednak Adaś fajny był. Mój niezawodny amant-ogier-przytulanka. I wróbel w garści, last but not least.

– Zaczniemy grzecznie pod kołderką – zaproponowałam, całując go w czoło.

– A potem?

– Zobaczymy, jak się losy potoczą…

Adam niezwłocznie zabrał się do dzieła. Po pierwsze wyłączył telewizor, przeciw czemu zaprotestowałam bez przekonania. Następnie zdarł ze mnie koc, szarpnął kołdrę energicznym ruchem i rozpostarł ją nade mną. Przez ułamek sekundy czekałam, aż puchowy woal otuli moje ramiona, ale Adaśko był szybszy. Powalił mnie na sprężysty materac, a nasze ciała skleiły się natychmiast jak przeciwne bieguny magnesów.

Tak oto magnetyzm zmysłów zapewnił nam mnóstwo miłych chwil tego dnia.

Że wybywam nazajutrz, wyjawiłam Adasiowi dopiero pakując walizkę.

 

Dwa lata minus dwa dni…

 

Rewolucyjny noblista Kolenda właściwie nie był siwy – jego włosy miały kolor tłustego mleka. Wydało mi się to podejrzane, więc usiłowałam dyskretnie wykryć na jego czuprynie jakieś przebarwienia czy odrosty. Ku lekkiemu rozczarowaniu nic takiego nie zauważyłam.

Poza tym Kolenda rzeczywiście był człowiekiem energicznym i miał przy tym wiele innych cech sprawnego menadżera. W sumie dostrzegłam je już dawno temu, kiedy organizował sobie polityczne zaplecze, by skuteczniej doić rozdawców grantów. Tak jest, stanowczo zasłużył sobie na zobowiązującą ksywkę. Szkoda tylko, że nie wszystkie rewolucje są słuszne i nie zawsze służą postępowi.

Ale od początku. W pierwszy poniedziałek maja pojawiłam się w Ośrodku Zastosowań Probabilistycznych PAC pod Liverpoolem. Przyznam, że gospodarz powitał mnie dość jowialnie.

– Pani Eliza! – zawołał po polsku. – Jak miło widzieć rodaczkę na angielskiej ziemi.

– Dzień dobry. Jak wspaniale widzieć Polaka, kierującego międzynarodowym zespołem.

Wielce zadowolony Lucjan wytarmosił niemiłosiernie moją rękę i wskazał drogę ku galerii dla zwiedzających.

– Zwiedzała już pani Liverpool?

– Nie miałam jeszcze okazji – powiedziałam ciut nieszczerze. Wstyd mi było przyznać, że wolałam kilkugodzinną kąpiel niż podziwianie miejscowych atrakcji.

– Pisze pani pracę o naszym eksperymencie? – zagadnął z innej beczki.

– Piszę kilka książek jednocześnie, a poza tym eseje i artykuły. Jeszcze nie wiem, gdzie wcisnę relację z dzisiejszej wizyty.

Rewolucjan zaczął regularnie szczypać podbródek – wyglądało na to, że wpadł w zadumę. Może właśnie przypomniał sobie o serii biograficznej, głównym nurcie mojej działalności pisarskiej. Brałam w niej na warsztat naukowców niesłusznie zlekceważonych przez szwedzkich królewskich akademików. A ponieważ Kolenda swojego Nobla już dostał, na kartach moich ksiąg mógł zaświecić tylko blaskiem odbitym.

– To może panią zainteresuje, że profesor Rafferty nalegał, żeby platformę razem z maszyną czasu przenieść do Irlandii? – podsunął Lucjan ostrożnie.

O, kombinujemy małostkowy donosik – stwierdziłam z niechęcią. I szukamy sojuszników do lokalnych przepychanek. Co za żenada.

– O ile wiem, nie powodował nim źle rozumiany patriotyzm – odparłam, dzielnie znosząc przenikliwe spojrzenie Lucjana. – Wprost przeciwnie, miał na myśli bezpieczeństwo. Irlandia jest najspokojniejszym sejsmicznie krajem w cywilizowanym świecie. I słabo zaludnionym. W wypadku jakiejś awarii, mniej mieszkańców by ucierpiało.

– Nie będzie żadnej awarii – obruszył się Kolenda. – I proszę nie myśleć, że donoszę na najważniejszego współpracownika. Po prostu pewne sprawy powinny być właściwie przedstawione opinii publicznej.

– Czy iskrzy między wami właśnie z powodu przesadnej ostrożności Jonatana?

– Nie ma poważniejszych nieporozumień. – Rewolucjan zdawał się bardziej ważyć słowa. Najwyraźniej zauważył, że nie poczuwam się do solidarności narodowej i że biorę stronę Irlandczyka. – Z drugiej strony widać wyraźnie, że jest w nim mniej entuzjazmu, niż kiedyś. Proszę sobie wyobrazić, że Jon ostatnio zgłasza wątpliwości. To już nie tylko kwestie proceduralne. Czuję, że coś go nurtuje i że któregoś dnia zgłosi votum separatum na radzie naukowej. Co prawda nie ma szans na wstrzymanie projektu, ale może ugodzić w jego prestiż.

Powstrzymałam się od komentarza i poprosiłam Kolendę, by pokazał mi główną dyspozytornię. Stanęliśmy zatem na galerii. Pięć metrów niżej rozpościerała się strefa zorganizowanej krzątaniny. Centralną część pomieszczenia zajmował wielki prostopadłościan, okręcony grubą czarną folią. Domyśliłam się, że to nowy generator, konieczny do wyprodukowania dodatkowych megawatów mocy na czas eksperymentu.

– Gdzie jest sama platforma? – spytałam, rozglądając się uważnie. – A zwłaszcza maszyna czasu – dodałam szybko, by zatrzeć wrażenie, że uważam cudo Lucjana za mniej ważne w tandemie.

Kolenda machnął ręką.

– Mamy drobne opóźnienie z instalacją. Ale proszę, idzie już pan Rafferty.

Mój profesorek uśmiechał się do mnie już z daleka, a nawet machał ręką, co u niego było wyrazem rzadkiej poufałości.

– Witamy w wylęgarni nieprawdopodobieństw, droga Elizo – zawołał.

Przeszliśmy na angielski.

– Uszanowanie, mister Rafferty – odparłam. – Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć waszą maszynerię w akcji.

Jon wymienił z Kolendą konwencjonalne skinienie głową, w którym nie było ani specjalnego chłodu, ani nawet dystansu.

– Rozumiem, że wiesz już, na czym będzie polegała próba generalna? – ciągnął Jon.

– Tak. Najpierw za pomocą twojej platformy skonstruujecie malutką gwiazdę, takiego pięćdziesięciogramowego pulsara. Potem wyślecie go w przyszłość, nie więcej niż godzinę. Dobrze mówię?

– No, prawie dobrze pani mówi – potwierdził Lucjan ostrożnie. – Ale naszej minigwiazdy nie wyślemy, a raczej ją zostawimy.

– Zostawimy? – zdziwiłam się. – Tym bardziej czegoś nie rozumiem. Zasadnicza kwestia nie daje mi spokoju – dodałam z namaszczeniem.

Jon z Lucjanem jednocześnie skierowali na mnie pytające spojrzenia.

– No, jaka kwestia? – ponaglił Kolenda.

– Spróbuję wytłumaczyć to obrazowo. Załóżmy że zamierzam wysłać w przyszłość jakiś obiekt, na przykład jabłko. Wkładam je pod klosz, powiedzmy o siódmej rano. Chcę je przenieść w przyszłość o godzinę. Włączam maszynę czasu i na zdrowy rozum jabłko powinno najpierw zniknąć, a potem pojawić się pod tym samym kloszem o ósmej. Jeśli stanie się tak z pańskim pulsarem i jeśli on zadziała jak to pulsary mają w zwyczaju, mógłby narobić szkód już tutaj, na Ziemi.

