- Opowiadanie: Arvil218 - Król Piotr

Król Piotr

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Król Piotr

 

Król Piotr

 

Woda, tryskająca z kamiennych muszli, cicho szemrała opadając do niewielkiego, przepełnionego zbiornika. Dalej przelewała się leniwie przez jego niskie brzegi cienkim, niemal niedostrzegalnym strumykiem, na kolejny poziom i niżej, na sam dół. Nad taflą ostatniego basenu unosiły się drobne kropelki, tworząc delikatną, migoczącą mgiełkę. Czasami, jeżeli wiał wiatr, a Piotr usiadł wystarczająco blisko fontanny, czuł na twarzy coś na kształt lekkiej, morskiej bryzy. Wtedy szmer opadającej wody zamieniał się w szum morskich fal, Piotr zaś umiał sobie wyobrazić, że znowu jest tam, w prawdziwym świecie, siedząc nad urwistym brzegiem, z mieczem opartym na kolanach, wpatrując się w ogrom Wielkiego Oceanu Wschodniego. Zawsze był ciekawy, co znajdowało się po drugiej stronie. Łucja mówiła, że popłynęli tam razem z ich bratem. Dlaczego właśnie ona? Byli najmłodsi, ale co to za powód? Dlaczego on sam potem już nigdy…

Słabo potrząsnął głową, starając się pozbyć przykrych myśli i przeniósł wzrok wyżej, na górującą nad fontanną kamienną kobietę. Piotr dobrze znał ten posąg – sądził, że w każdej chwili mógłby go dokładnie narysować z pamięci. Celowała z łuku, złożona do strzału, pewna siebie. Włosy miała owinięte chustą, żeby nie przeszkadzały podczas polowania, ale poza tym była naga. Drobne, niemal dziewczęce piersi, zaznaczone mięśnie ramion i brzucha. Tabliczka pod spodem głosiła, że to Artemis. Pewnie była dobrą łuczniczką. Tak jak jego siostra. 

Westchnął. Ileż by dał, by znowu poczuć w rękach ciężar łuku, ból mięśni przy nakładaniu kolejnej strzały na cięciwę. Kiedyś kupili we czwórkę łuki – jesionowe, kosztowały ich małą fortunę. Wybrali się razem do lasu, ale strzelanie do celu nie dawało dawnej satysfakcji. Wyszli z wprawy, tylko Zuzanna trafiała raz za razem. Łucja się śmiała, ale jego doprowadzało to do szewskiej pasji.

Przez jakiś czas spotykali się w lesie regularnie, ale to nie była nawet namiastka dawnych polowań, turniejów i walk. Statyczne, wręcz nudne. Kiedyś od tego, czy trafi, zależało jego życie. A teraz? Nie miało to żadnego znaczenia – to najbardziej go denerwowało. W końcu ktoś zaproponował, żeby urządzili polowanie. Oczywiście, nie było to legalne, ale nie zastanawiali się nad tym, nawet Edmund. Wszyscy zapalili się do wyprawy, nagle stali się młodsi, silniejsi; Piotr sądził, że w każdym z nich obudziła się ta sama nadzieja – a może jednak? Kiedy będą sami, oddaleni od cywilizacji, może nieświadomie przekroczą jakąś granicę, tak jak za pierwszym razem? Nie zorientowaliby się od razu; szliby przez las, z każdą chwilą coraz bardziej przekonani, że to już nie jest Brytania, ani Europa, a w końcu – Piotr bezwiednie uśmiechnął się pod nosem – spotkaliby jakiegoś fauna albo zagadałaby do nich wiewiórka, a oni powiedzieliby, że to królowie powrócili. Wtedy wreszcie byliby znowu w domu.

Powiał chłodniejszy wiatr, wywiewając z ciała Piotra resztki ciepła i przyjemne marzenia. Staruszek poczuł się nagle bardzo zmęczony.

Cóż, wtedy mieli jeszcze nadzieję na powrót, bez mała trzydzieści lat temu. Który to był? Pięćdziesiąty pierwszy? Wyjechali pociągiem z miasta, wiele mil dalej, bo przecież w okolicach Londynu od dawna nie ma żadnych prawdziwych lasów – musieli jechać na północ przez cały dzień, zostawiając za sobą pociętą drogami, szarą Anglię. Za Manchesterem wypożyczyli samochód i asfaltową drogą dotarli do parku Kielder. Zaparkowali samochód pod lasem, resztę drogi przebyli piechotą. Chcieli jak najszybciej zostawić za sobą uczęszczaną, wypielęgnowaną część lasu, dotrzeć do prawdziwej natury.

Dobrze im się chodziło po bezdrożach, jeszcze pierwszego dnia odkryli tropy sarny – podążali nimi do nocy. Po ciemku rozbili namiot i rozpalili ogień. W jego chybotliwym świetle opowiadali, jak się potoczyło ich życie, gdy się rozstali. Zuzanna o swoim narzeczonym, Edmund o gazecie, w której pracował, on sam o życiu nauczyciela w College’u. A później, kiedy dopadło ich wszystkich zmęczenie i rozmarzenie, mimo wcześniej złożonej sobie obietnicy – zaczęli wspominać. Smoki i olbrzymy, wielką bitwę nad Beruną, Ryczypiska, Tumnusa i Kaspiana. No i Jego. Wielkiego Lwa.

Poszli spać, przepełnieni nadzieją, że obudzą się w Narnii.

Wstał o brzasku, kiedy jeszcze w lesie było szaro, wypadł z namiotu, spodziewając się, co zobaczy. Ale od poprzedniego dnia nic się nie zmieniło. Pochwycił spojrzenie Łucji, siedzącej przy dawno wygasłym ognisku. Słabo pokręciła głową.

Sarnę dopadli jeszcze tego samego dnia przed południem. Bezgłośnie się porozumiewając, zajęli pozycje do strzału; zwierzę stało spokojnie, skubiąc bukowe listki i niczego nie przeczuwając. Piotr pierwszy wypuścił strzałę, dając znak reszcie – jak za starych lat. Cichy brzęk, szmer przecinanych liści i wreszcie odgłos grotu, zagłębiającego się z plaskiem w miękkie ciało. Wyskoczyli z zarośli, podbiegając do leżącego na ziemi płowego ciała. Strzała Zuzanny trafiła prosto w serce – jak zawsze; on – kilka cali w bok od strzały siostry, Edmund w zad. Tylko Łucja w ostatniej chwili się zawahała – jej strzała zniknęła gdzieś w gęstwinie.

I nic. Nie poczuli zmiany, ciągle to był leśno – wodny park Kielder w Anglii. Żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć. Nie pamiętali, jak oprawia się zwierzęta, zresztą i tak nie mieliby co zrobić z mięsem. Ciągnęli sarnę kilkanaście łokci dalej, ale to także było bez sensu. Co powiedzieliby leśniczemu? Zostawili podziurawione truchło wilkom, z poczuciem całkowitej porażki. Wieczorem pokłócili się, jak jeszcze nigdy wcześniej.

„…zwyczajnie okrutne, zabiliśmy ją po prostu dla zabawy! To żałosne! Królowie…”„Nie jesteśmy żadnymi cholernymi królami! Pora przyjąć to do wiadomości!” „Pamiętasz, co powiedział profesor Diggory? Kto raz…” „…został królem Narnii, ten na zawsze nim pozostaje”– szyderczo dokończyła za Edmunda Zuzanna. „My nigdy nimi nawet nie byliśmy! Przecież to idiotyczne! Byliśmy mali, przestraszeni, w wielkim domu tego starca i przyśniła nam się jakaś tam Narnia! Potem wymyśliliśmy ją sobie z nudów, w pociągu! To była dobra zabawa, ale już nie jesteśmy dziećmi! Nie ma czegoś takiego! Piotrze, powiedz jej…”

Stał wtedy, zaciskając pięści aż do bólu, uparcie milcząc, powstrzymując się od krzyku. Długo nie mógł Zuzannie wybaczyć tych słów; teraz, po latach, rozumiał, że nie umiała inaczej sobie z tym poradzić. Od czasu pamiętnego polowania Narnia ostateczne stała się dla niej fikcją, irytującym kłamstwem. Pewnie tak było jej łatwiej: zapomnieć o Ker-Parawelu, dawnych miłościach i przygodach. Miała teraz rodzinę, trójkę dzieci, dom, jakiś czas temu po raz drugi wyszła za mąż. Może była szczęśliwa – Piotr nie umiał powiedzieć. Bywały dni, kiedy jej zazdrościł. O ileż byłoby mu łatwiej zapomnieć…

Tak… polowanie wiele zmieniło. Ale on sam nie potrafił się poddać. Ile to już było razy, od samego początku, ile prób, by wrócić? Nie liczył, lata zatarły część starań. Ale jak nie próbować?

Kiedy wypadli z szafy, rozemocjonowani i szczęśliwi, byli tak pewni swojego powrotu, który zresztą nastąpił, ale już na krótko, i tylko jeden raz. Oczy Piotra zwilgotniały na wspomnienie potężnych gór na granicy z Archenlandią i widoków roztaczających się ze szczytów – na bezkresną morderczą pustynię na południu i na zielone łąki północy, zamieszkane przez dzikich, niepokornych pasterzy. A ogromne, nieokiełznane stepy Etismooru: tak czyste, nieskażone dymem fabryk, spalinami, niezniszczone wycinką drzew i kopalniami, niezaśmiecone. Spędzili na nich całe miesiące, we czwórkę. Raz zabrał tam też Evalian. Evalian… Nigdy więcej nie spotkał już tak wspaniałej kobiety. Tak bardzo chciałby mieć ją teraz u swojego boku, zestarzeć się z nią. Nawet już nie pamiętał dokładnie rysów jej twarzy. Ostatnio widzieli się sześćdziesiąt lat temu, jak nie więcej. Często myślał, jak potoczyły się jej losy.

Każde z nich zostawiło po drugiej stronie coś cennego. Przez długi czas byli dla siebie jedynym wsparciem.

Na początku, jeszcze u profesora Diggory’ego, nie rozmawiali o niczym innym – jak wrócą, kiedy i z jakiego powodu, jak będzie wszystko wyglądało, za ten miesiąc czy dwa. Ale czas płynął, minęło pół roku, później kolejne i nic się nie działo, a oni powoli zaczynali wątpić, czy to wszystko było prawdą. „Jeżeli jeszcze raz tam wrócimy, to znaczy, że to wszystko było prawdą”– powiedziała kiedyś ugodowo Zuzanna, wyrażając myśli całej czwórki.

Wrócili, na kilka miesięcy – według tamtego czasu. Znów poczuli się królami, znowu obcowali z centaurami i faunami, w wielkiej bitwie pobili Telmarów, a później nadszedł czas rozstania. Nie wracali do Anglii przypadkiem, to było pożegnanie i już wtedy Piotr wiedział, że nie będzie drogi z powrotem, ale to wszystko wtedy wydawało się mniej przygnębiające. Wtedy jeszcze czuł na sobie ciężar zbroi, a w uszach dźwięczał ryk Lwa. Powrót do szkoły był dla Piotra wręcz przyjemny, a życie ze świadomością, że jest kimś więcej, niż tylko nastolatkiem, dodawała mu odwagi.

Ale potem przyszła rutyna. Wszystko wydawało mu się przeraźliwie nudne, nijakie. Trudno było się przestawić z bycia królem na rolę uczniaka; drażniły go głupawe zaczepki, chichotliwe dziewczyny z żeńskiej szkoły naprzeciwko. Nie miał przyjaciół. Edmund mówił, żeby przynajmniej spróbował wziąć za dobrą monetę rówieśników. Tyle że jak oni mieli go rozumieć, skoro przeżywali życie po raz pierwszy, a on po raz drugi, w innym, gorszym świecie? Jedyną osobą, która go naprawdę rozumiała, pozostawał jego brat, ale już niedługo.

Po wakacjach Edmund wrócił zmieniony, inny. Nigdy nie powiedział, co tak naprawdę się stało. „Na początku nie chciał mnie ranić. Później nie miał okazji”– zasępił się Piotr. Zresztą to nieistotne, przecież tylko jedno mogło się wydarzyć – był tam znowu, po raz trzeci. Bez niego.

Później nie dogadywali się już tak dobrze, tak jakby ta przygoda zamknęła w życiu Edmunda jakiś rozdział, ciągle otwarty u Piotra. Nie chodziło o to, że Piotr mu zazdrościł, wcale nie, po prostu nie rozumiał, dlaczego on nie dostał tej szansy. Nadal nie potrafił tego pojąć. To poczucie niesprawiedliwości postawiło między nimi granicę, której nie udało im się sforsować do końca szkoły. Później los rzucił ich w inne miejsca i poza kilkoma wyjątkami już się nie widzieli. Edek zginął, Boże ile już lat temu? Piętnaście? Szesnaście? Więcej, a przecież był jeszcze taki młody… Gruźlica. Zabrała nie tylko polityka robiącego błyskotliwą karierę i dziennikarza, ale przede wszystkim jedynego przyjaciela Piotra. Zawsze niezłomny, optymistyczny, akceptujący rzeczywistość taką, jaką była. „Narnia była i minęła, i chociaż to boli, to trzeba żyć dalej”. Jak łatwo mu to przychodziło!

Poszli do różnych college’ów, mimo że obaj studiowali przedmioty humanistyczne. Po ukończeniu szkoły Piotr uczył przez kilka lat w tej samej placówce, ale to nie było dla niego. Zarobki nie były złe, uczniowie znośni, miał czas dla siebie; mimo to dość szybko zrezygnował z tej pracy. Jakiś czas szwendał się ulicach, chwytając każdą robotę – strażnik muzeum, mechanik, kilka miesięcy pracował nawet jako robotnik, przy budowie biurowca w centrum. Czasem sam odchodził, częściej go zwalniali.

Po pięćdziesiątym pierwszym wyjechał z Anglii. Wiązało się z nią zbyt wiele przykrych wspomnień, jak powiedział rodzeństwu. Zaokrętował się na niewielki pasażerski parowiec „Lilla Star”, kursujący między Londynem i Nowym Jorkiem, czasem zahaczając o Lizbonę czy inne portowe miasto Europy.

Nie miał żadnych kwalifikacji, więc pracował w kotłowni, przerzucając węgiel z hałdy po prawej stronie do wielkiego pieca po lewej, aż do zawrotów głowy. Kiedy wychodził na pokład, umorusany od stóp do głów, czuł na sobie pogardliwe spojrzenia pasażerów – „Lilla Star” była dość prestiżowa. Czasem opierał się o reling, wyzywająco, butnie i przypatrywał kobietom w obcisłych strojach kąpielowych, umięśnionym i opalonym mężczyznom, o dłoniach nieznających pracy i uniżonym lokajom w garniturach. Gardził nimi, fałszywymi bankierami i handlowcami, jako król. Oni gardzili nim, niewykształconym robotnikiem spod pokładu, jako ludzie sukcesu i pieniądza. Często upływały im w ten sposób wlokące się godziny rejsu.

 Dopiero po roku Piotr uświadomił sobie, że w jednym mieli rację – to nie było zajęcie godne króla: król nie pracuje po dziesięć godzin dziennie, w ciemności i pocie czoła, nie chodzi przez cały czas głodny, zadając się z jakimiś portowymi szumowinami. Król dba o swoich poddanych, broni ich i prowadzi kraj ku dobrobytowi. Pewnego razu, kiedy cumowali w Nowym Jorku, nie wrócił na pokład. Znalazł się sam, w nieznanym, wielkim mieście, bez grosza, podjąwszy najlepszą decyzję swojego życia – odsunął od siebie zagrożenie utraty korony. Pomyślnie przeszedł badania na Ellis Island i stał się pełnoprawnym imigrantem w Stanach Zjednoczonych. Nikogo nie interesowała jego przeszłość i to co dawniej robił – po raz pierwszy.

 Po kilku miesiącach nędzy, zatrudnił się jako strażnik w więzieniu o zaostrzonym rygorze: dzięki pracy na statku był umięśniony i silny jak mało kto, potrzebowali takich ludzi. Przez jakiś czas czuł się dobrze – wypełniał swój obowiązek, przynajmniej w jakimś sensie. Pilnował największych zwyrodnialców, gwałcicieli i morderców. Przez kilka miesięcy mieli w celi śmierci siłacza, wielkiego na dwa metry, głupiego, jak mało kto. Czekał na krzesło za morderstwo malutkiego synka swojego brata. W sądzie powiedział, że złościł go swoimi krzykami. Zasłużył na śmierć. Bywali inni: ludzie przebiegli, inteligentni, przywodzący Piotrowi na myśl dawnych wrogów czy niektórych sojuszników. Stev Hoffman na przykład, przemytnik. Wymykał się policji przez całe dwa lata, zanim go dopadli, a i tak na koniec zginęło jeszcze dwóch, zanim go złapali. W więzieniu tak się urządził, że po tygodniu miał trzech osiłków na każde zawołanie i codziennie papierosy. Był taki podobny do Haara Kolira, karła, który okradł królewski skarbiec. Piotr rozpoznawał w więźniach przestępców stamtąd – wszędzie zdarzali się ludzie jednakowo podli.

Nie przypominało to jego życia z dawnych lat, ale stanowiło jakąś jego namiastkę. Kiedy Piotr wspominał – lata w Ameryce wydawały mu się najlepszym okresem w jego życiu, tutaj. Dostał obywatelstwo, kupił mieszkanie. W tym czasie miał kilka kobiet, kolegów, z którymi mógł pójść na piwo. Czasem jeździł na kilkudniowe, samotne wycieczki po zachodnich pustkowiach. Takie życie było znośne; tylko czasem przeszywała go rozpaczliwa tęsknota za utraconym światem, której nie umiał w żaden sposób z siebie wyrzucić – ani za pomocą klubów ze striptizem, ani ciężkiej pracy.

Z czasem nostalgia przychodziła coraz częściej, razem z poczuciem bezsensu. Tutaj był sam, jeden spośród trzech miliardów takich samych ludzi na ziemi. To, co robił, nie miało żadnego znaczenia. Nikt by nie zauważył, że zginął, nikt by się nie przejął, nikt by nie zapamiętał, że był ktoś taki jak Piotr Pavensie.

Nadszedł 1957, wojna. Piotr zaciągnął się, sam nie do końca pewny, dlaczego. Zabijanie nigdy mu nie spowszedniało; przez cały czas pobytu w Narnii było dla niego czymś okropnym, trudnym obowiązkiem. Nocami prześladowały go twarze zabitych. Czemu chciał do tego wrócić? Podświadomie sądził, że nawet najstraszniejsze uczucia stamtąd byłyby darem, utrwalaczem który pozwoliłby zatrzymać upływ czasu, zamienić wspomnienia w rzeczywistość. Ludzie wszędzie umierają tak samo. Był gotów zabić dla odrobiny wspomnień – czy to nie czyniło go potworem, jednym z tych, których pilnował? Piotr wstydził się tego, znajomym mówił, że jest to jego obowiązek względem kraju, że nie ma nic do stracenia. Znał jednak prawdę, mimo to nie zrezygnował.

Tak, był wtedy naprawdę zdesperowany, przeczuwając, że to nie zadziała. To nie była sprawiedliwa walka o wolność, a on nie walczył u boku przyjaciół, tylko razem z ograniczonymi, głupimi ludźmi, nierozumiejącymi go za grosz.

Wojna była dla niego jak sen, jeden z tych, po których bał się potem znowu zasnąć. Z każdym dniem coraz gorszym snem. Do dzisiaj nie potrafił o tym opowiadać, chociaż minęło już tyle lat. Na początku wszystko odbywało się pod przykrywką humanitaryzmu, obozy dla jeńców, działania z uwzględnianiem dobra cywilów… Im dalej posuwali się na północ, tym większe straty ponosili, za dnia walcząc z regularną armią, w nocy atakowani przez partyzantów: wietnamskie dżungle świetnie nadawały się na zasadzki.

Błoto, ciągle błoto i niekończący się deszcz podczas pory monsunowej; zdrady, pułapki, masowe mordy, egzekucje więźniów, i brak postępów – utrzymywali się tylko dzięki kolejnym rekrutom, napływającym na śmierć szerokim strumieniem. To nie była wojna, do której przywykł, szlachetna, ludzka. To była rzeź, w żaden sposób nieprzypominająca tamtego.

Postawili go raz przed sądem polowym za niesubordynację i skazali na śmierć przez rozstrzelanie, kiedy odmówił otworzenia ognia do uciekających z płonącej wioski cywilów, pomiędzy którymi kryli się partyzanci. Od wykonania wyroku dzieliły go godziny, kiedy oddział został zaskoczony, otoczony i rozbity, być może przez tych samych ludzi, którym ocalił wtedy życie.

Podczas czasu spędzonego w Wietnamie zgubił gdzieś wszystko, co dawniej pchało go do przodu – nadzieję czy wdzięczność. Przeżył tam całe lata, o których wolałby dzisiaj nie pamiętać, tylko po to, żeby lec z przestrzelonym płucem na polu pod miastem Hue podczas ofensywy wroga. Odratowali go i wysłali z powrotem do Ameryki, jako niezdolnego do uczestniczenia w dalszych działaniach, z jakimś tam medalem za bohaterstwo.

I to już koniec jego snów o Narnii. W końcu zrozumiał, że to, co się wydarzyło lata temu, kiedy był jeszcze chłopakiem, było naprawdę ostateczne i że już tam nie wróci, nigdy, że wszystkie próby i poszukiwania były daremne.

Jaki był wtedy wściekły! Na Edmunda, że umarł, na Zuzannę, że zapomniała, na Łucję, że umiała z tym żyć i na siebie, że on nie umiał. A przede wszystkim na Aslana, że go okłamał. Okłamał i zostawił samego! Pozwolił mu zasmakować prawdziwego życia, a potem uwięził tutaj, w tym szarym i okrutnym świecie! Powiedział mu na odchodnym, że tutaj też jest, tylko pod innym imieniem i że muszą go znaleźć, a Piotr naiwnie mu uwierzył! Całe życie spędził na szukaniu czegoś, co nigdy nie istniało. Wyzywał go i przeklinał, nienawidząc z całego serca, tej złośliwej i okrutnej pokraki , która zniszczyła mu życie. Och, jak go wtedy nienawidził!

Nikt nie chciał przyjąć do pracy inwalidy po pięćdziesiątce z nerwami w strzępach, który skończył jedynie marny college. Dawni koledzy nie kwapili się, by go odwiedzać w jego brudnym, małym mieszkaniu, a jedyne kobiety, z którymi utrzymywał kontakty, były dziwkami – starymi i tanimi, które nie mogły już przebierać w klientach. Nienawidził tego. Pewnie sięgnąłby po jakieś narkotyki, ale z renty ledwo starczało mu, żeby nie umrzeć z głodu. Musiał się zadowolić najtańszym, obrzydliwym piwem, smakującym jak psie szczyny.

Wolałby zginąć w Wietnamie albo zapić się na śmierć, ale życie kurczowo się go trzymało. Ukradł portfel jakiejś kobiecie i za zdobyte pieniądze kupił tani rewolwer, chcąc wszystko zakończyć, ale nie starczyło mu odwagi, by pociągnąć za spust. Jemu! Piotrowi, któremu nadali kiedyś przydomek „Odważny”! Miotając się z wściekłości, władował cały magazynek w rozklekotaną szafę z ubraniami, rozwalił ją kopniakami i szczątki wyrzucił za okno. Nie pomogło.

Kilka tygodni później znalazła go Łucja .

Piotr westchnął i rozejrzał się po placyku, otaczającym fontannę Artemis. Zmierzchało, słońce zniknęło za dachami domów, park powoli się wyludniał, tylko z oddali dobiegał zgiełk Speakers Corner. To, że tutaj teraz siedział, było wyłącznie zasługą Łucji.

Długo do niego mówiła, podczas gdy on uparcie ją ignorował, gapiąc się w zacieki na ścianie poza nią, śmierdzący i na kacu. Twierdziła, że Narnia jest też tutaj, nie mniej piękna. I że wtedy zobaczyli jej najlepszą stronę, a on szukał w najmroczniejszych zakątkach świata. Powiedziała, że zostali obdarowani, ale że to był dopiero początek przygody. Może i miała rację; zawsze patrzyła na wszystko inaczej, była najbliżej Aslana, najlepiej go rozumiała, mimo że to nie był wcale oswojony lew. Dla niej było to spotkanie z Bogiem.

Załatwiła Piotrowi podróż statkiem do Anglii, opłaciła za niego mieszkanie za centrum Londynu i chociaż to było kilka ładnych lat temu, przynajmniej raz w tygodniu odwiedzała go ze swoimi wnukami. Wtedy na chwilę Piotr zapominał o przeszłości i cieszył się razem z nimi. Pozostałe dni w tygodniu spędzał sam, siedząc w fotelu bujanym, ustawionym naprzeciwko dużej rzeźbionej szafy, albo tutaj, przyglądając się nagiej Artemis, gotowej do strzału. Raz w tygodniu chodził do kościoła.

Miał już swoje lata, a przeszłość odcisnęła na nim swoje piętno. Nie było w nim już wiele sił, a jedyne, co mu zostało, to wspominanie. Nie miał łatwego życia, ale teraz nie czuł już żalu do nikogo i – mimo że nie rozumiał ciągle wielu rzeczy – przestał się buntować i domagać wyjaśnień. Została tylko nostalgia, z którą przestał już walczyć.

Jak dobrze byłoby spojrzeć na wszystko jeszcze ten jeden, ostatni raz. Jeszcze raz być młodym, jeszcze raz poczuć się władcą Narnii. Uśmiechnął się smutno, smakując słowa, które ciągle nie utraciły mocy: Król Piotr Wielki…

Koniec

Komentarze

Hmmm. Pofanfikowe refleksje. Nie porwały…

cicho szemrała opadając na dół,

Jesteś pewien, że nie do góry? ;-)

Zostawili samochód pod lasem, resztę drogi przebyli piechotą. Chcieli jak najszybciej zostawić za sobą

Powtórzenie.

byłyby darem, ; utrwalaczem który pozwoliłby

Nie mogłeś się zdecydować? ;-) Przecinek po utrwalaczu.

Ale ogólnie napisane nieźle.

Babska logika rządzi!

Dzięki :)

Udało się Tobie, z mojego punktu widzenia, z całą pewnością przynajmniej jedno: pokazać wpływ przeżyć z lat wczesnej młodości na późniejsze życie człowieka, niezdolnego do uwolnienia się spod ich wpływu pomimo świadomości, że nie ma powrotu. To stwarza tak zwany klimat, ale dzisiaj jestem na klimaty stuprocentowo uodporniony, więc to pomijam.

Nieźle napisane, czuć nastrój jakiejś nostalgii i tęsknoty. Klimat, jak wspomniał Adam, został stworzony – zauważone, docenione.

Pozdrawiam!

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

leśno – wodny park Kielder w Walii

Park Kielder znajduje się w północnej Anglii, przy granicy ze Szkocją, Walia jest na zachód od Anglii. Więc ta tutaj chyba przez jakiś przypadek Ci się zaplątała.

Edmund mówił, żeby przynajmniej spróbował,  ich wziąć za dobrą monetę  .

Coś w tym zdaniu się rozjechało, bo po dwóch czytaniach nie mogłam go zrozumieć. Po trzecim zaczęłam domyślać się o co w nim chodzi. Do tego masz spację przed kropką.

 

Bardzo smutną i ponurą wizję życia Piotra wymyśliłeś. Niestety, jej klimat do mnie nie przemawia.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Powtórzę tylko to co zostało napisane: przyjemny, nostalgiczny klimat, ciekawy pomysł na “co było później”, poza tym niestety już nic nadzwyczajnego nie było.

 

Końcówka mnie trochę nie przekonała – pojechał do Łucji i nagle wszystko mu przeszło, zrobił się zadowolonym, pogodzonym z życiem staruszkiem. Bo co? Bo go wnuczki go wyprzytulały? ;)

No ale sprawnie napisane.

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Nowa Fantastyka