- Opowiadanie: Adolf Tylman - Władca kruków

Władca kruków

Edytor chyba mnie nie lubi, bo solidnie namieszałem podczas próby skorygowania tekstu. Chyba wszystko jest już OK i na wszelki wypadek więcej już tego opowiadania nie dotykam. Wszelkie komentarze mile widziane.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

zygfryd89

Oceny

Władca kruków

Dzwony biły, zwiastując godzinę próby. Przewróciwszy się na drugi bok, Tadeusz Czapliński herbu Drogosław zerknął za rozwarte na oścież okno, prócz hałasu wpuszczające do wnętrza przejmujący chłód zimowego wieczoru. Rzucił gniewne spojrzenie zaspanych oczu zarysowi ratuszowej wieży o zerwanym przez wicher hełmie. 

– Kto wprawia w ruch ten piekielny instrument? – warknął, czując w sobie jeszcze echa wychylonych przed kilkoma godzinami dzbanów miodu. 

I wtedy przyszło zrozumienie niby grom z jasnego nieba, strząsające do reszty pozostałości snu z powiek grenadiera. Zerwał się z niewygodnej pryczy, przewracając przy tym szklanicę z drogocennym piwem, doskonałym na poranne bóle głowy. Brzdęk tłuczonego naczynia zagłuszyły trąby, dźwięczące gdzieś w okolicy głównej bramy. Wszędzie wokół spośród wygniecionych pościeli wyzierali kolejni żołnierze. 

– Ruscy – szepnął ktoś, wypowiadając na głos obawę całej chorągwi. 

– Moskale atakują – wrzasnął wtóry szlachetka. 

– Rosjanie! – podjęli okrzyk inni i chór ochrypłych gardeł wstrząsnął posadami czynszówki, przemianowanej obecnie na noclegownię. 

Czapliński niewiele zapamiętał z tego, co nastąpiło później. Instynkty przejęły kontrolę nad jego umysłem i ciałem. Rozchełstana kurtka, która zastępowała mu mundur, łopotała na wietrze niczym wojenna bandera. Nieprzerwanie prąc naprzód, wśród okrzyków towarzyszy, tętentu końskich kopyt i wszechobecnego dźwięku podeszew uderzających o bruk, naciągnął na głowę konfederatkę. Jakimś sposobem czapka w kolorze maków, z piórem zatkniętym za otok, dodała mu animuszu. Żwawiej pomknął na spotkanie nieukończonych umocnień, wzniesionych przez Morawskiego. 

Antoni Morawski, ów rzeźnik, wyniesiony na stanowisko pułkownika, usiłował odbudować leżące w ruinie fortyfikacje Poznania. Bezskutecznie. Na wieść o zbliżających się zastępach wroga, zebrał większą część armii i wymaszerował z miasta. Teraz, czas starcia nadszedł, a opór przeciwnikom stawiać mogły jedynie dwie setki obrońców pozostawionych z tyłu. 

Tadeusz dotarł wkrótce do serpentynowych schodów, jasnym zygzakiem zarysowanych na tle muru obronnego: sterty głazów ładnej, acz równie skutecznej w stawianiu się bombom, co francuski parasol. Ruszył w górę, pokonując po kilka stopni naraz. Zziajany trafił na szczyt. Z ust buchały mu bielsze od mleka wapory pary. Czapliński wzrokiem omiótł okalające gród szańce. Na płowych palisadach wałów czerniły się sylwetki konfederatów barskich, usiłujących zdążyć z przygotowaniami przed natarciem. Uwijali się jak w ukropie wewnątrz bastionów, podniszczonych i osmalonych po ostatnim szturmie. 

Czapliński, karcąc się bezgłośnie za zwłokę, pobiegł ku własnemu stanowisku. Zszedłszy po drabinie przed lico średniowiecznych obwarowań, w zasięgu kilku kroków miał redutę, do której obrony został przydzielony. Nie minęło kilka uderzeń serca i stał ramię w ramię ze swym dowódcą i serdecznym przyjacielem. Karykaturalnie wręcz okrągłą beczkę sylwetki Mieczysława Szczerby z łatwością dojrzeć dało się już z niebotycznych odległości. 

– Czapliński, stary druhu – huknął na powitanie szlachcic. 

– Szczerba. – Nowo przybyły skinął nieznacznie. Pod maryjnymi sztandarami przemierzyli wspólnie pół kraju. Nie zabiło to jednak szorstkości, tak charakterystycznej dla więzów męskiej przyjaźni. 

Ze dwudziestu, trwających już na posterunkach mężczyzn stanowiło okrojoną załogę. Klepnięto Czaplińskiego po plecach, pozdrowiono dłonią uniesioną przez krzątającego się przy armatach artylerzystę. 

– Do szabel, kto w Boga wierzy! Gotować się! – ryknął spod wąsisk Szczerba. 

Tadeusz, kryjąc się w rowie niegodnym miana okopu, dobył naładowanego specjalnie na taką okazję czarnoprochowca. Odciągnął kurek i wymierzył. Gdzieś tam, śród ciemności, wystrzeliły muszkiety, wznosząc zasłonę dymu między redutą a odległym lasem. Siwą poświatę przecięły w mig konie, dosiadający ich grzbietów Rosjanie oraz pojedyncza postać pędząca pieszo na czele tej przedziwnej szarży. Konfederat zmrużył oczy, dostrzegając w zupełnej rozciągłości to, co Mieczysław wypowiedzieć miał na głos. 

– To pościg. Naszego gonią, psy petersburskie! Do broni! Tylko mi Polaka nie trafić. – Tadeuszowi z trudem przyszło uwierzyć w to, że podobną ilość słów da się z siebie wypluć tak szybko. 

Jeźdźców i wierzchowce natychmiast wzięto na muszki pistoletów i karabinów. Widząc co się święci, uciekinier przywarł do rozmiękczonego roztopami podłoża. 

– Wystrzelać ich w imię Chrystusa! 

