- Opowiadanie: nah - Człowiek, który gapił się na gwiazdy

Człowiek, który gapił się na gwiazdy

Opowiadanie napisane niemalże rok temu, przeleżało na becie, jako że nie do końca mi się podobało, nie publikowałem. Kilka dni temu odkopałem i zmodyfikowałem. Więcej już z tym raczej nie zrobię, więc rzucam na pożarcie.

Mam nadzieję, że błędów nie ma zbyt wiele ; )
 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

ryszard

Oceny

Człowiek, który gapił się na gwiazdy

Cisza. Ab­so­lut­na cisza. W ko­smo­sie dźwięk jest tylko ideą, abs­trak­cyj­ną jak otwar­ty ogień w głębi oce­anu. I cho­ciaż gwiaz­da eks­plo­du­je w każ­dej chwi­li z mocą mi­lio­nów wo­do­ro­wych bomb, jest bez­gło­śna ni­czym roz­wi­ja­ją­cy się kwiat. Nawet z od­le­gło­ści za­kra­wa­ją­cej na aro­gan­cję, nawet tutaj, gdzie po­tęż­ne tar­cze ener­ge­tycz­ne nie są już w sta­nie po­wstrzy­mać po­wie­wu jej po­tę­gi przed sztur­cha­niem skóry. Do­ry­mea. Jedna z ostat­nich tak wiel­kich. Męż­czy­zna ad­o­ro­wał ją od kilku mie­się­cy, mi­ni­mum czasu, jakie po­świę­cał każ­dej z nich. Za­wie­szo­ny w su­chej próż­ni, oto­czo­ny przezroczystą błoną, od­dy­chał i ob­ser­wo­wał, ab­sor­bo­wał i me­dy­to­wał. W tym, co dla nie­któ­rych by­ło­by tylko ogrom­ną kulą pla­zmy, do­strze­gał osobę o bru­tal­nej sile, kogoś wy­ma­ga­ją­ce­go sza­cun­ku, za to jed­no­cze­śnie za­pew­nia­ją­ce­go bez­pie­czeń­stwo. Do­ry­mea. Pa­trzył na bez­gra­nicz­ne morze mroku Wszech­świa­ta, roz­świe­tla­ne pul­su­ją­cą falą jej ak­sa­mit­nej mocy. Czuł upływ mi­lio­nów lat, które spę­dzi­ła w naj­wspa­nial­szej z rów­no­wag. Wi­dział życia, któ­rym nada­ła tchnie­nie i byty, które zo­sta­ły przez nią ode­bra­ne. Wszyst­kie te i inne rze­czy, w jakiś spo­sób zbie­ga­ją­ce się w jed­nym miej­scu, spla­ta­ją­ce w jej isto­cie. Bez naj­mniej­sze­go nawet szep­tu.

Ob­ser­wa­tor nie pa­mię­tał swo­je­go imie­nia, więc na­zwał sie­bie po pro­stu Ostat­nim. Przez całe mi­le­nia po­dró­żo­wał przez Mlecz­ną Drogę An­dro­me­dy, chło­nąc wi­do­ki ko­lej­nych gwiazd, roz­ko­szu­jąc się nimi i odu­rza­jąc. Jedną po dru­giej. Do­sko­na­łość słu­żą­cych mu ma­szyn i ab­so­lut­na sa­mot­ność bez­bo­le­śnie za­mor­do­wa­ły od­czu­wa­nie upły­wu czasu. Au­to­no­micz­na jed­nost­ka sztucz­nej in­te­li­gen­cji, za­wie­szo­na gdzieś w za­ka­mar­kach pod­prze­strze­ni, była mu na­wi­ga­to­rem i in­for­ma­to­rem. Mi­lio­ny na­no­bo­tów krą­żą­cych w tkan­kach za­spo­ka­ja­ły jego po­trze­by, nim zdą­żył je po­czuć. Nie mu­siał jeść. Nie mu­siał spać. Był ostat­nim z ludzi, z wiecz­nie mło­dym cia­łem i an­tycz­nym umy­słem, za­hi­ber­no­wa­nym przez setki mi­liar­dów lat. Naj­więk­szym nar­ko­ma­nem, nie pra­gną­cym ni­cze­go ponad moż­li­wość na­pa­wa­nia się ostat­ni­mi uoso­bie­nia­mi naj­wyż­sze­go z ma­je­sta­tów. Sa­mot­nym od­bior­cą koń­co­we­go spek­ta­klu Wszech­świa­ta. Nie było już ni­ko­go in­ne­go – żad­nych ludzi, żad­nych in­nych cy­wi­li­za­cji. Ostat­nie wcie­le­nia życia do­go­ry­wa­ły na nie­wiel­kich pla­net­kach, kur­czo­wo trzy­ma­jąc się nie­licz­nych daw­czyń świa­tła, nie zda­jąc sobie oczy­wi­ście spra­wy, że na sce­nie za­czął się już ostat­ni akt dra­ma­tu.

Ob­ser­wa­tor był rów­nież błę­dem w pro­to­ko­le. Wy­bry­kiem, nie­zro­zu­mia­łym two­rem, po­wo­ła­nym do bez­ce­lo­we­go ist­nie­nia. Jedna z ty­się­cy sond, ro­ze­sła­nych nie­gdyś przez ludzi na całą ga­lak­ty­kę, do­zna­ła awa­rii. Miast ak­ty­wo­wać się po krót­kiej po­dró­ży, z nie­zna­nych przy­czyn po­zo­sta­wa­ła uśpio­na. Całe po­ko­le­nia gwiazd prze­mi­nę­ły, nim pra­sta­re me­cha­ni­zmy po­sta­no­wi­ły wresz­cie za­dzia­łać. Ro­bo­ty zo­sta­ły obu­dzo­ne, aby od­kry­wać, ka­ta­lo­go­wać i prze­sy­łać ze­bra­ne in­for­ma­cje. A także po to, żeby zbu­do­wać ciało. Tra­fił do rze­czy­wi­sto­ści, która miała być tylko od­le­gły­mi prze­wi­dy­wa­nia­mi fi­zy­ków. Do świa­ta, w któ­rym jego praca nie miała sensu – nie było ni­ko­go, kto mógł­by czer­pać z jej owo­ców. Po­rzu­cił więc rolę nad­zor­cy, dał sztucz­nej in­te­li­gen­cji pełną swo­bo­dę dzia­łań i udał się na naj­więk­szą z piel­grzy­mek. Nie nie­po­ko­jo­no go. Aż do teraz.

Kon­takt. Wy­bu­dzacz go wzy­wał. Pierw­szy raz od… trzech ty­się­cy sze­ściu­set lat, takie dane po­da­ła jed­nost­ka-asy­stent. Ma­szy­ny zna­la­zły coś dziw­ne­go.

Wes­tchnął głę­bo­ko. Podziwiał oblicze Dorymei jeszcze kilkanaście minut. Zamknął oczy. Ener­ge­tycz­na bańka, w któ­rej le­wi­to­wał, prze­sko­czy­ła poza prze­strze­nią i na­tych­miast, w pew­nym ogra­ni­czo­nym poj­mo­wa­niu po­ję­cia czasu, zna­lazł się w innym miej­scu. Pod­niósł po­wie­ki. Po­wi­ta­ła go spo­wi­ja­ją­ca wszyst­ko ciem­ność. Nie­mal­że za­po­mniał, co oznaczało to po­ję­cie. To dość iro­nicz­ne, po­nie­waż to wła­śnie mrok był tym, co miało nieubłaganie nadejść.

Wszech­świat taki, jakim go pa­mię­tał sprzed Wiel­kie­go Snu, umie­rał. Roz­le­wał się w ni­cość, kon­se­kwent­nie roz­pra­sza­jąc swoje licz­ne czło­ny w no­wo ­pow­sta­ją­cej, prze­past­nej prze­strze­ni. Ga­lak­ty­ki spoza Grupy Lo­kal­nej dawno już znik­nę­ły za ko­smicz­nym ho­ry­zon­tem nieba. Gwiaz­dy gasły jedna po dru­giej, jak nic nie zna­czą­ce wę­giel­ki w ogrom­nym pa­le­ni­sku. Nad rze­czy­wi­sto­ścią wi­sia­ła nie­uchron­na per­spek­ty­wa zim­nej pust­ki. Osta­tecz­na śmierć. W końcu zga­sną wszyst­kie ze słońc, całe ga­lak­ty­ki zle­pią się w ol­brzy­mie czar­ne dziu­ry, które potem wy­pa­ru­ją. Wresz­cie wszyst­ka ma­te­ria roz­pu­ści się, zo­sta­wia­jąc po swo­jej wspa­nia­ło­ści nie­skoń­cze­nie rzad­ką zupę pro­mie­nio­wa­nia. Z per­spek­ty­wy czło­wie­ka – nie po­zo­sta­nie nic. Do tego mo­men­tu upły­nie nie­praw­do­po­dob­na ilość czasu, jed­nak odkąd Wszech­świat po­now­nie po­grą­ży się w ciem­no­ści, cała resz­ta ostat­niej drogi jest nie­istot­na.

Kil­ka­set me­trów przed Ostat­nim, w prze­strze­ni uno­sił się ma­to­wy twór. Kula o dwu­dzie­sto­me­tro­wej śred­ni­cy, po­zor­nie o do­sko­na­le gład­kiej po­wierzch­ni. Wy­star­czy­ło jed­nak, że męż­czy­zna się zbli­żył, a kil­ku­me­tro­we okno wej­ścia ska­zi­ło taflę obiek­tu swoim za­ist­nie­niem. Z wnę­trza buch­nął blask, jed­nak zu­peł­nie inny niż ten, któ­rym przez ty­sią­ce lat ra­czył się ostat­ni czło­wiek. Sar­ko­fag. To tutaj cze­ka­ła nie­gdyś jaźń pielgrzyma. To tutaj ciało, które obec­nie za­miesz­ku­je, zo­sta­ło skon­stru­owa­ne chwi­lę przed tym, jak zo­stał wy­rwa­ny z naj­dłuż­sze­go ze wszyst­kich snów. To tutaj miesz­kał Wy­bu­dzacz.

Ostat­ni z ludzi wsu­nął się do środ­ka z gra­cją aniel­skiej isto­ty. W świe­tle o na­tę­że­niu bli­skim temu, w jakim zwy­kło wi­dzieć ludz­kie oko, można było wresz­cie do­strzec jego po­stać bez na­ra­ża­nia się na wy­pa­le­nie oczu przez po­tęż­ną ilu­mi­na­cję gwiaz­dy. Na gło­wie męż­czy­zny wiły się włosy jasne i pełne wdzię­ku, z ide­al­nie sy­me­trycz­nej twa­rzy biły oczy nie­bie­skie, o bły­sku nie­tknię­tym sta­ro­ścią i zmę­cze­niem, a cera jego była śnia­da i so­czy­sta. Miał syl­wet­kę grec­kie­go bó­stwa, o pro­por­cjach o ja­kich śnili an­tycz­ni rzeźbiarze. Cóż, jed­nej rze­czy nigdy nie udało się na­uczyć ma­szyn: two­rze­nia nie­do­sko­na­ło­ści.

Sfera do­peł­ni­ła swego pier­wot­ne­go kształ­tu, izo­lu­jąc śro­dek od wa­run­ków ko­smicz­nej próż­ni. Osło­na, w któ­rej po­dró­żo­wał ostat­ni czło­wiek zga­sła jak wy­łą­czo­na ża­rów­ka. Męż­czy­zna sta­nął na no­gach na po­wierzch­ni o barwie rtęci i wcią­gnął głę­bo­ko po­wie­trze. Wnę­trze sta­no­wi­ło puste po­miesz­cze­nie wiel­ko­ści du­że­go sa­lo­nu, o kla­sycz­nej, pro­sto­pa­dło­ścien­nej struk­tu­rze. Nie za­wie­ra­ło żad­nych obiek­tów – mebli, sprzę­tu czy przed­mio­tów użyt­ko­wych. Tylko jed­no­li­te ścia­ny, sufit i pod­ło­ga zbu­do­wa­ne z enig­ma­tycz­nej sub­stan­cji, przy­po­mi­na­ją­cej pół­płyn­ne szkło.

– Witaj, Nad­zor­co – cie­pły głos za­brzmiał z bli­żej nie­okre­ślo­nej prze­strze­ni. – Jak mi­nę­ła twoja po­dróż?

– Jesz­cze nie skoń­czo­na. – Ostat­ni od setek lat nie uży­wał ję­zy­ka, jed­nak za­sie­dla­ją­ce tkan­ki jego ciała ma­leń­kie ma­szy­ny utrzy­my­wa­ły wszyst­ko w opty­mal­nym sta­nie, go­to­wym do uży­cia. Prze­szedł po­wo­li na śro­dek po­miesz­cze­nia.

 – Po­sto­ję – po­wie­dział, jakby czuł że zaraz zo­sta­nie za­chę­co­ny do uży­cia nie­ist­nie­ją­ce­go jesz­cze sie­dze­nia. – Od wie­ków tego nie ro­bi­łem.

– Na­tu­ral­nie. Na­pi­jesz się cze­goś?

Ostat­ni miał bez­wied­nie od­mó­wić, ale zdał sobie spra­wę, że wła­ści­wie ma ocho­tę sko­rzy­stać. Nie był spra­gnio­ny, jed­nak po­pro­sił o wodę, po­dob­nie jak mi­lio­ny ludzi przed wie­ka­mi, gdy prze­kra­cza­jąc próg czy­je­goś domu, uśmie­cha­ły się i ki­wa­ły głową do go­spo­da­rza, mimo braku istnienia po­trzeb. Chciał to po­czuć, przy­po­mnieć sobie jak głę­bo­ko w po­czu­cie bycia czło­wie­kiem wpi­sa­ne jest do­świad­cza­nie go­ścin­no­ści.

Ze ścia­ny, która oka­za­ła się być cał­ko­wi­cie pla­stycz­na, wy­su­nął się po­dłuż­ny twór i ufor­mo­wał się w kształt kubka. Ode­rwaw­szy się od resz­ty masy, po­wo­li prze­le­ciał w stro­nę Ostat­niego. Woda po­ja­wi­ła się we­wnątrz, po pro­stu skra­pla­jąc się z po­wie­trza. Ob­ser­wa­tor chwycił naczynie i po­cią­gnął kilka łyków.

– Więc… – za­czął – Wzy­wa­łeś mnie. Po­dob­no twoim Oczom udało się coś wy­pa­trzeć. – Męż­czy­zna pu­ścił kubek, który, jakby dzia­ła­ły na niego od­mien­ne prawa gra­wi­ta­cji, upadł na pod­ło­gę w tem­pie, w jakim czyni to za­zwy­czaj pła­tek śnie­gu. Po do­tknię­ciu ży­ją­cej po­wierzch­ni po pro­stu w nią wsiąk­nął.

– Tak, to praw­da, Nad­zor­co. Od­kry­li­śmy coś nie­co­dzien­ne­go. Po­my­śla­łem, że może cię to za­in­te­re­so­wać.

Ostat­ni kiw­nął głową.

– Je­stem. Cze­kam na szcze­gó­ły.

 Masa sta­no­wią­ca ścia­nę na­prze­ciw­ko Jed­ne­go zro­bi­ła się nie­spo­koj­na. Po kilku se­kun­dach wy­brzu­szy­ła się i przy­ję­ła kształ­ty fron­tu ludz­kiej syl­wet­ki. Ta za­czę­ła wy­ci­skać się na ze­wnątrz, for­mu­jąc całą resz­tę po­ły­sku­ją­ce­go ciała. Wy­bu­dzacz wy­od­ręb­nił się z pla­stycz­nego tworzywa i sta­nął przed ostat­nim czło­wie­kiem twa­rzą w twarz. Wy­glą­dał jak wy­po­le­ro­wa­ny posąg, z tą róż­ni­cą, że był w naj­praw­dziw­szy spo­sób żywy, cho­ciaż nie było to życie w bio­lo­gicz­nym ro­zu­mie­niu. Nie miał oczu, nosa, uszu, wło­sów ani żad­nych in­nych ele­men­tów marsz­czą­cych po­wierzch­nię, ale z po­sta­ci biła wi­tal­ność, wi­ją­ca się gdzieś w jed­no­rod­nej, gład­kiej masie jego ucie­le­śnie­nia. Po­miesz­cze­nie zaczęło wy­peł­niać się trój­wy­mia­ro­wym ho­lo­gra­mem prze­strze­ni ko­smicz­nej. Po chwi­li wszyst­kie ele­men­ty we­wnętrz­ne­go szkie­le­tu Sar­ko­fa­gu roz­pły­nę­ły się w kre­owa­nym ob­ra­zie, cał­ko­wi­cie za­ła­mu­jąc gra­ni­cę po­mię­dzy nim, a tym, co fi­zycz­ne. Ster­cze­li po­środ­ku ko­smo­su, gi­gan­ci, całe świa­ty zmie­ści­ły­by się w ich dło­niach.

Tam. – Wska­zał Wy­bu­dzacz.

Mgła­wi­ca Pa­ra­sol. Masa dwu­stu osiem­dzie­się­ciu Słońc roz­sma­ro­wa­na na roz­pię­to­ści ponad sze­ściu lat świetl­nych. Szcząt­ki ma­je­sta­tycz­nej gwiaz­dy, z któ­rych nie po­wsta­nie już nowe życie, ma­szy­ny po­li­czy­ły. Wbita nie­opo­dal ogrom­na czar­na dziu­ra już zwie­trzy­ła so­czy­sty gwiezd­ny pył, już otwo­rzy­ła pasz­czę i szy­ku­je się do uczty. Więk­szość rzad­kie­go tworu po­wo­li, lecz bezwzględnie pocznie dążyć w jej stro­nę, ku wła­snej za­gła­dzie. To, co po­zo­sta­nie, bę­dzie zbyt roz­pro­szo­ne, by móc ze­spo­lić się w po­stać fu­zyj­ne­go pieca, gdy w końcu od­da­li się z są­siedz­twa ko­smicz­ne­go pożeracza.

– Je­ste­śmy na miej­scu – do­da­ła sre­brzy­sta po­stać. Trój­wy­mia­ro­wy obraz uległ po­więk­sze­niu, ob­ser­wa­to­rzy wnik­nę­li mię­dzy pył, który teraz wy­peł­niał całą ob­ser­wo­wal­ną prze­strzeń. Ostat­ni ro­zej­rzał się. Widok był nie­skoń­cze­nie mo­no­ton­ny; gdzie okiem się­gnąć, do­strzec można było tylko rzad­ki, barw­ny dym, zza któ­re­go mi­go­ta­ły świa­tła od­le­głych gwiazd.

– Zdaje się, że ni­cze­go tu nie ma – za­uwa­żył mężczyzna, tonem wnoszącym o rozwinięcie tematu.

– Rze­czy­wi­ście. Można ulec ta­kie­mu wra­że­niu. Przy­spie­szy­my jed­nak prze­pływ czasu.

Od­da­li­li się nieco, tak, by per­spek­ty­wa obej­mo­wa­ła więk­szą część mgła­wi­cy. Za­wie­si­na po­wo­li su­nę­ła w ko­smicz­nej pu­st­ce, wijąc się i roz­le­wa­jąc, zgod­nie z pra­wa­mi dy­fu­zji i po­kor­nie wobec zasad gra­wi­ta­cji. Hip­no­ty­zu­ją­cy pro­ces trwał, po­wo­li, nie­mal cał­ko­wi­cie kon­se­kwent­nie. Nie­mal. Skala cza­so­wa w pre­zen­ta­cji ule­ga­ła nie­ustan­ne­mu po­mniej­sze­niu, wraz z przy­spie­sza­niem za­cho­dze­nia zja­wi­ska, coraz le­piej wi­docz­na była sfera, we­wnątrz któ­rej gwiezd­na mgła za­cho­wy­wa­ła się bar­dzo dziw­nie. Jej prze­pływ zwal­niał, wi­ro­wa­nie uspo­ka­ja­ło się. Ob­szar leżał nie­mal na skra­ju mgła­wi­cy, sto­sun­ko­wo bli­sko gwiezdnego potwora, ale grawitacyjne pazury tego ostatniego były zbyt krótkie, aby stanowić przy­czy­nę ob­ser­wo­wa­ne­go zja­wi­ska.

– Co to jest? – za­py­tał męż­czy­zna.

– Ano­ma­lia. Kula o pro­mie­niu około jed­nej i dwóch trze­cich jed­nost­ki astro­no­micz­nej. Zdaje się częściowo opie­rać ze­wnętrz­nym od­dzia­ły­wa­niom, a jed­nak po­zwa­la ma­te­rii na swo­bod­ny prze­pływ.

– Czy…

– Spraw­dzi­łem wszyst­kie moż­li­wo­ści prze­wi­dzia­ne przez pro­to­kół. Ni­cze­go tam nie ma. Żad­nej masy, żad­ne­go po­ten­cjal­ne­go źró­dła dziw­nej in­te­rak­cji. Próż­nia, taka sama, jak wszę­dzie in­dziej. Dwoje z moich Oczu wciąż ob­ser­wu­je to miej­sce, bada wsze­la­ki­mi zna­ny­mi spo­so­ba­mi. Dzia­ła­ją tam do­dat­ko­we prawa, to pewne, dość sub­tel­ne, lecz jed­no­znacz­nie za­uwa­żal­ne. Przy­czy­ny po­zo­sta­ją nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne.

Ostat­ni za­my­ślił się.

– Czego więc oczekujesz z mojej strony? Dla­cze­go w ogóle mnie we­zwa­łeś? Nie posiadam skanerów lepszych, niźli twoje.

– Tak na­ka­zu­je mi pro­to­kół.

– Tylko tyle? – za­py­tał po­dejrz­li­wie.

– Mar­twię się o cie­bie, Nad­zor­co. Po­rzu­ci­łeś wła­ści­wą ci drogę. Nie je­steś tą samą osobą, która za­pa­da­ła w sen, dumną i pełną od­po­wie­dzial­no­ści. Czło­wie­kiem z misją. Odsunąłeś się w cień. Chciał­bym ci pomóc.

Męż­czy­zna prych­nął.

– Moja rola stra­ci­ła sens, mó­wi­łem ci prze­cież. Widać na próż­no. W jaki spo­sób chcesz mnie wes­przeć, skoro nie je­steś w sta­nie zro­zu­mieć pro­ble­mu?

Wy­bu­dzacz mil­czał dłuż­szą chwi­lę.

– Zga­dza się – po­wie­dział wresz­cie – Je­stem ma­szy­ną. Po pro­stu robię to, co do mnie na­le­ży. Po­ję­cie celu jest mi zu­peł­nie obce, tym bar­dziej je­że­li miał­by to być twój cel. Wciąż jed­nak pra­gnę pomóc. Tak się skła­da, że wy­stą­pi­ły sprzy­ja­ją­ce ku temu oko­licz­no­ści. Wi­dzisz – mi nie za­le­ży na tym, co znaj­du­je się we Mgła­wi­cy Pa­ra­so­la. Nie bę­dzie mnie drę­czyć nie­roz­wią­za­na ta­jem­ni­ca, dla mnie to kolejna pozycja w katalogu. Dla­cze­go? Po co? – Nie za­da­ję ta­kich pytań. Ty zaś z dru­giej stro­ny… Nie funk­cjo­nu­jesz opty­mal­nie, widzę to. Po­pa­dłeś w nałóg, może zagadka bę­dzie w sta­nie cię z niego wy­cią­gnąć.

Ostat­ni po­ki­wał głową, wzrok wle­pia­jąc w pust­kę.

– Pro­szę, pro­szę. Może mi­ną­łeś się z po­wo­ła­niem. Masz za­dat­ki na polityka. Piękne słowa, zero treści – westchnął. – W po­rząd­ku, Wy­bu­dza­czu. Po­wiedz­my, że cenię twoje dobre in­ten­cje. Ru­szaj­my.

Ota­cza­ją­ca ich sy­mu­la­cja ko­smo­su wy­ga­sła; z po­wro­tem zna­leź­li się w su­ro­wym wnę­trzu Sar­ko­fa­gu. Opu­ści­li twór, wy­szli w ko­smos. Ostat­ni za­mknął się w ener­ge­tycz­nym bąblu. Po­dró­że do gwiazd były pro­ste, nawet te dzie­wi­cze, pole gra­wi­ta­cyj­ne za­głę­bia­ło się w po­bli­żu ogrom­nych obiek­tów, ścież­ka ukła­da­ła się sama, punkt wyj­ścio­wy wła­ści­wie po pro­stu ist­niał, od razu. Co in­ne­go, gdy celem były puste miej­sca w nie­skoń­cze­nie nie­mal mo­no­ton­nej ot­chła­ni, tak wiel­kiej, że wy­obraź­nia nie była w sta­nie jej ogar­nąć. Całe szczę­ście, jedno z Oczu Wy­bu­dza­cza za­cze­pi­ło pod­prze­strzen­ny punkt na­wi­ga­cyj­ny.

Prze­sko­czy­li.

– Co jest w środ­ku? – spy­tał Ostat­ni, zaraz po tym jak zna­leź­li się na miej­scu. Uno­si­li się w pu­st­ce, tuż przy gra­ni­cy dziw­ne­go ob­sza­ru, w miej­scu, w któ­rym po­win­na, jak na­ka­zu­je lo­gi­ka, na­stę­po­wać ja­kie­goś ro­dza­ju zmia­na ośrod­ka. Męż­czy­zna prze­ci­nał ręką nie­wi­dzial­ną gra­ni­cę, szu­ka­jąc oporu, dziw­nej re­ak­cji, cze­go­kol­wiek za­uwa­żal­ne­go. Próbował przeniknąć wzrokiem niezwykłą sferę, na próżno, była zbyt przepastna.

– Chyba nie zro­zu­mia­łem py­ta­nia, Nad­zor­co. W środ­ku jest do­kład­nie to samo, co na ze­wnątrz.

– Nie, nie. – Męż­czy­zna po­krę­cił głową. – W samym środ­ku. W cen­trum tego… cze­goś. W punk­cie, od któ­re­go od­cho­dzą wszyst­kie hi­po­te­tycz­ne pro­mie­nie na­szej kuli.

– Nic szcze­gól­ne­go. Ob­ser­wo­wal­ne od­dzia­ły­wa­nia są jed­no­rod­ne w całej tej prze­strze­ni, nie stwierdziłem żadnych wektorów sił skierowanych w kierunku zewnętrza, lub ku wewnątrz.

– Dziw­ne. Bar­dzo… nie­prak­tycz­ne. Jakby wycięty kawał przestrzeni, w jakiś dziwny sposób zawieszony… Tylko po co?

– Co masz na myśli, Nad­zor­co?

Ostatni skrzyżował ręce za plecami, wypiął pierś. Począł krążyć pomiędzy obszarami wyznaczanymi przez niezidentyfikowane siły.

– Funk­cjo­nal­ność. Szu­kam funk­cjo­nal­no­ści. Za­kła­dam że musi być to sztucz­ny twór; skoro tak, po­wstał w ja­kimś celu – od­po­wie­dział. – Forma ku­li­sta jest prak­tycz­na; w na­tu­ral­ny spo­sób usta­wia rów­no­mier­nie siły, za po­mo­cą któ­rych chce­my dzia­łać. Wy­stę­pu­je sa­mo­ist­nie wła­śnie z ich po­wo­du, jest pochodną ich rozkładu w przestrzeni. Je­że­li chciał­bym sam za­sto­so­wać kształt sfery, to wła­śnie po to. Od cen­trum do brze­gów, od powłoki do środka. Tak funk­cjo­nu­je kula. – Spoj­rzał na sre­brzy­stą po­stać, za­smu­co­ny po­nie­kąd, że nie może do­strzec żad­ne­go wy­ra­zu twa­rzy. – Gwiaz­dy są ku­la­mi, Wy­bu­dza­czu – dodał, wzdy­cha­jąc.

– A ty chyba sporo wiesz o gwiaz­dach. W po­rząd­ku, po­wiedz­my że jest nie­prak­tycz­ne. Ale w jaki spo­sób to w ogóle jest zro­bio­ne?

– Na­praw­dę nic? Żad­nych dziw­nych czą­stek, od­czy­tów pro­mie­nio­wa­nia, za­kłó­ceń cza­so­prze­strze­ni?

– Nie.

– Pod­prze­strzeń czy­sta? Nic nie nad­pi­sa­ne? Sy­gna­tu­ra ener­ge­tycz­na? Ka­na­ły nad­prze­strzen­ne?

– To py­ta­nia re­to­rycz­ne, mam ro­zu­mieć?

– Nie­ste­ty, na to wy­glą­da – od­parł Ostat­ni. – Mam wra­że­nie, że je­że­li zro­zu­miał­bym po co, zro­zu­miał­bym jak. Przynajmniej w jakimś stopniu. Kon­tro­lo­wa­ne wa­run­ki. Fun­da­men­ty. Pod­bu­do­wa pod coś, co było, bądź pod coś, co do­pie­ro ma być. Tylko… pod co? Po­szu­kam od­po­wie­dzi. Po­trze­bu­ję je­dy­nie bodź­ca, aby myśleć.

– Czyli wra­casz? Mar­twię się o cie­bie, Nad­zor­co. Twój nałóg w końcu cię zniszczy.

Ostat­ni za­mknął oczy i po­krę­cił głową. Przez umysł prze­la­ło się zgorzk­nie­nie, po­czuł niewielki przy­pływ iry­ta­cji. Jego jaźń była jednak zbyt wypalona, przeszedł zbyt wiele, aby być w stanie prawdziwie się zdenerwować.

– Co ty wiesz o na­ło­gu, pie­przo­na ma­szy­no – rzu­cił sucho, pra­wie do sie­bie.

– Nałóg to ba­rie­ra, którą two­rzą lu­dzie. Ba­rie­ra ma­ją­ca prze­szko­dzić im w kon­fron­ta­cji z sa­my­mi sobą – od­po­wie­dział Wy­bu­dzacz, bez cie­nia em­pa­tii. Męż­czy­zna za­śmiał się.

– Pie­przo­na ma­szy­na… Wiesz co jest naj­gor­sze w pie­przo­nych ma­szy­nach, Wy­bu­dza­czu?

– Co ta­kie­go?

– To, że mają za­wsze pie­przo­ną rację. Mia­łem dużo czasu, aby to wszyst­ko prze­my­śleć. To uciecz­ka, jasne. Przed od­po­wie­dzial­no­ścią. Ale nie umiem prze­stać. Nałóg stał się czymś wię­cej. On nie po­wstrzy­mu­je mnie przed wła­ści­wym ży­ciem, Wy­bu­dza­czu. On mnie przy nim trzy­ma.

– Muszę przy­znać, że nie od­naj­du­ję lo­gi­ki w tym, co po­wie­dzia­łeś. Za­ist­nia­łe oko­licz­no­ści po­zba­wi­ły cię od­po­wie­dzial­no­ści, czyż nie? Nie od­po­wia­dasz przed nikim, sam stwier­dzasz że twoja praca nie ma sensu…

Ostat­ni czło­wiek po­krę­cił głową.

– Nie na to się pi­sa­łem. Je­stem ostat­nim z ludzi, ostat­nią isto­tą po­cho­dzą­cą z Ziemi. To cię­żar tak ogrom­ny, że nie spo­sób sobie z nim po­ra­dzić. Je­stem ostat­ni, który po­tra­fi ko­chać, który ro­zu­mie muzykę, który wie czym jest współ­czu­cie. Tylko we mnie już krąży krew, tylko ja łapię oddech. Nie bę­dzie już ni­ko­go, kto zro­zu­mie ma­te­ma­ty­kę, ni­ko­go, kto bę­dzie w sta­nie się za­chwy­cić. Chciał­bym jesz­cze raz po­słu­chać desz­czu i zo­ba­czyć wschód Słoń­ca. To jest głę­bo­ko we mnie, Wy­bu­dza­czu. Kiedy ja umrę, zniknie to wszyst­ko. Nie będzie już miłości, ani gniewu. Zapomniana zostanie moralność, przestanie istnieć sztuka. Mogę trwać niemal w nieskończoność, tylko czy to jest właściwe? Przeciągam, czekam na sensowną okazję. Wszech­świat ga­śnie, je­stem reliktem, ostoją ży­wot­no­ści, ostat­nią iskier­ką. Klam­rą za­my­ka­ją­cą naj­waż­niej­szy roz­dział. Po mnie jest już tylko mar­twa pust­ka.

Wy­bu­dzacz mil­czał.

– Mimo wszyst­ko, dzię­ku­ję – kon­ty­nu­ował męż­czy­zna. – Wra­caj do swo­ich spraw, idź roz­ma­wiać ze swo­imi Oczy­ma. Będę szu­kać od­po­wie­dzi.

Srebr­na po­stać zło­ży­ła ręce i znik­nę­ła gdzieś w nad­prze­strzen­nych ko­ry­ta­rzach. Ostat­ni z ludzi wi­siał w pu­st­ce jesz­cze przez chwi­lę, po czym wró­cił przed ob­li­cze Do­ry­mei, ko­rzy­sta­jąc z tego sa­me­go świa­ta ście­żek, co jego to­wa­rzysz.

 

***

 

Nie­wy­obra­żal­na ja­sność pul­so­wa­ła w ciszy, roz­sie­wa­jąc cie­pło i na­dzie­ję w prze­past­ną próż­nię ko­smo­su. Nie dziw­ne, że Słoń­ce było pierw­szym bo­giem we wszyst­kich wła­ści­wie zna­nych kul­tu­rach. Życie nie ist­nia­ło­by bez gwiazd. Bez ich cie­pła, bez ich mocy, bez wszyst­kich ro­dza­jów czą­stek, po­wsta­ją­cych w ich wnę­trzach. Gwiaz­dy muszą żyć i umie­rać. Cykle ist­nie­nia, nie­pro­por­cjo­nal­ne w swych dłu­go­ściach, prze­pla­ta­ją się, za­leż­ne, złą­czo­ne.

Pa­trzył na nią. Na naj­wyż­szy ma­je­stat. Na twór, który swoją po­sta­cią krzy­czy, aby go po­dzi­wiać. Dą­że­nie jest nie­od­pie­ral­ne. Żądza, by po­dzi­wiać, nie mniej­sza niż in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy. Isto­ta ży­wot­no­ści kwi­tła przed jego ocza­mi, widział wiosnę, chociaż wkrót­ce miała na­dejść wiecz­na zima. Do­ry­mea. Pa­trzył. Rów­nież z za­mknię­ty­mi oczy­ma. Po­zwa­lał się oświe­tlać jej bla­sko­wi. Chwy­tał ży­cio­daj­ną siłę, pom­pu­ją­cą na ze­wnątrz z ogrom­ną mocą.

Czy można wy­obra­zić sobie lep­sze wa­run­ki? Olśnie­nie, oświe­ce­nie, ob­ja­wie­nie. Świa­tło jest sy­no­ni­mem zro­zu­mie­nia, ja­sność to przej­rzy­stość, to po­rzą­dek i sens. Czterdzieści sie­dem dni wi­siał, chło­nąc. Ma­szy­ny, choć­by naj­do­sko­nal­sze, nie mają in­stynk­tu. Brak im hi­sto­rii, która pro­mie­niu­je z trze­wi wszyst­kich ży­wych istot. Logika nie zawsze wystarcza, de­duk­cja nie jest je­dy­ną moż­li­wą drogą znaj­dy­wa­nia od­po­wie­dzi. Jest jeszcze Poznanie. Więź z rzeczywistością. Widzieć to coś więcej niż patrzeć, percepcja jest szersza niż rozumowanie. Wiedza potrafi spłynąć, może zostać pochłonięta. Czy któ­ryś kon­kret­ny foton był tym ro­bią­cym róż­ni­cę? Czy dys­kret­ny cha­rak­ter świa­tła ma zna­cze­nie? Przecież i tak wszystko jest przepływem.

Spoj­rzał na nią. Po raz ostat­ni. Zro­zu­miał.

 

***

 

Ukry­ty w ciem­no­ści, nie­mal­że tak stary jak sam Wszech­świat, Sar­ko­fag dryfował. Podróżnik pojawił się tuż obok niego. Zaproszony sztucznym światłem, wniknął do wnętrza wielkiego pojazdu.

– Witaj, Nad­zor­co. – Wybudzacz był doskonałym gospodarzem. Nigdy nie spał, zawsze gotów spełnić potrzeby gościa.

– To po­mnik.

– Co ta­kie­go?

– Mgła­wi­ca pa­ra­sol. Sfera z nie­nor­mal­ny­mi od­dzia­ły­wa­nia­mi gra­wi­ta­cyj­ny­mi. To po­mnik. Kula, żeby z każ­dej stro­ny był tym samym. Ostateczna forma idei monumentu.

Wy­bu­dzacz po­now­nie ufor­mo­wał się z czę­ści masy bu­du­ją­cej Sar­ko­fag. Jego ciało, wy­tło­czo­ne z jed­no­li­te­go two­rzy­wa, sta­nę­ło przed Ostat­nim. Sre­brzy­sta po­stać wy­cią­gnę­ła górne koń­czy­ny, po­zwa­la­jąc for­mo­wać się pal­com.

Męż­czy­zna usiadł na pod­ło­żu. Na jego twarzy pojawił się uśmiech powodowany autentyczną radością, pierw­szy raz od ty­się­cy lat.

-Słoń­ce. Zie­mia. Są tam. Zna­leź­li­śmy je.

Wy­bu­dzacz w mil­cze­niu przy­wo­łał ho­lo­graf re­pre­zen­tu­ją­cy od­czy­ty sond. Żad­nej masy, ni­cze­go prócz gwiezd­ne­go pyłu, żad­nych przy­czyn mą­ce­nia gra­wi­ta­cyj­ne­go pola.

– Nie, Wy­bu­dza­czu. Nie teraz. To tylko prze­strzeń, łącz­nik, ro­zu­miesz? Splą­ta­nie.

– Splą­ta­nie? W sen­sie splą­ta­nia kwan­to­we­go? Jak? To miej­sce sta­no­wi część ukła­du? Gdzie jest ta druga?

Ostatni pokręcił głową.

– Nie gdzie, tylko kiedy. Splą­ta­nie w cza­sie, nie prze­strze­ni. To po­mnik. Symbol. Za­cho­wa­ny w naj­do­sko­nal­szy z moż­li­wych spo­so­bów, miej­sce które bę­dzie trwać, coś wię­cej niż znacznik, a mniej niż góra ato­mów.

– To ab­surd. Nie można prze­nieść splą­ta­nia kwan­to­we­go na prze­strzeń. Stan ukła­du, nie­za­leż­ny od po­zy­cji spinu…

– Daj spo­kój, Wy­bu­dza­czu. Gdybym potrafił powiedzieć jak, mógłbym podróżować w czasie. To coś mnie przerasta. Nas. Na razie.

Po­stać nie z krwi i z kości mil­cza­ła przez chwi­lę.

– Nie do końca rozumiem, Nadzorco. W jaki sposób doszedłeś do tych wniosków? Skąd wiesz, że się nie mylisz?

Ostatni westchnął. Zaczął mówić powoli.

– Na miejscu wisiało nade mną nieokreślone uczucie. Teraz ro­zu­miem, co się za nim kryło. Tam jest mój dom. W jakiś spo­sób, zaraz za nie­wi­dzial­ną gra­ni­cą, nie­skoń­cze­nie da­le­ko, a jed­nak tuż obok. To miej­sce kultu, po­zo­sta­wio­ne przez ludzi. Nie­prak­tycz­na rzecz – wy­ra­fi­no­wa­na, lecz nie­funk­cjo­nal­na. Pro­to­kół w ni­czym ci tu nie po­mo­że.

– Czyli cały swój, tak od­waż­ny ską­d­inąd sąd opie­rasz na prze­czu­ciach. Nie są­dzisz, że tro­chę to na­iw­ne?

Ostat­ni z ludzi po­ki­wał głową.

– Na­iw­ne? Pewnie tak. Rzecz w tym… Spójrz, Wy­bu­dza­czu, to ty­po­wo ludz­kie. Ma­szy­ny – wy macie tylko lo­gi­kę. Jeżeli spróbujesz tu zaimplementować, zdawałoby się oczywiste założenia, otrzymasz bełkot. Lu­dzie sta­wia­ją po­mni­ki. Robią rze­czy nie­zro­zu­mia­łe dla Protokołu, którym się posługujesz. Takie, których sami nie spodziewaliby się znaleźć. Pewnych idei nie umieszczono w twoim umyśle. Znaleźliśmy właśnie coś takiego.

– Ale jak? To nie­moż­li­we. Splą­ta­nie? Nie ist­nie­ją…

– Nie­ko­niecz­nie. Spa­li­śmy, gdy cy­wi­li­za­cja kwi­tła. Kto wie, jak wiele udało im się osiągnąć. Rze­czy nie­moż­li­we to tak na­praw­dę te, któ­rych nie ro­zu­miesz. Jesz­cze. Nieważne jak da­le­ko zaj­dziesz, za­wsze po­zo­sta­je coś do od­kry­cia. Rze­czy­wi­stość jest nie­skoń­czo­na, Wy­bu­dza­czu. Bę­dziesz miał za­ję­cie. Na bar­dzo długo.

– Ja? A co z tobą, Nad­zor­co?

Męż­czy­zna wstał. Błę­kit­ne oczy zaszkliły się.

– Nad­szedł mój czas. Nareszcie. Skoń­czę po­dróż.

– To zna­czy?

– Spójrz.

Po­miesz­cze­nie roz­pły­nę­ło się w ob­ra­zie ko­smicz­nej prze­strze­ni. Wokół nich pły­nę­ła po­wo­li mgła­wi­ca Pa­ra­sol, w tej skali miała może sześć me­trów sze­ro­ko­ści. Smuga pyłu cią­gnę­ła się, za­wi­ja­jąc ku punk­to­wi le­żą­ce­mu zaraz za jej skra­jem.

– Tam. – Wska­zał Ostat­ni. – Czar­na dziu­ra o masie pięt­na­stu ty­się­cy Słońc. Za nie­ca­łe sześć ty­się­cy lat prze­pły­nie przez po­mnik. Tam jest jakieś po­łą­cze­nie. Rzecz, którą nie do końca rozumiem, ale którą jestem w stanie dostrzec. Nie umiem cof­nąć się w cza­sie, Wy­bu­dza­czu, może bu­dow­ni­czy to po­tra­fi­li. Za to mogę udać się do miej­sca, w któ­rym cały czas jest jed­nym. Zlepić to wszystko. To głupie, ale jednocześnie najlepsze, co mogę zrobić. Oczywiście, to oznacza, że przejmujesz dowodzenie.

– Pro­to­kół zo­bo­wią­zu­je mnie za­py­tać – srebr­na po­stać od­par­ła sucho. – Je­steś pe­wien swo­jej de­cy­zji?

Ostat­ni z ludzi wes­tchnął.

– Za długo trwa­ło to wszyst­ko. Przede mną otwie­ra się szan­sa. Nie wiem co z tego wy­nik­nie, ale tak, je­stem pe­wien – od­po­wie­dział. – Dzię­ku­ję ci, Wy­bu­dza­czu. Bar­dzo mi po­mo­głeś. Że­gnaj.

Robot kiw­nął błysz­czą­cą głową.

– Służ­ba tobie była przy­jem­no­ścią. Szczę­śli­wej dal­szej drogi, Nad­zor­co.

– Powodzenia. Odkryj wszystko.

Męż­czy­zna opu­ścił metalową sferę.

Okno za­mknę­ło się za nim, na po­wrót izo­lu­jąc Sar­ko­fag od ko­smicz­nej próż­ni.

Ostat­ni z ludzi sko­czył w nad­prze­strzeń. W polu wi­dze­nia zo­sta­ła tylko czerń galak­tycznej próż­ni.

 

***

 

Ostat­ni wy­nu­rzył się z ot­chła­ni nie­by­tu, bu­du­ją­cej szla­ki, któ­ry­mi po­dró­żo­wał. Na­tchnio­ny, go­to­wy na spo­tka­nie z tym, co go cze­ka­ło.

Czy to wszyst­ko mogło się zda­rzyć przy­pad­kiem? Czy to moż­li­we, że…?

Cała jego wę­drów­ka mogła zda­wać się bez­sen­sow­na. Nie ozna­cza to jed­nak, że zro­bił coś nie­po­trzeb­nie. Nie­któ­re rze­czy po pro­stu muszą być takie, jakie są. Od za­wsze szu­kał celu. To było wła­śnie to, co go ograni­czało. Przy­ziem­na per­spek­ty­wa – spoj­rze­nie czło­wie­ka.

Po­pa­trzył przed sie­bie. Na nią. Nie miała imie­nia. Nie wi­dział w niej pięk­na, a prze­cież kie­dyś była gwiaz­dą. Teraz po­że­ra­ła całe świa­ty, za­gar­nia­jąc coraz więk­sze po­ła­cie cza­so­prze­strze­ni. Stanowi­ła naj­więk­szą z moż­li­wych ciem­no­ści, taką, która nie jest tylko bra­kiem świa­tła, lecz jest jego prze­ci­wień­stwem. Za kilka ty­się­cy lat spo­tka się ze Słoń­cem, które w jakiś dziw­ny, niefizyczny spo­sób jest tam, w nie­zwy­kłej, sztucznej prze­strze­ni. Z jego punk­tu wi­dze­nia sta­nie się to na­tych­miast, gdy tylko prze­kro­czy próg.

Wszyst­ko ma swój ko­niec.

Mózg pul­so­wał od go­nią­cych myśli. Bodź­ce, które Ostatni po­chła­niał przez ty­sią­ce lat, eks­plo­do­wa­ły w gło­wie, w ma­gicz­ny spo­sób ukła­da­jąc re­gu­lar­ną struk­tu­rę. Zrozu­miał, że rze­czy­wi­stość to coś wię­cej niż jeden okre­ślo­ny stan. Że wszyst­kie moż­li­wo­ści na­kła­da­ją się na sie­bie. Że czas to tylko złu­dze­nie i wszyst­ko, co ist­nia­ło, ist­nie­je lub ist­nieć bę­dzie, jest wiecz­ne. Że każda rzecz, która się wy­da­rzy­ła, bądź ma się wy­da­rzyć, jest gdzieś tam, tylko on, w swo­jej ludz­kiej śle­po­cie, nie jest w sta­nie jej doj­rzeć. Zdał sobie spra­wę, że jego per­cep­cja jest tym, co roz­bi­ja ca­łość na ma­leń­kie „tu” i „teraz”. Że jest jeden spo­sób na to, żeby jed­no­cze­śnie zro­bić to, co chce i to, co do niego na­le­ży.

Ludzi już nie ma, znik­nę­li. Ale co to wła­ści­wie ozna­cza? Może wcale nie umar­li, lecz po­rzu­ci­li ciała i są gdzieś tam, trwa­ją poza cza­sem i prze­strze­nią?

Czy Wybudzacz mógł wiedzieć?

Ostat­ni krok. Po­rzu­cić ludz­ki rozum. Ludz­ką igno­ran­cję. Ludz­kie nie­zro­zu­mie­nie. Dla­cze­go? Nie ma od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. Sens to tylko po­ję­cie ro­dzą­ce się w ograniczonych umysłach.

Sta­nął przed osta­tecz­nym prze­zna­cze­niem wszyst­kich zda­rzeń. Po­zo­sta­ło mu tylko zjed­no­czyć się z Wszech­świa­tem. Tam, gdzie czas i prze­strzeń tracą swoje wnę­trza i zle­wa­ją się w ca­łość.

Spoj­rzał jesz­cze raz za sie­bie: na nie­skoń­czo­ną głę­bię mroku i Mlecz­ną Drogę Andro­medy, która wy­glą­da­ła jak przyćmiona lampa. Od­wró­cił głowę i ru­szył na­przód. To była wła­śnie ta chwi­la.

Ścia­na pro­mie­nio­wa­nia uwię­zio­ne­go przez Naj­wyż­szą Ciem­ność rosła przed jego ocza­mi. Czuł jej struk­tu­rę, jej ży­wot­ność. Była mokra i nie­spo­koj­na, ni­czym toń brud­nej sa­dzaw­ki. Za­nu­rzył się w nią, za­my­ka­jąc oczy.

 

I wtedy uj­rzał Słoń­ce, cho­ciaż wcale go tam nie było. I uj­rzał także wszyst­ko inne.

 

Koniec

Komentarze

Na głowie mężczyzny wiły się włosy jasne i pełne wdzięku, z idealnie symetrycznej twarzy biły oczy niebieskie, o błysku nietkniętym starością i zmęczeniem, a cera jego była śniada i soczysta. Miał sylwetkę greckiego bóstwa, o proporcjach o jakich śnili antyczni sztukmistrzowie. – czepnę się tego wytłuszczonego. Włosy mogły dodawać wdzięku, oczy nie biją, raczej blask bijący z oczu. No a sztukmistrz  – to sprawdź w słowniku, to wcale nie jest mistrz w rzeźbiarstwie czy malarstwie

 lustrzanej barwie – lustro ma barwę tego, co odbija

No i jeszcze gdzieniegdzie masz zły zapis dialogu.

Przeczytałam, ale nie powiem, żebym do końca zrozumiała. Ale ja nie jestem fanką SF. Ładnie napisane, choć wielokrotnie przekombinowałeś z porównaniami.

Mam nadzieję, że zajrzy tu jakiś wielbiciel SF, bo moja opinia się nie liczy.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Chciałem o tę lustrzaną barwę pytać, ale chętnych do bety nie było ; )

Może zamień tę lustrzaną barwę na barwę rtęci – zdaje się, że to dobrze oddaje Twój zamysł.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytałam, ale to była bardzo nużąca lektura. Opowieść kompletnie do mnie trafiła – nie wzbudziła żadnych odczuć i nie będę ukrywać, że chyba jej nie zrozumiałam.

 

Wi­dział życia, któ­rym nada­ła tchnie­nie i byty, które zo­sta­ły przez nią ode­bra­ne. – Co to znaczy, że odbierała byty?

 

Ze wnę­trza buch­nął blask… – Raczej: Z wnę­trza buch­nął blask

 

Po­dob­no twoim Oczom udało się coś wy­pa­trzeć. – Dlaczego oczy napisano wielką literą?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

bynajmniej się nie męczyłem,

smutne… bo jestem człowiekiem, a sens to pojęcie na moją miarę

 

Ignorancja to cnota.

Przeczytałem. Podobało się. Pozdrawiam.

regulatorzy, odbierać byty = odbierać życia, czyli zabijać, jest niepoprawne? Przekombinowane?

Dodatkowo “odebrać” nasuwa skojarzenie z zabieraniem czegoś, co wcześniej się dało/czego się użyczyło, pasuje jak ulał.

Chyba że chodzi Ci o sposób, w jaki gwiazda zabiera życie?

Z Oczami chyba właśnie odwrotnie, to znaczy w tekście mam jeszcze dwa miejsca gdzie powinny być z wielkiej, dla rozróżnienia sond Wybudzacza od organu wzroku. A może wielka litera jest zbędna w takim przypadku? W każdym razie przeoczyłem to, dzięki.

 

bemik, dzięki, chyba będzie barwa rtęci.

 

KatastrofVII, smutne, ale i piękne, ot, człowiek wobec Wszechświata ; ) Pozdrawiam

 

 

 

 

Nachu, nie wiem, czy odbieranie bytów jest poprawne, czy przekombinowane. Po prostu nie zrozumiałam tego zdania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo nierówny tekst. Przeczytałam pierwszą 1/3 opowiadania z zachwytem, po pojawieniu się Wybudzacza zachwyt przeszedł w rozczarowanie, a potem było już tylko gorzej. Ostatni, choć początkowo postać niezwykle intrygująca, przy bliższym poznaniu okazał się przeintelektualizowanym licealistą. Podobnie z Wybudzaczem – żywy robot na tyle świadomy, aby zdawać sobie sprawę, z własnego niezainteresowania brakiem celu. Nie kupuję tej koncepcji.

Z przykrością muszę stwierdzić, że tekst mnie rozczarował.

 

o proporcjach o jakich śnili antyczni sztukmistrzowie

 

powtórzenia

 

stanął na nogach na powierzchni o barwie rtęci

 

aż się chce wyciągnąć gitarę, tyle tutaj o, o i na, na

 

Obserwator złapał za ucho i pociągnął kilka łyków.

 

może napisz, że chwycił naczynie? To ucho początkowo skojarzyło mi się z uchem obserwatora, nie kubka.

 

Przez umysł przelało mu się zgorzknienie

 

proponuję wywalić "mu"

Hmm... Dlaczego?

Drewian, nie jestem pewien, co oznacza zdanie:

 

żywy robot na tyle świadomy, aby zdawać sobie sprawę, z własnego niezainteresowania brakiem celu. Nie kupuję tej koncepcji.

 

 Chciałbym polemizować, nie wiem do końca z czym, niestety. Możesz napisać innymi słowami? Co jest głupiego? To, że wie, że istnieje coś takiego jak sens, mimo że sam nie jest w stanie myśleć w takiej kategorii? Czy to, że jest aż tak rozumny, pomimo bycia robotem?

Fajnie że był zachwyt, choćby przez chwilę : )

 

Jakieś tam brakujące kropki mignęły, ale porządnie napisany tekst. Przeczytałem z uczuciem niepewności, gdyż jest to enigmatyczne opowiadanie. Pozdrawiam.

Hmmm. Nie przemówiło do mnie; zbyt filozoficzne i takie… kontemplacyjno-pomnikowe. Ja w takich podniosłych momentach najczęściej myślę o czymś głupim i/lub przyziemnym, więc nie nawiązaliśmy z Ostatnim nici porozumienia.

która wyglądała jak niewidzialna choinka z psującymi się lampkami.

Zgrzytnęło mi to porównanie. Ostatni przeżył wiele świąt?

Babska logika rządzi!

Wprowadziłem niektóre z propozycji ; ) Dzięki wszystkim za komentarze.

Hymmm, trochę mnie znużyło, ale przeczytałem do końca. W sumie mogę spokojnie napisać, że tekst daje do myślenia.

F.S

Nie odniosę się do poprzedniej wersji, bo po takim czasie nie pamiętam, czym się różniła. Ogólnie opowiadanie napisane jest bardzo ładnie, ale też miałam wrażenie nierówności. Bardziej przypadły mi do gustu te fragmenty, w których Ostatni był sam – ładnie przedstawione piękno i ogrom kosmosu, plus trochę filozofii. Rozmowy z Wybudzaczem wypadły gorzej, ale pewnie to też wina tego, że podobna tematyka była wałkowana zbyt dużo razy.

Nowa Fantastyka