- Opowiadanie: Bellatrix - Podróż do Raju

Podróż do Raju

Opowiadanie było publikowane w drugim tomie “Opowiadań Kotori”.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Podróż do Raju

 

 

Szybki stukot palców o klawiaturę ucichł nagle jak ucięty nożem. Mildran Wagner znieruchomiał na moment, przyglądając się wchodzącemu klientowi. Nie musiał nawet wywoływać skanera, poznałby tę twarz wszędzie. To było do przewidzenia, że prędzej czy później zechce on skorzystać z usług firmy z ich branży. Ale tak po prostu wejść, jakby nigdy nic, prosto z ulicy? Oblizał nerwowo suche usta. Bardzo pragnął, żeby ten mężczyzna wyszedł i nie pokazał się tu już więcej. A z drugiej strony odczuwał rosnące podekscytowanie, że oto ma przed sobą jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon współczesnego świata. Z trzeciej zaś zmysł praktyczny podpowiadał, że tak bogaty klient w świetle ostatnich problemów firmy mógł być zbawieniem. I genialną wprost reklamą.

– Dzień dobry, Galaxy Interstellar Travel, czym możemy służyć? – zapytał, wspomagając ton głosu modulatorem. Bez niego obawiał się, że klient wyczuje lęk, ekscytację i całą gamę różnych, mało profesjonalnych uczuć.

Mężczyzna podszedł do poligrafenowego biurka. Wyglądał na młodszego niż w holowizyjnych przekazach. Byłby ładny, gdyby nie czarne, wypalone znamię, biegnące na ukos od czoła do policzka. Symbol, który oznaczał, że ten mężczyzna kogoś zabił. Trzydzieści dwie… nie, trzydzieści trzy osoby. Mildran spuścił wzrok, przeklinając sam siebie za brak profesjonalizmu. Kontakt wzrokowy z klientem i przyjazny uśmiech to przecież podstawa. Zanim zdołał przywołać jakąś okolicznościową formułkę, mężczyzna odezwał się niskim, spokojnym i bardzo zmęczonym głosem.

– Zamawiam pakiet w wersji diamentowej. Znam procedury i regulamin. Proszę pobrać zaliczkę na poczet kosztów skanu atomowego i rezerwacji miejsca. – Podsunął kartę.

Mildran przełknął ślinę. Jeśli miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, to karta płatnicza, ozdobiona charakterystycznym logiem i podpisana pełnym imieniem i nazwiskiem, rozwiewała je wszystkie.

Audrius Aisten Linas. Dziedzic fortuny, niegdyś idol całej Kasty Średniej, najbardziej kontrowersyjny przypadek Automatycznego Wymiaru Sprawiedliwości i zarazem jedna z najtragiczniejszych postaci ostatniego stulecia na tej planecie.

 

***

 

– Jeśli ta sprawa dostanie się do opinii publicznej, to Galaxy Interstellar Travel będzie miało problemy. – Tomas rzucił kostkę holograficzną na stół, za którym siedziała trójka współwłaścicieli firmy. – Bardzo duże problemy.

Ilor sięgnął po kostkę i uruchomił projekcję. Raport był bezlitosny. Do tej pory wysłali na Raj dwustu trzydziestu ośmiu klientów. Stu osiemdziesięciu czterech było w drodze. Pięćdziesięciu czterech dotarło, zostało złożonych z wymaganą zgodnością 99,98%, każdy pozytywnie przeszedł serię badań. Z owych pięćdziesięciu czterech, dwunastu popełniło samobójstwo w przeciągu rajskiego miesiąca, z czego trzech na drugi dzień, jedenastu pozbawiło się życia do roku, ośmiu przeżyło pięć lat przed targnięciem się na siebie, osiemnastu zostało uznanych za zaginionych. Jednym słowem, z pięćdziesięciu czterech klientów, na Raj żyło pięciu, z czego żaden nie był tam dłużej niż cztery lata.

Mildran nerwowo bawił się pasmem włosów. Wiedział, że mają kłopoty, nie spodziewał się, że aż takie. Raport był boleśnie aktualny. Mimo iż podróż klientów z prędkością światła trwała prawie dwanaście ziemskich lat, proste informacje tekstowe dało się przesyłać natychmiast, dzięki superpozytorowi, wykorzystującemu splątanie kwantowe. Urządzenie było piekielnie drogie i mało kto w nie inwestował, co oznaczało, że zapewne mają trochę czasu, zanim konkurencja się dowie.

Cała trójka milczała, nie wiedząc, jak to skomentować. Związek między sposobem podróży a samobójstwami był aż nadto oczywisty. Wszyscy pracownicy Galaxy Interstellar Travel na planecie Raj, wysłani drogą tradycyjną, żyli tam od kilkudziesięciu lat i mieli się znakomicie. Pozakładali rodziny, już drugie pokolenie wdrażało się do pracy w GIT. Klienci skuszeni obietnicą „błyskawicznej podróży, której nawet nie zauważą i życiem w świecie, gdzie będą mogli swobodnie zakładać rodziny z partnerami płci odmiennej” jeden po drugim zabijali się.

– Co z tym zrobimy? – wypowiedział na głos pytanie, które nurtowało ich wszystkich.

– Może trzeba wstrzymać wysyłanie, dopóki nie dowiemy się, o co chodzi.

– Chyba żartujesz, to by wzbudziło natychmiastowe podejrzenia. Mamy jakieś kilkanaście lat, zanim ktokolwiek powiąże samobójstwa z naszą firmą, musimy wysłać do tego czasu jak najwięcej klientów, zamknąć działalność i sprzedać superpozytor.

– Tomas, żądza zysków zaślepiła ci mózg! Postawią nas przed Automatycznym Wymiarem Sprawiedliwości i wszystko się wyda!! Wiesz, co z nami będzie?!

– Daj spokój, o co nas oskarżą? Że ludzie się zabijają? To ich problem. My spełniamy wszystkie normy.

Mildran przyglądał się dyskutującym kolegom, zastanawiając się, po której stronie się opowiedzieć.

– Jeśli ktokolwiek jednak dowie się szybciej, to jesteśmy skończeni od razu. Żaden nowy klient się nie zgłosi, a rodziny zaczną domagać się odszkodowań. Wiesz, co to oznacza?

– Więc co proponujesz? Zamknąć działalność i czekać dwanaście lat z założonymi rękami, aż wszyscy łaskawie dotrą i się zabiją lub nie?

– Nie, zwiększymy personel na Raj, polecimy pilnować naszych klientów, zatrudnimy najlepszego dostępnego tam psychologa i…

– I zbankrutujemy. No rewelacja. Ale jak tam uważacie. Może od razu spieniężę swoją część udziałów i się stąd zabiorę, a wy róbcie, co chcecie.

– Dziś przyszedł do nas Audrius Linas. – Mildran postanowił w końcu się odezwać. – Zamówił pakiet diamentowy.

Zapadła nagle cisza. Mógł się założyć, że obaj dokonywali w tej chwili przeliczenia wartości zamówienia na gotówkę. Pakiet diamentowy oznaczał, że cały ziemski majątek klienta przejdzie na własność firmy. Żadnej rodziny, żadnych spadkobierców mogących rościć prawa. A majątek pana Linasa, mimo spłaty ogromnych odszkodowań zasądzonych przez Automatyczny Wymiar Sprawiedliwości, wciąż był niezwykle imponujący.

– Panu Linasowi nie możemy odmówić. – Ilor wstał, ignorując kpiący uśmiech Tomasa.

 

***

 

Mildran odszukał artykuły sprzed lat. Na holowizyjnych przekazach widział Audriusa uśmiechniętego, ubranego zgodnie z trendami mody obowiązującymi wówczas pośród Kasty Średniej, z białymi włosami do ramion. Piękna, gładka twarz, nieoszpecona jeszcze znamieniem. Błękitne oczy wpatrzone były w stojącego obok nieco niższego mężczyznę.

Pamiętał jego imię. Ville. Obaj, trzymając się za dłonie, wznosili ręce w geście zwycięstwa. Wielbieni przez tłumy na całym świecie za danie namiastki złudzeń, iż można pokierować własnym losem i przełamać bariery narzucone przez ustrój społeczny.

Audrius Linas pochodził z samego szczytu Wyższej Kasty. Mógł pozwolić sobie na opuszczenie Nauja Warszawy, założenie rodziny, wybranie żony, nie musiał szukać partnera wśród tej samej płci. Mógł nawet mieć gromadkę dzieci i żyć w najbardziej luksusowej metropolii, gdzie nie musiałby pracować ani o nic się martwić. Ale zrezygnował z tego dla mężczyzny, którego dłoń ściskał na przekazach. Był niczym starogrecki bóg porzucający Olimp dla śmiertelnika. Zszedł dobrowolnie do Kasty Średniej, poddał się wszystkim obowiązującym w niej prawom, pracował tu. Udowodnił, że małżeństwo jednopłciowe to nie tylko konieczność, narzucana większości przez system. On pokazał, że to może być świadomy wybór. Mildran pamiętał, jak bardzo wtedy chciał sam przeżyć coś takiego. Marzył, by stać się Ville i mieć przy boku własnego, pięknego i kochającego Audriusa. Ich miłość stała się w Nowym Świecie wzorcem historii romantycznej, choć nikt wtedy jeszcze nie przypuszczał, z jakiego powodu przejdzie do legendy.

 

***

 

Audrius stał, całkowicie nagi, w kabinie analizatora atomowego. Mildran starał się skupić na pracy, choć wzrok uciekał w kierunku pięknego, gładkiego, dobrze zachowanego ciała o ładnie zarysowanych mięśniach. Mildran wręcz czuł nieodpartą ochotę, by Audriusa dotknąć. Otrząsnął się i przełknął głośno ślinę. Ten facet nie pociągał go. Nie mógł go pociągać po tym, co wiedział na jego temat. Jednak żywy symbol romantycznej miłości i zarazem sprawca śmierci kilkudziesięciu osób, rozebrany do naga w kabinie tuż przed nim, wywoływał dziwne, mieszane uczucia.

„Gdybym musiał teraz zeskanować czip pamięci przed Automatycznym Wymiarem Sprawiedliwości, to chyba spaliłbym się ze wstydu za te myśli”, przemknęło mu przez głowę. Odetchnął głęboko, opanował się i powrócił do wypełniania formularzy.

– Panie Linas, brakuje wpisu w rubryce: zawód. Co mam napisać? – zapytał. Nie włączył modulatora i wiedział już, że w jego głosie pobrzmiewało zafascynowanie przemieszane z lękiem.

– Kontroler ruchu suborbitalnego.

Ciepłe światło, otaczające ciało Audriusa, zmieniało teraz co chwila barwę i natężenie. Skanowanie było całkiem przyjemnie odprężające.

– Czy życzy pan sobie jakichś zmian w wyglądzie? – kontynuował już spokojnie. – Możemy odchudzić, odmłodzić skórę, zmienić kolor cery, oczu, włosów…

– Nie.

– Możemy również – zawahał się lekko – usunąć z pańskiej twarzy wypalony ślad.

– Nie ma takiej potrzeby.

– To w takim razie koniec skanu. Dodatkowy, krótszy już, przejdzie pan jeszcze w bazie na Księżycu. Może pan opuścić kabinę. Z prawej strony znajdują się okrycia, proszę z nich skorzystać, oczekując na badanie profilu.

Audrius bez słowa opuścił kabinę i niedbale okrył ciało miękkim, białym szlafrokiem.

– Jest pan pierwszym klientem, który zrezygnował z poprawek w wyglądzie – stwierdził Mildran, próbując nawiązać rozmowę.

– Mój wygląd nie ma dla mnie znaczenia – odparł chłodno Linas.

Mildran zmieszał się.

– Przepraszam, wiem, co pan przeszedł.

– Nie wątpię.

– To musiało być niewyobrażalnie straszne. Tak bardzo mi żal Ville. Zawsze marzyłem, by być kiedyś taki jak on – wyrwało się Mildranowi.

Przez twarz Audriusa przemknął cień gorzkiego uśmiechu. Gdyby potrafił odczuwać cokolwiek poza bólem i wyrzutami sumienia, to pewnie by polubił pana Wagnera z Galaxy Interstellar Travel. Był on pierwszą osobą, która współczuła jego ukochanemu Ville, a nie „trzydziestu dwóm, niczemu niewinnym, przypadkowym ofiarom”.

 

***

 

– Tu Echo Mike Oskar Oskar November, prosimy o zgodę na start. W planie lot na Księżyc.

– Echo Mike Oskar Oskar November, tu Linas Nauja Warszawa wieża, za startującym kosmoconcordem, zajmijcie pas i oczekujcie.

– Mike Oskar Oskar November, zrozumieliśmy, za startującym kosmoconcordem, zajmiemy pas, wykonujemy.

To już ostatni odlot zaplanowany na dziś. Za piętnaście i dwadzieścia siedem minut jeszcze dwa przyloty, jakieś maleństwa międzykontynentalne i koniec pracy. Giedrus westchnął z ulgą.

– Słyszałeś najnowsze wieści? – zagadnął Erik, przynosząc kubek pachnącej, ciepłej neuroloksaminy, znakomicie utrzymującej pracę mózgu na wysokich obrotach. Dla niego zmiana dopiero się zaczynała.

– Jakie?

– Nasz kosmodrom zmienił właściciela. Port kosmiczno-lotniczy Linas Nauja Warszawa został sprzedany.

– A jednak – mruknął. – Coś wiadomo o nabywcy?

– Martwisz się o pracę? – zarechotał. – Nie stracimy jej, kto by się chciał szkolić na najbardziej przeklęty kosmodrom w całej Zjednoczonej Eurazji.

– Przeklęty jak przeklęty, najtrudniejszy do opanowania.

– No właśnie. Jedynie pan Linas miał go całego w małym paluszku.

Zapadła na chwilę niezręczna cisza. Erik pociągnął duży łyk neuroloksaminy i odchrząknął.

– Kosmoconcord poleciał, możesz już puścić MOON’a. Ciekawe, ile jego właściciele musieli zapłacić, żeby dostać ten skrót literowy.

Giedrus wzruszył ramionami i włączył mikrofon.

– Echo Mike Oskar Oskar November, możecie startować.

 

***

 

Pierwsza klasa promu księżycowego była całkiem przyjemna. Miękki, wygodny fotel, współpasażerowie odgrodzeni cienką, polifirolową ścianką, pełen komfort i anonimowość. Nie chciał znowu być oglądany i wytykany palcami, nie chciał słyszeć uwag na swój temat. W jednej chwili z idola tłumów stał się kimś znienawidzonym. Wyrok, który wzburzył całą Zjednoczoną Eurazję i resztę świata, w gruncie rzeczy był o wiele bardziej sprawiedliwy, niż się to wszystkim wydawało. Pragnął po prostu zostać skazany na śmierć, tak jak tego oczekiwało żądne krwi społeczeństwo. Nie musieć żyć z tym piętnem, z twarzą rozpoznawalną przez każdego, z potwornym poczuciem winy, tęsknotą, bólem. Bez Ville. Zdecydowanie wolałaby umrzeć. Ale Automatyczny Wymiar Sprawiedliwości, wynalazek dwudziestego piątego wieku, postanowił inaczej. Idealnie bezstronna, nieprzekupna, nieposiadająca uczuć maszyna analizowała fakty, myśli i emocje zarejestrowane we wszczepionym czipie i na tej podstawie podejmowała absolutnie obiektywne werdykty, które nie raz zachwycały salomonową mądrością. I tak, w przypadku Audriusa, przeklęta maszyna wywiązała się z zadania znakomicie. Wymierzyła karę znacznie dotkliwszą niż śmierć.

Z głośników popłynął komunikat informujący o konieczności zapięcia pasów, a parę sekund po tym odliczanie do startu. Chwilę później statkiem delikatnie szarpnęło.

Zamknął oczy. Termin, do którego obowiązywał go zakaz opuszczania Ziemi, upłynął wczoraj. Nie zwlekał ani chwili, tu wszystko kojarzyło mu się z utraconym bezpowrotnie szczęściem. Chciał znaleźć się jak najszybciej i jak najdalej od Ziemi. Żeby choć na chwilę opanować ten ból i uwolnić się od koszmarów. Żeby nie widzieć w szybie każdej przejeżdżającej autolotki twarzy ukochanego.

Ville.

„Tak bardzo chciałbym znów móc dotknąć twojej dłoni”.

 

***

 

Mildran patrzył z dziwnym wyrazem oczu na dwoje klientów, którzy przyszli dowiedzieć się, jak dokładnie przebiega procedura wysyłania na Raj. Wyglądali na zdecydowanych, młoda para hetero ze Średniej Kasty, bez żadnych perspektyw na legalne bycie ze sobą na mocno przeludnionej Ziemi. Już samo ich przyjście tutaj razem mogło być podstawą do postawienia ich przed Automatycznym Wymiarem Sprawiedliwości. Przeprowadzka na inną planetę była dla nich jedyną szansą na założenie rodziny. Tam będą szczęśliwi, może nie powiększą ponurych statystyk samobójców. Z ukłuciem zazdrości w sercu obserwował, jak ściskali sobie nawzajem dłonie podczas oglądania projekcji wyjaśniającej mechanizm wysyłania.

– … ze względu na atmosferę Ziemi, konieczne było umieszczenie bazy na Księżycu, gdzie panuje dosyć dobra próżnia. Podróży w ogóle nie odczujecie, jedyne, co będziecie pamiętać, to wejście do kopuły, a potem obudzicie się w miejscu przeznaczenia, na planecie Raj. Przez kilka pierwszych rajskich dni możecie się czuć nieswojo, to organizm musi się przystosować do…

– Można ominąć ten fragment i przejść do samej procedury? – poprosił chłopak.

– Oczywiście, jak państwo sobie życzą. – Mildran odruchowo zastosował standardowy uśmiech.

– Rozdział trzeci. Podróż. Na pewno zadajecie sobie pytanie, jak to w ogóle jest możliwe, by dotrzeć na odległą o dwanaście lat świetlnych planetę Raj i nie postarzeć się ani o dzień. Dzięki opatentowanej technologii, którą wykorzystuje urządzenie „Traveller”, zostaniecie przekształceni na czas podróży w wiązkę światła. Pierwszym etapem jest dokładny skan ciała w celu zliczenia atomów. Następnym badanie profilu, w którym pobieramy i krystalizujemy próbki DNA. Po dokładnym określeniu struktury DNA wysyłamy zapis w formie tekstu prosto na Raj, za pomocą superpozytora. Próbki DNA są również wysyłane „Travellerem” kilka godzin przed wami, co gwarantuje uzyskanie bezbłędnej matrycy do późniejszego odtworzenia ciała. Na Księżycu czeka was jeszcze jeden krótszy skan atomowy, po czym zostanie przygotowana porcja antymaterii w ilości dokładnie odpowiadającej liczbie atomów wyliczonych w skanie. Po wejściu do kopuły wasze ciało zostanie zderzone z antymaterią, w wyniku reakcji powstanie strumień fotonów, który po dwunastu latach trafi na planecie Raj w tarczę Clenchego, umożliwiającą odzyskanie pierwotnych atomów i oddzielenie antymaterii. Siła pędu spowoduje, że atomy wrócą do stanu wyjściowego i zostaną sprasowane na powrót w cząsteczki waszych ciał. Cały proces jest kontrolowany przy pomocy matrycy. Obudzicie się jak nowo narodzeni i w stanie dokładnie takim, w jakim wystartowaliście. Szczególny nacisk kładziemy na odtworzenie mózgu i neuroprzekaźników znajdujących się w nim w chwili startu, co oznacza, że nie stracicie nic ze swojej pamięci. Posiadamy liczne certyfikaty dowodzące, że spełniamy najwyższą normę zgodności ciała z matrycą.

„Coś jednak nie jest do końca zgodne”, pomyślał Mildran, obserwując ze smutkiem zainteresowaną parę. Wiedział, że się zdecydują. „Linas miał być ostatni!”, zacisnął pięść w geście bezsilności. Rozentuzjazmowani młodzi zgrali elektroniczne formularze i obiecali przyjść jutro z ostateczną decyzją.

Mildran, zamykając biuro, patrzył w ślad za nimi. I jednocześnie gdzieś w głębi serca poczuł dziwną tęsknotę za drugą, kochającą połówką, której nigdy nie miał.

 

***

 

Giedrus opuścił budynek kontroli lotów i wsiadł do swojej nowiutkiej, czerwonej autolotki marki Vayani, najlepszej i najdroższej na rynku. Mógł sobie na nią pozwolić, pensja kontrolera suborbitalnego była zadowalająco wysoka, a nie planował odkładać na założenie rodziny. Kopuła zasunęła się nad nim z cichym sykiem. Kobiecy głos sztucznej inteligencji powitał go i zapytał o cel podróży.

– Do domu – mruknął.

Autolotka posłusznie wzbiła się nad parking, odszukała odpowiednią nitkę, wysłała prośbę o miejsce. Pojazdy Vayani miały najwyższy priorytet z cywilnych i po krótkiej chwili autolotka podłączyła zaczepy do głównego nurtu. Widoki zza szyby znał na pamięć, setki biegnących nad, pod i obok nitek autolostrad, usianych gęsto różnokolorowymi pojazdami, gdzieś w dole chodniki dla pieszych i parkingi, wysokie, kilkusetpiętrowe budynki mieszkalne, biurowce, sklepy, błyszczące w świetle Słońca i zajmujące każdy wolny skrawek. Dlatego uwielbiał swoją pracę. Kosmodrom – położony na obrzeżach metropolii – pozwalał cieszyć wzrok wolną przestrzenią. Startujące maszyny wzbijały się hen, ponad to wszystko, wolne, niepodpięte do autolostrad, zdane na niego.

Westchnął ciężko i włączył wiadomości. Szyba autolotki straciła przezroczystość i wyświetliła paski z najnowszymi wydarzeniami.

Audrius Aisten Linas ucieka z Ziemi?”. Ten nagłówek zainteresował go najbardziej. Polecił przedstawić pełen artykuł.

Niedawno upłynęły cztery lata od jednej z największych i najbardziej spektakularnych katastrof naszych czasów. Przypomnijmy, lądujący z niespodziewaną awarią prom księżycowy E XIEZ z trzydziestoma dwoma osobami na pokładzie, rozbił się z winy kontrolera ruchu suborbitalnego…”.

– Do rzeczy – mruknął.

Udało nam się dotrzeć do informacji, że Audrius Linas przekazał swój majątek jednej z firm zajmujących się przesyłaniem ludzi na skolonizowane planety innych układów. Co oznacza, że prawdopodobnie w najbliższym czasie opuści on Ziemię i zamieszka w miejscu, gdzie nikt nie będzie znał jego przeszłości.”.

– Więc to dlatego nasz port został sprzedany. – Pokiwał ze zrozumieniem głową. Naraz wiadomości zgasły, zamiast nich mignęła mu potrzaskana szyba, a cały świat zawirował i eksplodował w potwornym huku, odbierając świadomość.

 

***

 

Na Księżycu był nie po raz pierwszy, czasem wybierali się na Srebrny Glob z Ville. To miejsce też go przypominało. Pamiętał, jak bawili się w LUNA parku, jak kochali się w warunkach zmniejszonej grawitacji, jak po wszystkim oglądali razem wschód Ziemi, przytuleni, w objęciach. Wtedy po raz pierwszy zrozumiał, że bliskość Ville jest warunkiem koniecznym i wystarczającym do tego, by czuł się szczęśliwy.

Potrząsnął głową i spojrzał w górę, żeby zająć umysł czymś innym. Na tle idealnie czarnego nieba widniały trzy upiornie białe wieże, łukowato pochylone ku sobie i splatające się w jednym punkcie, jakieś kilkaset metrów nad powierzchnią. Tam właśnie umieszczone było urządzenie, które za parę godzin zmieni go w pędzący strumień fotonów.

Nie rozumiał dlaczego, ale ten widok napełnił go dziwnym, irracjonalnym lękiem.

 

***

 

Ilor wpadł do gabinetu, gdzie czekał już kolega.

– No wreszcie raczyłeś się zjawić – burknął Tomas. – Mówiłem, że sprawa jest pilna.

– Chyba nie tak bardzo – odciął się chłodno. – Nie widzę jeszcze Mildrana.

– I nie zobaczysz go tutaj zbyt prędko. Właśnie w tej sprawie się spotykamy. Oczywiście nie wiesz, jakie kłopoty postanowił na nas sprowadzić kolega Wagner?

Ilor pokręcił przecząco głową i popatrzył na wspólnika, oczekując wyjaśnień.

– Wczoraj wyszedł z biura, wsiadł do swojego gruchota, myśląc o niebieskich migdałach i – nie wiem, co prawda, jak to mu się udało – przydzwonił w pojazd jakiegoś gościa, wybijając go z autolostrady. Zlecieli obaj na sam dół, facet miał porządne amortyzatory, ale i tak jest nieźle poobijany.

– Co z Mildranem? – zapytał z niepokojem.

– Ma wiele obrażeń, złamań, jest w śpiączce. I najlepiej dla nas byłoby, żeby nigdy się z niej nie wybudził. Bo jak się wybudzi, to proces przed Automatycznym Wymiarem Sprawiedliwości ma murowany, z czipu sczytają jego ostatnie myśli, a mogę się założyć, że jest w nich sporo na temat samobójstw naszych klientów.

– Nie bądź dupkiem – syknął, czując rosnące obrzydzenie do Tomasa. – Musimy mu jakoś pomóc.

 

***

 

Pobranie próbek DNA nie trwało długo. Czekał na skan atomowy w niedużym, skromnie urządzonym pokoiku. Razem z nim był tam starszy mężczyzna o pogodnym uśmiechu.

– Dzień dobry – przywitał się, gdy tylko wszedł. Audrius odpowiedział chłodnym skinięciem głowy. Nie miał ochoty na rozmowę.

– Wygląda na to, że obaj już niedługo znajdziemy się w raju – zażartował, próbując nawiązać kontakt.

Zmierzył mężczyznę spojrzeniem.

– Miałem nadzieję, że udam się tam bez towarzystwa. Chciałbym znaleźć się w miejscu, gdzie nikt nie będzie mnie znał.

– Ja pana nie znam.

– Naprawdę? – zadrwił. – Czy można w dzisiejszych czasach nie znać ulubionego obiektu transmisji holowizyjnych?

– Nie oglądam holowizji – odparł uprzejmie. – Medialna papka zaśmieca umysł. Cenię sobie ciszę i spokój, w którym można czuć bliskość Boga.

– Boga nie ma – stwierdził zimno. – Gdyby był, nie rozdzieliłby mnie z Ville. Nie pozwoliłby mi zabić jego ani tych trzydziestu dwóch niewinnych ludzi.

– Ma pan w sobie strasznie dużo bólu, panie Linas. Mimo że pan w Boga nie wierzy, On wierzy w pana. I kocha pana.

– A jednak zostałem rozpoznany – zauważył ironicznie.

Jego towarzysz uśmiechnął się ciepło.

– Właśnie się pan przedstawił.

– Pan również. Jako kapłan którejś religii, jak sądzę. Proszę mnie nie nawracać.

– Nie będę.

Patrzyli przez chwilę na siebie. Dobrotliwe, ciepłe spojrzenie kapłana było czymś innym. Ludzie zwykle patrzyli na Audriusa z obrzydzeniem albo chorą ciekawością. Niektórzy czasami z litością. A w jego oczach było tylko ciepło i troska.

– Czego więc ksiądz ode mnie chce? – spytał cierpko, przenosząc wzrok na koloratkę pod szyją mężczyzny.

– Chcę ci pomóc. Wyrzuć z siebie ten ból, który tłumisz przez lata, wykrzycz do końca, zostaw go tutaj. Wysłucham cię. Nie będę oceniał.

Audrius nie odpowiedział od razu. Odchylił głowę do tyłu i patrzył niewidzącym wzrokiem w sufit. Po dłuższej chwili milczenia odezwał się:

– Zabiłem trzydzieści trzy osoby, w tym tę, którą kochałem najbardziej. Wątpię, żeby ksiądz naprawdę chciał wysłuchać mnie od początku do końca.

– Bóg cię wysłucha i wybaczy – szepnął, bardziej do siebie.

 

***

 

W pierwszej chwili, gdy w szpitalu powiedzieli mu, co się stało, czuł wściekłość. Idiota niepotrafiący zapanować nad autolotką, rozwalił jego nowiutką Vayani i wysłał go na oddział chirurgii urazowej. Pęknięta kość przedramienia i liczne stłuczenia wyłączą go z pracy na dobry tydzień. Chciał pójść i wygarnąć, co myśli na ten temat, ale gdy stanął nad jego łóżkiem, cała złość uleciała. Chłopak leżał podpięty do całego zestawu urządzeń medycznych, podtrzymujących życie. Spał spokojnie, owinięty mnóstwem rurek, blady jak śmierć. Zrobiło mu się go żal. Miał ochotę dotknąć kasztanowych loków i powiedzieć, że nic się nie stało, ubezpieczenie wypłaci odszkodowanie, kupi za nie nową autolotkę. Nieważne, że czeka go przymusowy urlop od pracy, najważniejsze, żeby przeżył.

– To pan jest poszkodowanym? – usłyszał nagle głos za sobą.

Odwrócił się i zobaczył blondyna o muskularnej figurze, w uniformie z logiem „GIT” na piersi i włosach splecionych w ciasny warkocz.

– Tak. Skąd pan wie, że nie kimś z rodziny, czy znajomych?

– Znam wszystkich znajomych Mildrana i pan z całą pewnością do nich nie należy. Zresztą, nie sądzę, żeby ktokolwiek się pofatygował go odwiedzić. Rodziny nie ma. Jestem kolegą i wspólnikiem, Ilor Berris. – Wyciągnął dłoń.

– Giedrus Pleta, miło mi. Wie pan dokładnie, jak poważny jest stan?

– Rozmawiałem z lekarzem, skan medyczny stwierdził złamania kończyn, żeber, krwotok wewnętrzny, który został zatamowany i wstrząs mózgu. Nie jest dobrze, ale ma szanse z tego wyjść.

– Życzę mu jak najszybszego powrotu do zdrowia.

– Właśnie… – zawahał się. – Chciałabym z panem porozmawiać na ten temat.

Uniósł brwi w wyrazie zdziwienia.

– Mildran spowodował ten wypadek, gdy wypiszą go ze szpitala, dostanie wezwanie przed Automatyczny Wymiar Sprawiedliwości. Bardzo chciałbym oszczędzić mu procesu zgrywania pamięci czipa, sam pan rozumie, że taka brutalna, psychiczna wiwisekcja, nawet przed maszyną, nie jest miłym przeżyciem. Zwłaszcza że jego wina nie podlega dyskusji. Jest pan jedynym poszkodowanym i tylko pan może złożyć podanie o wycofanie automatycznego oskarżenia, oczywiście nasza firma pokryje wszystkie koszty i wypłaci panu odszkodowanie.

– Firma? – Popatrzył na logo zdobiące szeroką pierś Ilora.

– Galaxy Interstellar Travel.

Pokiwał głową i spojrzał na leżącego bez ruchu, bladego Mildrana.

– Nie będę mu przysparzał dodatkowych kłopotów. Skontaktuję się z panem, jak tylko przygotuję pełen kosztorys.

 

***

 

– Jego dwudzieste piąte urodziny. Od dawna marzył o samodzielnym locie dookoła Ziemi, ale jakoś zawsze to odkładał ze względów finansowych. Zarabiał przeciętnie, a był zbyt ambitny, by zostać moim utrzymankiem. To była niespodzianka, prezent urodzinowy. Wynająłem na ten dzień jednoosobowy AT 103 i wziąłem dyżur na kontroli lotów. Cieszył się jak dziecko.

Słuchał cierpliwie, patrząc na Audriusa wyrzucającego z siebie wszystko, co dusił do tej pory. Beznamiętnie, obco, jakby mówił o kimś zupełnie innym. Jedynie gdy wypowiadał imię „Ville”, głos drżał.

– Wystartował bez problemów, maszyna była nowa i sprawna. Lot miał trwać niecałe pięć godzin. Podchodził do lądowania, gdy dostałem komunikat o awarii promu E XIEZ, który musiał natychmiast siadać na najbliższym lotnisku. Na moim lotnisku. To były ułamki sekund, po jednym rzucie oka wiedziałem, że E XIEZ jest na kolizyjnym i zdmuchnie AT 103, a Ville nie da rady bezpiecznie zejść im z drogi. Zabroniłem więc lądować E XIEZ na Linas Nauja Warszawa, chociaż wiedziałem, co to dla nich oznacza. Z pełną świadomością skazałem tych ludzi na śmierć, by ratować ukochanego. Pilot posłusznie próbował odejść, ale nie miał już wystarczającej mocy. Runął w dół, po drodze zderzając się z Ville. Patrzyłem na to, mając wrażenie, że to potworny sen i zaraz się obudzę. Nie obudziłem się do tej pory. Każdej nocy widziałem twarze tych ludzi, wykrzywione przerażeniem i nienawiścią, martwe, spalone ogniem. Każdej nocy przychodził do mnie Ville, brał mnie za rękę i okazywało się, że dłoń w mojej dłoni jest osmaloną kością z obrączką na serdecznym paliczku, a zamiast jego pięknych, zielonych oczu patrzą na mnie puste oczodoły. Chciałem dołączyć do nich, pragnąłem umrzeć. Spodziewałem się, jak wszyscy, że gdy stanę przed Automatycznym Wymiarem Sprawiedliwości, dostanę karę śmierci. Ale nie, otrzymałem nakaz wypłaty odszkodowań i pracy społecznej na rzecz poszkodowanych w wypadkach. Do tego przez cztery lata nie mogłem opuszczać Ziemi. Wszyscy byli oburzeni, że to żadna kara. Zabiłem z premedytacją tylu ludzi, a skazano mnie jak za wybicie szyby w autolotce. Niektórzy spekulowali, że udało mi się dokonać rzeczy niemożliwej i przekupić Automatyczny Wymiar Sprawiedliwości. Nikt nie wierzył, że pragnąłem kary śmierci najbardziej z nich wszystkich.

– Osądzono cię w taki sposób, gdyż twoja śmierć nie była potrzebna. Zostałeś wystarczająco ukarany – szepnął, ściskając współczująco jego dłoń.

– Chcę uciec od tego wszystkiego, spróbować żyć na nowo, bez conocnych koszmarów, bez ludzi wytykających mnie palcami, bez tej tęsknoty za nim, kiedy wszystko wokół mi go przypomina. – Audrius zamknął oczy i umilkł na chwilę. – A ksiądz? Czemu ksiądz wybiera się na Raj?

– Odkrycia, nowe planety, zmieniły nasz świat, zmieniły Kościół, ale Bóg jest wciąż ten sam i ludzie go potrzebują, choć może nie zdają sobie z tego sprawy. Chcę im pomóc dostrzec, że Bóg jest wszędzie, czy to na Ziemi, czy na Raju. Zaufaj Mu, Audriusie, on wie, co czyni.

 

***

 

Stał w kopule, w miejscu splotu trzech białych wież, nagi, spokojny. Ksiądz pod jednym względem miał rację, wyrzucenie tego wszystkiego z siebie pomogło. Wciąż czuł pustkę po utracie Ville, wciąż czuł ciężar odpowiedzialności za śmierć pasażerów i załogi E XIEZ. Wspomnienie, gdy usłyszał „Echo X ray India Echo Zulu, mamy niespodziewaną awarię, jesteśmy na prostej, prosimy o zgodę na natychmiastowe lądowanie” będzie jego najgorszym koszmarem do końca życia. Ale teraz już nic nie zmieni. Rozpacz nie przywróci ich do życia.

Zamknął oczy. Za chwilę komora wypełni się usypiającym gazem, potem podciśnienie wytworzy próżnię i zderzą go z antymaterią. Gdy otworzy oczy, będzie już na miejscu, w nowym, innym świecie.

 

***

 

– Załatwiłem to – oznajmił tryumfująco Ilor. – Nie będą stawiać Mildrana przed Automatycznym Wymiarem Sprawiedliwości, poszkodowany wycofa oskarżenie.

– Jak to zrobiłeś?

– Przekonałem go. Po prostu. – Wzruszył ramionami. – Tylko będziemy musieli wypłacić odszkodowanie, zamiast ubezpieczalni.

– Będziesz je wypłacać ze swojej części – syknął Tomas. Tego było już za wiele dla Ilora.

– A może jednak wolisz, żeby informacje o samobójstwach przeciekły, co? Jeszcze jedno twoje słowo, a sam udam się do jakiejś stacji i wszystko opowiem. Potrafisz tylko założyć ręce i narzekać, nic więcej. W zasadzie to firma lepiej funkcjonowałaby bez ciebie. Nie jesteś tu potrzebny. Ani mile widziany – wycedził.

Tomas zbladł i skurczył się.

– Daj spokój, żartowałem tylko – mruknął.

 

***

 

Dni mijały, a on wciąż spał. Stan był stabilny, bez zmian. Giedrus przychodził niemal codziennie, sam nie rozumiał dlaczego, ale bardzo chciał być przy nim, kiedy się obudzi. Opowiadał o nowej autolotce, kupionej za odszkodowanie wypłacone przez Galaxy Interstellar Travel, o swojej pracy, o najnowszych wiadomościach i o czym tylko mu przyszło do głowy. Raz jeden, wieczorem, gdy nie było słychać niczyich kroków na korytarzu, wyszeptał, że bardzo chciałby popatrzeć mu w oczy i poczuć dotyk jego dłoni na własnym ciele. Natychmiast się zawstydził i na drugi dzień nie pojawił w ogóle. Tej nocy stan Mildrana pogorszył się.

 

***

 

Nieprzenikniona czerń przeszła w jaskrawą biel. A po upływie minut? – godzin? dni? – ustąpiła miejsca delikatnej zieleni. Nie wiedział, gdzie jest. Nie wiedział, kim jest. Nie obchodzili go przechodzący obok ludzie. Pogrążony w błogim letargu czuł spokój, jakiego nigdy wcześniej nie zaznał. Nie chciał zakłócać tego uczucia, dopiero później pozwolił, by doszły do niego bodźce, szczegóły, których do tej pory nie dostrzegał. Słońce wschodzące i zachodzące na niebie o nienaturalnym, zielonkawym odcieniu; trzy księżyce, z których jeden, znacznie większy, o barwie dojrzałej pomarańczy, przesuwał się powoli z prawej strony nieboskłonu na lewą, w przeciwnym kierunku niż pozostałe.

„Nie jestem na Ziemi”, dopuścił w końcu do siebie tę myśl, bezskutecznie próbując przypomnieć sobie cokolwiek. „Kim jestem?!”

Czyjaś ciepła dłoń dotknęła jego ramienia. Obrączka na serdecznym palcu obudziła dziwny przebłysk pamięci. Odwrócił się gwałtownie tylko po to, by z miejsca utonąć w zielonych, hipnotyzujących oczach, należących do mężczyzny, na widok którego serce zabiło mu z całych sił, a umysł ogarnęła euforia.

– Wreszcie razem – szepnął miękko zielonooki. Uśmiechał się ostrożnie, niepewnie, jakby wciąż nie dowierzał, że się spotkali. – Już mnie nie opuścisz, prawda?

Zalała go fala gorących uczuć. Nie miał pojęcia kim, gdzie i dlaczego jest, ale wiedział, że chce z nim być. Na zawsze. I nic innego się nie liczy. Uczucie spełnienia, radości i głębokie przekonanie, że wreszcie odnalazł swoje miejsce i właściwą osobę, pochłonęło go.

– Nie wiem, gdzie jesteśmy, ale wiem, że nie opuszczę cię nigdy – odparł.

Mężczyzna uśmiechnął się ciepło.

– Jesteśmy w Raju, Audriusie – powiedział, przytulając go mocno do siebie.

 

***

 

– Proszę się odsunąć! Szybko, serce nie pracuje, podajcie kardiolizator, tracimy go! Na główną salę, natychmiast!

Ktoś odepchnął Giedrusa, który stał i nie wierzył w to, co się dzieje.

– Miałeś wyzdrowieć. Musisz wyzdrowieć! – zawołał, biegnąc za lekarzami. – Nie możesz mnie tak zostawić!

Zatrzymał się nagle.

„Co ja robię?”, przemknęło mu przez głowę. Zdał sobie sprawę, że przychodzi i czeka na zupełnie obcą osobę, która – być może – wcale nie będzie chciała na niego spojrzeć. To, jak Mildran stał się dla niego ważny, przeraziło go. A teraz umierał. Nie, nie mógł umrzeć, to byłoby tak niesprawiedliwe. Nie wiedzieć czemu, przypomniał sobie wypadek spowodowany przez pana Linasa, cztery lata temu. Uśmiechnął się gorzko. Świat przecież nie jest sprawiedliwy. Bał się, panicznie się bał wiadomości o śmierci Mildrana. A jedyne, co mógł zrobić, to wyjść szybko z budynku szpitala i więcej nie wrócić. Jeśli nigdy nie usłyszy, że on umarł, to będzie żył. Przynajmniej w umyśle Giedrusa.

 

***

 

Czuł się, jakby naraz ktoś go wciągnął do reklamy firmy. Jak w kalejdoskopie przesuwały się przed oczami krajobrazy z Raju. I twarze ludzi. Niektórych znał, nie bardzo mógł sobie przypomnieć skąd. Jeden podszedł i zatrzymał się. Skojarzył go natychmiast. Pierwszy klient, którego obsługiwał, w raporcie uznany za zaginionego.

– Witam, panie Wagner, bardzo dziękuję, warto było tu trafić! Tylko tę tarczę moglibyście zdemontować! – Pokłonił się i rozpłynął nagle w tłumie.

Kolejny z klientów. Ten, według raportu, popełnił samobójstwo na drugi dzień, a przeszedł, pozdrawiając go, jakby nigdy nic.

„Mam jakieś halucynacje z przepracowania”, pomyślał. I wtedy nagle go zobaczył. Szczęśliwy jak na dawnych hologramach, szedł, trzymając pod rękę niższego mężczyznę. Ich wzrok spotkał się i w twarzy Audriusa nastąpiła zmiana.

W błękitnych oczach zobaczył szok i ból. Audrius przytulił mocno swojego towarzysza i zaczął krzyczeć, by nikt mu go nie odebrał po raz drugi. Wrażenie było zbyt realistyczne jak na halucynację czy sen. Mildran nagle doznał olśnienia.

– Panie Linas, niech pan nie popełnia samobójstwa, błagam! Proszę się skontaktować ze mną superpozytorem, jeśli kiedykolwiek będzie pan o tym myślał, bardzo proszę…

Głos ugrzązł mu w gardle, a obraz rozmazał się i zaczął zanikać. Wzrok Audriusa, pełen oszołomienia, był ostatnią rzeczą, jaką zapamiętał, zanim zapadł w ciemność.

 

***

 

– Co się stało?! – Chwycił go mocno za ramiona i potrząsnął. – Czemu krzyczysz?!

Powoli przeniósł wzrok na niego.

– Ville – szepnął. – Mój najdroższy Ville. Jesteś tu ze mną, ale przecież nie żyjesz. Katastrofa E XIEZ, zabiłem ludzi, by cię ratować, ale nie udało się.

Objął go i przytulił mocno, całując włosy.

– To było dawno temu, na Ziemi i nie ma znaczenia. Tak, według ziemskiej definicji nie żyję. Ale zgodnie z tą definicją, ty też nie żyjesz.

– Przecież… leciałem na planetę Raj, wykupiłem pakiet. Ten chłopak, który tu był, pracował w firmie oferującej przeloty. Przypomniałem sobie wszystko. Razem ze mną leciał jeszcze ksiądz.

Dotknął czule jego dłoni.

– Możemy spróbować go odnaleźć i wyjaśnić wszystko.

Audrius popatrzył na ukochanego. W zasadzie nieważne, jak się tu znalazł, tylko z nim było mu dobrze. Nie chciał tego zmieniać za żadne skarby. Wreszcie odnalazł swoje miejsce.

 

***

 

Mildran otworzył oczy i powoli dotarło do niego, że jest w szpitalu. Dobiegły go głosy lekarzy mówiące, że się udało. W pierwszej chwili chciał wstać z łóżka i natychmiast jechać do firmy. Zrobił to, gdy tylko go wypisali.

– No nie. Ty chyba zwariowałeś do reszty! – Tomas przywalił pięścią w poligrafenowe biurko. Gdyby było zrobione z odrobinę mniej trwałego materiału, z całą pewnością by się rozpadło. – Wykosztowaliśmy się na odszkodowanie dla typa, któremu rozwaliłeś nowiusieńką Vayani tylko po to, żeby nie zgrywali ci czipa, a ty sam, dobrowolnie, chcesz iść to zrobić?!

Choć jeszcze blady i osłabiony, czuł wyjątkową determinację. Był przekonany, że jego doświadczenie było czymś ważnym.

– Tak. Muszę się przekonać, co to było. Mówiłem wam, znalazłem się na chwilę na planecie Raj, widziałem kilku klientów, w tym Audriusa Linasa. Na czipie powinien się zachować cały zapis, zobaczycie sami. To może być klucz do przyczyny samobójstw.

– Czy do ciebie dociera to, co mówię?! – wywrzeszczał. – Nie obchodzą mnie twoje delirki, nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział o tych samobójstwach.

– Tym razem się z nim zgodzę. Przecież pan Linas wystartował na Raj dwa miesiące temu, nie miał szans tam dotrzeć. Po co ci zapis majaków spowodowanych chorobą? Zwykły kaprys, który może zaszkodzić firmie.

– Kiedy ja właśnie chcę firmie pomóc!

– To się zamknij, siedź na dupsku i nas słuchaj!!

Mildran popatrzył na niego gniewnie, po czym wstał i wyszedł bez słowa.

– Mówiłem – warknął Tomas. – Mówiłem, że najlepiej by było, jakby się z tej śpiączki nigdy nie obudził.

 

***

 

Przestało go obchodzić, jak to się stało. Najważniejsze, że byli razem. Nie szukał księdza, choć – kiedy go przypadkiem spotkał – poznał od razu.

– Wreszcie jest pan szczęśliwy, Audriusie – powitał go.

– Jestem – odparł, uśmiechając się szeroko. Spojrzał na ukochanego. – Szczęśliwy, jak nigdy przedtem. A ksiądz? Ksiądz odnalazł Boga?

– To wszystko jest tak niepojęte, tak zupełnie inne, niż sobie wyobrażaliśmy tam, na Ziemi. Tak, znalazłem Boga, On jest we mnie, w każdym z nas. Czuje pan przecież ten spokój i radość. To Bóg, istota bardziej niepojęta, niż nam się kiedykolwiek wydawało, a my po śmierci trafiliśmy do prawdziwego Raju.

– Ksiądz wie dlaczego umarliśmy? – zapytał z ciekawości.

Kapłan strapił się na chwilę.

– Straciliśmy życie w kopule, na Księżycu. Umarliśmy w zderzeniu z antymaterią.

Na twarzy Audriusa odmalowało się zdziwienie.

– Niemożliwe, całe to wysyłanie na Raj, badania, skanowanie, to jedno wielkie oszustwo?!

– Nie, to nie tak – przerwał mu. Ważył słowa, próbując je odpowiednio dobrać. – Niestety, to nie jest oszustwo. Baza znajduje się po drugiej stronie planety. Po upływie dwunastu ziemskich lat nasze fotony zderzą się z tarczą Clenchego i ciała zostaną zmaterializowane. Będziemy musieli wrócić na nowo do życia.

– Nie chcę wracać do tamtego życia!

Popatrzył na niego poważnym wzrokiem.

– Audriusie, nikt nie chce. Rozmawiałem z tymi, którzy przybyli tak jak my. Wszyscy twierdzili, że wejście do ciała, po latach spędzonych w tej krainie szczęśliwości, było szokiem, najgorszym przeżyciem, jakiego kiedykolwiek doświadczyli. Jednak nic się na to nie poradzi. Prawa fizyki są nieubłagane. Wrócimy do zwykłego życia. Minie parę dni i to wszystko będzie się wydawać snem.

– Widziałem przez chwilę pana z Galaxy Interstellar Travel. Krzyczał do mnie, żebym nie popełniał samobójstwa – powiedział po chwili namysłu.

– Będziemy miewać przebłyski i tęsknić za tym światem. – Uśmiechnął się dobrotliwie. – Samobójstwo to najprostsza droga z powrotem.

– Chyba wobec tego nie posłucham – powiedział, całując jasne włosy Ville.

 

***

 

Miał niewielki kawałek do przejścia, więc szedł chodnikiem dla pieszych, najniższym poziomem. Nad głową krzyżowały się pasy autolostrad i przelatywały tysiące kolorowych autolotek. Jego stara wysłużona ulubienica trafiła na złom, do tej pory nie wiedział, jak zdołał staranować tego pana. I to oczywiście musiał trafić w jeden z najdroższych modeli. „Ciekawe, kim on jest?”, myślał. „Pewnie mnie przeklina do tej pory za zniszczenie pojazdu.”

Dotarł do jednego z wielu budynków Automatycznego Wymiaru Sprawiedliwości i zamówił skan czipu z ostatnich dwóch miesięcy. Po krótkiej chwili oczekiwania usiadł w wygodnej kabinie. Z sufitu wysunęły się dwie cienkie rurki, które wpiął za uszy. Sam skan trwał około piętnastu minut, zapisywał się zarówno na kostce holograficznej jak i – co powodowało wściekłość Tomasa – w bazie danych Automatycznego Wymiaru Sprawiedliwości. Faktycznie, gdyby ktoś postawił Galaxy Interstellar Travel zarzuty, to skan Mildrana mógł być dowodem ich zaniedbania. Ale podświadomie czuł, że to jest ważniejsze. Że musi mieć zapis swojej projekcji i myśli z czasu, gdy leżał w śpiączce.

Skanowanie się skończyło, otrzymał po chwili kostkę holograficzną. Dzierżąc ją niczym największy skarb, zamówił taxilotkę do domu.

 

***

 

Spotkał się z wszystkimi, trzydziestoma dwoma osobami, które znajdowały się na pokładzie E XIEZa. Wybaczyli mu, chociaż nie miał śmiałości o to prosić. Wiedział już, jak egoistycznie postąpił. Zrozumiał, że nie zasłużył, by móc wtedy tam – na Linas Nauja Warszawa – ocalić swojego najdroższego. Zniszczył trzydzieści dwa istnienia tylko dlatego, że on, Audrius Linas, uważał się za lepszego, za boga, który chciał decydować o tym, kto przeżyje. Rozumiał już, czemu nie dostał kary śmierci. Byłaby najpiękniejszą nagrodą.

 

***

 

Z wypiekami na twarzy odtworzył wszystko po raz kolejny. Na kostce holograficznej ze zgranymi myślami z czipa nie było ani śladu tego, czego doświadczył. Jedynie fragmenty mocno nieudolnie przywoływane we wspomnieniach. Nawet nie mógł powiedzieć, że to sobie wymyślił, bo jeśli by wymyślił, to by było. A nie było nic. Nie miał pojęcia, jak udało się mu to przeżyć bez śladu zapisu. Za to bardzo wyraźnie zapisały się wrażenia i myśli o tajemniczym mężczyźnie z czerwonej Vayani, który przychodził, opowiadał o różnych rzeczach, marzył, by spojrzeć w mu oczy i poczuć jego dotyk. On, Mildran Wagner, poważny współwłaściciel firmy, czuł palące rumieńce na twarzy i drżenie serca, zupełnie jak nastolatek, którym, pomimo młodziutkiego wyglądu, już dawno nie był. Natychmiast skontaktował się z Ilorem, z prośbą o podanie danych właściciela Vayani, ale obrażony kolega zdecydowanie odmówił.

Na szczęście, dużo opowiadał o swojej pracy, więc nie miał większego problemu z ustaleniem, że był kontrolerem ruchu suborbitalnego. Musiał go odnaleźć.

 

***

 

Przybyli we trójkę pod bazę. Audrius razem z Ville oraz ksiądz. Panowała niemal idealna ciemność, żaden z trzech satelitów nie znajdował się na bezchmurnym niebie, zresztą obliczony moment uderzenia zakładał maksymalne możliwe ograniczenie obcych fotonów. Tarcza Clenchego umieszczona była w splocie trzech wież, niemal identycznych jak te na Księżycu.

– Będę za tobą tęsknił – szepnął Ville.

– Wrócę do ciebie. Najszybciej, jak się da.

Nagły błysk rozświetlił niebo, tarcza rozjarzyła się bladoniebieskim światłem. Stali już tylko we dwójkę, bez księdza.

– Do zobaczenia, Audriusie. – Poczuł w swojej dłoni ciepłą, żywą dłoń z obrączką na serdecznym palcu. Spojrzał w wypełnione miłością zielone oczy, rozświetlone blaskiem z wieży.

– Do zobaczenia.

 

***

 

– Pan Mildran Wagner z firmy Galaxy Interstellar Travel?

– Mildran Pleta. Wagner to moje kawalerskie nazwisko, a firma od kilku lat nie istnieje, ale poza tym się zgadza. W czym mogę pomóc?

– Przyszła wiadomość na superpozytor z planety Raj, zaadresowana do pana.

– Tak? – zainteresował się.

– Brzmi ona: „Niestety nie mogę spełnić pana prośby. Widział mnie pan z mężem, chcę do niego wrócić, a to najszybszy sposób. Myślę, że jeszcze się kiedyś spotkamy. Pozdrawiam, Audrius Aisten Linas”.

 

Koniec

Komentarze

Inspiracja Dickiem?

Po wejściu do kopuły wasze ciało zostanie zderzone z antymaterią, w wyniku reakcji powstanie strumień fotonów, który po dwunastu latach trafi na planecie Raj w tarczę Clenchego, umożliwiającą odzyskanie pierwotnych atomów i oddzielenie antymaterii. Siła pędu spowoduje, że atomy wrócą do stanu wyjściowego i zostaną sprasowane na powrót w cząsteczki waszych ciał. ---> coś mi tu nie gra. W tarczę Clenchego ma trafić strumień fotonów, a tu nagle następuje oddzielenie materii od antymaterii, sprasowanie… Niby co zamienia kwanty promieniowania elektromagnetycznego w materię?

Przeczytałem z pewnym zainteresowaniem, ale opowiadanie jakoś nie wzbudziło emocji. Mieszanka przyszłych technologii, homoseksualnych związków, nieco mistyki i religii, szczypta filozofii, próba opisu tzw. teleportacji, problemy związane z prowadzeniem firmy w dalekiej przyszłości, opis automatycznego wymiaru sprawiedliwości, za dużo w jednym opowiadaniu. Moim zdaniem tekst przypomina zbyt mocną kawę. Jest napisany sprawnie i z pomysłem, ale opowiadanie wydaje się zbyt gęste od wydarzeń, skrótów myślowych i nawiązywania do religii katolickiej. Ale to moja subiektywna opinia. Może inni czytelnicy lepiej ocenią to opowiadanie. Pozdrawiam.

Moim zdaniem jest niedobrze, gdy autorzy opowiadań naukowo fantastycznych zbyt wiernopoddańczo naśladują pomysły znanych autorów s.f. W ten sposób teleportacja, skanowanie ludzi, czipy umieszczane w mózgach, stają się kanonem obowiązującym w opowiadaniach. A przecież wcale przyszłość człowieka nie musi tak wyglądać. Autorzy, moim zdaniem, powinni wykazywać więcej samodzielności w kreowaniu przyszłości.

Wstyd się przyznać, ale Dicka nie czytałam :( Ryszardzie, Adamie – dzięki za przeczytanie i komentarz.

Nie pamiętam tytułu na tyle dokładnie, by podać bez obawy, że przekręcam, a po bibliotecznej katastrofie książki w pięć minut nie odnajdę.

Sytuacja startowa taka sama. Tam wysyła się ludzi, stamtąd nikt nie wraca. Kłamliwe informacje, jak tam cudnie, a rzeczywistość…

Podałaś powód popełniania samobójstw niezwykły. Fakt, że równie niewiarygodny, co niezwyczajny, ale mimo tej niewiarygodności skłaniający do refleksji i dobrze “wpasowany” w tekst. W jego kontekście przestaje dziwić i odrobinę razić tytuł.

Bellatrix szaleje – żeby zawrzeć heteroseksualny związek, trzeba lecieć na inną planetę…

Ciekawe pomysły, mi też spodobała się przyczyna samobójstw. Też nie przekonał mnie opis wskrzeszenia po zetknięciu z tarczą. Ale element konieczny.

jak po wszystkim oglądali razem wschód Ziemi,

Nie. O ile mi wiadomo, Księżyc zwrócony jest do Ziemi cały czas tą samą stroną. To by znaczyło, że Ziemia tkwi na księżycowym niebie (o ile jesteśmy na właściwej połowie) jak przybita gwoździem.

Babska logika rządzi!

W założeniu, skoro w zderzeniu materii z antymaterią powstają fotony, tarcza (wspomagana wcześniejszym skanem i matrycą – po to, by wiedzieć ile i jakich atomów ma być) miała powodować reakcję odwrotną – rozdzielenie fotonów z powrotem na materię i antymaterię. Tak, wiem, że obecnie się nie da, ale w końcu to SF ;)

Finklo, mylisz się – da się zobaczyć wschód Ziemi z Księżyca, choć wygląda to inaczej niż wschody Księżyca obserwowane z Ziemi (i trwa znacznie dłużej) i możliwe jest w określonych miejscach Księżyca – w okolicach ‘granicy’ faz:

http://en.wikipedia.org/wiki/Earthrise#Potential_earthrises_as_seen_from_the_Moon.27s_surface

No, jeśli się lata dookoła Księżyca, to co innego. Ale nie wspominasz, że orbitowali.

Babska logika rządzi!

Nie, nie orbitowali – z powierzchni Księżyca da się zobaczyć wschód Ziemi ze względu na librację, jak się wczytasz w podany link, to tam wyjaśnili jak to działa:

“however, the Moon librates slightly, which causes the Earth to draw a Lissajous figure on the sky. This figure fits inside a rectangle 15°48' wide and 13°20' high (in angular dimensions), while the angular diameter of the Earth as seen from Moon is only about 2°. This means that earthrises are visible near the edge of the Earth-observable surface of the Moon (about 20% of the surface). Since a full libration cycle takes about 27 days, earthrises are very slow, and it takes about 48 hours for Earth to clear its diameter.[14] During the course of the month-long lunar orbit, an observer would additionally witness a succession of "Earth phases", much like the lunar phases seen from Earth.“

No dobra. Przekonałaś mnie. To masz Bibliotekę w nagrodę. :-)

Babska logika rządzi!

:D Dzięki! To, ze swojej strony zaoferuję piwo każdemu, kto złapie mnie w którymś z wrzuconych opowiadań na bzdurze w kategorii ‘science’ ;)

Jak Cię znam z pewnej dyskusji, to będzie trudno, ale mam koła studenckie na backup. Postawię im kratę piwa, to coś znajdą. :P

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Droga autorko. Bez trudu można cię przyłapać na “fizycznej bzdurze”, na przykład w tym opowiadaniu. Na przykład w twym powrocie od wiązki fotonów do materii, nie uwzględniasz powszechnego zjawiska występującego we Wszechświecie – zjawiska entropii. Tak więc opisana przez ciebie podróż na obcą planetę jest fizyczną bzdurą. Pozdrawiam życzliwie.

Ryszardzie, proces przejścia od fotonów do materii zachodzi przy udziale owej tarczy, więc nie jest procesem samorzutnym, a entropia określa jedynie kierunek takowych. Woda na ziemi też nie rozpada się na tlen i wodór a przepuszczając prąd, można ją na składowe pierwiastki rozdzielić.

Autorko, można sobie wymyślić “tarczę”, “splątanie”, powrót od stanu czystej energii do “twardej”, materii, ale, moim zdaniem, nie jest to już science fiction, ale space opera. Właśnie czytam powieść Rafała Dębskiego pt. “Zoroaster” i czytam o portalach czasoprzestrzennych i “splątaniach”. Wracając do opowiadania, to można z płaszcza wykroić materiał na kapelusz, ale nie można z kapelusza wykroić płaszcza. Pozdrawiam ciepło.

Niestety, gdybym miała przepis na rozdzielenie fotonów na materię i antymaterię to zamiast umieszczać go w opowiadaniu, startowałabym do Nagrody Nobla ;) stąd ‘tarcza’, w której dokładny mechanizm działania się nie wgłębiam. Za to odsyłam do opisu zjawiska kreacji par, które jest procesem odwrotnym do anihilacji. Być może, za paręset lat zostanie opracowana technika umożliwiająca kreowanie również stabilnych, cięższych cząstek. Splątanie kwantowe za to zostało poświadczone eksperymentalnie :)

Zgadza się, teoria splątania kwantowego jest mi pobieżnie znana już od czasu studiów, ale to w żadnym stopniu nie zmienia mego zdania o wartości merytorycznej opowiadania w warstwie “science”. Pozdrawiam porannie..

Cóż, rozwiązanie zagadki samobójstw ciekawe, ale dla osoby, która za nic nie wierzy w życie po śmierci (dzyń dzyn tutaj!), jest takie… naiwne? No, chyba o to chodzi. 

Sam tekst skojarzył mi się nie z Dickiem (jak Adamowi), ale z Lemem. Było takie opowiadanie w dziennikach, gdzie Tichy trafił na planetę, na której wszyscy podróżowali poprzez taką dezigntegrację i ponowne łączenie w całość :) Tylko jak to z dziennikami bywa, to był tekst raczej humorystyczny.

I choć doceniam niezłe wykonanie i mnogość nietuzinkowych pomysłów, to jednak zabrakło mi w tym opowiadaniu emocji. Ale imho przynajmniej na bibliotekę ten tekst zasługuje.

Tylko nie "Tęcza"!

Wnioskuję, że skoro Tenszy, opócz emocji, w opowiadaniu nie brakuje niczego,  uważa go za całkiem niezły. :) 

Ech, gdybym ci ja miał skrzydełko lub  przynajmniej pierze…. 

 

 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Dzięki za komentarze i głos :) Zdecydowanie bliżej mi do inspiracji Lemem, chociaż akurat w przypadku tego opowiadania inspiracja była dużo mniej fantastyczna – ‘problem cessny’ stawiany kandydatom na kontrolera ruchu lotniczego :)

Szczegóły techniczne przyjęłam do wiadomości i zupełnie się nad nimi nie zastanawiałam, bo zupełnie nie znam się na tych sprawach. Skupiłam się na interesującej treści i nie wnoszę zastrzeżeń do wymyślonego świata, choć odniosłam wrażenie, że w opisywanej rzeczywistości byli sami panowie i tylko jedna pani, a i ona postanowiła niebawem wyjechać.

Zdumiało mnie, że w XXV wieku uchował się ksiądz.

Bardzo się cieszę, że opowiadanie jest napisane bardzo porządnie i mogłam się skupić wyłącznie na lekturze. ;-)

 

na Raj żyło pię­ciu, z czego żaden nie był tam wię­cej niż czte­ry lata. – Wolałabym: …na Raj żyło pię­ciu, z czego żaden nie był tam dłużej niż czte­ry lata.

 

za­gad­nął Erik, przy­no­sząc pach­ną­cy kubek cie­płej neu­ro­lok­sa­mi­ny… – Aromat wydzielał  kubek, czy jego zawartość? ;-)

Może:za­gad­nął Erik, przy­no­sząc kubek pachnącej, cie­płej neu­ro­lok­sa­mi­ny

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytało się przyjemnie. Opowiedziana historia mnie nie zawiodła, choć zgodzę się z Ryszardem, że treści rzeczywiście dużo jak na taki tekst. Trochę przykra ta wizja przyszłości, żeby całą klasę średnią zmienić w homo… nieładnie, oj nieładnie ;) Ale ogólne wrażenie zdecydowanie pozytywne :)

Ciekawy pomysł, niezła realizacja. Podobają mi się umiejętnie i nienachalnie wplątane neologizmy sci-fi.

Infundybuła chronosynklastyczna

Regulatorzy, dzięki za przeczytanie i uwagi – poprawione. Perruxie, Stefanie – dzięki za pozytywne komentarze:) Ryszardzie – dzięki za głos, mimo uwag :)

Dobrotliwe, ciepłe spojrzenie kapłana było czymś innym.

 

Innym od czego? Wyjaśniasz to dopiero w następnym zdaniu, niezgrabnie to brzmi.

 

Poza tym nie znalazłam jakichś językowych niedoróbek. Szukania niedobórek w kategorii “science” się nie podejmuję ;)

 

Zgadzam się, że całość była dość naiwna (ach, ta romantyczna miłość), niemniej czytało się przyjemnie i pomysł jest całkiem niezły. Nie raziło mnie nawet takie “rozbicie” narracji na fragmenty (ciągle zmieniamy miejsce i postać, z perspektywy której patrzymy). Dość zaskakujące jest uczucie zrodzone po wypadku autolotki, ale w sumie “przygotowujesz” wcześniej życie wewnętrzne tego pana stęsknionego za jakąś odmianą więc niech będzie, że to prawdopodobne :)

 

Nie podobało mi się, że raj jest opisany tak dosłownie, że znajdujemy się razem z postaciami w tej krainie wiecznej szczęśliwości. Wszystko jest jasne, wiemy jak to wygląda, skąd się biorą samobójstwa – nic nie zostaje niedopowiedziane. Wolę, jak opowiadanie jest nieco bardziej tajemnicze. Trochę mi też brakowało jakichś rys na tych bohaterach, większość z nich jest miła, szlachetna i zdolna do wielkiej miłości. Ale cóż, taka konwencja, nie ma się co czepiać.

 

Zupełnie nie dziwi mnie obecność księdza. Podejrzewam, że sto lat temu ludzie nie wierzyli, że w XXI wieku będą wojny religijne i że ktokolwiek będzie jeszcze chciał ginąć za jakąś religię. Przyszłość bywa zaskakująco konserwatywna.

 

Opowiadanie dobrze napisane, fabuła nie nudzi, wciągnęłam się :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Mirabell, bardzo dziękuję za obszerny komentarz i cieszę się, że historia Cię wciągnęła :)

Opowiadanie wcale nie wydało mi się przeładowanie, a przy tym dość ciekawe. Rozwiązanie zagadki zaskakujące i je kupuję. 

 

Nieważne, że czeka go przymusowy urlop od pracy, najważniejsze, żeby przeżył. – W tym zdaniu piszesz o dwóch osobach. Zgubiony podmiot.

Zygfrydzie, serdecznie dziękuje za zajrzenie, przeczytanie, komentarz i głos do biblioteki:)

Mnie osobiście się podobało, choć nie przepadam za czytaniem o związkach homoseksualnych, gdy z każdej strony atakują nas polityką gender. Oczywiście nie mam nic do tych ludzi, ale jakoś jednak lepiej przyswajam tradycyjne podejście do związku. Tekst ciekawy. Czas przy nim uciekał dosłownie przez palce. Jak dla mnie emocji było wystarczająco i wyobraźnie też pobudzał. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ciekawy tekst i dosyć przyjemnie mi się czytało. Pobudziło wyobraźnię :)

Wizja homoseksualnego świata do mnie nie trafia, bo niby dlaczego w przyszłości przyroda miałaby wszystko zmienić. Niespójne wydaje się założenie przeludnionej Ziemi oraz świata homoseksualnego. Rzeczywiście niezwykłe wyjaśnienie przyczyn samobójstw. Rozumiem, że opisanie sposobu teleportacji było potrzebne, ale też mi nie podeszło ;)

Przyjemna lektura do wieczornej herbaty.

Pozdrawiam.

Morgiano, Blackburn, dziękuję za przeczytanie i zostawienie komentarza :)

Hej Bellatrix

Czytając to opko miałem wrażenie, że przeskanowałaś mój mózg. Albo przynajmniej dysk twardy komputera, gdzie konspekt nieco podobnych motywów sobie siedzi i czeka na lepsze czasy. A w moim opowiadaniu – gdy je wreszcie zmaterializuję – teleportacja i ksiądz będą odgrywali ( o kurde, a może odgrywały?)  znaczącą rolę. Ja podejdę jednak z innej strony  do zagadnienia.

Pamiętam powieść , w której (domniemanych) złoczyńców wysyłano na planetę zwaną Piekłem. Okazało się, że w tym piekle panuje dość luzacka atmosfera.

Mam uwagę nt homoseksualizmu – jeśli małżeństwa jednopłciowe są narzucone, to jest już prawdziwy totalitaryzm. A w warunkach przymusu nie ma wyboru, więc gdy mówisz o wyborze przyjaciela, to jest to po prostu decyzja niezależna od linii partyjnej

Poza tym nie wiem, co to jest dobra próżnia

Może dlatego, że do tej pory trafiałem tylko na wybrakowaną próżnię :)

Pozdrawiam

U

 

 

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Uradowańczyku, jeśli Cię to pocieszy, to opowiadanie jest dość stare (nawet było publikowane drukiem, a prototyp w wersji hetero dawno temu przez moment pojawił się i na starej stronie fantastyki). Więc, jeśli miałabym skanować, to jakieś dobre 6 lat temu ;). Jeśli chodzi o kwestię jakości próżni – pojęcie stosowane w fizyce, im lepsza próżnia tym niższe ciśnienie (tak, wiem, że potocznie przez ‘próżnię’ rozumie się coś, co w fizyce nosi miano ‘próżni absolutnej’ :))

Dzięki za przeczytanie i komentarz i chętnie zobaczę Twoje opowiadanie, jak zrealizujesz konspekt :) A po lekturze ‘Października’ nie wątpię, że będzie dobre.

No, kawał znakomitego tekstu. Przeczytałem jednym tchem. Fajna konstrukcja, obrazująca sytuację krok po kroku. Wszystko się rozwija. Pomysł bardzo dobry. Wszystko przesycone fantastyką naukową, a w tle – dylematy światopoglądowe.

Nie jestem homofobem, ale bardziej podobał mi się wątek homo z “Pamiętnika”.

Jedna uwaga: wydaje mi się, że do takiego transferu trzeba by skanować stany kwantowe cząsteczek elementarnych, a nie pozycje atomów. No, ale generalnie powszechne rozumienie słowa “atom” jest anachronizmem, gdyż tak naprawdę niepodzielnymi składnikami materii, czyli atomami, są właśnie cząsteczki elementarne. Przyjmijmy więc, że na potrzeby opowiadania SF – takie wytłumaczenie może być.

Generalnie – bardzo dobre! Jestem pod wrażeniem…  

Bardzo dziękuje za komentarz i ocenę, niezmiernie się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało :)

Ogólnie planuję zapoznać się z całą Twoją twórczością portalową. Tyle, że zarobiony jestem i niewiele czasu pozostaje na lekturę. Ale, powoli…

Generalnie kobiece pióra podchodzą mi szczególnie na tym portalu: Ocha, Bemik, Finkla, Emelkali… Twoje też wygląda na niezwykle sprawne.

Przeczytane

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki :)

Nowa Fantastyka