Huk wstrząsnął redutą. Salwa z całą swą furią dosięgnęła Rosjan, których szyk poszedł w zupełną rozsypkę. Kilku wypadło z siodeł, pod innymi ugięły się zranione końskie grzbiety. Reszta zatrzymała się po to tylko, by wspólnie rzucić się do odwrotu, depcząc się wzajem w trakcie tej rejterady. Polak za to znów gnał na złamanie karku. Nim strzelcy przeładowali broń, mokry od potu człek, sapiąc, dopadł wału ziemnego. Równie rychło ujął nieznajomego Szczerba, łapiąc go za ramiona stalowym uściskiem. 

– Coś za jeden? 

– Andrzej Kunat, jak mi Wszechmogący miły – wydyszał zapytany, przeraźliwie zmęczony, lecz przy tym cały i zdrów. 

– Czego od ciebie chcieli? 

– Mój oddział rozbili pod Hoszowem. – Szczerba skrzywił się, słysząc nazwę miejscowości, gdzie żywota dokonał Franciszek Pułaski. – Uszedłem i pognałem do was, żeby wesprzeć w Poznaniu wojska Morawskiego, ale Rosjanie przecięli mi drogę. Zbyt blisko byłem, żeby nie próbować ucieczki. Bóg dał i żeście mnie ocalili. 

– Nie ma Morawskiego i do diabła z nim. – Mina Mieczysława stężała. 

– Moskale ruszą tu o świcie – ciągnął pytany. – Jakem żyw, sam słyszałem, co mówili. Tych jest niewielu, kilkanaście tuzinów może i do tego sama konnica, ale rankiem będzie więcej. Rönne idzie na miasto, a ci to tylko forpoczta. 

Tadeusz zadrżał, słysząc tę relację. Nas nie ma nawet tylu co ich w straży przedniej, pomyślał z goryczą. Szczęśliwie, problem ten miał niebawem przestać go dotyczyć. Ostatnia nadzieja w porozumieniu z Janem, konstatował. 

 

 

Czapliński wraz ze Szczerbą wyczekiwali umówionego spotkania w kojącym spokoju podcieni. Z nieludzkiego ziąbu nocy wyłonił się nareszcie zakapturzony jegomość i dał parze szlachciców znak, by poszli za nim. Gdy znaleźli się z dala od ciekawskich oczu, Jan opuścił kaptur. Wykrzywił w uśmiechu brzydką, czerwoną od dziesiątek krost twarz. Wygrzebał z głębokiej kieszeni płaszcza niewielki przedmiot i uniósł go. Obaj jego towarzysze mogli przyjrzeć się mosiężnemu kluczowi, dyndającemu na rzemieniu. 

– Nie myślcie sobie, że było łatwo. Biskup nigdy się z nim nie rozstawał. Planowałem to tygodniami, jednak dzisiejszej nocy wszystko uległo zmianie. Kiedy usłyszałem zawodzenie tych sobaczych trąb, wiedziałem, że muszę działać szybko. Trzeba nam przecież uciec, nim Rosjanie zajmą miasto! Zaczekałem więc, aż staruch zaśnie i po prostu zdjąłem mu go z szyi. Na wszelki wypadek miałem w pogotowiu poduszkę, rozumiecie, żebym mógł go udusić i zgon zrzucić na karb wieku, ale on nic nie poczuł. Jest tak schorowany, że… 

– Wystarczy. Koniec tej nużącej tyrady – przerwał mu Szczerba, ucinając wartki potok słów. 

Nigdy nie krył się z niechęcią do młodego księdza, wspólnika bardziej z konieczności niż wyboru. Czapliński należał do grona ludzi bardziej otwartych. Darzył kapłana umiarkowanym zaufaniem, a nawet swoistą sympatią. Oczywistym było więc, że to właśnie on powinien towarzyszyć wikaremu w wyprawie do wnętrza krypty. Mieczysław miał do spełnienia inną powinność. 

– Idę pod zachodnią bramę, zgodnie z umową. Ktokolwiek jej pilnuje, powinien cieszyć się ze zmiennika i możliwości odpoczynku na tyle, by nie pytać o to, skąd się wziąłem. Gdybym napotkał na trudności, jestem gotów i na nie. – Mówiąc to, poluzował szablę w pochwie. – Najpewniej będę po prostu samotnie strzegł naszej drogi ucieczki i oczekiwał na wasz powrót. 

Tadeusz kiwnął głową i podążył w ślad za Janem, ten zaś poprowadził go plątaniną uliczek. Okna i ornamenty kamienicznych sztukaterii z wysoka przypatrywały się obu mężczyznom. Dotarłszy do ruin strawionej pożarem kolegiaty, obaj przeklinali powietrze, solidnie ciążące im już w płucach. Wolniej ruszyli ku przemianowanej na sekretny skarbiec siedzibie franciszkanów. Fasada Kościoła świętego Antoniego z Padwy górowała nad okolicznym skwerem. Zawiasy jęknęły, gdy Jan pchnął odrzwia i pociągnął za sobą towarzysza. Wewnątrz panował niepodzielnie nabożny chłód. Lodowaty blask nocnej łuny wlewał się przez kunsztowne witraże. 

Spiskowcy ruszyli wzdłuż nawy głównej, omijając ławy i dalej, za ołtarz do obejścia. Wąskie schodki, zaprowadziły ich do wrót, prostych, lecz potężnych. Klucz mignął w przypominających ruchliwe robaki palcach księdza. Zgrzyt zamka. Kolejny obrót. Przejście stanęło otworem. 

Ramię w ramię żołnierz i ksiądz wkroczyli w zatęchły mrok piwnicy. Wikariusz rozpalił odczepiony ze ściany kaganek. Światłość ogarnęła skarbiec. Tadeusz zmrużył oczy, porażony blaskiem odbitym przez zgromadzone tu kosztowności. A może samymi kosztownościami; nigdy bowiem nie widział równej ilości złota. Choć pomieszczenie było nieduże, zebranych tu brosz, wisiorów, kielichów nie sposób było objąć wzrokiem. Spiętrzone w przypadkowe góry, pagórki oraz doliny mieniły się wszystkimi odcieniami czerwieni, oranżu i żółci. 

Pośród tego wszystkiego najwięcej było krzyży, których mnóstwo zalegało wśród tych kościelnych skarbów. To właśnie one zaabsorbowały Jana. Jął on chciwie zagarniać ku sobie wielką ich liczbę, wybierając starannie te co bardziej zdobne. Wszystkie pakował do obszernej torby, szybko zyskującej na wadze. Czapliński obserwował te poczynania z niemym przyzwoleniem, samemu sięgając po łup znacznie mniej łapczywie. Subtelniej obchodził się z przechowanymi tu przez poznańskich duchownych przedmiotami. Boleśnie ukłuła go świadomość, iż to właśnie przed grabieżą ukryto tu ten majątek. Pokręcił głową, chcąc pozbyć się narastających wyrzutów sumienia, po czym upchnął w sakwojażu garść monet, kielich, niewyszukany krucyfiks… 

Wikariusz pierwszy zapełnił swój bagaż. Przygięty do ziemi jego ciężarem i wyraźnie ukontentowany wynikiem eskapady, rzekł: 

– Pośpieszmy się. 

Czaplińskiemu podobnej propozycji nie trzeba było składać dwukrotnie. Na odchodnym pochwycił jeszcze ogromny róg bojowy, pozłacany, czy też, co sugerowałaby waga, odlany w cennym kruszcu. Instrument idealnie wpasował się w lukę pozostałą na wierzchu pakunku. 

 

 

Niezliczone pary boskich oczu spoglądały na nich i mrugały doń znacząco z rozgwieżdżonego nieba. Tadeusz oraz Jan przemierzali opustoszałe ulice. Słońce, swym odwiecznym zwyczajem, miało się wspiąć ponad linię horyzontu dopiero za kilka długich, ciemnych godzin. Mimo iż w pobliżu próżno było szukać jakichkolwiek obserwatorów, obaj mężczyźni unikali otwartej przestrzeni, jakby w obawie przed możliwością armatniego ostrzału niczym nieosłoniętej pozycji; jak gdyby popełnili zbrodnię, samym tylko faktem nocnego czuwania. Z długich cieni rzucanych przez okoliczne budynki w blasku księżyca, uczynili niepewnego sojusznika i w ich mroku przemierzali dziwnie straszne zaułki. Bali się zwlekać, lecz żaden nie miał odwagi biec. Nerwowo przebierali więc nogami ni to w truchcie, ni spacerze, kiedy zza zakrętu wyłoniła się miejska brama. 

Szczerba wyczekiwał w umówionym miejscu. 

– Szybciej! Kolejny wartownik przyjdzie zastąpić mnie jeszcze przed świtem. Mam nadzieję, że warto było tu sterczeć. 

– Bez obaw. – Czapliński uniósł wypchany po brzegi sakwojaż. 

Całą trójką wymknęli się pilnowaną przez Mieczysława bramą, która, przypominając raczej drzwi, ledwie zasługiwała na swą wzniosłą nazwę. Ciszej od myszy przemknęli po zbutwiałej grobli, umożliwiającej przeprawę nad niegłębokim rowem, gdzie zmrożone fekalia mieszały się z gliną. Ruszyli ku ledwie widocznej dróżce, wiodącej w labirynt bukowiny. Źle utrzymana ścieżka, zarośnięta w kilku miejscach i zagrodzona przez pnie w wielu innych, prowadziła w głąb głuszy. Po drugiej stronie lasu wędrowców czekała upragniona wolność: od wrogów, sprzymierzeńców, a także odpowiedzialności. Tempo narzucili sobie szybkie, acz nie mordercze. Nielekki ładunek oraz świadomość, że Moskale rozbili nieopodal namioty, skutecznie zmuszały do ostrożności. 

Drzewa wyciągały ku zbiegom długie, sękate ręce. Wiatr kołysał bezlistnymi palcami konarów, wygrażając owym zadufanym osobom, które ośmieliły się zakłócić prastary spokój puszczy. Szpony gałęzi, wykrzywione jak chromy dziadyga, niemalże muskały czupryny intruzów. Powiewy wygrywały swą symfonię szeptów, wzlatując wysoko ponad postrzępione chmury. Tadeusz uczuł dreszcz wędrujący wzdłuż kręgosłupa, gdy dotknęło go crescendo nagłego podmuchu. Czubki pochylonych nad szlakiem jesionów westchnęły z poszumem. Fałszywa nuta krakania przebrzmiała i ucichła w pobliżu, a wraz z nią milczenie stało się nagle nieznośne. 

– Co zrobisz z tym bogactwem? – zagadnął Tadeusz, wymachując Mieczysławowi przed nosem zrabowanym złotem. 

– Udam się do stolicy i przyłączę do sprawy króla. Zbrojny bunt nic nie da, ale układ z carycą może jeszcze Rzeczpospolitą uratować… A ty? – Mężczyzna dyszał ciężko niby tur. 

– Zbrzydła mi wojna i sprawy państwowe. Furda dyplomacja i ugody! Chcę spokoju. Wykupię trochę ziemi pod rodzinnym Subotowem, poczekam tam na starość, żonę albo oba naraz, chociaż pojęcia nie mam, które może okazać się gorsze. 

– Ja natomiast planuję udać się gdzieś daleko – ożywił rozmowę Jan. – Ksiądz po święceniach zawsze znajdzie dla siebie miejsce. W takich Prusach na przykład. To silny kraj, nie bagno jak nasza, za przeproszeniem, ojczyzna. 

– Mierzi mnie to, co mówisz – wysapał Szczerba, z twarzą oblaną pąsem rumieńca w równym stopniu od wysiłku i złości. – Gdzie twoja miłość do ojczyzny? 

– Miłość do ojczyzny. Mówisz o niej, nawet będąc zbiegiem, uciekłszy z polskiej przecież armii. Ja przynajmniej nie próbuję udawać. 

Choć mina po usłyszanym przytyku wyraźnie mu zrzedła, Mieczysław sprawiał wrażenie gotowego do dalszej kłótni. Miast tego jak jeden mąż zamilkli wszyscy trzej. Spomiędzy gęstych chaszczy na wprost, dobiegł ich szmer, a następnie kolejny i jeszcze jeden. Zastygli w bezruchu, nie wiedząc co czynić dalej. Gdzieś tu obozowali przecież Rosjanie. Jeśli wpadną w ich ręce… Trach! Sucha gałązka pękła pod naporem niewidocznego sprawcy, a dwa płytkie oddechy później zza zarośli wychynął jeździec. 

Czapliński połknął przekleństwo, prawie odgryzając sobie przy tym język. Karego konia, który przystanął na skraju chęchów, dosiadał rosły mężczyzna odziany w zszargany rosyjski mundur. 

– Upiór – szepnął przerażony szlachcic, nie dowierzając własnym oczom. 

Na ramieniu postaci tak nierzeczywistej, że uchodzić mogła za senną marę, siedział kruk. Ogromny. Nie sposób było stwierdzić, czy Tadeusza przeraziło bardziej to inteligentne, a przy tym bezlitosne spojrzenie ptaka, czy też oblicze jeźdźca. 

Blada twarz konnego była raczej wygrzebaną z grobu czaszką, niźli spodziewaną w tym miejscu krasną od wódki i mrozu facjatą Moskala. Skóra, bielsza od wilczych zębów, nie nosiła w sobie żadnych śladów życia. Przeciwnie, wyglądała na groteskową maskę, naciągniętą nieudolnie na mizerne oblicze kościotrupa. Być może spostrzeżenie to nie mijało się zresztą wcale z prawdą. Blade fragmenty kości wystawały spod wystrzępionych płatów tkanek, zupełnie jakby rozerwała je w tych miejscach szczęka rysia. Gdzieniegdzie spośród sinych wybroczyn oraz granatowych plam wyglądały wulkany zgnilizny, lawą rozkładu zalewające okoliczne zmarszczki. Zupełnie tak, jak gdyby cera tej budzącej lęk i odrazę postaci nabrała właściwości sera pleśniowego i dojrzewała teraz w najlepsze. Ale nie to i nawet nie ruchliwe glisty gnieżdżące się w licznych ranach oraz sadzawkach zasychającej krwi były w tym czymś, co mogło być niegdyś ludzkim ciałem, najgorsze. 

Z ust szlachcica wyrwał się gardłowy charkot. Jego oczy… Oczy! Prawdę mówiąc, nie zostało z nich nic w zatkanych strupami dziurach powyżej zdeformowanego nosa. Ziejące karmazynową pustką oczodoły wycisnęły z Czaplińskiego nieludzki krzyk. Wrzask przedarł się jakiś cudem przez lepkie, fizyczne prawie macki smrodu, potwornego zapachu zepsucia, odoru śmierci, jaki bił od martwej istoty. Zimny dotyk strachu przebiegł wzdłuż pleców Czaplińskiego. Nogi miał jak z galarety. Równie nieruchomy i blady Jan zawył. Oto kruk, uczyniwszy sobie żerdź z barku zmasakrowanego wojskowego, począł niespiesznie obskubywać z resztek mięśni przegniły policzek. Grenadier postąpił o krok do tyłu, pod wpływem fali odrazy silniejszej od niemocy. 

Wtem rozbrzmiał trzepot dziesiątek, a może i setek ptasich skrzydeł. Drzewa wokół ożyły, poruszając nagimi koronami za sprawą niewidzialnej siły. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, na spotkanie parze szlachciców i księdzu wyleciało stado czarnych ptaszysk, nieznacznie tylko mniejszych kopii potwornego kruka lubującego się w smaku ludzkiego mięsa. 

Niedoszli dezerterzy rzucili się do ucieczki. Gorączkowej, szaleńczej. Pędzili co sił, nie zważając na zmęczenie. Stopy plątały im się, kilkukrotnie zahaczając o wystający ponad ziemię korzeń lub głaz. Wyłącznie dzięki nadprzyrodzonemu szczęściu zdołali nie upaść. Niespodziewanie, może niezdolny do dalszego dźwigania szlachetnych kruszców, Jan zatrzymał się. Szczerba wciąż gnał na złamanie karku, Tadeusz jednak zwolnił, obejrzawszy się za siebie. 

Tymczasem ksiądz zanurzył rękę po łokieć w wyładowanym kosztownościami pakunku. Pochwycił jeden ze skradzionych krzyży, bogato zdobiony, wysadzany klejnotami, mieniącymi się w promieniach miesiąca. Iskry światła tańczyły krwawym ogniem w rubinach i oblewały miękkim błyskiem szlifowane powierzchnie brylantów. Stanąwszy w rozkroku, wyciągnął krucyfiks przed siebie. Wyczekiwał spotkania z nadciągającym jeźdźcem oraz jego makabryczną obstawą.

– Przepadnij diabelny pomiocie! Apage, Satanas! – zawył. 

Noc pochłonęła wołanie. Jana obległa chmara ptaszysk tak, że przez ulotną chwilę sam zdawał się opierzoną bestią. Wił się i miotał, klął, wzywał imię Boga i wreszcie wrzeszczał zupełnie bez sensu. W końcu znieruchomiał, upadłszy na ziemię. A potem, jak dzieci porzucające ulubioną zabawkę na dźwięk matczynego głosu, oznajmiającego porę obiadu, kruki rozproszyły się, uwalniając ciało wikariusza, czy raczej to, co pozostawiły w jego miejscu. Fragmenty skóry, mięśni i żył oplatały kości niczym wstrętne czerwie lub robaki, żerujące na pogrzebanym przed laty nieboszczyku. 

Tadeusz zdławił w sobie chęć zwrócenia spożytego wcześniej posiłku. Kątem oka dostrzegł kruki, na powrót zrywające się do lotu. Niebezpiecznie blisko miejsca, gdzie zwolnił powodowany ciekawością. Zmusił nogi do wytężonej pracy i pognał naprzód, ślepo dobierając kierunek. Szybko doścignął wycieńczonego dźwiganiem góry sadła Szczerbę. Wyprzedził przyjaciela, zbyt zaabsorbowany troską o własne życie, by pamiętać o więzach wojennego braterstwa. Choć noc była ciemna, knieja gęsta, a Poznań odległy, wydało mu się przez moment, że między jaśniejącymi brzozami dostrzega kontury miejskiej zabudowy. Złudzenie to musiało dodać mu sił, bo przyśpieszył jeszcze bardziej. Furkot skrzydeł za plecami przycichł nieznacznie, w sercu grenadiera zaczęła nieśmiało dochodzić do głosu nadzieja. Niepomny bólu i zmęczenia stawiał krok za krokiem, aż nagle kolana splątały się mu w szaleńczym tańcu, a on sam runął jak długi. 

Ziemia przywitała go z miękkim plaśnięciem. Wyjątkowo ostry kamień, obrośnięty jakimś obrzydliwie żółtym porostem, rozciął mu policzek. Przebrzydły głaz najwyraźniej czekał w tym miejscu specjalnie na tę okazję do napojenia się gorącą krwią. Znad czerwonej cieczy wzniosły się paskudne obłoczki pary. Zatrzask sakwojaża zahaczył o coś i zamek pękł na dwoje. Z brzdękiem posypały się monety i biżuteria, ścieląc wokół Tadeusza złoty dywan. Mieczysław dopadł pogrążonego w niemocy szlachcica i niezdolny do dalszego wysiłku zatrzymał się, wyszarpując energicznie szablę. Równocześnie, z bezkształtnego cienia wynurzył się pościg: upiorny jeździec eskortowany przez zrodzone w czeluściach piekieł kruki. Czapliński wrzasnął przeraźliwie, nie z bólu, a zgrozy. 

Jego uwagę przykuł złoty róg. Zdobyty w klasztorze dominikanów instrument wypadł ze zniszczonego pakunku i przetoczył się ku wyciągniętemu na poszyciu mężczyźnie. W rozszerzonych strachem źrenicach Tadeusza błysnęło. 

– Pomoc! – zachrypiał. 

Nie miało to wszakże znaczenia, że wezwanie usłyszeć mogli tu jedynie Rosjanie. Lepsza przecież niewola czy śmierć w walce od utraty duszy. Poza tym tubalny dźwięk mógł przepłoszyć stwory. Brakowało czasu na rozważenie decyzji i szukanie dlań logicznego poparcia. Tadeusz przeżegnał się i sięgnął po róg. Konny wycelował bagnetem w pierś Szczerby, wbijając pięty w bok wierzchowca. Ptaki, kracząc, nadciągały ku Czaplińskiemu niczym chmura dymu. Ten zaś nabrał powietrza w płuca i boleśnie zacisnąwszy powieki, zagrał na rogu. 

Donośny ryk wstrząsnął lasem. A potem zapadła cisza. Pełna wyczekiwania chwila milczenia. 

Grenadier otworzył oczy. Ptaki przycupnęły na pobliskich grzędach gałęzi. Największy z nich wbił w Czaplińskiego czarne ślepia, nie opuszczając starego stanowiska na obojczyku upiora. Jak gdyby za sprawą woli gigantycznego kruka, usta wojaka, obleczonego w strzępy rosyjskich dystynkcji, rozwarły się, choć na gnijącej twarzy nie ożyła samotna nawet dolina zmarszczki. 

– Skąd to masz? 

Ochrypły, beznamiętny głos. I to spojrzenie zakrwawionych oczodołów! Nie sposób uciec przed podobną katuszą. 

– Co? – wypluł z siebie Tadeusz, nie mogąc pojąć istoty zadanego mu pytania. 

– Skąd to masz? – powtórzył tamten, tym samym, pustym tonem. 

 

 

Nastał chłodny świt, pachnący śniegiem, lecz tak jasny i nieskazitelny, że wyczuć dało się w nim nadchodzącą wiosnę. Czapliński delektował się tą pełną sprzeczności wonią, pewien niemal, iż węszy w niej odór własnego strachu. Nieopodal obozowali Rosjanie; pierwsi z nich, nie licząc rzecz jasna tych wystawionych na czuwanie, budzili się właśnie wraz z brzaskiem. Panowała nienaturalna cichość, dzwoniąca w uszach muzyką niebiańskich hufców. Szczerba zacisnął dłoń na rękojeści karabeli tak silnie, że aż zbielały mu od tego knykcie. 

Wspomnienie zakończonego właśnie spotkania już teraz stało się dla Tadeusza dziwnie mętne i nieskładne, dokładnie tak jak mętne i nieskładne bywają sny w kilka minut po przebudzeniu. Powrócił pamięcią do owej, nie przymierzając fantasmagorycznej chwili, gdy przesłuchiwany był przez upiora. 

– Znam ten róg – mówiły przegniłe do cna strzępy człowieka, ale choć to jego usta poruszały się, słowa nie mogły pochodzić od niego. 

Niedorzeczne, myślał Tadeusz, nieważne jak wielki, ptak nie może manipulować niczyimi wargami czy językiem. A jednak to kruk zdawał się przemawiać, wlepiając czarne perły swych ślepi w szlachcica. 

– Przysięgałem kiedyś. Dawno temu. Za wrócone życie – nie tyle wymówił, co wysyczał potwór w skórze Moskala. 

Czapliński nic nie rozumiał. 

– Nic nie rozumiesz? – odezwał się Mieczysław. – Nigdy żeś nie słyszał tutejszych legend? Toż to musi być Król Kruków. Ta opowieść pamięta jeszcze czasy sprzed pierwszych Piastów. 

Król Kruków. Tak, Tadeusz poznał przed laty ową baśń. Zgodnie z jej treścią młodzieniec ocalić miał rannego ptaka przed pewną śmiercią w środku dziewiczego boru. Zabrał czarnego czernią nocy kruka do własnej izby, tu, w Poznaniu właśnie, wykarmił go i otoczył opieką, aż zwierz ozdrowiał zupełnie. Stała się wówczas rzecz niesłychana, bo ptak przemówił do chłopaka ludzkim głosem, nazwał się kruczym królem i ofiarował mu trąbę, zdolną wybawić go w potrzebie. Trąbę, a nie róg. Ale czy to nie wszystko jedno? Łańcuch skojarzeń pękł, gdy tylko rozbrzmiał głos zmasakrowanego jeźdźca: 

– Wezwałeś pomocy. Twoja prośba zostanie wysłuchana. Razem ruszymy na Rosjan – powiedział, wciąż bez śladu uczuć. 

Gdy tylko ostatnie słowa rozbrzmiały, Król Kruków wzbił się w górę, a pozbawione dotyku jego zakrzywionych szponów truchło runęło ku leśnemu runu, zwalając się z końskiego grzbietu i nieruchomiejąc. To była pierwsza rzecz, szczerze radująca Czaplińskiego od godziny opuszczenia miasta. 

– Tak. Na Rosjan. – Wstyd ukłuł go, gdy usłyszał drżenie we własnym głosie, lecz szybko ogarnęła go przy tym duma, gdy uświadomił sobie, że spodnie wciąż ma suche. 

Stał na skraju kniei, dziwnie oswojony z ideą walki u boku straszydła. Westchnął. Cień zanurkował spomiędzy obłoków i Król Kruków przysiadł na ramieniu Tadeusza. Szlachcic wzdrygnął się mimowolnie, oczyma wyobraźni dostrzegł bowiem makabryczny obraz ostatniej osoby, na której usadowił się olbrzymi ptak. 

Czapliński uniósł do ust złoty róg i zadął weń. Potężny ryk instrumentu przebrzmiał w okolicy. Odpowiedziały mu niezliczone echa niby głosy skrytych w oddali wojowników. A potem podniósł się rwetes śród namiotów Moskali. Nim ucichły pierwsze krzyki, z przestworzy runęły tysiące ptasich błyskawic. Pociski pierzastych ciał pikowały jako strzały wypuszczone z boskich łuków, mknąc wprost ku swym celom. 

Wszystko to obserwowała dwójka Polaków. Wydało im się, że pośród kruków widzą postaci rozpędzonych rycerzy w połyskliwych, smolistych zbrojach. Wyglądało to tak, jakby szarżę na pozycję Rosjan przypuścił doborowy oddział kawalerii, a w pierwszym szeregu konnicy galopował sam Zawisza Czarny. Równie skutecznie co widmowe kopyta rumaków, wroga gniotły sierpy szponów. Dzioby, niby filigranowe kopie wycelowane w piersi, wyszarpywały spod skóry mięso i życie. Skrzydlate bestie z równą mocą rwały na skrawki mundury oraz ścięgna. Poświst skrzydeł wypełnił świat. Wrzaski mordowanych co rusz przedzierały się przez wszechobecny harmider. Postaci wymachujące rękami usiłowały bezskutecznie odpędzić od siebie krwiożercze stworzenia. Wycelowane w niebo muszkiety wypalały nieustannie, choć kule nie imały się rozwścieczonych bestii. Ruchliwe ciała z gracją unikały linii ognia. 

Zgwałcony widokiem mordu poranek oglądał krwawe kaźnie. Wszystkiemu przyglądali się także Czapliński oraz Szczerba, beznamiętni tylko z pozoru. W ich sarmackich sercach zaprószono iskrę odwagi, a że trafiła ona na podatny grunt, na pożar nie należało czekać zbyt długo. Podżegani płomieniami rozpalonej duszy skierowali na siebie przekrwione białka oczu. Mieczysław skinął i obaj chwycili za broń. Zaszarżowali spomiędzy zeschłych kęp traw, a pęd przerodził się w galopadę, trwającą, aż otoczyły ich rosyjskie namioty w samym środku niszczonego obozu. 

Nim jeszcze rozpoczęli swój bieg, Król Kruków wzleciał wysoko, ponad płynące na zachód brzuchate chmury i wraz z pierwszym, zadanym w ruchu ciosem Tadeusza opadł ku twarzy przeciwnika. Jak sikorka skubiąca słoninę wyłupał gałki oczne zaskoczonego Moskala, którego potępieńczy ryk zmroził Czaplińskiego. Ptak pognał dalej, wesprzeć w dziele zniszczenia mniejszych braci. Ogarnięty bitewnym szałem żołnierz rzucił się pospiesznie na najbliższego mu wroga. 

Fontanny czerwieni trysnęły, gdy sparowawszy kilka niezbyt celnych, wymierzonych bez przekonania ciosów, wyprowadził finalnie kontrę i zatopił zimny metal szabli głęboko w szyi oponenta. Tadeusza usiały krwawe piegi. Nie zważał na nie. Porwał go szaleńczy taniec uników, pchnięć, cięć, parad i bloków. Zaledwie parę kroków dalej walczył Mieczysław, skuteczny i nieposkromiony. Zmagał się naraz z duetem Moskali, świeżo wyrwanych z rzeczywistości sennych marzeń. Nie miał szans dostrzec trzeciego z nich, który zakradł się za jego plecy. Wojskowy wymierzył i pociągnął za spust. Opatrzności jedynie dziękować mógł Mieczysław za nagłą interwencję jednego z kruków. Trzepotem skrzydeł wypełnił on powietrze, w chwili wystrzału napadając na dłoń strzelca. Tor lotu pocisku zmienił się nieznacznie. Wystarczająco, choć jednocześnie zbyt mało. Kula przewierciła się przez tors szlachcica tuż poniżej pachy. Czapliński zauważył kłopoty przyjaciela zbyt późno, by zaradzić nieszczęściu. Rzucił się ku chwiejącemu się towarzyszowi, pozwalając ptaszyskom samodzielnie dokończyć swe zadanie. Prawdę powiedziawszy, niewiele zostało im do zrobienia, bo Rosjan na polu walki nie było już wówczas wcale. Grad czarnych piór pozostał w miejscach, gdzie jeszcze przed momentem stali ludzie. 

Tym prędzej gnał do Mieczysława Tadeusz, wolny od trosk o własne bezpieczeństwo. Niechlujnie przywleczony do pasa róg wyślizgnął się ze skórzanej pętli. Upadł. Nim były, a może wciąż obecny, konfederat dostrzegł swą zgubę, przyszłość instrumentu została przesądzona. Spłoszony masakrą koń, rączy wałach o starannie wyczesanej sierści, cwałował środkiem tego niepojętego chaosu. Jabłkowity rumak stratował róg, niszcząc go bezpowrotnie. Rozpadł się on na niezliczone kawałki i drobiny pyłu. Utracił swój blask, stając się wyzutą z mistycznej potęgi łuską, matową i wcale niewyróżniająca się spośród pośniegowej chlapy, gdzie przyszło jej spocząć. Król Kruków przepadł w mgnieniu oka. Szybciej, niż trwa mrugnięcie, odleciała jego upiorna świta. I nagle z kotłowaniny nie pozostało nic. Tadeusz omiótł wzrokiem pobojowisko, zmasakrowane ciała członków rosyjskiej armii, powywracane namioty i sprzęty, kałuże oraz jeziorka krwi, bez celu galopujące osiodłane ogiery i klacze. Przypadł do Szczerby, poturbowanego, acz trzymającego się wciąż na nogach. Mimo straty grenadier uczuł szczęście, towarzyszące obu szlachcicom w trakcie triumfalnego powrotu do cudownie ocalonego miasta. 

Wlekli się tak, powłócząc nogami, wsparci jeden na drugim. Dokuczliwy ból wyczerpania rozchodzący się wzdłuż ud i łydek zmuszał ich do mocniejszego zaciskania kwadratowych szczęk. Uśmiechali się, bo choć szczurami będąc opuszczali Poznań, wracać przyszło im jako bohaterom. Żyli, przetrwali i to jedno stanowiło samo w sobie wartość najwyższą. 

Raptem, natarczywie wibrując w uszach, ciszę przeszył dojmujący dźwięk. Zwiastował nadejście reszty oddziałów rosyjskich pod dowództwem Karla Rönne. Wraża nawała nadciągała pod nadwarciański gród Przemysława: pozbawiony nadprzyrodzonych strażników, a za sprawą Morawskiego także znacznej części garnizonu. Dzwony biły, zwiastując godzinę upadku. 

Koniec

Komentarze

Zrazu przejrzałem, potem przeczytałem jednym ciągiem, Już to o czymś świadczy… Inna sprawa, że Król Kruków, wywołany z czeluści czasu, słabo mnie przekonał, ale marudzić nie mam zamiaru.

[… ] Przemysława: pozbawiony […] ---> a nie przecinek, zamiast dwukropka?

Niedorzeczne, myślał Tadeusz, Nieważne jak wielki,

 

powinno być małe “n”

 

zaciskania kwadratowych szczęk

Określenie “kwadratowe szczęki” mnie rozbawiło.

 

Stylizacja na początku trochę męczyła, ale potem albo przywykłam, albo było lepiej. Ogólnie jednak tekst opisałabym jako niezbyt porywający. Nie wciąga, nie przejmuje. Ten król kruków to tak troche jak kot z worka wyskakuję, nagle też (już dosłownie z worka!) wypada artefakt do “sterowania” potworem ;]

Nie znam sie na ludowych bajaniach, nie kojarzę żadnej o królu kruków, jakoś mi on do polskich legend nie pasuje. 

Tekst jest napisany całkiem nieźle pod względem warsztatowym, ale fabularnie już imho nie porywa.

Tylko nie "Tęcza"!

Hej. Serdecznie dziękuję za wasze komentarze; odnosząc się do nich, kilka odpowiedzi:

“[… ] Przemysława: pozbawiony […] ---> a nie przecinek, zamiast dwukropka?”

Przecinek pewnie zadziałałby doskonale, ale dwukropek można tu potraktować jako wybór artystyczny autora ;). Nie wydaje mi się on nieczystością stylistyczną, błędem, większym zgrzytem, wiec niech już sobie zostanie gdzie jest.

“powinno być małe “n””

Fakt, dziękuję za zwrócenie uwagi.

“Określenie “kwadratowe szczęki” mnie rozbawiło.”

Mam w zwyczaju pakować w swoje teksty sporo porównań i określeń, które czytelnicy uznają później za niezbyt fortunne, więc opinia mnie nie dziwi, ale pozostanę tu przy swoim, chociaż nie wątpię, że eliminacja części przymiotników na pewno dobrze zrobiłaby całości.

“Stylizacja na początku trochę męczyła, ale potem albo przywykłam, albo było lepiej.”

Stylizacja celowo pojawia się niemal wyłącznie w otwierających całość akapitach. Zależało mi na zbudowaniu nieco “sienkiewiczowskiego” klimatu (w ogólnym wyrazie, bo przecież zupełnie innymi środkami) i narzuceniu ducha epoki na samym początku, kiedy odbiorca nie jest jeszcze zmęczony. Później ową stylizację dość mocno ograniczam, przez co forma ma stać się bardziej strawna przy zachowaniu już zbudowanej otoczki historycznej.

“Nie znam sie na ludowych bajaniach, nie kojarzę żadnej o królu kruków, jakoś mi on do polskich legend nie pasuje. “

Legenda, którą przytaczam faktycznie gdzieś tam funkcjonuje. Nie wiem tylko na ile jest wymysłem współczesnym, a na ile może mieć jakieś rzeczywiste korzenie w bajaniach ludowych, bo wygrzebałem ją z czeluści internetu szukając inspiracji. Oryginalnie próbowałem ukończyć to opowiadanie na jakiś dawno miniony konkurs (narzucone było w nim miejsce akcji) i koncept od jakiego wyszedłem to próba reinterpretacji związanej z Poznaniem legendy poprzez osadzenie jej w konkretnych realiach historycznych (i ten punkt wyjściowy mógł być nieco krzywdzący dla fabuły); właściwą legendę znalazłem później, kiedy wiedziałem już czego i po co szukam. W finalnej wersji sporo jest momentów, które wydają się pojawiać znikąd i mnóstwo przejść nie jest płynnych tak, jakbym sobie tego życzył. Jest to efektem dość poważnego okrojenia opowiadania (wyleciała blisko połowa znaków), które choć poprzez utratę mniej istotnych scen, postaci, wątków i dłużyzn zdecydowanie zyskało na lekkości, mogło nieco ucierpieć pod względem przejrzystości (uważam jednak, że wersja skrócona jest nieporównywalnie lepsza i dlatego właśnie ona znalazła się na portalu).

Raz jeszcze dziękuję za odpowiedzi i przeczytanie opowiadania :). Pozdrawiam!

Wiesz, dwukropek zapowiada / wprowadza wyliczenie, partię dialogową, dokończenie tej partii…

Nie przeczę, ale być może nieco na wyrost traktuję sporny fragment jako wyliczenie (1. pozbawiony nadprzyrodzonych strażników 2. za sprawą Morawskiego [pozbawiony] także znacznej części garnizonu). Nie jest to być może klasyczny jego przykład, ale jestem zdania, że w literaturze przysługuje autorowi pewna swoboda interpretacji, na którą nie pozwoliłbym sobie robiąc np. obliczenia konstrukcyjne dla stalowego podciągu. Masz prawdopodobnie rację, że dwukropek nie powinien się tam znaleźć, ale nie powinno być tam również zdań rozpoczynających się od spójników, na które kierując się osobistym osądem zdecydowałem się mimo wszystko w kilku miejscach. Zasady trzeba oczywiście znać i powinno się ich przestrzegać, ale nie przeczytałem jeszcze książki, gdzie każde zdanie ma podręcznikową poprawność i konstrukcję, a przecież pośród powieści tych było mnóstwo uznanych klasyków. Mam nadzieję, że nie zostanę zlinczowany za przesadzoną arbitralność osądu, napisałem to w ramach pewnego rodzaju punktu wyjścia do szerszej dyskusji, a nie po to, żeby bronić tego konkretnego popełnionego w opowiadaniu błędu. Uwagę biorę sobie do serca i jeśli coś jeszcze kiedyś napiszę, będę bardziej pilnował dwukropków, ten tutaj wspaniałomyślnie oszczędzę :).

Sienkiwiczowski klimat jak dla mnie ci się udał. Ale porywając się na taką styllizację trzeba np. odrobiną humoru ubarwić bohaterów. Bo inaczej czytelnikowi stają się  w nawale stylizacji zwyczajnie obojętni ;] Widać, że włożyłeś wysiłek w nadanie historycznej otoczki opowiadaniu i to ci się chwali, ale trzeba pamiętać, co ludzie lubią czytać i jakoś ich przykuć do tekstu.

Tylko nie "Tęcza"!

Czytało się całkiem nieźle i choć opowieść nie urzekła, rozumiem zamiar Autora splecenia legendy z wydarzeniami, które mogły mieć miejsce w rzeczywistości.

Elementy horroru z udziałem żywego trupa i ptaków wydały mi raczej mało polskie, choć, jak twierdzi Autor, są wielkopolskie. ;-)

 

Prze­wró­ciw­szy się na drugi bok, Ta­de­usz Cza­pliń­ski herbu Dro­go­sław zer­k­nął za roz­war­te na oścież okno… – Prze­wró­ciw­szy się na drugi bok, Ta­de­usz Cza­pliń­ski herbu Dro­go­sław zer­k­nął przez roz­war­te na oścież okno

By spojrzeć za rozwarte okno, należy podejść doń i wychylić się, a w tym przypadku, zerkający pozostaje w łóżku.

 

Z ust bu­cha­ły mu biel­sze od mleka wa­po­ry pary. – Masło maślane. Wapory to właśnie  wyziewy, opary.

 

Fa­sa­da Ko­ścio­ła świę­te­go An­to­nie­go z Padwy gó­ro­wa­ła nad oko­licz­nym skwe­rem. – Wolałabym: …gó­ro­wa­ła nad pobliskim/ miejscowym/ tutejszym skwe­rem.

 

po­cze­kam tam na sta­rość, żonę albo oba naraz, cho­ciaż po­ję­cia nie mam, które może oka­zać się gor­sze. – …po­cze­kam tam na sta­rość, żonę albo obie naraz, cho­ciaż po­ję­cia nie mam, która może oka­zać się gor­sza.

I starość, i żona, są rodzaju żeńskiego.

 

Wrzask przedarł się jakiś cudem przez lep­kie… – Wrzask przedarł się jakimś cudem przez lep­kie

 

Ta­de­usz jed­nak zwol­nił, obej­rzaw­szy się za sie­bie. – Masło maślane. Nie można obejrzeć się przed siebie. ;-)

Proponuję: Ta­de­usz jed­nak zwol­nił, obej­rzaw­szy się. Lub: Ta­de­usz jed­nak zwol­nił, spoj­rzaw­szy za sie­bie.

 

Gdy tylko ostat­nie słowa roz­brzmia­ły, Król Kru­ków wzbił się w górę… – Kolejne masło maślane. Czy można wzbić się w dół?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Według mnie udane opowiadanie. Podobało mi się, że nie bałeś się dłuższych opisów, bo stworzyły ładny klimat. Mimo to opowiadanie bywa dynamiczne. Wątek nadnaturalny też ładnie się wpasował. Trochę więcej miejsca poświęciłbym za to bohaterom, wydali mi się nieco słabo zarysowani.

 

że podobną ilość słów – liczbę

Widząc co się święci – Widząc, co

“Miałeś, chamie, złoty róg” po raz kolejny? Jak dla mnie, trochę za bardzo krwiste. Ale czytało się w miarę gładko.

Tadeusz, kryjąc się w rowie niegodnym miana okopu,

A przecież bohater wbiegał po schodach. To gdzie ten rów wykopano?

Zaszarżowali spomiędzy zeschłych kęp traw, a pęd przerodził się w galopadę,

Uciekali na pieszo, biegli, skąd nagle wzięli konie? Ale może to ludzie galopowali…

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka