- Opowiadanie: Skoneczny - Ośmiornica

Ośmiornica

 Już dawno* chodził za mną pomysł zupełnie innego spojrzenia na nekromancję i w końcu udało mi się podać go w sosie filozoficznego sci-fi. Zapraszam do gimnastyki wyobraźni ;)

 

*EDIT ANNO DOMINI 2016: Pomysł ten chodził mi po głowie dawno z perspektywy marca ‘15. Dzisiaj powiedziałbym, że chodził mi po głowie BARDZO dawno ;)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

dj Jajko

Oceny

Ośmiornica

Swego czasu w mieście Empiris żył pewien chłopiec. Największym marzeniem pięciolatka było mieć własnego pieska, a że był grzecznym dzieckiem, jego rodzice zdecydowali się przygarnąć kundla ze schroniska. Wspólnym zabawom małego Loesia i jego pupila Ventusa wydawało się nie być końca, niestety wydarzył się nieszczęśliwy wypadek. Piesek wpadł do niezabezpieczonej studzienki kanalizacyjnej i być może skończyłoby się na strachu, gdyby spadając nie uderzył głową w wystający pręt.

Chłopiec nie mógł znieść śmierci przyjaciela, lecz jego rozpacz nie trwała długo. Loeś został odesłany do Akademii, gdy jego przerażeni rodzice zobaczyli biegającego po ogrodzie Ventusa z przetrąconym karkiem, grzecznie przynoszącego piłeczkę swojemu panu.

 

* * *

 

Obskurny pokój przypominał starą piwnicę. Leżące w kątach sterty zakurzonych gratów dopiero niedawno przypomniały sobie ciepło światła świec.

– Loen Polysqiud, nieczłowiek, mężczyzna, lat dwadzieścia siedem, sześciokrotnie oskarżany o bezczeszczenie zwłok, trzykrotnie o zabójstwo, ośmiokrotnie o morderstwo… – czytał Devlin Cargyle, gruby łysol w średnim wieku.

– Oskarżony i uniewinniony. I nie jestem nieczłowiekiem – wybuczał obojętnie Loen.

Siedział przy stole, opierając głowę na prawej dłoni, paznokciami lewej irytująco stukając w blat. Jego przymknięte oczy były podkrążone i przekrwione, twarz blada, włosy brudne i potargane.

– Dlaczego wyrzucili cię z Akademii?

– Sam odszedłem – rzucił.

– Dostałeś klasyczne ultimatum: albo odchodzisz sam albo cię wyrzucamy i wpisujemy w papiery, że jesteś nieczłowiekiem. I całe życie pod kloszem Kontroli Nieludzi.

– Nawet jeśli, to co?

– Zupełnie nic. Po prostu weryfikuję dane. – Devlin wzruszył ramionami.

– Jak się tu znalazłem?

– Zasnąłeś na ławce, podlecieliśmy samolewitem… – Grubas uśmiechał się ironicznie.

– Ja nie sypiam.

– Nie sypiasz?

– Nie na ławkach – poprawił się nieudolnie.

– Dziwny z ciebie człowiek… – Cargyle dobitnie zaakcentował pierwszy i ostatni wyraz – Jak jasno według ciebie może świecić ten żyrandol?

Loen spojrzał w górę. Pokój rozświetlał duży, stylizowany na starodawny, świecznik. Możliwe, że porywacz był bogatym ekscentrykiem, ale to, że oświetlenie nie było syntetyczne, mogło też wynikać z pewnych podejrzeń, które Polysquid podzielał.

– Nie jaśniej niż te… raz. – Światło zmieniało się w zastanawiający sposób. Płomienie świec wydawały się tak samo jasne, jednak nieduże pomieszczenie stopniowo pogrążało się w mroku, aż do całkowitej ciemności, przełamywanej tylko przez jasne punkciki na czubkach knotów.

Zanim zdążył skomentować, oślepił go nagły rozbłysk.

– Za jasno? – spytał drwiąco Devlin.

– To nie było konieczne. – Loen mrugał intensywnie, próbując odzyskać wzrok.

– Tak samo jak wskrzeszanie Wielkiego Drakona na jego własnym pogrzebie i zmuszanie jego ciała do powiedzenia „aluryści są spoko”… – kontynuował grubas.

Kościół Drakonitów oddawał boską cześć zaginionym trzy tysiące lat temu smokom, Aluryści widzieli w gadach źródło zła, a sami czcili Nera, Smokobójcę z Aloor, który, według Drakonitów, nigdy nie istniał.

– Wydało mi się to zabawne i prowokujące do myślenia.

– Akcja trochę w stylu Przebudzenia, nie uważasz?

– Nie uważam. Nikt przy tym nie umarł, nic nie wybuchło, sprawą zajmuje się tylko Kontrola Nieludzi, bez policji.

Devlinowi widocznie nie spodobała się odpowiedź Loena.

– Przebudzenie to według ciebie terroryści? – spytał ostrożnie.

– Idealiści bez planu, rozwiązują nieistniejący problem w najgłupszy możliwy sposób… A może powinienem powiedzieć: „rozwiązujecie”?

– Mów, co chcesz – rzucił obojętnie Cargyle.

– Nie ma żadnego ucisku, z którym należałoby walczyć. Żyję tak jak wszyscy „nielegalni” nieludzie już ponad dziesięć lat i nie mam z tym żadnych problemów. – Rozmowa nabierała tempa.

– Żyjesz w ukryciu.

– I nie mam zamiaru tego zmieniać. Mój talent to nie jest coś, czym chciałbym się chwalić.

– Może inni nie podzielają twojego zdania? – Rozmawiający wydawali się nie dogadywać.

– To może porwijcie kogoś innego.

Nieludzie chwilę patrzyli sobie w oczy. Devlin podszedł do drewnianej komody w rogu pokoju i wyciągnął z niej kilka kartek. Loen podparł brodę na kciukach.

– Czego ugrupowanie terrorystyczne Przebudzenie chce od szarego obywatela Loena Polysquida?

Cargyle rzucił papiery na stół.

– Ciekawi mnie – zaczął oskarżycielskim tonem – co szary obywatel Loen Polysquid miał na myśli, wypowiadając następujące zdania, kilka dni przed opuszczeniem Akademii: „Musiałem się na nich rozciągnąć, te ciała były jeszcze zdatne, a już niezamieszkałe. Mój umysł się rozrósł, to doprowadza mnie do obłędu, nie mogę myśleć tak szeroko, jak muszę. Jeślibym tego nie zrobił, oszalałbym.” Ciekawi mnie też, jak rzeczony obywatel sobie z takimi problemami poradził, bo na szalonego nie wygląda.

– Ciekawość to pierwszy stopień do Niebytu. – Loen wyglądał na lekko wyprowadzonego z równowagi, ale mówił spokojnie.

– Niebyt nie istnieje.

Polysquid wstał z krzesła i skierował się w stronę drzwi.

– Mogę wyjść?

– Możesz – odpowiedział spokojnie grubas. – Nie mogę cię zmusić, abyś tu został i pomógł. Nie mogę cię też zmusić do poddania się testom człowieczeństwa. Zgodnie z obowiązującym prawem nikt nie może cię do tego zmusić. Ale niewykluczone, że sam będziesz chciał to zrobić, gdy w twoich papierach, w rubryczce „rasa” w niewyjaśnionych okolicznościach pojawi się wpis „nieczłowiek”. Będziesz musiał to zweryfikować, jeśli nie chcesz pozostać do końca życia pod nadzorem Kontroli. No ale skoro, jak mówisz, jesteś człowiekiem, to nie masz się czego obawiać, testy to wykażą… – Devlin uśmiechnął się szeroko.

– Nie możecie tego zrobić.

– Jesteś tego na tyle pewien, aby wyjść?

Loen zamarł w bezruchu.

– Co, jeśli w tej chwili umrzesz?

– Słucham? – Devlin nie spodziewał się groźby.

– Ten pokój jest oświetlony ogniem. Nie używacie Energnetu, ktoś z was domyśla się, czym on może być. W związku z tym gdziekolwiek byśmy się teraz nie znajdowali, to nie ma tu kamer, ani żadnych innych syntetycznych urządzeń, które mogłyby kogokolwiek powiadomić, że nie żyjesz.

– W jaki sposób miałoby ci się to udać? Jestem od ciebie silniejszy, nie masz broni, a ja mogę mieć, nigdy nie wiesz. Nie masz pojęcia, czy za drzwiami nie stoi tuzin uzbrojonych najemników. Poza tym wydaje mi się, że nie doceniasz roli światła. A w ogóle po co miałbyś to robić?

– Zagroziłem ci śmiercią. Nie powinieneś martwić się o życie, zamiast kwestionować moich motywacji? Cokolwiek spotka mnie po twojej śmierci, nie będzie cię już obchodziło jako trupa.

– Nie zabijesz mnie. – Devlin zrozumiał, że Loen mu nie groził. Loen go sprawdzał.

– Zmieniam martwych w żywych, skąd wiesz, że to działa tylko w jedną stronę?

– Wcale nie zmieniasz martwych w żywych i jestem przekonany, że to, co robisz, działa w jedną stronę – odrzekł spokojnie Cargyle.

– Jesteś tego na tyle pewien, aby mnie szantażować?

Chwila ciszy. Gruby ważył słowa, wiedział, że od tego, co powie, zależy przyszłość całej operacji.

– Nie przestraszysz mnie perspektywą śmierci. Wiem, co się stanie z moją świadomością, czy jak to kiedyś określiłeś, umysłem. Obaj wiemy, co się wtedy dzieje w większości przypadków. Moje pytanie brzmi: czy wiesz, co stałoby się z tobą? Bo tu sprawa może wyglądać inaczej. – Devlin po części blefował.

– Nie boję się śmierci… – skłamał Loen.

Cargyle'owi bardzo ulżyło, gdy usłyszał wymijającą odpowiedź. To znaczyło, że jedyna karta przetargowa, jaką mieli, nadal była cokolwiek warta.

– Wierzę – skłamał Devlin. – Wierzę też, że gdybyś trochę bardziej rozumiał naturę swojego istnienia, a taką nagrodę mogę ci prawie obiecać, twoje życie okazałoby się dużo prostsze.

I dużo trudniejsze pod nadzorem Kontroli, dodał w myślach Polysquid, siadając na krześle. Devlin odetchnął z ulgą.

– To jaką zbrodnie będzie mi dane popełnić w imię wolności nieludzi? – Loen udał entuzjazm.

– Morderstwo – rzucił szybko gruby. – A następnie wskrzeszenie, czy może od-morderstwo, jeśli wolisz.

– Ale to nie jest tak, że…

– Wiem, jak nie jest. Uwierz mi, mamy dość szerokie pojmowanie twojego talentu. – Devlin uciął tłumaczenia.

Loen nie miał pojęcia, ile wie gruby, ale sceptycznie oceniał jego zrozumienie tematu. Tym niemniej wynagrodzenie, o jakim wspomniał, wydawało się co najmniej warte zbadania sprawy.

– Okej. – Pokiwał głową. – Kogo?

– Co – powiedział dobitnie Cargyle.

– Pytałem, kto jest celem – sprecyzował ten drugi, przekonany, że grubas nie dosłyszał.

– Wiem, o co pytałeś, a ja zaproponowałem lepsze pytanie. Nie „kogo”, a „co”.

Loen schował twarz w dłoniach, zamknął oczy i zastanowił się dłuższą chwilę. Szukając rozwiązania spojrzał w górę.

Żyrandol.

Zamarł w bezruchu. Znalazł najbardziej niedorzeczną odpowiedź, a myśl, że była ona właściwą, wydała się równie niedorzeczna. Rzucił okiem na Devlina, ten uśmiechnął się i twierdząco kiwnął głową. Polysquid głośno wypuścił powietrze i wgapiony w podłogę, kilka razy szeroko otworzył oczy.

Cargyle parsknął cicho.

– Przyznasz, że ambitne?

– Zbyt ambitne. Macie pewność, że…

– Już kilkanaście lat temu rozmiar sieci się zgadzał. A teraz jest dużo większy.

Devlin był niemal pewien, że osiągnął sukces.

– Poza faktem, że jestem szantażowany, nie podoba mi się jeszcze jedna rzecz i nie będę się na nią godził. – Wyglądało na to, że Loen wreszcie pozbierał myśli.

– Mianowicie? – Cargyle zaniepokoił się.

– Przestań mi przerywać.

Obaj uśmiechali się szeroko.

 

* * *

 

Martwy piesek biegł za swoim panem aż do samej Akademii, gdzie, po wstępnym zdiagnozowaniu talentu Loenka, został później wpuszczony. Z racji różnorodności talentów adeptów Akademii zwierzęta były tam dosyć popularne, jednak, w przeciwieństwie do Ventusa, były na ogół żywe. Po kilku miesiącach zgłębiania tajników Wszechświadomości Loen zrozumiał, że Ventus nigdy nie wrócił ze studzienki kanalizacyjnej. Pies mógł wydawać się martwą marionetką, za której sznurki pociągał młody adept, choć było w tym coś więcej. Loen nie sterował Ventusem, Loen nim był. W dużo mniejszym stopniu niż samym sobą, ale nadal. Rozdzielona świadomość rozrastała się równomiernie: człowiek z każdym dniem stawał się bardziej człowiekiem, pies z każdym dniem stawał się bardziej psem. Część umysłu Loena będąca psem miała do dyspozycji psie ciało, odruchy, instynkt, a nawet psie wspomnienia, ale mimo bycia psem najbardziej jak tylko jest to możliwe – nie była Ventusem.

Młody Polysquid szybko doszedł do wniosku, że naturalniej będzie zakończyć bycie psem. Nieco później uzmysłowił sobie, że żadne żywe stworzenie, nie może, ot tak, przestać być, samą siłą woli zakończyć własnego istnienia. Prawdziwy Ventus przestał być, bo zmusił go do tego spisek grawitacji i wystającego pręta.

Zabicie własnego psa rozniosło się szerokim echem po Akademii. Profesorowie, tradycyjnie nazywani Czarnoksiężnikami, podchodzili teraz do niego jak do adepta niestabilnego psychicznie, których było tu kilku, i którzy określani byli „adeptami wzmożonego ryzyka”. Inni studenci z reguły starali się omijać winnego szerokim łukiem, byli i tacy, którzy atakowali Loena pytaniami w stylu „jak mogłeś zabić pieska?” albo pocieszali, mówiąc, że nic się nie stało, „bo i tak był martwy”.

Poruszenie w zewnętrznym środowisku było absolutnie niczym w porównaniu z burzą szalejącą w głowie młodego adepta. Zaliczał się on teraz do skrajnie wąskiego grona żywych samobójców, ale to było najmniejszym z jego problemów. Rozpostarta świadomość strzeliła jak naciągnięta guma, której jeden koniec puszczono. Wspomnienia i instynkty psa umarły razem z nim, ale pozostało klaustrofobiczne poczucie dawnego postrzegania rzeczywistości ze zwierzęcej perspektywy. Rosnący równolegle w dwóch głowach umysł musiał teraz zmieścić się w jednej. Loen pamiętał, że psi świat był zupełnie inny od ludzkiego, chociaż z braku wspomnień nie umiał wskazać konkretnych różnic. Było po prostu inaczej.

Cała rzeczywistość wydała mu się przez to mniej autentyczna, mniej pewna. Zaczął podejrzewać, że każda świadoma istota postrzega swoje otoczenie skrajnie inaczej. Przy totalnej względności świata, nasza percepcja jest dla nas optymalna, może nie powinniśmy więc jej zmieniać? A już szczególnie na psią.

Poza tego typu problemami Loen ciężko znosił przestawienie się na myślenie tylko jednym torem. Nie był w stanie prowadzić dwóch osobnych ciągów myślowych ani nawet ich ze sobą połączyć. Wynikało to z tego, że psie myśli były zupełnie niewerbalne i kierowały się zupełnie innymi zasadami. Ponadto o wiele za duży umysł Polysquida rozrastał się, co paradoksalnie było wzmagane właśnie takimi rozważaniami oraz studiowaniem Wszechświadomości, którym musiał się zajmować w Akademii. Znalazł się w spirali obłędu i nie za bardzo wiedział jak znaleźć się gdziekolwiek indziej.

Tymczasem życie rodziców Loena toczyło się dalej. Bardziej zdezorientowani niż zrozpaczeni, nie byli w stanie pogodzić się z tym, że ich syn jest nieczłowiekiem. Polysquidowie byli ludźmi dosyć prostymi, może nawet ograniczonymi. W zrozumieniu sytuacji, w jakiej się znaleźli, nie pomagała ksenofobiczna popkultura, która demonizowała nieludzi, wobec ludzi była dosyć obojętna, a gloryfikowała Trzecią Rasę. I może właśnie przez to pół roku po odesłaniu syna do Akademii, rodzice Loena adoptowali kilkunastoletnią dziewczynę.

W pewnym sensie.

 

* * *

 

– Co sądzisz o syntetykach?

Przestronny samolewit-van bezszelestnie sunął po skalistych bezdrożach otaczających Empiris. W środku znajdowało się pięcioro nieludzi, wśród nich Loen i Devlin. Pozostałą trójkę stanowili czarnoskórzy bliźniacy i niewysoka, ruda dziewczyna.

– Halo, jesteś tam? – spytała Loena ignorującego jej pytanie tak samo jak rzeczywistość dookoła siebie.

– Co? – Polysquida przez chwilę faktycznie tam nie było, ale już wrócił.

– Pytałam, co sądzisz o syntetykach?

– Są spoko – rzucił Loen, silnie akcentując.

– No i co jesteś taki cyniczny? Moje pytanie nie było głupie tylko głębokie. Nasz cel to w sumie syntetyk, dobrze wiedzieć, co o tym myśli Loen Polysquid, pan życia i śmierci, gwóźdź programu, wbrew własnej woli porwany z…

– Moja siostra była syntetykiem. – Zdanie Loena musiało wydać się rudej na tyle interesujące, że sama przestała mówić. – Moi rodzice kupili ją po tym, jak odesłali mnie do Akademii. Chcieli wychować człowieka, widocznie przypominała go bardziej niż ja.

– Poznałeś ją?

– Ta, jak wyszedłem z Akademii, stwierdziłem, że wrócę do domu, wytłumaczę się z tego kim jestem. To był głupi pomysł… No i tam na nią wpadłem. Na początku było dziwnie, wtedy jeszcze syntetyków nie było tak dużo jak dzisiaj, nie za bardzo wiedziałem, co myśleć. Ale…

– To musiało być spierdolone. Ktoś spał w twoim łóżeczku. Ktoś jadł twoją owsiankę. W sumie mógłbyś być siedmioma krasnoludkami naraz, nie?

Mała ruda istota, zwana Elbą, nie zrobiła na Loenie dobrego pierwszego wrażenia. Gdy tylko się poznali, zaczęła go obrażać, potem kolejno wywyższać się, szydzić i narzekać. Polysquidowi nie podobało się, że znowu weszła z nim w interakcję, ale wiedział, że skoro mają współpracować, to rozmowy były raczej nieuniknione.

– Czy przerywanie zdań to epidemia panująca tylko w tym ugrupowaniu terrorystycznym, czy w innych też?

Prowadzący vana Devlin parsknął. Jeden z bliźniaków obrzucił Loena pogardliwym spojrzeniem i zrobił minę jakby powstrzymywał się przed splunięciem, drugi spał. Wyglądało na to, że nikomu nie podobało się bycie nazwanym terrorystą.

– No dobra, nie pusz się, tylko mów. Znaczy, jak tam chcesz w sumie.

Loen nie był pewien, czy chce.

– No w każdym razie – zaczął lekko zrezygnowany – dogadywaliśmy się do tego stopnia, że przeze mnie odeszła jakieś czterdzieści lat wcześniej niż powinna.

Elba zmarszczyła czoło.

– Czyli to prawda? Im więcej myślą, tym szybciej odchodzą? – zaciekawiła się.

– Im intensywniej. Starzy tego nie rozumieli, płakali, że ją zabijam. Mieli rację.

– Skoro umarła, to kim jest teraz? – dopytywała ruda.

– Nikim. Nie żyje – odpowiedział szybko Loen.

– Ale w jej ciele jest ktoś nowy, nie? Nie interesowałeś się, kto to?

– Nikt!

– Brzmisz jakbyś był dumny. Te rozmowy, robiłeś to celowo? – spytała z obrzydzeniem.

Loen w istocie był dumny, ale z zupełnie innego powodu. Do tego co faktycznie zrobił, nie mógł się przyznać nikomu. Nie zrozumieliby.

– Trudno byłoby z kimś rozmawiać niecelowo, nie?

– Nie o to mi chodzi.

– Nie zrozumiałabyś odpowiedzi, o którą ci chodzi.

– Mogłabym spróbować, gdybyś powiedział! – oburzyła się.

– Okey. Nie chciałem jej zabijać. Nie zabiłem jej. Chciałem żeby umarła. Umarła przeze mnie. Zrozumiałaś?

– Zrozumiałam, że jesteś pieprzonym burakiem.

Wyglądało na to, że Elba się obraziła. Loen miał nadzieję, że tak było.

Kilkanaście minut później Devlin zatrzymał samolewit, po czym cała piątka wyszła na zewnątrz. Ogromny monolit reaktora numer siedem był oddalony o jakiś kilometr. Polysquid skierował wzrok w górę. Matowe nocne niebo było produktem ubocznym społeczeństwa. Warstwa gazów otaczająca planetę gwarantowała nieprzenikniony mrok nocą, za dnia nieudolnie pełniąc rolę warstwy ozonowej, którą wygryzła. Brutalnie obudzony Erik przeciągnął się i ziewnął głośno.

– Zaczynamy?

– Najwyższy czas. Pamiętasz wszystko? – Devlin patrzył na Elbę.

– Ta, lecę – odrzuciła Elba i zniknęła.

– Niewidzialna? – zaciekawił się Loen.

– Nie. Chłopaki mówią, że bywa – odpowiedział Devlin, uśmiechając przebiegle.

Polysquid zwrócił pytający wzrok na bliźniaki.

– Elba bywa – parsknął Charles.

– Czasem jest, czasem jej nie ma – dokończył Erik i wrócił do pojazdu.

– Talent Elby polega na tym, że w dowolnej chwili może przestać istnieć. A potem z powrotem zacząć w niezmienionej formie – wytłumaczył Devlin.

– Ty zastanawiasz się, czy to bardziej niewidzialność, czy teleportacja, a my mówimy po prostu, że bywa – dodał Charles, uśmiechając się.

Polysquid nie dał tego po sobie poznać, ale imponowała mu taka umiejętność. Zastanawiał się teraz, czy gdyby on miał okazję raz na zawsze przestać być, to by ją wykorzystał. Skoro Elba faktycznie przestaje istnieć, to wie, co jest po drugiej stronie, więc dlaczego za każdym razem wraca? A może jej talent to zupełnie coś innego?

– Co teraz? – spytał w końcu.

– Czekamy, aż Elba da znać, że zewnętrzna ochrona nie stanowi problemu. Mamy kilkanaście minut – odrzucił Devlin, siadając na piachu.

– Czyli nie żyje?

– Nie stanowi problemu – podkreślił spokojnie acz stanowczo grubas.

Loen uśmiechnął się pod nosem, co nie umknęło uwadze grubego.

– Jeśli myślisz, że twoje powody są w jakiś sposób lepsze od naszych to pamiętaj, że nasze powody są też teraz twoimi – przypomniał sztucznie uprzejmym tonem.

Polysquid splunął. Wyglądał na zdegustowanego, chociaż wiedział, że metody Przebudzenia podobały mu się dużo bardziej, niż Przebudzeniu podobać się będzie rezultat misji.

– I wysyłamy tam jedną osobę? Co ze wszystkimi zabezpieczeniami?

– Nie ma innych zabezpieczeń. Siatka, kilku strażników i wielki sześcian o boku długości boiska do dragballu.

– I nikt wcześniej nie próbował coś przy tym kombinować? – dziwił się Polysquid.

– Nie ma innych zabezpieczeń. Siatka, kilku strażników…

Loen przełknął slinę i potarł się po czole. Deja vu?

– Nikt wcześniej nie próbował coś… – spróbował powtórzyć. Pamiętał jak zaczynał to zdanie ale każda kolejna sekunda wydawała się mniej prawdopodobna, nagle cały ten moment zniknął, pozostało tylko wspomnienie jakiejś niezgodności z logiką.

– Nie ma innych zab… – odpowiedź Devlina rozmyła się niebezpiecznie.

U ła, pomyślał Loen i schował twarz w dłoniach, biorąc głęboki wdech przez szparkę między palcami. Nic takiego nie działo się wcześniej. Podejrzewał, o co może chodzić. Zmęczony nienaturalnie rozrośniętą świadomością mózg zwyczajnie psuł się ze starości, był już zbyt wyeksploatowany.

Teraz albo nigdy, pomyślał.

Albo zawsze, pomyślał ktoś inny.

W tym momencie Loen wiedział już, że nie ma sensu szukać logiki w tym, co się dzieje. Pogodził się z myślą, że jednak było już za późno. Żegnał się ze światem, żałując, że Przebudzenie nie znalazło go wcześniej.

– Wszystko ok?

Nie znał Devlina długo, ale nigdy wcześniej nie był mu tak wdzięczny. Cokolwiek i jakkolwiek grubas zrobił swoim pytaniem – podziałało. Wszystko wróciło do względnej normy.

– Teraz tak – odpowiedział, mrugając intensywnie.

– Wyglądałeś dziwnie – rzucił Cargyle z nietypową mieszanką troski i obrzydzenia.

– Ty też… – wyszeptał pod nosem Polysquid.

Było minęło, pomyślał.

Pustynia otaczająca Empiris, nocą wydawała się jeszcze spokojniejsza niż za dnia, ale dla Loena był to spokój w jakiś sposób nienaturalny. Miał nadzieję, że dziwne poczucie było efektem załamania, którego przed chwilą doświadczył. W obecnej sytuacji lepiej było szybko o tym zapomnieć. Spojrzał na vana. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to według Przebudzenia świat będzie dla nieludzi zupełnie inny niż dotąd, a co robi jeden z członków samozwańczego ruchu wolnościowego do ostatniej chwili? Śpi. Nie powinien zastanawiać się, jak będzie? Z drugiej strony jaka jest różnica pomiędzy niemyśleniem, a myśleniem, z którego nic nie wynika? Po kilku minutach postanowił przerwać ciszę oczekiwania.

– Charles, tak? – Nie był pewien, czy dobrze zapamiętał imię.

– Charles – potwierdził czarnoskóry nieczłowiek, nie przerywając rozwiązywania krzyżówki.

– Mogę ci mówić Charlie?

– Nie – rzucił oschle.

Początek rozmowy nie wydawał się obiecujący.

– Tak sobie myślałem… – ciągnął Polysquid mimo to.

– Robię coś – uciął bliźniak – i nie za bardzo chce mi się z tobą gadać.

No trudno, pomyślał Loen.

Z każdą minutą tkwienie na pustyni stawało się coraz bardziej nużące. Może w zwyczajnej sytuacji kilka minut postoju nie zrobiłoby różnicy, ale dla Polysquida każdy, dowolny moment mógł być ostatnim. Dla odstresowania mógłby się przejść, gdyby nie fakt, że dookoła nie znajdowało się absolutnie nic, co nadawało się na cel spaceru. Oprócz monolitu.

Na szczęście niedługo później pojawiła się Elba.

– Budź Erika i zbieramy się. – Zarządził gruby, patrząc na Charlesa.

– Jak to wygląda? – rzucił do Elby.

– Tak jak powinno – odpowiedziała z miną profesjonalistki.

 

* * *

 

Jakiś czas później drużyna znalazła się pod siatką ogradzającą monolit. W zasięgu wzroku Loena było pięć ciał. Zastanawiał się, kim byli jeszcze moment temu, dopóki nie uświadomił sobie, że pewnie i tak zaraz się tego dowie.

– Myślę, że oni powinni iść z nami, skoro już mamy taką możliwość – zasugerował dobitnie Cargyle.

Polysquid popatrzył na niego z obrzydzeniem.

– Są zbyt świeży. Jeszcze jest w nich za dużo wspomnień, to mogłoby mnie… – przerwał.

„Teraz to już bez różnicy”.

– W sumie… Niech pójdą – dodał po chwili.

Wszyscy oprócz Loena zamarli na sekundę. Jeszcze ciepłe, odziane w egzopancerze ciała wartowników zaczęły wstawać. Chociaż garstka członków Przebudzenia dobrze wiedziała czego spodziewać się po Polysquidzie, na taki widok ciężko było się przygotować. Gorsze od niego było jednak niesprecyzowane, niepokojące poczucie obecności…

– Erik – wypowiedział Devlin starając się skoncentrować.

Jeden z bliźniaków wbił wzrok w siatkę, a ta zaczęła się rozpuszczać.

– Magnetyzm? – zapytali jednocześnie Polysquid i jeden z tępo wpatrzonych w przestrzeń strażników.

– Ciepełko – odrzekł Erik, uśmiechając się lekko.

– To mi nie wyglądało na przetapianie – zauważył Polysquid.

– Efekty świetlne nie zagrały tak, jak powinny – wyszczerzył się Devlin.

Na niedługiej drodze do reaktora Loen zaczął zastanawiać się nad Charlesem. Nieczłowiek, najwyraźniej pasjonat krzyżówek, różnił się od swojego brata praktycznie tylko syntetycznym ramieniem. Podczas całej drogi najmniej się udzielał, nawet jeżeli w klasyfikacji uwzględniać Erika, który dobre kilka godzin nie udzielał się wcale, bo spał.

Jego myśli dosyć płynnie zsunęły się z tematu bliźniaków na wielki, czarny prostopadłościan znajdujący już tylko kilka metrów od niego. Pamiętał jak przez mgłę czasy, w których pomysł zastąpienia wspólnym zamiennikiem Sieci i Energii wydawał się czymś abstrakcyjnym. Dopiero teraz docierało do niego, jak agresywnie popularyzowana była ta koncepcja. Energnet był niewyobrażalnie wręcz powszechny, upadki dostawców Sieci i placówek energotwórczych przeszły w społeczeństwie bez większego echa. Wszystko to zastało zastąpione ośmioma monolitycznymi reaktorami. Rozmaite teorie spiskowe do dziś kwestionują logikę działania Energnetu, wręcz zakładają, że nie ma on prawa istnieć. Podobne kwestie wydawał się rozważać rozmawiający z Erikiem Devlin.

– Energnet działa w oparciu o prawa fizyki, których jeszcze nie ma, nic dziwnego, że z tym gównem idzie tak ciężko.

Zadaniem Erika było teraz przepalenie lub przetopienie otworu do środka monolitu. Mężczyzna klęczał metr od idealnie gładkiej ściany budynku, trzęsąc się.

– Wszystko z nim okey? – zaniepokoił się Loen.

– Okey – odrzekł niespodziewanie Charles.

– Skąd wiesz?

– Talent.

– Medyk? – strzelił Polysquid.

– Słabo ci idzie to zgadywanie – zaśmiał się raczej nie medyk. – Czuję jego zdolność. Ciężko to wytłumaczyć. Gdyby mnie tu nie było, to Erik na nic by się nie przydał. Im dalej jesteśmy od siebie, tym mniej jesteśmy nieludźmi.

– Jak to?

– Tak to – odrzucił szybko bliźniak.

– Wytłumacz – doprecyzował Polysquid.

– Często robimy testy człowieczeństwa. Jak jesteśmy wtedy daleko siebie, to wychodzą pozytywne, jak blisko negatywne. Ale żeby zrozumieć ten żart, musiałbyś widzieć miny lekarzy, którzy losowo wybierają, jaką rasę wpisać jako rezultat, kiedy ustawimy się w idealnej odległości od siebie.

– Idealnej czyli takiej, żeby wynik testu był niemożliwy do zinterpretowania?

Charles odpowiedział bezczelnym uśmiechem, następnie zaczął wywód, którego Loen się nie spodziewał.

– Bawi mnie, że im bardziej ludzie starają się definiować, tym bardziej natura wychodzi poza te definicje, obdarzając nieludzi talentami, które nieraz ciężko jest zrozumieć, a co dopiero opisać słowami. Za czasów kiedy jeszcze nazywano nas Dziwnymi, moce były proste. Telekineza, niewidzialność, bilokacja, kontrola pogody, latanie. Je wszystkie da się opisać jednym zdaniem, czasem jednym słowem. A dzisiaj? Dzisiaj nie masz pojęcia, czy jutro obudzisz się w tym samym świecie. Pamiętasz, jak kilka lat temu przez jakiś tydzień nikt nie widział niebieskiego koloru?

– Pamiętam. Jakiś pięciolatek zdenerwował się, bo wmuszali mu pampuchy.

– No właśnie. Kolor przestał istnieć na siedem dni, przez kaprys dziecka. A takie rzeczy na mniejszą skalę dzieją się wszędzie i w każdej chwili. Stoimy przed ścianą tak czarną, że jakbyś się jej przyjrzał, to mógłbyś oszaleć, i tak wytrzymałą, że w tej chwili Erik rozgrzewa ją do takiej temperatury, że gdyby nie kontrolował też powietrza dookoła, to my już dawno byśmy się rozpuścili. A monolit nie drgnął. Ludzie nic nie widzą. Skoro nie dostrzegają, że Energnet jest nieludzki, to nic dziwnego, że nie zauważają braku sensu definiowania w kółko. Chcecie mi koniecznie coś wpisać w rubryczce „rasa”? To wpiszcie po ćwiartce z człowieka, nieczłowieka, syntetyka i kury nioski dajmy na to. Bo dlaczego nie? Próba zdefiniowania czym jesteśmy, nawet nieskończoną ilością słów, nie ma sensu, nie wspominając o tysiącu czy jednym, jak to chcą robić ludzie – skończył wreszcie.

Loen myślał chwilę, następnie zaśmiał się na głos z własnych wspomnień.

– Ja wiem, dokładnie czym jesteśmy – powiedział radośnie.

– Każdy wie, ale nie opiszesz tego…

– Opiszę. Jednym słowem – rzekł dumnie.

Wyglądało na to, że epidemia przerywania cudzych zdań dopadła i jego.

Charles zmarszczył się.

– Oświeć mnie w takim razie – parsknął.

Polysquid wbił pusty wzrok w ziemię, jakby szukał czegoś w swojej głowie.

– Jestem samolotem.

 

* * *

 

Rodzeństwo Polysquidów rzadko miało okazję rozmawiać. Po pierwsze dlatego, że w syntetycznym życiu Amandy było jeszcze mniej wolnego czasu niż w ludzkim, a po drugie dlatego, że Loen dużo podróżował. Z racji swojego unikalnego postrzegania świata i ciągłego rozrostu świadomości, musiał pozostawać w ruchu. Dlatego właśnie, kiedy udawało już się im spotkać prowadzili zazwyczaj bardzo długie i głębokie rozmowy, podczas których wzajemnie zmieniali swoje życiowe perspektywy. Nie inaczej było tym razem.

Na posiadłości Amandy, oprócz wystawnego, acz minimalistycznego domu, znajdował się całkiem spory ogród. Rośliny nie były w żaden sposób pielęgnowane, zostały pozostawione bez kontroli, co nadawało zieleńcowi specyficznego uroku, kontrastującego z purystycznym projektem willi. Przy końcu zarośniętej betonowej ścieżki znajdowała się zadaszona huśtawka, na której siedziało teraz nietypowe rodzeństwo.

– To jest absurd – wypowiedziała kobieta, z uwagą przyglądając się wiecznie zachmurzonemu niebu.

Jej skóra była jasna, praktycznie sina, włosy przezroczyste jak u większości syntetyków. Nadawało to im niemalże eterycznego wyglądu.

– Siedzę w bladym ogrodzie pod bladym niebem i nie jestem człowiekiem. Zastanawiam się, czym jest życie, co przybliża mnie do jego końca. Kiedy mój mózg na poziomie podświadomości poskraca wszystkie ułamki i zredukuje wartości, to dojdę do wniosku, że cały ten świat jest sprzeczny, po czym zgodnie z logiką, ale wbrew własnej woli, go opuszczę, a na moje miejsce wskoczy inna świadomość, która bezwiednie pozbędzie się wszystkich moich wspomnień. Moi znajomi będą mnie widywać na ulicy, ale to nie będę ja. Moim jedynym przeznaczeniem jest zrozumieć, że to wszystko nie ma sensu.

Loen parsknął cicho i odepchnął się nogą od ziemi wprawiając huśtawkę w ruch.

– Przynajmniej wiesz, co cię czeka. Ja najpewniej umrę, a moje świadomości staną się społeczeństwem trupów, które nie powinno istnieć. Więc nie marudź – uśmiechnął się do siostry.

– Cieszę się, że jedyne z twoich ciał, które jeszcze się nie rozkłada, jest moim bratem – odrzekła Amanda po chwili, po czym oboje wybuchli śmiechem.

Loen przypomniał sobie zasłyszaną niedawno ciekawostkę.

– Opowiem ci coś bardziej absurdalnego – zaproponował.

– Spróbuj – uśmiechnęła się Amanda.

– Słyszałaś nową teorię o Starym Świecie? – zaczął.

– Nie, dawno się tym nie interesowałam.

– Podobno wtedy nie było nieludzi.

– Jak to? – zdziwiła się syntetyczka.

– Czekaj, bo to nie koniec. Z tego co wiemy, tamta cywilizacja nie dotarła nawet do syntetyków.

– Cywilizacja samych ludzi? Przecież to jest chyba bardziej absurdalne niż to, co mamy dzisiaj – śmiała się.

– Prawda? Nie potrafię sobie wyobrazić, jak przyziemne musiało być wtedy życie. Jacy są ludzie dzisiaj, z nami? Urodzić się, mieć, umrzeć. A co dopiero wtedy? Przecież oni musieli niczego nie rozumieć! – fascynował się nieczłowiek.

– Może tak było łatwiej? – zasugerowała siostra.

– Możesz mieć racje… Ale to tylko teoria, dowodów raczej nie znajdziemy – odrzekł Loen po dłuższej chwili zastanowienia.

Na horyzoncie widać było burzowe chmury. Niedługo potem zerwał się wiatr i zaczęło kropić. Polysquidowie bujali się w zamyśleniu.

– Myślisz, że ważniejsze jest to, że jesteśmy, czy to kim jesteśmy? – zagadnął brat.

– Myślę, że jak patrzysz do góry i widzisz samolot, to nie fascynuje cię ani pilot, ani maszyna. Fascynuje cię, że leci – odpowiedziała szybko przezroczystowłosa.

Syntetycy dużo lepiej radzili sobie ze skomplikowanymi porównaniami, ich mózgi błyskawicznie rejestrowały wszystkie analogie, przez co bardzo popularna była wśród nich poezja.

– W takim razie mam złe wieści: twój pilot ma raka – zaśmiał się Loen.

– Taaak? Przynajmniej jest humanoidem, a nie jakąś fraktalną ośmiornicą, której każda z macek jest następną ośmiornicą i tak dalej. No i jego samolot nie rdzewieje, jak u co po niektórych – zripostowała Amanda.

Posiedzieli w ogrodzie dopóki deszcz jeszcze się nie wzmógł.

– Wiesz co? – zagadnął Loen, jeszcze zanim zabrali się do domu.

– Co?

– Ja nas kiedyś naprawię – obiecał nieczłowiek, śmiejąc się.

– Nas? – zapytała drwiąco syntetyczka.

– Nas – zapewnił.

Chwilę później zaczęło lać.

 

* * *

 

Kiedy ściana monolitu zaczęła wreszcie zmieniać konsystencję, Erikowi pociekła krew z nosa.

– To normalne? – zaniepokoił się Loen.

– Jakie? – parsknął Devlin.

Celnie, pomyślał Polysquid, ale nie odezwał się. Nie lubił dawać grubasowi satysfakcji.

– W środku spodziewajcie się wszystkiego. Macie broń, macie talenty, najpewniej z obu będzie trzeba zrobić użytek. Nasz plan kończy się tutaj, ale cel pozostaje wiadomy. VIPów mamy dwóch, łatwo ich poznać, bo jeden krwawi z nosa a drugi wygląda jak menel. Cokolwiek jest rdzeniem monolitu, jeżeli nie rozpieprzymy tego plazmą z karabinów, to Erik da radę, potem do gry wchodzi nasz kolega nekrofil – zarządził Cargyle.

Polysquid nie próbował się odgryźć, zamiast tego uśmiechnął się pobłażliwie. Plan Przebudzenia zakładał, że Energnet jako sieć o złożoności podobnej do ludzkiego mózgu, jest naczyniem, w którym osiedliła się świadomość, tak jak to się dzieje u syntetyków. Zabicie całej sieci nie byłoby możliwe, ale fakt, że ma ona kilka ośrodków, monolitycznych reaktorów, pozwalał zakładać, że osiedlona na niej świadomość ma charakter podobny jak u stawonogów.

Każda macka w jakimś stopniu autonomiczna, razem tworzą coś na kształt społeczeństwa.

Polysquid zgodził się pomóc z wielu powodów. Devlin wiedział, że Loen pomaga, bo umysł Energnetu przypomina jego własny i po przejęciu umożliwiłby mu nieograniczony rozrost. Nie wiedział natomiast, że tego typu świadomości nie obchodzą problemy tego świata, jak dyskryminacja nieludzi. Prawdopodobnym było, że świadomy Energnet nie ma pojęcia o istnieniu ludzi, nieludzi, syntetyków, że żyje w zupełnie innym, abstrakcyjnym świecie i nie ma żadnego wpływu na losy nieludzi.

Że po jego zabiciu i przejęciu, nie zmieni się nic.

Ale tego wszystkiego Przebudzenie nie wiedziało.

Otwór w ścianie monolitu był już na tyle duży, że można było przez niego przejść.

– Wchodzę pierwszy, zapalam światło – zaproponował Cargyle i zniknął w mroku.

Drużyna nieludzi i martwych strażników podążyła za nim, gdy tylko z wewnątrz dobiegło:

– Co jest kurwa?!

W środku wszyscy oniemieli. Rozświetlony do granic możliwości budynek skrywał w sobie pustkę. Loen rozejrzał się dookoła i nie znalazł absolutnie nic oprócz bieli i nieskazitelnej gładkości ścian, podłogi i sufitu. Przyglądając się otoczeniu dłużej, zaczął dostrzegać, że nie widzi granic pomieszczenia.

Nagle poczuł zmianę.

Rozejrzał się jeszcze raz i tym razem nie widział już zupełnie nic. Ani dziury, którą się tu dostał, ani Przebudzenia, ani ochrony. Otaczała go tylko biel.

Chwilę później zaatakowały go obce myśli, boleśnie wwiercając się w głowę.

„Jestem Wszechświadomością. Jestem zegarmistrzem. Jestem smokiem. Jestem jedynym bogiem.”

Wszystko zniknęło.

Polysquid ocknął się w kuckach, przylegając bokiem do jakiegoś rodzaju osłony.

– Rób coś, idioto! – krzyczała Elba, zagłuszana przez odgłosy karabinów plazmowych.

Jeden ze strażników, odruchowo podrzucił mu magazynek. Loen dopiero teraz zorientował się, że w rękach trzyma broń. Przeładował i szybko wyjrzał zza murku. Miejsce, w którym był wyglądało na placówkę energotwórczą. Dużo filarów, aparatury, maszyn. Spojrzał za siebie. Siły Przebudzenia były przetrzebione, trzech strażników nie żyło.

Znowu.

To akurat nie był problem. Chwila koncentracji i dwóch z nich wstało, siejąc popłoch wśród sił przeciwnika. Trzeci z pokonanych dostał w kręgosłup, jego ciało było sparaliżowane, nie było sensu go przywracać.

Cargyle w przerwach pomiędzy seriami przymykał na chwilę oczy. Skutkowało to potężnymi rozbłyskami, co chwila oślepiającymi wrogów. Ci próbowali flankować, co wywoływało zamieszanie wśród Przebudzenia. Ciężko identyfikować cele, gdy sojusznicy wyglądają tak samo. Elba przeskoczyła osłonę i biegła wprost na jednego z oponentów. Plazmowe pociski wydawały się przez nią przenikać, rudowłosa nie została trafiona ani razu.

Na linii strzału po prostu bywała.

Szarżę zakończyła skokiem. Loen w jednym momencie zauważył błysk noża i usłyszał chrzęst przebijanej czaszki, przygłuszony nieco przez potępieńcze wycie. Autorem owego dźwięku był jeden z najemników, zwęglany właśnie przez Erika. Było bardzo niewiele humanitarnych sposobów, w jakie bliźniak mógł radzić sobie w walce. Nie skorzystał z żadnego z nich. Polysquid widział, jak podpalacz wstaje zza osłony, by nacieszyć się widokiem swojego dzieła, przekonany, że ochroniarze po jego lewej to podwładni Loena. Popełnił ostatni błąd w swoim życiu, po czym padł raniony w głowę i bark.

Z każdym zabitym najemnikiem, armia trupów powiększała się.

– Czysto! – krzyknął Polysquid, kiedy wiedział już, że ma pod kontrolą wszystkich.

Devlin i Elba do tej pory nie odnotowali śmierci jednego z bliźniaków.

– Nawet o tym nie myśl! – wydarła się ruda, patrząc na Loena, którego wzrok spoczywał na Eriku.

– Tylko spróbuj pojebie! – wrzasnął Devlin, obserwując Polysquida przez lunetę karabinu.

– Nic nie robię, nic nie robię! – zapewniał tamten unosząc ręce.

Podobno to ludzie boją się nieznanego, pomyślał.

Wszyscy ucichli. Charles w milczeniu klęczał nad ciałem brata.

– Jeśli… – powiedział w końcu roztrzęsionym głosem – jeśli byś go…

– Co ty pierdolisz, Charles?! – oburzyła się ruda.

– Jak bardzo to byłby on? – dokończył bliźniak denata.

Cargyle z zawistną miną delikatnie kręcił głową. Na pytanie, które usłyszał Loen nie było prostej odpowiedzi, a teraz tylko taka wchodziła w grę. Przełknął ślinę i wziął głębszy wdech.

– To byłby on – skłamał.

Polysquid miał silne przeczucie, że bez Erika jego plan się nie powiedzie. Devlin i Elba spalali go wzrokiem. Loen wiedział, że w istocie jest nietykalny, był kluczem do sukcesu przedsięwzięcia. Wiedział też, że Cargyle zdawał sobie sprawę, że Erik będzie jeszcze potrzebny.

– Zrób to – wypowiedział cicho Charles.

* * *

 

Przez ostatnie kilkanaście minut drogi do rdzenia reaktora nikt nic nie mówił. Przebudzenie pod eskortą około dwudziestu strażników-ożywieńców maszerowało smętnie w kierunku, który wydawał się być właściwym. Charles co jakiś czas spoglądał na brata, ale ani on, ani nikt inny nie odważył się zamienić z nim słowa. Loen nie miał jeszcze czasu zastanowić się nad tym, co się właściwie wydarzyło po wejściu do monolitu, ale nie miało to znaczenia. Rzeczywistość, w której był teraz, była jedyną, w jakiej mógł być, jedyną, jaką generował jego wyczerpany mózg. Poza tym bardzo dużo wysiłku kosztowało go emulowanie wypalonej części prawej półkuli Erika, który i tak od czasu do czasu zachowywał się dziwnie.

Usunięcie wspomnienia śmierci też nie należało do łatwych.

Gdy grupa znalazła się w przestronnej sali ze sferyczną konstrukcją pośrodku, Polysquid wyczuł, że to jest to. Poczucie obecności nasilało się w miarę zbliżania do kulistego obiektu.

– Rozpieprzyć to… – powiedział cicho Devlin, bijąc się z myślami.

Zgodnie z przewidywaniami, wypróżnienie w kulę kilkunastu magazynków z karabinów plazmowych nie przyniosło absolutnie żadnego efektu. Grubas sapał ciężko, był spocony.

– Erik…? – wypowiedział najspokojniej jak umiał, jednak jego głos załamał się w połowie.

Erik kiwnął głową potwierdzając gotowość do działania, następnie uklęknął przed konstrukcją. Mijały minuty. O dziwo sfera poddała się szybciej niż ściana monolitu. Obiekt zaczął spalać się nieprzyjemnie jasnym światłem, stłumionym po chwili przez Devlina.

– Wystarczy – rzekł Loen, gdy poczuł, że coś zostało zabite.

– Teraz ty – ponagliła Elba mocniej zaciskając dłonie na karabinie.

Loen wziął głęboki wdech. Wyczuwał, że martwa istota miała bardzo złożoną świadomość, jednak nie przypominała jego własnej, a ludzką, jakby poszerzoną. Gdy tylko zaczął przejmować umysł Energnetu, wszystkie impulsy z rzeczywistości zlały się w jeden. Materia nagle zniknęła, umysł Loena odczuwał tylko spokój i obecność, która dopiero teraz wyszła z cienia.

Spóźniłem się, zabrakło mi kilku sekund, myślał.

„A ty nadal sądzisz, że to wina twojego mózgu?”

Impuls, który poczuł, był teraz jedyną, rzeczą jaką mógł interpretować.

„Pokłoń się, albowiem ja jestem siecią, ja jestem śmiercią, ja jestem jedynym bogiem, ja jestem smokiem, ja jestem wiecznością, ja jestem celem i przyczyną, ja jestem Wszechświadomością”

„Czym było to wszystko?”

„Żartem. A śmierć Erika puentą”

„Jakim żartem?”

„Najgenialniejszym, bo moim. Przeze mnie powstają nieludzie. Przeze mnie upadają syntetycy, bo czynię ten świat coraz bardziej sprzecznym. Ja dałem ci rozrost i ja dam ci spokój”

Będąca gdzieś świadomość Loena czuła, jak jej coraz dalsze rozgałęzienia zostają wchłonięte w coś większego, wszystko, co ożywił stawało się teraz zupełnie od niego odrębne, a on stawał się coraz bardziej jednością z tym czymś. Nie taki był plan. Został oszukany przez wyższą istotę, tak jak on oszukiwał Przebudzenie. Nie wyczuwał złych intencji istoty, co pozwalało mu przypuszczać, że całe jego życie faktycznie było, jakiegoś rodzaju, gorzkim żartem. Z każdym wchłoniętym rozgałęzieniem jego świadomości, czuł coraz większą ulgę, spokój. Usłyszenie puenty dowcipu musiało być jego przeznaczeniem.

„Chwal mnie albowiem jestem…”

„Jesteś siecią, ale nie jesteś wszechświadomością” epidemia przerywania zdań najwidoczniej przekroczyła barierę materii. Loen zauważył, że istota nie była idealna, a pełna dumy. Wiedział, że mogła zdjąć z niego klątwę wieczności, nie chciał jednak całkowicie umierać. Istniała szansa, że miał asa w rękawie, że mógł pomóc nie tylko sobie. Coś, o czym często myślał, ale nigdy nie odważył się próbować. Stopniowo przestawał być swoimi kolejnymi wcieleniami: stadem martwych ptaków, sforą martwych psów, gromadą gnijących szczurów, trzema martwymi policjantami, zmarłym przed porodem dzieckiem…

„Bluźnierstwo! Jak śmiesz ty…”

„Możesz być w tym, co po śmierci, ale nic w tobie boskiego”

…dziećmi spalonymi w pożarze sierocińca, pogrążonym w depresji samobójcą, grupą ćpunów, którzy przedawkowali…

„Sprowadziłeś na mnie klątwę, a na moją siostrę przedwczesną śmierć”

„Ty niewdzięczniku…”

…ofiarami rozpędzonego pociągu, zamordowanymi w szale ludźmi, własnym martwym ojcem…

„Jesteś przyczyną, ale cel jest inny”

…upolowanymi królikami, kotem ze skręconym karkiem, prawnikiem, lekarzem, oszustem, Erikiem, dwudziestoma strażnikami monolitu…

Będąc nimi wszystkimi, zawsze sam pozostawał centrum sieci świadomości. To Loen Polysquid był główną jednostką.

„Jesteś smokiem ale…”

„Zamilcz!”

„…mój żart jest lepszy.”

…psem Ventusem, sześcioma ofiarami wybuchu w Akademii.

I na samym końcu, zamiast przestać być jeszcze jedną, wątłą istotą, przestał być Loenem. Udało się.

Coś się odłamało.

 

* * *

 

Szyba szklanej komory przetrwała trzy paniczne uderzenia pięścią. Odłamki szkła i różowawy płyn wypełniły podłogę pomieszczenia. Amanda Polysquid opadła na kolana, wykrztuszając natlenioną ciecz z płuc. Jej wzrok automatycznie przyzwyczaił się do mroku. Rozejrzała się. Znała to miejsce, to była piwnica jej willi.

Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała była jej własna śmierć.

Wstała i rozejrzała się panicznie. Na stoliku przed nią leżał list. Zaczęła czytać:

 

Droga Amando

Jeśli to czytasz to wiedz, że ośmiornicy udało się zamienić macki na spadochron. Obiecywała też, że nie porysuje lakieru ;)

Nie wierzyłaś mi, co?

Miłego życia.

Loen.

Koniec

Komentarze

Czy twoi betujący dyskutowali tutaj towarzysko, zamiast odwalić robotę?!

 

Swego czasu w mieście Empiris żył pewien chłopiec. Największym marzeniem pięciolatka było mieć własnego pieska, a że był grzecznym dzieckiem, jego rodzice zdecydowali się przygarnąć kundla ze schroniska. Wspólnym zabawom małego Loesia i jego pupila Ventusa wydawało się nie być końca, niestety wydarzył się nieszczęśliwy wypadek. Piesek wpadł do niezabezpieczonej studzienki kanalizacyjnej i być może skończyłoby się na strachu, gdyby spadając nie uderzył głową w wystający pręt.

 

wybuczał obojętnie ← czy człowiek buczy? A jeśli już coś “wybucza”, to czy może być to obojętne?

 

albo odchodzisz sam(+,) albo cię wyrzucamy i wpisujemy w papiery, że jesteś nieczłowiekiem.

 

I całe życie pod kloszem Kontroli Nieludzi. ← czasownik by się przydał.

 

Cargyle dobitnie zaakcentował pierwszy i ostatni wyraz(+.)

 

Pokój rozświetlał duży, stylizowany na starodawny, świecznik. Możliwe, że porywacz był bogatym ekscentrykiem, ale to, że oświetlenie nie było syntetyczne, mogło też wynikać z pewnych podejrzeń, które Polysquid podzielał.

Pokój rozświetlał duży świecznik, stylizowany na starodawny. W ogóle, świecznik stylizowany na starodawny… Świeczniki i tak są starodawne w erze żarówek. Nie wiem, coś tu jest nie tak, czegoś brakuje.

 

Zanim zdążył skomentować, oślepił go nagły rozbłysk. ← co zdążył skomentować?

 

Kościół Drakonitów oddawał boską cześć zaginionym trzy tysiące lat temu smokom,(+.) Aluryści widzieli w gadach źródło zła, a sami czcili Nera, Smokobójcę z Aloor, który,(+.) Wwedług Drakonitów, Ner nigdy nie istniał.

 

Żyję tak(+,) jak wszyscy „nielegalni”

 

– Ciekawi mnie – zaczął oskarżycielskim tonem – co szary obywatel Loen Polysquid miał na myśli, wypowiadając następujące zdania, kilka dni przed opuszczeniem Akademii:

zaczął oskarżycielskim tonem– Co szary obywatel Loen Polysquid miał na myśli, gdy kilka dni przed opuszczeniem Akademii wypowiadał następujące słowa:

 

Mój umysł się rozrósł, to doprowadza mnie do obłędu, nie mogę myśleć tak szeroko, jak muszę. ← Tutaj logika szwankuje, skoro umysł się rozrósł, to myślał szerzej.

 

Ciekawi mnie też, jak rzeczony obywatel poradził sobie z takimi problemami poradził, bo na szalonego nie wygląda.

Mogę wyjść?

Możesz – odpowiedział spokojnie grubas. – Nie mogę cię zmusić, abyś tu został i pomógł. Nie mogę cię też zmusić do poddania się testom człowieczeństwa. Zgodnie z obowiązującym prawem nikt nie może cię do tego zmusić.

 

Skoneczny, to jest sam początek opowiadania! Jeszcze raz zapytam: co robili twoi betujący?

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Obgadywaliśmy DJ'a.

Sorry, taki mamy klimat.

To było dawno i nieprawda. :D

Tekst był przebetowany i z tego co pamiętam, no to było tam dosyć dużo błędów, a jeżeli nadal jest tam dosyć dużo błędów, no to wniosek jest taki, że kiedyś ich robiłem bardzo dużo, no a teraz już ich robię dużo mniej, więc tylko się cieszyć… 

No nieźle.

Szef Szefów płakał, jak czytał… :P Ale spoko, przy moim też mogło mu polecieć trochę łez.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Obgadywanie DJa było najlepsze.

 

Akurat w kwestii dialogowej te powtórzenia “zmuszenia” są na miejscu (generalnie, NAZ, jeśli nei ma błędów ortograficznych bądź rażących interpunkcyjnych nie czepiam się dialogów, bo mają symulować dowolną manierę lub charakter mówiącego, więc kolokwializmy, powiedzonka, niegramotność – naleząprzecież do narzedzi konsstrukcji postaci przez jej wypowiedź…), ale bycia i byłów rzeczywiście albo nie skopaliśmy jak nalezy, albo Skoneczny nie poprawił, albo jedno i drugie :-)

 

Poszerzanie mózgu polecam zostawić w spokoju, aż doczytasz dalej :-)

 

zaczął oskarżycielskim tonem– Co szary obywatel Loen Polysquid miał na myśli, gdy kilka dni przed opuszczeniem Akademii wypowiadał następujące słowa:

A tu dlaczego, NAZ, usuwasz wtrącenie i zakłócasz szyk wypowiedzi sztuczną kropą? Przytulasz Kropka w akcji afirmacyjnej? ;-) Kwestia dialogowa może być ładnie podzielona wtrąceniem i to właśnie tam jest.

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fiszu, jestem czepliwym korektorem, taka moja rola, ty możesz być obrońcą “konsstrukcji postaci” i czepiać się tylko prędkości nadświetlnych :P I jest spora różnica w tym, kiedy wypowiedź jest czarująca, a kiedy napisana nieporadnie. Na przykład ta, choć długa jak pieron, jest bardzo zgrabna:

Kiedy mój mózg na poziomie podświadomości poskraca wszystkie ułamki i zredukuje wartości, to dojdę do wniosku, że cały ten świat jest sprzeczny, po czym(+,) zgodnie z logiką, ale wbrew własnej woli, go opuszczę, a na moje miejsce wskoczy inna świadomość, która bezwiednie pozbędzie się wszystkich moich wspomnień.

 

Zapomniałam skomentować fabułę, taki ze mnie dziad wstrętny.

 

Trochę przeszkadzało mi natężenie dialogów, ale wiadomo, jam myśliciel, lubię pokontemplować krajobrazy i myślo-filozofowanie bohatera. Niemniej historia (jak zawsze w twoim wykonaniu) pokręcona, z niezłymi, innowacyjnymi pomysłami. Sama ośmiornica mnie kupiła, choć wcześniejsza treść nie przykuła mojej uwagi tak bardzo, jak potrafią twoje opowiadania. No i później treść już nie kuleje, owszem, gdzieś tam powtarza się być, szyk się zmienia albo nie ma przecinka, ale lepiej się czyta, niż sam początek.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Spodobał mi się pomysł na świat i fakt, że dość długo miałam wrażenie czytania fantasy. Nekromancja też oryginalnie potraktowana. Ale końcówka zbyt mistyczna, jak dla mnie.

Rzeczywistość, w której był teraz, była jedyną, w jakiej mógł być,

Oj, byłoza…

Babska logika rządzi!

Doceniam pomysł i porządnie opowiedzianą historię, ale muszę wyznać, że Ośmiornica, choć czytała się nieźle, raczej nie będzie należeć do moich ulubionych Twoich opowiadań.

 

No i jego sa­mo­lot nie rdze­wie­je, jak u co po nie­któ­rych… –> No i jego sa­mo­lot nie rdze­wie­je, jak u co ponie­któ­rych

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie się podobało :)

Nowa Fantastyka