Kolenda wziął się pod boki i spojrzał mi w oczy z mieszaniną przekory i zniecierpliwienia.

– No dobra, przyjrzyjmy się temu jabłku. Dlaczego po transferze miałoby się pojawić akurat pod kloszem?

– A niby gdzie indziej? – zdziwiłam się.

– Łaskawa pani. Po pierwsze, Ziemia wiruje wokół własnej osi jak wielka karuzela, a my wraz z nią dla ścisłości. Na szerokości Liverpoolu daje to jakieś tysiąc kilometrów na godzinę. Po drugie, nasza planeta krąży po orbicie słonecznej. Po trzecie, Układ Słoneczny wraz z trzecią planetą okrąża centrum Galaktyki. Gdyby nie wystarczyło, mógłbym dorzucić parę innych okoliczności do wektora ruchu…

– Nie, nie trzeba – odparłam. – Wiem, do czego pan zmierza.

– Natomiast o pewnych tajemniczych składowych sam chciałbym się dowiedzieć – Kolenda ciągnął myśl, nie zważając na moją interwencję. – A zwłaszcza wyliczyć dokładnie stałą kosmologiczną…

– Okej, już wszystko rozumiem – zapewniłam, ale uparty pryk mnie nie słuchał.

– Skoro mamy tak wiele zmiennych, dlaczego jabłko miałoby się grzecznie znaleźć znowu pod kloszem? – powtórzył prawie napastliwie. – Pod dokładnie tymi samymi współrzędnymi geograficznymi? Czemu w ogóle na Ziemi, a nie gdzieś tam w kosmicznej próżni? Dlatego, że tak jest wygodniej pisarzom science fiction? Niech się pani zastanowi.

Zgodnie z życzeniem noblisty Kolendy zastanowiłam się.

– Może ziemskie przyciąganie zadziała jak kotwica? Bo jakiś punkt odniesienia musi być jednak być.

Rewolucjan uniósł głowę i zaczął nią kręcić w wyrazie skrajnego zniecierpliwienia.

– Oczywiście, że jest. Odnosimy się zawsze do miejsca, gdzie wydarzyło się wielkie bum. Wielki Wybuch.

– Gdzie w takim razie wyląduje pulsar po transferze?

– No właśnie, wyląduje. To już trafniejsze przybliżenie – pochwalił Lucjan. – To tak jakby o godzinie siódmej wyrzuciła pani swoje jabłko przez okno wagonu. O ósmej będzie hen daleko za pociągiem. A co do naszego minipulsara – wyliczyłem, że porzucimy go gdzieś w okolicach orbity Marsa. Zanim się rozpadnie, zdąży wysłać serię sygnałów radiowych, my go wtedy namierzymy i zdobędziemy mnóstwo cennych danych do obliczeń.

No tak, wymiana zdań osiągnęła poziom, który wymagał interwencji mediatora. Dotychczas Jonathan się nie wtrącał – dopiero przygwożdżony moim i Lucjana spojrzeniem zrobił cierpiętniczą minę i wydał z siebie głos.

– Eliza ma rację – mruknął niewyraźnie. – A w każdym razie jest bliżej prawdy.

– Że co? – zdziwił się Kolenda.

– Z tym punktem odniesienia. Zresztą kotwica to też dobra przenośnia.

O, cóż za niespodziewane docenienie. Poczułabym się podbudowana, ale chwilowo moja ciekawość była nawet większa niż próżność. Milczeliśmy z moim adwersarzem, by dać Rafferty’emu szansę na dokończenie myśli.

– Kretyn ze mnie – ciągnął Jon. – Właśnie sobie uświadomiłem, że nie mamy stuprocentowej pewności, gdzie on leży.

– Co: gdzie leży? – spytał z niedowierzaniem szef programu.

– Nasz punkt odniesienia. A to przecież podstawa wszelkich założeń.

Lucjana formalnie zatkało. Wybałuszył oczy na Jona, jakby zobaczył kosmitę. Niestety, ze stanu oniemienia Rewolucjan popadł wprost w skrajne oburzenie.

– Chyba sobie żartujesz! – zawołał. – Jeśli dalej tego nie wiesz, poświęcę ten wieczór i wyjaśnię ci jak pierwszakowi. Wezmę miernik promieniowania tła, wyjdziemy sobie na zewnątrz i pokażę ci miejsce narodzin wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych.

Jon wydawał się nieprzekonany.

– Na wiarę przyjęliśmy aksjomat o przebiegu Wielkiego Wybuchu – snuł spokojnie swój wywód – a przecież próby z cząsteczkami wskazują, że on wcale nie wydarzył się tam, gdzie nam się wydaje. Albo że nie jest to specjalnie ważne miejsce.

– Pojedyncze molekuły są za małe, żeby cokolwiek wnioskować na podstawie ich zachowania – odparł Rewolucjan. Przysięgłabym, że w jego głosie zabrzmiała nuta desperacji. – Właśnie po to wysyłamy pulsara, żeby wątpliwości wyjaśnić.

– To jednak za duże ryzyko. Dotychczas to przeczuwałem, a teraz wiem na pewno. Powinniśmy wszystko jeszcze raz przemyśleć.

– Czyli się wycofujesz – stwierdził Kolenda.

– Więcej. Zatrzymam cały projekt.

Tym razem Lucjan się nie hamował.

– Po moim trupie! – wrzasnął tak głośno, że inżynierowie z dołu jak jeden mąż podnieśli głowy i obrócili je w naszą stronę. Zbiegł szybko po metalowych schodkach i potruchtał do kanciapy, parskając jak znarowiony koń. Mogłabym przysiąc, że widziałam drobinki śliny rozpryskujące się wokół jego głowy.

Tymczasem Jon sprawiał wrażenie, jakby zapomniał o bożym świecie. Oparł się o reling, odwrócony tyłem do zaciekawionych fachowców z poziomu zero.

I ja myślałam. Bynajmniej nie o tym, kto jest bliżej prawdy w tym sporze, ale o tym, że przemądrzałek przyznał mi rację. I w dodatku poszedł za ciosem. Ambitny piernik Rewolucjan nigdy nie daruje Jonowi takiego afrontu. To mogło oznaczać koniec ich trudnej przyjaźni.

Tak czy siak atmosfera w ośrodku zepsuła się ewidentnie. Jon odpowiadał zdawkowo na moje pytania, a pozostali członkowie ekipy przestali się do mnie uśmiechać. Poczułam, że nic tam po mnie, więc zebrałam materiały, pstryknęłam parę zdjęć i już następnego dnia wróciłam do Polski.

A co było potem? Ano niestety moje przeczucia i przestrogi Jonathana okazały się prorocze.

Zatem po kolei. Najpierw Jon przedstawił swoje argumenty na radzie naukowej PAC. Ponieważ został przegłosowany, narobił rabanu w brukselskim biurze placówki, które nadzorowało program. Nic nie wskórawszy u dyrekcji, uciekł się do sabotażu – zniszczył jeden z modułów platformy frekwencyjnej. Ochroniarze dorwali go wtedy, walnęli pałką, zabrali przepustkę i odwieźli do aresztu. Ktoś sprzedał nagranie z kamery przemysłowej, więc cały świat był świadkiem tego upokorzenia.

Aż w końcu przyszedł dzień próby. Platforma dostała zastrzyk prądu, który przerobiła na małą gwiazdę neutronową, czyli inkryminowanego pulsara. Pulsar, wysłany trzy kwadranse w przyszłość, miał czelność nie wyskoczyć na orbitę Marsa. Wręcz przeciwnie: zmaterializował się zaledwie trzy kilometry ponad powierzchnią Ziemi. Zanim się rozpadł, wysłał sygnał radiowy o mocy około miliarda watów. Zachował się jak bomba elektromagnetyczna: zniszczył anteny, odbiorniki, nadajniki, komputery, sprzęt audio i TV, a nawet nieizolowane instalacje elektryczne w promieniu kilkunastu kilometrów od epicentrum.

Gdyby wskutek nalegań Jona nie przełożono eksperymentu na trzecią w nocy, ucierpiałby też ruch drogowy i lotniczy. Najpewniej nie obyłoby się bez strat w ludziach.

Co do innych szkód – w gruzach legła kariera Rewolucjana i jego ekipy z Liverpoolu. Z Raffertym opinia publiczna obeszła się niewiele lepiej. Zarzucano mu, że za późno się opamiętał. Na szczęście gniew ludu skupił się ostatecznie na prawdziwych winowajcach blamażu i profesorek mógł niepostrzeżenie zniknąć.

 

Bezwietrzny majowy wieczór

 

Tak oto Jonathan R. Rafferty w całej osobliwej krasie znów siedział koło mnie. Rdzenną irlandzkość obwieszczał piegami, rudą czupryną i wsiowym, ulsterskim zaśpiewem. Nad tym ostatnim potrafił na trzeźwo zapanować, w innych wypadkach ledwo rozumiałam jego angielszczyznę.

Kiedyś Jon nie wydawał mi się przystojny – przeszkadzał mi zwłaszcza cofnięty podbródek. Uważałam, że ta nieregularność świadczy o niedoborze testosteronu. Nie miałam chyba racji. Że jaja mu nie uwiędły, Jon udowadniał często, choć tylko werbalnie i niezbyt widowiskowo. Najchętniej wypowiadał się na kontrowersyjne tematy. Nie unosił się, nie pomstował, wolał z metodycznym spokojem demolować hipotezy kolegów astrofizyków. Nie oszczędzał też uznanych sław i autorytetów, a przecież kruszenie zatwardziałego betonu wymagało nie lada samozaparcia.

Tymczasem w przyziemnych sytuacjach bywał raczej… no właśnie, przyziemny. Do tej pory nie uratował nikomu życia, nie wdawał się w pojedynki, nie kupował modnych ciuchów ani zniewalających perfum. Słowem: nawet nie próbował sięgnąć po zaszczytny tytuł księcia z bajki.

– Wiem, o czym myślisz, Elizo – rzucił nagle Jonathan, odwracając ku mnie twarz ozdobioną szelmowskim uśmiechem.

– No, o czym?

– Że mam inteligentny wyraz twarzy, a zwłaszcza podbródka.

Roześmiałam się głośno. Facet miał specyficzny rodzaj intuicji.

– Pewnie jesteś ciekawa, co będziemy robić?

– Usycham wręcz z ciekawości – potwierdziłam skwapliwie.

Znów zrobił minę niepoprawnego kpiarza.

– Jeśli faktycznie usychasz, musimy uzupełnić zapas płynów w twoim organizmie. Zatrzymamy się w jakiejś restauracji. A potem na zachód.

Pokiwałam głową ze zrozumieniem. Nie byłam przesadnie głodna, ale jakąś pobudzającą kawę chętnie bym siorbnęła. Uznałam też, że czas już wycisnąć więcej szczegółów od mojego gospodarza.

– A mogę wiedzieć, dokąd dokładnie pomykamy?

– W okolice Derry, ale od strony Republiki – oznajmił Jon. – Ważne jest, byśmy zdążyli przed dwunastą, bo chcę ci pokazać pewne miejsce w środku nocy.

– Będziemy obserwować niebo?

– Miedzy innymi.

Zjechaliśmy z autostrady koło Droghedy i zatrzymaliśmy się w zachęcająco wyglądającym zajeździe na przedmieściach. Jon zażyczył sobie stek plus frytki, ja zamówiłam ciastko z baileysem. Kelner uwinął się szybko i już po pięciu minutach z przyjemnością uniosłam gorącą filiżankę do ust. Większe danie też szybko pojawiło się na stole. Gdy mój towarzysz zaspokoił pierwszy głód, zrobił się jakby niespokojny. Chrząknął, zmarszczył czoło i wygłosił ważne oświadczenie:

– Wiesz, że wyglądasz olśniewająco?

Nie spojrzał na mnie, tylko jeździł widelcem między resztkami frytek na talerzu. Nagłe zgrzytnięcie metalu o porcelanę sprawiło, że się wzdrygnęłam. A Jon skrzypiał dalej i niezbyt mądrze się uśmiechał.

– O? – zdziwiłam się w miarę uprzejmie. – Nie wiedziałam. Dzięki.

– Ar mhaith leat bheith curtha le mo mhuintirse? – rzekł na to ni w pięć ni w dziewięć.

Oczywiście nie zrozumiałam ani słowa. Domyśliłam się tylko, że spytał mnie o coś po irlandzku.

– Czy chcesz być pochowana z moimi ludźmi? – przetłumaczył.

– Nie myślę jeszcze o pochówku. A jak przyjdzie co do czego… – coś nagle zaczęło mi świtać. – Do czego zmierzasz, Jonny?

– To jest oficjalna irlandzka formuła oświadczyn.

– Aaa… – roześmiałam się gwałtownie i jakoś trochę niestosownie. Na szczęście szybko udało mi się odzyskać należytą powagę. A Jonathan w odpowiedzi tylko pokiwał głową z dyżurną łagodnością w oczach, która zwykle doprowadzała mnie do szału.

– Wiesz, jak by się uśmiali moi przodkowie, gdybym im przetłumaczył z polskiego: Chciałbym prosić cię o rękę?

Już nie wiedziałam, jak zareagować, ale najpewniej zrobiłam głupią minę. Zaś profesorek uśmiechnął się wyrozumiale – bo jakżeby inaczej – i sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej niepozorne puzderko. A w środku siedział sobie pierścionek z cytrynowym oczkiem.

Uniosłam wzrok. W samą porę, by uchwycić początek niezwykłego zjawiska. Piegi na twarzy Jonathana zajarzyły się czerwono na tle zaróżowionego nosa i policzków. Facet przerósł samego siebie. Wyglądał naprawdę zabawnie, ale byłam zbyt przejęta, by tak to odbierać. A, przepraszam, był jeszcze drugi powód – wedle wszelkich przesłanek w tym szczególnym momencie ze mną działo się to samo. W końcu pod względem piegowatości dobraliśmy się z Raffertym jak w korcu maku.

Jon wyjął cenny drobiazg i wsunął mi na palec. Pierścionek pasował doskonale, co profesor skonstatował z zadowoleniem, ale bez zaskoczenia. Musiał zostać wykonany na miarę. Tylko jak on ją pobrał?

– Ani za ciasny, ani za luźny, w sam raz – stwierdziłam zadowolona. – Jakich sztuczek użyłeś, żeby utrafić w mój gust i rozmiar?

– Pamiętasz, jak zwiedzaliśmy Zderzacz Hadronów pod Genewą? – spytał pozornie bez związku. Potaknęłam milcząco, wciąż wpatrując się w jaskrawożółte oczko. – W laboratorium bawiłaś się uszczelką do rury odpowietrzającej. Wtedy zauważyłem, jak gładko wchodzi na twój palec i ją sobie przywłaszczyłem. Gwoli ścisłości, wtedy też zgadłem, jakie najbardziej lubiłabyś brylanty.

– O, naprawdę?

– Spytałaś kogoś z ośrodka, jakimi cząsteczkami zbombardowałby sztuczny diament, by zmienić jego kolor na żółty.

No proszę, jak ładnie sobie zapamiętał. Musiał wszystko zaplanować dawno temu. Wzruszył mnie tym, skubaniec, naprawdę, tak że aż poczułam mokre pieczenie w kącikach oczu. Nie, nie mogę dać po sobie poznać. Nie będę tu sobie rozmazywać makijażu, gdy on właśnie powraca do stanu pogodnego luzu. Nie może tak być. To nic, że był tylko facetem – akurat w tym momencie powinna zaistnieć między nami równowaga przeżyć. Może nie takich samych, ale przynajmniej równie głębokich.

– O nie, Jonathan. Od ćwierć wieku robisz uniki, więc teraz nie wykpisz się jednym pierścionkiem, choćby kosztownym i najlepiej dobranym.

– Oczywiście zasługujesz na więcej – odparł Jon bez cienia zakłopotania. – Ale dzień się jeszcze nie skończył, prawda?

I przywdział maskę łagodnej życzliwości. Czyli był przygotowany na moje grymaszenie. Czyli go nie ruszyło. No dobrze, sam tego chciałeś.

– Powiedz mi, gdybyśmy spali dziś ze sobą, byłabym twoją pierwszą kobietą, prawda? – wypaliłam w końcu z tajnej broni.

I strzał był celny. Jon spuścił oczy, chrząknął donośnie, po czym wstał. A podnosząc się, jakimś magicznym sposobem przewrócił jednocześnie solniczkę, podstawkę na serwetki i pustą już filiżankę. Szacowałam szkody z triumfalnym uśmieszkiem, a profesorek w tym czasie zapłacił rachunek przy kontuarze, nie czekając, aż podejdzie do nas kelnerka.

– Chodźmy już, czas nagli – zarządził, chowając portfel do kieszeni.

 

Niecały rok przed pamiętnym majem

 

Jeszcze półtora roku przed pamiętnym majem zaryzykowałabym twierdzenie, że Uniwersytet w Salamance lata świetności ma już za sobą. Nawet w Hiszpanii ledwo mieścił się w pierwszej dziesiątce, zaś międzynarodowe rankingi konsekwentnie go ignorowały.

Ostatnio jednak przybyło mu prestiżu. Otóż po kilku spektakularnych wpadkach jajogłowych Stolica Piotrowa wysunęła tezę, że nie tylko szeroko rozumiana religia, ale tak zwana oficjalna nauka skażona jest dogmatami, którym warto się przyjrzeć. Papież Leon XIV okazał się nie lada spryciarzem. Wyczuwszy koniunkturę, powołał Powszechną Konferencję ds. Nowego Poznania. Co do lokalizacji – nie przypadkiem zwrócił uwagę na hiszpańską prowincję. Uczelnia w Salamance kojarzyła się z szeroko rozumianym postępem: z Kolumbem, Cervantesem, z renesansem i pierwszym dziełem o prawach człowieka. Duchowni dobrze czuli się wśród szesnastowiecznych murów, w przeciwieństwie do zaproszonych interlokutorów: umysłów mniej lub bardziej ścisłych.

Za podszeptem zaufanego sekretarza (i jego ustami) papież zaproponował Rafferty’emu organizację głównych seminariów. Jak to się stało, że przemądrzałek dał się zauważyć w samym Watykanie? Otóż nie tylko dzięki liverpoolskiemu skandalowi. Rafferty przez długie lata uchodził za czarną owcę w szacownym gronie umysłów ścisłych. Dziwnym zbiegiem okoliczności kwestionował te same teorie, na które również Kościół kręcił nosem.

Czyli sprawa była jasna. No, prawie. Otóż nie do końca pojmowałam, dlaczego Jonathan przyjął zaproszenie. On sam niechętnie się na ten temat wypowiadał. Mawiał pół-gębkiem, pół-żartem, że lubi oddychać kastylijskim kurzem i że znajduje tu dobry klimat do rozmyślań. Wytłumaczyłam to sobie po swojemu. Podejrzewałam, że w nowym środowisku łatwiej mu było wyciszyć się po ostatnich niepowodzeniach. Na szczęście wyciszenie nie polegało na wpadaniu w biurokratyczną rutynę. A jeśli nawet – nowe obowiązki nie przeszkodziły Jonowi w pracy naukowej. Ślęczał wytrwale nad nowymi koncepcjami, a weny mu najwyraźniej nie brakło.

Dokładnie pamiętam ten dzień, kiedy Jonathan ujawnił swe zuchwałe idee. O dziewiątej rano półkoliste Auditorium Caeruleum, jedna z mniejszych sal wykładowych uczelni, szczelnie zapełniła się słuchaczami. Na stole laboratoryjnym w dole zauważyłam kilka rekwizytów, które miały zapewne zostać użyte w trakcie wizualizacji. Nie chwaląc się, to ja zasugerowałam Jonowi, by chociaż raz skierował przystępne słowo do laików, którym zdarzało się przybłąkać na wykłady.

– Szanowni zebrani, postanowiłem, że dzisiaj właśnie przedstawię teorię, o której chodzą uporczywe pogłoski. Nie nazwałbym jej rewolucyjną, ale niewątpliwie narusza one pewne schematy myślenia, z którymi trudno będzie się rozstać. Licząc się z tym, że gołe słowa nie udźwigną wagi problemu, przygotowałem małą demonstrację.

Przemądrzały rudzielec schylił się, zanurzył ręce w pękatym worku i wyjął z niego… dynię. Pomajstrował gdzieś jeszcze chwilę i postawił na blacie menzurkę z przezroczystym płynem, na której dnie coś połyskiwało srebrzyście. Na końcu do rekwizytów dołączył okazały świecznik.

– Moja przyjaciółka Eliza – wykładowca puścił mi oczko oraz uśmiech – uświadomiła mi, że przekaz staje się ciekawszy, gdy go wzbogacimy o sugestywną animację. A zatem za jej radą dziś rano poszedłem na targ i wybrałem to oto dorodne warzywo u braci Velasco.

Kilku obecnych na sali mieszczuchów pokiwało głową z uznaniem. Hernan Paco Velasco i jego rodzina uchodzili za najsolidniejszych farmerów w okolicy, co oznaczało po prostu, że nie doprawiali swych upraw nadmiarem chemii.

– Dynię spotka dzisiaj nie lada zaszczyt – ciągnął Jonathan. – Stanie się modelem Wszechświata. Osadzę ją teraz na największym lichtarzu, jaki udało mi się znaleźć. Spytacie pewnie, skąd go wytrzasnąłem? Ano pożyczył mi go zakrystian Augusto z kaplicy świętego Rocha. Jak widzicie, szpikulec jest długi, solidny, a nawet nagwintowany. Ostatnio podtrzymywał dwumetrowe gromnice w święta Wielkiej Nocy. Dziś nadzieję nań tylko dynię, więc nie powinien się załamać. Mam też w zestawie olejek parafinowy. Pływają w nim srebrne drobinki, którymi zwykle ozdabia się urodzinowe torty czy inne okolicznościowe wypieki.

Lekki szmer przeszedł po sali, a ja – sondując nastroje – po raz pierwszy przyjrzałam się twarzom zebranych. Całkiem ciekawa gromadka rozsiadła się na odrapanych ławach. Oprócz ludzi nauki – tych poważnych i tych zaledwie poważanych – rozpoznałam paru wędrownych geniuszy, wynalazców oraz racjonalizatorów. Wykład zwabił też kilkunastu dziennikarzy, oddelegowanych przez działy naukowe odnośnych mediów, a także przynajmniej dziesięciu duchownych. W pewnym sensie wszyscy oni byli starymi wyjadaczami, przyzwyczajonymi do wszelkich ekstrawagancji, dlatego jak na razie dobór pomocy naukowych zrobił na nich umiarkowane wrażenie.

Jon chwycił dynię, obejrzał ze wszystkich stron i pogłaskał jej gładką, mętnopomarańczową skorupkę. Wyraźne spłaszczenie na osi szypułki było jedynym odstępstwem od regularnej kulistości, ale najpewniej tak właśnie miało być. Profesorek nadział dynię na świdropodobny szpic, ale nie przebił jej na wylot.

– Stwórca upodobał sobie dwie formy: kulę i spiralę – zaczął Rafferty. – Dlatego postanowił, że Wszechświat będzie zasadniczo kulisty. A oto najważniejszy moment aktu stworzenia.

Jon wziął menzurkę i pochylił jej dziobek nad obłym czubkiem warzywa.

– Bum! – zawołał, gdy tłusta kropla pacnęła o pomarańczową powierzchnię. – Byliście państwo świadkami Big Bangu.

– Co takiego?! – zaprotestowała Joelle Exler, sekutnica i prowokatorka, a służbowo astronomka związana z Lick Observatory. – Jeśli już pan zaproponował dynię jako model wszechświata, Big Bang powinien się zdarzyć w samym środku. A już na marginesie: znacznie lepsze byłoby pompowanie nakropkowanego balonu, bo Kosmos rozszerza się we wszystkich kierunkach.

– Tak samo myślałem i ja jeszcze miesiąc przed wpadką z pulsarem – odparł Rafferty. – Jak może wiecie, zmieniłem zdanie. Także społeczność uczonych wyciągnęła wnioski, ale najwyraźniej są wyjątki.

Przez salę przeszedł głuchy szmer chichotu. Joelle zacisnęła usta i zamknęła się na chwilę. Jon tymczasem kontynuował swój pokaz. Obrócił energicznie dynię wokół osi, a wtedy srebrne kruszynki, zamiast spływać bezpośrednio na dół, zakręciły się spiralnie wokół szczytu wypukłości, oznaczającego środek Wielkiego Wybuchu. Wszystkie te efekty były świetnie widoczne ze stromo osadzonych ław. Wtedy dopiero do końca zrozumiałam, dlaczego Jon wybrał tę akurat ciasnawą salkę do swego przedstawienia.

– A teraz już o tym, co stało się po Big Bangu. Każde srebrne ziarenko symbolizuje jedną metagalaktykę. Wyobraźcie sobie teraz, że srebrzysty olejek dostaje się również do środka dyni, przenikając przez skorupę. Także w tamtą stronę Wielki Wybuch wypchnął materię. Logicznie rzecz biorąc, im bliżej osi Kosmosu znajdują się metagalaktyki, tym mniejszy jest promień skrętu ich trajektorii. Powiedzmy, że spływają okrężnie – jak srebrne kuleczki wokół nagwintowanego szpikulca, że się tak odniosę do naszych pomocy naukowych.

– W takim razie muszą być też takie zbiorowiska gwiazd, które mkną dokładnie wzdłuż osi – upewniła się Alissa Kraftun z Instytutu Łomonosowa.

– Tak jest – potwierdził Jon – i zaraz o tym powiem.

Właśnie w tym momencie kolec świecznika przewiercił dynię na przestrzał i wylazł na wierzch. Wtedy profesorek chwycił ją i uniósł do góry, odwracając spodem do publiczności.

– Jak państwo widzą, zrobił się otworek.

– No i co w tym dziwnego? – odezwała się Joelle ponownie. – Zdjął pan dynię z druta, to jest i dziura.

– Ta dziurka odwzorowuje na dyniowym modelu miejsce przyszłej Wielkiej Implozji, a zatem przeciwieństwa Wielkiego Wybuchu. Nazwałem je punktem Z.

– Dlaczego akurat zet – spytał ktoś z sali.

– Z polskiego słowa zasys, które podpowiedziała mi pani Eliza. – Profesorek znów lekko skłonił się w moim kierunku. – Dobrze pasuje do określenia wiru, który w De-dniu zassie całą materię Wszechświata. Przypominam, że dążą do tego punktu wszystkie galaktyki z jednakową prędkością, po mniej lub bardziej kolistych trajektoriach. Aha, trzeba dodać, że Z to ostatnia litera alfabetu i ładnie kojarzy się z końcem i spełnieniem.

– Zatem wszystkie ciała niebieskie spotkają się ponownie? – spytała Alissa.

– Tak jest – potwierdził Jon. – Niektóre mają dłuższą drogę – te które zapuściły się na skraj Wszechświata, czyli ślizgają się po pomarańczowej skorupce, jeśli już odnosimy się do naszego warzywnego modelu. Ale nie szkodzi, bo ciała niebieskie, które dotrą na miejsce rendez-vous wcześniej niż inne, poczekają cierpliwie na maruderów. Tak czy siak, w końcu cała materia stopi się w jednym monstrualnym wirze.

Jon przekręcił dynię spodem w swoją stronę, paćkając się przy tym oleistą substancją. Nie przejął się zbytnio. Wręcz przeciwnie, dostrzegłszy coś – zapewne interesującego – uśmiechnął się szeroko.

– Proszę spojrzeć na tę olejną kulkę. – Profesor ponownie przekręcił dynię spodem w kierunku audytorium i zademonstrował ją wszem i wobec półkolistym gestem. Otworek u spodu zatkany był nabrzmiałą kroplą, w której iskrzyły się srebrne kuleczki. Jon musiał zgarnąć tę odrobinkę oleju, zdejmując warzywo ze szpikulca. – Jest to dobra ilustracja ważnej konkluzji. Otóż mogło się tak zdarzyć, że niektóre galaktyki już do punktu Z dotarły. Mam na myśli te, które pomknęły wzdłuż osi i miały najkrótszą drogę do pokonania.

– A może pan już ustalił, co zdążyło się wynurzyć z tyłka Wszechświata? – spytała Exler jadowicie.

W odpowiedzi Jonathan posłał Joelle spojrzenie pełne pobłażliwej wielkoduszności. Tymczasem szmer na sali przybrał na sile. Niektórzy kręcili głowami z niedowierzaniem, kilku dociekliwych szykowało już pierwsze wnioski i zapytania. Z kolei pani astronom wyraziła swój niesmak, ostentacyjnie opuszczając salę. Uff!

– Klasyczne teorie… – zaczął ktoś pierwsze z serii trudnych pytań.

– Proszę państwa – przerwał profesorek. – Wszyscy dostaliście skrypty z moimi równaniami. Rozłożyłem je na ławach, zanim jeszcze rozpocząłem demonstrację. Jeśli znajdziecie w nich błąd, chętnie podyskutuję, a jeśli go uzasadnicie, posypię głowę popiołem. Spotkamy się pojutrze o tej samej porze i obiecuję uczciwie rozwiać wszelkie wątpliwości. A na dzisiaj bardzo państwu dziękuję. Do widzenia.

Z trudem i ociąganiem słuchacze oderwali się od szacownych ław i zaczęli tłoczyć koło wyjścia. Mister przemądrzałek z kolei podszedł do mnie ze swoim wymęczonym gadżetem.

– Znam świetne danie z dyni i osobiście je dzisiaj przygotuję. Będzie mi miło, jeśli wpadniesz.

– Zapraszasz mnie na obiad? – upewniłam się.

– Właściwie to zapraszam cię już teraz. Możesz mi pomóc w kuchni. A nawet jeśli nie pomożesz, to twoja obecność będzie dla mnie przyjemnością.

Musiałam wtedy spiec raka i jakoś tym samym sprowokowałam Jona, bo dotknął mojego policzka swym wysrebrzonym palcem.

– Zostawiam ci ślad na policzku, żebyś nie zapomniała. I bądź u mnie za kwadransik. Będziesz?

Nie wahałam się długo.

– Jasne, czemu nie. A tymczasem pomogę ci sprzątać – zaoferowałam trochę ni w pięć ni w dziewięć.

Chwyciłam ciężki świecznik i stanowczo odrzucając oferty pomocy, zataszczyłam go do kruchty zakrystiana Augusta.

 

Bezchmurna majowa noc

 

– Więc to jest środek Wszechświata?

– Jeśli jakiś punkt Wszechświata można nazwać środkiem, właśnie się do niego zbliżyliśmy.

Dotarliśmy w końcu do wzgórza Grianan an Aileach. Przez ostatnią godzinę drogi Jonathan opowiadał mi o tym miejscu z nostalgią czy nawet odrobiną melancholii. Na szczycie pagórka wznosiła się prastara celtycka twierdza, której początki sięgały epoki żelaza. To właśnie był ulubiony zakątek Jona, jego superbaza, czy nawet sanktuarium. Jako mały chłopiec tarzał się tutaj w trawie, popalał pierwsze faje, strzelał z łuku, bawił się z kumplami w zdobywców i oblężonych. Najchętniej jednak puszczał latawce, które – unoszone zachodnim wiatrem – wyrywały się zwykle w kierunku pobliskiego Derry.

Jako dorosły człowiek, Jonathan przyjeżdżał tu najwyżej dwa-trzy razy w roku. Starał się wtedy odnaleźć tę specjalną chwilę przed zmierzchem, gdy cichł wiatr, a słońce błyszczało pomarańczowo na taflach pobliskich zatok. Gdy już gasła gra wieczornych świateł, Jonathan przenosił wzrok na wschód, na wielką połać Irlandii Północnej, na wijące się w dolinach rzeki Swilly i Foyle, a w końcu machał jeszcze ręką kochanej rodzinnej dziurze Speenoge przycupniętej u stóp wzniesienia. Wracając dopiero późną nocą, odwracał co chwila głowę w kierunku magicznej budowli, jakby sprawdzając, czy jej kontur nie rozpłynie się nagle w ciemnościach.

I mnie zauroczyła posępna forteca. Dzisiejszej nocy rysowała się wyraźną czarną plamą na tle rozgwieżdżonego nieba. Zapragnęłam nagle zapamiętać to miejsce tak, jak widział je młodzieniec nękany snami o potędze. Dlatego zaproponowałam, byśmy weszli na górę piechotą. Profesorek spojrzał na zegarek, pogderał chwilę, ale w końcu zgodził się na krótką wspinaczkę. Porzuciliśmy auto byle gdzie i ruszyliśmy niespiesznie poboczem drogi.

– Powiesz mi wreszcie, po co naprawdę się zadekowałeś w Salamance? – zagaiłam po kilku krokach.

Nie widziałam za dobrze twarzy Jona, ale pytanie z pewnością nie poruszyło go specjalnie.

– Nie ma żadnej tajemnicy. Propozycję z Watykanu przyjąłem bez entuzjazmu. Dopiero później poczułem, że Salamanka to najlepsze miejsce, żeby ułożyć w głowie pewne sprawy. I wiesz co, to było trafne przeczucie. W Salamance zamknąłem ostatni etap mojej ewolucji.

– Ostatni etap czego? – zapytałam zaskoczona, że przegapiłam coś ważnego w życiu mojego ulubieńca.

– Opowiem ci – zaproponował.

Przystanęliśmy na chwilę. Górka miała nie więcej niż dwieście pięćdziesiąt metrów wysokości, ale pokonywanie nielicznych stromizn skutecznie przeszkadzało w rozmowie.

– Jako dziecko chodziłem grzecznie z rodziną do kościoła. Oczywiście słuchałem, modliłem się i śpiewałem jak wszyscy, ale jednocześnie główkowałem, kim jest ten gościu, który narzuca reguły, nigdy się nie ujawniając. Dzieciństwo mijało, zająłem się fizyką, miałem coraz mniej czasu i ochoty na rozwój duchowości. W końcu uznałem religię za stratę czasu. Najgorsze, że zbyt wiele spraw z siebie zrzuciłem, zapomniałem o domu i o rodzicach katolikach. Tymczasem pytania zadane w dzieciństwie powróciły ze zdwojoną siłą. Im więcej dowiadywałem się o Wszechświecie, tym bardziej byłem ciekaw, kto go zmajstrował i czemu ma służyć. Dopiero w Hiszpanii spostrzegłem, że mój światopogląd zatoczył koło. Tam po raz pierwszy użyłem słowa Stwórca. Przeżyłem to, co większość moich kolegów po fachu. Tylko że nikt z nas nie używał słowa Bóg. Wydawało się nam zbyt pospolite, dobre co najwyżej dla klechów i ciemnego ludu. A przecież my, badacze, spędziwszy tysiące godzin z teleskopem wbitym w oko, zasłużyliśmy sobie na specjalne stosunki z kierownictwem, prawda?

– Ciekawostka – mruknęłam. – Więc nigdy nie wygasł u was ten trend, żeby się nawrócić w ramach podsumowania dorobku. Ale ty jeszcze nie kończysz kariery, prawda?

– Nie, jeszcze nie – zaśmiał się głośno, ale krótko, bo dopadła go zadyszka.

– Jak wobec tego mówicie o… – zawahałam się – kierowniku?

– Demiurg, Pankratos, Wielki Mechanik…

Zegarmistrz Światła Purpurowy – dodałam w myślach.

– A ty, Jon, zwracasz się do niego w jakiś specjalny sposób?

– To zależy od nastroju. W myślach najczęściej per Szefie.

Zachichotałam.

– Czyli masz z nim bardziej kumpelskie stosunki?

– Jasne – potwierdził Jon z powagą. – W końcu dostanę jedyną doczesną nagrodę, jaką Szef komukolwiek przyznał.

– Jaką nagrodę?

– Pokaz specjalny dla dwojga VIP-ów – rzucił Jon tajemniczo. – Z wyborem miejsca i czasu.

– Powiedziałeś: pokaz? Nie przesłyszałam się? Pokaz czego?

– Zobaczysz za parę minut.

Dziwne, ale nie zarejestrowałam w jego głosie żadnej autoironii. Uznałam, że naprawdę wierzy w swoją wyjątkowość. Przemądrzały narcyz do potęgi – mruknęłam pod nosem z rezygnacją, zanim zupełnie pogubiłam się w domysłach.

Ruszyliśmy ponownie. W drodze nawet zdarzyło nam się pomilczeć, ale ja miałam głowę zbyt wypchaną wątpliwościami, by tolerować ciszę.

– Dlaczego Bóg miałby wyróżnić akurat ludzkość, umieszczając ją w okolicach punktu Z?

Jonathan pokręcił głową z lekką dezaprobatą.

– Nie znam dokładnej odpowiedzi, ale… – zawahał się. Rzadko mu się to zdarzało. W temacie komunikacji werbalnej Jon popadał w skrajności: albo uporczywie milczał, albo trajkotał jak karabin. – On najpierw nakreślił kulistą formę Kosmosu, a potem wyznaczył miejsce końca ostatecznego. Na koniec zasiał życie w galaktyce, która miała dotrzeć jako pierwsza na miejsce implozji. Jak już się domyślasz, wybrał konkretnie jedną planetę, Ziemię.

– I po co ten cały plan?

– Myślę, że Szef chce, by wielkie święto końca Wszechświata obserwowali świadkowie. Ktoś, kto będzie blisko, bliziutko, w samym centrum wydarzeń. Rzekłbym, że przydzielił nam najlepsze miejsca do oczekiwania na wielki show.

– O ile wysiedzimy na nich do końca… – zrewanżowałam się adekwatną metaforą.

– Prawda jest okrutna, Elizo – powiedział smutno Jon. Po raz pierwszy słyszałam u niego ten ton. Nie jakiś podły nastrój, zniechęcenie, żal czy gorycz, ale smutek w czystej postaci.

– Jaka prawda?

– Wysiedzimy, bo nie mamy innego wyjścia. Międzygwiezdne podróże nigdy nie będą możliwe. Nie odlecimy daleko ani nikt do nas nie przyleci. Zresztą nie ma nikogo innego, bo nigdzie indziej życie powstać nie mogło. Poza peryferiami Kosmos jest miejscem skrajnie nieprzyjaznym. Jest to wpisane w jego naturę i nijak nie dało się tego przeskoczyć. Musiał być taki albo żaden. Za to ludzkość jest w pewnym sensie pod ochroną. Na tym między innymi polega trudny boski deal.

Weszliśmy wreszcie na górę. Obły szczyt był zwieńczony budowlą z płaskich kamieni tworzących gruby pierścień murów, wysoki na co najmniej pięć metrów. Wśliznęliśmy się do środka przez wąską furtkę i po dziesięciu krokach stanęliśmy na środku okrągłego dziedzińca.

– W samą porę – rzekł Jonathan już w miarę raźno.

– Co masz na myśli?

– Popatrz tam.

Podążyłam wzrokiem za palcem wskazującym Jona i zauważyłam cieniusieńką linię światła, biegnącą od powierzchni gruntu w kierunku nieba. Jakby promień lasera, niknący jakieś dziesięć metrów nad ziemią.

Spojrzałam pytająco na Jona, zapomniawszy, że w mroku nie rozpozna wyrazu mojej twarzy.

– Co to jest? – wyszeptałam.

– Nie domyślasz się? Oś Wszechświata. Mówiłem o niej w Salamance, pamiętasz? Ba, mówiłem o niej przed chwilą.

Ruszyłam powoli w kierunku zjawiska, ale profesorek powstrzymał mnie delikatnym szarpnięciem.

– Nie ma potrzeby. Sama do nas podejdzie.

Rzeczywiście. Świetlista nitka zbliżyła się do nas i zatrzymała na chwilkę. Po chwili ni stąd ni zowąd pojawiła się kolejna linia, przecinająca pierwszą na wysokości moich piersi. A potem jeszcze jedna i jeszcze, aż zrobiło się od nich gęsto. Zamarłam w bezruchu, by nie przewierciły mi ciała. Niepotrzebnie: gdy w końcu któryś z promieni dotknął mojej szyi, nie poczułam żadnego bólu.

– Widzisz to miejsce, gdzie stykają się te wszystkie nitki?

– Oczywiście.

– To jest właśnie punkt Z. Miejsce przyszłej implozji.

– Jonathan, jeśli to jakieś kuglarskie sztuczki, to przysięgam ci…

– To nie są kuglarskie sztuczki, Elizo. Pewnie cię to nie przekona, ale możesz podejść i dotknąć.

Podeszłam i dotknęłam punktu przecięcia połyskujących linii. Rozmyły się wtedy i rozedrgały niebezpiecznie. Dygotanie trwało kilka sekund, a gdy zamarło, ulotna zjawa odpłynęła majestatycznie ku skrajowi dziedzińca, by w końcu przeniknąć przez ścianę kamiennego kręgu. Poszłam za zjawiskiem i delikatnie pogłaskałam mur w miejscu, gdzie zniknęło.

– Przepadły – jęknęłam z żalem. – Złote nitki mi uciekły.

– Niezupełnie – poprawił Jon. Ledwo go widziałam, wciśniętego w któryś z ciemnych zakątków. – One są nienaruszalnym punktem odniesienia, tym którego kiedyś szukałaś. Czyli to Ziemia właśnie odsunęła się od nich.

Poczułam gwałtowny przypływ uniesienia. Zatańczyłam jak pijana z głową zadartą do skrajnego oporu, ledwo utrzymując równowagę. Zataczałam się, potykałam, ocierałam o ostre, wystające krawędzie. Na długie chwile pogrążyłam się w bezładnych pląsach. Gdy ostry ból w szyi zmusił mnie do zmiany pozycji, roztarłam niecierpliwie kark i znowu wbiłam wzrok w nieboskłon.

Byłam gotowa przysiąc, że zmienił się nie do poznania w ciągu kilku sekund nieuwagi.

Raptem zakwitły na nim miliony nowych gwiazd.

Koniec

Komentarze

Dodane do kolejki smiley

Przeczytam, o tak.

No, nie przekonało mnie. Chyba dlatego, że podważa to, w co wierzę (bo trudno mówić o wiedzy w kontekście Big Bangu).

Czy może istnieć malutki pulsar? On nie potrzebuje potwornej grawitacji, żeby się utrzymać w kupie?

Wielki Wybuch zaszedł w jakimś określonym miejscu? Wydaje mi się, że skoro wtedy cały Wszechświat był skupiony w jednym punkcie, to duże bum zdarzyło się w każdym punkcie obecnego Wszechświata.

ja zamówiłam ciastko z baileysem. Kelner uwinął się szybko i już po pięciu minutach z przyjemnością uniosłam gorącą filiżankę do ust.

I co dostała w filiżance, ciastko czy likier? ;-)

Tylko że nikt z nas nie używał słowa Bóg.

Der Her­rgott würfelt nicht.

I końcówka też wydaje mi się niewiarygodna. Pierwsza złota nitka była osią Wszechświata. OK, niech będzie. Ale druga też? I dlaczego ta oś jest widoczna?

Babska logika rządzi!

Lubię teksty, w których autor produkuje jakąś ciekawą, odmienną od ogólnie przyjętych teorii hipotezę, a potem stara się ją uprawdopodobnić, budując wokół niej akcję opowiadania. Tak wygląda porządna SF. Stawia pytania, na większość odpowiada w miarę możliwości przekonująco, inne zostawia otwartymi. W twoim tekście zabrakło mi odpowiedniego balansu. Znaczy, za dużo pytań, za mało odpowiedzi. I nie chodzi nawet o te wszystkie drobiazgi, do których można się przyczepić – wspomniany wyżej mini pulsar, superciężki, a jednocześnie niezwykle trwały pierwiastek, czy choćby oś wszechświata, która, będąc nienaruszalnym punktem odniesienia, tkwiła sobie spokojnie na dziedzińcu irlandzkiego duna, jakby Ziemia zapomniała nawet o obrotach wokół własnej osi. Chodzi mi o to, że nakreślasz odmienną wizję Wszechświata, nie trudząc się odpowiedzeniem na żadne z istotnych pytań, jakie automatycznie powstają: Dlaczego akurat skropiona dynia, a nie właśnie Wielki Wybuch? Dlaczego nikt nie zauważył, że ciała niebieskie nie poruszają się tak, jak sądzono? Dlaczego ludzkość miałaby być jedynym przejawem rozumnego życia we Wszechświecie? Dlaczego ma z pierwszego rzędu oglądać jego koniec (Wszechświata, nie życia), co chyba oznaczałoby, że szlag ją trafi już na samym początku owego końca? Czy Wszechświat powstał (został stworzony) tylko dlatego, by mogła zaistnieć ludzkość? A jeśli tak, to jedynym celem jej istnienia jest obejrzenie spektaklu Końca?

Odpowiedź, że Bóg tak chciał, jakoś mnie nie satysfakcjonuje.

Nie zmienia to faktu, że czytałem opowiadanie z przyjemnością.

 

PS

Podobno nawet zatwardziali prowincjusze nie potrafili się tu zgubić, bo przeszkadzały w tym klarowne oznaczenia, świetlne tablice i hostessy.

Ja tam się kiedyś na dublińskim lotnisku zgubiłem! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dobre, porządne SF. Bardzo podobał mi się pomysł teorii BigBangu z dynią. Sam to wymyśliłeś? Wątki SF fajnie połączone, choć co prawda nie chce mi się liczyć, czy jeśli oś Wszechświata przechodziłaby przez Ziemię, to pulsar po 45 minutach zmaterializowałby się akurat na takiej wysokości ;p – wierzę na słowo. To, do czego mam zastrzeżenia – to 1) niepotrzebne imho wplecenie Stwórcy 2) wykład Jona – świetny pokaz z dynią ale jako *WSTĘP* do wykładu a nie ‘obliczenia macie na kartkach, przeczytajcie i dyskutujcie ja skończyłem’ – on zdecydowanie powinien je przedstawić na owym wykładzie 3) nie polubiłam postaci Elizy, wyszła taka jakaś hmm… jak panienka lekkich obyczajów, imho niegodna Jona i poznania tajemnicy Wszechświata – ale być może to tylko moje subiektywne, babskie odczucie 4) z pulsarem jest problem – zasadniczo samo skonstruowanie pulsara prędzej dałoby Nobla niż nie-wiadomo-czy-działająca-machina :) no, nie jest to takie hop-siup, a tak wynika z tekstu ‘ot machniemy sobie malutkiego pulsarka’ 5) w wątku romantycznym brakuje mi romantyzmu :p no nie poczułam jakoś w tekście, że coś bohaterów łączy. Bardzo ‘zimny’ ten romans. 6) Jak dla mnie, troszkę złe wyważenie – wolałabym czuć w tekście, że zmierza do kulminacyjnej randki, ale to się pojawiło dopiero pod koniec (pomijając tytuł), tak jest za dużo przemyśleń Elizy, w szczególności zbędne mi się wydało opisywanie jej seksu z jakimśtam statystą opowiadaniowym ;)

Urzekł mnie tekst: “Niech się pani zastanowi.

Zgodnie z życzeniem noblisty Kolendy zastanowiłam się.“ :)

 

Mimo zastrzeżeń, opowiadanie jak dla mnie warte biblioteki.

 

PS. Uradowańczyku, widzę, że mamy dużą zbieżność myśli – pod jednym z moich opowiadań pisałeś, że ‘sczytałam’ Ci konspekt Twojego opowiadania, podczas gdy tu widzę fragmenty mocno przypominające mi mój własny tekst do SF2015 wiszący na betaliście :)

Hej Wszyscy

Opowiadanie napisałem już jakiś czas temu. Teraz bym już się tak nie rozwodził nad pewnymi wątkami, bo dochodzę do wniosku, że kto dużo obejmuje, ten słabo ściska.  

Thargone – zgadzam się z zarzutami, ale czasami pytania też są ważne. 

Bellatrix – no proszę jakieś pokrewieństwo dusz się zarysowuje. No to bądźmy w kontakcie :) Co do samego tekstu, powstał co najmniej 5 lat temu, więc byłem pierwszy i mogę to udowodnić na specjalne życzenie :P  No może przeczytam tekst z betalisty, jeśli nie masz nic naprzeciw?

A poza tym stare teksty mi się niniejszym skończyły, jeśli będę coś wstawiał, to świeżo z główki.

Pozdro . A nawet slan (po irlandzku, bo dziś dzień św Patryka)

 

 

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Czytam na raty, więc proszę o wybaczenie, że miast konkretnego komentarza, będzie tylko tyle:

 

W pewnym momencie doszedł do wniosku, że nie ma sensu badanie cząsteczek

Jonathana, Jonatan… – masz podwójną pisownię – czasem pojawia się h, czasem znika. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Niestety, “Randka…” nie usatysfacjonowała mnie.

Już przy “maleńkim pulsarze” coś mi w lewym uchu zaczęło ostrzegawczo brzęczeć, i faktycznie, po sążnistych wykładach, jakim to skomplikowanym torem bieży Ziemia przez Kosmos, musiałem trzy razu przecierać oczy na zakończenie, żeby tym oczom uwierzyć: albo oś Wszechświata jest stabilna wobec Ziemi, albo Ziemia porusza się po tej osi… Jak nie patrzeć, geocentryzm w najlepszym wydaniu.

Całe szczęście, że nie podałeś daty kolapsowego, implozyjnego końca świata. Dopiero bym się uśmiał!

Romans? A miał miejsce jakiś prawdziwy romans, że randka znalazła się nawet w tytule? :-)

Mimo że się starałam, chyba nie zrozumiałam opowiadania. Zbyt ono dla mnie uczone i bogate w treści, które niespecjalnie mnie zajmują i zupełnie nie skłaniają do przemyśleń. A najbardziej nie rozumiem, że taki uczony profesor snuje rozważania o możliwość wpływu Boga na istnienie Wszechświata.

Nie zauważyłam, by ktoś miał randkę z profesorem, dlatego też nie rozumiem tytułu opowiadania.

 

ro­zej­rza­łam się po raz enty i ru­szy­łam dziar­sko w kie­run­ku zie­lo­nej ta­bli­cy […] Czła­piąc nie­spiesz­nie, omia­ta­łam wzro­kiem im­po­nu­ją­ce prze­strze­nie… – Dziarsko szła, człapiąc niespiesznie? ;-)

 

Ręce i nogi jesz­cze mnie słu­cha­ły, mogły mnie jed­nak zdra­dzić pod­świa­do­me od­ru­chy… – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Jon nie zda­wał sobie spra­wy z moich roz­te­rek. Uści­snął mnie czule i sztyw­no jed­no­cze­śnie, jak to tylko nie­po­wta­rzal­ny mi­ster Raf­fer­ty po­tra­fił. Jego dło­nie prze­je­cha­ły cha­otycz­nie po moim grzbie­cie. Potem jesz­cze mnie po­ca­ło­wał. Par­don, ob­ca­ło­wał ra­czej, bo jego usta lą­do­wa­ły w przy­pad­ko­wo wy­bra­nych punk­tach mojej twa­rzy, tylko nie­znacz­nie ocie­ra­jąc się o wargi. – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

do­szedł do wnio­sku, że nie sensu ba­da­nie czą­ste­czek… – …do­szedł do wnio­sku, że nie ma sensu ba­da­nie czą­ste­czek

 

Bo jakiś punkt od­nie­sie­nia musi być jed­nak być. – Dwa bycie w barszczyku? ;-)

 

Ma­wiał pół-gęb­kiem, pół-żar­tem, że lubi od­dy­chać ka­sty­lij­skim ku­rzem… – Ma­wiał półgęb­kiem, półżar­tem, że lubi od­dy­chać ka­sty­lij­skim ku­rzem

 

Nie na­zwał­bym jej re­wo­lu­cyj­ną, ale nie­wąt­pli­wie na­ru­sza one pewne sche­ma­ty my­śle­nia… – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Skończyłam.

I powiem tak – jako laik nie mogę się przyczepić do rozmiarów pulsarów, osi wszechświata itp. OK, coś tam w głowie ostrzegało, że te teorie mogą być mocno naciągane, ale mi to nie przeszkadzało. Mam tylko wątpliwości do końcówki. I chyba ktoś już ten problem poruszał – Ziemianie będąc w centrum implozji “z najlepszym widokiem” – to zobaczą cokolwiek, czy pierwsi zginą?

Randki w tytule bym się nie czepiała, ja tam ją widziałam i taką realną i taką bardziej metaforyczną.

Dla mnie osobiście fajne było też to, że mogłam znów powędrować trochę po Irlandii i wymienione miejsca miałam w trakcie czytania przed oczami, a nie były dla mnie pustymi nazwami (no, może poza samym lotniskiem).

Podsumowując – szału nie ma, ale skłamałabym pisząc, że mi się nie podobało.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Czytało się gładko, choć opowiadanie wciągnęło mnie nie od razu. Sama koncepcja całkiem ciekawa i barwnie przedstawiona (ostatnia scena bardzo ładna i klimatyczna), czy to ma jakieś podstawy naukowe niewiele mnie to obchodzi prawdę mówiąc ;p W opowiadaniu jest ok. O ile wątek naukowy całkiem udany, to obyczajowy wypada trochę gorzej. 

 

 

Popraw:

uniósł do góry

 

Przeczytałem jakiś czas temu, ale dopiero teraz komentuję :)

Uradowanczyku, twoje teksty wciągają mnie po uszy. Gratuluję. :)

Przeczytałem z zainteresowaniem. Teoria o powstaniu Wszechświata i o jego końcu tak samo dobra, jak każda inna. Z dwoma stwierdzeniami się zgadzam: Ludzkość nigdy nie poleci do innych gwiazd. Jesteśmy samotni w Kosmosie. Pozdrawiam.

Bardzo fajnie się czytało:-) A ja myślę,  że nie jesteśmy sami w kosmosie

Nowa Fantastyka