- Opowiadanie: uradowanczyk - Wyjątkowo mokry październik

Wyjątkowo mokry październik

Tekst zainspirowany pobytem we Francji, gdzie spędziłem łącznie ze 3 lata. Widok pustoszejących po sezonie  plaż i ulic nadmorskiego kurortu w kombinacji z deszczową pogodą działa naprawdę dołująco.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Wyjątkowo mokry październik

23 października 2016

Obudziło mnie terkotanie dzwonka, drapieżne i piskliwe zarazem.

Obróciłem głowę w prawo i lewo, lustrując otoczenie. W sypialni panował półmrok. Niedomknięte okiennice wpuszczały kilka wątłych promieni, wśród których wirowały drobinki kurzu. Blade plamki światła drgały na ścianie, a niektóre ośmieliły się nawet sięgnąć poduszki i już prawie właziły mi do oczu.

Tknięty nagłym odruchem, wsadziłem rękę w kupę pościeli spiętrzonej po prawej stronie łóżka. Grzebałem w niej chwilę coraz gwałtowniejszymi ruchami. Nie wyczułem ani znajomego ciała, ani nawet ciepła, które owo ciało mogłoby wytworzyć.

– Nie! Boże, niee – zajęczałem, gdy brutalna prawda skrystalizowała się w moim mózgu.

Komórka rzępoliła natrętnie, podrygując na blacie nocnej szafki. Manewrując łokciami, podźwignąłem się do pozycji półsiedzącej. Sięgnąłem po telefon i przytknąłem do ucha.

– Hh… halo.

– Gdzie jesteś?

Był to głos Kasi, mojej żony. Kobiety, z którą zasnąłem poprzedniego dnia w całkiem innym miejscu i której przed chwilą szukałem na drugiej połowie łóżka.

– Dzień dobry, kochanie…

– Gdzie jesteś? – huknęła.

– W naszym… byłym apartamencie – odparłem, ważąc słowa. – W Peussables.

Zamilkła. Zapewne była to przerwa taktyczna, konieczna do uspokojenia oddechu i rytmu serca. Swoją drogą, powinien uspokoić ją sam fakt, że żyję.

– Robert… znowu mi to zrobiłeś.

Wziąłem głęboki oddech.

– Nie mam pojęcia, jak to się stało – powiedziałem najspokojniej jak mogłem. – Wiem, kochanie, że to nie pierwszy raz…

– Czwarty raz.

– Ale to jest poza moją kontrolą. Sam jestem zmęczony tymi sytuacjami. Musisz mi uwierzyć.

– To za mało, Robercie. To, co wyprawiasz, nie jest normalne.

– To, co się ze mną dzieje, nie jest normalne – sprecyzowałem.

– Czyli co? Co się dzieje? Zresztą nieważne – zniecierpliwiła się nagle. – W tym momencie już mnie nie obchodzi, czy lunatykujesz, czy się teleportujesz, czy porywają cię kosmici.

Kasia niby deklarowała zobojętnienie, ale ton jej głosu nie współgrał z treścią. Przeciwnie, drżał wyraźnie, zbliżając się do granicy płaczu. Przejąłem się tym, bo porównaniu z innymi kobietami moja żona nie lała często łez.

– Kasieńko, wiesz, że cię kocham.

– Nie zaczynaj znów tej samej śpiewki – przerwała ostro. – Już to na mnie nie robi wrażenia.

– Dobra – uciąłem. – Posłuchaj, natychmiast wsiadam w samochód i do ciebie jadę. Czekaj na mnie w hotelu.

– Samochód? – spytała tonem, zawierającym sporą dawkę sarkazmu. – A czyj samochód? Bo nasza toyota stoi na hotelowym parkingu. A w ogóle to słuchałeś wiadomości? W nocy spadły takie ulewy, że połowa dróg w departamencie jest zalana. Nawet pociągi są zawieszone, nie mówiąc już o autobusach.

– No co ty opowiadasz. Przecież jest piękna pogoda – palnąłem cokolwiek na wyrost, bo świetliste smugi, przedzierające się między listwami okiennic mogły być produktem jedynie chwilowego przejaśnienia.

Tak czy owak Kaśka zignorowała moją uwagę.

– Robercie, rozumiesz chyba, że po ciebie nie przyjadę. Wracam do domu.

Obawiałem się tych słów i bynajmniej nie byłem na nie przygotowany.

– Słońce moje, poczekaj! – zaprotestowałem. – Nie zostawiaj mnie tak.

– Technicznie rzecz biorąc, to ty mnie zostawiasz. Dość regularnie ostatnio. Miałam cię spytać, jak w takich warunkach przedostałeś się do kurortu, ale oczywiście nic sensownego mi nie odpowiesz.

– No, bo ja faktycznie nie bardzo wiem.

– No właśnie. Ale jeśli robisz to celowo, jeśli prowadzisz jakąś grę, to ja z niej właśnie wychodzę. Postanowione.

– Ale Kaśś…

– Nie przerywaj mi! – krzyknęła. – Czy zdajesz sobie sprawę, jak się czuję? Jestem nie tylko zagubiona – chodzę ciągle zmarznięta i chronicznie podziębiona. Wiesz, że chciałam do Grecji, tak jak to podobno uzgodniliśmy jeszcze na początku roku! Pamiętasz? Aż nagle z głupich powodów wbiłeś sobie do głowy Francję! W Grecji cały czas świeci słońce, a ty mi zafundowałeś trzy tygodnie deszczu. Mam serdecznie dosyć gównianych wakacji spędzonych z wariatem, który uparł się, żeby siedzieć przez pół miesiąca w totalnym zadupiu i na dodatek wraca tam z maniackim uporem. Co to ma być, do cholery? Chcesz się jodem nasycić? Odegrać w kasynie? A może podłapałeś tam kochankę mimo mojego nadzoru?

Postanowiłem przeczekać ten atak. Przeczekanie było zdecydowanie najlepszą taktyką w takich sytuacjach. A swoją drogą mocno przesadziła z tym zadupiem.

– Robert… – westchnęła w końcu zrezygnowana. – Przepraszam cię za ten wybuch.

Czyli miałem rację: przeczekanie.

– Może faktycznie całe to zamieszanie nie jest z twojej winy, ale ja nie zmienię decyzji. Masz jakieś pieniądze? Widzę, że wziąłeś gotówkę.

– Jak nie wziąłem, to wypłacę kieszonkowe przez komórkę – odparłem pojednawczo. – Kochanie…

– Dobrze – przerwała. – Paszportu też nie ma, pewnie masz go gdzieś przy sobie.

– Chyba tak – bąknąłem, fiksując wzrok na czarnej, prostokątnej plamie niewyraźnie zarysowanej na parkiecie, dwa kroki od nocnej szafki. – Kasia, ja…

– Nie – ucięła znowu. – Nie będę cię słuchać, bo znowu zmięknę. Baw się dobrze. Mam nadzieję, że się otrząśniesz i zobaczymy się w Polsce. Mam zaległe sprawy, pracę, nie mogę ciągle zwodzić przyjaciół z twojego powodu. Ruszam, jak tylko obeschną drogi. Do widzenia.

Coś zaszurało, zachrupotało i tyle ją słyszałem.

Odczekałem kilka minut. Wybrałem numer małżonki z listy kontaktów. Ponawiałem próby oddzwonienia przez co najmniej dziesięć minut. Bez powodzenia – ciągle odpowiadał mi sygnał tak zwanej zajętości.

Zniechęcony i nielicho skołowany schyliłem się, by sięgnąć po sztywne od brudu spodnie, walające się na podłodze. Kieszenie były puste. Nerwowo szarpnąłem szufladkę nocnej szafki. Znalazłem w niej zwitek banknotów i paczkę gum do żucia.

Klnąc pod nosem, zabrałem się do czynności higienicznych. Zdjąłem cuchnącą koszulkę, zmiąłem i cisnąłem w kąt. Otworzyłem okiennice i natychmiast odsunąłem się od nich, porażony eksplozją światła. Wziąłem prysznic, najpierw zimny, a potem gorący. Następnie pomyślałem o odzieży. Na szczęście przed wyjazdem zostawiliśmy sporo czystych koszulek, które żadną miarą nie chciały wcisnąć się do walizek. Teraz przydadzą się jak znalazł. O dziwo znalazłem wśród nich dżinsy i bawełnianą bluzę.

Ledwo zdążyłem się przebrać, gdy ktoś zastukał do drzwi. Otworzyłem pośpiesznie, popędzany nadzieją, że stoi za nimi moja życiowa partnerka. Że wybuchnie śmiechem i przeprosi za serię nieprzyjemnych uwag. Oczywiście nic takiego się nie zdarzyło.

– Bonjour! Comment ça va ce matin?

Przed drzwiami stał Jean-Pierre Bocq, właściciel willi, w której wbrew woli przebywałem.

– Bonjour – odburknąłem bez zapału. J-P zmuszał mnie do przejścia na francuski, choć chwilowo nie miałem na to ochoty. – Ça va bien.

Nasz dobrodziej był człowiekiem ze wszech miar uczynnym i wszechstronnym. Wynajął nam willę, zaproponował rowery, quady, nurkowanie, konie i moc innych atrakcji. Korzystaliśmy z nich, gdy tylko deszcz w swej niesłychanej łaskawości ustępował na czas jakiś. Poza tym J-P sprzedał nam kilkanaście sztuk ciuchów, pocztówek i pełno plastikowego badziewia. Nieprzemakalne płaszcze i parasole dorzucił za darmo. Poza tym, jako osobnik towarzyski, Jean-Pierre w ciągu ostatnich dwóch tygodni postawił nam parę piw i sam dał się namówić na środkowoeuropejskie alkohole.

A teraz zastygł w zawadiackim rozkroku i przyglądał mi się uważnie.

– Słoneczny dzień się zapowiada – stwierdził odkrywczo, na co twierdząco skinąłem głową. – Dobrze się czujesz? – zapytał chwilę potem z nutą autentycznego zainteresowania, a może nawet troski. – Wydobrzałeś? Bo zdaje się, że nic nie pamiętasz.

– A co, byłem pijany?

– Pijany, pobity, ogłuszony, po udarze, zawale, na prochach, najarany…

– Co ty pieprzysz, gościu? – warknąłem, łypiąc podejrzliwe. – Jestem cały i zdrowy, piję co najwyżej symbolicznie. A poza tym ja i dragi to dwie sprzeczności.

Zstąpiłem kilka stopni dzielących mnie od poziomu chodnika.

– Jednak kompletnie nic nie jarzysz – odparł J-P, wywracając teatralnie oczami. – Dobra, więc mówię jak było: Koło jedenastej w nocy znalazłem cię w rowie na poboczu drogi przy zjeździe na D106, koło lotniska Mérignac. Byłeś skulony, obśliniony, wyglądałeś jak sto nieszczęść. Bez porównania gorzej niż teraz. Bo teraz wyglądasz normalnie, nawet jestem zaskoczony. Zapytasz, co robiłem na lotnisku? Zabierałem towar z terminalu cargo.

– Gówno mnie obchodzi twój towar z terminalu cargo! – uniosłem się – Pytam, co ja tam robiłem, w tym rowie?

– A skąd ja mam do diabła wiedzieć!? – wybuchnął z kolei Jean-Pierre. – I co to za słownictwo? Hę? Masz w ogóle szczęście, że cię zauważyłem, bo godzinę później przeszła taka ulewa, że byś się w tym kanale utopił. Najpierw to w ogóle chciałem cię zostawić w szpitalu, ale z różnym syfem we krwi, a może i w kieszeniach, miałbyś gwarantowaną okoliczność z żandarmami. A poza tym mamrotałeś, żeby cię zabrać do żony. No to wtaszczyłem cię do wozu i zawiozłem z powrotem do mojej… to znaczy twojej willi, żebyś wydobrzał. A potem wyłuskałem cię z zabłoconych portków i wsadziłem pod pościel. I za to wszystko, zamiast mi podziękować, wyskakujesz do mnie z rękoczynami. No, brachu, wdzięczność nie jest twoją mocną stroną. A właśnie, jak tam małżonka? Śpi jeszcze? Nie widziałem jej wczoraj. Usnęła w salonie? Rozumiem, ból głowy. No to faktycznie miałeś prawo wybrać się na balety.

Pokręciłem głową w geście rezygnacji.

– Moja żona siedzi w hotelu sto kilometrów stąd – odparłem ponuro. – Wyjechaliśmy wczoraj po kolacji. Nie uprzedzałem cię, bo wystraszyłem się, że wisi nad nami jakieś fatum i że wszyscy się sprzysięgli, żeby nas uziemić w Peussables. Wrzuciliśmy klucze do twojej skrzynki pocztowej i zmyliśmy się, jak tylko zaszło słońce.

– O-oo, rozumiem – Jean-Pierre stropił się wyraźnie. Podrapał się po czubku głowy – No tak, kojarzę, że parę razy się stąd zabierałeś i wracałeś. Tak jakoś ni w te ni wewte. Nie wnikałem, bo skoro masz opłacone, to nie moja sprawa. Przykro mi, stary, że postąpiłem wbrew twoim planom. W każdym razie miałem dobre intencje. I mimo wszystko unikam rozbijania małżeństw.

Machnąłem ręką gestem, mającym powstrzymać nabrzmiewającą falę słowotoku.

– Chyba już dzisiaj do żonki nie dołączysz – ciągnął J-P niezrażony. – Ja cię nie dostarczę, bo most zerwany. I to zaraz po naszym powrocie. Mówię ci, zdążyliśmy w ostatnim momencie przed oberwaniem chmury. Straszny bałagan się od tego zrobił. Przez to oficjele przylecieli helikopterem, zamiast przyjechać normalnie.

Dopiero teraz zwróciłem uwagę, że ulica tonęła w rozległych kałużach, a w powietrzu unosił się zapach mokrego betonu.

– Co za oficjele? – wtrąciłem, żeby zmienić temat, choć mniej więcej wiedziałem o kogo chodzi.

– No właśnie, nie będziesz tu sączył ginu i marszczył freda w samotności. Zabieram cię na zebranie. Zaczyna się za pół godziny w starym przybytku. To znaczy w Vieux Cabaret, chciałem powiedzieć. Wszyscy są zaproszeni.

– No patrz, całą wioskę spędzają – zauważyłem. – Ale kto konkretnie?

– Urzędnicy z bordoskiego magistratu, najwybitniejsi. Prowincjonalny kwiat republiki, hehe. Poza tym naukowiec, strażak, ktoś tam jeszcze, telewizja ma być. Albo radio. Będą gadać o sytuacji pogodowej. Podobno wczorajsza ulewa to nie koniec nieszczęść. Podobno nad Peussables nadciągają rozmaite kataklizmy. No nic, dowiemy się dokładnie, w każdym razie wszyscy mieszkańcy i rezydenci są zaproszeni.

– Dobra, idę – machnąłem ręką na odczepnego. – Daj mi pięć minut.

– Nawet dziesięć. Poczekam na zewnątrz.

 

30 września – 22 października

Nazywam się Robert Zaleśny. Jestem marszandem. Mam własną galerię, organizuję wernisaże, uczestniczę w aukcjach. Kupuję i sprzedaję szkice, oleje, akwarele, właściwie wszystko, co się mieści w parametrach dwóch wymiarów. Gdy trafia się okazja, zgarniam kolekcje hurtowo. Od zapijaczonych geniuszy pędzla, zbankrutowanych kolegów po fachu, syndyków – komorników, spadkobierców i im podobnych ignorantów.

Uwielbiam podróżować w towarzystwie żony, koniecznie naszą ulubioną terenówką. Jeździmy po Europie bez dokładnego planu, zatrzymując się w przypadkowych hotelach. Chyba najbardziej lubię Francję, ale tym razem nie planowałem jej jako etapu naszego tournee. Zostałem zwabiony.

Było to tak: Pod koniec września dostałem zagadkowy list, napisany odręcznie po francusku, podpisany przez niejaką Wilhelminę Kikkert. Nazwisko kojarzyłem dość dobrze – była w końcu znakomitą malarką, znaną z umiłowania szczegółu i dążenia do perfekcji. Twierdziła że jestem w posiadaniu jednego z obrazów jej autorstwa, pod rozwlekłym tytułem Niesforne dzieci bawiące się wśród krzewów forsycji. Wilhelmina twierdziła, że obraz wymaga poprawek, ponieważ w procesie twórczym – który miał miejsce trzy dziesięciolecia wcześniej – nieopatrznie użyła żółcieni chromowej zamiast kadmowej. Od tego czasu z pewnością kolor zdążył wyblaknąć i stanowczo domagał się odświeżenia.

Malarka zapraszała mnie serdecznie, wraz z obrazem oczywiście. Mieszkała w Peussables, kurorcie rozciągniętym wzdłuż piaszczystej mierzei na atlantyckim wybrzeżu Francji.

By nadać formalny wymiar swojej prośbie, artystka powołała się na droit de repentir, osobliwy francuski uzus prawny, który dawał artyście prawo nanoszenia poprawek nawet wtedy, gdy już jego dzieło znajdowało się w posiadaniu innego podmiotu. Prawo to nie było z pewnością nadużywane, bo zobowiązywało twórcę do pokrycia wszelkich kosztów operacji. Tak było i w tym przypadku – w liście znajdował się czek na trzydzieści tysięcy franków.

List zaintrygował mnie dogłębnie. Po lekturze natychmiast otworzyłem w smartfonie aplikację ze szczegółowym opisem moich skarbów. Znalazłem pozycję Scena rodzajowa z forsycjami – obiekt okazał się raczej starym nabytkiem i chyba niezbyt ważnym, bo od razu trafił do jednego z wynajmowanych przeze mnie magazynów.

Przyjrzałem mu się uważnie następnego dnia, w dziennym świetle. Dzieło było na swój sposób zastanawiające, bo dzieci nie tyle bawiły się, co raczej próbowały zatrzeć ślady jakiejś psoty.

Usiłowałem oczywiście skontaktować się z autorką. Bez skutku, żadnej informacji o numerze telefonu albo adresie emailowym, nie udało mi zdobyć. Pogadałem sobie za to z kierowniczką referatu do spraw kultury w merostwie, która długo i wylewnie zapraszała mnie do odwiedzania jakże uroczej i malowniczej miejscowości, jaką niewątpliwie jest Peussables, zapewniając mnie, że Wilhelmina będzie zachwycona moją wizytą, zwłaszcza, że właśnie organizuje serię wernisaży. Sama artystka niestety nie odpowiada na telefony. Skupia się na kwestiach artystycznych, powierzając wszelkie sprawy organizacyjne swojemu agentowi i merostwu właśnie.

Podjąwszy decyzję, zabrałem się za urabianie szanownej połowicy. Po kilku godzinach intensywnych negocjacji dała się przekonać do tygodniowej wyprawy. Okazała się nawet na tyle miła, by spakować nasze bagaże. Ja ograniczyłem się do zabezpieczenia obrazu – wsadziłem goły blejtram w specjalną sklejkową skrzynię, którą ułożyłem ostrożnie na walizkach.

Bez specjalnych przygód dotarliśmy do Peussables. Odnalazłem Wilhelminę i pokazałem jej list – który zresztą wyraźnie ją zafrapował – a następnie obraz, który rzetelnie analizowała przez kilka minut. Stwierdziła, że dzieło z pewnością wyszło spod jej pędzla i że jest gotowa dokonać jego nieodpłatnej konserwacji. W normalnych okolicznościach wyrobiłaby się z zadaniem w najwyżej dwa dni, ale włodarze kurortu wciągnęli ją w czasochłonną działalność kulturalną, mającą na celu zatrzymanie turystów mimo nieciekawej pogody tudzież przyciągnięcie nowych. W związku z czym daje sobie tydzień.

Cóż było robić – spędziliśmy parę dni w Peussables, korzystając z lokalnych atrakcji. W końcu Wilma, bo tak kazała się do siebie zwracać, oddała nam płótno, skrzące się erupcją żółci i błękitu. Podziękowaliśmy grzecznie i pod koniec września wyruszyliśmy w drogę powrotną.

I wtedy zaczęły się perturbacje. Pierwsza próba opuszczenia miasteczka skończyła się niepowodzeniem, bo zapomniałem zabrać dokumenty. Czyli zrobiliśmy po próżnicy jakieś sześćdziesiąt kilometrów. Za drugim razem zgubiliśmy się w gęstej mgle. Zaufałem GPS-owi, ale mimo to z niezrozumiałych powodów wylądowałem z powrotem w centrum miasteczka. I utknęliśmy w nim z Kaśką na kolejne trzy dni, bo mgła skutecznie paraliżowała ruch lądowy i powietrzny. Trzecia ucieczka zakończyła się gdzieś pod Tuluzą. Jakiś durny posterunkowy zabezpieczył nam wtedy samochód, twierdząc, że wieziemy w nim kradzione obrazy. Rzeczywiście, po zakupach w Peussables miałem trochę płócien w bagażniku, tyle że absolutnie legalnych. Po długich ceregielach namówiłem stróżów prawa na komisyjną konfrontację w kurorcie, gdzie bez trudu udowodniłem, że wszystkie dzieła nabyłem drogą kupna i zgodnie z prawem.

Co do czwartego epizodu – nic sensownego nie potrafię powiedzieć. Dwudziestego drugiego października, około dziesiątej wieczorem, ułożyłem się u boku żony, nie mając w planach żadnych łóżkowych fanaberii.

A potem straciłem kontakt z rzeczywistością. Wskutek nadgorliwości znajomego, ale też przy udziale tajemniczych sił, zostałem odstawiony w miejsce, z którego kilka razy wcześniej usiłowałem się wydostać.

 

23 października, przedpołudnie

Sala starego kabaretu zalatywała grzybem i innymi pochodnymi wilgoci. Na dole, przy okrągłych stolikach siedzieli mieszkańcy oraz rezydenci Peussables; na oko ze sto osób. Na scenie natomiast, za długim stołem rozsiedli się prelegenci. Śmieszne, ale na uboczu skromna paprotka wystawała sobie z doniczki wciśniętej w druciany stojak.

Oprócz gospodarza, czyli mera Peussables i jego przybocznych, pojawił się oficer wojsk inżynieryjno-technicznych, wiceprefekt Bordeaux, koordynator ds. stanów nadzwyczajnych i specjalista od zjawisk pogodowych.

Ten ostatni, okularnik w wyciągniętym swetrze, miał najwięcej do powiedzenia. Energicznie wywijał czerwoną szpicrutką, wskazując symbole i obiekty na staroświeckim, płóciennym ekranie. Prezentacja, złożona głównie ze zdjęć satelitarnych, wykresów i animacji, dotyczyła niezbyt wielkiej, za to wyjątkowo żywotnej trąby powietrznej, która zalęgła się nad Zatoką Biskajską i po skomplikowanej trajektorii nieubłaganie zbliżała się do francuskiego wybrzeża. Ściśle rzecz biorąc, według superprecyzyjnych prognoz, wygenerowanych przez potężny komputer kwantowy, nadciągała dokładnie nad Peussables.

Na samym końcu głos zabrał zastępca mera. Zalecił opuszczenie miejscowości w ciągu dziesięciu dni, oferując zakwaterowanie w miejscach poza zasięgiem żywiołu.

Gdy wychodziliśmy z budynku, zaczepiła mnie Wilhelmina. Musiała uczestniczyć w konferencji, ale jej wcześniej nie zauważyłem.

– Dzień dobry – zagaiła podchodząc. – Widzę, że wciąż gościsz w naszym uzdrowisku.

– Tak jakoś wyszło – bąknąłem głupio jak gówniarz przyłapany w sadzie sąsiada.

Wilhelmina wyglądała świetnie. Głównie dzięki kostiumowi, który podkreślał kapitalną figurę. Jej twarz promieniała blaskiem nieposkromionej młodości. Oceniając powierzchowność, wziąłbym Wilmę za wzorcowy okaz łatwej blondzi. Gdyby nie oczy. Onieśmielało mnie jej spojrzenie – drążące, pałające bezwstydną ciekawością i inteligencją zarazem.

Rozejrzałem się tymczasem, szukając wzrokiem towarzysza, ale ten ulotnił się jak kamfora. Pewnie wpadł w panikę na myśl, jak bardzo ucierpią jego interesy wskutek pogodowych zawirowań.

– Szukasz Jean-Pierre’a – domyśliła się Wilma. – Sądzę, że poszedł się pakować. Kiedy już miejscowi zaczną masowo wyjeżdżać, będziesz miał trudności ze znalezieniem towarzystwa.

Wzruszyłem ramionami.

– Wyjadę razem z nimi.

– Doprawdy? – Wilma zawiesiła głos. – Dlaczego do tej pory tego nie zrobiłeś? Coś cię zatrzymało?

– Trudności obiektywne – rzuciłem zdawkowo, uciekając wzrokiem w stronę grupki żywo rozprawiających wczasowiczów.

Wilma położyła mi rękę na ramieniu.

– Robercie, zapraszam cię do nas. Chodź ze mną.

Odwróciłem się i spojrzałem jej w oczy.

– Słucham?

– Do hotelu Les Mouettes. Dołącz do naszego kółka zainteresowań.

– No, nie wiem – zawahałem się. Nie byłem zachwycony tym pomysłem, bo planowanie wyjazdu było dla mnie priorytetem. Z drugiej strony trudno mi było zlekceważyć atrakcyjną kobietę, dotykającą mnie w sposób mocno poufały. – A czym się wasze kółko interesuje?

– Jest nas pięcioro. Rozważamy, dlaczego się znaleźliśmy w Peussables i dlaczego nie możemy się stąd wydostać, pomimo licznych prób. To co, idziesz ze mną?

Wilma zafundowała mi kolejne z serii dzisiejszych zaskoczeń. Stałem Bóg wie jak długo, wpatrzony w odrapany kosz na śmieci, zły na własne rozterki.

– Czyli nie jestem jedynym przypadkiem? – wydukałem w końcu.

– Nie jesteś osamotniony w tej przypadłości – zapewniła. – Choć przez jakiś czas wszyscy mieszkańcy będą mieli problem z ewakuacją. Robert, nie kombinuj – dodała łagodnie, widząc wahanie na mojej twarzy. – Ani ty ani nikt inny stąd w najbliższym czasie nie wyjedzie. Mierzeja jest odcięta od kontynentu. Most pontonowy otworzą dopiero pojutrze, a przeprawę promową najwcześniej za trzy dni. Do tego czasu bądź naszym gościem.

Pokiwałem głową. Ściśle rzecz biorąc, dałem sobie pozwolenie, by nie opierać się dłużej biegowi zdarzeń.

Klucząc między kałużami i grupkami rozgestykulowanych przechodniów, pomaszerowaliśmy w kierunku hotelu Les Mouettes.

 

23 października, popołudnie

Po dziesięciu minutach intensywnego marszu dotarliśmy na skraj miasteczka, gdzie usadowił się pensjonat Les Mouettes z przyległościami. Myślałem, że zasiądziemy w jakimś barze czy restauracji – w końcu zbliżała się pora obiadu – ale Wilma zaprowadziła mnie do ogrodu.

Rozejrzałem się. Wśród strzelistych tuj i jałowców trzech mężczyzn dyskutowało podniesionym głosem. Kojarzyłem typów mniej więcej. Kręcili się czasem wokół artystki jak agenci ochrony. Przyuważyłem ich parę razy, gdy przemykali wśród eksponatów miejskiej galerii.

Towarzystwo grało w petankę. Miałem przeczucie, że kręci się gdzieś tu czwarty uczestnik zabawy. Może dlatego, że w petankę grała zwykle parzysta liczba zawodników.

– Cześć wszystkim – rzuciła Wilma, gdy zbliżyliśmy się do graczy na jakieś dwadzieścia kroków.

– No, hej – odpowiedział najbliżej stojący z graczy. – Przyprowadzasz nam gościa?

– Tak, Robert Zaleśny, marszand z Polski. Wyobraźcie sobie, że ma ten sam problem, co my. Zaprosiłam go z racji wspólnoty przeznaczenia.

Pierwszy podszedł do mnie łysiejący szatyn o ostrych rysach i nerwowym spojrzeniu.

– Egon Vogel, radiesteta – przedstawił się, energicznie szarpiąc moją rękę. – Pozwolisz, że cię zbadam?

– Nie! – zaprotestowała natychmiast Wilma. – Daj spokój. Na razie daj spokój, Egonie – dodała łagodniej.

Egon odstąpił niechętnie, mrucząc coś pod nosem. Podreptał trochę w miejscu, aż w końcu oddalił się, przywołany przez drugiego z zawodników – wysokiego, sztywnego osobnika w nienagannie odprasowanej, białej koszuli.

– To Johnny – wyjaśniła. – Nie poda ci ręki, bo jest gburowaty, nie lubi spoconych dłoni, a poza tym uważa, że jego dotyk przynosi pecha.

Johnny skinął nieznacznie głową w moją stronę, ale chyba nie zamierzał poświęcić mi zbyt wiele uwagi. Najwyraźniej nie przejął się też złośliwościami malarki.

– Johnny nigdy nie zdradził nam swojego nazwiska – ciągnęła Wilma – ale na podstawie akcentu zgaduję, że jest Szwedem albo Norwegiem. Oczywiście znamy też inne szczegóły z jego życia, poznasz je później, jeśli zechcesz.

– A obok niego Michel, jedyny Francuz w naszym gronie.

Michel wyglądał najnormalniej z całej ferajny – na oko bezpretensjonalny luzak. Emanował pokaźnym nosem i pogodą ducha.

– Lubiłabym go najbardziej ze wszystkich facetów w tym miasteczku, ale ze względu na niego wszyscy mówimy tu po francusku, choć angielski bardziej by nam pasował.

Michel odpowiedział jej szelmowskim uśmiechem.

– Przekąski gotowe – usłyszałem nagle lekko stłumione wołanie. I w tym samym momencie podmuch wiatru przyniósł zapach pieczonego mięsiwa.

– Zapewne jesteś głodny, drogi gościu – domyśliła się Wilma. – Podejdźmy zatem wszyscy do stołówki.

Przeszliśmy kilkadziesiąt metrów w kierunku urokliwej polanki, wyposażonej w staw, fontannę i huśtawkę, stworzonej wręcz do aranżowania scen rodzajowych.

Tak zwana stołówka składała się głównie z okrągłego stołu ustawionego w cieniu parasola o dwa razy większej średnicy. Na stole – wykonanym najpewniej z impregnowanego palisandru – królowała waza z ponczem, obstawiona rozmaitymi smakołykami oraz bogatym asortymentem sztućców, szklanic i talerzy. Od strony betonowego grilla dochodził aromat przypiekanych specjałów. Wszystko to wyglądało nad wyraz apetycznie, ale najbardziej pociągająca okazała się kobieta, która szykowała nam rozkosze podniebienia.

Kuchmistrzyni była ruda i miała mlecznobiałą skórę. Jej głowę wieńczył biały czepiec, a całą resztę kreacji stanowiły sandały i kusa, półprzeźroczysta sukienka z głębokim dekoltem. Nie wiem dokładnie dlaczego, od razu przyjąłem za pewnik, że kobieta nie nosi żadnej bielizny.

– Kendro, przedstawiam ci Roberta, marszanda z Polski – zawołała Wilma.

– Bardzo mi miło. – Seksbomba dygnęła lekko, podając mi rękę. – Kendra Broderick z Irlandii.

W pewnym sensie Wilma potwierdziła moje przypuszczenia co do kucharki.

– Kendra jest nosicielką wirusa zakaźnej choroby.

– Jakiej choroby? – zaniepokoiłem się.

– Ekshibicjonizmu – wyjaśniła Wilma ze śmiechem. – Już prawie, prawie mnie zaraziła.

– Nieprawda – zaprotestowała ruda piękność bez przekonania. – To znaczy z tym ekshibicjonizmem. Mam po prostu uczulenie na ubranie. Nienawidzę, gdy mnie coś obciera, uciska albo krępuje, zaraz robią mi się od tego czerwone znamiona.

– Może przynajmniej dobrze znosisz chłody – zagadnąłem. – Bo inaczej twoje życie byłoby nie do pozazdroszczenia.

– O kochany, ja nie tylko znoszę chłody, ja wręcz je lubię – zapewniła Kendra. – I upały zresztą też. Słońce mi nie szkodzi. Zresztą chwytam światło kiedy tylko mogę. To moja odżywka. Wilma i spółka wymogli na mnie noszenie ciuchów podczas posiłków, ale poza tym mam wolną rękę.

Brzmi obiecująco, pomyślałem.

– Zapraszam do konsumpcji – zarządziła Wilma.

Usiedliśmy wokół stołu, na krzesłach zaopatrzonych w rozłożyste podłokietniki. Kendra natomiast wybrała obrotowy taboret. Zapewne po to, by zrywać się co chwila, gdy skwierczące nad kupką żaru steki domagały się interwencji. Wirowała przy tym jak fryga i podrygiwała w rytm niesłyszalnej muzyki.

Ja tymczasem zabrałem się do ociekających sokiem kiełbasek.

– Pełnisz w klubie funkcję kucharki ? – zwróciłem się do Kendry, gdy już zaspokoiłem pierwszy głód.

– Niezupełnie, każde z nas ma dyżur – zaśmiała się w odpowiedzi. – W pięciodniowych cyklach, jak się domyślasz. Dlatego właśnie Wilma cię tu ściągnęła. Ona sama nie lubi gotować, więc woli, żeby dyżury rozkładały się na większą liczbę osób.

Wszyscy parsknęli śmiechem, setnie ubawieni.

– Absolutnie i stuprocentowo mijasz się z prawdą – rzekła Wilma po chwili namysłu. – Prawda jest taka, że potrzebowałam szóstego gracza do petanki, żeby stworzyć dwie trzyosobowe drużyny.

Wymieniliśmy następnie parę uwag o pogodzie, a potem rozpoczęła się prezentacja.

Zaczął Egon. Pochodził z Niemiec, choć całe dorosłe życie spędził poza ojczyzną. Przez lata pracował dla ONZ w Afryce, szukając żył wodnych i budując studnie. Gdy przebywał w Kenii, lokalny szaman zauważył u niego dar. Egon zaopatrzył się w odpowiedni ekwipunek i ruszył na podbój świata, ale już jako freelancer. Rozwijał konsekwentnie swoje talenty, z sukcesem szukając gazu, ropy, rud metali, do których miał największą słabość. Potem służba dla koncernów mu się znudziła i zaczął szukać innych ścieżek samorealizacji.

– Marzyłeś o karierze celebryty? – spytałem.

Odpowiedział, że nie, bo oznaczałoby to bezustanną współpracę z mediami, a obecność kamer niestety go dekoncentrowała. Nie lubił też gapiów, doradców, asystentów. Najlepsze wyniki osiągał w samotności. Mimo to stał się na tyle znany, że merostwo Peussables zaprosiło go na Jesienny Kongres Medycyny Niekonwencjonalnej, doroczną imprezę, ściągającą uzdrowicieli, parapsychologów, bioenergoterapeutów i tym podobne indywidua z całej Europy. Jeszcze jeden pomysł merostwa na zatrzymania turystów, którzy mieli czelność opuszczać miasteczko przed początkiem zimy. Z turystami różnie bywało, za to Egon został. W planach miał trzy noclegi, utkwił tu na okrągły rok. Jego późniejsze doświadczenia związane z próbami ucieczki okazały się uderzająco podobne do moich.

– To co, mogę cię zbadać? – teoretycznie Egon skierował te słowa do mnie, jednak patrzył przy tym proszalnie na Wilmę. Ta w końcu machnęła ręką przyzwalająco.

Oczywiście nie raczyli spytać mnie o zdanie. Z trudem powstrzymałem się od sarkastycznego komentarza na ten temat. Miałem solidne powody do irytacji. Zdążyłem się przyzwyczaić, że raczej wydaję polecenia niż ich słucham i że potrafię kontrolować własne życie. A tutaj czułem się jak dziecko we mgle, które dobrzy ludzie prowadzą za rączkę.

Tymczasem Egon zniknął na parę minut. Wracając, przytaszczył pokaźny neseser. Otworzył go z nabożeństwem i ukazał oczom profana zestaw płaskich, drewnianych skrzyneczek.

– Mam siedemdziesiąt sztuk akcesoriów – oświadczył. – Do szukania wody najlepsze są witki leszczynowe, do ropy wystarczy plastik. Do wykrywania metali używam różdżek z miedzi. Kiedyś badałem hałdy w okolicach Jakucka i, wyobraź sobie, wyszperałem samorodki irydu i palladu warte miliony dolarów. Oczywiście kierownictwo doceniło moje zaangażowanie, w związku z czym jestem bardzo zamożnym człowiekiem.

Wciąż gadając, Egon wygrzebał podłużne etui i wyjął z niego wahadełko, a następnie zawiesił je nade mną. Następnie spuścił je okrężnym ruchem wokół mojej głowy. Pokręcił głową z dezaprobatą, po czym otworzył pudełko z tekowego drewna i sięgnął po kolejny gadżet – dwa elastyczne pręty złączone na końcu błyszczącą kulką. Egon powtórzył całą procedurę, zachodząc mnie to z prawej to z lewej.

– Hym, znowu nic – jęknął.

– Egon, wystarczy – powiedziała Wilma z naganą w głosie.

Z ociąganiem odłożył różdżkę z powrotem do etui, które z kolei umieścił w walizce.

Spojrzałem na Egona pytająco.

– Cóż, bez rewelacji – Egon wzruszył ramionami. – Wilma nie pozwala mi na głębszą analizę, ale wygląda na to, że masz bardzo słabą aurę. To znaczy, źle się wyraziłem – aurę masz taką, jak dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent ludzkości. W przeciwieństwie do nas pozostałych. Nie będę demonstrował, bo Wilmę to denerwuje, ale gdybym użył wahadełka, badając pozostałych tu obecnych, to kręciłoby się jak śmigło.

– No przykro mi, że cię zawiodłem – powiedziałem, choć właściwie nie odczuwałem przykrości.

Potem przyszła kolej na Michela. Nie wdawał się w biograficzne szczegóły. Stwierdził lakonicznie, że posiada kontrolę nad swoim ciałem.

– Zaraz ci pokażę – zapowiedział. – Na razie patrz mi w oczy.

Zaczął od manipulowania średnicą źrenic, potem zabarwił także tęczówki na zmianę na niebiesko i zielono. Później zjeżył włosy, zademonstrował gęsią skórkę, wędrówkę różowych plam po twarzy, przekręcił o trzysta sześćdziesiąt stopni dłoń w nadgarstku i tyleż w łokciu. Zamknął nozdrza, rozpłakał się rzewnymi łzami, urządził seans burczenia w brzuchu. Oświadczył też, że może regulować tętno, ciśnienie krwi, wydzielanie potu, łoju, hormonów, a ponadto w miarę potrzeb zneutralizować ból, zasnąć i zbudzić się w dowolnym momencie, wytrzymać długi czas bez tlenu albo wyczarować pokaźną erekcję.

– No to jesteś fizjologiczno-neurologiczno-anatomiczno… jakimś tam fenomenem – podsumowałem.

– Coś w tym rodzaju – zgodził się łaskawie Michel.

– Jestem pod wrażeniem. A Johnny? Też okazał się cudownym dzieckiem?

– Johnny był komandosem – wyjaśniła Wilma. – Wiesz, jak się tu zjawił? Jedyny, który zrobił efektowne wejście. Wylądował na spadochronie.

– Wiatr mnie zniósł – wyjaśnił lakonicznie bohater opowieści.

– Siedemdziesiąt kilometrów go znosił – ciągnęła Wilma. – Johnny nie zdradził nam zbyt wielu szczegółów ze swej biografii, ale zdołaliśmy ustalić, że mnóstwo razy uchodził z życiem z beznadziejnych sytuacji. Wydostawał się bez szwanku z katastrof lotniczych, ostrzałów, pułapek. Był też najbardziej konsekwentny w swoich próbach wyrwania się z Peussables.

– Zaprzestałem, gdy zaczęli ginąć postronni ludzie – mruknął Johnny.

Rzucone od niechcenia zdanie zrobiło na mnie piorunujące wrażenie, choć, jak sądzę, nie dałem tego po sobie poznać. Myślałem, że będzie ciąg dalszy, ale Wilma wskazała na Kendrę.

– Kendra z kolei potrafi przemieszczać się między światami. Oczywiście mam na myśli światy równoległe.

– Doprawdy! – zawołałem. Jednocześnie znacząco uniosłem brwi. W moim wykonaniu była to oczywiście reakcja obronna. Wciąż nie byłem pewien, czy czasem banda odmieńców nie robi sobie ze mnie jaj.

Właśnie wtedy Kendra odwróciła się i załadowała mi na talerzyk przyrumieniony na złocisty kolor, cudnie pachnący kawałek mięsa.

– Spróbuj – zachęciła.

– Co to za danie? Nie wygląda mi znajomo.

– Stek z krokodyla – odpowiedziała poważnie. – Doskonały z sosem fistaszkowo-czekoladowym, który zaraz ci podam.

– Acha – odparłem lakonicznie, nie siląc się nawet na entuzjazm.

– Widzisz, Robercie, mamy tu drobny problem dietetyczny. My z Wilmą uwielbiamy drób i ryby. Egon wystrzega się mięsa z hodowli, bo wykrył, że przeważnie zawiera ono hormony i antybiotyki. Bo zapomniałam wspomnieć, że Egon ma specjalne różdżki do wykrywania takich dodatków. Natomiast Johnny ma uczulenie na wszelkie morskie stworzenia. Z tego wszystkiego wybrałyśmy opcję pośrednią, która smakuje jak kurczę lub ryba w zależności od parametrów języka.

– Dobrze, bierzmy się zatem do dzieła. – Chwyciłem sztućce i dziarsko zabrałem się do konsumpcji. – To co z twoimi podróżami do innych światów?

Kendra zastygła w teatralnej niby-zadumie z domieszką minoderii. Swoją drogą pasował jej image flirciary.

– Och, moje podróże ostatnio stają się monotonne – zaczęła jakby nie całkiem od początku. – Wymiarów pobocznych jest coraz mniej i w dodatku coraz mniej szczegółów różni je od głównego nurtu. Denerwują mnie też ograniczenia, powiedzmy, geograficzne. Kiedyś swobodnie zapuszczałam się na wszelkie długości i szerokości geograficzne, a ostatnio ciągle ląduję w równoległych Peussables albo ich najbliższej okolicy.

Westchnęła wieloznacznie.

– Wiesz, kiedyś myślałam sobie nawet, że sama tworzę te światy, ale chyba jednak nie. I w dodatku ostatnio jakaś zewnętrzna siła przykręca mi śrubę. Wyczuwam, że wszystkie odgałęzienia znikają albo zlewają się w jedną całość, w jeden nurt czasu. Jakby ktoś robił wielkie porządki.

– Może jakoś zademonstrujesz swoje umiejętności – zachęciłem.

– Niee, dziś nie – Kendra skrzywiła się kwaśno. – Nie chce mi się robić nic konstruktywnego. Dziś mam nastrój na swobodny dryf w stanie upojenia. I jak tylko skończę kucharzenie, upiję się winem.

W końcu przyszła pora na Wilhelminę. Myślałem, że wiem o niej dużo, bo wpadła mi w ręce broszurka z jej biografią, którą przeczytałem nawet ze dwa razy. Mocno się myliłem.

– Wilma ma dwieście pięćdziesiąt lat – oświadczył Egon.

Musiałem zrobić wielkie oczy, ale tym razem nie straciłem rezonu.

– No proszę, a wygląda najwyżej na dwieście – wypaliłem.

Towarzystwo roześmiało się zgodnie, ale jakby kurtuazyjnie.

– Jeśli dożyję, za cztery tygodnie urządzę wielkie urodziny – zapowiedziała Wilma niemal uroczyście. – Obawiam się tylko, że goście nie dopiszą.

Malarka snuła swą opowieść przez dobry kwadrans. Urodziła się w Brugii w rodzinie zamożnych browarników. Mieszkała w wielu krajach, zmieniając od czasu do czasu tożsamość. Najmilej wspominała paryską bohemę, gdzie poznała Renoira i Modiglianiego, pozowała Cezanne’owi, uwodziła Matisse’a. Terminowała trochę u mistrzów, a potem poszła własną drogą. Zajmowała się oczywiście malarstwem, ale też metaloplastyką wikliniarstwem, ceramiką, ogrodnictwem i landartem. Przeniosła się do Peussables całkiem niedawno, ze trzy lata temu. Kurort okazał się jej ostatnim domem.

– Dobra, skoro skończyliśmy jeść, chodźmy zagrać w petankę – zaproponowała Wilma. Pomysł został jednogłośnie zatwierdzony i jak jeden mąż odkleiliśmy się od wypchanych gąbką poduszek.

Gra wciągnęła mnie błyskawicznie. Polegała na wyrzucaniu metalowych bul tak, by upadły jak najbliżej mniejszej, zwanej świnką, przy zalecanym wybiciu buli przeciwnika. Jak na początkującego radziłem sobie nieźle. Minęła co najmniej godzina, nim opadły emocje związane z rywalizacją. Zrobiło się chłodno i atmosfera nam lekko oklapła. Towarzystwo było znudzone grą, ale najpewniej tylko Wilhelmina miała prawo zarządzić odwrót. Czułem, że cieszy się tu ona respektem. Nie to, żeby wszystkim zarządzała, czy tłumiła wolność ekspresji, ale miała wyłączność podejmowania pewnych decyzji.

– No to może czas na ciebie – powiedział nagle Egon, zwracając się do mnie.

– W jakim sensie czas na mnie ? – zdziwiłem się. – Przecież wam opowiedziałem o swoim życiu. Nawet szczerze, bo nie miałem zatargów z prawem i w ogóle nie mam nic specjalnego do ukrycia.

– Nie o to chodzi, drogi Robercie. Czas, żebyś wyjawił, jakie masz supermoce.

Musiałem zrobić niewyraźną minę, bo Egon poczuł się w obowiązku udzielić dalszych wyjaśnień.

– Chodzi mi o talenty, nadprzyrodzone zdolności – sprecyzował. – Bo widzisz, wszyscy tutaj jesteśmy w pewien sposób nieprzeciętni. Z jakichś powodów dołączyłeś do naszego grona. Ktoś doświadcza cię podobnie jak nas, więc mam prawo przypuszczać, że dzieje się to z jakiegoś powodu. A tym powodem może być to, że też jesteś inny niż większość populacji.

Ociągałem się z odpowiedzią. Miałem nadzieję, że gospodyni utemperuje natarczywość Egona, ale tym razem siedziała cicho. Tymczasem, Egon nie skończył swoich dywagacji.

– Pewnie się zastanawiasz, dlaczego tutaj się znaleźliśmy. Wszyscy mamy jakieś teorie, oparte na przeczuciach, albo faktach, albo… czymś innym. Ja sądzę, że to sprawka tego tam. – Egon wskazał kciukiem niebo, po czym mrugnął konspiracyjnie.

– Masz na myśli Boga? – upewniłem się.

– Eee, jaki tam Bóg – Egon wykrzywił twarz. – Obermajster, zgred, zazdrosny kutwa.

Zaperzył się wyraźnie, a w jego oczach zapłonęły niepokojące błyski.

– O co niby zazdrosny? – drążyłem zaciekawiony.

– O nasze talenty. Boi się konkurencji i chce nas zniszczyć. Próbował zresztą wiele razy, ale jesteśmy dla niego za mocni. Mamy zbyt silną aurę, której pierdziel nie jest w stanie skruszyć

Zatkało mnie na parę sekund.

– No, stary, z całym szacunkiem, ale uważam, że nie jesteś nawet namiastką zalążka konkurencji dla Stwórcy. O ile istnieje jakikolwiek Stwórca.

– A ty nie jesteś specjalnie uduchowiony – odparował Egon. – Z pewnością nie jesteś. Tylko po co się pchałeś do handlu sztuką? W tej dziedzinie nie tylko smykałka do interesów się liczy.

– Jestem człowiekiem praktycznym – oświadczyłem urażony. – Umiem zarządzać oddanym zespołem ludzi, którzy mi ufają i sami czują sztukę jak najbardziej, nawet jeśli dla mnie to biznes jak każdy inny. Poza tym znam się na ludziach. Wiem, co się im podoba, wiem, jakie panują trendy, co można sprzedać i co warto promować. No i wreszcie studiowałem historię sztuki oraz języki. Mój pobyt w Peussables przedłuża się z tajemniczych powodów, ale wciąż wierzę, że to jednak zbieg okoliczności.

– Czyli nie zauważyłeś u siebie ponadnaturalnych zdolności? – drążył Egon.

Zniecierpliwiłem się w końcu. I nawet miałem zaprzeczyć ostro i ostatecznie, ale nagle przyszedł mi do głowy stary greps, pasujący jak ulał do sytuacji.

– No więc dobrze. Uwagaaa… – zawiesiłem głos. – Posiadam zdolność czytania we własnych myślach. A, i mogę być niewidzialny. Ale tylko w zupełnych ciemnościach.

Ta niewątpliwie przednia riposta wzbudziła stonowane co najwyżej reakcje. Tylko Michel roześmiał się szczerze. To był jednak spoko gość.

Stwierdziłem, że w tej sytuacji lepiej się pożegnać.

– Drodzy przyjaciele, dziękuje za towarzystwo i smaczny obiad. Był naprawdę wyśmienity. Na mnie już czas.

Wilma zbliżyła się i musnęła wargami moje oba policzki. Na jej twarzy błądził tajemniczy uśmieszek. Trochę drwiący, a trochę poufały.

– Nie sądź, Robercie, że z ciebie kpimy – szepnęła. – Potrzebujemy świeżych głów i idei, by wyjaśnić, dlaczego nam się przydarza ta przymusowa kwarantanna. Do zobaczenia.

– Żegnam – odparłem chłodno.

 

26 października

Obudził mnie głód. Albo pragnienie. A może burczenie w brzuchu, wynikające z obu tych niedostatków. Natychmiast otworzyłem lodówkę i złapałem kilka przeterminowanych jogurtów. Pochłonąłem je w minutę czy dwie.

Potem otworzyłem okiennice, łapiąc równocześnie komórkę. Wybrałem numer żony. Odpowiedziało mi głuche pipczenie. Przewinąłem listę kontaktów i zatrzymałem się przy asystentce, która miała pilnować interesu, raportując telefonicznie co drugi dzień. Nie odezwała się od co najmniej tygodnia. Teraz też nie raczyła odebrać i było to do niej niepodobne. W końcu wybrałem numer syna.

Karol był zapalonym grotołazem. Z łażenia po jaskiniach zrobił nawet profesję. Organizował wypady dla zblazowanych bogaczy oraz imprezy integracyjno-motywacyjne, w związku z czym większą część roku spędzał poza zasięgiem wszelkich sieci komórkowych. Tym razem go jednak dopadłem.

– Tato, u ciebie wszystko w porządku? – Lolek ucieszył się wyraźnie, usłyszawszy mój głos.

– No, w zasadzie tak – przyznałem. – Nic mi nie dolega. To znaczy jestem zdrowy.

– Nie ma z tobą kontaktu. Wyłączyłeś komórkę?

– A skąd. Nie ma zasięgu po prostu albo są zakłócenia. Cholera wie, skąd się biorą, pewnie jakieś burze magnetyczne.

– Dobra, kiedy wybierasz się z powrotem?

– Najszybciej jak się da. Nie pytaj mnie nawet, co mnie tu trzyma, bo ci nic sensownego nie odpowiem. Wczoraj grupka tutejszych świrów zaprosiła mnie na obiad. Oni twierdzą, że jestem przeklęty czy wybrany, czy coś pomiędzy i że tajemnicza siła będzie mnie zawsze ściągać z powrotem. Mama już dotarła do Polski? – zmieniłem temat.

– A miała dotrzeć? – zdziwił się Karol.

– No, odgrażała się, że wróci nawet beze mnie – odparłem z nagłą nadzieją.

– Słuchaj tato, dzwonię do mamy często i nic mi nie powiedziała, że wraca do Polski. Na odwrót, mama ciągle do ciebie wydzwania i zamartwia się, że ją olewasz. Zadekowała się w jakimś syfiastym motelu zaraz przy zjeździe na kontynent i… zaraz, jak się wyraziła? Że jak tylko wpuszczą ją żandarmi, to cię obezwładni, wsadzi do bagażnika i wywlecze z tej kurewskiej dziury.

– No to świetne nowiny. Słuchaj, powiedz mamie, że ja ze swojej strony też zrobię wszystko, żeby się stąd wydostać. Mogę się nawet w tym celu sam ogłuszyć.

Gadaliśmy jeszcze długo, do momentu, aż rozładowała mi się bateria. Podłączyłem komórkę do prądu i – sprowadzony do przysiadu zasięgiem kabla zasilającego – wybierałem po kolei numery najważniejszych osób w moim życiu. Bezowocnie.

Zrezygnowany, włączyłem telewizor. Szczotkując uzębienie, przeleciałem pilotem kilka kanałów, aż na którymś w rogu ekranu pokazała się data – dwudziesty szósty października.

– Pizdiec – zakląłem. Miałem prawo się zdenerwować, w końcu ni stąd ni zowąd przespałem półtorej doby snem sprawiedliwego. Że też nie wynikło to w czasie rozmowy z synem. Za to przy okazji wyjaśniła się zagadka mojego wilczego głodu.

Tymczasem na kanale TF1 gadające głowy rozprawiały o sytuacji meteorologicznej na zachodzie kraju.

Więc w jaki sposób zabezpieczymy wybrzeże przed atakiem tornada? – spytał fircykowaty redaktor, zwracając się do osobnika w mundurze.

Jak już wspomniałem, nie będziemy wysyłać żadnych jednostek pływających. Poradzimy sobie za pomocą dział ustawionych na nabrzeżu. Pocisków klasycznych, zawierających jodek srebra, użyjemy do sprowokowanie opadu. Natomiast drugim elementem ostrzału będzie bomba termobaryczna, która stworzy gigantyczne podciśnienie i dosłownie zassie tornado do środka.

– I po kłopocie – podsumował redaktor.

Tak jest. Właściwie jesteśmy pewni, że operacja się uda. Jedynie półwysep Peussables i Ferret z okolicami trzeba będzie spisać na straty. O ile wiem, ewakuacja ludności prawie się zakończyła, ale się nie wypowiadam, bo to nie moja dziedzina.

– Tak jest i dlatego zwracam się do naszego kolejnego gościa…

A właśnie: ewakuacja. Zdałem sobie sprawę, że nie mam czasu do stracenia. I że więcej dowiem się, wychodząc na miasto. Po zakończeniu pośpiesznych ablucji wypadłem z domu jak z procy.

Powitała mnie cisza i niebo pokryte szczelną warstwą ołowianych chmur. Dolną częścią atmosfery zawładnęła mżawka, symboliczna tym razem, prawie nieodczuwalna. Byłem niemal rozczarowany, że gigantyczny potencjał grafitowej szarości uwieszonej pod niebiosami wypocił z siebie tak śmieszną ilość wilgoci.

Na opustoszałej ulicy panował półmrok – niepokojący i jednak trochę niezrozumiały. Ruszyłem na nieśpieszny rekonesans, sadystycznie rozwiercając obcasami rozrzucone tu i ówdzie liście i kartki papieru. Nie zobaczyłem nigdzie żywego ducha. Dopiero na dziesiątej bodaj przecznicy zauważyłem przejawy ludzkiej obecności.

Dwumetrowy na oko osobnik pakował coś do bagażnika według wskazówek trzymającej się z boku kobiety. Podchodząc rozpoznałem parę. To znaczy znałem ich z widzenia. Kilka dni wcześniej zagraliśmy we czwórkę w golfa, korzystając z kilkugodzinnej przerwy w opadach. Za cholerę nie mogłem przypomnieć sobie ich imion, choć jestem pewien, że się wówczas przedstawili.

– Dzień dobry – zagadnąłem.

Facet zmierzył mnie zdziwionym i jednocześnie niechętnym spojrzeniem. Damulka też nie była zachwycona moim nadejściem, ale sprawnie zamaskowała niechęć sztucznym uśmiechem.

– Dzień dobry – burknął mężczyzna.

– Wyjeżdżacie? – wskazałem na samochód i walizkę ustawioną pod ścianą.

– Ano wyjeżdżamy – odparł oschle mężczyzna, nie przerywając przekładania pakunków w bagażniku.

Paniusi najwyraźniej zależało na przestrzeganiu konwenansów, bo z niesmakiem przyjęła ten przejaw lekceważenia.

– Zabierzecie mnie ze sobą?

Facet wyprostował się i przyjrzał mi się uważniej. Jakby sprawdzał, czy mówię serio.

– Nie widziałem nikogo innego w mieście – ciągnąłem – a nie mam żadnego innego środka transportu. Samochód zabrała żona…

– Nie – przeciął nagle dryblas.

Zbaraniałem. Mimo że osiłek konsekwentnie prezentował wredną stronę charakteru, nie spodziewałem się, że odmówi.

– Ale dlaczego? Macie przecież miejsce…

– Nie – powtórzył koleś głucho.

– Ja dobrze zapłacę. Trzy tysiące franków, wystarczy?

– Nie, koniec dyskusji.

Tym razem wtrąciła się kobieta.

– Ależ Paul, jak ty się zachowujesz! – skarciła partnera ostro. Zabrzmiało to nawet komicznie, bo była od niego o głowę niższa i pewnie ze dwa razy lżejsza. – Pan Zalesni zasłużył na obszerniejsze wyjaśnienia.

O, zapamiętała moje nazwisko. Co prawda osobliwie je zaakcentowała, na ostatnią sylabę, ale nie było mi do śmiechu. Wręcz przeciwnie, zrobiło mi się głupio, że nie wykazałem się równie dobrą pamięcią. Wychodziło na to, że z jakichś powodów stałem się sławny.

Paul westchnął ciężko i wyprostował się, wycierając ręce w papierowy ręcznik.

– Byłeś u tej nawiedzonej malarki, prawda?

– U Wilmy? Tak, miałem do niej interes – przyznałem niechętnie. – A co to ma do rzeczy?

– Wciągnęła cię do swojej sekty?

– Nie wciągnęła mnie do żadnej sekty! – zaprotestowałem zaskoczony.

– Nie wierzę. I dowiedz się, że nie chcę mieć nic wspólnego z kimkolwiek z waszej paczki. Już mój brat chciał być uczynny i wywieźć tego wojskowego sztywniaka, jak mu tam, Johna. I żałuje tego po dziś dzień. Miał wypadek i teraz leży sparaliżowany od szyi w dół. Oczywiście Johnowi nic się nie stało.

– No, przykra sprawa – bąknąłem.

– O jeszcze gorszych przypadkach się słyszało. I dlatego żadnych przysług sekciarzom nie mam zamiaru wyświadczać. Przynosicie tylko ludziom nieszczęście. Rozumiesz chyba, że wolę być żywym i biednym Paulem Badou niż martwym Paulem Badou z trzema patykami w portfelu.

Kobieta wtrąciła się znowu.

– Niech pan posłucha, Robercie. Jeszcze przed godziną widziałam się ze starym rybakiem Gerardem, co mieszka koło przystani. Wywiózł już prawie cały sprzęt, ale jedna motorówka mu chyba została. Jestem pewna, że wypożyczy ją panu z pocałowaniem ręki. Albo sprzeda za niewielkie pieniądze. Do kontynentu ma pan w najwęższym miejscu ze dwa kilometry, bez problemu da pan radę dopłynąć do Pyla Village. Stamtąd już jeżdżą taksówki, a nawet autobus co dwie godziny.

Podrapałem się po głowie.

– Cóż, chyba skorzystam z tej rady.

Poszedłem do przystani i nie znalazłem tam żadnego Gerarda. Za to koło pomostu przyuważyłem kołyszącą się zachęcająco motorówkę. Krzyknąłem kilka razy. Nikt się odezwał. Poczułem się upoważniony do wypożyczenia łodzi.

Nie odpłynąłem daleko. Może ze sto metrów. Ni stąd ni zowąd pojawiła się fala przyboju i zaczęła mnie spychać z powrotem w kierunku nabrzeża. Uznałem to za przejaw wyjątkowo złośliwej dywersji, bo fale nadciągające od strony kontynentu rzadko wybrzuszały się bardziej niż na ćwierć metra. Próbowałem przeciąć ją na skos, ale w tym momencie z jakichś powodów silnik zaczął się dławić. Pojawił się też wiatr, na początku słaby, za to wzmagający się z minuty na minutę. Czyli upierdliwa klątwa działała niezawodnie. Dodałem mocy dziesięciokonnemu, solidnemu silnikowi marki Volvo Penta. Nie posunąłem się bynajmniej do przodu. Jedynym efektem manewru była malownicza, pienista smuga za rufą. Potężne i wciąż rosnące w siłę fale konsekwentnie unosiły motorówkę w kierunku Peussables. Po dwudziestu minutach bezowocnej szamotaniny skończyło mi się paliwo. Moją bezradność wykorzystała natychmiast potężna fala, która porwała łódź, poniosła ją ku brzegowi i energicznym zamachem odrzuciła na piach.

Zziębnięty i przemoczony, skierowałem się w kierunku centrum. Zauważyłem, że ktoś zdążył zaryglować hangar. Pewnie był to Gerard, który pojawił się w czasie, gdy ja walczyłem z żywiołem. W podłym nastroju przeszedłem przez wyludnione, ponure ulice.

 

27 października

Obudziłem się w kompletnej niemal ciemności. Nawet otwarcie okiennic niewiele dało. Przez chwilę kontemplowałem widok za oknem. Ponury krajobraz wpędzał mnie w stan masochistycznej melancholii. Miałem wrażenie, że złowroga szarość przenika przez szkło i zawłaszcza całą przestrzeń we wnętrzu domu. Wzdrygnąłem się, zdjęty nagłym lękiem i czym prędzej zapaliłem górne światło.

Zakręciłem się po kuchni, szukając resztek jedzenia. Znalazłem kilka chińskich zupek w torebkach, które szybko przekształciłem w pół litra pożywnej papki. Siorbałem ją nieśpiesznie, naprzemiennie z herbatą. Nasycony, opatuliłem się wodoszczelnym płaszczem i wyszedłem stawić czoło nieprzychylnej aurze.

Nieprzychylnej… no nie, to za mało powiedziane. Tak beznadziejnie obrzydliwej pogody w życiu jeszcze nie zaznałem. Wicher do spółki z ulewą wzięły przestrzeń w posiadanie. Wiatr wciskał się w najciaśniejsze szczeliny, podwiewał z każdej strony. Dawał przy tym upiorny koncert we wszystkich tonacjach – świszczał, pobrzękiwał, skrzypiał przeciągle, wył złowieszczo. Deszcz nie ustępował mu w zajadłości – zacinał ostro, złośliwie; wlewał się bezczelnie pod pelerynę, w mankiety i cholewki kaloszy.

Bez specjalnych oczekiwań szarpnąłem kilka klamek. Żadne drzwi nie ustąpiły. Jak się spodziewałem, wszystkie budynki były zamknięte na trzy spusty. Niektóre okna mieszkańcy obili sklejką, zauważyłem też parę okiennic wzmocnionych sztabami. Sklepikarze zaciągnęli witryny pancernymi roletami, a właściciele bogatszych posesji zaparli bramy na głucho, zdemontowali huśtawki, karuzele i trampoliny.

Poczłapałem w kierunku, gdzie niegdyś półwysep łączył się z lądem. To znaczy do czasu, gdy wściekły sztorm poprzewracał bloki falochronu, a potem zmył solidny tłuczniowy nasyp wraz z szosą biegnącą po wierzchu.

Odgadłem, że saperzy zainstalowali przeprawę pontonową zaraz po niedawnej nawałnicy. Cała mieścina wyniosła się sprawnie, a ja – jak beztroski miś Jogi – przespałem tę wyprowadzkę. Po demontażu mostu zostało kilka pogiętych, metalowych podestów. Ale skoro deszcz nie zdążył do końca rozmyć bruzd w piachu i śladów bieżnika, wojskowi musieli się zwinąć niedawno. Mogli być nawet całkiem blisko, tyle że po drugiej stronie. W każdym razie ściana deszczu była na tyle gęsta, że i tak pewnie bym ich nie dostrzegł.

Zdjąwszy płaszcz, zacząłem kroczyć w kierunku złowieszczej toni. To niekoniecznie był desperacki krok. Miałem prawo przypuszczać, że – skoro drugi brzeg znajduje się zaledwie sto metrów dalej – dopłynę do niego wpław. Brnąłem uparcie do momentu, gdy woda sięgnęła mi do piersi. Zacząłem płynąć kraulem. Szybko straciłem orientację. Na szczęście wnet poczułem piasek pod palcami. Po chwili wypełzłem na piach wstałem i ku swojej wściekłości spostrzegłem, że znalazłem się w punkcie wyjścia.

Jeszcze raz z rozpędem rzuciłem się ku odmętom. Ciąłem fale, machając ramionami z rosnącą zaciekłością. Kilka razy zachłysnąłem się wodą, ale nie wpłynęło to ani na rytm, ani siłę wymachów. W końcu uderzyłem palcami o twardą, pionową powierzchnię. Z wielkim trudem podciągnąłem się na krawędź nabrzeża. Zaszurałem dłońmi po granitowych płytach. I rozpoznałem kręgielnię, usytuowaną dokładnie w połowie promenady o wielce oryginalnej nazwie Boulevard des Peussables.

Girlandy lepkich wodorostów oblepiły mnie szczelnie, zacząłem więc rozszarpywać je niezbornymi ruchami, miotając się jak opętany.

– Czego chcesz ode mnie! – wrzasnąłem, wygrażając pięścią temu tam na górze. – Słyszysz mnie? O co ci chodzi?

Krążyłem jeszcze przez chwilę z zadartą głową, aż zawrzała we mnie rozpacz pomieszana z wściekłością.

– Kurwa, łyh łyh hh kurwa – bezgłośny szloch kłuł w płucach, szarpał klatkę piersiową bolesnymi spazmami. – No czego… ?

Wziąłem się znowu w garść i wskoczyłem do morza. Moje ciało natychmiast porwał wir. Majtnął mną kilkakroć, ale – z wielkim trudem – zdołałem utrzymać się na powierzchni. Rzęziłem z wysiłku, plułem, może nawet zwymiotowałem. W krytycznym momencie poczułem, jak żrący płyn wlewa się do płuc. Lodowato zimna macka wciągnęła mnie w czeluść.

 

29 października

Ocknąłem się w pomieszczeniu rozświetlonym różowymi odblaskami, rozciągnięty na ciepłym legowisku, przykryty aż po podbródek grubym kocem. Uniosłem ostrożnie jego skraj. Okazało się, że jakaś opiekuńcza dusza opatuliła mnie w przepastną piżamę i wsadziła pampersa między nogi.

Nie byłem sam w pomieszczeniu. Obok, na bujanym fotelu chybotał się Johnny, pogrążony w lekturze prasy.

– Dzień dobry – chrząknąłem.

Johnny odwrócił się i odpowiedział coś niewyraźnego, choć zapewne uprzejmego.

– Jak się tu znalazłem?

Johnny westchnął i odłożył gazetę.

– Przenieśliśmy cię. Kendra cię znalazła wczoraj rano na plaży. Byłeś nieprzytomny. Podziękuj jej przy najbliższej okazji.

– Nie omieszkam – zapewniłem.

– Gwoli wyjaśnienia, Kendra wyznaczyła mi dyżur przy tobie. Jak ci przeszkadzam, to sobie pójdę.

– Nie, zostań – poprosiłem.

Zauważyłem, że Johnny wystroił się w jedwabną podomkę z dyskretnym emblematem, sugerującym wysoką cenę i jakość materiału.

– Domyślam się, że chciałeś przepłynąć cieśninę wpław – ciągnął eks-wojskowy. – Też kiedyś próbowałem. W sumie jakieś dwadzieścia razy. Przypadkowi ludzie znajdowali mnie potem w przypadkowych miejscach.

Milczeliśmy przez pół minuty. Johnny bujał się rytmicznie, a ja zbierałem myśli.

– Słuchaj, Johnny – zagaiłem znowu – skoro miałeś takie przygody, nie zastanowiłeś się nigdy, czy jest w tym ukryty sens?

– Ależ oczywiście – ożywił się nagle. – Oczywiście, że mnie to gryzło. Nas wszystkich zresztą. Rozmawialiśmy o tym często. Dopasowałem nawet pewną teorię do naszej nieciekawej sytuacji.

– Może się podzielisz?

Johnny skubnął brodę parę razy i poprawił okulary.

– Dobrze, przedstawię ci ją z grubsza. Podsunął mi ją Adrien Troff. Odwiedził nas nawet swego czasu, przyjechał na moje zaproszenie.

– Nie znam gościa.

– Ciekawy typ. Łowca przygód, awanturnik. Ale też naukowiec, zdolny cybernetyk. Twórca teorii nadsysytemu.

– Nic mi nie mówi teoria nadsystemu.

– Zaraz ci wyjaśnię. Troffa zainspirował przypadek pewnej młodej tenisistki ze szkółki Agassiego. Dziewczyna miała chimeryczną psychikę i skłonność do kontuzji, ale wszystkie braki nadrabiała nieziemsko szybkim refleksem. Doprowadzała przeciwników do rozpaczy kapitalnymi returnami. I pewnie wyrosłaby na błyskotliwą tenisistkę.

– Gdyby coś nie stanęło jej na przeszkodzie – dokończyłem.

– Dokładnie tak – potwierdził Johnny. – Pewnego dnia sportsmenka zginęła śmiercią tragiczną i bardzo zagadkową. Czytała książkę w parku, zdaje się że odpoczywała po treningu. Nagle przygniótł ją konar. Wyobraź sobie, ni stąd ni zowąd odłupał się od pnia solidnego, zdrowego kasztanowca.

– O, dziwne – zdziwiłem się uprzejmie.

– Bardzo dziwne. Troff zbierał właśnie takie przypadki. Jeździł po świecie i trafiał na tropy ciekawych postaci, którym przydarzały się przykrości, na przykład ginęli w tajemniczych okolicznościach. Likwidowała ich jakaś nieuchwytna siła.

– Kogo mianowicie likwidowała?

– Noo, na przykład filipińskich uzdrowicieli, którzy potrafili otwierać brzuch pacjentom gołymi rękami i w dodatku nie powodując krwawień. Albo szamanów z Jakucji, specjalistów od hodowania drożdży w brzuchu. Pewnie nie wiesz, że drożdże produkują alkohol i… No w każdym razie szamani też się gdzieś zapodziali, jednego dnia.

– W porządku. To teraz wytłumacz, co te historie mają wspólnego z tobą czy ze mną?

– No przecież właśnie ci wyjaśniam. Troff opisał mnóstwo tajemniczych przypadków. Analizował je. Aż pewnego dnia coś mu zaświtało.

Usiadłem na krawędzi łóżka, odrzucając koc na bok. W sypialni robiło się duszno.

– Adrien Troff postawił tezę, że istnieje mechanizm, który usuwa jednostki ponadprzeciętne. W miarę możliwości robi to dyskretnie, czyli że się tak wyrażę, w ramach procedur. Natomiast w razie konieczności manipuluje prawami przyrody i rachunkiem prawdopodobieństwa. Troff nazwał ten mechanizm nadsystemem. Nadsystem jest bezcielesny i może nawet pozbawiony świadomości. Zachowuje się jak autonomiczny układ nerwowy złożonego organizmu albo jego system immunologiczny. Tyle że w globalnej skali.

– Ale po co miałby usuwać jakieś jednostki?

– Bo są zagrożeniem dla porządku, którego nadsystem jest częścią. Nadsysytem pilnuje, by ogół Ziemian działał według ustalonych praw i zasad. Nie wszyscy sa posłuszni. Na przykład nasza piątka te zasady łamie. Zaburzamy odwieczny ład. Naruszamy prawa logiki. Mniejsza o to, czy robimy to świadomie; jesteśmy jak komórki rakowe, uparte i oporne, które jednak nadsysytem stara się odizolować i usunąć.

– Jeśli nadsysytem jest tak potężny, to czemu ma z nami kłopoty?

– Ha, bo my jesteśmy więcej niż wyjątkowi. Jesteśmy szczególnie wyjątkowi. Nadsystem jest wystarczająco silny, by nas uwięzić, ale za słaby, by nas zabić. To znaczy, dotychczas był za słaby, ale szykuje coś specjalnego.

– Co?

– No przecież tornado. Ono jest przeznaczone specjalnie dla nas. Mocne uderzenie, ostateczne rozwiązanie.

Przytłoczyły mnie te rewelacje. Poczułem znużenie. Odchyliłem skraj koca i ponownie ułożyłem się na wygodnym materacu. Ledwo zdążyłem zagrzebać się pod okryciem,  zmorzył mnie sen.

 

30 października

Musiałem majaczyć, skoro obudził mnie mój własny krzyk. Powoli rozklejałem powieki. I to też było nieprzyjemne doświadczenie. Przed oczami zamigotały niewyraźne, półprzeźroczyste kształty. Odgadłem, że są to przyczepione do rzęs kryształki soli. Przetarłem oczy zaciśniętymi pięściami.

Tym razem leżałem na leżaku rozłożonym na środku piaszczystej plaży, przykryty wełnianym pledem. Że też chciało się wariatom przenosić moje nielekkie przecież ciało. Było mi stanowczo za ciepło, zwłaszcza że panowała zadziwiająco wysoka temperatura.

Pierwszym elementem krajobrazu, który przykuł moją uwagę, był odległy wir. Dotykał on cienką witką linii horyzontu, wzbijał się spiralnie i rozlewał w burą plamę, paskudnie szpecącą rozległą połać błękitu. Domyśliłem się, że widzę przed sobą owo sławetne, złowrogie tornado, które wkrótce zasieje śmierć i spustoszenie.

Na tle plaży, na tle niemrawych fal i nieba skażonego zapowiedzią żywiołu, trzy postacie pluskały się w morzu: Wilma, Kendra i Michel. Jedynym strojem Wilmy były okulary przeciwsłoneczne, apaszka i kapelusz. Michel i Kendra najwyraźniej też dali sobie spokój z tekstyliami.

Rozejrzałem się. Z prawej, najwyżej pięć metrów ode mnie w rattanowym fotelu zagnieździł się Egon; spięty, a może tylko skupiony. Niby bezmyślnie wpatrywał się w horyzont, ale miałem nieodparte wrażenie, że coś knuje.

Z lewej opalał się Johnny. Rozpiął nawet kilka guzików koszuli.

W końcu przyjrzałem się sztaludze. Eksponowała pokaźne płótno, które przedstawiało mniej więcej to, co widziałem w naturze, czyli trójkę nudystów, muskających ulotną pianę palcami u stóp i czające się w dali tornado.

Zapadłem w chwilowe odrętwienie. Nie przeszkadzały mi nawet śmiechy i pokrzykiwania plażowiczów. W pewnym momencie Michel oddalił się od towarzyszek. Zanurkował, wynurzył się kilka metrów dalej i wypłynął na głębszą wodę. Tymczasem panie zauważyły, że odzyskałem świadomość. Pomachały do mnie ręką i ruszyły w moją stronę. Wtedy dopiero doceniłem w pełni ich nieskazitelną urodę – pełne piersi Kendry, harmonijnie współgrające z wąską talią oraz delikatną rzeźbę brzucha Wilhelminy, podkreśloną uwodzicielskim ruchem bioder. Pierwsza z nimf wyglądała bosko, a druga bajecznie.

Przywitały się ze mną i podeszły do swoich stanowisk.

– Jak się czuje rekonwalescent? – zapytała Kendra, wycierając się pokaźnym ręcznikiem.

– Świetnie – uśmiechnąłem się szeroko.

– Mam nadzieję, że nie masz nam za złe, że ciągle przemieszczamy twoje ciało. Chcieliśmy, żebyś był z nami akurat tu i teraz. Miałam nadzieję, że zdołamy cię dobudzić, ale spałeś jak zabity.

– W porządku. A w ogóle to dziękuję za ratunek. Słyszałem, że zawdzięczam ci życie.

– Zdarzało mi się już reanimować niewydarzonych topielców. W każdym razie wydaje mi się, że i tak byś przeżył, bo opatrzność ma plany wobec twojej skromnej osoby.

Opatrzność: dobry pretekst, by przekierować dyskusję na inne tory.

– O właśnie, widzę, że wkrótce dosięgnie nas przeznaczenie. – Wskazałem na odległe tornado.

Kendra nie zadała sobie trudu, by obrócić głowę w tę stronę. Za to Wilma wręcz przeciwnie – zmierzyła zjawisko okiem profesjonalnej pejzażystki. Domyśliłem się natychmiast, że zamierzała nanieść ostatni retusz na niedokończone płótno.

– O tak – potwierdziła. – Będzie tu za jakieś cztery godziny. Mamy jeszcze chwilę, żeby pogawędzić.

Kendra ożywiła się nagle.

– Słuchajcie, zupełnie zapomniałam wam coś powiedzieć – oświadczyła przejęta. – Dziś o świcie wpadłam kontrolnie do alterświata. I po raz pierwszy nie znalazłem naszej uroczej mieściny. Nikt nawet nie słyszał o Peussables. Ludzi spotykałam głównie sztywnych i nadętych. A reszta to marzyciele z głowami w chmurach. Pochłonięci politycznymi ideami. Wyobraźcie sobie, że używają waluty wspólnej dla prawie całej Europy. Ale banknoty raczej brzydkie, takie bez pomysłu.

– Słuchaj, Kendra – wtrąciłem tonem zapowiadającym rozpoczęcie nowego wątku. – Rozmawiałem wczoraj z Johnnym na temat dziwnych przygód, które nas tu spotykają. Johnny sprzedał mi swoją hipotezę. Znasz ją?

– No cóż – ognistoruda piękność zawiesiła głos, spoważniała. Gdzieś ulotnił się powab beztroskiej flirciary. – Tak, oczywiście. Chyba każde z nas pięciorga starało się pogodzić z losem. Ja też się godziłam, rozmyślałam.

– I do jakich wniosków doszłaś?

– Czuję, że inne światy znikną, a nasz przetrwa. Tyle że z małymi poprawkami.

– A dlaczego inne światy znikną?

– Bo nie pasują do ogólnej koncepcji. Skoro już jesteśmy w temacie, to my też nie pasujemy do koncepcji, więc też przepadniemy. Z tobą włącznie.

– Ale kto wymyślił tę koncepcję?

Kendra zniecierpliwiła się wyraźnie.

– Nie potrafię ci tego wyjaśnić. Studiowałam historię mody, a nie fizykę wymiarów równoległych. Ja przeszłam już etap szarpaniny, sprzeciwu i pytań bez sensownej odpowiedzi. Nie chcę do tego wracać, więc nie męcz mnie więcej. Przykro mi, ale będziesz musiał przejść bardzo przyśpieszony kurs godzenia się ze śmiercią.

Kendra zabrała się do rozczesywania włosów. Ja zamyśliłem się. Wilma, jak sądzę, słuchała uważnie rewelacji przyjaciółki i chyba nawet miała ochotę je skomentować, ale tylko wzruszyła ramionami, po czym rozsiadła się na wiklinowej sofie. Wyjęła skądś kolorowe, blaszane pudełko i zabrała się do konsumpcji ciastek. Po kilku minutach wstała po to tylko, by zaraz przykucnąć i sięgnąć pod mój leżak. Wyciągnąwszy wiklinową walizeczkę, położyła mi ją na brzuchu.

– Śniadanie – wyjaśniła lakonicznie.

Otworzyłem i znalazłem kilka kanapek, croissanty i miniaturowy termos. I coś jeszcze pod spodem. Metalową skrzyneczkę.

– Co to ?

– Zajrzyj.

W środku znajdował się notatnik, ołówki, długopis i przynajmniej ćwierć ryzy papieru A4.

– Pomyślałam, że zechcesz napisać… yy coś.

– Co na przykład?

– Testament, ostatnie słowo, epitafium, list do żony. Co chcesz.

– Brzmi fatalistycznie.

– Potem włożysz swój rękopis do załączonej skrzyneczki. Jest wodoszczelna, luminescencyjna i wyporna mimo solidnej konstrukcji. Według zapewnień producenta może dryfować co najmniej pół wieku, bez śladu korozji.

– A propos – wtrąciła Kendra. – O swojej żonie ciągle mówisz Kasia, Kasieńka. To zdrobnienie, prawda?

– Tak, od Kasandry.

– Od Kasandry? – Kendra parsknęła, rozpryskując wokoło resztki jedzenia. Białe drobinki bezy uniosły się na metr, zanim opadły na dekolt i brzuch, muskając w przelocie apetycznie zaróżowione sutki. – A to ci dopiero. Kasandra.

Zignorowałem ten napad wesołości.

– Dzięki za tę przezorność – zwróciłem się do Wilmy. – Choć z drugiej strony jesteś mi winna pewne drobne uprzejmości. W końcu to ty mnie tu ściągnęłaś.

Wilma westchnęła ciężko.

– Masz na myśli ten nieszczęsny list? To nie tak, Robercie. No, niezupełnie tak. Miałam kiedyś taki pomysł, raczej nieprzemyślany, żeby zgromadzić wszystkie dzieła i je poprawić. Niestety wypowiedziałam tę myśl na głos w towarzystwie mojego prawnika, który potraktował ją poważnie. Zanim się zorientowałam, zdążył powysyłać kilkadziesiąt listów, ale tylko ty się dałeś na to złapać. Cóż, przykro mi, przepraszam.

– Wybaczam – rzekłem wielkodusznie. – Nie mam wyjścia.

– Posłuchaj, jeszcze inna sprawa – dodała po krótkim wahaniu.

– No?

– Wiem, że uważasz nas za świrów. Ale jak pewnie wiesz z historii, w obliczu apokalipsy ludzie umartwiają się albo świętują. My wybraliśmy drugą opcję. No, przynajmniej troje z nas.

Machnąłem ręką z rezygnacją. Doszedłem do wniosku, że mieli więcej czasu, by zmierzyć się z przeznaczeniem, a ja w ich sytuacji osiągnąłbym ten sam stan ducha.

Tymczasem ze swego siedziska poderwał się Egon. Wrócił po chwili z jedną ze swych różdżek. Podbiegł nerwowo do Johnny’ego, obskoczył go z każdej strony. Skrzywił się z dezaprobatą. Potem podreptał do Wilmy, wyciągając z kieszeni stożkowate wahadełko. Dziobnął ją w mostek spiczastym instrumentem, połaskotał w brzuch, przeturlał po wydepilowanym łonie, dotknął czoła i ciemienia. Przeegzaminował także Kendrę, cały czas kręcąc głową. Rozejrzał się w końcu za Michelem. Ten akurat zdążył wrócić i zaczął energicznie skakać, wytrzepując wodę z ucha.

Dopadł Michela ze swoją aparaturą i zaczął krążyć wokół niego jak elektron. Gdyby nie wyraz frenetycznej zawziętości na twarzy, wyglądałoby to komicznie.

– Wiem już, co jest grane! – wrzasnął Egon, czym zogniskował na sobie uwagę całej ekipy.

– Ten przybłęda – Egon wymierzył we mnie palec – ten sabotażysta, dywersant, on jest temu winien.

– Czemu winien? – spytała Wilma.

– Wiem, po co on tu jest.

– No więc po co? – powtórzyła Wilma lekko zniecierpliwiona.

– On neutralizuje nasze ciała astralne. To jest właśnie jego parszywa krecia robota. Jesteśmy bezbronni, gdy ten typ jest w pobliżu.

– Interesujące. Jak na to wpadłeś?

– Mierzyłem na bieżąco natężenie biopola Michela, gdy się do niego zbliżał. I oczywiście było tym słabsze, im bliżej znajdował się Roberta. Jaki z tego wniosek? Oczywisty! – ekscytował się Egon. – Wynoś się stąd! – wrzasnął, mierząc mnie nienawistnym wzrokiem.

– O, chwileczkę – zaprotestowała Wilma. – Chcę zauważyć, że Robert jest moim gościem, a nie twoim. Zresztą hotel jest moją własnością, łącznie z dwustumetrowym kawałkiem plaży, na którym się wszyscy teraz znajdujemy.

No i ostatnie wątpliwości się rozwiały. Wilma była tu panią, gospodynią, właścicielką. Stąd respekt i charyzma, jaką się cieszyła wśród przyjaciół.

Tymczasem Egon wciąż się gorączkował.

– Znowu mi nie wierzysz? – wrzeszczał. – A dlaczego? Właściwie dlaczego? Może się myliłem w jakiejkolwiek sprawie? Najdrobniejszej? Nie, nie możesz mi tego zarzucić, bo zawsze miałem rację.

– Uspokój się, Egonie – nakazała Wilma władczym tonem. Ciekawe, że się nawet nie podniosła. – Jest wręcz przeciwnie. Zawsze ci wierzyłam.

– Wierzysz mi? Więc dlaczego nic nie robisz? Dlaczego go stąd nie wyrzucisz? Do tej pory byliśmy nietykalni, a on wystawia nas na niebezpieczeństwo.

– Wierzę ci, ale to nie ma żadnego znaczenia. Nie mam zamiaru wypędzać Roberta. Z powodów zasadniczych.

– Czyli jakich?

Wilma nabrała powietrza w płuca.

– Posłuchaj, Egonie. Jestem spełnioną kobietą. Byłam żoną, wielokrotną wdową, okazjonalną kochanką. Wychowałam siedmioro dzieci i nie wiem ilu wnuków. Moje obrazy wiszą w czterdziestu galeriach. Poza tym napisałam sporo książek, zwiedziłam kilkadziesiąt krajów, poznałam prezydentów, wizjonerów, szaleńców, filantropów, zbrodniarzy. Może świat miałby dla mnie jeszcze kilka niespodzianek, ale Peussables już mi się znudziło. Nawet jeśli dziś spodziewam się najgorszego, nie boję się i nie będę nikogo zarażać strachem z twojego powodu.

Przyjąłem to oświadczenie z ulgą, inni raczej z konsternacją. Rozejrzałem się niepewnie, ale nikt nie przejawiał ochoty podjęcia dyskusji. Egon wciąż dreptał nerwowo, licząc zapewne, że ktoś weźmie jego stronę. W końcu machnął ręką i zmył się jak niepyszny, odprowadzony speszonymi, zdezorientowanymi spojrzeniami.

 

30 października, popołudnie

Rozmyślam o oskarżeniach Egona. Naprawdę odkrył we mnie moc dywersanta? Pewnie miał na myśli coś w rodzaju pola siłowego, które chroni nietykalność jednostki. To znaczy, chroni mocniej lub słabiej.

Załóżmy roboczo, że miał rację. Jeśli tak, jeśli mam dar rozbrajania cudzych ciał astralnych, to szkoda, że nie dowiedziałem się tego za młodu. Wpisałbym sobie tę sprawność do CV i wybrał inny zawód. Przesłuchiwałbym zatwardziałych terrorystów na przykład.

Zaraz, zaraz, a może jednak korzystałem z mojej supermocy? W końcu zawsze miałem dar przekonywania. To dzięki niemu potrafiłem urabiać klientów, stworzyć zgrany zespół współpracowników. A Kasandra? Tyle razy narzekała, że ona – przecież kobieta twarda i z zasadami – przy mnie mięknie jak wosk nad płomieniem. Może jednak wycisnąłem z życia więcej, niż mi się zdawało?

Jakoś niechcący beletryzuje mi się ten raport.

A! Napiszę osobny list do żony. Potem wsadzę wszystkie notatki do tej śmiesznej blaszanej skrzynki, według wskazówek Wilmy.

Komórka oczywiście nie działa, nie pozwala pożegnać się z bliskimi.

Michel rozkłada materac i pada na niego ciężko jak kłoda. Wilma dokańcza swoje ostatnie płótno, Kendra je ciastka, Johnny czyta gazetę.

Na horyzoncie snuje się monumentalny warkocz tornada.

Jest cicho i spokojnie, zupełnie bezwietrznie.

Nie drgnie nawet źdźbło.

 

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałam za jednym zamachem. Masz interesujący sposób pisania, tajemnica snuje się za czytelnikiem od  samego początku jak jesienna mgła. Fajnie oddałeś klimat pustoszejącego miasteczka, jakiś taki dekadentyzm tych, co zostali zmuszeni do pozostania w nim. Podobało mi się i to chyba nawet bardzo.

Masz troszkę niedoróbek, ale nie chce mi się ponownie skanować tekstu. Jakieś literówki Ci się trafiły i mam wrażenie, że po przeróbkach tekstu zostało trochę dziwolągów.

Bardzo udane opowiadanie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Po prostu hipnotyzujący tekst. Nim się zorientowałem, to przeczytałem. Rewelacja pod względem sposobu pisania. Jakieś literówki się wkradły, ale nawet nie wiem gdzie, bo pod takim jestem wrażeniem :-)

Bardzo dobry tekst. Spodobała mi się wielość pomysłów, osobowości… Umiejętnie utrzymujesz uwagę czytelnika. No i oczywiście – oryginalność. Czegoś podobnego jeszcze nigdy nie czytałam.

potem zabarwił także tęczówek na zmianę na niebiesko i zielono.

Coś tu się posypało.

Moja pobyt w Peussables przedłuża się z tajemniczych powodów, ale wciąż wierzę, że to jednak zbieg okoliczności.

A polska język bardzo trudna… ;-)

Ludzie spotykałam głównie sztywnych i nadętych.

Literówka.

O swoje żonie ciągle mówisz Kasia, Kasieńka.

I tu.

Babska logika rządzi!

No i przyszło mi zadebiutować w wyjątkowo mocnym sąsiedztwie. Ale to dobrze. Jeśli zbiorę totalne baty, zawsze będę mógł winić wrażenie, jakie na czytelnikach wywarła lektura tekstu sąsiada. Podobał mi się Bóg o ograniczonej mocy, robiący porządki w swoich wszechświatach. Podobało mi się również to, że jednym ze światów przeznaczonych do likwidacji był ten, w którym w Europie wszyscy płacą tymi samymi, brzydkimi banknotami, he, he. Nie podoba mi się brak ostateczny brak możliwości wpływu bohaterów na swój los. Co oczywiście nie jest żadną wadą, wiem, że takie było założenie. To prawdziwa sztuka,oddać nastrój małego, zalanego deszczem miasteczka na atlantyckim wybrzeżu Francji, bez dziesięciu stron opisów. Świetny tekst.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ciekawy tekst. Czytałam wczoraj a dziś coś mnie skłoniło, by znów tu zajrzeć. Dobrze zarysowane postacie. Świetnie oddany dekadencki klimat. Masz ode mnie głos na bibliotekę :)

Dzięki za budujące słowa. Błędy poprawiłem, przynajmniej te wskazane . Ciekaw jestem, kto rozdaje wejściówki do biblioteki :) może wiedziałem, ale zapomniałem

Pozdrawiam.

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Głosy na bibliotekę, z tego co pamiętam, mogą oddawać piórkowicze.

Bella dobrze gada. Też już powinieneś posiadać tę magiczną umiejętność. Sprawdź. :-)

A na temat Biblioteki jest poradnik, jeden z nielicznych zawierających jakąś treść.

Babska logika rządzi!

Jakże bym chciała, Uradowanczyku, aby każde opowiadanie dodane w mój dyżur było równie zajmujące i dobrze napisane.

Zaciekawiwszy mnie pierwszymi zdaniami, niczego nie wyjaśniłeś zbyt wcześnie, czym sprawiłeś, że lektura Wyjątkowo mokrego października była szalenie satysfakcjonująca, aż po ostatnią kropkę. Nadzwyczaj zacne opowiadanie. ;-)

 

Przed drzwia­mi stał Jean – Pier­re Bocq… – Przed drzwia­mi stał Jean-Pier­re Bocq

 

A potem wy­łu­ska­łem cię z za­bło­co­nych por­t­ków… – A potem wy­łu­ska­łem cię z za­bło­co­nych por­t­ek

Choć rozumiem, że Francuz mógł powiedzieć portków.

 

Za­ufa­łem gps-owi, ale mimo to… – Za­ufa­łem GPS-owi, ale mimo to

 

Ema­no­wał po­kaź­nym nosem i po­go­dą ducha. – Można emanować pogodnym usposobieniem, ale czy pokaźnym nosem? Mam wątpliwości. ;-)

 

Po­dejdź­my zatem wszy­scy do sto­łów­ki.Po­dejdź­my zatem wszy­scy do sto­łu.

Stołówka bardziej kojarzy mi się z salą/ pomieszczeniem w zakładzie pracy, szkole czy w wojsku i obiadami tam wydawanymi.

 

Prze­szli­śmy kil­ka­dzie­siąt me­trów w kie­run­ku uro­kli­wej po­lan­ki, wy­po­sa­żo­nej w staw, fon­tan­nę i huś­taw­kę, stwo­rzo­nej wręcz do aran­żo­wa­nia scen ro­dza­jo­wych. – Na polanie można ustawić różne sprzęty, ale nie powiedziałabym, że polana została w nie wyposażona, szczególnie w staw.

 

Za­pra­szam do stołu – za­rzą­dzi­ła Wilma. Usie­dli­śmy wokół stołu… – Powtórzenie.

 

Ja tym­cza­sem za­bra­łem się za ocie­ka­ją­ce so­kiem kieł­ba­ski.Ja tym­cza­sem za­bra­łem się do ocie­ka­ją­cych so­kiem kieł­ba­sek.

 

John­ny nie zdra­dził nam zbyt wielu szcze­gó­łów ze swego życia, ale zdo­ła­li­śmy usta­lić, że mnó­stwo razy ucho­dził z ży­ciem się z bez­na­dziej­nych sy­tu­acji. – Powtórzenie i jakiś bałagan w końcówce zdania.

 

Zro­bi­ło się chłod­no i at­mos­fe­ra nam lekko okla­pła. To­wa­rzy­stwo było lekko znu­dzo­ne grą… – Powtórzenie.

 

Mia­łem na­dzie­ję, że go­spo­dy­ni utem­pe­ru­je bu­fo­na­dę Egona… – Na czym polegała bufonada Egona?

 

Or­ga­ni­zo­wał wy­pa­dy dla zbla­zo­wa­nych bo­ga­czy oraz im­pre­zy in­te­gra­cyj­no – mo­ty­wa­cyj­ne…– Or­ga­ni­zo­wał wy­pa­dy dla zbla­zo­wa­nych bo­ga­czy oraz im­pre­zy in­te­gra­cyj­no-mo­ty­wa­cyj­ne

 

Wcią­gnę­ła cię do two­jej sekty? – Chyba miało być: Wcią­gnę­ła cię do swo­jej sekty?

 

I do­wiedz, że nie chcę mieć nic wspól­ne­go z kim­kol­wiek z wa­szej pacz­ki. – A tu zdanie pewnie miało brzmieć: I do­wiedz się, że nie chcę mieć… Lub: I to wiedz, że nie chcę mieć

 

Krą­ży­łem jesz­cze przez chwi­lę z głową za­dar­tą do góry, aż do za­wro­tów głowy… – Powtórzenie.

 

Majt­nął mną kil­ka­kroć, ale z wiel­kim tru­dem zdo­ła­łem utrzy­mać na po­wierzch­ni.Majt­nął mną kil­ka­kroć, ale, z wiel­kim tru­dem, zdo­ła­łem utrzy­mać się na po­wierzch­ni.

 

I to też był nie­przy­jem­ne do­świad­cze­nie. – Literówka.

 

Z pra­wej, naj­wy­żej pięć me­trów ode mnie w tar­ta­no­wym fo­te­lu za­gnieź­dził się Egon… – pewnie miało być: …w rat­ta­no­wym fo­te­lu za­gnieź­dził się Egon

 

W pew­nym Mi­chel mo­men­cie od­da­lił się od to­wa­rzy­szek. – Wolałabym: W pew­nym momencie Mi­chel od­da­lił się od to­wa­rzy­szek.

 

wska­za­łem na od­le­głe tor­na­do . – Zbędna spacja przed kropką.

 

A resz­ta to ma­rzy­cie­le z głową w chmu­rach.A resz­ta to ma­rzy­cie­le z głowami w chmu­rach.

Czy może wielu marzycieli miało jedną głowę? ;-)

 

Chyba każde z nas pię­cior­ga sta­ra­ło się po­go­dzić się z losem. – Drugi zaimek zbędny.

 

Ken­dra za­bra­ła się za roz­cze­sy­wa­nie wło­sów. – Ken­dra za­bra­ła się do roz­cze­sy­wa­nia wło­sów.

 

Pod­biegł po ner­wo­wo do John­ny’ego, ob­sko­czył go z trzech stron. – Jeden Johnny mógł go obskoczyć z trzech stron? Zapewne dlatego, że podbiegł po nerwowo. ;-)

 

In­te­re­su­ją­ce. Jak na to wpa­dłeś?. – Zbędna kropka po pytajniku.

 

…łącz­nie z dwu­stu­me­tro­wym ka­wał­kiem plaży, gdzie się wszy­scy teraz znaj­du­je­my. – …łącz­nie z dwu­stu­me­tro­wym ka­wał­kiem plaży, na którym się wszy­scy teraz znaj­du­je­my.

 

Znowu mi nie wie­rzysz? – wrze­szał.Znowu mi nie wie­rzysz? – wrze­szczał.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czołem Regulatorzy. Poprawiłem wg Waszych wskazań. Może oprócz tych omsknięć, które wymagają głębszego główkowania, ale tuż przed północą nie dam rady.  Wielkie dzięki :)

Zastanawia mnie Wasza metodologia. – czy polega to na paste i copy do worda? Tak się pytam, gdybym sam próbował być równie skuteczny i spostrzegawczy

Pozdrawiam 

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Uradowanczyku, jeśli pomogłam, to bardzo się cieszę. ;-)

 

Moja metoda nie jest chyba zbyt osobliwa. Po prostu – kopiuję tekst do worda i czytam. Od początku do końca. W trakcie lektury, jeśli coś zauważę, wypisuję zdanie z błędem i gotowe.

Nie wiedziałam, co to znaczy paste, więc zajrzałam do Wikipedii. Teraz nie wiem jeszcze bardziej. :-(

Domyślam się, że copy, to kopiowanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

paste – wklejanie

Dziękuję, Bellatrix.

Wyjaśniasz przystępniej niż Wikipedia. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

– Bardzo mi miło – seksbomba dygnęła lekko, podając mi rękę.

Źle zapisany dialog – dalej jeszcze wypisałam gdzie.

wypaliłem. –[-] Towarzystwo roześmiało się zgodnie, ale jakby kurtuazyjnie.

Bez myślnika.

Tu nie tylko smykałka do interesów się liczy.

To?

– Wyjeżdżacie ? – wskazałem na samochód i walizkę ustawioną pod ścianą.

Wicher do spółki z[+] ulewą zawłaszczyły przestrzeń.

– O właśnie, widzę, że wkrótce dosięgnie nas przeznaczenie – wskazałem na odległe tornado.

Choć z drugiej strony jesteś mi winna pewne drobne uprzejmości –[-] W końcu to ty mnie tu ściągnęłaś.

zgromadzić wszystkie dzieła i jej poprawić.

Ciekawe, że się nawet nie podniosła –[-] Jest wręcz przeciwnie.

 

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki, Tenszo, za wskazówki.

Poprawiłem.

Aczkolwiek zauważyłem, że jest trend, by gesty i sygnały mimiczne zaliczać do ‘przekazów paszczowych’ i pisać z małej litery po myślniku. Może się to brać z tego, że czasami czasownik oznacza zarówno używanie więzadeł głosowych, jak i ruch, np. zwrócił się do przedmówcy (bo jednocześnie odwrócił głowę w jego kierunku). Ja mogę zostać przy starych zasadach, bo w sprawach języka jestem raczej konserwatystą.

A co do myślników – czytając ostatnią ‘N. Fantastykę’ stwierdzam, że autorzy /tłumacze mieszają beztrosko pauzy i półpauzy, a korekta nie reaguje.

Sam poziom opowiadań bardzo dobry – dodam asekuracyjnie. 

 

Pozdro

u.

 

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Nie zdążyłam napisać, co myślę o opowiadaniu, bo mąż wołał – jest super napisane, ale i tak sądzę, że przydałoby mu się odchudzenie. Nie powiem, żebym się nudziła, a to przecież łatwo osiągnąć, ale po prostu miałam “no, niech się już coś stanie, no dalej”. I w sumie się nie stało :P trochę zawiodło mnie to zakończenie. Poza tym tekst bardzo dobry.

Tylko nie "Tęcza"!

Bardzo dobry tekst. Mam nadzieję, że się nie obrazisz, ale wyjątkowo z Agathą Christie się mnie skojarzył. Dla mnie to plus :) No, ale ja lubię Twoje teksty. Ten wyjątkowo.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Hej Emelkali

Dzięki za miłe słowo

O ile wiem Agatha Christie jest najpoczytniejszą autorką w historii literatury, więc porównanie do niej nie jest ujmą, ale honorem. Słabo ją znam, co nie jest bynajmniej powodem do dumy. Kojarzę ze ‘Śmierci na Nilu’ i jako kryminalna zagadka był to majstersztyk. Prawda, że Christie jest w stanie stworzyć atmosferę bez uciekania się do fajerwerków. 

Powoli, kiedy czas pozwala zaznajamiam się z tekstami z biblioteki , zwłaszcza piórkowymi, też pewnie polubię Twoje

Pozdrawiam

u

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Od dawna chciałem przeczytać coś Twojego, i w końcu trafiło się w mój dyżur.

Nie żałuję, bo czytało się przyjemnie. Dobre opowiadanie, napisane ładnym stylem, intrygujące, z niezłym klimatem. Choć zgadzam się z Tenszą, że od końcowych fragmentów chciałoby się czegoś więcej, wyszło nieco za spokojnie.

A właściwie dlaczego dałeś je jako science-fiction?

 

Poprawki:

– No, co ty opowiadasz. –– dałbym tu bez przecinka

– Zapraszam do stołu – zarządziła Wilma. Usiedliśmy wokół stołu –-- powtórzenie 

zaśmiała się w odpowiedzi – W  – brakuje kropki

szukając cieków wodnych – pojęcie cieków wodnych odnosi się do wód powierzchniowych, a z kontekstu wynika, że piszesz o wodach podziemnych, poza tym ciek wodny to pleonazm

rudy metali, do których miał – rud metali

W przeciwieństwie od nas pozostałych – do nas

fizjologiczno – neurologiczno – anatomiczno –– fizjologiczno -neurologiczno-anatomiczno

Cholera wie skąd się biorą – brakuje przecinka

uprzejmego . – usuń spację

– Ale kto wymyślił tę koncepcję. –– znak zapytania na końcu

Dlaczego go stąd nie wyrzucisz. –– jak wyżej

Dzięki, Zygfrydzie, za uwagi i łaskawe summa summarum słowo. Poprawiłem oczywiście. 

Jestem skłonny się zgodzić, że tekst nie należy do hard SF, ale wybór opcji nie jest zbyt duży. Może pasuje do kategorii ‘inne’. Nie zależy mi specjalnie na etykietkach, ale niech już będzie, jak jest.

Pozdrawiam

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Mam taką straszną przypadłość, że bardzo niewiele rzeczy podoba mi się na pierwszy rzut oka. Nie inaczej było tym razem, bo ta historia potrzebuje jednak trochę czasu, by się rozkręcić. Z każdym akapitem robi się jednak coraz lepsza, więc zdecydowanie nie żałuję czasu poświęconego na lekturę. Ode mnie duży plus.

Czytałam i myślałam sobie – łał, ale to jest genialnie napisane! No zaczarował mnie ten styl – w zasadzie prosty, bez jakiejś wymyślnej gimnastyki, a przy okazji taki barwny, żywy, bogaty. Moja potrzeba dobrego brzmienia została zaspokojona w stu procentach :)

Podobał mi się też nastrój i tajemniczość. Scena obiadu, klimat luźnej pogawędki i wyjątkowość postaci i poruszanych tematów nasunęły mi skojarzenie z opowiadaniem “Ptak słońca” Neila Gaimana. Co do postaci – trochę przeszkadzała mi dysproporcja czasu, jaki im poświęciłeś. Zupełnie umknęła mi zdolność Johny’ego – gdy pojawił się kolejny raz w opowiadaniu nie mogłam sobie przypomnieć co w nim jest specjalnego i cofałam się do sceny obiadowej, aby sobie przypomnieć. Z pewnością nie bez znaczenia jest fakt, że musiałam przerwać czytanie po drodze, no ale inne postaci jakoś bardziej mi utkwiły w pamięci.

Zakończenie też zostawiło mnie z lekkim niedosytem, choć nie do końca potrafię powiedzieć dlaczego. Zabrakło mi jakiegoś fajerwerka, ale nie mam pomysłu co mogłoby nim być. Może coś z tą zdolnością protagonisty – niby ją poznaliśmy i bohater tez doświadczył jakiegoś wglądu pod sam koniec, ale takiego na dwa zdania i jakoś mało przekonywującego w moim odbiorze.

Ogólnie – kawał naprawdę dobrego pisania :)

 

I jeszcze kilka chochlików wyłapałam:

 

Ja tymczasem zabrałem się do ociekające sokiem kiełbasek. – ociekających

 

Pochodził z Niemiec, choć życie dorosłe życie spędził poza ojczyzną. – życie się powtórzyło się ;)

 

Miałem prawo przypuszczać, że drugi brzeg znajduje się nie dalej niż sto metrów dalej i że dopłynę do niego wpław. – faktycznie niedaleko ;)

 

Odchyliłem skraj koca i ponownie ułożyłem się na wygodnym materacu. Ledwo zdążyłem zagrzebać się pod kocem, gdy zmorzył mnie sen. – i jeszcze tutaj powtórzonko.

 

 

Werwena, Vyzart – dzięki za komentarze i uwagi

Sam widzę, że mam kłopoty z puentą. Wezmę to pod rozwagę w przyszłości

Poszukam informacji o ‘Ptaku słońca’

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Interesujący tekst.

Spokojny, by nie rzec… leniwy, a jednocześnie wciągający. Zasługa to, jak zwykle u Ciebie, niebanalnego pomysłu. 

 

Opowiadanie głębokie, wyraziste w swej wymowie. Tak wielu ludzi próbuje uciec ze swojego Peus­sa­bles, nie mogąc się wydostać. Niektórym się udaje, inni godzą się z losem, czekają na tornado, które majaczy na horyzoncie. Nie wiadomo jednak, czy tornado nas dosięgnie, czy ono czasem nie czeka, tam gdzie chcieliśmy uciec?

 

To chyba najlepszy z Twoich tekstów. Nie siliłeś się na akcję, wielkie zwroty w fabule, a jednak twór końcowy okazał się nader ciekawy.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

“Wyjęła skądś kolorowe, blaszane pudełko i zabrała do konsumpcji ciastek.“ – zabrała się

 

Zgadzam się z przedmówcami – naprawdę dobry tekst. Masz talent do prowadzenia historii, która płynie gładko i bez potknięć, a przy tym ma wyczuwalny, intrygujący klimat. Ciekawa historia, interesujący bohaterowie, językowo właściwie bez zarzutu. Brawo.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nazgul, Joseheim

Dzięki za komentarze. Ten tekst powstawał długo i był poprawiany wiele razy. Jak widać ciągle zdarzają niedoróbki.

Z różnych powodów spędzałem czas w takich miejscach jak opisane . Po pracy nie było co robić, więc się szwendałem. patrzyłem i widziałem ludzi, zamykających swe biznesy na parę miesięcy, pakujących manatki. Są sytuacje, które skłaniają do przemyśleń.

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Bardzo interesujący, oryginalny, świetnie napisany tekst; lektura była przyjemnością.

Sorry, taki mamy klimat.

Ukh i nie dokonczę przed terminem… Trudno, trzymam kciuki za nominację.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wyjątkowo zajmujący tekst. :)

70 tysięcy znaków a minęło niemal błyskawicznie. Było jedno miejsce, w którym myśli zaczęły mi uciekać w jakieś inne rejony i musiałam się dyscyplinować, by wrócić do tekstu. Stało się tak wówczas, gdy wprowadzałeś kolejnych bohaterów “zgromadzenia”, w ogrodach hotelu. Trochę mi się ten fragment dłużył, mimo niewątpliwego faktu, że wprowadzone postacie były barwne i ciekawe. Nie wiem – może to kwestia sposobu, w jaki zostały wprowadzone? Tak trochę na zasadzie – a teraz na scenę wyjdzie pan X i zostanie ładnie przedstawiony. Wilma gada w tym momencie trochę za dużo, a trochę za mało poznajemy bohaterów przez nich samych, przez ich zachowania czy natręctwa. A przynajmniej w porównaniu z wodosłowiem Wilmy. 

Ale to drobiazg, bo opowiadanie uważam za bardzo udane.

Długo się wzbraniałem przed przeczytaniem tego opowiadania. I nie wiem czemu. Chyba odrzuciła mnie wizja przebrnięcia przez siedemdziesiąt tysięcy znaków opowieści o jesiennej Francji i jakichś tam żabojadach moknących na deszczu. A przecież wiedziałem, już, że potrafisz pisać tak, że masz świetne pomysły i piszesz tak, że nie sposób się oderwać.

 

Ogólnie, pomysł – miazga. Napisane też – jak zwykle – w taki sposób, że łyknąłem jak młode pelikana.

Bardzo dobrze oddałeś ponury klimat opuszczonego miasteczka, nadciągającej katastrofy i nastrojów członków klubu. Technicznie do jakichś drobnostek by się przyssał, i owszem, ale to, co mi nie zagrało, to zachowanie bohaterów w scenie końcowej. Że malarka wybrała tak a nie inaczej, potrafię zrozumieć. Ale że reszta, zwłaszcza radiesteta, tak po prostu poszli za nią – nie ogarniam. Na pewno nie wszyscy podzielali zdanie gospodyni w kwestii takiego rozwiązania sprawy. Dlaczego więc nie odeszli, póki mogli? Albo przynajmniej nie podjeli debaty na ten temat, tylko tak bezrefleksyjnie wszystko zaakceptowali?

Nie poniał też, w jaki sposób “specjalny” był komandos. Bo poza tym, że wykazywał się ogromną determinacją, chyba nic go nie wyróżniało.

 

Niemniej jest to bardzo dobra, wciągająca historia, amen.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka