- Opowiadanie: adanbareth - Miasto Marzeń

Miasto Marzeń

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Miasto Marzeń

 

 

Brodaty mężczyzna wypuścił z ust siwy dym.

– Nie macie pojęcia, jak wielką cenę płaci się za postęp, który tak podziwiacie – powiedział cicho, pykając ze swojej fajeczki. Odwracając powoli wzrok od jasnego ognia, spojrzał na skupionych wokół płonących szczap mieszkańców wioski. W jego oczach dostrzegłem coś na kształt pogardy i zadrżałem. Widziałem, że, słysząc te słowa, przywódca naszej społeczności poruszył się niespokojnie.

– Ty zaś nie znasz nędzy, którą my tu cierpimy, przybyszu – odezwał się wreszcie, a ton jego głosu zdradzał, że poczuł się dotknięty do żywego – Nie masz prawa nas oceniać.

Spokojne spojrzenie brodacza spoczęło na wzburzonym mężczyźnie.

– Doskonale znam widmo głodu i biedy, które w równym stopniu prześladuje zarówno was, jak i mnie. Od lat tułam się poza obszarem Metropolii, wcale nie opływając w dostatki. Mimo to powtarzam każdemu, kto chce mnie słuchać: dobrodziejstwa postępu okupione są straszliwą ceną.

Wokół ogniska zapadła cisza. Podskórnie czułem, że jego słowa wcale nie uładziły nastroszonych piórek naszego wodza. Wręcz przeciwnie, wzburzenie ogarnęło nie tylko jego, ale i innych znaczniejszych obywateli wioski. Doskonale wiedzieliśmy, że ów podróżny przez dłuższy czas mieszkał w Metropolii, a może nawet się w niej urodził. My, nędzarze mieszkający w wioskach, poza tym ogromnym miastem-państwem, wyczuwaliśmy takie rzeczy swego rodzaju dodatkowym zmysłem. Metropolitan zdradza tak wiele istotnych cech, nie tylko tych zewnętrznych jak gładkość i śmiertelna wręcz bladość skóry znamionująca unikanie pracy fizycznej, lecz także pewna siebie, arogancka postawa i zarozumiała nutka w głosie.

Człowiek siedzący z nami przy ognisku na pierwszy rzut oka nie wyglądał na mieszkańca Metropolii. Twarz miał ogorzałą od wiatru i deszczu, pobrużdżoną, ręce pokryte odciskami, a ubranie połatane i wyblakłe. Jednak nawet te lata, o których mówił, że spędził je poza gigantyczną aglomeracją, nie potrafiły usunąć tego charakterystycznego dla Metropolitan sposobu bycia, wynikającego z poczucia wyższości nad ludźmi spoza ich zamkniętej społeczności. Przybysz miał rację, podziwialiśmy ich postęp i zazdrościliśmy im go. Każdego dnia tysiące wieśniaków przybywały do Metropolii, by ostatecznie zgnić w otaczających ją slumsach. Nędzarze nie mieli wstępu do sterylnego, nowoczesnego miasta, zajmującego obszar podobny całemu państwu. Metropolitanie patrzyli na nas jak na narzędzia – to ludzie z wiosek pracowali, by oni mieli co jeść, ponieważ ich zajmowało coś więcej niż tak przyziemne sprawy. Ich zajmował postęp, udoskonalanie, uszlachetnianie człowieka i wszystkiego, co go otacza. Postęp, czyli właśnie to, o czym marzył każdy mieszkaniec malutkiej wioski, klepiący biedę i głodujący, nad którym nieustannie wisiało widmo rychłej śmierci – głodowej, w wyniku byle choroby zakaźnej lub po prostu z nędzy. Śniliśmy o Metropolii w przekonaniu, że jeśli gdziekolwiek na świecie istnieje szczęście, to właśnie w tym mieście. Dlatego tak bolesne były dla nas słowa obcego. Zdawały się równać z ziemią nawet tę ostatnią, drobną iskierkę nadziei, która utrzymywała nas przy życiu. Nadziei beznadziejnej i niczym nieuzasadnionej, ale jednak życiodajnej.

– Czy w takim razie powinniśmy zrezygnować z postępu? Przecież to on zapewnia nam dobrobyt i szczęście, poczucie bezpieczeństwa i… – wyrwało mi się nieopatrznie w odpowiedzi na słowa brodacza. Nie rozumiałem ich, gdyż kłóciły się z głęboko zakorzenionym w moim sercu przekonaniem o dobrodziejstwach związanych z rozwojem. Niemal natychmiast pożałowałem tego pytania, gdy tylko poczułem na sobie spojrzenia wszystkich zebranych wokół ogniska. Podróżnik zmarszczył brwi.

– Zapewniam cię, że z pewnością nie my, lecz oni, chłopcze – powiedział spoglądając na mnie z drwiną w oczach. Zaczerwieniłem się, gdy zdałem sobie sprawę z ironii pobrzmiewającej w jego głosie. Pogardliwym gestem wskazał na lepianki, w których mieszkaliśmy, wznoszące się w odległości kilkunastu metrów od ogniska.

– Czy widzisz gdzieś tu dobrobyt zapewniony przez postęp? Szczęście? Czy ty czujesz się szczęśliwy, bezpieczny?

Spuściłem wzrok, zdając sobie sprawę z tego, jak wielką gafę popełniłem i jak bardzo moje słowa kłóciły się z otaczającą nas bolesną rzeczywistością.

– Nie, chłopcze, zapewniam cię, że akurat my nie obchodzimy postępu nic a nic. Jednostki, wbrew pozorom, nie mają większego znaczenia w Metropolii – zaśmiał się gorzko. Teraz już spojrzenia wszystkich zebranych wkoło ogniska zwrócone były ponownie na niego. Nie były przychylne. Podróżny jakby wcale się tym nie przejmował.

– Opowiem wam pewną historię – rzucił jakby od niechcenia – Byś może trudzę się po próżnicy, ale nie mógłbym darować sobie tej okazji, by po raz kolejny wydobyć brudy Metropolii na wierzch. Nawet jeśli mi nie uwierzycie, ziarno wątpliwości zostanie zasiane.

Zaśmiał się bez cienia wesołości. Po raz kolejny pożałowałem, że postanowiłem zostać przy ognisku dłużej niż zwykle. Po takim wstępie nie miałem już dość silnej woli, by zechcieć porzucić intrygujące, ale i niebezpieczne towarzystwo brodacza.

***

 

Jedno spojrzenie wystarczyło jej, by zyskać pewność, że wreszcie dotarła do celu po podróży tak długiej, że nie pamiętała już ani jej początku, ani powodu, dla którego w nią wyruszyła. Od dawna liczyło się dla niej tylko jedno – wreszcie ujrzeć ten niedający się zapomnieć widok ogromnej, tętniącej życiem aglomeracji. Krople słonego potu zalewały jej oczy, toteż otarła je ręką. W jej otępiałym umyśle pojawiła się iskierka zdziwienia. Że też wciąż jej organizm miał w sobie zasoby wody wystarczające do wyprodukowania potu. Nie miała pojęcia, kiedy ostatni raz piła cokolwiek, a przecież musiało to być całkiem niedawno. Do Metropolii dotarła od strony pustynnych wydm, co prawda wędrując zaledwie skrajem tej wyjałowionej, gorącej krainy, a jednak woda, którą napełniła manierkę, w ostatniej oazie, skończyła się kilka dni temu. Prawdopodobnie ktoś dał jej pić. Dlaczego? Kiedy? Kto? W jej głowie kłębiły się jedynie strzępki wspomnień, nie dających się ze sobą powiązać. Najważniejszym było, że w końcu dotarła do celu. Wciąż jeszcze od obrzeży miasta, rozciągających się kilometrami wokół Metropolii slumsów, dzieliły ją kilometry. Powoli zaczęła schodzić z piaszczystej wydmy ku dolinie rozpościerającej się kilkaset metrów poniżej. Wkrótce piaski ustąpiły miejsca skałom. Gdyby tylko miała siłę, by im się lepiej przyjrzeć, dojrzałaby w nich wydrążona, zacienione jaskinie, przetykane kolumnami niczym nielicznymi zębiskami. Nikt w Metropolii nie wiedział kiedy, dlaczego ani kto utworzył ten kamienny pałac. Nikogo też to nie obchodziło. To miasto się rozwijało i to ono skupiało na sobie uwagę jego mieszkańców. Historia, archeologia czy geografia – te nauki ograniczały się tylko do obszaru wielkiej aglomeracji. Być może właśnie dlatego skupiała ona na sobie uwagę każdego, kto miał okazję ją ujrzeć, gdyż przyzwyczaili ją do tego jej mieszkańcy. Także pewna mała wycieńczona dziewczynka, schodząca w skupieniu z otaczających zachodni kraj Metropolii skał, nie odrywała wzroku od wystrzelającym ku niebu wieżom na horyzoncie.

***

 

– Chłopak pierwszy raz spotkał ją, gdy wraz z kolegami po raz kolejny wymknął się na zakazany teren slumsów – snuł swoją opowieść podróżny – Bardzo często wbrew prośbom i groźbom ojca wybierał to miejsce jako swój plac zabaw. Dreszczyk emocji, który towarzyszył tym wypadom, był niczym narkotyk. Oczywiście, chłopcy zakładali szare, zniszczone płaszcze z kapturami, gdyż w swojej naiwności sądzili, że dzięki nim nikt ich nie rozpozna. Bowiem musicie wiedzieć, że nie wszyscy mieszkańcy slumsów przyjmują postawę pokornych wieśniaków, tak jak wy, dając oczarować się postępowi i traktując Metropolitan jako istoty z natury lepsze od siebie. Wielu z nich jest zdesperowanych z powodu tragicznych warunków panujących w tej wylęgarni chorób.

Dziewczyna, a właściwie dziewczynka, leżała nieprzytomna na drodze. Pokryta była kurzem i rozlicznymi drobnymi rankami, a na jej bosych stopach roiło się od odcisków. Przechodnie nie zwracali na nią uwagi. Mieszkańców slumsów nie stać było na litość czy życzliwość. Codziennie umierały tysiące i każdy z nich zdawał sobie sprawę z tego, że ten dzień może być jego ostatnim. Koledzy chłopaka także nie przejęli się dzieckiem. Była to dla nich istota niższego rzędu. On jednak nie tylko spojrzał na dziewczynkę, ale i ulitował się nad nią. Nie mogę powiedzieć, by jego litość była litością dojrzałą, a raczej czymś na kształt kaprysu dziecka, które prosi rodzica o zwierzątko. Dość, że postanowił pomóc dziewczynce. Wiedział, że jego ojciec nie będzie zachwycony, gdy przyprowadzi dziecko do domu. Z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że jako jedynak jest w stanie wiele wyprosić u jedynego rodzica, tym bardziej, że jego matka umarła przy porodzie i ojciec miał tylko jego. Podniósł więc dziewczynkę, która ważyła o wiele mniej niż się spodziewał i nie żegnając się z kolegami, na ramionach przeniósł ją przez umowną granicę między slumsami a Metropolią – pomiędzy piekłem pełnym wszy a rajem ludzi o upiornych twarzach.

Po długich, płomiennych tyradach, tak jak chłopak przewidywał, ojciec zgodził się zatrzymać dziewczynkę, ot, jak zwierzątko. Od ręki wypełnił dokumenty adopcyjne i uciszył tych, którzy ośmielili się komentować tę decyzję jednego z najbardziej poważanych biotechnologów w Metropolii. Tak więc, choć dziewczynka nie do końca zdawała sobie z tego sprawę, przeżyła właściwie tylko dzięki kaprysowi kilkunastoletniego chłopca. Odkąd zaś tylko nabrała sił, stała się jego nieodłączną towarzyszką zabaw. Znała nieprzeliczone ilości intrygujących historii (być może po prostu je wymyślała na poczekaniu) i miała niesamowite pomysły. Nie chciała mówić jedynie o tym, co wiązało się z jej podróżą do Metropolii. Nieodmiennie odpowiadała na wszystkie , choćby zahaczające o ten temat: „Nie pamiętam”. Chłopiec i jego ojciec nie do końca wierzyli w te zapewnienia, nie mieli jednak podstaw, by zarzucić dziecku kłamstwo. Podejrzewali, że mała przez długi czas błąkała się po Zewnętrznym Świecie, jak nazywano ziemie poza Metropolią, nie obchodzące zresztą zbytnio Metropolitan, o czym niezbicie świadczyła jej rozległa wiedza o tamtych terytoriach. Było to tym dziwniejsze, że według tego, co mówiła, tamten okres sprowadzał się w jej pamięci do jednej wielkiej czarnej plamy, a mimo to wydawało się, że bez jej świadomości z tej „dziury” wypływało bardzo wiele informacji. Niestety, nie dotyczyły one spraw bezpośrednio związanych z dziewczynką, a wszelkie konkrety związane z jej miejscem urodzenia czy wczesnym dzieciństwem zostały wymazane z umysłu dziecka. Toteż chłopiec w końcu przestał przejmować się zagadkowym pochodzeniem swojej nowej towarzyszki, choć nie można było tego powiedzieć o jego ojcu. Dzieci spędzały ze sobą coraz więcej czasu i myślę, że…

Mężczyzna urwał. Spojrzałem na niego zdziwiony i wydało mi się, że w jego oczach zauważyłem wahanie. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, toteż nie mogę mieć pewności. Po chwili podróżnik podjął przerwany wątek.

– Myślę, że się zaprzyjaźniły.

***

 

Ostatnie promienie zachodzącego słońca wpadały przez oszklone ściany-okna zwrócone ku południowi do przestronnego, szczątkowo umeblowanego i jasnego pomieszczenia. Chłopiec siedzący na polerowanej podłodze ziewnął głęboko, ostentacyjnie.

– Wydaje mi się, że powinniśmy już iść do łóżek – powiedział z wahaniem, kierując te słowa do dziesięcioletniej, na oko młodszej od niego, dziewczynki.

– Pewnie masz rację – poważnie odpowiedziała mała, po czym zamyśliła się, jakby rozważając jego sugestię, i dodała – Jednak twojego ojca nadal nie ma, więc moglibyśmy posiedzieć jeszcze trochę…

– Ojciec zaszył się pewnie w swoim gabinecie po powrocie z pracy (mogliśmy go nie usłyszeć, gdy wracał, prawda?), więc w każdej chwili może się tu pojawić – ostrzegł chłopiec – Tylko że nie o to chodzi. Po prostu chce mi się spać i tyle.

W rzeczywistości czuł się całkiem przytomny i wiedział, że i tak nie zaśnie od razu. Nie chciał jednak nadużywać zaufania jedynego rodzica, a podejrzewał, że taki argument nie trafi do przekonania jego niesfornej towarzyszce zabaw. Dlatego skłamał. Nie było to duże kłamstwo. Mimo to poczuł się winny, jakby zdradzając dziewczynkę, która, był tego pewien, ufała mu bezgranicznie.

– Nudny jesteś! – prychnęła w odpowiedzi na jego wyjaśnienie mała, starając się udawać obrażoną, po chwili jednak jej twarzyczka rozpromieniła się – Teraz była moja kolej, prawda? W porządku! Zastanowię się nad dalszym ciągiem naszej historii przed snem. Może dzięki temu będę mieć ciekawsze sny. Dobranoc!

Poderwała się z lśniącej podłogi i wypadła z pokoju, kierując się do swojej sypialni. Chłopiec jeszcze przez krótką chwilę po jej odejściu pozostał w pomieszczeniu, a potem poszedł w jej ślady, z tym że jego sypialnia znajdowała się w dalszej części korytarza. Przed drzwiami zawahał się. Był już właściwie pewien, że nie zaśnie. Powodowany jakimś bliżej nieokreślonym pragnieniem towarzystwa bliskiej osoby, podążył dalej rozświetlonym korytarzem. U jego rozwidlenia skręcił w prawą odnogę, aż znalazł się w tej części domu, w której znajdowały się pokoje jego ojca, prywatne laboratorium i gabinet. Dopiero przed drzwiami tego ostatniego pomieszczenia zorientował się, że przyszedł tu bez żadnego konkretnego powodu, czym może rozzłościć rodzica. Wolno mu było odwiedzać tę część domu tylko wtedy, gdy miał ojcu do przekazania coś ważnego lub w innym przypadku wymagającym wejścia do tych zamkniętych pokojów. Przez chwilę stał niezdecydowany przed drzwiami, by w końcu odwrócić się od nich z zamiarem odejścia, gdy usłyszał głos zza nich dobiegający. Zawrócił zaintrygowany. Drzwi były uchylone. Jego ojciec nigdy ich tak nie zostawiał. Poczuł, że nie jest w stanie oprzeć się ciekawości. Cichutko przysunął się do szpary i zamienił w słuch.

***

 

– Nawet upływające lata nie zatarły w jego pamięci tamtej rozmowy, którą podsłuchał, rozmowy pomiędzy jego ojcem i tajemniczym mężczyzną, o którym wiedział tylko tyle, że był on kimś ważnym – bardzo ważnym dla Metropolii. Kimś, o kim się nie mówiło, jednak każdy czuł jego istnienie. Od tamtego czasu inaczej patrzył na świat i inaczej patrzył na dziewczynkę, którą niegdyś uratował. Ona zaś rosła, z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej przystosowując się do miejsca, w którym przyszło jej żyć. Różniła się jednak od innych Metropolitan. Oni o tym wiedzieli i ona zdawała sobie z tego sprawę, lecz nie starała się udawać kogoś, kim nie była. Nigdy nie miała stać się prawdziwą Metropolitanką. Nikt, kto urodził się poza tym miastem, nie może nim być.

Powiódł wzrokiem po twarzach słuchaczy. Nie były mu przyjazne. Westchnął zrezygnowany i spuścił wzrok.

– Mimo to znalazła w tym zepsuciu przyjaźń. Znalazła dom. Tak przynajmniej się wydawało.

***

 

– Wciąż dziwię się twojej decyzji, choć nie zamierzam cię przekonywać do zmiany postanowień. Wiem, że to i tak bezcelowe – zaśmiał się beztrosko Kair, spoglądając pobłażliwie na idącą obok niego młodą kobietę o imieniu Aria. W jej oczach zapaliły się iskierki rozbawienia, nie zdążyła jednak skomentować tego oświadczenia, gdyż idąca obok niej czarnowłosa Iridan zachichotała.

– Mnie natomiast nie dziwi ona ani trochę, właśnie dlatego, że znam Arię – powiedziała, puszczając oko do przyjaciółki – Poza tym wiesz, że ona nie lubi tłumów. Pewnie dlatego, że są to tłumy metropolitańskie.

– Owszem, pod tym względem zgadzam się z tobą i nie miałbym nic przeciwko takiej lokalizacji mieszkania Arii, gdyby nie była to tak niebezpieczna okolica. Znajduje się zbyt blisko slumsów.

– Mnie to wcale nie przeszkadza – wtrąciła się Aria – Czuję się lepiej w towarzystwie tych ludzi niż przebywając w jednym pomieszczeniu z ważniakami z bezpiecznych okolic.

– Wiem i wcale cię za to nie winię. Mimo to wciąż się martwię – westchnął Kair – Poza tym widujemy się rzadziej. Nie wolałabyś mieszkania bliżej centrum Kresowej Dzielnicy? Ojciec bez problemu mógłby coś tam dla ciebie znaleźć.

– Umiem o siebie zadbać, Kairze – kobieta uśmiechnęła się pobłażliwie, a następnie kontynuowała, nie zważając na jego protesty – Ja także boleję nad tym, jak rzadko się spotykamy, to jednak nie tylko wina tego, że mieszkam daleko od was. Nie zapominaj, że ty i Iridan macie swoja pracę i swoje obowiązki!

– Jedno twoje słowo i ją rzucę! – zawołała buntowniczo czarnowłosa kobieta, lecz ostrzegawcze spojrzenie przyjaciółki mówiące: „Ani mi się waż!”, od razu ja uciszyło.

– No, kończmy tę jałową dyskusję. Zresztą, i tak dotarliśmy już do celu. Bardzo dziękuję wam, że zechcieliście spotkać się ze starą przyjaciółką wątpliwego pochodzenia, i jednocześnie żegnam was czule, zapewniając, że do zmiany miejsca zamieszkania nie zmusi mnie nawet najazd kosmitów, na który być może nie będziemy musieli długo czekać…

Uściskała protestujących przeciwko takiemu traktowaniu przyjaciół i zniknęła w jasno oświetlonej klatce schodowej.

Pierwszym, co zrobiła, znalazłszy się w domu, było odsłonięcie zasłon. Przez oszkloną ścianę śledziła wzrokiem oddalające się sylwetki Kaira i Iridan. Jeszcze długo po tym, jak zniknęli z zasięgu jej wzroku, spoglądała w to samo miejsce. W końcu westchnęła i oparła się o zimne szkło. Być może działo się tak z jej winy, ale to ich zniknięcie wydało się jej nie tylko dosłowne, ale i metaforyczne. W rzeczywistości, od kiedy obudziła się w mieszkaniu Metropolitanina, nigdy nie przestała czuć się samotna, jednak dzięki tej dwójce nie było to tak dotkliwe uczucie. Często zastanawiała się nad tym, dlaczego właściwie tu przybyła. Nie pamiętała celu, który przyświecał jej w podróży do Metropolii. Im intensywniej przeszukiwała pamięć, by go poznać, tym większe odnosiła wrażenie, że on już nie istnieje. Po prostu zniknął. Nie zaginął, lecz zniknął. To samo stało się z wieloma innymi wspomnieniami Arii. Szukała ich, ale w miejscu, w którym powinny się znajdować była tylko pustka.

W końcu jej wzrok wzniósł się ku gwiazdom i już tam pozostał. Lubiła patrzeć w nocne niebo. Było tak odległe od Metropolii, tak czyste i dziewicze, że dawało spokój jej skołatanym myślom. Przez dłuższy czas wpatrywała się tak w gwiazdy, aż w końcu powieki jej opadły i zasnęła z głową opartą o szkło.

Z lepkiego i chłodnego snu wyrwało ja nieprzyjemne wrażenie, że ktoś śledzi ją wzrokiem. Pokój tonął w półmroku oświetlanym jedynie nikłym blaskiem kulistych lamp oświetlających ulicę za oknem. Aria wstała z zamiarem zaciągnięcia zasłon i włączenia światła, które, jak miała nadzieję, odsunie od niej niepokój, lecz coś sprawiło, że nie ruszając się z miejsca, odwróciła głowę ku oknu. Wydało jej się, że kątem oka coś dostrzega na skraju cienia tworzącego się poza bladym kręgiem światła wokół lampy ulicznej, naprzeciwko budynku, w którym mieszkała. Wpatrywała się usilnie w ciemność, a w tym czasie w jej umyśle toczyła się walka pomiędzy ciekawością a lękiem. Zanim jedno z tych uczuć zwyciężyło, w mroku coś się poruszyło, a następnie drobna sylwetka wsunęła się w krąg światła, jakby wiedząc, że Aria jej szuka i pragnąc się jej ukazać. Kobieta skupiła na niej swój wzrok. Odległość nie była duża, toteż Aria nie miała wątpliwości, że obok lampy stoi dziecko – dziewczynka wyglądająca na nie więcej niż dwanaście lat. Jej głowa była opuszczona. Kobieta wpatrywała się w nią jak zahipnotyzowana. Wydawało jej się, że zna tę dziewczynkę. Odnajdywała w niej coś znajomego. Nie miała pojęcia, jak długo stała tak patrząc na nieruchomą postać, aż w końcu dziecko podniosło powoli głowę i jego spojrzenie uderzyło Arię, wbijając się w jej oczy niczym sztylet. W tym samym momencie, w którym twarz dziewczynki przestały skrywać cienie, kobieta wydała zduszony okrzyk. Jej serce zabiło z oszołamiającą prędkością, reagując na strach, który zawładnął nagle jej umysłem. Zdała sobie nagle z porażającą jasnością sprawę z tego, że wie, skąd zna to dziecko. Oglądała je już tyle razy, dzień po dniu, patrząc, jak powoli dorasta. Oglądała je w lustrze.

***

 

Przy ognisku zapadła cisza pełna wyczekiwania. Brodaty mężczyzna siedział na pniaku ze zwieszoną głową, jakby oglądając oczyma wyobraźni tamtą chwilę. Spoglądaliśmy na niego w napięciu, a przynajmniej ja czułem nieznośnie palącą mnie ciekawość. Nie byłem natomiast pewien stosunku innych mieszkańców wioski do podróżnika i opowiadanej przez niego historii.

– Wystarczyło, by kobieta zamknęła na chwilę oczy, a dziewczynka zniknęła – podjął w końcu przerwany wątek – Ona jednak jeszcze długi czas stała przy oknie, nie będąc w stanie się ruszyć. Nie czuła dużego zdziwienia, a raczej strach. Nie miała pewności czy dziewczynka, którą zobaczyła w rzeczywistości, istniała. Być może przywidziała jej się? Może wciąż śniła? Czuła jednak, że żywienie tego typu nadziei jest żałosne. Czy jej się to podobało, czy nie, żyła w Metropolii – mieście, w którym spotkanie własnego sobowtóra nie było niemożliwe. Była zaś pewna, że dziewczynka, która zobaczyła, była jej młodszą wersją. Te myśli nie dawały jej spokoju i w efekcie nie zasnęła już tamtej nocy, a następnego dnia, zamiast udać się do pracy, odwiedziła swojego przyjaciela z dzieciństwa, tego, który odnalazł ją w slumsach, i zwierzyła mu się ze swoich obaw. Liczyła nie na pocieszenie czy próbę uśmierzenia tych lęków, lecz na racjonalne wyjaśnienie. Miała nadzieję, że on coś o tym wie. W końcu jego ojciec był wysoko postawionym naukowcem znanym w całej Metropolii. Po tej rozmowie jej nadzieja zmieniła się w podejrzenia, które zalały jej umysł, drwiąc z zaufania, jakie przez te wszystkie lata połączyło ją z niewiele od niej starszym wybawcą. Mężczyzna, którego uważała za najbardziej wiernego przyjaciela, nie próbował jej pocieszyć, nie sprawił, że bała się mniej, nie powiedział też jej niczego przydatnego. Zbagatelizował jej obawy i dał jasno do zrozumienia, że uważa dziewczynkę za marę senną. Tymczasem zaś jego oczy błądziły gdzieś ponad jej głową, błyszcząc niepokojem. Nie uwierzyła w ani jedno jego słowo i to bardziej niż wszystko inne przeraziło ją i zabolało. Dni, które nastąpiły po tamtej rozmowie, dla nich obojga były czasem milczenia, raniącego, lecz niedającego się przerwać. Ona nie odpowiadała na jego telefony, on w końcu przestał dzwonić. Aż w końcu kobieta uznała, że nie zniesie już dłużej niepewności. Wiele razy usiłowała odnaleźć dziewczynkę, wędrując po Kresowej Dzielnicy, a nawet po slumsach, bezskutecznie jednak. Prawdziwą męką był jednak nie lęk związany z jej sobowtórem, lecz rosnąca nieufność w stosunku do przyjaciela, któremu kiedyś powierzyłaby własne życie. Czuła, że nie zniesie tego dłużej, dlatego w końcu postanowiła udać się do apartamentów, w których jako dzieci mieszkali razem z jego ojcem. Pozostały one wciąż własnością tego powszechnie cenionego biotechnologa, który miał tam swoje gabinety i laboratoria. To właśnie jego zamierzała zmusić do wyjawienia prawdy.

Podróżnik znów urwał. Zamyślił się, zapatrzony w swoje dłonie.

-Tamta rozmowa… To właśnie jej najbardziej żałował mężczyzna, który był kiedyś jej przyjacielem.

***

 

Gdy Aria później patrzyła wstecz, na ten parny, letni dzień, w którym po raz pierwszy od wielu lat stanęła przed nigdy nie przestającymi jej onieśmielać drzwiami pierwszego domu, który znalazła w Metropolii i otworzyła je kartą, której nigdy już nie zamierzała użyć, zastanawiała się tylko, dlaczego nie odwiedziła tego miejsca wcześniej. Nie żałowała tego ze względu na siebie.

Właściwie nie spodziewała się takiego widoku, jaki zastała w pokoju o oszklonych ścianach, w którym ona i Kair wymyślali w dzieciństwie przeróżne opowieści. Wydawało jej się, że taka tajemnica, jaką była dla niej dziewczynka,wyglądająca jak ona sama, powinna być skrzętniej strzeżona. Dlatego w pierwszej chwili, gdy w jasnym, oświetlonym promieniami zachodzącego słońca pokoju, zobaczyła siebie samą, miała wrażenie, że znalazła się w przeszłości. Tylko że obok dziesięcioletniej Arii nie siedział Kair. Mała była sama w pokoju.

Jej przerażone spojrzenie, które spoczęło na kobiecie, w żaden sposób nie przypominało tego, którym obrzuciła ją tamtej nocy. Aria patrzyła na nią w milczeniu i czuła, że jej lęk odchodzi w niepamięć. Wyciągnęła do dziewczynki rękę.

– Chodź – powiedziała cicho, łagodnym, przepełnionym smutkiem głosem – Zabiorę cię stąd.

Mała bez zastanowienia chwyciła jej dłoń. Aria ufała samej sobie. Jak się okazało, była to jedyna osoba, której mogła ufać.

***

 

Za oknem padał deszcz. Aria spoglądała na mokrego Kaira stojącego w drzwiach jej mieszkania bez jakichkolwiek emocji.

– Przyszedłeś się wyspowiadać? – zapytała spokojnie.

– Przyszedłem ci powiedzieć, że ojciec szuka tej małej. Musicie uciekać – odparł zdecydowanie, nie reagując na jej zaczepkę, jednak oczy zdradzały udrękę, jaką czuł. Zawahał się i dodał – A także wyjaśnić pewne sprawy.

– Obawiam się, że w takim razie nie mamy już czasu na ostatnią rozmowę – odparła chłodno Aria. Ruszyła w stronę sypialni, w której spała dziewczynka, będąca jej sobowtórem – Aira, jak ją nazwała, naśmiewając się z okrutnego losu. Kair jednak złapał ja za ramię.

– Pomogę wam. Same nie dacie rady uciec – zaoferował, nie zważając na jej protesty – W zamian mnie wysłuchasz. Wydaje mi się, że to, co ci powiem, może być dla ciebie przydatne.

Aria już nie oponowała. Nie miało sensu wypieranie się własnej ciekawości. Ani bólu. Obudziła Airę i spakowawszy najniezbędniejsze rzeczy, wraz z Kairem opuściła mieszkanie, wkraczając w deszcz i noc.

Szli w milczeniu cichymi, uśpionymi uliczkami, kierując się w stronę slumsów. Kair bez wahania wybierał drogę w labiryncie ścieżek.

– Kiedyś razem z kolegami chodziliśmy tędy do slumsów – wyznał, jakby się usprawiedliwiając – W czasie jednego z takich wypadów znalazłem ciebie…

Aria milczała. Nagle zdała sobie sprawę z tego, że Kair patrzy na nią. Odpowiedziała spojrzeniem. W następnej chwili pożałowała tego. Nie chciała oglądać jego bólu. Jeszcze bardziej nie chciała słuchać jego głosu. On o tym wiedział, dlatego więcej już nie próbował jej zwodzić. Przeszedł do samego sedna sprawy.

– Ario, ta dziewczynka jest twoim klonem. Stworzył ją mój ojciec. Ja… – urwał, nie wiedząc, co właściwie chciał powiedzieć. Nie mógł liczyć na żadne wymówki.

– Przez długie lata myślałem, że ona powstała na moje życzenie. Ario, jesteś nieuleczalnie chora. To choroba o podłożu genetycznym, nieznana nawet tu, w Metropolii. Dowiedziałem się o tym, podsłuchując rozmowę ojca i Naczelnego Biologa pewnego wieczora, dziesięć lat temu. Nie muszę ci chyba uświadamiać, jak bardzo byłem przerażony wiadomością, że możesz umrzeć w każdej chwili. Dlatego poprosiłem ojca o klona, o twojego sobowtóra. Byłem jeszcze dzieckiem i w swojej naiwności sadziłem, że to najlepsze wyjście…

– Czyli ta dziewczynka została powołana do życia z powodu twoich egoistycznych pragnień?! – przerwała mu Aria, nie będąc w stanie nad sobą zapanować pod naporem tak wielu wiadomości, w które nie potrafiła uwierzyć. Myśli kłębiły jej się w głowie. Gardło miała ściśnięte, w ustach czuła suchość. Klonowanie było bardzo nieprecyzyjną techniką, wciąż nie dopracowaną. Uświadomiła sobie, że dziewczynka może umrzeć wcześniej niż ona sama. Umrzeć… Nie potrafiła przyjąć do świadomości, że jej życie mogło w każdej chwili się skończyć. Niczym zdmuchnięty płomyk świecy.

– Mówiłem przecież, że tak sądziłem przez długi czas i cierpiałem z tego powodu bardziej niż potrafisz sobie wyobrazić, gdyż wiedziałem już jak wielkie zło się dokonało! – bardziej krzyknął niż odpowiedział, a w jego głosie usłyszała rozpacz.

– Ojciec mnie jednak uspokoił – dodał po chwili milczenia z goryczą – Ta mała była mu potrzebna do eksperymentów. Miała pomóc w odnalezieniu leku na twoją chorobę i uratować wielu ludzi. Gdy pozyskał potrzebne informacje, wydało mi się, że już jej nie potrzebuje i puści ją wolno. Być może wtedy zdobyłbym się na odwagę, by ci o niej powiedzieć. On jednak ją zatrzymał. Powiedział, że potrzebuje testera… A wtedy ja wiedziałem, że nigdy sobie nie wybaczę tego, że nie potrafiłem zapobiec takiemu wykorzystaniu ciebie i tego dziecka. Dlatego milczałem. Byłem pewien, że i ty mi nie wybaczysz…

Umilkł. W ciszy przebyli ostatnie metry i stanęli przed umowną granicą Kresowej Dzielnicy.

– Tu będziecie już bezpieczne, a przynajmniej o tyle, o ile uda wam się przebyć slumsy niepostrzeżenie – powiedział i przez chwilę patrzył na Arię błagalnym wzrokiem, by w końcu zapytać – Czy miałabyś coś przeciwko mojemu towarzystwu?

Kobieta zawahała się. Czuła, że nie jest w stanie dłużej znosić bólu własnego i jego.

– Kairze – odpowiedziała miękko – Nie będę prawdopodobnie w stanie zapomnieć o twojej roli w tej sprawie, ale być może kiedyś ci wybaczę. Nie chcę jednak, byś patrzył, jak umieramy jedna po drugiej. Pozwól nam odejść. Nawet jeśli to nieodpowiedzialne, wolę, by tym dzieckiem opiekował się ktoś spoza Metropolii po mojej śmierci. Być może zresztą to ona umrze pierwsza. Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że nadeszła chwila pożegnania.

Patrzyła przez łzy na jego udręczoną twarz i nagle poczuła przemożną chęć, by jakiś sposób – jakikolwiek, go pocieszyć. Nie była jednak w stanie. Tylko czas mógł zagoić te rany. Uśmiechnęła się do niego.

– Pamiętaj o naszych historiach i kiedyś przekaż je swoim dzieciom – poprosiła go, a on pokiwał głową, niezdolny wydusić z siebie słowa. Aria zaś powoli odeszła w noc razem z uczepioną jej ręki dziewczynką, która rzuciła jeszcze ostatnie, zaspane spojrzenie przez ramię na samotną sylwetkę mężczyzny.

***

 

Gwiazdy ponad moją głową świeciły zimnym blaskiem. Patrzyłem na nie, wdychając woń dumy z dawno już wygaszonego ogniska i myślałem o tamtej kobiecie, która kiedyś, w odległym mieście marzeń, spoglądała w to samo niebo. Zastanawiałem się nad pytaniami, które stawiała przed słuchaczami opowieść podróżnika. Pamiętałem wzgardę na twarzach moich pobratymców i wiedziałem, że oni odrzucili zarówno tę historię, jak i tamtą kobietę wraz z jej przyjacielem. Brodaty mężczyzna nie wydawał się tym zdziwiony. Tylko zmęczenie było lepiej widoczne na jego twarzy. Tylko ja zostałem na polanie, by zapytać go o dalsze losy bohaterów. On odpowiedział, że mężczyzna opuścił Metropolię w poszukiwaniu przyjaciółki, nigdy jej jednak nie znalazł. Ja zaś, siedząc na tym samym pniaku, co wcześniej i wsłuchując się w odgłosy nocy, miałem nadzieję, że kiedyś jeszcze dojdzie do ich ponownego spotkania. Bo przecież oczywistym było, że to właśnie podróżnik był tamtym mężczyzną z opowieści. Prawda?

Koniec

Komentarze

Jako szeregowy czytelnik muszę powiedzieć: da się czytać, zdecydowanie. Normalnie takie skoki pomiędzy różnymi typami narracji wprowadzałyby chaos, a tu proszę bardzo: można? możnawink

Klimat trochę przypominał mi serial Ergo Proxy, ale bez wtórności, więc kolejny plus.

Czepię się za to dialogów: rozmowy w przyszłości i wypowiedzi wieśniaków brzmią trochę jak wyjęte z “Dumy i Uprzedzenia”.Ale w konwencji idealnego miasta ma to swój sens, oczywiście. Choć sam pisząc dialogi przeginam (daleko) w drugą stronę, pozwól szanowna autorko, że skorzystam z jej twórczości szukając dla siebie samego złotego środka.

Chciałbym trochę więcej obrazowych opisów miasta, wyraźniejszego kontrastu między jego częściami. Ale wkręciłem się w tą opowieść, a to chyba najważniejsze.

Ciekawy klimat. Myślę, że opowieść zyskała by, gdyby trochę ją rozbudować, bo brakuje jej opisów. Na moment zgubiłem się pod koniec, bo w opowiadaniu co scenę narracja wraca do brodatego mężczyzny przy ognisku, a pod koniec dwie sceny pod rząd są jego wspomnieniem, co nie od razu jest jasne. Ale to szczegół, który za bardzo nie przeszkadza.

Opowieść ładna, ale nie urywa żadnej części ciała. Taaak, postęp kosztuje, ale i tak się go nie wyrzekniemy, prawda?

Pokój tonął w półmroku oświetlanym jedynie nikłym blaskiem kulistych lamp oświetlających ulicę za oknem.

Powtórzenie. Czasami Ci się trafia. Ale, ogólnie, tekst napisany przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Przyzwoita opowieść. Napisana nieźle, czasem w dialogach są małe błędy, zwłaszcza brakuje kropek.

Zgadzam się z lordim, że przydałoby się mocniej nakreślić scenerię miasta. Sama końcówka, czyli tożsamość opowiadacza – wolałbym, żeby to zasugerować bardziej subtelnie. Dialogi nieco wyniosłe, ale może i tak powinno być.

To ja trochę pomarudzę. Nie widzę w tekście tego Miasta Marzeń (o czym już pisali inni).  Nie podoba mi się, że przez większość tekstu bohaterowie nie mają imion/ksywek/czegokolwiek. Dzieci są anonimowymi chłopcem i dziewczynką. Chłopak jest synem wpływowego naukowca bez nazwiska. I tak dalej.  To sprawia, że ani nie przejmuję się ich losem, ani – jak dla mnie – nie żyją. 

Powtórzę też za innymi, że sama opowieść napisana jest przyzwoicie i da się przeczytać.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ostatnie zdanie zepsuło mi i tak średnie wrażenie, które wywarło opowiadanie.

W historii jest mnóstwo niedopowiedzeń a wędrowiec niby opowiada, ale nie mówi wszystkiego. Właściwie całość została sprowadzona do znalezienia dziewczynki, dziesięcioletniego przeskoku w czasie i pojawienia się kolejnej dziewczynki. A kiedy mleko się wylało, nastąpiło kilkuzdaniowe wyznanie i zaraz potem rozstanie.

Nie podoba mi się, że bohaterowie, mieszkańcy Metropolii, zostali ukazani w sposób absolutnie wyizolowany z otoczenia. Nie mam pojęcia, jak wyglądało miasto, jak życie w mieście.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Źle zapisujesz dialogi, zajrzyj tu: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550. Nadużywasz zaimków. Wiele zdań wymaga remontu.

 

Opo­wiem wam pewną hi­sto­rię – rzu­cił jakby od nie­chce­nia – Byś może tru­dzę się po próż­ni­cy… – Brak kropki na końcu zdania. Literówka.

 

Naj­waż­niej­szym było, że w końcu do­tar­ła do celu.Naj­waż­niej­sze było, że w końcu do­tar­ła do celu.

 

Wciąż jesz­cze od obrze­ży mia­sta, roz­cią­ga­ją­cych się ki­lo­me­tra­mi wokół Me­tro­po­lii slum­sów, dzie­li­ły ją ki­lo­me­try. – Powtórzenie.

 

Po­wo­li za­czę­ła scho­dzić z piasz­czy­stej wydmy ku do­li­nie… – Czy wydma mogła być inna niż piaszczysta?

 

doj­rza­ła­by w nich wy­drą­żo­na, za­cie­nio­ne ja­ski­nie…– Literówka.

 

Być może wła­śnie dla­te­go sku­pia­ła ona na sobie uwagę każ­de­go, kto miał oka­zję uj­rzeć, gdyż przy­zwy­cza­ili do tego jej miesz­kań­cy. – Nadmiar zaimków.

 

ale i uli­to­wał się nad nią. Nie mogę po­wie­dzieć, by jego li­tość była li­to­ścią doj­rza­łą… – Czy to celowe powtórzenia?

 

Nie­odmien­nie od­po­wia­da­ła na wszyst­kie , choć­by za­ha­cza­ją­ce o ten temat… – Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

nigdy nie prze­sta­ła czuć się sa­mot­na, jed­nak dzię­ki tej dwój­ce nie było to tak do­tkli­we uczu­cie. – Powtórzenie.

Może: …nigdy nie prze­sta­ła czuć się sa­mot­na, jed­nak dzię­ki tej dwój­ce nie było to tak do­tkli­we doznanie.

 

Pierw­szym, co zro­bi­ła, zna­la­zł­szy się w domu, było od­sło­nię­cie za­słon. Przez oszklo­ną ścia­nę śle­dzi­ła wzro­kiem od­da­la­ją­ce się syl­wet­ki Kaira i Iri­dan. […] aż w końcu po­wie­ki jej opa­dły i za­snę­ła z głową opar­tą o szkło. – Przez cały czas tkwiła pod ścianą, aż usnęła? Na stojąco?! ;-)

 

Pokój tonął w pół­mro­ku oświe­tla­nym je­dy­nie ni­kłym bla­skiem ku­li­stych lamp oświe­tla­ją­cych ulicę za oknem. – Powtórzenie. Czy istniała możliwość, by lampy oświetlały ulicę przed oknem? ;-)

 

Aria wsta­ła z za­mia­rem za­cią­gnię­cia za­słon… – Z czego wstała Aria, skoro cały czas stała? ;-)

 

Ko­bie­ta sku­pi­ła na niej swój wzrok. – Czy mogła skupić cudzy wzrok?

 

Bro­da­ty męż­czy­zna sie­dział na pnia­ku ze zwie­szo­ną głową… – Czy mężczyzna istotnie siedział na pniaku, który miał zwieszoną głowę? ;-)

 

Nie miała pew­no­ści czy dziew­czyn­ka, którą zo­ba­czy­ła w rze­czy­wi­sto­ści, ist­nia­ła. – Skoro widziała w rzeczywistości, to istniała. Chyba że miało być: Nie miała pew­no­ści czy dziew­czyn­ka, którą zo­ba­czy­ła, w rze­czy­wi­sto­ści ist­nia­ła.

 

Była zaś pewna, że dziew­czyn­ka, która zo­ba­czy­ła, była jej młod­szą wer­sją. – Literówka.

 

ta­jem­ni­ca, jaką była dla niej dziew­czyn­ka,wy­glą­da­ją­ca… – Brak spacji po przecinku.

 

po­czu­ła prze­moż­ną chęć, by jakiś spo­sób… – Pewnie miało być: …po­czu­ła prze­moż­ną chęć, by w jakiś spo­sób…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

i ju!

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Nowa Fantastyka