- Opowiadanie: gravel - Kostiej

Kostiej

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Kostiej

DZISIAJ

Zaniedbane, jednopiętrowe gospodarstwo w samym środku zszarzałego pola, pod ciemnym, zasnutym chmurami niebem. Wiatr, zimny wschodni wiatr niosący oddech Rosji, przygiął do ziemi trawy.

Arkadiusz stanął pośrodku podwórza, wsparł dłonie na biodrach i spojrzał w niebo. Obok niego jak spod ziemi wyrosła chuda sylwetka Kiryła. Buchnął dymem z papierosa w stronę widocznych na dalekim horyzoncie torów kolejowych.

– Będzie padać – oznajmił.

– Będzie – potwierdził Arkadiusz zachrypniętym głosem palacza.

Kirył podał mu papierosa.

– Trzeba by się pozbyć zwłok.

Arkadiusz w zamyśleniu pokiwał głową. Deszcz powinien lunąć jeszcze zanim zapadnie noc, więc jeśli do wieczora zdołają wykopać grób, ulewa zmyje wszystkie ślady i nikt się nie dowie, co spotkało Liora Szkolnikowa w Folwarku na Granicy.

– I tak nikt nie będzie szukał Żyda – odezwał się Arkadiusz.

– Ma syna.

– Który już pojechał na prace. Nikt nie będzie szukać Żyda, Kir. A teraz weź tę swoją durną chabetę i plandekę ze stodoły.

– Chcesz go tam koniem pociągnąć?

– Kawał chłopa z niego był. Nie będę się z nim sam pieprzył, skoro ta durna konina może się w końcu na coś przydać.

Wtoczyli bezwładne ciało Liora Szkolnikowa na kawał wojskowego brezentu, przywiązali do wychudzonej klaczy Kiryła i mocnym klapsem w zad skłonili, żeby ruszyła z miejsca. Kirył szedł obok, prowadząc konia po rozmokłej drodze, w której grzęzły kopyta i buty. Arkadiusz, z papierosem w kąciku ust, wlókł się parę kroków za nimi, pilnując, żeby Lior Szkolnikow nie zsunął się z brezentu. Ciężkie ciało barczystego Żyda zostawiało koleiny w błocie.

Od gospodarstwa do torów kolejowych biegła prosta, jak od linijki rysowana droga, przecinająca szare pola. Tonęła w błocie. Mniej więcej w jej połowie wyrastał nagle niewielki zagajnik drzew pokręconych i równie szarych jak wszystko na tej opuszczonej przez Boga ziemi.

Tam właśnie zawlekli Liora Szkolnikowa, sturlali z brezentu i zakopali w miękkiej ziemi.

W drodze powrotnej to Arkadiusz prowadził chabetę, a Kirył z tyłu powłóczył nogami i wpatrywał się w ziemię. Koń spuścił uszy po sobie, jakby wiedział, że wiózł trupa. Doszli w końcu do gospodarstwa: wielka stodoła na podwórku, ziejąca czarnym otworem wyłamanych wrót. Pochylona w bok budka studni, kilka pokrzywionych jabłonek, na których zamiast owoców rosły dziwaczne, czarniawe kulki pachnące zgnilizną.

W domu Arkadiusz nastawił wodę na herbatę. Zakrzątnął się przy kuchni, wytarł do czysta blat stołu, zapalił lampkę.

– Źle żeśmy zrobili – powiedział nagle Kirył.

Arkadiusz zamarł ze ścierką w dłoni.

– Zaraz tu przylezą wścibskie ludzie ze wsi. – Kirył strzelił na boki oczami, jak spanikowany jeleń schwytany w sidła. – Znajdą trupa. Dowiedzą się… wszystkiego.

– Niby jak? – warknął Arkadiusz. – Nikt nic nie wie!

– A jeśli Lior komuś powiedział?

– Komu? Najwyżej zaprzeczymy.

Woda zawrzała, Arkadiusz zalał herbatę, a Kirył przez chwilę wiercił się na krześle. W końcu wybuchnął:

– Kostiej Bezsmiertnyj będzie wiedział, co robić.

Arkadiusz z rozmachem trzasnął pięścią w stół, uderzenie zabrzmiało głucho w nagle zapadłej ciszy. Nawet powietrze znieruchomiało.

– Nie wpuszczę go za próg tego domu nigdy więcej! – warknął cicho Arkadiusz. – Dość. Pas. Same przez niego wyniknęły kłopoty.

– Nie pójdę do więzienia za powieszenie żydowskiego psa! – warknął Kirył nisko, chrypliwie, jak wilk zagnany w pułapkę. Oczy zabłysły w świetle lampki, a dłonie nagle sięgnęły, jakby bezwiednie, w stronę trzymanego za paskiem myśliwskiego noża.

Arkadiusz przymrużył oczy.

– To się mnie słuchaj, Kir – powiedział cicho. – Zamkniesz mordę, to nic się nie stanie. Nikt tu nie przylezie szukać Żydka. Pomyślą, że spieprzył za granicę, bo go przycisnęli, przestraszył się. Idź na papierosa. Wróć jak ochłoniesz.

Kirył wyszedł trzaskając drzwiami, a Arkadiusz westchnął i odchylił się na krześle. Zamknął oczy, może na dwie, trzy sekundy, aby tylko dać odpocząć głowie; gdy je otworzył, spojrzał prosto w krzywą twarz Kostieja Bezsmiertnyja.

– Dzień dobry, Arkadiuszu.

 

DWA DNI TEMU

– Pierdolony żydowski pies! – wybuchnął Arkadiusz, ledwie zamknąwszy za sobą drzwi sypialni. Twarz zbielała mu z gniewu, sięgnął dłońmi ku głowie i złapał się za włosy, jakby chciał całe ich garście wyszarpnąć. – Tak się odwdzięcza, skurwysyn…

Kirył, siedzący po turecku na łóżku, chwycił go za ramiona i przyciągnął do siebie. Arkadiusz opadł na materac, ukrył twarz w dłoniach. Dyszał. Kirył przytulił się do jego pleców, oplatając go w pasie ramionami.

– Nikomu nie powie, bo jego przecież też gonią jak psa. Wróci do wioski – złapią go.

– Ale że też ma czelność grozić mi… Pod moim własnym dachem…

– Żyd – skwitował Kirył i wzruszył ramionami. Obrócił Arkadiusza przodem ku sobie, w skupieniu, ze zmarszczonymi brwiami spojrzał mu w oczy. – Niemce i tak mu się dobiorą do skóry, prędzej czy później. Trzeba patrzeć, jak sytuacja. Przyjdą do wsi, to im go oddamy.

– A jak wtedy powie? – Arkadiusz spojrzał bezradnie na drugiego mężczyznę.

– Kto mu uwierzy?

– Ludzie już o nas gadają…

– Dwóch mężczyzn w jednym gospodarstwie, żeby łatwiej pracować – odparł Kirył. – Jeden wdowiec, drugi biedny Ukrainiec, przy obejściu robi. Nie ma w tym nic podejrzanego. Niech gadają.

Zacisnął dłonie na nadgarstkach Arkadiusza.

– Oddamy Liora Szkolnikowa, niech go zabierają, niech go tam zakują w łańcuchy, jeśli taka wola. Niewdzięcznik. Weźmiemy go jutro do wsi. Zawleczemy na postronku, jeśli będzie trzeba. Powiemy, że się plątał w krzakach, powiemy, że Żyd.

– Przecież go znają we wsi… Przecież to była wspólna decyzja, ukryć Żydka. Jak go wydamy… Zlinczują nas za to.

– Wcale nie. Wiocha stoi antysemitami. Już szepczą, że niebezpiecznie jest tak go kryć. Najwyżej popatrzają krzywo raz czy dwa, a potem zapomną. Arek…

Ujął jego twarz w dłonie, pocałował go w usta, ale Arkadiusz wstał gwałtownie i zaczął krążyć po pokoju, jak otumaniona dymem pszczoła, od kąta do kąta. Kirył śledził go wzrokiem.

– Idę na papierosa – wymruczał w końcu Arkadiusz i wyszedł z pokoju, a Kirył pożegnał go westchnieniem.

Arkadiusz zapalił przed domem. Niebo nad szarym polem było czarne, bezgwiezdne, pochylone nad samotnym gospodarstwem jak ogromna ciemna pokrywa z żelaza, a w sercu Arkadiusza ten widok obudził lęk. Zadrżał też z chłodu, trzęsące się palce nie mogły poradzić sobie ze skręceniem papierosa.

Lior Szkolnikow spał na sianie w stodole, pewnie trząsł się z zimna jeszcze mocniej pod cienką derką, a może zakopał się w siano i było mu ciepło i wygodnie. Arkadiusz nie wiedział i gówno go to obchodziło. Z trudem się powstrzymywał, by nie pójść tam teraz i nie wytargać Żyda siłą ze stodoły, a potem powiesić na drzewie. Wielkie Żydzisko miało tupet, miało butę –  przyszedł do Arkadiusza wieczorem i powiedział: „Jak nie chcesz, żeby cała wieś dowiedziała się, że jesteście sodomitami, to zwiększ mi racje i kup nowe buty. Jak tego nie zrobisz, to pójdę do wsi i przysięgam, jakem Lior Szkolnikow, że powiem wszystkim”.

Przeklęty żydowski pies!

Arkadiusz ze złością dmuchnął w powietrze gęstym dymem, który zakłębił się w splotach razem z parą. Gdy się rozwiał, Arkadiusz zobaczył jakiegoś człowieka. Stał tuż przed nim, jakby nagle z cieni wyszedł!

Arkadiusz cofnął się, przestraszony, uderzył plecami o ścianę domu, a papieros wypadł mu z dłoni.

– Kurwa! Kto pan jest?

Mężczyzna miał długie nogi, długie ręce, długą twarz, a usta rozciągał w uśmiechu, który wyglądał jak poszerzony nożem. Palił jakiegoś skręta śmierdzącego dusząco.

– Przyjaciel – odpowiedział, łyskając zębami zza krzywych warg.

– Nie znam pana.

Serce Arkadiusza wróciło do starego rytmu. Przyjrzał się uważniej mężczyźnie – wyglądał obco, brzmiał obco, pachniał nieprzyjemnie i sprawiał ogólnie niemiłe wrażenie. Arkadiusz pożałował, że nie trzyma noża przy pasku, jak Kir.

– Cóż pan tu w ogóle robi?

– Przyszedłem pomóc w ostatecznym rozwiązaniu kwestii Liora Szkolnikowa – odparł gładko mężczyzna, nie mrugnąwszy nawet okiem.

Arkadiusz zachłysnął się.

– Moje nazwisko jest ci znane, Arkadiuszu Mikołajewiczu – dodał mężczyzna, a jego uśmiech rozciągnął się jeszcze szerzej. – Kostiej Bezsmiertnyj. Babka opowiadała ci o mnie, gdy byłeś jeszcze dość mały, by siadać jej na kolanach.

– Kostiej Bezsmiertnyj to wymysł prostych ruskich bab z prowincji – warknął Arkadiusz, zbyt zmęczony na żarty szaleńca. To był długi dzień, nie pisał się jeszcze na wariata, napastującego go ciemną nocą, gdy niebo tak niebezpiecznie wisiało nad ziemią…

– Mnie pan nie przestraszysz – dodał. –  Jeśli chcesz coś wyłudzić, możesz pan od razu spieprzać. Ja mam wykształcenie.

– Tak, tak, wiem, gimnazjum, studia w stolicy, praca, praca, praca. – Nieznajomy pokiwał mądrze głową. – Pan jest inteligent, więc powinien mi pan uwierzyć. Dla pana dobra. Zaklinam. Jutro rano będzie pan miał poważne kłopoty.

– O czym…

Mężczyzna wzniósł do góry długi, cienki palec, zakończony ostro, upierścieniony. Ciężkie sygnety, zdobiące jego dłoń, mogłyby służyć za kastet. Arkadiusz zamilkł, jakby mężczyzna go faktycznie uderzył.

– O Liorze Szkolnikowie, oczywiście – powiedział nieznajomy. – Nie wie pan, co mu się roi w tej żydowskiej główce teraz, gdy leży sobie zakopany w sianko, jak bluźnierczy Jezusek i knuje, knuje, knuje, Żydowinka! On jest zdrajca, on jest chytry, izraelski, brudny lis. Skurwysyn, jakby pan rzekł. Już ukartował plan, zdradziecki plan, bo tak właśnie robią Żydy. Jutro chce się wymknąć o poranku, polecieć do wsi, gdzie paru chłopaków wisi mu przysługi, zamierza powiedzieć wszystko o panu i pana kochanku. A tak, ja wiem, wiem, nie musi pan mrugać i zaprzeczać, ja wiem. Ja przy panu byłem, gdy pan jako gimnazista podglądał rozbierających się kolegów. Ja widziałem, jak pan za plecami żony za mężczyznami się oglądał. Jak pan zagadywał do nich w ciemnych uliczkach… Ale mniejsza! Lior Szkolnikow – jutro idzie do wsi, mówi wszystkim, pan rozumie, wszystkim jak leci, mówi o panu i pana kochanku, a jest jedna rzecz, której Polak nie znosi bardziej od Żydów – a mianowicie sodomita. Nie przejmą się, że Lior jest Żydem. Przejmą się, że panowie dajecie sobie dupy.

Arkadiusz wpatrywał się w roześmiane, jasne oczy mężczyzny – tak był zszokowany, że nie zdołałby wydusić z siebie słowa, choćby mu nad głową katowski topór wisiał.

Kostiej Bezsmiertnyj poklepał go współczująco po ramieniu.

– Liora tam nie lubią we wsi. Ale pana też nie. Liorą chcą stłuc – ale i pana chcą stłuc. A tym razem… Cóż, tym razem nie Żyd pójdzie na pierwszy ogień. Lior Szkolnikow ma paru takich, co mu jeszcze od czasu wolności przysługi wiszą, a im wystarczy tylko pretekst, tylko pchnięcie, a przyjdą za nim tutaj, wezmą ze sobą kije, wezmą noże, wezmą łańcuchy.

– Ale… – wyjąkał Arkadiusz. – To co ja mam w takim razie zrobić?

– Jak to co? Zabić Liora Szkolnikowa.

Arkadiusz zamrugał oczami.

– Zabić? Jak to – zabić?

– Powiesić. Zadźgać. Zdekapitować…

– Chodziło mi o to, że jakże to tak, człowieka zabić?

Kostiej wykrzywił usta w obrzydliwym uśmiechu.

– Człowieka? – Naraz, nachyliwszy się w stronę Arkadiusza, szepnął mu do ucha, owiewając skórę szyi gorącym oddechem: – Toż to Żyd, Żyd, Żyd. Arkadiuszu, Lior Szkolnikow to nie człowiek, to Żyd. Bóg Ojczulek zrozumie. Bóg Ojczulek nie skaże na piekło. Ludzie z wioski – poburmuszą i przestaną. To jak skrócić męki psu. Lior Szkolnikow to chodzący trup.

Kostiej Bezsmiertnyj położył dłonie na ramionach Arkadiusza, a jego długie palce rozpełzły się na boki jak wielkie, blade pająki.

– Arkadiuszu! On powinien być twoim niewolnikiem, Jude cię obraża! Powinien pełzać u twoich stóp z wdzięczności za danie mu dachu nad głową, a tymczasem co robi ten żydowski skurwysyn? Targuje się? Wygraża? Pluje ci w twarz brudną, żydowską śliną?

Arkadiusz milczał, wciąż zaszokowany, i odkrył na domiar złego, że nogi się mu trzęsą jak przy ataku gorączki, więc oparł się o ścianę domu i wypuścił z płuc powietrze, powoli, a ono uleciało wraz z parą. Kostiej Bezsmiertnyj wpatrywał się w niego współczująco.

– Pomyśl o swoim ukochanym – powiedział, gdy Arkadiusz zdołał nareszcie się uspokoić. – Kiryła obiją bardziej, bo to tylko prostak i do tego Ukrainiec, obiją go jak psa. Ale, ale, ale, widzę, jak się trzęsiesz. Wejdźmy do środka. Porozmawiajmy.

Arkadiusz skinął głową. Otworzył drzwi i z wahaniem zaprosił Kostieja Bezsmiertnyja za próg. Uśmiech mężczyzny stał się, o ile to możliwe, jeszcze szerszy. A potem Kostiej Bezsmiertnyj przekroczył próg domu.

 

DZISIAJ

Kostiej siedział jak pan domu, z nogami na stole i papierosem między palcami lewej dłoni.

– Co ty tu robisz? – szczeknął Arkadiusz, mimowolnie się wzdrygnąwszy. Zamiast strachu, czuł jednak gniew. Może wściekłość, jaka w nim wzbierała od dwóch dni teraz potrzebowała ujścia, a widok krzywych, pogardliwie wygiętych ust Kostieja tylko ją podsycił. – Zakazałem ci przychodzić do tego domu!

– Niesprawiedliwie, niesprawiedliwie. – Kostiej zacmokał. – Pomogłem? Pomogłem. Gdzie żydowski lis? Gdzie jego oskarżenia i długi język? Wszystko załatwiłem! Ja! Ja to załatwiłem!

– My to załatwiliśmy! – Arkadiusz uniósł się, marszcząc brwi; oczy mu pociemniały od gniewu. – Po coś tu przylazł, diabelskie nasienie?

– Po zapłatę.

Arkadiusz opadł z powrotem na krzesło; wzrok Kostieja, lodowaty jak pierwszy dotyk zimowego wiatru z Sybiru, spętał go niby powróz.

– Myśleliście, że weźmiecie dobre rady Kostieja Bezsmiertnyja za darmo? Nie otrzymawszy zapłaty, pójdzie sobie w świat, wesolutki i beztroski jak ptaszek, a wy zostaniecie, ciesząc się odzyskanym szczęściem? – Kostiej zdjął nogi ze stołu i przechylił się nad blatem w kierunku Arkadiusza, strącając popiół z końca papierosa na podłogę. – Nie, Arkadiuszu Mikołajewiczu. Ja daję, ja pomagam, ja jestem dobry przyjaciel – ale ja też żądam w zamian.

– Jesteś równie bezczelny, jak ten Żyd! – odparł Arkadiusz, słowa zaś z trudem przecisnęły się przez jego usta, które zwarły się jak zaszyte. – Czego chcesz?

– Duszy.

 

DWA DNI TEMU

Kostiej Bezsmiertnyj przekroczył próg domu i niemal od razu skierował swe kroki do kuchni, jakby zawczasu już wiedział, gdzie się ona znajduje. Zasiadł na miejscu Arkadiusza, u szczytu stołu, a Arkadiusz, z pewnym zniecierpliwieniem, przysiadł naprzeciwko.

Nie zdążyło się nic przy stole wydarzyć, bo naraz z sypialni dobiegły ich kroki i wyłonił się z pokoju Kirył.

– Arek? Gdzie cię diabli ponieśli… – Zamarł zobaczywszy obcego mężczyznę przy stole. Spojrzał niepewnie na Arkadiusza, zapulsowała żyłka na jego szyi, a dłoń, w dobrze znanym Arkadiuszowi geście, powędrowała na rękojeść noża przy pasie.

– Kto to? – zapytał Kirył niskim, zachrypniętym głosem.

– Uspokój się – odpowiedział Arkadiusz głucho. – Przyjaciel.

Kostiej roześmiał się cicho, poderwał się natychmiast i niemalże rzucił ku Kiryłowi, wyciągając do niego długą, szarą dłoń.

– Kirył Bohatyrczuk! – zawołał i uśmiechnął się szerzej, gdy Kirył odskoczył od niego, jakby Kostiej był zadżumiony. – Drugi wspólnik w zbrodni!

Kirył spojrzał z wahaniem i zdumieniem na Arkadiusza, a ten niepewnie skinął głową. Kirył potrząsnął więc prawicą Kostieja, zerkając nań spode łba; druga jego dłoń zaś wciąż spoczywała na nożu.

– Zbrodni? – zapytał Kirył cichym, niskim głosem. W chwilach pełnych stresu zawsze mówił w ten sposób; nisko, cicho, ciężkim, głębokim głosem.

Kostiej dwornym gestem zaprosił go, by usiadł. Sam również rozparł się na miejscu Arkadiusza, założył nogę na nogę i spojrzał na nich z uśmiechem. Pstryknął palcami, a na blacie stołu znikąd pojawiła się butelka wódki i trzy kieliszki. Kirył wytrzeszczył oczy.

– Co do…

Kostiej wzniósł dłoń. Słowa Kiryła umilkły jak zduszone.

– Później, później, później będzie czas na pytania.

Nalał każdemu po kieliszku wódki; swój opróżnił na raz. Arkadiusz również, poczuł jak alkohol pali mu przełyk. Nigdy nie lubił wódki. Kostiej rzucił mu takie spojrzenie, jakby się tego doskonale domyślał.

– To co? – zapytał Arkadiusz ponuro, odsuwając kieliszek. – Zabić Żyda?

– Zabić Żyda? – powtórzył jak echo Kirył, patrząc szeroko otwartymi oczami to na Arkadiusza, to na Kostieja. – Zabić Liora?

– Nie Liora. – Kostiej splótł palce obu dłoni, spoczywających na stole. – Żyda. Żyda! Tak. Zabić Żyda. Trzeba go zabić, zanim wam nieszczęście na głowę sprowadzi. Zanim poleci do wioski, żeby rozpowiedzieć złe plotki. Arkadiusz wie, Arkadiusz rozumie. A ty, Kirył? Czy ty rozumiesz? Trzeba zabić Żyda!

– Ale jak? – zapytał Arkadiusz.

– Nie mówcie mi, że ludziom nagle zabrakło pomysłów na krzywdzenie się nawzajem.

– Nie. Poradzimy sobie.

– Dobrze. Dobrze! – Kostiej odchylił się do tyłu; zza wąskich warg błysnęły ostre zęby. – Nie ma po co czekać świtu! Idźcie teraz, póki żydowski pies śpi na pachnącym sianku, plotąc w swojej ciemnej główce marzonka o zdradzie. Niech wejdzie między te sny sztylet, niech przerwie je szarpnięcie liny! Tak! Tak, zróbcie to teraz.

Jego głos stał się dziwnie wysoki, niemal nieprzyjemnie piszczący. Arkadiusz wpatrywał się zafascynowany w krzywe usta Kostieja, wygięte w obłąkańczym uśmiechu, i w głowie mężczyzny zrodziło się nagle prawie bolesne pragnienie, by zerwać się od stołu i pobiec do stodoły, złapać Żyda za fraki i wywlec w chłód nocy; rzucić na kolana w zmarznięte błoto, rozwalić mu nos i kopnąć w nerki. Spojrzał kątem oka na Kiryła – w jego spojrzeniu płonął podobny ogień, ta sama chęć. Arkadiusz zadrżał.

– Weźcie go na podwórzec; tam zatłuczcie. Ziemia spije krew. Niebo tylko będzie waszym świadkiem, noc jest ciemna; Folwark na Granicy zawsze stoi samotnie. Nikt was nie zobaczy. Niech się drze, Żyd, ile chce. Nikt nie usłyszy. Ja o to zadbam.

Arkadiusz nagle zorientował się, że kiwa głową. Myśli zdawały mu się lekkie, wolne od wcześniejszego brzemienia zmartwienia – teraz wszystko się ułożyło w jego zmęczonym umyśle, plan był prosty, łatwy, niemalże przyjemny.

Jego ciało zadziałało samo. Arkadiusz wstał; usłyszał, jak odsuwa się z szurnięciem krzesło Kiryła. Wyszli na zewnątrz, na zimny wiatr i siąpiący z nieba niczym katar deszczyk. Arkadiusz miał wrażenie, że idzie przez rzadkie ciasto, a macki mgły chwytają go za stopy. Jednak jego głowa była lekka, leciuteńka. Kirył, idący obok niego, pogwizdywał sobie nawet jakąś wesołą melodyjkę pod nosem. Jego twarz rozjaśniał rozmarzony uśmiech.

Gdzie się podział Kostiej, tego nie wiedzieli.

Znaleźli się u wrót stodoły; odciągnęli na bok wyłamane drzwi i weszli do środka. Uderzył w ich nozdrza zapach siana i myszy.

Po lewej stały maszyny; zepsute i pordzewiałe, sypiące wszędzie kawałkami zbrązowiałego metalu; po prawej zaś wznosiła się niczym góra wielka kopa siana. Gdzieś w niej musiał kryć się Lior Szkolnikow.

Kirył bez słowa sięgnął po oparte o ścianę grabie i łopatę. Rzucił ją Arkadiuszowi.

Zaczęli obchodzić stóg siana, dźgając w przypadkowych miejscach. Nagle rozległ się zduszony krzyk; wśród zawieruchy szeleszczących źdźbeł, ze słomy wypełzł Lior Szkolnikow.

– Zaraza! – sarknął niewyraźnie, jakby miał w ustach kłąb szmat.

Arkadiusz spojrzał jak Lior miota się na czworakach, na wpół obudzony, ze słomą we włosach i wielkimi, włochatymi łapami macającymi dokoła po ziemi, jakby czegoś szukał – najpewniej podparcia, żeby wstać.

– Cóż wy do diabła robicie? – zapytał Lior Szkolnikow, unosząc głowę. Spojrzał Arkadiuszowi prosto w oczy; a ten popatrzał w ciemną, zarośniętą twarz i pomyślał tylko jedno, nienawistne słowo: Żyd.

Sam nie wiedząc kiedy, wziął zamach i opuścił łopatę na plecy Żyda.

Reszta potoczyła się sama. Kirył wydał niski wilczy warkot i również doskoczył do Żyda; na przemian poczęli go okładać, po plecach, po głowie, po wyciągniętych w górę rękach. Żyd wił się jak robak, skamląc, wsuwając głowę między ramiona, kwiląc jak niemowlak. Jęki jednak powoli stawały się coraz cichsze.

Potem Arkadiusz odrzucił łopatę w bok; usłyszał jak upada gdzieś w ciemnościach stodoły. Chwycił Żyda za kapy kurty i podniósł. Kirył złapał omdlałego mężczyznę za ramię i razem powlekli go na zewnątrz.

Jakby ktoś ich przywoływał, jednomyślnie skierowali się do sadu. Na jednej z większych jabłonek czekała już pętla. Nie zastanawiali się ani przez sekundę, skąd się tam wzięła.

Na tle granatowego nieba drzewo wyglądało jak szubienica.

Niedaleko, o inne drzewo, opierał się Kostiej Bezsmiertnyj, żar papierosa rzucał czerwone światło na jego twarz, tańcząc w wygiętych krzywo wargach.

– Do roboty, chłopcy! – zawołał. – Nie guzdrać się!

Żyd chyba oprzytomniał nieco – zobaczył drzewo i pętlę, zaczął zapierać się nogami, szarpać, wydawać niewyraźne stęknięcia. Na popękanych wargach pojawiły się krwawe pęcherzyki.

– Nie – jęknął, łapiąc Arkadiusza za rękaw. – Nie…

Kirył uderzył go w twarz. Głowa Żyda odskoczyła do tyłu, zwisł w ich ramionach jak sflaczała opona.

Złapali go ponownie, tym razem mocniej, dowlekli pod jabłonkę, zarzucili na szyję pętlę i powiesili. Wywalił na wierzch język, a oczy wytrzeszczył jakby mu je ktoś próbował wycisnąć z czaszki.

Kostiej, który bezszelestnie podszedł bliżej, zaczaił się za ich plecami jak kocur, z wygiętym dziwnie grzbietem, jakiś cały pokręcony i krzywy. Papieros wciąż tlił się w kąciku jego ust.

I gdy Lior Szkolnikow dławił się w pętli, Kostiej Bezsmiertnyj roześmiał się i aż z tej wesołości klepnął się po udach.

– Przednia zabawa! – zawołał zachwycony.

Żydem targały już ostatnie spazmy. Jego taniec się uspokoił; Lior Szkolnikow zwisał teraz paręnaście centymetrów nad ziemią, muskając bosymi, brudnymi piętami najwyższe źdźbła trawy. Obracał się wolno; po brodzie spływała mu krwawa ślina, w ciemności prawie czarna.

Arkadiusz odkrył, że ciężko oddycha i trzęsie się cały. W głowie wybuchł ból niczym wystrzał z broni, czerwona mgła opadła z oczu. Za sobą usłyszał jęk Kiryła.

– Co myśmy zrobili…

Arkadiusz pokręcił głową, niezdolny wypowiedzieć ni słowa. Potem zgiął się wpół i zwymiotował.

 

DZISIAJ

– Duszy – powtórzył Arkadiusz, beznamiętnym wzrokiem wpatrując się w Kostieja.

– Duszy, duszy, duszyczki. Twojej albo twojego kochanka. Wybieraj.

Arkadiusz milczał, gapiąc się tylko na Kostieja, który z uprzejmym uśmiechem i dłońmi złożonymi na stole jak do modlitwy odpowiadał mu spojrzeniem pełny kpiny.

– Coś dać mi musisz – powiedział Kostiej. – Ja pomagam, ja doradzam, ale oczekuję zapłaty. I to nie jest prośba, nie, nie, nie. Przyszedłem z pomocą, odejdę z moją duszą.

– A jeśli powiem nie?

– Nie chcesz powiedzieć nie.

 

DWA DNI TEMU

– Co myśmy zrobili? – bełkotał Kirył, wciąż bez ruchu stojący obok. Trzymał się za głowę i otwierał szeroko oczy, które w ciemnościach wydawały się czarne jak wnętrza studni. – Arkadiusz, co myśmy zrobili, co…

Jego głos stawał się coraz wyższy, słowa coraz mniej wyraźne, jakby panika całkiem uderzyła mu do głowy i otumaniła umysł jak alkohol.

Arkadiusz uderzył go otwartą dłonią w twarz.

– Uspokój się! – warknął. – Zrobiliśmy, co było trzeba. Chodź tu.

Chwycił Kiryła za kark i przycisnął go mocno do swojej piersi, może nieco zbyt mocno, boleśnie. Kirył był sztywny niczym sztacheta z płotu, jakby go sparaliżowało. Ale po chwili Arkadiusz poczuł, jak ciałem mężczyzny wstrząsa gwałtowny szloch – wtedy pogłaskał Kiryła po głowie i trzymał go w ramionach, dopóki się nie uspokoił.

– Już dobrze – powiedział szorstko Arkadiusz. – Nic się nie stanie.

Kątem oka złapał jakiś ruch i odwrócił nieznacznie głowę. Kostiej przysunął się ku nim, otoczony kłębem duszącego dymu ze skręta.

– A co ze zwłokami? – dobiegł Arkadiusza syczący głos Kostieja. – No co ze zwłokami?

– Wynoś się – odparł zimno Arkadiusz.

– Wynoś? Nie, nie, nie, ja się nigdzie nie wybieram.

Ton jego głosu nabrał nowego brzmienia – teraz pełen był groźby. Kostiej pochylał się w przód, cienie wdzierały się w bruzdy na jego twarzy, zmieniając ją w upiorną czarno-szarą maskę.

Słysząc głos Kostieja, Kirył drgnął i wyrwał się z uścisku Arkadiusza. Skoczył w kierunku Kostieja.

– Z ciebie jest diabeł wcielony! – wrzasnął głosem drżącym i żałośnie słabym. – Morderca!

Splunął Kostiejowi w twarz.

Arkadiusz przez krótką chwilę odnosił wrażenie, że świat zamarł i wstrzymał oddech. Ucichł zimny wiatr, uspokoiły się gałęzie drzew, do tej pory gnące się ku nim jak macki morskich stworów; zamarzł w chłodzie księżyc, do połowy skryty za chmurami; rozpełzła się na boki wygłodniała mgła.

Kirył i Kostiej zdawali się być ledwie jak plamy cienia malowane akwarelami na starym płótnie; Arkadiusz dostrzegał tylko sugestie ich sylwetek.

I czekali.

Po nieskończenie długiej sekundzie Kostiej uśmiechnął się; błysnęły ostre zęby. Otarł z policzka ślinę i spojrzał spokojnie w twarz na powrót zmartwiałego Kiryła.

– Jeszcze pożałujesz – powiedział prawie wesołym głosem. – O, tak.

– Wynoś się. – Arkadiusz poczuł, jak krew na nowo zaczyna buzować mu w żyłach; kwaśny posmak wymiocin wybuchł na powrót w jego ustach, a gniew pomógł przezwyciężyć odrętwienie. Złapał Kiryła za rękaw kurtki i odciągnął od Kostieja. – Wynoś się, nim i ciebie powiesimy na drzewie!

Kostiej odchylił głowę do tyłu, wilczym gestem, jakby wył do księżyca, i roześmiał się. Kłąb pary z jego ust zawirował w powietrzu.

– Nie sądźcie, że pójdzie wam tak łatwo! – powiedział wesoło, gdy już skończył się śmiać. – Za to, co daję, trzeba płacić. Zastanówcie się, co chcecie mi dać. Wrócę tu.

Odwrócił się i odszedł, jak gdyby nigdy nic, nucąc sobie coś cicho pod nosem. Rozpłynął się między drzewami, jakby wchłonęła go mgła.

Gdy tylko Kostiej zniknął, Arkadiusz pociągnął Kiryła w stronę domu. Podtrzymywał go jak niedołężnego staruszka, bo Kirył ledwie stawiał powolne, ociężałe kroki.

Zostawili Liora Szkolnikowa zawisłego na drzewie jak misterny strach na wróble.

Arkadiusz poprowadził Kiryła do sypialni i tam zmusił, by usiadł na łóżku. Sam pochylił się i uniósł mu głowę ku światłu; źrenice Kiryła rozlewały się jak dwie czarne wyspy na oceanie łagodnej szarości – Arkadiusz widywał już, szczególnie w stolicy, narkomanów o rozszerzonych źrenicach, ale u Kiryła wyglądało to, jakby się topiły.

Dotknął dłońmi policzków Kiryła – mężczyzna był rozpalony. Jednak gdy Arkadiusz chciał rozpiąć mu koszulę i położyć do łóżka, Kirył gwałtownie go odepchnął.

– Nie dotykaj mnie! – krzyknął. Jego głos brzmiał całkiem przytomnie, choć był dziwnie wysoki i drżący.

– Spokojnie – powiedział łagodnie Arkadiusz. – To tylko ja.

– To twoja wina. – Kirył zatrząsł się, opuszczając powieki. Objął dłońmi ramiona i skulił się, jakby szukał pociechy w swoim własnym uścisku. – Po cóż żeś wpuścił diabła do naszego domu?

– Nie wiedziałem…

– Jesteśmy zgubieni. Przyjdą tutaj z wioski. Wyciągną nas na podwórzec, krzykną, żeśmy mordercy i skonamy jak psy, w błocie, we własnej krwi.

– To był tylko Żyd… – powiedział cicho Arkadiusz. – Nikt nie będzie szukał Żyda. Nikt nie będzie o nim pamiętać.

– Ale diabeł będzie pamiętać o nas. Przyjdzie po nasze dusze. Przyjdzie. Wiem to na pewno.

Ostatnie słowa Kiryła zdławił szloch; mężczyzna zadrżał jak dziecko trawione gorączką, schował twarz w dłoniach. Arkadiusz kucnął przy łóżku, w milczeniu się w niego wpatrując.

– Jego noga więcej nie postanie w tym domu – rzekł w końcu. – Obiecuję ci to. Kir? Popatrz na mnie. Jutro rano ściągniemy trupa z gałęzi. Zakopiemy go. Zapomnimy o Lio… O Żydzie.

Kirył uniósł na niego wymęczony wzrok.

– Tak się boję… – wyszeptał.

Arkadiusz chwycił go za kark.

– Nic się nie bój. Jestem.

 

WCZORAJ

Arkadiusz obudził się spocony, ze skórą gorącą, jakby siedział za blisko ognia. Leżeli z Kiryłem na łóżku, objęci ciasno; Kirył opierał głowę na ramieniu Arkadiusza.

Odsunął go delikatnie, okrył kocem, a sam wstał i odsłonił zasłony. Za oknem wisiała nad polami mgła, biała pod ciemnym niebem. Słońce jeszcze nie wstało. Arkadiusz oparł czoło o szybę i naraz zdało mu się, że w jabłoniowym sadzie dostrzega zarysy drzewek, i sylwetkę wisielca zwisającego z gałęzi, i kruka przycupniętego nad nim, i Kostieja opartego o drzewo, ćmiącego swojego duszącego skręta.

Teraz w świetle przedświtu zdawało się to prawie snem.

Arkadiusz pamiętał stare bajki, które babka Rosjanka mu opowiadała – Kostiej, Koszczej, stary, chudy, złośliwy kurwi syn; nieustannie knujący jakie zło, jaką biedę sprowadzić. Bajki! A może jednak nie?

Ubrał się i wyszedł przed dom. Spojrzał na północ – w stronę leżącej za niskimi wzniesieniami wioski. Widział smugi dymu, rozmywające się na tle nieba. Powietrze pachniało zimą.

Ruszył szybkim krokiem do sadu. Rosa moczyła mu nogawki spodni. Zaciskał zęby z całych sił, aż usłyszał dzwonienie w uszach.

Lior Szkolnikow wisiał na drzewie, wybałuszony język, wytrzeszczone oczy, spodnie na udach pokryte szronem w miejscach, w których materiał nasiąknął moczem. Sznur skrzypiał cichutko, poskręcane, nieopadłe jeszcze liście jabłonki drżały na wietrze.

Na szczycie drzewa przysiadł czujny kruk, zgarbiony i poważny, obserwując Arkadiusza jak jednoosobowa ława przysięgłych.

Arkadiusz stanął parę kroków od drzewa.

– Co myśmy zrobili? – wymruczał do siebie.

Wrócił do domu po nóż i odciął wisielca. Lior Szkolnikow spadł z drzewka jak spóźniony owoc; runął z rozłożonymi rękoma i wylądował twarzą w stronę ziemi. Arkadiusz chwycił go za nogi i pociągnął z powrotem do stodoły. Skurwiel był ciężki, więc Arkadiusz spocił się i zmachał, nim go dowlókł na miejsce. Zostawił go leżącego byle jak, za drzwiami.

Otrzepał ręce i wytarł je w kubrak. Swędziały go wnętrza dłoni.

Chciał obudzić Kiryła, ale go nie było. W sypialni Arkadiusz zastał zasłane łóżko. Zawołał Kiryła po imieniu. Nikt mu nie odpowiedział.

Przeklął w duchu: miał tylko nadzieję, że głupiec nie poszedł do wioski, tknięty jakimś nagłym impulsem, żeby wyspowiadać się ze wszystkiego księdzu Majszczakowi.

Kirył wrócił dopiero po południu. Arkadiusz czekał na niego w kuchni.

– Gdzie byłeś? – zapytał ledwie Kirył przekroczył próg.

Mężczyzna znieruchomiał. Policzki miał zaróżowione od mrozu, tupał i pocierał dłoń o dłoń, by się rozgrzać.

– Przejść się.

Arkadiusz podsunął mu nogą krzesło.

– Siadaj.

Kirył usiadł, rzucając mu nieufne spojrzenie.

– Coś taki zły? – zapytał. – Potrzebowałem pomyśleć.

– I gdzie byłeś? Co sobie wymyśliłeś?

– Poszedłem aż do torów. Zimno było. Mgła wszędzie.

– Gówno mnie obchodzi mgła, Kir. Kręcisz coś.

Kirył wahał się. Arkadiusz znał go zbyt dobrze, by tego nie poznać. Chwycił go za kark, zmusił do spojrzenia sobie w oczy.

– Spotkałeś go? – zapytał ochryple. – Kostieja?

– A, owszem! – odparł zaczepnie Kirył. – Nie bądź taki zły. Wszystko załatwiłem. Zdziwiony, a? Porozmawiałem z nim. Jak mu przyłożyłem nóż do tej chudej szyjki, to już nie był taki zaczepny. Kazałem mu wszystko rozwiązać. – Mówił z jakąś sztucznością, patrząc gdzieś w bok.

Arkadiusz trzepnął go w czubek głowy.

– Ty głupcze! On się tobą bawi. Sami to załatwimy. Wszystko. Bez Kostieja Bezsmiertnyja. Bez ludzi z wioski. Sami.

– Ale powiedział…

– Powiedział: zabić Żyda. I co z tego przyszło?

 

DZISIAJ

– Czego ty ode mnie chcesz? – zapytał Arkadiusz.

Kostiej uśmiechnął się szeroko, szeroko, jakby mu zaraz twarz miała rozedrzeć się na połowy. Wyciągnął coś zza pazuchy, przesunął po blacie stołu w stronę Arkadiusza.

Błyszczący składany nóż, nowiutki, aż lśnił. W stolicy za takie cacko trzeba by zapłacić ładną sumkę.

Arkadiusz patrzył na nóż w milczeniu.

– No i? – zapytał spokojnie.

– Albo on, albo ty. Wybieraj. Wybieraj, wybieraj, wybieraj, Arkadiuszu Mikołajewiczu.

Usłyszeli otwierane drzwi. Po chwili do kuchni wszedł Kirył. Ponury, zaciśnięte wargi, oczy rozbiegane na boki.

– Kirył! – zawołał Kostiej, jakby właśnie ujrzał starego przyjaciela. – Właśnie ucinam sobie pogawędkę z Arkadiuszem. Wyjaśniam mu, co i jak.

– Ja już wiem, co i jak – odparł Arkadiusz. Wstał, przesunął nóż z powrotem do Kostieja i odsunął się od stołu. – Nie zrobię tego.

Kostiej odwrócił się do Kiryła, podrzucając nóż jak piłeczkę. Wcisnął mu go do rąk, szeroki uśmiech na twarzy, błysk w oczach.

– Kirył? Tłumaczyłem ci już wszystko. Wczoraj, na naszym małym spacerku. Prawda? Wiesz, wiesz, wiesz, co musisz zrobić. Albo ty, albo on.

Arkadiusz wbił wzrok w bladą twarz Kiryła.

– Kir…

– Kir, Kir, Kir – przerwał mu podniecony Kostiej, bębniąc palcami po stole – no śmiało, chłopcze. Jeden ruch, bach, po Areczku. Twoja duszka zostanie w twoim posiadaniu, a jego… Zapomnij o nim! Jak on cię traktował, Kir? Weź to, zrób tamto, przynieś, wynieś, pozamiataj. Daj dupy, kiedy ochota. Sprowadził cię na drogę grzechu. Tu uderzył, tam kopnął, a wieczorem słodkie słówka, mruczanko do uszka. Bądź mężczyzną. Weź ten nóż. Ja ci pomogę. Ja pomagam. Ja ci radzę – weź ten nóż, wbij mu go w brzuch. Popatrz tylko, ten wzrok! Gdyby miał nóż w dłoni, na pewno by się nie wahał. Zabiłby cię bez mrugnięcia okiem. Spójrz, jaki zły! Jesteś dla niego nikim, Kir. Tylko zabaweczką.

Kirył oblizał wargi i wolno rozłożył nóż.

Arkadiusz uniósł dłonie.

– Kir – powiedział – to nieprawda.

– Nie chcę umierać…

– Nikt nie umrze.

– Jak to nie? – zapiał Kostiej. – Oszukuje cię, Kir. Kiedy tylko wypuścisz nóż z ręki, Arkadiusz skręci ci kark! Uważaj. Albo ty, albo on. Albo ty, albo on, on, on.

Kirył spojrzał na Arkadiusza, ścisnął mocniej nóż, znów oblizał wargi.

A potem rzucił się, bez ostrzeżenia, jakby chciał samego siebie prześcignąć, jakby nie chciał mieć czasu na myślenie.

Arkadiusz skoczył w bok, poczuł nóż prześlizgujący się po żebrach. Piekący ból. Gorąco. Śmiech Kostieja gdzieś z boku.

Złapał Kiryła za ramię. Mężczyzna szarpnął się do tyłu. Stracili równowagę, przewrócili się. Arkadiusz upadając uderzył głową w kant stołu. Oczy zalała krew; jednocześnie umysł zaćmiła mu jakaś dziwna, czerwona mgła. Poczuł wściekłość, gniew tak wielki, że niemalże rozsadzał mu serce. I nienawiść, czystą nienawiść.

Zdołał obezwładnić Kiryła, przycisnąć go do ziemi, uderzyć w twarz, raz, drugi, trzeci, dopóki nos nie pękł z głośnym chrupnięciem, dopóki nóż nie upadł z brzękiem na podłogę, dopóki Kirył, jęcząc, nie zasłonił się ramieniem.

Wtedy Arkadiusz na sekundę zamarł, siedząc na nim okrakiem, z okrwawioną pięścią wzniesioną do kolejnego ciosu.

I wtedy też usłyszał cichy szept tuż nad swoim uchem:

– Zabij…

Pięść Arkadiusza opadła. Znowu, znowu, znowu.

Zaciskał powieki i bił na oślep. Kirył jęczał. Płakał. Rzucał się. Ciało dotykało ciała, tak jak bywało to już wcześniej, ale tym razem było zupełnie inaczej.

Arkadiusz nie zauważył, kiedy Kirył w końcu umilkł.

Spojrzał w dół, aż go zemdliło. Rzucił się do tyłu, wylądował na plecach na ziemi, dysząc. Natychmiast dopadł do niego Kostiej, podciągnął do pionu, poklepał po plecach.

– Znakomicie! Cudnie, cudnie, cudnie! No, nie becz! Jego duszyczką osobiście się zajmę, sam, samiutki do zamku zaniosę. Ach, Arkadiuszu! – Chwycił go za ramiona, ucałował głośno w oba policzki, w czoło, w rozchylone wargi.

Arkadiusz odruchowo otarł usta dłonią. Trzęsła się.

 

JUTRO

Arkadiusz nie spojrzy więcej na Kiryła. Kostiej powie, że nie ma takiej potrzeby – on się zajmie, on pomoże, weźmie Arkadiusza ze sobą, zaopiekuje się nim. Taka ładna z ciebie duszka, powie, szkoda, żeby się zmarnowała.

Wyruszą o świcie, gdy niebo nad folwarkiem dopiero rozjaśni pierwszy brzask.

Arkadiusz stanie na podwórzu, po raz ostatni spojrzy na swój stary dom, o ciemnych oknach i skrzypiących drzwiach. Obok niego stanie Kostiej, ramię w ramię, jak przyjaciel. Zapali cuchnącego skręta, uśmiechnie się, wypuszczając kącikiem ust szary dym.

– Trzeba by się pozbyć zwłok – powie Arkadiusz cicho.

Ale Kostiej nie odpowie, uśmiechnie się tylko najszerszym ze swoich uśmiechów.

 

 

Koniec

Komentarze

Na początku trochę nużące. Potem (mam na myśli ujawnienie upodobań tych panów) nieco zaskakujące, choć mnie osobiście się średnio podoba. Ogólnie całkiem ciekawe, choć przyznać muszę, że ten klimat rosyjski jakoś mi nie leży.

Tylko mam pytanie – gdzie dzieje się akcja? Czy owa granicą jest granicą Rosji (albo ZSRR) i Polski (ew. Generalnej Guberni)?

I jeszcze gdzieś literówka była… Ale nie mam nawyku spisywania błędów od razu, więc niestety nie pamiętam, gdzie.

 

Suma sumarum – mam mieszane uczucia, ale jakbym się miał określać, to raczej in plus.

/Then waken by rumble ancient wind-mariner /Howled loudly crushing his freezed dark lungs as bellows /Calling all ashy hordes hidden in caves below /To unchain the beast meant to be the beginner.

Ciekawy zabieg ze skaczącym czasem akcji.

Dzięki temu, pozornie prosta historia, wydaje się bardziej złożona, a kolejne elementy układanki ładnie wskakują na swoje miejsce.

 

Jedyne co mi zgrzyta to… pogoda.

 

Na początku piszesz, że jest straszne błoto (przemilczę już kopanie dołu w takiej ziemi), a później skacząc do dni wcześniejszych o deszczu nie ma mowy. “Wczoraj”, wspominasz za to o porannym przymrozku (i jednoczesnej rosie). Czyli, skąd to błoto?

Ale to takie pierdółki.

 

Tekst jest dobry. Klikam bibliotekę.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Podoba mi się klimat. Nastrój znaczy, nie pogoda, he, he. Chociaż pogoda budowała nastrój, więc też była fajna… No dobra, plotę bez sensu. Krótko mówiąc, historia nie urzekła mnie może, od momentu pojawienia się kościeja, Kostieja znaczy, spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Ale nie przejmuj się, mnie jest wyjątkowo trudno zaskoczyć. Faktem jest jednak, iż masz umiejętność tworzenia niesamowitego nastroju opowieści, bez potrzeby uciekania się do mętnych warstw zbędnych opisów. Kilka celnie rzuconych zdań, a wyobraźnia czytelnika robi resztę. To bezcenna zdolność. Przyczepię się tylko do "homoseksualisty". Słowo powstało w XIX wieku, Arkadiusz, będąc człowiekiem wykształconym i w świecie bywałym, mógł je znać. Podobnie Kostiej, jako postać nadprzyrodzona nie musi zapewne przestrzegać ograniczeń językowych. Jednak "homoseksualista" zgrzyta troszkę w tych wojenno – kresowych realiach. Nie ma oczywiście potrzeby, by stylizować język postaci na wschodnie brzmienie, ale warto się trzymać pewnej linii. Niektóre słowa gryzą się z zarysem przedstawianego świata, nawet jeśli mają prawo tam wystąpić. Ogólnie – podobało mi się. Spory masz talent, Gravel.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

 Przeczytałam rano, ale nie miałam czasu od razu napisać komentarza. Zresztą, nie bardzo wiedziałam też, co napisać.

Tak jak Nazgul, uważam, że przeplatanka czasowa jest bardzo dobrym zabiegiem, podkręcającym napięcie i ciekawość – co dalej? Już chyba przy innym opowiadaniu pisałam, że umiesz stworzyć klimat. Problem polega na tym, że klimat Kostieja jest jaki jest – dla mnie zbyt ciężki i ponury.  Do tego omijana przeze mnie tematyka wojny, holokaustu, szeroko pojętej polityki. To sprawia, że nie mogę powiedzieć, że mi się podobało.

Doceniam jednak styl i warsztat, bo jednak nie potrafiłam przestać czytać (chociaż i tak można było się domyślić, jak to się skończy).

 

I jeszcze jedna rzecz – mnie też ten homoseksualista zazgrzytał.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jak dla mnie nie był to horror. Sam klimat niby jest, ale mógłby być troszeczkę lepszy. Uważam, że za łagodnie opisałaś sceny zabójstw – nie czułem tego. Co do pogody, na którą poprzednicy narzekali, jakoś nie rzuciło mi się to w oczy.

Kurde, wydaje mi się, że fajnym urozmaiceniem byłoby błazeńskie zachowanie Kostieja, tutaj jest to taki wujek dobra rada – zrób tak, siak. Za mało emocji przemawiało przez tą postać – to powinien być prawdziwy wulkan, a tak mamy fałszywy obraz szatana.

Oczywiście zabrakło tu tego i owego, jednak uważam, że było to ciekawe, a nawet wciągające opowiadanie. Co prawda nie zwaliło mnie z nóg i myślę, że jest to zasługa braku emocji u postaci. Zamiast nich dostałem Kostieja, który co drugie zdanie powtarza jakieś słowo po kilka razy.

Na pewno zbierzesz wiele pochwał, bo opowiadanie jest ponadprzeciętne, ale gdybyś przemyślała to co napisałem i postarała się nad tym popracować.

Sądzę, że tekst zasługuje na 5.

Dziękuję za komentarze :)

Pogoda faktycznie mi tu zwariowała, nie wiem jakim cudem nie zauważyłam, że aż tak… Poprawię tekst, jak tylko czas pozwoli.

Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam!

Dość ciekawy tekst. Nie wydaje mi się wiarygodnym, by ukrywający się Żyd miał grozić bohaterom. Ja nie unikam tematyki holocaustu, ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej, gett i obozów śmierci. Trochę jednak rozumiem tych, którzy uważają, że to tematyka wyeksploatowana do granic możliwości. Zazwyczaj mnie jednak opowiadanie związane z tą tematyką interesują – bo przerażają, jeżą włosy na głowie.

A tu, kurczę, w tym konkretnym przypadku, ku własnemu zdumieniu zgadzam się z krytykami tego nurtu. Bo to w sumie zawsze jest ciekawe – takie odczłowieczenie “wroga”, by było łatwiej go zabić, takie usprawiedliwianie się, nakręcanie przemocy. Tylko to w przypadku eksterminacji Żydów podczas II wojny światowej staje się oczywistością, banałem. No tak było, tak ten mechanizm działał. I czytając to opowiadanie miałam przeświadczenie, że lepiej by dla niego było, by ten problem potraktować mniej dosłownie, a bardziej alegorycznie.

Ale to takie moje ogólne rozważania. Bo tekst zdecydowanie bardziej mi się podobał, niż nie podobał. ;)

Też zgrzytał mi “homoseksualista”, a po którymś z kolei “Żydzie” pomyślałam: “tak, zajarzyłam koncepcję odczłowieczenia przeciwnika, już nawet moje biurko zrozumiało, o co chodzi”, co nie zmienia faktu, że przeczytałam z niekłamaną przyjemnością.

Plask w bibliotekę!

Btw – czemu zwykle zostawiasz puste miejsce zamiast zajawki?

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

wtedy pogłaskał Kiryła po głowie i trzymał go w ramionach, dopóki się nie uspokoił.

– Już dobrze – powiedział szorstko Arkadiusz, głaszcząc go wciąż po głowie. – Nic się nie stanie.

 

Klimat opowieści – super. Bardzo mi pasował. Trochę masz powtórzeń, ale ogólnie tekst oceniam na plus. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

gravel, to co bardzo mi się podoba w Twoim pisaniu, to to jak błyskawicznie budujesz klimat i przenosisz czytelnika do swoich światów. Pierwsze skojarzenie, już po pierwszych słowach – “Dom zły” Smarzowskiego. I dalej właśnie tak jak się spodziewałam – klimat ciężki, niepokojący, ale jednocześnie nie pozwalający się oderwać. 

To co sobie pomyślałam w trakcie i tuz po przeczytaniu właściwie będzie powtórzeniem tego, co napisali przedmówcy – bardzo fajny zabieg z poszatkowanym czasem akcji, a ze zgrzytów to ten homoseksualista nieszczęsny ;) I podobnie jak ocha, trochę się skrzywiłam na ten szantaż Żyda. 

 

Homoseksualista zniknął, wyłapane przez Morgianę powtórzenie zostało wyeliminowane. Dziękuję za wszystkie komentarze :)

Pozdrawiam!

Rzadko się zdarza, żeby podobał mi się tekst zahaczający o holocaust (chociaż z drugiej strony lubię motywy homo-romansów;p). To, co mi się najbardziej spodobało (poza wspominanym przez przedpiśców klimatem) to przedstawienie postaci Żyda – nie idealizujesz, że biedna ofiara holocaustu – Twój Lior jest bezczelnym szantażystą – a jednak zrobiło mi się go żal, gdy go wywlekli. Gratuluję dobrego opowiadania i daję głos do biblioteki.

Wciągająca lektura, dobrze mi się czytało.

Temat holokaustu faktycznie jest już dość mocno wyeksploatowany, co zauważyli przedmówcy. Spodobało mi się jednak zestawienie homoseksualistów i Żyda. Postać Kościeja generalnie też nieźle nakreślona.

 

A teraz pora na czepialstwo (od razu krzyknę: czy na sali jest lekarz?)

“Swędziały go wnętrza dłoni”. To zdanie jakoś źle mi brzmi. Wierząc mądrości Internetuf, można powiedzieć “wnętrze dłoni” (swoją drogą rozkminiam to teraz – co jeśli ktoś zostanie postrzelony i kula utkwi w “środku” dłoni – czy to nie jest wnętrze dłoni bardziej niż skóra po wewnętrznej stronie? Anatomia nigdy nie była moją mocną stroną. Niektóre definicje podają, że dłoń to jest właśnie WEWNĘTRZNA STRONA ręki). Nie jestem pewien co miało swędzieć bohatera twojego opowiadania, musiałabyś to sprecyzować. W każdym bądź razie, abstrahując od tęgiej rozkminy, to zdanie mi się nie podoba.

 

I jeszcze jedno – czemu zostawili wisielca na noc na drzewie?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Bellatrix: dziękuję :)

Nevaz: rzeczywiście tęga ta rozkmina… Bohatera miała swędzieć wewnętrzna strona dłoni. Myślałam, że to dość oczywiste, ale po przeczytaniu Twojego komentarza przeprowadziłam eksperyment. Trzy z trzech zapytanych osób (żadna nie znała kontekstu) odpowiedziały, że słysząc o wnętrzu dłoni pomyślały o jej wewnętrznej stronie. Także, no nie wiem, ja tu nie widzę nic dziwnego :)

A wisielca zostawili na noc na drzewie dlatego, że obydwaj byli w szoku i nie mieli głowy do grzebania zwłok :)

Pozdrawiam i dziękuję za komentarz!

Wszystko było w tym opowiadaniu: wciągająca historia, umiejętnie zbudowany klimat, wyraziste postaci, sugestywny obraz świata, konflikt, miłość, zdrada. Bardzo udatnie skonstruowana postać Kostieja, a także relacja między Arkadiuszem i Kiryłem oraz zagrażający ich szczęściu i bezpieczeństwu Żyd, a do tego podszepty diabła. Każdy ten element wydatnie wpłynął na bardzo ciekawą opowieść. Wykonanie również zasługuje na pochwałę, zręcznie posługujesz się słowem, tworząc plastyczne sceny.  

Domek: dzięki :)

Przeczytałem. W zaledwie nieco ponad rok po tym jak dodałem tekst do kolejki. ;)

 

Klimat zbudowany po mistrzowsku – muszę rozpracować jak to robisz. Generalnie podpisuję się pod komentarzem Domka. Żeby była jednak jakaś wartość dodana tego komentarza:

– Czego chcesz?

– Duszy.

Ech, no ja wiem, że jak jest diabeł to musi chcieć jakiejś duszy, bo przecież czego innego. Ale to taki standard… może lepiej byłoby po prostu nie dawać łopatologicznej odpowiedzi. Kostiej chce zapłaty i tyle. W miarę rozgarnięty czytelnik powinien się domyślić, że nie chodzi mu o dychę na piwo (nie dyszkę, a duszkę – hie, hie, hie). 

 

Ten wisielec na drzewie też mnie zastanowił. Po pierwsze – po co go w ogóle wieszali? To raczej mało wygodna metoda na uśmiercania (nie żebym się na tym znał, oczywiście). Po drugie – zwłaszcza po drugie – zostawili go tak sobie na noc? Niee no, tego nie da się kupić. Jak byli zestrachani, to tym bardziej chcieliby szybko ukryć zwłoki.

 

To takie tam niewielkie rysy na tle całości. Opowiadanie bardzo mi się podobało, daję piątaka.

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Elanarze, dzięki za wizytę i piąteczkę. Wszyscy ostatnio wygrzebują moje stare teksty, włos się jeży ;D

Dziękuję za wskazanie nielogiczności. Rok temu pewnie nawet miałabym jakieś usprawiedliwienie, ale, głupio się przyznać, opko wyleciało mi z pamięci i teraz mogę już co najwyżej zwiesić głowę i obiecać, że następnym razem bardziej się postaram. 

Przychodząc tu dopiero teraz, kiedy wszystko co dobre o Kostieju zostało już powiedziane, mogę tylko dołączyć do grona bardzo usatysfakcjonowanych czytelników i żałować, że zjawiłam się tak późno. :-)

 

Za­nie­dba­ne, jed­no­pię­tro­we go­spo­dar­stwo w samym środ­ku zsza­rza­łe­go pola… – Jednopiętrowy może być budynek, nie wydaje mi się, by o gospodarstwie, na które składają się zabudowania i grunt, można powiedzieć jednopiętrowe.

 

Chwy­cił Żyda za kapy kurty i pod­niósł. – Literówka.

 

Ko­stiej od­chy­lił głowę do tyłu, wil­czym ge­stem, jakby wył do księ­ży­ca, i ro­ze­śmiał się.  – Raczej: Ko­stiej od­chy­lił głowę do tyłu, wil­czym ruchem, jakby wył do księ­ży­ca i ro­ze­śmiał się.

Za SJP: gest  1. «ruch ręki towarzyszący mowie, podkreślający treść tego, o czym się mówi, lub zastępujący mowę»

 

a sam wstał i od­sło­nił za­sło­ny. – Brzmi to fatalnie.

Proponuję: …a sam wstał i od­sunął za­sło­ny.

 

do­strze­ga za­ry­sy drze­wek, i syl­wet­kę wi­siel­ca zwi­sa­ją­ce­go z ga­łę­zi… – To też brzmi źle.

Może: …do­strze­ga za­ry­sy drze­wek, i syl­wet­kę wi­siel­ca kołyszącego się na ga­łę­zi

 

Rosa mo­czy­ła mu no­gaw­ki spodni. – Wystarczy: Rosa mo­czy­ła mu no­gaw­ki.

Inna części garderoby nie ma nogawek.

 

Lior Szkol­ni­kow wi­siał na drze­wie, wy­ba­łu­szo­ny język, wy­trzesz­czo­ne oczy… – Wybałuszyć można jedynie oczy.

Proponuję: Lior Szkol­ni­kow wi­siał na drze­wie, wywalony język, wy­trzesz­czo­ne oczy

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No proszę, jednak potrafisz napisać coś z fabułą. ;-p

Tak, robię się monotematyczna.

Ciekawe zestawienie gejów i diabła. Jak to zakazy prowadzą do coraz gorszych rzeczy.

Dlaczego akurat wcieliłaś szatana w Kostieja? W sensie, miałaś prawo, ale skąd taki pomysł?

Co do Żyda-szantażysty. Odniosłam wrażenie, że i do tego się tytułowy bohater wmieszał. Nikt nie mówił, że zdobycie duszy to takie hop-siup. Nie wystarczy szepnąć na ucho…

Babska logika rządzi!

Rzadko, bo rzadko, ale czasami się udaje. Przypadkowo ;)

Czy ja wiem, czy Kostiej = Szatan? Kostiej jest postacią z rosyjskiego folkloru, bardziej tricksterem niż diabołem. Interesujący chłopina. 

No właśnie. Mnie się kojarzył z czarownikiem, ale słabo znam temat. A u Ciebie mu się duszy zachciewa…

Babska logika rządzi!

W baśniach miał jeszcze fajniejsze zachcianki: tworzył horkruksy (schował swoje serce do jajka), uprawiał kontrabandę produktów przedłużających życie, porywał przystojne niewiasty, rozbijał się po wsiach i dokonywał różnych niecnych czynów… Przy tak bogatym spisie win handel duszami jest doprawdy niczym ;) 

Z tego wszystkiego tylko o jajku słyszałam. Ale masz rację – dla Rosjan handel duszami to nie pierwszyzna. ;-)

Babska logika rządzi!

Czytało się bardzo dobrze, choć jest w tym opowiadaniu jakiś dziwny brud… Naprawdę paskudny klimat. Czyli pod tym względem dobra robota. Kostiej był straszny, zanim go jeszcze opisałaś. A jak opisałaś, to skojarzył mi się z Sandmanem :D A kiedy zorientowałem się, że rzecz jest o diable, przypomniałem sobie, że lubisz motyw takowych, więc byłem ciekaw, co wymyśliłaś. No diabeł jak diabeł: zły, szalony, sprytny. Wiem, że dla Ciebie nie ma nic nowego, ale tutaj to taki wyjątkowy brak oryginalności. Przynajmniej jeśli chodzi o diabła. Bo pozostałe wątki całkiem ciekawe. Nie traktowałem tego, jak wiele osób, jako kolejną rzecz o Żydach. Najbardziej interesujący wydał się klimat, pełen błota, szarego nieba. Mocno kojarzyło mi się z filmem “Dom zły”. Możliwe inspiracje? ;) 

Ogólnie porządna lektura. Powiedziałbym nawet, że z Twoich tekstów najbardziej poprawna warsztatowo pod kątem fabuły, konstrukcji itd. (a nie samego języka). W temacie diabła nic nowego nie wnosi, ale klimat naprawdę mocny.  Było mi żal bohaterów, kiedy zrozumiałem, że nie ma tu miejsca na happy end. 

I jeszcze taka myśl mnie naszła – ta historia nadawałaby się na sztukę teatralną. Jedno miejsce, jeden czas, niewielu bohaterów. 

https://www.facebook.com/matkowski.krzysztof/

Wiem, że zdanie autora najmniej się liczy przy interpretacji tekstu, ale nie widzę Kostieja jako diabła ;) Dla mnie to po prostu demon, upiór, zmora, coś zdecydowanie lżejszego kalibru. A że schematyczny: nihil novi, amen. 

Klimat rzeczywiście może się kojarzyć z Domem złym, ale film obejrzałam dopiero po tym, jak Werwena o nim wspomniała w komentarzach. 

Dziękuję za zajrzenie i miłe słowa. 

Dla mnie to po prostu demon, upiór, zmora, coś zdecydowanie lżejszego kalibru.

To miałem na myśli. Nie odbierałem Kostieja jako alternatywnej wersji Lucyfera. 

https://www.facebook.com/matkowski.krzysztof/

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka