- Opowiadanie: uradowanczyk - Zapiski o klątwie mniemanej

Zapiski o klątwie mniemanej

Tym razem długi tekst, właściwie nowelka. Dużo koligacji, technikaliów, makaronizmów. Poza tym krew, pot i łzy. Skojarzenia z ‘Trylogią’ uzasadnione. Załączam obrazek poglądowy mojego autorstwa.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Zapiski o klątwie mniemanej

 

PROLOG

 

Joachimie drogi.

Jeśli czytasz te zapiski za moim przyzwoleniem, oznacza to, że uznałem cię za człowieka dojrzałego. Spisałem te słowa na gorąco zaraz po pamiętnym grohomelskim epizodzie, w którym dane mi było brać udział. Być może posłałem je jeszcze komu, przyjaciołom, kronikarzom czy wydawcom, ale tylko ty znać będziesz pierwotną wersję, bez korekt i cenzury.

 

***

 

Dziadek Twój, pułkownik Polikarp de Morvin herbu Smuga, znalazł mnie na uniwersytecie w Tybindze. Studiowałem tam i pracowałem jako asystent dwóch wykładowców. Jednym z nich był profesor Archibald Fuchs, botanik, prawnuk słynnego Leonarda. Jako że znałem łacinę, pomagałem mu rozbudować nowy system klasyfikacji roślin. Z kolei pracując z retorem Palladiusem, poduczyłem się włoskiego.

Los zetknął mnie z Twoim dziadkiem, gdy ten wracał z Francji. Jak wiesz stamtąd pochodzą wasi przodkowie, ród de Morvin. W tymże czasie pułkownik pilnie potrzebował sekretarza do prowadzenia korespondencji. Jego własny asystent zaniemógł był ciężko i musiał pozostać w jakimś badeńskim hospicjum. Miało być mojej służby pięć miesięcy najwyżej, niewiele ponad czas powrotu do kraju. Nowy chlebodawca miał dobrze płacić, więc zgodziłem się natychmiast. Pomyślałem też, że przydadzą mi się wakacje i że wrócę z pełną kiesą oraz nowym zapałem.

Wypadki potoczyły się inaczej, niż sobie wykalkulowałem. Wybuchła wojna. Turecka inwazja szeroką falą zalała kochaną ojczyznę. Ale wygrać wojnę często jest łatwiej niż utrzymać zdobyczne tereny. Turcy postąpili więc wedle swych zasobów i możliwości. Zgarnęli łupy i kontrybucje, wywyższyli zdrajców i popleczników, pognębili nieprzekupnych. Czasem zadowalali się hołdem. W takim wypadku podbite ziemie oddawali w zarząd zaprzyjaźnionym armiom. Potem się wycofali.

Południowe dzielnice (czyli swoje północne) Turcy oddali niewyżytemu i wyrodnemu plemieniu Kaszgarczyków, z którymi było tak.

Wylęgli się ci koczownicy w centralnej Azji, pomiędzy Mongolią, Kitajem i Rusią. Tam, gdzie zimy srogie, a ziemia jałowa. Władca ich krainy, chan Muktar, spłodził co najmniej dziesięciu kłótliwych i pazernych synów, których musiał porozmieszczać z dala od siebie dla dobra chanatu i ich samych zresztą też.

Uskrzydlone legendą Czyngis-Chana i Tamerlana, parły kaszgarskie watahy na zachód. Po drodze skumali się nomadowie z Turkami. Planowali osiąść na dobre, wykroiwszy uprzednio rozległe lenno z sojuszniczej otomańskiej imperii. Wyglądało na to, że Kaszgarczycy wybrali właśnie naszą sielskosłowiańską krainę na ostateczne siedlisko. Chyba nie mogli lepiej trafić. Bezbłędnie wykorzystali pieniactwo szlachetków, pazerność magnatów i obojętność ludu. Wspierając Turków i przez nich wspierani, obsadzili własnymi namiestnikami wszystkie większe grody. Rozmieścili też gęsto silne garnizony.

Przyznać trzeba, że na polu walki też szło im jak z płatka. Na rozgrzewkę wyrżnęli piechotę wybraniecką, a potem roznieśli w pył pospolite ruszenie. Nie minął tydzień i podobny los spotkał dwa szkockie regimenty. Z pewnością pokonaliby też regularne wojska, gdyby te się w porę nie wycofały.

Król nasz, Kaźmirz dobrotliwy, zaszył się z wojakami gdzieś na Morawach. Lizał tam rany, zbierał niedobitków i czekał na posiłki. Chodziły słuchy, że miał już dziesięć tysięcy jazdy na podorędziu.

Miał czy nie miał, w każdym razie pułkownik de Morvin postanowił monarchę wesprzeć orężnym ramieniem. Zebrał setkę kirasjerów, husarzy i dragonów. Co parę dni pchał też gońców do władcy. Nikt do niego nie dotarł, a wracający przynosili sprzeczne informacje. A to że król na Węgrzech, a to że w Brunszwiku, a to że już dawno ukatrupion na skutek zasadzki. Pewne zatem było tylko jedno: Kaszgarczycy uruchomili kontrwywiad i skutecznie siali dezinformację.

Wobec tych niejasności ruszyliśmy na wschód, by zaszyć się w jakiejś kresowej stanicy. Stamtąd wedle potrzeb i możliwości nękalibyśmy najeźdźców partyzanckimi wypadami.

Po drodze i poniekąd przypadkiem nasz oddział odbił pałac Starybrus, siedzibę książęcego rodu Paliwodów. Przepędziliśmy azjatycką swołocz raz-dwa, ale tylko pół sotni ich tam stacjonowało, więc nie był to wyczyn godzien annałów.

W czasie najazdu Kaszgarczyków w pałacu akurat rozkręcało się weselisko. To księżniczka Tereska za mąż wychodziła. Te okoliczności wyjaśniają, dlaczego pojawiwszy się na miejscu, znaleźliśmy zwłoki biesiadników zwalone na kupę. Pan młody i jego teść – książę Jan Paliwoda leżeli na wierzchu. Choć o zmarłych wypada tylko dobrze mówić, stwierdzam z zażenowaniem, że wszędzie wódką śmierdziało, a polegli więcej wymiocin niż krwi mieli na kontuszach.

W największej sypialni spustoszonego pałacu powitała nas schorowana księżna Anna z Lejżarów Paliwoda, matka Tereski. Pomachała nam ręką na pozdrowienie, ale jej twarz jej zionęła kostycznym chłodem. Dokuczliwy artretyzm do spółki z reumatyzmem przybiły ją do łoża i szpetnie wykrzywiły oblicze. Na wstępie staruszka gęsto się tłumaczyła, czemu urządziła ożenek w tak burzliwych czasach. Otóż będąc obłożnie chorą, chciała ślub zobaczyć, zanim śmierć nie weźmie ją w zaświaty. Przewidując rychły koniec, naznaczyła pułkownika Polikarpa na depozytariusza książęcych klejnotów, pieczęci i proporca. Na koniec stanowczo zaleciła, by zatroszczyć się o jej ukochaną córkę Teresę i podążać w kierunku Grohomla. Pułkownik bez wahania przyznał, że to najlepszy pomysł, zważywszy nasze nieciekawe położenie. Grohomlem, jak zapewniała Anna, miał dowodzić podówczas jej szwagier, kasztelan Sergiusz Paliwoda. Nie wiedziała, nieszczęsna, że od dawna nie ma go wśród żywych.

Aby zatem wątek ten uciąć, wspomnę, że biedaczka zmarła tydzień później. Najpewniej śmierć męża i zięcia ostatecznie ją podłamała. Nie tylko Jan, ale jego dwaj bracia, Sergiusz i Siemirad, ducha wyzionęli. Ten ostatni znacznie już wcześniej i w mało chwalebnych okolicznościach. Tak oto wszechmocna familia Paliwodów dramatycznie została zdziesiątkowana.

W czasie gdy rozmawialiśmy z jaśnie panią dragoni zeszli do dojrzewalni serów. Wyciągnęli stamtąd służbę, dwórki, a także italskich powinowatych rodziny Paliwodów. Więźniowie… hm, więźniarki raczej, bo płci pięknej bez wyjątku, wyściskały wiarusów soczyście. Ale była to czułość umiarkowanie tylko odwzajemniona, bo wszystkie capiły pleśniowym serem i piwniczną wilgocią.

Odnalazła się w tej gromadzie także dziedziczka Teresa, cokolwiek blada i mocno osłabiona. Najkorzystniej natomiast prezentowała się cudzoziemka, Stella Paliwoda d’Astaforto, szwagierka Anny, wdowa po Siemiradzie. Wybijała się niewątpliwą urodą, natomiast o jej kąśliwości przekonywać się miałem stopniowo i pomaleńku.

Po krótkiej naradzie panie zdecydowały ruszyć z nami. Zabraliśmy je wszystkie, ze cztery tuziny przynajmniej. Zostało nam tylko zawezwać okolicznych wieśniaków i księdza do pochowania nieboszczyków, po czym ruszyliśmy na wschód.

Jeden z postojów przypadł nam w domu zakonnym benedyktynów. Dołączyło tam do nas kilku braciszków z zadaniem ocalenia świętych relikwii.

Od benedyktynów najkrótsza droga ku Grohomlowi wiodła przez Żaholeckie Topiele. Na skraju bagien pułkownik przystanął i wahał się przez dobrą godzinę. A może tylko czekał, bo wkrótce szpiedzy wrócili z wieściami. Otóż kaszgarskie hordy, które dostały były łupnia pod Starybrusem, zebrały się szybko do kupy i ruszyły za nami w pościg. Miały mieć nawet lekką artylerię.

Zapoznawszy się z meldunkami, dowódca wskazał kierunek. Moim zdaniem nie do końca był świadom, jakim wyzwaniem okaże się ta przeprawa.

Trzewia mokradeł powitały nas serią mlaszczących pierdnięć. Gdy niezrażeni wdzieraliśmy się w podmokłe połacie, miazmaty okadzały nas zewsząd uwalniając się z pękających bąbli. Miejscowi objaśnili nas, że są to bździny wodnika Żaholca, który podjadł solidnie i trawi teraz, drzemiąc na dnie bajora. Co słabsi mdleli od tych wyziewów, a konie doznawały pomieszania zmysłów i narowiły się jeden po drugim, porzucając nas w potrzebie.

Złorzeczyliśmy srodze. Zwłaszcza niewiasty narzekały długo i namiętnie. Kilka staruszek i tęgich matron utonęło w błocku z braku szybkiej asystencji. Inne zmuszone były porzucić swe pakunki, kufry i tobołki. Podobnie zresztą jak ciężkozbrojni. Wprawdzie żaden w bagnie nie zginął, ale wielu musiało mu oddać swój pancerz, miecz lub amunicję w wymuszonej ofierze.

Tak to grzęznąc po uda przez dwie doby, brnęliśmy na wschód. Bardziej zapalczywi junacy wyzywali lokalnych przewodników od zdrajców i sprzedawczyków. Cudem tylko uniknęliśmy samosądów.

Ledwo pożegnaliśmy ohydne bagniska, gdy osaczyły nas zasieki kolcolistu. Wścibski ten krzew podrapał nas niemiłosiernie i do reszty zrujnował toalety dostojnych dam.

Naszym jedynym pocieszeniem było świadomość, że Kaszgarczycy, jeśli jacyś nas jeszcze śledzili, męczyli się co najmniej tak samo.

Nareszcie wczesnym rankiem pierwszego dnia września ujrzeliśmy zamek. Podświetlony wschodzącym słońcem, rozpostarty na stromym wzgórzu, dominował majestatycznie nad doliną rzeki Grohulki. Zachodnie zbocze tejże doliny usiane było rumoszem skalnym. Od razu skonstatowałem, że stanowiłby on trudną przeszkodę dla atakujących. Zrazu dostrzegliśmy dwie z czterech wieżyc zamku, a także mur pomiędzy nimi, zwieńczony mocno wyszczerbionymi blankami.

Jeden ze stoków zamkowego wzgórza wznosił się o wiele łagodniej od pozostałych i właśnie na nim wytyczono główną drogę ku wrotom. Ruszyliśmy w tym kierunku.

Przez ostatnie ćwierć mili trasa wiodła grzbietem wału, a może starej, zwietrzałej grani. Dziesięć kroków przed bramą szlak urywał się nagle i stromo. Stojący na czele pochodu pułkownik zamachał książęcym proporcem. On tylko, jako jedyny z oficerów siedział w siodle. Większość konnych użyczyła bowiem wierzchowców naprędce wybranym damom serca.

Załoga zamczyska rozpoznała nas natychmiast, jako że mieliśmy już z nią kontakt przez gońców. Most zwodzony opadł z głuchym zgrzytem. Sto pięćdziesiąt przygarbionych, śmierdzących, brudnych straszydeł podreptało gęsiego w objęcia mocarnych murów.

I tak oto dotarliśmy do Grohomla, najdumniejszej fortecy na ziemiach rodu Paliwodów.

 

1

 

Poranek był chłodny i wilgotny, czyli nihil novi w tym miejscu i czasie. Słońce ledwo zapowiadało swoje nadejście. Zziębnięci strażnicy przekazywali wartę zmiennikom, ciesząc się już na czarkę grzanego wina.

Jako cywil, nie marzłem nawet ćwierci tego, co wojskowi, ale i tak codzienny obchód był dla mnie bardzo przykrym obowiązkiem. Pryncypał regularnie zrywał mnie o świcie, gdy śniadanie nie było jeszcze gotowe, a na zewnątrz czyhał złośliwy wietrzyk, gotów wśliznąć się przez najmniejszą szparę i szczypać moje wrażliwe członki.

Chcąc nie chcąc, okutany w wełnianą opończę, wlokłem się za pułkownikiem po wąskiej koronie muru. Cztery proste odcinki i cztery baszty na przestrzał. Przez chwilę towarzyszyli mi rotmistrz Przyczajka z chorążym Przyuważką, nierozłączni jak pewne papugi. Lubiłem ich towarzystwo, bo tak tłuści byli i szerocy, że skutecznie osłaniali mnie od wiatru.

Co chwilę drogę zagradzały nam ustawione w poprzek działa. Z niektórych zawalidrogów więcej było szkody niż pożytku, ale falkonety – te, to co innego. Wymontowane i przeniesione tu ze szwedzkiego wraka, który wlazł był na mieliznę, okazały całkiem poręczne. Siedziały krzepko w widlastych podpórkach, Aby rozszerzyć ich pole rażenia, nieboszczyk Sergiusz kazał rozebrać co najmniej połowę zębów w koronie muru.

Ścieżka na grzbiecie muru była bardzo śliska i co chwila chwytałem się czegoś, żeby nie stracić równowagi. Na szczęście pachołkowie uprzątnęli już z grubsza bałagan jaki się porobił po ostatnim kaszgarskim szturmie. Urządziliśmy suczym synom gorącą kąpiel i zostało pełno plam po wrzącej smole czy oleju. U podnóża muru natomiast walały się połamane drabiny.

Najeźdźcy ostrzeliwali nas regularnie nawet w Dzień Pański, ale ich pociski były coraz mniej skuteczne. Sprowadzili co prawda pod koniec września gigantyczną bombardę, która mogła nam mocno zaszkodzić. Przesadzili jednakowoż z ładunkiem prochu i rozpadła im się ta zabawka razem z lawetą. A teraz, jako że kończyło im się żelazo oraz wszelkie inne metale, razili nas kamiennymi kulami w stalowych obręczach. Albo zwykłymi otoczakami z brzegów Grohulki, przykrawanymi do kulistych kształtów. Ich zasięg i skuteczność były jednak mizerne; mogły co najwyżej porysować solidne mury fortecy.

Schyliłem się, by podnieść trójzębną kotwiczkę z kawałkiem sznura na końcu. Używały ich grupy jaksuwarów, małpio zręcznych wojowników – akrobatów. Zuchwalcy ci zarzucali je na mur pod osłoną nocy i błyskawicznie wspinali się na samą górę. Był z nimi nie lada kłopot.

Pułkownik Polikarp zatrzymał się nagle i spojrzał na trójhak, który trzymałem w ręku.

– Usprytnili się ostatnio, psiejuchy – skomentował z podziwem. – Patrzaj tylko: owijają stalowe części wojłokiem, dzięki czemu nie stukają o kamienie tak donośnie jak kiedyś.

I tyle było uwag na ten temat, bo komendant wyprężył się i niuchnął przeciągle, rozwierając szeroko nozdrza.

– Co tak cuchnie, drogi Mateuszu? – zapytał, krzywiąc się kwaśno. Niekoniecznie jednak oczekiwał odpowiedzi. Szykował raczej monolog albo seansik myślenia na głośno. – Czyżby zalatywało z krypty, gdzie chowamy poległych? Może z kloaki albo innej latryny? Albo li też od trupów, co zalegają na przedmurzu tak zaciąga. Dlaczego w ogóle one tam leżą? Przecież pozwoliłem hejlbaszy pozbierać swoich.

Po chwili wstrętny odór dotarł i do mnie z podmuchem wiatru. Wyparł tym samym resztki ulotnego zapachu konwalii, ocalonego w zakamarkach mojego płaszcza po spacerze z kasztelanką Helą.

– To nie trupy, pryncypale. Jest za zimno, żeby się rozkładały – odparłem. – Ten odór snuje się z naszego podwórka, z celi zatraconych.

– Skąd? – zdziwił się pułkownik.

– Ze składziku przy kuźni. Podobno wrzucali tam nieuleczalnie chorych. Tak mi coś szanowny klucznik wyłuszczał.

– Może i w tym jest coś na rzeczy – potwierdził pułkownik. – Taką zatęchłą woń wydzielają raczej zleżałe trupy. Nie wiem tylko po co do tej celi wstawili takie toporne drzwi z okuciami. Mniej w nich drewna niż żelaza. Jak w lochach dla ciężkich zbrodniarzy. Może skarby tam jakieś trzymają?

– Eee, nie wydaje mi się. Zaglądałem wiele razy przez górną kratkę, ale tylko w południe cokolwiek widać. Walają się tam jakieś worki. Z jednego wystaje zasuszona ręka, mumia albo inny trupek.

– No, nic, zawołamy klucznika i wszystko się wyjaśni – podsumował dowódca. Cicho i niewyraźnie zresztą, co zapowiadało, że za chwilę radykalnie zmieni temat.

I stało się tak rzeczywiście.

– Patrzaj no, co te szczurojady tam wyprawiają? – wymamrotał pułkownik. Kręcił przy tym lunetą tak energicznie, jakby chciał ją sobie wwiercić w oczodół. – W sumie już od paru dni nic, tylko pucują, polerują i głaszczą. Jakaś inspekcja się zapowiada?

Wyjąłem mój własny instrument, żeby ocenić sytuację. Nie śpieszyłem jednak się z komentarzem, czekając aż chlebodawca nieco uważniej ucha nadstawi.

Kaszgarczycy rozłożyli się z obozem nie dalej niż milę od podnóża. Liczyłem codziennie ich ośmiokątne jurty. Przynajmniej te, których nie przysłaniała palisada. Dzisiaj było ich pięćdziesiąt, ale z każdym dniem więcej i więcej. Przy założeniu, że w każdej mieszkało dziesięcioro luda, szacowałem liczbę wojsk na jakieś pięć setek. Największy namiot pojawił się ledwie wczoraj. Wyróżniał się nie tylko rozmiarami, ale też wielkim, żółtym półksiężycem u szczytu.

– Zauważyłem już wczoraj wieczorem, że przystrajają jurty, a na środku majdanu ustawili buńczuk z lisimi ogonami, czyli godło gwardii książęcej. Może sam wezyr Muzaffar as-Samarkandi tutaj zawita.

– Wielki wezyr, powiadasz – mruknął komendant. – A ja myślę, że nawet emir. Ba, największy z emirów. Stawiam talary przeciwko jeżynom, że sam pierworodny chana przybędzie z gospodarską wizytą.

Wtem usłyszałem przeciągły świst. Coś szarpnęło kapturem mojego płaszcza, zdzierając go do wysokości potylicy. Zdziwiony odwróciłem głowę i zezując lekko zauważyłem dość pokaźna dziurę w grubej wełnianej materii .

– Padnij! – ryknął nagle pułkownik i zanim się spostrzegłem, rzucił się na mnie całym swym dwustufuntowym impetem.

Wtedy gruchnęła salwa. Coś brzęknęło i zaraz obaj z pułkownikiem runęliśmy na kamienne płyty. Upadając, zauważyłem kilku wartowników osuwających się na ziemię.

– Łoj! – jęknąłem przygnieciony ciałem komendanta.

– Ciota jesteś, czy paralityk!? – zbeształ mnie pryncypał. – Nie umiesz szybciej reagować?

I tyle było dyskusji, bo zaraz przyklęknął, rozłożył po raz enty teleskopową lunetę i wychylił się poza ząb blanków.

– Ale nas podeszli, żmijowe syny! – zaklął szpetnie.

Wtedy dopiero zauważyłem ślad po kuli na jego hełmie , a właściwie wielkim husarskim szyszaku. Sam pozbierałem się w trymiga i wyjrzałem z drugiej strony prostokątnego zęba. Szybko zorientowałem się w sytuacji.

Otóż kaszgarskie trupy nagle ożyły. Ci, których braliśmy za martwych teraz budowali prowizoryczne szańce z kamieni. Inni z kolei mierzyli w nas z hakownic, muszkietów i innych samopałów.

Oznaczało to, że udawali martwych od wczorajszego szturmu i niechybnie spędzili tu całą noc! Józefie Święty, cała noc na mrozie! Aż się wzdrygnąłem na tę myśl.

– Przyczajkaaa! – ryknął nagle komendant. – Dawaj swoich dragonów na mur i niech wezmą kartacze.

Zaroiło się wokół od żołnierzy. Przemykali szybko i sprawnie. Niektórzy z nich przynosili broń, inni asystowali przy obsłudze dział.

To, co komendant nazywał kartaczem było w istocie zwiniętym w kłębek kawałkiem łańcucha. Po oddaniu strzału ponacinane ogniwa rozrywały się na wszystkie strony, tnąc ludzką tkankę jak masło. Jęki trafionych Kaszgarczyków regularnie wtórowały odgłosom wystrzałów. Zatem sieczkarka działała sprawnie.

Pułkownik wraz z tuzinem innych snajperów osłaniał puszkarzy. Ja osobiście tylko ładowałem amunicję i podawałem pułkownikowi broń gotową do strzału.

Godzinę później było po wszystkim. A może nawet wcześniej, tylko że nauczeni doświadczeniem dragoni zostali jeszcze na stanowiskach, grzejąc do wszystkiego, co się ruszało.

Moglibyśmy nawet radować się tym sukcesem, gdyby nie kosztował nas on dziesięciu zabitych i rannych.

 

2

 

Oj, bladziutkie były widoki, że Kaszgarczycy odstąpią. Wręcz przeciwnie. Mieliśmy coraz więcej poszlak, że w obozie ma miejsce wizytacja na wysokim szczeblu. W związku z tym spodziewaliśmy się kolejnej ofensywy. Hurdybej, najambitniejsze syniątko chana, będzie chciał z pewnością udowodnić, że wyrasta na wielkiego wodza i następcę tronu.

Szacowałem, że Azjaci stracili dotychczas ze trzystu ludzi. Naszych poległo ledwie trzydziestu. Tak oto, dziesiątkując ich srodze, ostudziliśmy brutalnie ten pierwszy zapał. Cóż jednak z tego, skoro intensywnie ściągali posiłki, a naszych ubywało. Na razie młody emir przeniósł tutaj cały garnizon z Druskawca, co by oznaczało, że Kaszgarczycy mają coraz więcej swobodnych szabel. Niewesoło, mociumpanie, działo się w ojczyźnie.

Na szczęście zamek był naszym wiernym sprzymierzeńcem. Mury ułożono z ciosanego granitu, skały twardej i wytrzymałej, choć opornej w obróbce. Nawet laik by dostrzegł, że konstrukcja budowli była cudem sztuki budowlanej. U podstawy leżały wielkie bloki zręcznie wkomponowane w przestrzeń między występami litej skały. Miały kształt prostopadłościanów, ale nieregularnych – takich z występami i karbami, które doskonale na siebie zachodziły. Co więcej, przylegały do siebie bez zaprawy i to tak ciasno, że nawet noża wścibić się nie dało. Dopiero wyższe partie fortyfikacji zbudowano z mniej foremnych brył.

Materiał budowlany pochodził z rumowiska głazów rozsianych u podnóża zamku. To rozległe gołoborze służyło teraz za pierwszą linię obrony. Ale na napastników czekały również inne niespodzianki. Na ten przykład szaniec z kozłów zwanych z francuska chevaux-de-frise. Montuje się je z trzech zaostrzonych belek, splecionych ze sobą pod kątem prostym każda względem dwóch pozostałych. Poprzedni gospodarze zamku rozwiesili między kozłami całą sieć sznurków z dzwoneczkami, mającymi hałasem ostrzegać o intruzach. Pomysł sprawdzał się średnio – wiatrowi i dzikim zwierzętom zdarzało się wszczynać fałszywy alarm.

Tak czy siak, dzięki tym przemyślnym wynalazkom czuliśmy się całkiem bezpiecznie. I jeszcze pełne bandziochy nastrój nam poprawiały. Regularnie bowiem nawiedzaliśmy spichrze i piwnice. Co dzień prawie piliśmy wino, pogryzając suszonym owocem, wędzoną rybą czy nawet szynką.

 

***

 

Był wieczór, pierwszy listopada, dzień zaduszny. Pułkownik Polikarp de Morvin siedział przy kominku i naprawiał swój szyszak. Obok, na długiej ławie przycupnęła grupka zakonników. Braciszkowie benedyktyni, najstarsi w gronie, wystawili sękate dłonie w kierunku ognia, napawając się promieniującym od niego ciepłem. Przewodził im brat Andronik, sprawujący funkcję wędrownego jałmużnika w tej zacnej wspólnocie. Dziadunio ów, choć wiekowy i zasuszony, cieszył się wciąż doskonałą pamięcią. Miał jednak tę przywarę, że tropił wszędzie herezję i nawet stawał się dokuczliwy w tym zacietrzewieniu.

Przy stole siedziało trzech miejscowych, których zastaliśmy na zamku już na początku naszej jesiennej kampanii. A byli to klucznik Mychajło Udałow, irlandzki astrolog Conor MacMannaman i jedyny w swoim rodzaju Beatus.

No właśnie, Beatus. Ten niewydarzony bawidamek notorycznie działał mi na nerwy. Zwykle całe dnie spędzał na flirtach i zabawianiu Włoszek. Wieczorami z kolei przesiadywał z nami. Wówczas na zmianę pobrzękiwał na bandurze, wymyślał głupawe rymy i zadręczał Conora prośbami o wróżbę. Co do tego ostatniego – bawidamek w końcu postawił na swoim i teraz wedle instrukcji Irlandczyka wgapiał się w jakąś cynową tacę, szukając na niej tajemnych znaków. Dzięki Bogu nie skrobał przynajmniej swoich wierszydeł.

– Starczy na dzisiaj tego makijażu – sapnął przeciągle pułkownik. Odłożył do skrzynki młotek i małe kowadło, dostarczone z kuźni wraz z innymi narzędziami.

Kula rozpruła metal na wysokości ucha i komendant przynitował łatkę, by naprawić uszkodzenie.

– Widzisz, drogi Mateuszu, ten szyszak dostałem od świętej pamięci kasztelana Sergiusza, ojca naszej pięknej Heleny. Dlatego między innymi go dopieszczam. Muszę ci powiedzieć w konfidencji, że nie jest przesadnie solidny. Ale jak mawiają, darowanemu koniowi zęby trzeba wyleczyć.

Mój protektor położył hełm w kąciku przy kominku i rozejrzał się po izbie. Przez chwilę wpatrywał się w postacie zasiadające przy stole. Dzięki kilku dającym jasny płomień gromnicom, było tam najjaśniej. Twarze siedzących były jasno oświetlone, za to na ścianie podrygiwały ich wielgachne cienie.

– A nad czym tam ślęczysz, drogi Beatusie – zagadnął pułkownik, mrużąc szelmowsko oko.

Jak na poetę Beatus rzadko chwytał ironię i teraz też wykazał się prostoduszną szczerością.

– Czcigodny mistrz Conor podpowiedział mi, jak odgadnąć imię miłości mojego życia. To jest, chciałem się upewnić, że na pewno jest nią hrabina Stella. I właśnie próbuję to robić, bo dziś jest najlepszy czas po temu.

– Dziś jest Halowe’en – wyjaśnił Conor. – Pierwszy dzień celtyckiej zimy. Wrota między światami wróżek, żywych i umarłych są otwarte na oścież. Dzięki temu ludzie doświadczają proroczych wizji i inspiracji.

– A na czym polega dokładnie, nasz młody bardzie, odgadywanie imienia ukochanej?

Beatus była tak zaaferowany, że nawet na chwilę nie oderwał oczu od swojej zabawki.

– Rozsypałem mąkę na tacy i położyłem na niej ślimaka. I on to, pełzając w różne strony, mokrym śladem wypisuje mi imię tej jednej jedynej.

Jak nie urok to sraczka, pomyślałem. Jak nie wierszokleta wypisuje bzdury, to jego ślimak. A propos, skąd on wziął tak żwawego mięczaka w listopadzie?

Pułkownikowi zaś szykowała się niezgorsza dystrakcja i drążył temat uporczywie.

– I co ci tam wyszło do tej pory?

– Mam cztery litery: m, o, r i jakby t. – obwieścił Beatus.

– Mort? – zaśmiał się pułkownik. – To śmierć po francusku. Wiesz co, jeśli Kostuchę chcesz chędożyć – twoja wola. Ale z hrabiny większy będzie pożytek, bo szczelinę ma ciaśniejszą.

Wszyscy obecni ryknęli śmiechem. A ten mydłek zamiast odciąć się szybko a efektownie, zerwał się na równe nogi, zmarszczył groźnie brew i począł układać buńczuczną tyradę. Której nie zdążył wygłosić, bo tym razem to ja zainterweniowałem.

– A właśnie. Doszły mnie słuchy, a nawet zwidy, że często się spotykacie. Czemuż to porywy serca dziś wieczorem nie unoszą cię do Stelli przecudnej? – dociekałem przedrzeźniając patetyczny styl Beatusa.

– Mateuszu drogi, jakie tam serce! – roześmiał się pułkownik, fiksując wzrok na kroczu kochasia. – To oczywiste, że Beatus z niższych pobudek ją odwiedza.

I znów śmiech powszechny wybuchł, szczery a donośny. Zagłuszył nie tylko pośpieszną replikę bawidamka, ale i dudnienie na schodach, które zwykle zapowiadało nadejście gości.

Dlatego zaniemówiliśmy formalnie, gdy drzwi rozwarły się skrzypiąc przeraźliwie. Po chwili ujrzeliśmy szczupłą sylwetkę hrabiny Stelli d’Astaforto, symetrycznie wpasowaną w ramy futryny. Nie miała baba daleko, jako że kwaterowała w izbie dokładnie ponad nami.

Stella zrobiła kilka kroków i omiotła izbę surowym wzrokiem. Ogólnie ładna była to niewiasta, że się nie uskarżę. Również teraz korzystnie się prezentowała. Jej czarne, fantazyjnie spięte włosy odcinały się malowniczo od jasnej kryzy, upstrzonej subtelnymi koronkami. Tylko pionowa zmarszczka nad nosem zdradzały, jak uciążliwą Stella jest sekutnicą.

Włoszka na moment jedynie zatrzymała wzrok na twarzy Beatusa i jeśli dała mu jakiś tajemny znak, to ja niczego nie zauważyłem. Pokręciła głową naokoło, aż jej oko dosięgło okrągłej twarzy pułkownika.

– Voglio co najmniej pięć bottiglie del liquore alla ee… morela – wyłożyła bez ogródek. – A poza to woda do kąpiela i polana da ardere dla i miei serve, a dla mnie w ogóle osobna sypialnia, bo non ce la faccio più spanie w ciasna izba z mnóstwo ludzie.

A, tu ci dolega, złociusieńka, pomyślałem. Szukasz przytulnego zakątka dla siebie i tego fircyka. Pułkownik musiał powziąć to samo podejrzenie, bo uśmiechnął się samiuśkim kącikiem ust. Wstał niezbyt pospiesznie i skłonił się uprzejmie.

– Jako że lubisz konkrety, odpowiem zwięźle. – Głos Pułkownika wyrażał przyganę. Nic dziwnego, w końcu to napuszone babsko nie tylko wtargnęło tu hałaśliwie, naruszając zasady bontonu, ale jeszcze nie przywitało się należycie. – To, co nazywasz likierem morelowym jest w istocie mocną gorzałką, która będzie nam potrzebna do odkażania ran. Wodę pitną kazałem przelać do wszystkich srebrnych naczyń, jakie mamy na zamku, gdyż wtedy wolniej się psuje. Do kąpieli zechciej hrabino używać deszczówki. Polanami nie palimy od wczoraj. Mamy za to mnóstwo torfu. No a co do osobnej sypialni, nie dysponujemy pomieszczeniem godnym twojej osoby.

Hrabina wysłuchała wszystkiego miotając pioruny roziskrzonymi oczami.

– Ostatnia sprawa non è vero, oficere. Mam trovato izba, gdzie mogłabym wstawić łoże i spać w niejaka intimità.

– O, a któraż to konkretnie izba spełnia twoje wymagania?

– Jak certo wiesz, między wschodnia a północna torrione jest ciąg psy… przybudówki przylegające do mur od wewnęczna strona. La bottega de armaiolo, zbrojownia, fucina. I jeszsze jedna izba, między… baszta, a fu… kusznia właśnie. Spoza szczelina ja widziała drewniana podłoga, a nawet solidno komino.

– Aaa, ta… jak jej tam, cela straceńców? Ależ hrabino, a czy przy okazji oględzin żadnego smrodu nie poczułaś ? Przecież aż nos skręca gdy tam podejść. Poza tym zamek na wskroś zardzewiał i niełatwo go będzie na nowo rozchybotać.

– A jak znajduję un fabbro, znaczy ślusara, dasz mi ta nora fetida? – Hrabina najwyraźniej nie chciała dać za wygraną.

– A czy mogę odpowiedzieć jutro? – wykręcił się Pułkownik. – Przyrzekam, że nawet jeśli będę zmuszony odmówić, starannie tę odmowę uzasadnię. Bez jakichkolwiek uprzedzeń.

Polikarp bardzo się starał, by jego głos nie zdradzał sarkazmu. Pomimo to Hrabina wahała się przez długa chwilę. Ale poddała się w końcu.

– Trzymie cię za słowo, oficere – wycedziła w końcu.

Po czym zadarła podbródek, odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem ruszyła z powrotem ku schodom. Ale zanim dotknęła klamki, drzwi skrzypnęły i do izby wpadła Helena. Zobaczywszy hrabinę dziewczyna przyhamowała, dygnęła leciutko i skromnie spuściła oczy. Zaś dumna Włoszka wydęła pogardliwie usta, wypięła pierś i wreszcie znikła w ciemnym korytarzu.

Odetchnęliśmy z ulgą.

– O, śliczności nasze przychodzi – ucieszył się pułkownik, mogąc wreszcie skupić uwagę na sympatyczniejszej osobie.

– Sole oriente, fugiunt stellae – palnąłem ja z kolei i wszyscy, którzy znali łacinę, zarechotali rubasznie.

Ale to ja najbardziej się radowałem.

Często porównywałem Helenę do niesfornej nimfy, stworzonej wedle mojego wyobrażenia o piękności wcielonej. Zachwycałem się jedwabistymi włosami, delikatnym noskiem, ale najbardziej podziwiałem jej skórę, delikatną i białą jak tłuste mleko. Tak, to ten osobliwy blask bieli – pełnej, soczystej i intensywnej – tak w głowie mi zawrócił.

Hela była córką kasztelana Sergiusza Paliwody i bratanicą Siemirada, najwaleczniejszego z Paliwodów. Lekceważąc konwenanse, spędzała z nami popołudnia i wieczory. Towarzystwo innych dam, nawet rówieśniczek, najwyraźniej ją nudziło.

Powitała wszystkich i każdego z osobna, rozdając uśmiechy na prawo i lewo. Potem podbiegła do mnie i ucałowała mnie w czoło. Serce podskoczyło mi od tego, a ja wraz z nim oczywiście, by mogło zachować właściwą pozycję wobec innych organów. Następnie Hela rozpostarła obszerną suknię i, okrążywszy stół, podfrunęła do Conora.

– Obiecałeś mi powróżyć, mistrzu – rzekła przymilnie.

– O nie! – zaprotestował nagle Beatus – Nasz czcigodny astrolog powróży najpierw mnie, bo umówiliśmy się właśnie na dziś wieczór.

Cóż, było jawne grubiaństwo ze strony Beatusa, ale trochę go rozumiałem. Widok Heleny działał na niego jak płachta na byka, bo kasztelanka odrzuciła niegdyś jego awanse. Bawidamka złościło jeszcze to, że Hela łaskawym okiem patrzyła na mnie.

– Gwoli prawdy, rzeczywiście obiecałem to Beatusowi. – Conor rozłożył bezradnie ręce, ale w jego oczach migał figlarny ognik. – Ale ty poczekaj, dziecino, to nie potrwa długo.

Hela skinęła głową i przysiadła skromnie na jedynym wolnym zydelku. Conor i Beatus siedzieli już właściwie obok siebie, więc wierszokleta tylko przysunął się do astrologa i sprezentował mu lewą dłoń.

Irlandczyk wyjął wypukłe szkiełko w złotej oprawce i przesunął je nad otwartą dłonią młodzieńca.

– Cóż wieści mam raczej złe. – Conor zasępił się i niespiesznym ruchem schował przyrząd do skórzanego etui.

– Pewnie powiesz mi, że śmierć tuż za progiem. Zdziwiłbym się, słysząc co innego. – Beatus silił się na obojętność, ale głos zadrżał mu wyraźnie.

– Powiem ci tylko, młodzieńcze, że frontalnie zbiłeś mnie z tropu – westchnął Conor. – Twoja dłoń jest gęsto usiana liniami, które dają mnóstwo wskazówek. Tyle że są one sprzeczne. Widać, że idziesz na spotkanie śmierci, to prawda. Wiedz jednak, że nie skonasz ani od trucizny, której zażyjesz po drodze, ani od ataku wściekłych bestii, ani od noża w krtani po rękojeść. Marna pociecha, ale zawsze.

– Nie zaskoczyłeś mnie mistrzu aż tak bardzo – westchnął Beatus sentencjonalnie. – Tak właśnie mi Najwyższy ścieżki gmatwa. Łamigłówki mi układa, niejasne znaki i zagadki podsuwa.

– No właśnie, a propos łamigłówek, – wtrącił pułkownik. – Zdradź no Mychajło, czy rzeczywiście umęczymy się jutro, próbując sforsować te mocarne drzwi do składziku.

Klucznik uważnie słuchał Conora i może dlatego nie zareagował od razu. Tym bardziej nas zaskoczył, zrywając się gwałtownie i machając rękami.

– Ależ dobrodzieju, nikt tam nie powinien wchodzić! – wypalił podniesionym głosem. – Ani jutro, ani kiedykolwiek.

– O, a czemuż to? – zdziwił pułkownik.

Mychajło zaczął łazić po izbie w te i z powrotem. Marszczył przy tym nos w nerwowym tiku, co oznaczało, że jest mocno poruszony.

– To jest gniazdo klątwy. Ktokolwiek tam wejdzie, ginie w męczarniach. Właśnie dlatego zaparliśmy przeklęte drzwi na głucho.

Klucznik nie tylko pałał wzburzeniem. Ton jego głosu miał narzucać wrażenie, że samo poruszanie tematu ściągnie nas nieszczęście.

– Anielko najprzaśniejsza, czy tobie też się nastrój udzielił. – przerwał mu pułkownik z wyrzutem. – Mało mam trosk za dnia, żebym jeszcze wieczorem musiał tych smętów wysłuchiwać?

– To nie przelewki, uwierz mi, łaskawco – ciągnął klucznik.– Wiem, że do tej pory o tym nie wspominałem, ale to dlatego, by nie wywoływać wilka z lasu. Nie chciałem tym bardziej napomykać o sprawie przy hrabinie, by cię nie postponować, ale skoro już to się stało, musisz znać prawdę!

–Dość – uciął komendant. Niezbyt stanowczo, a raczej z nutą znużenia w głosie. – Jeśli mam słuchać ponurych historii, wolę odłożyć do jutra tę uciążliwość.

I pewnie atmosfera zrobiłaby się ciężka, gdyby nie Helena, która nagle wstała i porwała leżącą w kącie bandurę. Zaintonowała skoczną piosenkę o łaziku Rafaelu. Podchwyciło ją kilku braciszków i raźniej nam się wszystkim zrobiło. Wkrótce jednak pożegnaliśmy naszą śpiewaczkę, pogasiliśmy świece i ułożyliśmy się każdy na swoim sienniku.

Wszyscyśmy legli, ale nie wszyscyśmy posnęli. Ja wstałem po chwili i wymknąłem się z izby mając nadzieję na krótką jeszcze pogawędkę z moim bóstwem przecudnym. I nie zwiodłem się.

I jak zwykle była to najmilsza chwila doby.

 

3

 

Nazajutrz inspekcję robiliśmy we trójkę: ja, pułkownik i klucznik Udałow. Łaził za nami na poły zafrasowany i rozdrażniony. Notorycznie przy tym fukał i podkręcał wąsa. Odgadłem, że układał sobie w głowie, jakby tu wyświetlić mroczną tajemnicę przeklętej izby.

W końcu pułkownik, poświecił mu chwilę uwagi, upewniwszy się, że u Kaszgarczyków wszystko po staremu.

Opowieść Mychajły silne na mnie wywarła wrażenie

 

***

 

W zimie Roku Pańskiego tysiąc trzysta pięćdziesiątego piątego do Grohomla zawitał młody podróżny. Miał na imię Marco i przedstawił się jako emisariusz papieski. Nie był osobą duchowną, ale znając parę języków, robił karierę w Rzymie albo Awinionie. O swojej misji mówił niechętnie, za to dużo śpiewał i deklamował.

W onym czasie grodem Grohomlem rządził kniaź Hryhor. Któregoś dnia tenże władyka zaprosił posłańca do łaźni, by posłuchać plotek z wielkiego świata. Tam ku swemu przerażeniu wypatrzył u gościa pęczniejące wrzody pod pachami i w pachwinach. Hryhor przeraził się śmiertelnie, gdyż zachował całkiem świeże wspomnienie Czarnej Śmierci, która zdziesiątkowała Europę ledwie parę lat wcześniej. Nie dziwota zatem, że kneź czym prędzej wypadł z łaźni i nakazał sługom wyprawić posła w dalszą drogę bez najmniejszej zwłoki.

Tak też się stało. Marco zwinął manatki, przekroczył wrota i… stanął jak wryty. Stu rozwścieczonych wieśniaków ustawionych półkolem wygrażało mu kijami, widłami i złym słowem. A skąd oni się tam wzięli? Okazało się, że nie tylko włodarz grodziska dostrzegł symptomy śmiertelnej choroby, ale także łaziebny Łętek. Tenże Łętek wymknął się z Grohomla i w te pędy pognał z nowiną do rodzinnej wioski.

Wójt zebrał drużynę krzepkich siłaczy i oświadczył władyce, iż nie przepuści zarażonego przez wioskę. Mało tego – nawet na gościniec stąpnąć mu zabroni. Hryhor znalazł się jakby między młotem a kowadłem. Ani nie chciał gościa zatrzymać, ani szukać zwady z poddanymi, którzy zresztą w tej osobliwej sytuacji mieliby jego autorytet w małym poważaniu.

Hryhor rozwiązał więc sprawę salomonowo. Wrzucił Marka do niewielkiej izdebki przy kuźni. Miała to być kwarantanna. Muszę tu nadmienić, że Grohoml był w tych wiekach bardziej drewniany niż murowany i pozbawiony tak wyrafinowanych usprawnień jak most zwodzony, wieże czy artyleria. Jedynie rzemieślnicy dysponowali kamiennymi budynkami, jako że w większości pracowali z ogniem. Wszystkie ich pracownie zaopatrzono w solidny strop i przykryto niepalną płytką łupkową. Także i celę, gdzie osadzono Marka. Ponadto – jako że okazjonalnie służyła za skarbiec i arsenał – wyposażono ją w grube dębowe drzwi.

Wszyscy mieszkańcy warowni wymknęli się chyłkiem i pod byle pretekstem. Takoż uczynił i włodarz. Zostawił jedynie wioskowego głupka Maleszkę Żaholika, który miał choremu podawać jadło przez klapkę w drzwiach.

Zamknięto pacjenta z samego rana w dzień po Świętym Szczepanie. Koło południa zaczęło się. Przez pięć dni przeklętnik wył, wrzeszczał, ryczał, klął i złorzeczył. Normalny człowiek po dwóch pacierzach gardło by sobie zdarł do szczętu. A ten ci ujadał bez wytchnienia i na dodatek słychać go było na pół mili co najmniej. Najpierw okoliczni myśleli, że to niewysłowione cierpienie w szaleństwo go wtrąca. Ale nawet szaleniec przecież się męczy. Więc proboszcz wskazał na Szatana, który może zawładnąć ciałem każdego śmiertelnika i jest niezmordowany w szerzeniu zła oraz bólu.

W noc sylwestrową Marco ucichł. Hryhor, sam tchórzem podszyty, Maleszce kazał drzwi rozewrzeć. Widok w środku był straszny. Marco wydłubał sobie oczy, podrapał twarz, odgryzł język i poszarpał każdą część ciała, którą zdołał dosięgnąć zębami. Ściany umalował krwią w bezładne mazy, ale umieścił też napis po łacinie. Ledwie parę słów udało się niego odczytać. Szło to jakoś: Przeklinam was…, którzy skazaliście mnie na katusze, skonacie jak ja… znów zamazane i piątego dnia na koniec.

Oczywiście ani hardy wójt ani inni wieśniacy nie zgodzili się by pielgrzyma pochować na cmentarzu. W ogóle nikt go tknąć nawet nie chciał. W końcu Maleszka wszedł do celi, wywlókł zwłoki na dziedziniec, oblał je obficie gorzałą i podpalił. Ponoć trup płonął jak pochodnia, a kiedy przygasł, Żaholik wrzucił szczątki do pieca kowalskiego, gdzie rozsypały się w popiół. Potem tenże sam wsiowy matołek obficie wysmarował izbę wapnem i okadził siarkowym dymem, aby wytrawić mór i wszelkie robactwo. Wtedy dopiero zjawił się proboszcz. Odmówił pacierze i pokropił każdy zakątek izby święconą wodą.

Jeszcze tego samego dnia Maleszka Żaholik dostał małpiego rozumu. Głupek przeistoczył się w opętańca. Przez parę dni biegał po polach zawodząc potępieńczo. Aż w końcu przepadł gdzieś na bagnach.

To jednak nie był koniec dziwów tego dnia. Tuż przed północą zwariował też proboszcz, który siedział akurat w gościnie u mnichów benedyktynów. W środku nocy wpadł do dormitorium i rozsiekł toporem pięciu młodych chłopców, którzy ledwie liznęli nowicjatu. Śmierdział przy tym siarką i uryną. Braciszkowie rzucili się na niego, ale im się wyrwał i pognał przed siebie. Jego okrwawione zwłoki znaleziono po tygodniu trzydzieści mil od Grohomla.

W podobnych okolicznościach przepadło jeszcze dwóch stajennych i służebna, którzy z jakichś powodów weszli do przeklętej celi. Wtedy dopiero Hryhor zrozumiał, że klątwa ma wielką moc i dopadnie każdego, kto przekroczy progi tej izby. Kazał ją więc zamknąć i za jego życia nikt jej więcej nie otworzył.

 

***

 

Udałow przerwał wątek, bo na dziedziniec wyszła hrabina. Obdarzyła nas dyżurnym wyniosłym spojrzeniem i skinęła leciutko głową. Zastygła na moment w bezruchu, jakby coś rozważając, po czym podreptała ku nam unosząc nieznacznie skraj ciężkiej, brokatowej sukni.

– O merde! – zaklął pryncypał z francuska. – La donna nabzdyczonna zaraz zacznie mnie molestować o tę norę. Mychajło miły, opowiedz jej swoją historię, może da mi spokój.

Jednakowoż klucznik uniknął tego wątpliwego zaszczytu, bo na murze wszczął się nagły ruch i ożywienie, które przyciągnęło uwagę wszystkich, krzątających po dziedzińcu.

Stojący na szczycie chorąży Przyczajka złożył lunetę odwrócił się w kierunku dziedzińca. Odnalazł wzrokiem pryncypała i dał mu znak ręką.

Natychmiast z pułkownikiem wspięliśmy na mur po stromych schodach.

– Wraży jeździec zbliża się do zamku – rzekł chorąży zanim pułkownik zdążył użyć lunety. – Pewnie goniec, bo powiewa białą chustą.

– Tylko nie spuszczać mostu ani krat nie podnosić – zarządził komendant. – Rzućcie mu cebrzyk na sznurze. Jeśli pohaniec ma jakieś pismo, niech wsadzi je do środka.

Nim się spostrzegliśmy na wierzch muru wlazła też hrabina. No tak, jakże by inaczej być mogło. Gdyby chociaż siedziała cicho! Ale gdzie tam – od razu zaczęła dawać znaki swoim przyjaciółkom. To za jej przyczyną wieść o niespodziewanym poselstwie błyskawicznie rozniosła się po zamku i z każdego zakątka zaczęli wylegać pachołkowie i niewiasty.

– To jeśt oredzie wielkiegu emira – wrzasnął posłaniec przykładając do ust miedzianą tubę. – Do oćcitania dia wycistkich!

Komendant chciał na osobności przeczytać Hurdybejowe poselstwo. Ugiął się jednak wobec apelu o jawność i pod naglącym wzrokiem hrabiny. Oświadczył tylko, że poczeka, aż wszyscy zbiorą się na dziedzińcu.

Gdy zebrał się już spory tłumek, pułkownik, stanął na dębowej beczce. Rozwinął zwój i jego mocny głos popłynął w lud.

Salam alejkum, pokój z wami.

Wszem i wobec każdemu z osobna wiadomym się czyni, iż wizytujący nasz hejl wielki emir Hurdybej ibn Muktar, z woli prześwietnego chana Muktara namiestnik Zachodniej Ordy, najjaśniejsza gwiazda wszystkich czasów i ludów…

Pozwólcie, że pominę te banialuki. Otóż tenże Hurdybej…

W swej nieskończonej łaskawości proponuje honorowe warunki zakończenia oblężenia i przekazania zamku w jego ręce.

I tak… sratatata emir pozwoli każdej personie, niezależnie od płci i wieku, opuścić zamek pod warunkiem wpłacenia kontrybucji w wysokości dziesięciu talarów od lica. Każdy dostanie pisemne gwarancje, dzięki którym będzie mógł udać się w swoją stronę, nie będąc niepokojonym.

Pułkownik przerwał, by hrabina mogła przetłumaczyć treść listu rodaczkom.

Ci, którzy nie wpłacą tej sumy, przez okres trzech lat będą traktowani następująco.

Po pierwsze: Urodziwe niewiasty zostaną sprzedane do haremów, gdzie będą żyły w luksusie, a potem odesłane, jeśli wola. Po drugie: Nieurodziwe będą pracować jako piastunki lub guwernantki. Po trzecie: Mężowie zdolni do boju będą służyć w oddziałach janczarów, z wielką szansą na awans i łupy. Po czwarte: Pozostali będą pracować jako rzemieślnicy, czeladnicy lub parobkowie wedle swych sił i umiejętności.

Wielki emir, który docenia karność i jednomyślność, obwieszcza też, iż jeśli cała załoga opuści zamek w komplecie, poddając go tym samym, wszyscy zostaną puszczeni wolno, bez jakiegokolwiek wykupu i innych zobowiązań. Zachowają przy tym wszystko, co unieść zdołają, z wyjątkiem broni palnej i amunicji.

W swojej wielkoduszności niezwyciężony wódz daje wam czas do jutra, do południa. Jednakże wszystkich, którzy przybędą już dzisiaj, znamienity emir zaprasza na ucztę o zachodzie słońca.

Zwycięski wódz uprzedza jednocześnie, że śmierć czeka wszystkich zatwardziałych szaleńców, którzy nie skorzystają z tej wielkodusznej propozycji. Nie będzie żadnych rozejmów, układów ani negocjacji. Nie będzie litości dla nikogo.

Szlachetny nasz pan obwieszcza także, iż niepokonane zastępy chana zawładnęły już słowiańską dziedziną. Zostaje ona przyłączona do Zachodniej Ordy jako Emirat Bulandy.

W imię Proroka i Najwyższego.

Zajn ad-Doula

Wezyr Muzaffar as-Samarkandi

Przez sekretarza Marcjusza Atanazego.

 

Zapadła znacząca cisza. Najpewniej każdy ze słuchaczy rozważał warunki rozejmu. Wszyscy tak byli pogrążeni w myślach, że tylko ja zauważyłem, jak bardzo Helena pobladła. Bladość owa przejawiała się w tym, że soczystobiała cera jej twarzy nabrała bardziej wodnistych odcieni. Zastanawiało mnie to przez momencik, aż przypomniałem sobie, że Marcjusz, sekretarz wezyra Muzaffara, jest jej rodzonym bratem. No tak, wątpliwa to chwała dla rodu.

Tymczasem pułkownik wciąż jeszcze wpatrywał się w papier.

– Ależ nas zaszczyt kopnął. To do nich niepodobne – skomentował półgębkiem. Wciąż wpatrywał się w papier, jakby doszukiwał się szyfru lub ukrytych treści. Oderwał w końcu wzrok od dokumentu i odnalazł Stellę wzrokiem. – No to jak, wystarczająco głośno przeczytałem emirowe posłanie? Czy jesteś zadowolona, hrabino?

Ale jaśnie wielmożna nie raczyła odpowiedzieć.

– Serve, damigelle, cuggine! Andiamo! – zawołała Stella, dając znak swoim dwórkom i członkom familii, żeby zbierały manatki.

– O nie! – zawołał pułkownik nie mniej donośnie. – Pójdą tylko ci, co zechcą. To zbyt wielkie ryzyko i wybór musi być wolny.

– Jak śmiejesz zatrącać do moje sprawy! – zasyczała hrabina, posyłając staremu rębajle nienawistne spojrzenie.

Ale pułkownik nie miał zamiaru wdawać się w spory z przewrotnym babsztylem.

– Posłuchajcie mnie wszyscy! – krzyknął pułkownik w stronę zgromadzonych. Jednocześnie poprosił mnie, bym tłumaczył jego przemowę na włoski. – Zanim podejmiecie decyzję, opowiem wam o jednym wojennym epizodzie.

Jeszcze na początku kampanii kaszgarskiej ścigaliśmy pewną zabłąkaną sotnię. Żołdactwo wyjątkowo okrutne i przebiegłe. A wiecie, jaką mieli taktykę? Otóż najpierw pojawiali się w wiosce i obiecywali pokój w zamian za kontrybucję. A po co te zabiegi ? Ano, żeby wyłudzić wszelki grosz zakopany na czarną godzinę. Tak było też w moim prześlicznym majątku Znajgody, którego nie mogłem bronić, bo objąłem dowództwo pułku starobruskiego. Wójt Znajgodów wpłacił wykup, wygrzebując wszystkie zaskórniaki i oddając nawet ziarno na przyszłoroczny siew. Myślicie, że to pomogło moim kmieciom? Bynajmniej.

Kaszgarczycy wrócili i splądrowali wieś. Ludzi zapędzili do drewnianego kościoła, a potem go podpalili. Dotarliśmy, gdy zgliszcza się dopalały. Przez słuszną godzinę brodziłem wśród trupów i dymiących szczątków. I wiedzcie, że opłakiwałem nie tylko włościan i parobków. Upiekli tam wszystkich: kobiety, starców i dzieci.

Nawet branek wzięli mniej niż zwykle. Ale i te wyrżnęli po drodze, jako że okazały się zawadą i opóźniały ucieczkę. Podła dzicz zbytnio utuczyła się żarciem, piciem i łupami. Łatwo ich potem odnaleźliśmy, gdyż znaczyli trop trupami najpiękniejszych słowiańskich dziewcząt.

– I po co to tutto opowiadasz, oficere? – przerwała hrabina ironicznym tonem. Nie miała szacunku dla pułkownika i nigdy nie uznała jego starszeństwa ani zwierzchności.

– A po to, byście sobie zdały sprawę z niebezpieczeństwa. Wiedzcie, że jeśli nawet macie dość grosiwa, by się wypłacić, niekoniecznie ocalicie życie i zdrowie.

– Non sono mie le scimmie, né la serra, né la guerra – zawołała z kolei Stella. – To nie nasza wojna, nie nasze małpy, nie nasza oranżeria. Nie musimy nikogo wspierać ani z nikim walczyć. Ja osobiście dosyć mam tej okropnej pogody i siedzenia w grobowcu, którego i tak nie utrzymasz. Bokiem wychodzi mi spleśniały chleb, śledzie i kwaśne wino. A co do złota, wiem dokładnie gdzie kazałeś nam je porzucić, oficerze, i wskażę to miejsce tym, jak ich nazywasz, barbarzyńcom. Wracamy do słonecznej Italii.

Pospiesznie streściłem komendantowi opinię hrabiny. Stella tymczasem zadarła suknię i ruszyła w stronę baszty, gdzie jako jedyna miała prywatny buduar. Jej towarzyszki rozstąpiły się posłusznie, robiąc przejście.

– Aha, zabieram Teresa – rzuciła pyskata Włoszka na odchodne, ledwo odwracając głowę.

– Nie ma mowy! – odparł komendant.

– Jak to nie? – oburzyła się Stella, zatrzymując się w pół kroku. – Ma tutaj zamierać, la povera?

– Nie pójdzie nigdzie! I właśnie dlatego, że dałem słowo, iż krzywda jej się nie stanie – odwarknął komendant i wsadził kciuki za pas, co oznaczało, że jego cierpliwość jest u kresu

– Ale ona chce iść! – nastawała hrabina. – Non è vero, Teressa?

Młódka pokiwała potakująco głową.

– Basta! – huknął komendant. – Teresa, marsz do zakrystii. Poczekasz tam na mnie, aż przyjdę i ci wszystko wytłumaczę.

Dziewczyna posłusznie ruszyła, gdzie jej kazano. Hrabina natomiast zmilczała, choć ręce jej się trzęsły ze złości. Zarzuciła energicznie głową, aż kilka czarnych kosmyków opadło jej na czoło i poszła pakować swoje rzeczy.

Według życzenia pułkownika przekazałem italskim donnom, że mają podawać sprzeczne dane na temat liczebności załogi.

Ponadto kilku bystrookich zlustrowało z wieży teren, jako że komendant nie miał za grosz zaufania do Kaszgarczyków i węszył podstęp na każdym kroku. Niczego podejrzanego nie wypatrzyli, wobec czego opuszczono most i podniesiono brony.

Muszę tu objaśnić, że tylko pierwsza z bron miała kształt kraty. Druga działała jako sześć zaostrzonych bali, opuszczanych na łańcuchach. Tylko dwa środkowe słupy pozwolił pułkownik unieść.

Tu czekała nas niespodzianka. Kilka niewiast wybrało bardzo obszerne wdzianka na tę procesję. Między innymi Alessandra, chociaż baba herszt, wbiła się w dzwonowatą suknię z mnóstwem falban, draperii i z kokardą na zadku. O tak, zwłaszcza kokarda była imponująca – rozłożysta, zadarta jak kaczy kuper i najpewniej wsparta na solidnych fiszbinach.

Utknęło babsko z tą kreacją pomiędzy balami i nie było rady – trzeba było unieść jeszcze jeden, by ją przepuścić.

– Coście się tak wysztafirowały w środku dnia?– rzucił jowialny Przyuważka Włoszkom na pożegnanie. – Biesiada dopiero wieczorem.

W odpowiedzi usłyszał parę obelg, tyle że w obcym języku, więc nie przejął się specjalnie.

Emigranci wyszli gęsiego, dźwigając wypchane sakwy i tobołki. Pochód zamykała Hrabina, jedyna której daliśmy konia.

Pamiętam, że stanęła na środku dziedzińca i długo mierzyła się wzrokiem ze swoim kochankiem. Gdyby wtedy potraktowała go cieplejszym słowem, najpewniej poczłapałby za nią. Ale najwidoczniej niezdolna była do takiego gestu. Mimo to Beatus sterczał przez kwadrans przynajmniej, posępny i rozdarty jak ta sosna. Na szczęście tym razem użył głowy do myślenia. Został z nami i poniekąd byłem z niego dumny.

Ze zdziwieniem, ale i radością stwierdziłem, że nie wszystkie damy zdecydowały się nas opuścić. Zwłaszcza najpiękniejsze słowiańskie białogłowy zaufały do końca swym rycerzom. Bogiem a prawdą nie miały dokąd wracać, nie wiedząc, czy ich domostwa w całości się ostały albo czy nie mają czasem nowych gospodarzy.

Niestety, odeszli również mnisi, z wyjątkiem Andronika i Kuźmy Kostiariusza. Andronika akurat bardzo bym nie żałował. Ostatnio doznawał napadów furii, a poza tym wszędzie rozpoznawał herezję, karę boską lub znak niebios.

I tak to na naszym zamku zrobiło się dziwnie przestronnie.

Skorzystałem z wolnej chwili, by poszukać Heleny. Odnalazłem ją w maleńkim buduarze, świeżo opróżnionym przez hrabinę. Leżała na sofie z twarzą wtuloną w zgięcie łokcia i chlipała cichutko.

– A co tobie, moje słoneczko – spytałem łagodnie, przysiadając koło niej.

Podniosła się do pozycji siedzącej i oparła głowę na moim ramieniu.

– To przez mojego brata. Ubrdał sobie, że będzie drugim Wallenrodem. Chce pójść śladami wezyra Muzaffara.

– A, rozumiem! – Pokiwałem głową, którego to gestu Helena nie mogła widzieć, ale najpewniej poczuła. – Muzaffara, mówisz. Ten ci niby rezydował w stolicy jako arabski poseł, a cały czas był w rozjazdach. A w czasie najazdu wyszło na jaw, że przez lata szpiegował był dla kogo popadnie.

– I mój Marcjusz wyznaczył sobie misję niemożliwą. Chce uderzyć znienacka i dlatego wyparł się rodziny oraz wiarę porzucił. Nic dobrego z tego nie będzie.

Gadaliśmy jeszcze długo, aż młódka zasnęła. Przytrzymałem ją za ramię i ułożyłem wygodniej na sofie. Wonczas dopiero przez cienką materię zmacałem, jak jędrne i sprężyste ma ciało.

Wtedy do pokoiku wparował rozczochrany koniuszy. Przekazał mi rozkazy pułkownika. Otóż miałem za zadanie spenetrować wszystkie zakamarki w celu inwentaryzacji zasobów ludzkich tudzież końskich. Uwinąłem się szybko i ustaliłem, że zostało nas osiemdziesięciu zbrojnych, siedmiu cywili i trzydzieści koni. Całkiem optymistycznie. Raban wszczął się dopiero, gdy wśród pozostałych dwudziestu pięciu niewiast nie doszukałem się Teresy.

Przeszukaliśmy każdziutki zakątek, nie wyłączając męskich latryn i zabudowań gospodarskich, a zakrystię osobiście wywróciłem do góry nogami. Bezskutecznie. W końcu wszyscy poszukiwacze zgromadzili się wokół wodza na środku dziedzińca. Jak jeden mąż bezradnie rozłożyliśmy ręce.

– Wiem! – powiedział pułkownik klepnąwszy się otwartą dłonią w czoło. – Stella musiała ją uprowadzić.

– A prędzej jej siostra Allessandra – podchwycił rotmistrz Przyuważka.

– Jakże to? – zdziwił się pułkownik.

– Tak mi się aby zdaje – skrygował się rotmistrz. – Pod swoją kiecką wielgachną ją przemyciła. I teraz mi się klaruje, po co ci szedł ten babsztyl pomaleńku jak kokoszka.

– No i wszystko jasne – podsumował pułkownik. – Co za niewdzięczne poczwary z tych Włoszek! Cackamy się z nimi, smakołyki podsuwamy, dajemy najcieplejsze komnaty, a one taką odpłatę nam fundują, szantrapy.

Pułkownik uniósł się mocno i ja też zacisnąłem pięści. W nieposkromionej imaginacji wytrzaskałem hrabinę po gębie oraz zwymyślałem od suk.

Psiocząc jeszcze chwil parę, rozeszliśmy się w końcu, każdy do swoich zadań.

 

4

 

Mychajło Udałow pochodził z zaściankowej, zubożałej szlachty. Stracił był ziemię w niejasnych okolicznościach, wobec czego przygarnął go dziadek kasztelana Sergiusza. Mychajło robił za odźwiernego, woźnego i nauczyciela wszelkiej smarkaterii chowającej się na zamku. Za młodu Udałow wiele podróżował, a i teraz uwielbiał czytać o odległych, tajemniczych lądach.

Często nagabywałem go, by opowiedział parę historii z życia wziętych. Wzdragał się wonczas i krygował teatralnie, ale widziałem, że mile go łechce moje zainteresowanie.

Ponieważ zagadka klątwy także pułkownikowi nie dawała spokoju, wymusił on na Mychajle, by otworzył tajemnicze drzwi.

Drżącymi rękami klucznik wsadził klucz do dziurki. Kręcił nim długo i energicznie. W końcu zgrzytnęło-trzasnęło i Udałow szarpnął za żelazną kołatkę. Drzwi otwarły się z przeraźliwym skrzypieniem.

Upiorny zaduch wypełnił nam nozdrza. Była to woń palonych włosów czy paznokci. Pułkownik zbliżył pochodnię i wsadził ją do ciemnej czeluści. Uderzyło mnie od razu, że w celi nie było żadnej, najmarniejszej nawet pajęczyny. Za to we wszystkich kątach, w złowieszczym półmroku walały się ludzkie kości, szkielety czy inne zmumifikowane zewłoki.

Pułkownik przykucnął, przesuwając pochodnię we wszystkie strony.

– Podaj mi bosak, Mateuszu – polecił pułkownik.

Zrobiłem to i pułkownik wyciągnął najbardziej okazałego kościotrupa na środek dziedzińca.

Zachował tenże kościej jeszcze resztki zetlałej odzieży na sobie. Za życia musiał być olbrzymem. Mierzył przynajmniej siedem stóp wzrostu, miał szerokie bary i wypukłą pierś. Kiedy zdarliśmy z niego szmaty, okazało się, jak mocno był pokiereszowany. Miał połamane żebra, golenie i prawy obojczyk. Poza tym straszył wybitymi zębami i pękniętą czaszką. Także prawa dłoń trzymała się tylko na kości promieniowej, bo z łokciowej został tylko żałosny szczątek.

– Wiesz może, kto to jest, drogi kluczniku? – spytał komendant.

– Jakże miałbym nie wiedzieć, łaskawco – odparł Mychajło, unosząc wysoko brwi i kiwając głową. – To Hajnosik, największy złoczyńca w dziejach Przedgórza. Ruski sążeń wzrostu, silny jak dwa tury.

– Jak się tu znalazł? – drążył pułkownik.

– To długa historia. Musiałbym tu nawiązać do czasów Hryhora. Jak już wiesz, tenże władyka kazał zamknąć celę na trzy spusty i przemyśliwał nawet, czy by jej całkiem nie zburzyć. Poniechał w końcu, ze strachu, że klątwa uwolni się i rozprzestrzeni.

Jednakowoż jakieś sto lat później grasował tu pewien bandzior. Lubił czaić się na podróżnych w krzakach ostrokrzewu. Zastrzegam, że nie był to Hajnosik jeszcze. Sławetny wojski Żbiczko ujął wreszcie jakiegoś zarośniętego hultaja, który zarzekał się gorliwie, że jest niewinny i z płaczem przekonywał o swej uczciwości. Sędziowie też mieli rozliczne wątpliwości. Bo czy taki mazgaj mógł naprawdę kogoś skrzywdzić? Mądrzy juryści wydali zatem wyrok, by wrzucić bandziora do tejże celi. Obwieścili, iż sprawiedliwemu zawsze Bóg życie daruje. Ale nie minęło i sześć dni, kiedy hultaj umarł w męczarniach.

I tak to narodziła się tradycja, by wszelkie wątpliwe przypadki w ten sposób rozstrzygać. Stwórca jednak okazywał się zawsze jednako surowy i absolutnie nikt żywy próby nie przeszedł. Mało tego – więźniowie brani byli za potępionych i żaden nie miał chrześcijańskiego pochówku. Do dziś zasuszone powłoki skazańców walają się tam po podłodze. Co sami naocznie stwierdzicie.

Tylko z Hajnosikiem, było inaczej. Otóż rzecz zdarzyła się czterdzieści lat temu, za czasów mojej młodości. Zbójnik długo przekonywał, że okradał tylko bogatych, z umiarem tudzież galanterią i nic wspólnego nie ma z mordami, które popełniono na jego rachunek.

Tłumaczenia nic nie pomogły i jak poprzednio, wrzucono go do celi. Jak już drzewiej bywało, dryblas zaczął wrzeszczeć, bluźnić, a zwłaszcza walić w drzwi z całej siły. I wiecie co wam powiem? Żadne boskie stworzenie, nawet mocarne i czworonożne, nie byłoby w stanie tych drzwi sforsować. Nawet Hajnosik w normalnych okolicznościach, choć chłop był jak dąb. Ale on miał nie tylko siłę. Nabuzował się jeszcze tym upiornym szaleństwem. Tłukł tak i łomotał godzinami, aż wyważył je w końcu.

Było to lat temu czterdzieści, ale do dziś pamiętam jego oczy. Te ślepia wytrzeszczone, szatańskie, nieprzytomne. Trzymał się niby prosto, ale trząsł się konwulsjach, a twarz skręcał dziwnymi grymasami.

Wydostawszy się z celi, Hajnosik stał chwilę zdezorientowany. Dopiero ścignięty przez straże, pognał w kierunku północnej baszty. Wbiegł na górę po spiralnych schodach na sam szczyt i skoczył w dół. Widziałem nawet ten skok, bo tknięty przeczuciem wbiegłem wcześniej na mur. Strażnicy posłali za nim przynajmniej dziesięć kul, ale i tak zdołał się wymknąć. Jego zwłoki znaleźli później górale. Przywieźli je do zamku na wozie, wygłaszając typową śpiewkę, iż święta ziemia nie będzie nosić takiego ścierwa. Cóż było robić. Wrzuciliśmy nieboszczyka z powrotem do celi, niejako przyznawszy im rację.

– Zaraz, zaraz – przerwał pułkownik uważnie, wpatrując się w twarz klucznika. – Mówisz, Mychajło drogi, że Hajnosik skoczył ze szczytu północnej baszty.

– Tak jest, dobrodzieju.

– W tamtych czasach też była tak wysoka?

– Bez wątpienia.

– Popraw mnie zatem, jeśli się mylę. Hajnosik spada z wysokości pięćdziesięciu stóp na ostre kamienie. Dostaje parę kulek w plecy i mimo tego udaje mu się doczołgać do bagien?

– Ależ on się wcale tam nie czołgał – zaprotestował nagle Andronik, który dotychczas się nie odzywał. – On pobiegł całkiem żwawo. Wiem, że wyglądnie to na niezwykłą koincydencję, ale widziałem go wtedy, bo właśnie zmierzałem do zamku. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, kim jest ten uciekinier, ale później wszystko skojarzyłem.

Wtedy to po raz pierwszy i przedostatni w życiu zobaczyłem jak pułkownik otwiera usta ze zdziwienia. Sam musiałem wyglądać nie lepiej, bo mnich z klucznikiem omal nie parsknęli śmiechem.

W tym momencie pułkownik przykucnął raz jeszcze i uważnie obejrzał szkielet.

– Tak, to by przynajmniej wyjaśniało skąd się wzięły te pęknięcia i złamania – powiedział w zadumie. 

Mnie z kolei zastanowiło co innego. Czemu mianowicie ja, taki ciekawski i oczytany nigdy dotychczas nie słyszałem ani nie czytałem o tych niezwykłych przypadkach. Zwierzyłem się z moich wątpliwości, ale tym razem Andronik wyglądał na lekko zaskoczonego.

– Ależ synu drogi, doprawdy nie straszyła cię babcia wodnikiem Żaholcem?

– Że co? Ależ to przecież…

– Albo Dulahanem, jeźdźcem bez głowy – wpadł mi w słowo klucznik z kolei. – A baśń o ząbich i ich królu Draguli nie obiła ci się o uszy? A saga o Józku z bagien czy to o szalonym kanoniku?

– Wszystko rzecz jasna poprzekręcane i podbarwione – dodał Andronik – No i dzięki nam już dzisiaj wiesz, skąd się to wszystko wzięło.

Klepnąłem się w czoło jak artysta, doznający nagłej iluminacji. Postanowiłem spędzić najbliższe dni na spisywaniu lokalnych legend i podań, by ocalić je dla potomności.

– A dorzucę jeszcze rys bardziej osobisty – wtrącił klucznik, jakby czytając w moich myślach. – Jak już wspomniałem Hajnosik powalił dębowe drzwi na ziemię razem z zawiasami, gołe odrzwia tylko zostawiając. Trzeba było rzecz naprawić. Nie było to łatwe bynajmniej, bo od środka nikt nam nie mógł asysty zapewnić. Udało się w końcu, ale kosztem drobnego wypadku. Otóż prawa noga powinęła mi się i pośliznęła poza próg aż po kolano. Zrobiłem wonczas pokraczny szpagat, od którego do dziś mam ból w pachwinie. Ale gorsze jest to.

Klucznik uniósł wysoko połę chałata i zobaczyłem, że w skórzanym bucie, wysokim do pół łydki, tkwi drewniana proteza.

– W ciągu pięciu dni noga uschła mi do połowy.

– O Bożeż ty mój – wyszeptałem. – Ale przecież ty chodzisz zupełnie zwyczajnie! Jak to możliwe, że niczego nie zauważyłem?

– No to masz swój dzień zadziwień, młody człowieku! – roześmiał się klucznik ubawiony i poklepał mnie po ramieniu.

Pułkownik też się uśmiechnął, od czego jego krągłe zazwyczaj oblicze zrobiło się kwadratowe. W żaden nie mogłem z niego odczytać, czy sam komendant wiedział o klucznikowym kalectwie.

– Jakaś cyfra uporczywie się przewija w waszych opowieściach – rzucił pułkownik w zadumie.– Powiedzcie mi waćpanowie, czy zawsze przekleńcy umierali piątego dnia od chwili przekroczenia progu tej zaklętej celi?

Obaj staruszkowie zgodnie wzruszyli ramionami.

– To osobliwe, że na to zwróciłeś uwagę, dobrodzieju. – Mychajło rozłożył ręce w geście bezradności i spojrzał na jałmużnika, jakby szukał u niego porady. – Nie mogę tego potwierdzić, ale coś może tu być na rzeczy.

– I nie da się tego nijak sprawdzić?

– Można by przejrzeć rejestry sądowe – podsunął Andronik. – Jeśli tu takowe są przechowywane…

– Albo księgi buchalteryjne! – podchwycił Mychajło z entuzjazmem.

– O ! I cóż z nich wydedukujemy – zainteresował się pułkownik.

– Wiele mądrości się tam kryje. Był na przykład w naszych okolicach zwyczaj, by skazańców karmić codziennie rosołem z białego kapłona. Był to drób o wiele droższy niż jakikolwiek inny i nie kupowano takich luksusów na zapas, wiedząc że skazaniec nazajutrz będzie już trupem. Albo nie mając pewności, że pozostanie wśród żywych. Górale zajeżdżali tu codziennie ze świeżymi wiktuałami, więc nie było obawy ruptury w zapasach. A zatem wystarczy przejrzeć listę zakupów dzień po dniu. Pięć kapłonów znaczy pięć dni.

– I wszystko jasne – podsumował komendant. – Mateuszu, zechciej pójść z Mychajłą i przewertować te księgi. A ja tymczasem wrzucę truchło z powrotem i zatrzasnę te złowieszcze wrota.

Podążyłem za klucznikiem i zaszyłem się z nim na parę godzin w kancelarii. Wszystko się zgadzało. Pięć dni jak w mordę strzelił, w każdym jednym udokumentowanym przypadku.

Wyszliśmy na dwór, gdy świeca się już dopalała. Czekała tam na mnie urocza Helena i od razu podbiegła, ogrzewając moje serce czułym uściskiem. Nie mogłem jednak spędzić z nią wiele czasu tego wieczora, jako że miałem czym prędzej zdać sprawę pułkownikowi z moich poszukiwań.

Nie mogłem się doczekać przypadającej nazajutrz niedzieli .

 

5

 

Ktoś szarpnął mnie za ramię. Senne marzenie pierzchło natychmiast, spłoszone tą brutalnością. Pozostała mi tylko tęsknota za czymś miłym i przytulnym. Otworzyłem niechętnie oczy. Stary wiarus Przyczajka stał przy mnie pochylony i patrzył mi w oczy.

– Dzień dobry – pozdrowił mnie. – Pułkownik chce cię widzieć, czeka na dziedzińcu.

Przemyłem się pobieżnie w zimnej wodzie i poczłapałem naburmuszony na zewnątrz. Miałem nadzieję, że choć w Dzień Pański pośpię sobie więcej. Zwykle budziłem się dopiero na sumę, odprawianą przez Andronika w zamkowej kapliczce. W każdą niedzielę mnich odprawiał mszę dwa razy, bo wąska nawa nie mogła pomieścić wszystkich wiernych na raz.

Na środku placu stał pryncypał i rozmawiał z Petyrem Stipankiem.

Stipanek, wynalazca z Bożej łaski uchodził za wielkiego specjalistę w dziedzinie techniki, a zwłaszcza rusznikarstwa. Gdy z nim pierwszy raz słowo zamieniłem, większym mi się wydał chwalipiętą niż fachowcem. To od zagranicznych wojaży w głowie mu się przewróciło. Wyjechał był do Francji jako zwykły kowal, a gdy wrócił, kazał się tytułować inżenierem.

Ponieważ to Stipanka winiłem apriorycznie za moje przedwczesne przebudzenie, szukałem pretekstu do paru uszczypliwych komentarzy pod jego adresem. Miałem na przykład nadzieję, że zacznie okraszać swe wywody francuskimi wtrętami. A francuszczyzna śmiesznie kontrastowała z jego wsiowym zaśpiewem.

– … amunicji zbraknie nam wprzódy – usłyszałem dobiegający z daleka głos Stipanka. – Kule ułożone są w piramidki. Z wierzchu wszytko lśni się i oko cieszy. Dzieło w tym, co od mnogich lat nikt nie sprawdzał tego, co przed wzrokiem ukryte. A jakem to błyszczące z wierzchu zdjął, to wylazło niedbalstwo, co woła o pomstę do niebios. Ukazało się, że żelazne kule przeżarło rdzą i niektóre rozłażą się w rękach, wciórności!

Petyr przerwał kiedy byłem parę kroków od nich.

– Dzień dobry, Mateuszu – powitał mnie pułkownik. – Nie traćmy czasu, zaraz ci wszystko wytłumaczę.

Nie dane mi było dojść do słowa, więc podreptałem posłusznie za pułkownikiem i Stipankiem w kierunku południowej, najniższej baszty. Wspięliśmy następnie na sam szczyt po spiralnie skręconych schodach.

Rok wcześniej świętej pamięci Sergiusz Paliwoda kazał zainstalować wielkie działo na szczycie tejże wieży.

– Spójrz Mateuszu – powiedział pułkownik, podając mi lunetę. Drugą ręką natomiast wskazał kierunek, gdzie mam patrzeć.

Dojrzałem w oddali postać w czarnym płaszczu, siedzącą na skale nad brzegiem strumienia. Mężczyzna był zasłonięty do połowy pleców. Domyśliłem się, że siedzi we wgłębieniu i że dzierży wędzisko. Łowił zatem ryby.

– Wiesz, kto to jest ?– spytał pryncypał.

– Jakiś ciura, kuchcik czy posługacz – palnąłem bez zastanowienia. – Nie widzę z daleka, skąd mam wiedzieć?

– To jest Hurdybej we własnej osobie.

– O, a jak to odgadłeś, komendancie? – zdumiałem się. – Ja nawet gdybym znał go osobiście, z tej odległości nijak bym go nie rozpoznał.

– Mam swoje sposoby – stwierdził pułkownik tajemniczo. – Hurdybej dla niepoznaki wdział szary chałat wisakbaszy. Rotmistrza, znaczy. Ale kilku szpicli się koło niego nieustannie kręci, a jeden konny meldunki mu złożył. A inna sprawa, że jeśli chciał pohasać incognito, powinien był wyznaczyć sobowtóra do odwrócenia uwagi. I ubrać go w czerwony płaszcz. Wyjaśnię ci później pewne sprawy – podsumował pułkownik protekcjonalnie. – A teraz niech Petyr przedstawi swój pomysł.

Petko zrobił kwaśną minę. Było mu nie w smak, że musi składać raporty przede mną, który nie byłem ani oficerem, ani w ogóle wojskowym.

– Wot mamy tu stupudową kolubrynę… – zaczął Stipanek znudzonym głosem

– A tam zaraz kolubrynę – przerwałem mu. – Notszlanga to jest co najwyżej i waży osiemdziesiąt pudów.

Nie tyle chciałem się popisać wiedzą, ale raczej wyładować na bufonie, sprawcy mojego niewyspania.

– Bez docinków mi tutaj, młodziaszkowie – skarcił nas pryncypał. – Mamy tu poważną decyzję do rozważenia i chcę, byśmy działali w zgodzie.

Stipanek spojrzał na mnie jak na ignoranta.

– Rzecz jawi się następująco – rozpoczął znudzonym głosem. – Mamy tutej trzyćwierćkolubrynę o zasięgu kroków ośmiuset. Tamoj zaś w dali, u brzega Grohulki, emir Hurdybej akurat łowi ryby. Przysiadł od nas nie dalej niż na siedem setek i pięćdziesiąt kroków. Podtrzymuję, iż możemy skorzystać z tej okoliczności i ustrzelić pohańca za pomocą tegoż właśnie działa.

Ten pomysł wydał mi się tak absurdalny, że potrzebowałem krótkiej chwili jedynie na wymyślenie riposty.

– Po pierwsze, działo tu obecne wystrzeli na sześćset kroków i ani cala dalej. A po drugie, nawet gdyby zawszaniec siedział bliżej, to szanse oceniam na jeden do stu. Na sto strzałów jeden mógłby mu zaszkodzić. Możemy próbować rzecz jasna, ale zajmie nam to trzy dni. Przy założeniu, że Hurdybej będzie się bezczynnie gapił, jak w niego walimy.

– Petko, mój drogi, objaśnij Mateuszowi skąd czerpiesz swój optymizm – rozkazał pułkownik rozbawiony nieco,

– Ano stąd, iż emir siedzi toczka w toczkę na miejscu, gdzie spadła jedyna kula wypluta z tego działa. Otóż nadkruszyła ona skałę u brzega Grohulki, tworząc jakoby wklęsłość albo wgłębienie. Teraz jest to idealne siedzisko, żeby zasadzić się z zanętą. Wiem to na bank, bo sam z niego korzystałem. Wiem też, że zaraz obok Grohulka zgina się w głęboką zatoczkę, kędy zawita na żer pstrąg, a bywa i łosoś. Hurdybej, musiał wyniuchać ten zakątek. Roi sobie zuchwale, że jest poza zasięgiem naszego ognia.

Bo jest – pomyślałem. Miałem też zamiar zwątpić, czy listopad jest najlepszym miesiącem na łowienie pstrągów, ale poniechałem.

– No to ładnie i składnie – odezwałem się tymczasem pojednawczo. – Ale przecież minimalne są szanse, że zdmuchniesz go za pierwszym razem. A po pierwszym chybionej próbie emir zwinie manatki i tyle go widzieli.

– Szansa jest większa, niż by ci się zdało, Matfieju – odparł Petko. Uporczywie rusycyzował moje imię i nawet ładniej mi brzmiało w tej wersji. – Pierwej objaśnię ci z grubsza mechanikę tego ustrojstwa. Otóż jako widzisz, działo spoczywa na łożu, a ono z kolei jest przymocowane do obrotowej platformy, na jakiej i my obecnie stoimy. Pod spodem platformy jest jeszcze obszerne koło zębate, sprzęgnięte z wtórym, mniejszym. Owo mniejsze miało być wprawiane w ruch pionową korbą. Taż właśnie duża zębatka osadzona jest na rolkach, które toczą się po okrągłej szynie ułożonej na najwyższej odsadzce muru. A teraz samo sedno sprawy: mechanizm szwankuje. Znaczy się, nie działa. Sęk w tym, iż coś się wzięło zacięło po dziewiczym strzale. Pierwszym i jedynym, tym, co uciął skałę. Platformy nijak się nie da poruszyć, czy to w te, czy na odwrót. I to jest ta okoliczność, co daje nam nadzieję.

– Aa, takie buty – stwierdziłem refleksyjnie. – Rozumiem, że działo zachowało pierwotną pozycję lufy. Ale to i tak niewiele zmienia. Żeby powtórzyć ten wyczyn, musielibyśmy odmierzyć dokładnie tę samą ilość prochu, mieć tak samo ciężką kulę, siłę i kierunek wiatru.

– I tu znowuż jaśniej się rzecz prezentuje.

Tak rezolutnie przemówiwszy, Petyr chwycił swój sakwę i wyciągnął z niej coś, co wyglądało jak bardzo gruba kaszanka. Musiała jednak sporo ważyć, bo chłopak stęknął, unosząc ją na wysokość piersi.

– A wot i mój wynalazek. Proch, kula i filcowa przybitka w jednym. Zmajstrowałem dziesięć takowych. Najpierwszy nabój zużyłem do dziewiczego odpału. Za każdą razą odmierzałem taką że samą dozę prochu z trafnością do jednego łuta. Kule też jak spod jednaj sztancy, jako dwie krople wody podobne. Każda skądinąd pasuje tylko do tej lufy. I co najważniejsze, ponawiercałem sprytnie te moje bańki, tak iż rozpryskują się równomiernie na wskutek udaru i rażą rojem odłamków w rozwarciu dwóch tuzinów kroków.

– I w tym momencie muszę ci coś wyjaśnić, Mateuszu, zanim rzucisz kolejną uwagę nie na temat – wtrącił nagle pułkownik. – Wezwałem cię nie po to, abyś oceniał szanse powodzenia naszego zamachu, ale jego celowość. Nie mów mi zatem, czy możemy gadzinę odstrzelić, tylko czy warto to robić.

– Oczywiście, że warto! – zawołałem. Tu akurat nie miałem żadnych wątpliwości. – Czy wiesz, pryncypale, kto jest następny po Hurdybeju w kolejce do kaszgarskiego tronu? Jego dwaj bracia bliźniacy. Jeśli pierworodny zginie, chan będzie miał ciężki orzech do zgryzienia. Niewykluczone, iż braciszkowie wezmą się za łby i zrobi się z tego przewrót pałacowy. Możemy na tym tylko zyskać.

– Masz jakiś pogląd, kogo tu przyślą, kiedy zabraknie Hurdybeja? – spytał pułkownik.

Musiałem się skupić, by przypomnieć sobie ichniejsze procedury, obowiązujące w takich sytuacjach.

– Najpewniej któregoś ze starych generałów. Ale to i lepiej. Oni są jak nieruchawe komary, co się już juchą opiły. Za to pierworodny chana jest zachłanny i chorobliwie ambitny.

– Obyś miał rację – westchnął pułkownik. – Ładuj, drogi Petko.

I Petyr wsadził swoją wypchana kiszkę do lufy. Myślałem, że następnie podsypie prochu do panewki , ale on wyciągnął jakiś patyk ze swojej torby pełnej niespodzianek.

– Co to jest? – spytałem.

Stipanek uśmiechnął się triumfalnie.

– Ano zapalnik. Sam go wynalazłem. Trza wziąć kawałek patyka, okręcić bawełną, zanurzyć w kwaśnym nitracie i przesuszyć. A potem robi się tak.

Petyr wsadził zapalnik do otworu panewki. Nie śmiałem już się odezwać na temat hubki i krzesiwa. Słusznie, bo Stipanek wyciągnął z sakwy jakieś zawiniątko. W środku znajdowały się długie drzazgi z kuleczkami na końcu.

– A oto spiczki albo zapałki, jak wola. Na końcu sterczy kuleczka z fosforem. Żeby skrzesać ogień, wystarczy zrobić tak.

Stipanek podwinął nogę i szybkim ruchem przejechał zapałką po podeszwie. Na końcu patyczka zaiskrzyło i nagle z iskry zrobił się płomień.

– Odsuńmy się – nakazał pułkownik. Wyciągnął lunetę i wymierzył ją gdzieś w dal. Ja wolałem patrzeć, jak tam pójdzie Stipankowi. – Cel – pal!

Petyr podłożył ogień. Zasyczało, zatrzeszczało i huknęło. Fala gorącego powietrza uderzyła owiała mi twarz, a przed nami uniósł się obłoczek rzadkiego dymu.

Pułkownik zastygł jak zaczarowany. Ja też znieruchomiałem w napięciu.

– Iiiii jest, jest, jest! – wrzasnął pułkownik, poczym zatańczył pokracznie. – Anielko najprzaśniejsza! Ustrzeliliśmy gada!

Podbiegłem ostrożnie na skraj baszty, rozłożyłem moją własną lunetę i wlepiłem wzrok w dal.

Kaszgarczycy biegali bezładnie jak mrówki po rozwalonym mrowisku. Kilku z nich patrzyło w naszą stronę, niektórzy machali rękami na wszystkie strony, inni jeszcze wygrażali pięścią w naszym kierunku. Wreszcie dwóch sanitariuszy podbiegło z noszami, załadowali zwłoki emira i pobiegli w kierunku obozu.

 

6

 

Podczas studiów przestrzegał mnie często Palladiusz, mistrz krasomówstwa, by zawsze odpowiednie dawać rzeczy słowo i unikać egzaltacji. Kiedy szasta się patosem, trudno potem znaleźć właściwy wyraz do opisu zdarzeń prawdziwie wstrząsających.

Musiałem się zatem dotychczas miarkować, by teraz właściwie opisać sądne dni, jakie urządzili nam Kaszgarczycy po śmierci Hurdybeja. W porównaniu z tym koszmarem poprzednie dwa miesiące oblężenia były wręcz sielanką.

 

***

 

A zaczęło się całkiem niewinnie. Piątego listopada urządziliśmy sobie nielichą biesiadę, świętując udaną akcję. Szóstego i siódmego fetowali ci, którzy wcześniej pełnili wartę. Ósmego dnia miny nam zrzedły.

– Poseł kaszgarski się zbliża – zaanonsował obszarpany ciura, sterczący akurat na czujce.

Wbiegłem na mur po najbliższych schodach, by przyjrzeć się zjawisku. Jeździec nie miał hełmu. W prawej ręce trzymał drzewce z białym proporcem, w lewej – drewniany cebrzyk. Podjechał ostrożnie pod mur, klucząc między ułomkami ostrego granitu. Spuścił cebrzyk na ziemię w taki sposób, by rączka unosiła się do góry. Gdy uniósł głowę, uchwyciłem jego spojrzenie, zimne i wyzywające. Wtedy dopiero ściągnął cugle, zawrócił wierzchowca i ruszył z powrotem do swoich.

Mieliśmy pewien kłopot, by wciągnąć wiaderko na górę, jako że stało nie przy samym murze, a parę kroków od niego. W końcu użyliśmy długiej, rozwidlonej tyczki jako wysięgnika i sznurka z hakiem na końcu.

W środku znajdowały się dwa skórzane worki i pismo w miedzianej tubie. Pułkownik miał złe przeczucia, więc stanęliśmy obaj nieco na uboczu.

– Przeczytaj na głos – nakazał – I tłumacz, jeśli rzecz jest w obcym języku, niczego nie pomijając.

– Hm… – chrząknąłem, jakby dystansując się zawczasu od wszelkich bluźnierstw i złorzeczeń, jakie spodziewałem się znaleźć w tekście.

Pułkowniku Smuga de Morvin,

Udowodniłeś, bękarcie szejtana, jak podłą i zdradziecką jesteś kreaturą. Słuchaj zatem, ty synu grzechu! Twój podstępny zamach zostanie krwawo pomszczony. Jakiekolwiek rachuby tobą kierowały, srodze się przeliczysz! Bądź pewien, że potęga Wielkiego Chanatu nie doznała uszczerbku.

Jest zrozumiałe, iż w obliczu twojego wiarołomstwa czujemy się zwolnieni z przestrzegania wcześniejszych zobowiązań. Wręcz naprzeciw! Najpierw na twoich oczach urządzimy kaźń mnichom i italskim damom, które na powrót schwytaliśmy, jako że daleko ujść nie zdołały.

Potem przyjdzie czas na ciebie, suczy synu i na twoich ziomków. Nie łudź się, że mury będą was chronić w nieskończoność. Urządzimy wam takie piekło, że oszalejecie ze strachu i rozpaczy.

Jako zapowiedź nadchodzącej rzezi, posyłamy ci dwie sakwy. Do jednej wrzuciliśmy głowę Stelli Pallivody d’Astaforto, a do drugiej – wszawy łeb Marcjusza Atanazego i specjalną dedykacją dla jego siostry Heleny. – Przerwałem tutaj, czując jak dławiący kłębek tworzy mi się w gardle. Pułkownik ponaglił mnie jednak pytającym uniesieniem brwi. – Nie potrzebujemy więcej usług tego wiarołomnego pisarczyka. Wiemy, że szykował zdradę i przy najbliższej okazji wbiłby nam nóż w plecy. Dlatego zdychał długo i w męczarniach.

I dla ciebie nie ma ratunku, herszcie potępionych! Możesz co najwyżej zginąć w bezpośrednim zwarciu, zamiast chować się jak szczur tchórzliwy. Przynajmniej resztki honoru ocalisz. A jeśli nie – zaiste lepiej byłoby dla ciebie i twoich pobratymców, gdybyście się nie urodzili.

W imię Najwyższego i Proroka jego,

Wielki Wezyr Emiratu Bulandy, Muzaffar as – Samarkandi własnoręcznie te słowa napisał, albowiem wasz trzeszczący język dostatecznie poznał.

Skończywszy czytać podałem papier pryncypałowi. Nic nie mówił. Zmiął może w ustach jakieś przekleństwo – nie wiem, nie dosłyszałem. Uniósł do ust zaciśniętą pięść i przycisnął do warg swój rodowy sygnet z malachitem. Jego twarz wyrażała burzę emocji, których ani nie byłbym w stanie akuratnie rozpoznać, ani też zwięźle opisać.

– Mateuszu, mój asystencie. – rzekł po długim namyśle – Wezmę to naczynie z… zawartością do kapliczki, a ty odnajdź Helenę i Beatusa. Każ im tam zajrzeć. Będziemy tam mieli trochę intymności.

Zrobiłem jak kazał. Nie byłem obecny przy ich samotrzeć rozmowie. Nie mogłem się natomiast powstrzymać, by nie zajrzeć do środka przez judasza. Niewiele widziałem z powodu półmroku. Usłyszałem jedynie stłumiony okrzyk Heleny. W samą porę odsunąłem się od drzwi, które chwilę potem załomotały i kasztelanka wypadła z izby, zakrywając usta rękami. Nie zauważyła mnie i pomknęła prosto do swojej sypialni.

Beatus zachował się inaczej. Wyszedł powoli, a nawet z pewnym nawet dostojeństwem. Miał zaszklone oczy a do piersi przyciskał worek z głową hrabiny. On z kolei ruszył w kierunku północnej baszty. W jej podziemiach wykopaliśmy zbiorową mogiłę, gdzie składaliśmy zwłoki poległych. Domyśliłem się, że tam właśnie złoży swą drogocenną relikwię.

 

***

 

Dziewiątego listopada Kaszgarczycy urządzili nam ponure widowisko. Pierwszą odsłoną była obrazoburcza parodia męki Pańskiej. W tym celu bluźniercy rozpięli na krzyżach kilku nagich mężczyzn. Andronik rozpoznał wśród nich braci ze swego zgromadzenia. Kaci najpierw ich wychłostali, później przebili boki włóczniami a na koniec oblali ich gorącą smołą i podpalili.

Straszniejszą jeszcze śmierć miały niewiasty. Było ich pięć. Rozpoznałem wśród nich siostry hrabiny Stelli, długowłosą Evę i Alessandrę. A jako trzecią w szeregu – o mój Boże! – nieszczęsną Tereskę. Ta jednak albo skonała już wcześniej, albo straciła przytomność. Jej głowa opadała bezwładnie, a ciało pozostawało nieruchome.

Okrutnicy przywiązali je wszystkie do słupów złączonych na kształt litery X. Podnieśli tę konstrukcję sznurami do pozycji pionowej, frontem w stronę zamku. 

Przez kilka godzin obdzierali je ze skóry.

Oprawcy wszystko dobrze obmyślili. Nie dość, że podeszli bliżej – ledwo poza na granicę rażenia falkonetów – to jeszcze czekali na dobry wiatr, by jak najdalej niósł krzyki torturowanych niewiast. Tyle że sami je wkrótce zagłuszyli, wrzeszcząc i wymachując włóczniami w naszym kierunku.

Większość zbrojnych oglądała ten wstrząsający spektakl, tłocząc się w prześwitach między zębami muru. Ograniczali się do wyzwisk i pogróżek, ale co bardziej zapalczywi chcieli popędzić na wroga bez zwłoki. Muszę przyznać, że pułkownik mimo swego autorytetu miał kłopoty z przywróceniem karności i dyscypliny.

 

***

 

Tuż po zachodzie słońca Andronik odprawił mszę. Gdy skończył i wszyscy wyszli, padł plackiem na zimną posadzkę kaplicy i modlił się w tej pozycji przez parę godzin. Ja też przyklęknąłem i od razu poczułem, że nie wytrzymam długo na lodowatych płytach. Na szczęście pułkownik odnalazł mnie i szorstko polecił iść spać.

Było nas tylko dwóch w izbie z kominkiem, bo dotychczasowi współlokatorzy znaleźli gdzie indziej ciepły kąt do drzemki.

Śnił mi się jakiś koszmar. Najpewniej szamotałem się we śnie, w każdym razie obudziłem się, będąc już w pozycji półsiedzącej. Otworzyłem szeroko oczy i rozejrzałem się po izbie. Pryncypał siedział przy stole. Paliła się jedna z gromnic, a on patrzył tępo i bawił się woskiem, lepiąc go w fikuśne kształty. Wstałem ciężko, poczłapałem w kierunku stołu, poczym usiadłem obok niego.

Wyglądał na markotnego, co oznaczało, że jest zdruzgotany.

– Nie powinienem był uśmiercać Hurdybeja – rzekł głucho, miętosząc w palcach kawałek wosku.

Wzruszyłem ramionami. Śmierć emira była też moim udziałem i nie chciałem przyznać, że będzie miała tylko smutne następstwa.

– Błąd taktyczny obraca się często w sukces strategiczny – powiedziałem niedonośnie, ale z przekonaniem. – Sam mnie tego uczyłeś, pułkowniku.

– Chodzi o to, mój pilny Mateuszu, że źle postąpiłem – odparł pryncypał. Myślałem, że rozwinie tę myśl, ale nie była to jedyna troska, która chodziła mu po głowie. – Być może chorążowie mają rację. Być może wezyr ma rację. Lepiej zginąć w chwale, niż czekać na odsiecz albo inny cud.

– Przecież Kaszgarczycy mają taką przewagę, że zgniotą nas jak winogrona – zaprotestowałem. – To dopiero będzie masakra. A co z kobietami które mamy pod opieką!? Mamy je zostawić? Albo humanitarnie życia pozbawić? Bo przecież Kaszgarczycy zapewnią im stokroć dłuższe i wymyślniejsze męczarnie.

– Tu masz rację – skwitował pułkownik. – To tylko mnie powstrzymuje. Śmierć może jeszcze troszkę poczekać.

Zdmuchnął nagle świecę, podniósł się i ułożył na sienniku.

– Śpij Mateuszu. Podobno noc przynosi radę.

 

7

 

Minęło znowu parę dni. W tym czasie Azjaci nie kwapili się z wypełnieniem złowieszczych obietnic. Ale była to cisza przed burzą. Nie miałem co do tego złudzeń, obserwując intensywny ruch, jaki panował w ich obozie.

– Co to za machiny oni tam przytaszczyli? – spytał Pułkownik, podając mi lunetę. Wprawdzie miałem własną, ale mniej użyteczną, bo szkła mocno się porysowały od intensywnej eksploatacji.

– O Boże ty mój! – zawołałem. – Toż to frondibole.

– Raczej trebuszety – sprostował pułkownik.

To był francuski termin. Drażniło mnie to frankofilskie skrzywienie mojego mentora, ale przełknąłem tę uwagę, nie chcąc się wdawać w małostkowe spory. Poza tym pułkownik generalnie uwzględniał moje opinie. Przeczytałem w końcu wszystkie dzieła Witruwiusza, Wegecjusza, a nawet Makiawela i uważałem się za niezłego teoretyka wojny.

– Machiny oblężnicze nie są używane w sztuce wojennej od trzech wieków przynajmniej – stwierdziłem tonem znawcy. – Nie za bardzo wiem, do czego mogłyby być tutaj przydatne. Mają kiepski zasięg, najwyżej sto pięćdziesiąt kroków. Jeśli dzikusy zechcą podejść z nimi wystarczająco blisko, by skutecznie kruszyć mury, niechybnie znajdą się w zasięgu dział i rozniesiemy je na drzazgi.

– Chyba że to nie kamieniami chcą nas obrzucić – stwierdził pułkownik sentencjonalnie. – Kula taka może ważyć z sześćdziesiąt funtów. Zważ, że jeśli zechcą wyekspediować lżejsze obiekty, zasięg zwiększy się niepomiernie.

Trebuszet działa jak skrzyżowanie dźwigni i klasycznej procy. Najważniejszym jego elementem jest żuraw. Jest on osadzony na poziomej osi w czterech piątych długości. Z krótszej strony żuraw jest obciążony przeciwwagą, natomiast dłuższe ramię dźwigni trzeba sprowadzić do pozycji poziomej za pomocą prostego systemu rolek, sznurów i haków. Potem wystarczy wsadzić kamień czy kulę do specjalnej kieszeni zwisającej na końcu słupa, zwolnić naciąg i… ognia!

Trebuszety, jakie znałem, miały do trzydziestu stóp wysokości, ale okazy przywleczone przez Kaszgarczyków były wyraźnie większe. Może sami je zbudowali gdzieś nieopodal? Bo transport takiego pokracznej konstrukcji musiałby być uciążliwy i wymagałby logistycznych przygotowań.

Pewne wyobrażenie o ich nowej taktyce zyskaliśmy następnego dnia rano. Agresorzy zgromadzili całą kolekcję miotaczy: balisty, mangonele, onagry, katapulty i inne dziwadła, których nigdy wcześniej na oczy nie widziałem. Naliczyłem ich w sumie dwadzieścia. Póki co, nie zasypywali nas bynajmniej ciężkimi głazami. Jako pociski służyły im beczułki z białym płynem w środku. Przeważnie rozbijały się one na murze, znacząc go plamami i zaciekami. Myślałem z początku, że to jakaś trucizna albo inną żrącą substancja. Dopiero pułkownik koncept podsunął, że oni po prostu ustawiają sobie celowniki. Jeśli tak było w istocie, to szło im coraz lepiej – niektóre baryłki spadały na dziedziniec.

Komendant kazał mi zawołać wszystkich starszych szarżą rębajłów na naradę do kaplicy.

– Drodzy moi waszmościowie – zagaił komendant. – Nadchodzą dla nas ciężkie chwile. Jeszcze westchniecie, że to co działo się na zamku do tej pory, było betką i sielanką. Wszyscyście widzieli maszynerię, jaką sprowadziły te pogańskie pastuchy. Nie myślcie, że jest ona niegroźna. Oceniam, że przynajmniej dziesięć machin może nas dosięgnąć bez trudu.

– Przecie to wszystko zabawki – skrzywił się rotmistrz Przyuważka. – dziesięciu chłopa trza do obsługi, korzyść marna, wysiłek wielgi. I pewno popróchniałe to wszystko i stare.

– Niekoniecznie stare. I na pewno mają parę zalet – zripostował pułkownik. – W przeciwieństwie do dział, trebusze mogą wystrzeliwać pociski parabolicznym łukiem. Inaczej niż działa, nie muszą stygnąć. Mogą nam zatem psie syny często i gęsto wrzucać wszelkie łajno na dziedziniec. Ciężko nam będzie odpłacić pięknym z nadobne, bo z amunicji tylko szmelc nam pozostał. No i Petyrowe wynalazki.

Tęgi Przyuważka nie tracił rezonu i znów jako pierwszy skomentował nową sytuację.

– W taki razie musim się przygotować. Wywlec beczki z deszczówką do gaszenia pożarów i odsunąć właz do starej cysterny. Teraz służy za szczalnię, ale możem tam przecie składować wszelki śmieć, niekoniecznie ino fekalny.

– Woda się do niczego nie nada, jeśli ogniem greckim nas potraktują – zastrzegł chorąży Przyczajka. – Worki z piaskiem raczej z piwnic wynieśmy.

– Dobrze, tak właśnie zrobimy – oświadczył pułkownik. – W ciągu godziny wydam rozkazy. A tymczasem spróbujemy im jednak trochę zaszkodzić. Odpalimy z wężownic i kolubryny, może którąś machinę uda się dosięgnąć.

 

9

 

Trzydziestego listopada o poranku nieprzyjacielskie machiny bluznęły żywym ogniem. Ciągnąc za sobą warkocz dymu, kule ognia przecinały niebo i z ogłuszającym wizgiem opadły na dziedziniec. Niektóre z nich rozbryzgiwały się na tysiące iskier, inne rozlewały się po bruku w kałuże ognia. Pozostałe nie płonęły wcale, tylko wydzielały gęsty, gryzący dym.

Większość załogi rzuciła się do gaszenia pożaru, ale mnie pułkownik wysłał na patrol. Ktoś przecież musiał pilnować, czy wrogowie nie rzucają piechoty na obwarowania, korzystając z powszechnego chaosu. Ale pryncypał chyba też powątpiewał w moją zdolność do pracy w drużynie.

Czarnorude kłęby osnuwały zamek z każdej strony. Mury dosłownie ociekały ogniem i wszelki szturm byłby nieskuteczny w tych okolicznościach. Ja sam z trudem wytrzymywałem żar i brak powietrza. Stawało się jasne, że najeźdźcy chcą nas uwędzić i wydusić.

Jakiś rozchełstany chłopak wybiegł nagle z obłoku czerwonego dymu. W prawej ręce trzymał płonącą pochodnię, prawą zaś zatykał usta. Po chwili rozpoznałem Petyra. Zatrzymał się na mój widok. Oczy miał przekrwione, ale wydawał się ożywiony.

– Pójdź ze mną – rzucił chrapliwie, chwytając mnie za ramię. – Pułkownik cię przyzywa.

– Gdzie?

– Do zbrojowni. To bardzo ważne i nie stawiaj się na ten raz. Wszystko objaśnię ci na dole.

Dałem się porwać i po chwili obaj byliśmy w ciemnym baraku, zwanym na wyrost zbrojownią lub arsenałem

– Patrzaj – krzyknął Petyr, wskazując stojące pod ścianą bele błyszczącej materii.

– A, no właśnie! – podjąłem temat. – Miałem cię kiedyś zapytać, co to za dziwny jedwab.

– To nie jedwab, to azbestos.

– Że co?

– Lepiej sprawę ujmując, to chryzotyl – objaśnił Petyr, rozsuwając błyszczące srebrnobiałe bele na boki. – To jest osobliwy włókniasty minerał ze Złotych Gór. Jak się go urobi w moździerzu, można zeń tkać materiał diablo odporny na żar i ogień. Ale mam tu też ińsze cudo. Nadziej to na siebie.

To rzekłszy, podał mi srebrzysty kaftan uszyty z podobnej błyszczącej materii. Po chwili do zbrojowni wpadli żołnierze. Byli już poinstruowani, skoro bez zbędnej gadaniny porwali ustawione pod ścianą bele i wypadli na dziedziniec. Ja też chwyciłem parę sztuk zrolowanej tkaniny, po czym wybiegłem ich śladem.

Wszędzie panował koszmarny rumor. Stukot butów, komendy , przekleństwa, rżenie przerażonych koni w stajni, wszystko to zlewało się w ogłuszającą kakofonię dźwięków. Pomagałem rozwijać ognioodporne płachty i rzucać je tam, gdzie ogień był największy. Notabene, metoda istotnie okazała się zadziwiająco skuteczna.

Wtem mimo hałasu usłyszałem rozdzierający pisk, dochodzący ze wschodniej wieży. Urządziliśmy tam szpital polowy i damskie sypialnie na wyższych piętrach. Wbiegłem na górę, wciąż unosząc belę azbestosowej tkaniny na ramieniu. Jednym kopnięciem wyważyłem drzwi, zza których dochodziły pokasływania i okrzyki przerażenia. Drzwi płonęły od wewnątrz. W komnacie pełno też było dymu, buchającego ze stosu koców, gobelinów i kilimów, które – jak się domyśliłem – miały zdusić ogień. Plan powiódł się częściowo, bo w niektórych miejscach niebieskawe jęzory zdołały się przebić przez kupę zwęglonych strzępów. Spod spodu zaś wypływała gęsta, asfaltopodobna ciecz.

Śmiertelnie przerażone kobiety wcisnęły się we wszelkie kąty i zakamarki komnaty. Poza dwiema, które trzymały miednicę i przymierzały się, by wylać jej zawartość na źródło ognia.

– Niee! – wrzasnąłem.

Ostatnia to była chwila, by powstrzymać nierozsądny czyn. Natychmiast sam wkroczyłem do akcji; rozwinąłem błyszczącą matę i przykryłem nią źródło pożogi.

Ogień zniknął natychmiast, dym za to bardzo powoli uchodził przez otwór futryny, odsłaniając zbitą gromadkę umorusanych sylwetek. Gdy dym wreszcie wywietrzał, stwierdziłem, że pocisk musiał wpaść przez okno, pozostawione z niedomkniętą okiennicą.

– To jest grecka mieszanka – wytłumaczyłem zaskoczonym paniom. – Zawiera niegaszone wapno, więc woda tylko rozjątrza ogień.

– Nie lać wody, do kurwy nędzy! – doleciało nagle z dziedzińca. Była to najpewniej komenda pułkownika. Bardzo donośna, skoro przedarła się przez wszechobecny szum. Uśmiechnąłem się, rad, że moje słowa uzyskały tak nieoczekiwane potwierdzenie.

Skłoniłem się szarmancko i wybiegłem na podwórzec. Ataki jakby ustały i pożar też ugaszono, więc począłem rozmyślać, jakby tu – niby od niechcenia – wspomnieć o mojej bohaterskiej interwencji.

Nie zdążyłem. Coś zafurkotało i jakiś oślizły ochłap chlasnął mnie po twarzy. Z obrzydzeniem odkleiłem od policzka długi, cuchnący obiekt.

– To… to kiszka! – wykrztusiłem, oglądając ten organ na rozwartej dłoni.

– Powiedziałbym nawet kawałek człowieczego jelita – podchwycił pułkownik, podchodząc do mnie szybkim krokiem.

Cisnąłem paskudztwo na ziemię i starannie wytarłem twarz. Niestety, była to ledwie zapowiedź kolejnej przewrotnej inicjatywy barbarzyńców. Po chwili zaczęły na nas zewsząd spadać ludzkie szczątki: głowy, kończyny, wnętrzności. Nie minęły i dwa pacierze, a cały podwórzec był nimi usłany.

Najpierw wojacy uchylali się przed tym gradem szczątków. Gdy ustał, podnieśli każdą głowę z osobną, by sprawdzić, czy nie jest im znajoma. Wielu z nich rozpoznało w ten sposób swe italskie faworyty, z którymi łączył ich kiedyś flirt, miłostka albo nawet silniejsza forma upodobania. Nie chcieli ich wrzucać do nieczynnej cysterny. Owinęli je w białe całuny i z twarzami skrzywionymi bólem i gniewem złożyli je w krypcie obok ciał towarzyszy broni.

 

9

 

Pierwszy grudniowy poranek przywitał mnie ciszą. Oblegającym chwilowo skończyły się łatwopalne mieszanki. Wiele machin zdołaliśmy też uszkodzić, więc Kaszgarczycy zajmowali się naprawą sprzętu. Dobrze się składało, bo nasz też wymagał konserwatorskich zabiegów. A i amunicja, która nam pozostała, niewiele była warta i o dawnej skuteczności mogliśmy tylko pomarzyć.

Wielce zatroskanego pułkownika odnalazłem w izbie rannych. Tam właśnie wyzionął ducha jego stary przyjaciel, jeszcze z czasów gdy obaj dosiadali koników na biegunach.

Była to już piętnasty zgon wśród ofiar nowej kaszgarskiej taktyki. Niektórzy zginęli od poparzeń, ale dziesięciu przynajmniej otruły śmiercionośne opary metalu zwanego rtęcią albo żywym srebrem. Wszyscyśmy się zresztą tych gazów nawdychali, wskutek czego przez kilka dni męczył nas suchy kaszel i zawroty głowy.

Tymczasem w przewrotnych mózgownicach Kaszgarczyków wyległy się nowe zbrodnicze pomysły.

Około południa na środek uprzątniętego już dziedzińca spadła pękata baryłka, rozsypując się od razu na tuzin klepek. Wybiegły z niej jakieś szczuropodobne stwory. Gryzonie albo broczyły krwią, albo zostały nią wcześniej umazane. Kręciły się w kółko, najpewniej skołowane lotem i znaczyły czerwony ślad na płytach podwórca . Chwyciliśmy widły, pałki i nawet podbieraki na ryby, domniemając, że szczury roznoszą jakieś choróbsko – najpewniej dżumę albo czarną ospę. Eksterminacja poszła szybko i sprawnie. Wrzuciliśmy te krwawe strzępy i ich wybroczyny do beczki z niegaszonym wapnem.

W ostatniej przesyłce Kaszgarczycy posłali nam szerszenie. Gdy pękło ich jajowate gniazdo, rozwścieczone owady rozprysły się na wszystkie strony, warcząc złowrogo. Najpierw żądliły wszystkich jak popadło, ale wkrótce upodobały sobie Beatusa. Może dlatego, że nie zważając na wojenne czasy, wylewał na siebie mnóstwo pachnideł.

W parę chwil owady pokąsały Beatusa od stóp do głów, wcisnąwszy się w najmniejszą szparę i zakamarek jego odzieży. Opędzał się od nich nieborak chaotycznie i raczej bezskutecznie. Machał rękami i biegał po dziedzińcu wrzeszcząc wniebogłosy. Kilku osiłków pomagało mu, wywijając energicznie szmatami i czym kto miał pod ręką. Ja też przyłączyłem się do akcji, okładając wierszokletę płaską deszczułką. Mierzyłem co prawda w zjadliwe insekty i zgniotłem ich niemało, ale zabieg musiał być bolesny dla Beatusa, bo jęczał i zasłaniał twarz rękami.

Gdy uporaliśmy się wreszcie tą inwazją, młodzian wyglądał fatalnie. Usiadł ławie oparłszy dłonie na rozłożonych kolanach i jął ciężko dyszeć. Momentami jego oddech przechodził wręcz w świszczące rzężenie. Z pomocą astrologa Conora ułożyłem go na noszach i zaniosłem do izby rannych. Krzątała się tam moja cudna Helena. To znaczy jakby mniej olśniewająca ostatnio, bo wyczerpana opieką nad pacjentami.

Stan Beatusa gwałtownie się pogorszył. Najpewniej biedak miał uczulenie na jad wrednych insektów. Nie minęły nawet dwa pacierze, a ciało Beatusa wzdęło się jak bania. Jego oczy spuchły tak, że z pewnością nic przez nie widział, a wokół podbródka utworzyło się ogromne wole. Rozebraliśmy nieszczęśnika. Astrolog zaordynował mu kilka kompresy z roztworów wapnia, które jednak niewiele pomogły. Oddech biedaka spłycił się i urywał co chwila.

Wtedy do izby wszedł Pułkownik. Rozglądał się przez chwilę, a potem zmierzył Beatusowi puls w nadgarstku i na tętnicy szyjnej.

– On długo nie pożyje – zawyrokował komendant beznamiętnie. – Chyba że… Tak, tak właśnie zrobimy. Zaniesiemy go do celi straceńców.

– Ależ dlaczego?! – zaoponowałem. – Po co mielibyśmy to robić? Tam umrze w mękach i w samotności, a tutaj jednak wśród przyjaciół.

Ostatnie słowo zabrzmiało cokolwiek fałszywie w moich ustach, ale i tak pułkownik wcale mnie nie słuchał. Zmrużył oczy i patrzył uporczywie w jakiś punkt na twarzy Beatusa. Oznaczało to niechybnie, że zapalił się do swojego pomysłu.

– Zaufaj mi, Mateuszu. I pomóż mi teraz.

Wiedziałem, że dyskusja nie ma sensu, a poza tym byłem ciekaw zamiarów komendanta. Przenieśliśmy Beatusa z powrotem na nosze i wynieśliśmy go na dziedziniec. Odprowadzało nas kilka par zdumionych oczu. Położyliśmy półmartwego poetę przy wejściu do przeklętej izby. Pułkownik wyjął klucz z cholewy buta i otworzył drzwi.

– Teraz jeszcze raz spróbuj go ocucić – polecił komendant. – Musi oprzytomnieć, jeszcze ten jeden jedyny raz.

Nie bardzo wiedziałem, na czym polegać ma cucenie, więc wykonałem całą serię zabiegów od sztucznego oddychania począwszy, a na trzaskaniu po twarzy skończywszy.

W końcu Beatus ocknął się.

– Pomóż mi jeszcze, Mateuszu. On musi to wypić

O nic nie pytałem, tylko siłą rozwarłem Beatusowi usta, pułkownik zaś wlał do nich zawartość swojej piersiówki.

Większość cieczy spłynęła po policzku i podbródku naszego pacjenta, ale coś musiało trafić i do przełyku, bo ten zaczął się krztusić i rzucać na wszystkie strony.

– Co to było? – spytałem zaintrygowany.

– Nie teraz, Mateuszu! Szybko, musimy go szybko wepchnąć do celi.

Bardzo ostrożnie ustawiliśmy końcówki noszy poza występ progu i płynnym, zdecydowanym ruchem wsunęliśmy je do cuchnącej izby. Dosunęliśmy je jeszcze za pomocą dwu drągów, tak by nawet koniuszek przenośnego łoża nie wystawał poza próg. Gdy obserwowałem rzucającego się w konwulsjach Beatusa, podbiegł Przyuważka. Rzucił do środka trochę odzieży, koc, bochen chleba i bukłak z wodą. Potem zatrzasnęliśmy drzwi. Klucz zgrzytnął głucho w zamku.

– Widzisz drogi Mateuszu, to jest eksperyment – wyjaśnił pułkownik, gdy oddaliliśmy się nieco i stanęli na środku dziedzińca. – Dureń jestem, że wpadłem na to wcześniej. Mam pewne przeczucia i… nie chcę za dużo o tym mówić, ale to co stanie się z Beatusem ma znaczenie dla nas wszystkich.

Pułkownik przemawiał tonem, którego nigdy wcześniej nie słyszałem w jego ustach. Była w nim nadzieja i jakby desperacja.

Morale naszej załogi od paru dni sięgało dna, a zajście z udziałem Beatusa wmieszało nowy smaczek w tę ponurą atmosferę. Ludzie przemykali koło nas jakby szybciej i dalej. Przysiągłbym, że szepczą i szemrają po kątach na nasz temat.

 

10

 

Następnego dnia Azjaci wznowili bombardowania. Niebo ponownie zaroiło się od komet z brunatnymi warkoczami. Na szczęście dzień był bardzo wietrzny i huraganowe porywy drastycznie zmieniały trajektorię ich lotu. Jedną z płonących kul wiatr wręcz zawrócił i spuścił z powrotem na obóz wroga. Ku naszej wielkiej uciesze wznieciła ona pożar i zniechęciła agresorów, którzy na długo dali sobie spokój z atakami.

Tuż przed południem zaczął zacinać zimny, nieregularny deszcz. Godzinę później jakiś młody dragon zgłosił się z gorączką do astrologa. Po dwóch godzinach chorowała połowa oddziału.

Nie było już miejsca w izbie szpitalnej, więc złożeni niemocą wojacy leżeli w nieużywanej już kuźni. Niektórzy zaczęli majaczyć, inni dostali dreszczów, a u wszystkich prawie na ciele wystąpił krwawy pot.

– Kurewskie szczury musiały rozsiać chorobę – wycedził głucho pułkownik, przygryzając wargi.

– Ja chyba rozpoznaję objawy – dodał astrolog. – To pleureza. Zabiła onegdaj Karola IX francuskiego. Mam na to pleśniowe mikstury i inne medykamenty, ale nie dla wszystkich wystarczy.

Naraz załomotało na korytarzu i do izby wpadł koniuszy. Był wielce przejęty, a oczy wybałuszył tak, jakby ktoś mu je od środka wypychał.

– Tam, paniczu, Beatus… on żyje i odzywa się…

Pułkownik zerwał się natychmiast i pobiegł w stronę celi straceńców, a ja zaraz za nim. Nie mieliśmy daleko. Chwilę potem zwarty tłumek rozstąpił się przed nami, pozwalając, by komendant przyłożył ucho do drzwi.

– Wypuść mnie stąd – rozległ się głos z wnętrza. Beatus przemówił niezbyt głośno, ale stanowczo i wyraźnie.

Poraził mnie tym spokojem bardziej, niż gdyby wrzeszczał i groził.

– Jak… jak się czujesz? – zapytał pułkownik, ledwo maskując ekscytację.

– Najlepiej od chwili, gdym się narodził.

Wyglądało na to, że jeśli nawet mój rówieśnik postradał zmysły, to na pewno jego krasomówstwo uszczerbku nie doznało.

– Co zamierzasz zrobić, gdy cię już wypuścimy? – kontynuował pułkownik.

– Pójdę pomścić moją ukochaną.

– Wiesz, że nie możemy opuszczać mostu specjalnie dla ciebie?

– Inaczej sobie poradzę. Spuszczę się na linie. Nie muszę was fatygować.

Pułkownik wahał się. Miał zapewne jeszcze parę pytań, ale niecierpliwość zwyciężyła. Sięgnął do cholewy swych botfortów i po raz wtóry wyciągnął z niej klucz.

Zgrzytnęło, zaskrzypiało i naszym oczom ukazał się Beatus.

Rzeczywiście wyglądał znakomicie. Po opuchliźnie nie było śladu. Więcej : wyprostowany i promienny, emanował wewnętrzną siłą. Beatus wyszedł w samych portkach i sukmanie, która zaraz zamokła od smagnięć przelotnego deszczu. Przywróciło mu to bardziej prozaiczną aparycję.

– Potrzebuję szpady i kawałka liny – obwieścił poeta prawie władczym tonem. Nie odważyłem się więcej nazywać go wierszokletą, nawet w myślach.

Na lekkie skinięcie pułkownika koniuszy pognał co tchu do zbrojowni. Po chwili przyniósł nie tylko szpadę z pochwą, ale jeszcze hełm i solidny lamelkowy pancerz. Pomogliśmy Beatusowi przyodziać to wszystko. Wtedy młodzian ruszył w kierunku murów. Wszedł po schodach, owinął linę wokół podstawy jednego z falkonetów i spuścił się na dół.

Pobiegłem za nim, by obejrzeć z bliska tę eskapadę, ale ulewny deszcz zasnuł horyzont szarością i natchniony mściciel szybko zniknął mi z oczu.

Tu będę antycypował, wyjawiając, że dziesięć dni później odnalazłem jego zmasakrowane ciało. Rękojeść kindżału wystawała mu z krtani. Leżał w zarośniętym krzakami jarze, obok bezgłowego trupa kobiety w brokatowej sukni. Odgadłem, że odnalazł był korpus swojej italskiej kochanki. Zadbałem o pochówek obojga, ale gdzie i kiedy miał on miejsce – nie zdradzę, bo na to za wcześnie.

Zszedłem ponownie na dziedziniec. Większość załogi już dawno skryła się przez ulewą. Tylko Andronik, Conor i pułkownik sterczeli bezsensownie na deszczu. Ten ostatni jak zaczarowany wpatrywał się w palce prawej dłoni.

– Może byśmy się ogrzali – zaproponowałem, ale pułkownik znów mnie nie słuchał.

– Widzisz Mateuszu, przed wrzuceniem do celi straceńców zadałem Beatusowi trucizny.

Teraz dopiero rzuciłem okiem na pierścień, który komendant nosił na serdecznym palcu prawej dłoni. Dotarło do mnie, że zniknął gdzieś płaski kamień, malachitowy kaboszon z wypukłym herbem rodu de Morvin. Komendant używał go często do odciskania pieczęci w laku lub wosku. Teraz w miejscu po szlachetnym kamieniu pierścień świecił srebrnym denkiem.

– Miałem arszenik w tym sygnecie – wyjaśniał dalej pryncypał. – Na wypadek, gdybym musiał sobie życie odebrać. Miałem tu dozę, która powaliłaby wołu. Ba! Dwa woły albo i więcej. Rozpuściłem go w wodzie, a Beatus wypił wszystko. I przeżył. Mało tego, nie wściekał się, nie wariował, nie szalał jak jego prekursorzy. Przeciwnie – zachował pogodę ducha.

Jałmużnik Andronik też zadumał się nad nietypowym przypadkiem Beatusa. Chrząknął kilka razy, jakby przygotowywał się do ważnego oświadczenia.

– Myślę, że każdy, kto wejdzie do tej celi, dostaje w prezencie wielki przypływ mocy – powiedział powoli, ważąc słowa. – Większość sobie z nią nie radzi, ale kto ma w sercu Boga, zachowuje się godnie i potrafi tę potęgę wykorzystać.

Astrologowi nie spodobała się ta interpretacja. Zwłaszcza na wzmiankę o Bogu zareagował nerwowym tikiem.

– No tak, samych bezbożników do tej pory wrzucali do celi – skomentował Conor sarkastycznie. – I dlatego cierpieli katusze.

– Tak właśnie mi się zdaje – potwierdził mnich.

– Chyba nie chwyciłeś ironii w moim głosie – odparł astrolog. – Dziwne, że mówisz o bezbożności, skoro i osoby duchowne do celi trafiały, a potem zachowywały się jak cała reszta. Podwójnie dziwne, bo akurat Beatus głębokiej wiary nie wykazywał.

Niepotrzebnie Conor wdawał się w takie spory. Tego typu dywagacje budziły w Androniku uśpionego inkwizytora.

– Nie wznośmy się niepotrzebnie na wyżyny teologii– ciągnął astrolog. – Jeśli coś trzymało go w kupie, to może miłość ziemska, a nawet zupełnie przyziemna.

– To nie tak, waszmościowie – przeciął nagle pułkownik. – Myślę, że wyjątkowość Beatusa polegała na czymś innym. On miał cel, a potrzebował jedynie środka. Musimy z tego wyciągnąć wnioski. Już wiem, co z tym zrobimy.

Spojrzał na niebo, jakby szukał potwierdzenia.

– Mateuszu! – zawołał głośno, choć stałem przecież blisko. – I wy dwaj też, przyjaciele. Wezwijcie tu wszystkich, którzy są w stanie chodzić. A ci, co nie mogą chodzić, niech poproszą towarzyszy o wsparcie. Zresztą niech zjawią się tu wszyscy, którzy słyszą i mogą wyrazić swoją wolę. Mam coś ważnego do powiedzenia.

Rozeszliśmy się każdy w inną stronę i niczym heroldowie poczęliśmy nawoływać i obwieszczać wolę wodza.

Ludzie niechętnie opuszczali swoje wygrzane siedziska. Jedynie wartownicy na murach się ucieszyli, bo choć deszcz zelżał, wiatr przewiewał ich niemiłosiernie. Ewidentnie na dole mniej byli narażeni na jego podmuchy.

Na dziedzińcu zgromadził się spory tłumek. Niektórzy siedzieli, inni leżeli na noszach, majacząc w malignie. Obok zbrojnych, których było nie więcej niż trzydziestu, ustawiły się damy. Wszystkie otulone szalem, skryte pod peleryną bądź płaszczem. W tym towarzystwie wyróżniała się moja Helena. Choć przywdziała jedynie prostą, białą suknię, jaśniała niepospolitą krasą.

Pułkownik stanął na solidnym krześle, chrząknął znacząco i przemówił.

– Drodzy moi. Zanim utknąłem w Grohomlu, byłem człowiekiem racjonalnym. Ufałem szkiełku i oku. Gardziłem przesądami i zabobonem. Często dawałem schronienie zielarkom zwanym czarownicami. Wspierałem odstępców, grałem na nosie inkwizycji. Gościłem filozofów, którzy wyobrażali sobie wszechświat bez Boga i sił nadprzyrodzonych.

Szmer przeszedł przez podwórzec, ale nie wyczułem w nim dezaprobaty, a jedynie zdumienie. Jedynie Andronik wydał groźny pomruk.

– To mocno osobiste zwierzenia, ale chcę, byście zrozumieli moje intencje – kontynuował pułkownik. – Jak wam świetnie wiadomo, jest w obrębie tych murów miejsce zakazane. Cela straceńców. Od paru miesięcy dowiaduję się o niej rzeczy niezwykłych. Mało tego: dzisiaj zdarzyło się tam coś, co trudno mi objaśnić za pomocą zdrowego rozsądku.

Nie dalej niż pół godziny temu na własne oczy widzieliście Beatusa. Zadziwiająco dziarskiego i rześkiego, zważywszy, że raptem wczoraj osobiście napoiłem go roztworem arszeniku. – Cichy szmer przetoczył się falą przez zgromadzony tłumek. – Dawką, od której każdy śmiertelnik sczezłby niechybnie. Jeśli Beatus też skonał, tajemnicza moc przywróciła go do świata żywych. Może z Bożym udziałem, jak to się stało biblijnemu Łazarzowi.

Przez to wszystko mój racjonalizm przechodzi ciężką próbę, ale na zawsze pozostanę człowiekiem praktycznym. I jako pragmatyk wyciągnąłem logiczne wnioski z tego zdarzenia. Posłuchajcie mnie uważnie! To, co bierzemy za klątwę, może okazać się naszym błogosławieństwem.

– No, a jakże to? – odezwał się z jakiś niecierpliwy damski głosik.

– Widzicie te drzwi tam? – Komendant wskazał wejście do izby straceńców. – Wiecie, co was czeka, gdy przekroczycie ten próg?

Śmierć piątego dnia – odpowiedziałem w duchu. I chyba każdy ze zgromadzonych pomyślał to samo.

– Otóż czeka was pięć dni nieśmiertelności.

Zamurowało mnie i olśniło jednocześnie. To przecież oczywiste! Wszystkie fakty, dane, notatki jakie zebrałem o tym tajemniczym miejscu przewinęły mi się przed oczami świadomości. Dlaczego nigdy nie spojrzałem na to z tej strony!? Co ze mnie za gamoń!

Cisza na placu zaległa tak wielka, że słyszałem łomotanie swojego serca. Przerwał ją Andronik, parskając gniewnie. Zaszurał kamaszami i zniknął mi z oczu.

– Sprawdziłem wszystko dokładnie – ciągnął komendant. – Nikt, kto tam wszedł, nie umarł wcześniej niż piątego dnia. Absolutnie nikt. Jak gdyby każdy skazaniec dostał pięciodniowy list żelazny z boską pieczęcią. My też możemy z niego skorzystać. Musimy nawet. To jest dar, którego nie wolno nam odrzucić.

Towarzystwo dalej milczało jak zaklęte i jedynie wiatr poświstywał głucho w odległych zakątkach zamczyska.

– Posłuchajcie mnie, towarzysze! Przeżywamy razem chwile zgrozy, upokorzeń i bezsilnej złości. Kaszgarczycy nie ustępują. Zawzięli się, by nas wybić. Regularnie dziesiątkują nasze szeregi. Mamy coraz większe straty i nie wytrzymamy ich naporu więcej niż tydzień. Może tak nam pisane, ale nie gińmy przynajmniej jak bezbronne owce! Drogo sprzedajmy swoją skórę!

Coś drgnęło. Narastający szum ponownie przetoczył się przez gromadę. Z nadzieją wsłuchiwałem się w te nastroje. Czy wykluje się z nich entuzjazm i żądza walki?

– Wszyscy, którzy jesteście wstanie nosić broń, zróbcie to, co ja za chwilę zrobię. A potem gwarantuję wam, że zmiażdżymy kaszgarską szarańczę! Zgnieciemy ich, wytniemy, wysieczemy! A teraz patrzcie.

Pułkownik zszedł ze stołka i poszedł dziarsko w kierunku celi straceńców. Roztworzył drzwi i wmaszerował do środka. Krótką chwilę tam zamarudził, poczym wyszedł i stanął na środku placu.

I wtedy przez grupkę gapiów przedarł się Andronik. Podpierał się czymś, jakby laską z tajemniczych powodów owiniętą w szmaty. Wietrzyłem w tym jakiś podstęp, bo mnich używał zwykle kostura i to tylko wtedy, gdy dokuczał mu reumatyzm.

– Hej ty! – zawołał Andronik zaczepnie, zwracając się do pułkownika. – Trucicielu! Apostato! Ateisto wierutny! Mienisz się być nieśmiertelnym? Chcesz omamić wiernych chrześcijan bluźnierstwem! Zaraz zobaczymy, co zostanie z twojej buty i hardości!

Andronik podniósł swój kij do pozycji poziomej, odwinął z niego szmaty i wtedy dopiero zauważyłem, że jest to muszkiet. Wymierzył go w pierś pułkownika. Rzuciłem się, by wytrącić Andronikowi śmiercionośną broń. Nie ja jeden miałem ten odruch, ale wszyscy się spóźniliśmy. Padł strzał. Pułkownik jęknął przeciągle, chwycił się za brzuch i zgiął wpół. Stał w tak dziwacznej pozycji przez długą chwilę. Kilku zbrojnych ruszyło ku niemu, ale powstrzymał ich stanowczym ruchem lewej ręki. Potem oderwał prawą rękę od brzucha. Była cała we krwi. Obejrzał ją uważnie z każdej strony i wtedy dopiero podniósł głowę. Ogarnął nas najpierw szerokim, niepewnym spojrzeniem. Zachwiał się lekko. Ale już chwilę potem potrząsnął energicznie głową, jakby zrzucał z siebie wszystkie cielesne niedoskonałości. Wyprostował się w końcu i ruszył w kierunku Andronika. Krok komendanta był pewny i sprężysty, rozpoznałem w nim tę samą energię, co u Beatusa, gdy wychodził z celi.

Mnich gapił się jak zauroczony. Rozdziawił przy tym gębę i nie śmiał drgnąć. Pułkownik trzasnął go pięścią w twarz. Coś zachrzęściło i Andronik upadł twarzą w kałużę. Byłem prawie pewien, że ze złamaną szczęką.

– Jest jeszcze jakiś niewierny Tomasz !?– ryknął pułkownik. Odpowiedział mu cisza.

– Ja jestem z tobą! – palnął nagle rotmistrz Przyuważka.

– I ja! – dodał jego wierny druh Przyczajka.

– I na mnie też polegaj! – rzucił Petyr. – Rozpirzymy tę bladź w driebiezgi!

I tak to się potoczyło. Zahuczało wokół od gwaru bojowych okrzyków, uroczystych przysiąg i solennych deklaracji. Euforia okazała się zaraźliwa. Wiwatujący żołnierze otoczyli pułkownika wianuszkiem. Wrzeszcząc wniebogłosy obiecywali sobie wieczną sławę, a nieprzyjaciołom hańbę i męczeństwo. W końcu zaintonowali pieśń Ojczyźnie na chwałę, wrogom na pohybel.

Gdyby kto popatrzył na nich z boku, pomyślałby, że zwycięstwo już odniesione.

 

***

 

Najpierw Przyczajka z Przyuważką wepchnęli do celi Gryzeldę – wielką, muskularną klacz bojową. Imię nadano jej z tego powodu, iż lubiła wgryzać się w nieosłonięte brzuchy piechurów. Choć właściwie, gwoli ścisłości, szlaki przecierał inny zwierz. Otóż Edyta, jedna z dwórek księżnej Anny, poświęciła swego kota, byśmy mogli się przekonać, że syndrom Beatusowy działa i na naszych braci mniejszych. Za klaczką poszły ogiery, a potem nawet dwa perszerony, których używaliśmy do obsługi mostu zwodzonego.

W drugiej kolejności wniesiono rannych i obłożnie chorych, gdzie miało ich spotkać tymczasowe cudowne ozdrowienie. Ja ustawiłem się na końcu kolejki dla pełnosprawnych. Po lewej stronie stały kobiety. Oczywiście nikt nie oczekiwał od nich żadnych poświęceń – to raczej my dla nich podjęliśmy tę niełatwą decyzję. Niepokoiło mnie tylko, że wśród dam nie mogłem wypatrzyć Heleny.

Tak oto wszyscy oprócz Andronika wylegli na zewnątrz. Mnich leżał z nabrzmiałą twarzą pod opieką Udałowa i co chwila wydawał wyjące dźwięki. Cokolwiek bełkotliwe, ale sądząc z intonacji, musiały to być obelgi pod adresem komendanta.

– A ty gdzie? – zagadnął nagle pułkownik, chwytając mnie od tyłu za ramię.

Wzdrygnąłem się, lekko wystraszony.

– No… jak to? – Wzruszyłem ramionami. – Tam, gdzie wszyscy.

Pułkownik ociągnął mnie na bok.

– Nie wejdziesz do celi straceńców, drogi Mateuszu. Mam dla ciebie inne instrukcje. Zostaniesz z kobietami i będziesz się nimi zajmował. Zadecydujesz, czy i kiedy wyprowadzić je z zamku. Poza tym spiszesz wszystko, co tu widziałeś i ocalisz dla potomności.

Przyjąłem te nowiny z mieszanymi odczuciami. Czułem ulgę jak skazaniec, któremu darowano karę, ale też i rozczarowanie, że wykluczono mnie z grona bohaterów. Szamotałem się chwilę z myślami, gdy wtem dostrzegłem postać w białej sukni, wychodzącą z zaklętej celi.

O nie, to nie może być prawda! – krzyknąłem w duchu. Przetarłem oczy i zmrużyłem je kilkakroć dla pewności. Niestety, nie było wątpliwości.

Podbiegłem do Heleny, chwyciłem ją za ramiona i potrząsnąłem gwałtownie.

– Boże, dziecino, co ty zrobiłaś! – z goryczą krzyknąłem jej prosto w twarz. – Po co?!

Patrząc mi w oczy, Helena delikatnym ruchem zdjęła moje dłonie ze swoich ramion.

– Ja tego nie rozumiem! Przecież jesteś młoda, życie stałoby przed tobą otworem!

Nigdy nie roiłem sobie rzecz jasna, że zwiążę się panną z tak wysokiego rodu. Pogodziłem się nawet z myślą, że sczeznę w tej przeklętej wojnie. Ale Helena swoim postępkiem naruszyła moje wyobrażenie o idealnym urządzeniu świata. W którym mężowie opiekują się bezbronnymi niewiastami i gdzie trzeba chronić każdy przejaw piękna.

Poczułem się, jakby wielki ciężar runął mi na ramiona. Opadłem na kolana, przygnieciony tym zadziwiająco fizycznym doznaniem. Dziewczyna zrozumiała moje rozterki. Chwyciła mnie za ramiona i próbowała podnieść, imitując poniekąd mój gest sprzed chwili. Skoro pozostałem na klęczkach niewzruszony, ona także w końcu przyklękła.

Aby spojrzeć mi w oczy, chwyciła moją głowę i przywróciła ją do pozycji mniej więcej pionowej.

– Za to nigdy nie twierdziłam, że chcę umrzeć jako dziewica – szepnęła.

– Jakże to? – spytałem zaskoczony, ocknąwszy się z głębokiego zamyślenia.

– Chodźmy! – powiedziała szarpiąc mnie delikatnie za rękaw. – Mamy mało czasu.

Wstałem ciężko i poszedłem za nią posłusznie. Gdy mijałem pułkownika, ten najpierw wzruszył ramionami, co oznaczało: Nic nie mogłem na to poradzić, a potem przyzwalająco pokiwał głową.

Wciąż miał krwawą, czerwoną plamę na brzuchu.

 

 

 

Buduar hrabiny Stelli był ciasny i zagracony. Stanowczo nie nadawał się na sypialnię. Nic dziwnego, że Włoszka szukała była większego pomieszczenia. Miłosne igraszki z Beatusem wymagały stanowczo więcej przestrzeni.

Mimo niewygód przeżyłem tam z Heleną upojne chwile. Przywąska sofa z trudem mieściła nasze ciała, choć ciasno były splecione w całej ich rozciągłości.

– Może miałeś rację – stwierdziła nagle Helena ni pięć ni w dziesięć.

– Co masz na myśli?

– Mówiąc, że nie wiem czego chcę. Ale za to wiem, czego nie chcę.

– No i czego nie chcesz?

– Po pierwsze, nie chcę zginąć jak mój stryj Siemirad.

– O, co mu się przytrafiło? – podchwyciłem ochoczo.

– Było to ze dwa lata temu. Przebywaliśmy w Italii u rodziny stryjenki Stelli. Jej mąż, a mój stryj, czyli Siemirad, popił zdrowo i trzeba go było sadzać na siodle. Niestety, zaszedł wtedy zbieg niefortunnych okoliczności. Jakiś żartowniś poluzował był popręg. Koń poniósł, bo nie znosił smrodu alkoholu. Stryjko osunął się niefortunnie, to jest tak, że noga uwięzła mu w strzemieniu. Wleczony przed zwierzę, stryj poobijał sobie skronie. Skonał śmiercią głupią i niepotrzebną.

– Istotnie szkoda, bo fechmistrzem był niezrównanym – skomentowałem refleksyjnie.

– Po drugie, nie chcę skończyć w bezsile i pohańbieniu, jak moja matka – ciągnęła Helena – Zgwałciła ją chmara kaszgarskich żołdaków na oczach moich i brata, którzy siedzieliśmy cicho pod stołem. Ostatni z łotrów, potężne bydlę, skręcił jej kark. Trochę niechcący, jak mi się zdaje, ale co to zmienia. Moja matka ma chociaż nagrobek. W przeciwieństwie do ojca, który chciał ją pomścić. On został poćwiartowany i rzucony głodnym wilkom na strawę. A, na koniec jest jeszcze mój brat. Ten też nie miał chrześcijańskiego pochówku, a w dodatku zginął w złej sprawie.

Helena uniosła się nieco na łokciu i spojrzała mi w oczy.

– Teraz bardziej mnie rozumiesz, Mateuszku? – spytała niemal pieszczotliwie. Uderzająco kontrastowała ta łagodność z powagą tematu.

Nie potwierdziłem na wszelki wypadek, bo jeszcze kilka wątpliwości błąkało mi się po głowie.

– Widzisz, słonko, ta wojna wymazała całą męską linię Paliwodów. Bez ciebie zmarnieje całe dziedzictwo i tradycje rodu.

– To ja stworzę tradycję! – żachnęła się Hela. – Nikt z Paliwodów nie umiał dotąd stawić czoła tym krwawym łajdakom. Ja będę pierwsza. – Ostatnia deklaracja zgrzytnęła mi nadmierną buńczucznością, ale nie oponowałem. – I wiedz, że teraz czuję się silna. Nie tak… fizycznie, ale gdy już wiem, co się wydarzy to… to taki spokój jest we mnie.

– No, dobrze – bąknąłem koncyliacyjnie. – No to pokaż mi tę osobliwą broń, którą wybrałaś na ostateczną rozprawę.

Helena wyskoczyła z łóżka giętko jak sprężynka i podbiegła do szafy. Wyjęła stamtąd dwa miecze.

– Ta broń nazywa się pata i pochodzi z Indii. Mój tatulek lubił gromadzić takie kurioza.

Przyjrzałem się z bliska dziwacznemu orężowi. Zamiast jelca miał gałkę osłaniającą pięść z nadgarstkiem oraz stalowy mankiet zakrywający wierzch ręki aż do łokcia. Najciekawszym rozwiązaniem natomiast wydało mi się ustawienie rękojeści prostopadle do głowni. Wyglądała jak strzemię wobec puśliska – skórzanego rzemienia, na którym jest zawieszone.

– I jak się tego używa? – spytałem zaintrygowany.

– Pokażę ci – oznajmiła Helena i wsunęła ręce w mankiety, poczym wykonała kilka sztychów i szybkich cięć.

– Widzisz? – Spociła się lekko i silniej poczułem jej ulubioną konwaliową perfumę. – Prawie nie sposób go wytrącić. Idealne narzędzie dla słabej istotki o krótkich ramionach. Jak wyglądam?

– Jak modliszka – odparłem z przekąsem, na co ona roześmiała się szczerze. – Pasują ci te miecze idealnie. Niczym naturalne przedłużenie rąk. Co oznacza, że ci Hindusi mają dość cherlawe kończyny.

Bogiem a prawdą nie spodziewałem się, że tak mnie podnieci widok nagiej dziewczyny wymachującej mieczami. Moje przyrodzenie również zareagowało, wyraźnie wybrzuszając pościel.

– O santa croce! – zawołała Hela, zauważywszy to zjawisko. Roześmiała się przy tym filuternie. – Świntuszek!

Potem kochaliśmy się jeszcze raz i raz jeszcze.

 

12

 

Kiedy wyszedłem na świeże powietrze, właśnie kończyła się msza. Odprawił ją Kuźma Kostiariusz, bowiem obsesjonat Andronik nie mógł słowa wymówić ze szpetnie obitą gębą.

Kuźma wyglądał komicznie w swoim kusym szkaplerzu, jaki nosili zwykle nosili nowicjusze. Najpewniej nie miał wszystkich koniecznych święceń kapłańskich, ale któżby się przejmował takimi drobiazgami.

Rycerze modlili się żarliwie przed ostatnim bojem. Policzyłem, że chorąży Przyczajka dziesięć razy pocałował medalik z Matką Boską. Z kolei jego nieodłączny towarzysz, Przyuważka, zawiesił sobie na piersi ryngraf ze świętym Sebastianem. Idąc za tym przykładem, każdy prawie ze zbrojnych wyeksponował krucyfiks, różaniec czy nawet zgoła niechrześcijański amulet.

Po nabożeństwie wiara po raz ostatni przeszukała zasoby zbrojowni. Rupieciarni raczej, jako że bałagan w niej panował totalny i nie tylko broń tam przechowywano. Po starannej selekcji każdy wybrał coś dla siebie: a to rękawice, a to nałokietnice, a to nagolenniki. Ciężko było jednak z tej kupy złomu skompletować przepisowy rynsztunek. Mój protektor na ten przykład wygrzebał zaledwie jeden kirys pasujący na jego szeroki tors. Pancerz był czarnego koloru i z lekka podśmierdywał. Pewnie przyczerniano go na gorąco końskim kopytem; wówczas woń spalenizny pozostaje na wieki.

– Wyglądam jak, Zawieja Ciemny – zaśmiał się pryncypał, gdy mu zaciągałem ostatnie rzemienie. – Ciasne toto, ale jak mówią, z braku maku dobry i klawesyn.

Na placu czekał mnie niecodzienny widok. Wszystkie konie stały na podwórcu i rżały cichutko. Pachołkowie oblewali je naftą, gorzałką, oliwą i każdą inną łatwopalną substancją, jaką mieli pod ręką. Na końcu sami wysmarowali siebie tudzież kilkunastu jeźdźców i piechurów.

Pułkownik poszedł deliberować zawzięcie z kilkoma oficerami, co chwila zasięgając opinii Petyra Stipanka. Trochę byłem zazdrosny o zażyłość, która zrodziła się między nimi przy omawianiu francuskich koneksji i koligacji. Ponieważ w końcu zaproszono mnie do dyskusji, dowiedziałem się co nieco o rewolucyjnie nowatorskiej taktyce, zaproponowanej przez Stipanka.

Po godzinie, gdy wszyscy byli gotowi i ustawieni w bojowym szyku, Kaszgarczycy wznowili atak. Co chwila ziemia drżała od uderzeń, a mur na moich oczach kruszył się i pękał. Barbarzyńcy musieli sprowadzić naprawdę potężne działa i w dodatku uderzali precyzyjnie w jedno miejsce.

Oddział idących na śmierć liczył trzydziestu jeźdźców i piętnastu piechurów. Oprócz niewiast tylko ja, klucznik i Andronik mieliśmy pozostać na zamku.

Według zaleceń komendanta zaprowadziłem damy do klitki, gdzie znajdował się mechanizm opuszczający most zwodzony. Dotychczas do jego obsługi wykorzystywaliśmy dwa perszerony, zarekwirowane obecnie do walki. Mocarne konie swą pracą wysuwały i chowały wysuwnice, na których zawieszony był most. Wobec wyższej konieczności musieliśmy tym razem wiotkie białogłowy zaprząc do kołowrotu, po tuzinie do każdego zaprzęgu.

Gdy już droga stała otworem i wszyscy szykowali się do wymarszu, odnalazłem Helenę. Zastygłem z nią w długim, milczącym uścisku. Pułkownik najpierw chrząknął znacząco, a potem szarpnął mnie za skraj kubraka. Skutek tego był niewielki, więc rozdzielono nas siłą. Wydało mi się nagle czymś nie bolesnym nawet, ale absolutnie niedorzecznym, że mam się rozstać z moją bogdanką. Niewytłumaczalny impuls ukłuł mnie w serce i w te pędy pognałem w kierunku uchylonych drzwi do celi straceńców.

– Nie! – wrzasnął pułkownik. – wracaj tu zaraz!

– Nie, Mateuszu, proszę! – zawtórowała mu Helena.

Nie usłuchałbym wcale tych rozkazów; powstrzymało mnie coś innego. Ogłuszający wizg wdarł się nagle do moich uszu i wielka, płonąca kula runęła na zamek. Uderzyła w dach zaklętej izby, rozbijając go na kawałki i rozpryskując na wszystkie strony odłamki łupkowych dachówek. Potężna siła wyrwała drzwi od środka i powaliła ściany, a mnie przewróciła na ziemię falą gorącego powietrza.

Leżałem przez chwilę, macając twarz. Byłem pewien, że rzęsy i brwi zwęgliły się od gorąca. W chwilę potem Helena podbiegła, by pomóc mi się podnieść. Oboje patrzyliśmy w osłupieniu na płonący budyneczek. Jak urzeczony gapiłem się w płonące kościotrupy, mumie i inne ludzkie artefakty. Cały bajzel zgromadzony tam przez wieki spopielił się w okamgnieniu.

– No, to koniec legendy – westchnąłem zrezygnowany.

– Albo początek, nowej – odparła Hela.

 

12

 

Z żalem przyznaję, że większości opisanych poniżej zdarzeń nie widziałem na własne oczy, a jedynie znam je z drugiej ręki. Nie ulega jednak kwestii, że dzielnie chłopcy walczyli.

Najpierw na najszybszych rumakach ruszyli saperzy. Przemknęli wzdłuż palisady, niewiele sobie robiąc z intensywnego ostrzału. Ten pośpieszny rajd miał na celu rozmieszczenie ładunków wybuchowych, wytworzonych według Petyrowego pomysłu i głównie jego nakładem. Każdy z ładunków został uprzednio podpalony. Gdy iskrzące zarzewie, wędrując wzdłuż lontu, docierało do prochu, następowała eksplozja. A w sumie cała seria eksplozji, które poczyniły szerokie wyrwy w ogrodzeniu.

To był niesamowity widok. Widziałem przez lunetę jak masywne, zaostrzone pale wzrywane są w powietrze niczym wyschnięte patyki. Po tejże akcji saperzy zawrócili, by czynić szkody gdzie indziej.

Z kolei chwilę chwały miała formacja pogorzelców, że tak ich nazwę na użytek tej opowieści. Podpalili się ci śmiałkowie i niczym żywe pochodnie, na płonących koniach siali wśród pohańców chaos, zamęt i przerażenie. Jurta za jurtą stawały w ogniu, szybko sfajczył się im spichlerz, szpital polowy i skład amunicji. Nad każdym z tych płomiennych jeźdźców, a było ich z tuzin przynajmniej, unosiły się złowieszcze poświaty. Przyćmiła je dopiero jaskrawa łuna pożaru, która zawisła nad nieprzyjacielskim obozem.

Część saperów tymczasem zajęła się wysadzaniem machin oblężniczych. Aby rozproszyć obsługujące je załogi, rzucano przedziwne fosforowe race. Sprawdzały się świetnie jako broń zaczepna. Rozpryskiwały się jak jarmarczne fajerwerki, robiły mnóstwo dymu i hałasu, ale mogły też dotkliwie poparzyć.

Druga grupa saperów popruła w kierunku zagrody, gdzie najeźdźcy trzymali konie. Tam nasi rzucili siarkowe granaty. Wydzielały one tak smrodliwy dym, że konie wariowały od niego. W porywach strachu i odrazy czworonogi taranowały płot, łamiąc go w wielu punktach. Niektóre ryzykowały skok, ale te mniej skoczne pogruchotały sobie pęciny o zbyt wysokie poprzeczki.

Po pierwszym przypływie paniki Kaszgarczycy pozbierali się jakoś i nadszedł nieunikniony etap walki wręcz. Każdy z wiarusów swoją miał metodę i ulubiony oręż, ale najczęściej szła w ruch szabla, dwuręczne miecze, halabardy i topory.

Moja Helena też niezgorzej sobie radziła. Wirowała jak fryga, siekąc indyjskimi klingami niczym bogini Kali. Mknęła jak tornado, gęsto znacząc trupami swój szlak. Nie znałem dzierlatki od tej strony i tym większa żałość mnie ścisnęła, że tyle talentów zabierze ze sobą do grobu.

Najeźdźcy wciąż mieli wielką przewagę liczebną. By jej sprostać, dwudziestu husarzy ustawiło się w defensywnym okręgu. Wierzchowce dzielnie ich wspierały, gryząc i wierzgając. Mimo to Kaszgarczycy zdołali rozbić ten zwarty szyk i wkrótce bitwa rozproszyła się na kilka lokalnych potyczek i pojedynków.

Obserwowałem tę krwawą jatkę przez parę godzin i coraz bardziej zdziwiony determinacją barbarzyńców. Jakoś nie przerażała ich nadludzka odporność Polikarpowych wojowników. Niezrażeni Azjaci posyłali wciąż nowe hufce. Muszę niechętnie przyznać, że tchórzostwa nijak nie można im było zarzucić.

 

13

 

Kiedy zaczęła się druga doba zajadłych starć, ja już spałem znużony bezustanną obserwacją. Wstyd mi było z tego powodu, ale po prawdzie niewiele bym wypatrzył. Centrum zmagań, o ile jeszcze takowe istniało, przesunęło się daleko poza zasięg mojego wzroku. Tymczasem po pobojowisku zaczęły się kręcić podejrzane indywidua. Najpewniej jacyś miejscowi szabrownicy czy wręcz hieny cmentarne. Z pewnością jednak ani kaszgarskie, ani Polikarpowe wojsko to nie było.

Gdy przyglądałem się im przez świetną lunetę podarowaną przez pułkownika, zawołał mnie klucznik Udałow.

– Mateuszu, są goście do ciebie.

– Że co? – zdziwiłem się. Zbiegłem pośpiesznie z muru i podążyłem za klucznikiem.

Zszedłem za nim aż do krypty pod kapliczką.

– Gdzie mnie ciągniesz, drogi Mychajło – zaniepokoiłem się nie na żarty.

Klucznik wskazywał drogę, przyświecając pochodnią, a ja ostrożnie dreptałem za nim.

– Pokażę ci nasze tajne przejście – odparł klucznik. Dałbym sobie głowę uciąć, że uśmiechał się przy tym. Nie mogłem się o tym upewnić, bo szedł przodem. Ale staruch już wcześniej uwielbiał mnie zaskakiwać i wprawiać w konsternację.

– Więc jest jakieś tajne przejście? Rychło w czas mi o tym mówisz – zganiłem go oschle.

– Po pierwsze, obowiązywała mnie tajemnica zawodowa. Po drugie, nie pytałeś – zachichotał Udałow jak dzieweczka. Zupełnie niestosownie do swego wieku i powagi chwili. – To stara sztuczka. Wkłada się wielką beczkę w mur i obudowuje kamieniami. A potem wystarczy trochę przystroić i zamaskować z zewnątrz.

Wówczas dopiero rozpoznałem w sklepieniu typową krzywiznę klepek. Klucznik postukał trochę, coś podważył i wyszliśmy poza mur. Po raz pierwszy od ponad trzech miesięcy znalazłem się poza zamkiem.

Po chwili wszedłem w szpaler mężczyzn odzianych w portki, lniane koszule i skórzane serdaki. Była ich setka przynajmniej. Na głowach mieli zabawne, okrągłe czapeczki. Dokładnie jak ci, których jeszcze przed chwilą brałem za szabrowników. Zdjęli jak na komendę w geście pozdrowienia.

– Jezdemy wolne, miejscowe chłopy – zagadał najstarszy z przybyszów. – Mnie nazywajo harnaś Ziuk. A tyś pewnikiem Mateus.

– We własnej osobie.

– Nie będę za długo godoł. Widzis, jak się pany z bandziorami bijo, nam nic do tego. Ino ze, młodziasku, twój pułkownik tak se dzielnie pocyno, ze uradzilim mu pomóc. Puść nas do arsenału, wybierzem se jakoweś rusnicki i inne pistoleta, bo samymi ciupaskami wiela nie nawojujem.

– Nie wiem, czy mogę wam zaufać – odparłem z wahaniem. – Mam niewiasty pod opieką i naraziłbym je, wpuszczając was przez to sekretne przejście.

– Takie ono sekretne, jak cycek mojej krasuli – palnął jeden górali, a reszta na to ryknęła śmiechem.

Naradziłem się z klucznikiem na osobności i w końcu poprowadziłem zuchów do zbrojowni. Długo tam gmerali, zanim wybrali, co chcieli. Najbardziej spodobały im się garłacze – ulubiona zabawka zbójnika Rumcajsa. Tyle że w przeciwieństwie do słynnego banity, obficie zaopatrzyli się też w proch i kule. Nie wierzyli jakoś w skuteczność żołędziowych pocisków.

 

***

 

Następne dwa dni spędziłem zżerany przez nerwy i niepokój. Łaziłem po murze, obgryzając paznokcie i wypatrując się w horyzont. Nie dostrzegłem wokół żywej duszy. No, może oprócz zwierząt. One są wprawdzie żywe, ale duszy nie mają. Nad trupami barbarzyńców zaczęły już krążyć czarne ptaszyska. Gdzieniegdzie przebiegł lis, a nawet coś grubszego.

Wokół zamku rozciągało się smętne pogorzelisko. Wciąż tliły się zwęglone szkielety trebuszetów. Dopalały się też kikuty solidnej niegdyś palisady. Jakimś cudem swąd spalonych zwłok docierał aż do moich nozdrzy.

Jakiś konny wynurzył się nagle z przerzedzonych chaszczy kolcolistu. Dosiadał rączego, siwego araba i sam powiewał płaszczem w podobnym kolorze. Zaraz za nim wybiegł drobny bułanek, osiodłany, ale bez jeźdźca.

Wkrótce rozpoznałem Jaśka juhasa, członka góralskiej delegacji, która nawiedziła mnie wcześniej. Pomachał mi ręką z dala na znak, że chce ze mną mówić. Zszedł na ziemię u wylotu tajnej furtki. Odwaliłem od wewnątrz płaski głaz, który zakrywał wejście i zaprosiłem chłopaka w obręb murów.

– Ni mo casu. Pułkownik mie posyło – wyrzucił Jaś przejęty i zasapany. – Siadaj na koń i rusamy. Pokaze ci gdzie on lezy.

– No, a co z moimi podopiecznymi? – zaoponowałem.

– Juześ zwolniony z tej słuzby – wyjaśnił Jaśko. – Królewski garnizon tu nadchodzi. Ścierwojady dostali baty i wsendy ruchawki sie zacynajo. Oj , bedzie sie działo!

Nie zważając na ponaglenia dziarskiego juhasa, poszedłem pożegnać z niewiastami. Trwało to dłużej, niż sądziłem. Niektóre płakały, ściskając mnie i głaszcząc po głowie. I ja się wzruszyłem widząc ich łzy.

Gdy tylko Mychajło zatrzasnął klapę, ruszyliśmy co koń wyskoczy. Pognaliśmy na zachód ku torfowiskom. Wąska dróżka wiodła przez sosnowy las, który po godzinie zaczął się przerzedzać. Spotkaliśmy po drodze wóz wypełniony zwłokami. Zatrzymałem się, rzucić okiem na ładunek, ale nie rozpoznałem nikogo z grohomelskiej załogi. Co było nawet logiczne, bo teoretycznie wszyscy powinni być jeszcze żywi.

Coraz częściej widzieliśmy bezchmurne niebo, w tle strzelistych koron. Wyskoczyliśmy w końcu na polanę usianą zmasakrowanymi ciałami. Wydawało mi się, że były wśród nich grohomelskie zuchy.

– Hej, Jaśko, skoro już po bitwie, nie wartało by naszych gdzieś w godniejsze miejsce przenieść? – zapytałem, rozglądając się uważnie.

– Prawda. I jo tyz sie dziwuje – odpowiedział Jasiek. – Widzis, Mateusku, cosik tym oficerom odbiło i nie chco, zeby ich rusać przed śmiercio. A mozna by ich w ciepełku pomieścić, śród dobrych dusycek. Ale nic, sam se o tym pogadas z pułkownikiem. To juz blisko. Bedzie jakie…

Głośny strzał przerwał Jaśkową przemowę. Odbił się dziwnie suchym, trzeszczącym echem. Chłopak oklapł w siodle, spuścił głowę i osunął się bezwładnie na ziemię. Jeszcze zanim ściągnąłem cugle, mój konik rozrył miękką ziemię, hamując gwałtownie. Wonczas usłyszałem przeciągły świst. Masywna włócznia śmignęła gdzieś z boku i przebiła szyję wierzchowca. Zarżał przeciągle upadając, a ja zdążyłem tylko wysunąć nogę ze strzemienia, by nie by nie przygniótł jej bokiem.

Nie powstałem z klęczek, by się nie odsłaniać, ale z drugiej strony potrzebowałem rozpoznać, skąd nadchodzi zagrożenie.

Na drugim krańcu polany, nie dalej niż czterdzieści kroków ode mnie stał, kaszgarski niedobitek. Przez chwilę patrzył na mnie i ruszył w moją stronę szybkim krokiem. Wyciągnął szablę i wydał dziki bojowy okrzyk.

Z początku wpadłem w panikę. Rozejrzałem się za jakąś bronią i ku swojej uldze zauważyłem martwego piechura, nie dalej niż pięć kroków dalej. Podbiegłem do niego i wyszarpnąłem mu broń z ręki. Był to solidny turecki pałasz. Zaraz obok znalazłem też tarczę, a właściwie puklerz z wikliny wzmocnionej płatami blachy.

Więc bezpośrednie starcie mnie nie minie – pomyślałem melancholijnie. Dokona się zatem sprawiedliwość, bo tak po prawdzie, to chrztu bojowego jeszcze nie przeszedłem.

Tu muszę wyjawić, że nie byłem całkiem na bakier ze sztuką fechtunku. Nie tak, jakby na to wskazywały sztywne ruchy i delikatne dłonie. W czasie studiów dorabiałem sobie jako, powiedzmy, chłopiec do bicia. Moim zadaniem było markowanie ciosów, a tym większą gażę dostawałem, im większa pomysłowość i zapał umiałem z siebie skrzesać. Pułkownik także zabierał mnie na ćwiczenia, nazywając asystentem czy nawet partnerem. Bezlitośnie okładał mnie rapierem, buzdyganem, a nawet toporem, a moją rolą było jedynie parować ciosy tarczą. Serdecznie nie znosiłem tych zajęć, bo zostawały mi po niej siniaki od palców aż po łokcie.

Wspomnienie tych doświadczeń dodało mi otuchy, gdy azjatycki zakapior stanął przede mną w całej okazałości. Nosił pikowany waciak i – na wierzchu – skórzany kaftan wzmocniony stalowymi płytkami. Pod kaftanem opinał go szeroki pas. Miał też hełm podbity sobolim futrem. Uśmiechał się kpiąco. Zmrużył oczy, ledwo widoczne pod tłustymi powiekami i podkręcił cieniutki wąsik. Jego twarz okalała druciana plecionka czy misiurka, osłaniająca też kark i ramiona.

Kaszgarczyk zamachnął się krzywym szabliskiem. Obroniłem się z łatwością – głownia z głuchym brzękiem ześliznęła się po tarczy. Powtórzył cięcie, nieco zmieniając kąt. I tym razem udało mi się je sparować. Próbował jeszcze kilka razy. Najpierw uderzał jakby bez zapału – kontrolnie, ostrożnie, od niechcenia. Wnet stracił cierpliwość. Zaczął się miotać w bezrozumnej złości, jakby diabeł go opętał. Pienił się i prychał. Nie siekł już nawet, ale rąbał i walił ile w mięśniach sił.

Umykając tej furii, umyślnie robiłem z siebie niezgrabiasza, który dzierży pałasz od parady i tylko psim fartem wywija się śmierci. Teraz starczyło tylko poczekać, aż wróg da się nabrać i bardziej się odsłoni.

Modliłem się, żeby puklerz jeszcze trochę wytrzymał. Ale właśnie przez niego, przez ten dziadowski szmelc, sztuczka mogła się nie udać. Ze zgrozą zauważyłem, że tarcza zaczyna pękać. Wyłaziły na wierzch wszystkie jej defekty: nie dość, że licho sklecona, to jeszcze nadwerężona w bojach. Kilka trójkątnych płatów odpadło w trymiga, inne odrywały się, tworząc ostre zadziory. Nie miałem szans długo tak pociągnąć.

Na szczęście Azjata popełnił ten głupi błąd. Zbyt wysoko unosząc szablę, wygiął się do tylu i odsłonił miękkie podbrzusze. To znaczy odkrył je tylko trochę. Nie więcej niż dwucalowej szerokości rozziew między pasem a dolną krawędzią kaftana.

Zaryzykowałem. Wciąż zasłaniając tarczą głowę od góry, uklęknąłem na prawe kolano, desperacko wyrzuciłem ciało do przodu i długim poprzecznym cięciem przejechałem po brzuchu Kaszgarczyka. Udało się. Jego ostatni cios spadł w końcu, ale był żałośnie słaby i nieporadny. Wstałem wtedy szybko i odsunąłem się na kilka kroków.

Azjata stał z pochyloną głową i wpatrywał się w krwawą pręgę na rozprutym waciaku. Dziwne, ale nie próbował dotykać rany. Popatrzył w końcu na mnie, bezbrzeżnie zdumiony. Podszedłem do niego nieco z boku i dźgnąłem go w twarz prostopadłym sztychem. Nie zdołał się uchylić. Szczyt głowni przebił mu oczodół i wojownik skonał natychmiast.

Ogarnąłem się trochę i rozejrzałem po okolicy. Jaśko leżał martwy z plamą krwi na piersiach, a mój bułanek dogorywał. Pogładziłem go po chrapach. Wierzyłem, że uratował mi życie. Otóż mój przeciwnik był doświadczonym łowcą. Precyzyjnie wyliczył trajektorię lotu włóczni. Gdyby mój wierzchowiec nie zatrzymał się gwałtownie, niechybnie dostałbym w brzuch.

Po krótkich poszukiwaniach odnalazłem Jaśkowego araba, który bez protestów pozwolił się dosiąść.

Noc spędziłem w jakiejś na półrozwalonej chatynce i piątego dnia od rozpoczęcia kontrofensywy dotarłem do granicy torfowiska. Kierując się wskazówkami udzielonymi przez juhasa, odnalazłem tam moich starych towarzyszy z Grohomla.

Chorąży Przyczajka i Rotmistrz Przyuważka spoczywali koło siebie. Obaj walczyli byli w grupie pogorzelców i teraz wyglądali jak szkielety, oblepione popękanymi kawałkami węgla drzewnego. Tylko ich osmalone lica zachowały cokolwiek z ludzkich rysów. Przyuważka zamrugał tylko oczami bez rzęs. Za to Przyczajka przywołał mnie charkotliwym basem.

Leżał na wznak z dłońmi splecionymi na piersiach. Gdy przyklęknąłem nad nim, wcisnął mi do ręki okopcony ryngraf ze wizerunkiem świętego Sebastiana.

– Powieś go na moim nagrobku – polecił. Przyrzekłem zatroszczyć się o to i miałem iść, ale chorąży najwyraźniej chciał uciąć sobie pogawędkę. – Patrzaj synku, byliśmy największe tłuściochy w całym księstwie. I wytopiliśmy się z Przyuważką jak łojowe kaganki. Nigdy w życiu taki chudy nie byłem. Ale ty też jakiś poszarpany się zdajesz. Rozbiłeś jakieś kaszgarskie komando?

– Jednoosobowe – zażartowałem, choć mile połechtał moją próżność.

– To już dzisiaj, tak ? – zapytał nagle Przyuważka. Odwróciłem głowę w jego kierunku.

– Co: dzisiaj?

– Nie udawaj głupka! Dzisiaj tu pomrzem wszyscy. Wszystkie grohomlaki.

– Tak, to już dziś.

Uspokoiło go to jakoś. Pogadaliśmy jeszcze chwilę. Pokazał mi jeszcze miejsce, gdzie miał spoczywać ranny pułkownik. Wkrótce ruszyłem w swoją stronę. Udało mi się wypatrzyć kilku przyjaciół, spoczywających wśród suchych traw.

Odnalazłem go, opartego o spróchniały pień. Siedział na mchu, z głowa odchyloną do tyłu. Między szeroko rozłożonymi nogami walał się jego wielgachny szyszak.

– To ja, Mateusz – przedstawiłem się z daleka. Komendant z pewnością by mnie nie rozpoznał, bo nie miał oczu. Całą jego twarz przykrywała skorupa krwi. Przywykłem do takich widoków, ale dotychczas zawsze było tak, że białka oczu łyskały na poharatanych obliczach. Nie tym razem. Zamiast ślepi pryncypał miał dwa paskudne skrzepy.

– Cieszę, się że dotarłeś na czas. – wychrypiał Pułkownik. – Usiądź koło mnie, bo nie mogę głośno mówić.

Przysiadłem przy nim po turecku.

– Chcę, żebyś opisał nasze przypadki, całe grohomelskie oblężenie. Żebyś zadedykował swoje dzieło mojemu wnukowi.

– O ile wiem, nie masz wnuka – odparłem.

– Ale będę miał, merde! – uniósł się pułkownik. Potrzebował potem długiej chwili, by się uspokoić – Mój niewydarzony Eryk… Eryk kiepsko macha szablą i na rozumie słabowity, ale chuć w nim taka, że zerżnąłby nawet dziurkę od klucza. Pewnie narobił już czeredę bękartów. Mam nadzieję, że w końcu wepchnie swój rożen w prawowitą szparkę.

– Też mam taką nadzieję – przytaknąłem trochę skonfundowany.

– Zaopiekuj się nim – wychrypiał pułkownik niezbyt głośno, ale miał w głosie wielką pasję. – Znaczy moim wnukiem. Zajmij się jego edukacją. Żeby się nie zmarnował, żeby wyszedł na ludzi. Dopilnuj, żeby mój syn lekkoduch dał mu na imię Joachim. To po moim dziadku.

– Tak, tak, obiecuję – obiecałem skwapliwie, choć nie rozumiałem troski o potomka, który się jeszcze nie narodził.

– A na razie wracaj do Tybingi – ciągnął mój mentor.– A, i jeszcze coś. Miałeś się o tym dowiedzieć z innych ust, ale… No, nieważne, sam ci powiem. Swego czasu rozmawiałem z Palladiusem i bankierem Rufusem. Zafundowałem ci stypendium na uczelni. Zależne od wyników w nauce co prawda, ale głodował nigdy nie będziesz.

Stypendium!? Rozmawiał o tym z Palladiusem? Przecież on musiał się o to zatroszczyć dawno temu, nie znając mnie prawie! Zrobiło mi się ciepło na duszy. Uświadomiłem sobie niespodziewanie, że to raczej mnie pułkownik traktował jak syna.

– Ja… nie wiem jak dziękować – odpowiedziałem szczerze wzruszony.

– Nie musisz – odparł pryncypał dobrotliwie. – Tylko Joachima przypilnuj. Wierzę, że będzie nie lada zuchem. Bo w naszym rodzie wybitne jednostki rodzą się w co drugim pokoleniu.

Ta przemowa musiała go wyczerpać, bo stęknął donośnie i przeciągle.

– A teraz już idź – wydusił komendant z wysiłkiem. – Twoja luba pewnie rada by cię widzieć. Ostatni raz widziałem ją pod brzozowym zagajnikiem, jakieś trzysta kroków stąd na wschód.

Piliło mnie rzecz jasna, by zobaczyć kasztelankę, ale pożegnałem mojego mecenasa z ociąganiem. Choć nie mógł tego widzieć, zdjąłem czapkę i wycofałem się rakiem. Potem dopiero pobiegłem w kierunku wskazanym przez komendanta.

Odnalazłem ją szybko. Leżała na wznak, odsłaniając rozprute w poprzek gardło. Miała zakrwawione usta. W pancerzu ziały dziury tak wielkie, że pięść można by wepchnąć, a spod żeber wystawało ułamane drzewce. Zakręciłem się bezradnie wokół Heleny, nie wiedząc, jak się do niej zbliżyć. W końcu przysiadłem z wyprostowanymi nogami, układając sobie jej głowę na podołku. Nie mogłem patrzeć na okropną ranę na szyi, więc przykryłem ją kawałkiem płótna, który uprzednio oddarłem z własnego rękawa.

Hela odnalazła po omacku moją dłoń i ścisnęła ją mocno. Chciała coś powiedzieć, ale tylko kilka krwawych baniek wykwitło na jej zmiażdżonych wargach, zaś strumyk krwi wyciekł na podbródek. Jasne było, że już nie wypowie ani słowa, wobec czego mówiłem ja. Nieskładnie mi to szło. Łamałem często głos, traciłem wątek w tym kulawym monologu bez ładu i puenty. Od czasu do czasu podzwaniałem z zimna zębami, kołysząc się w tył i przód jak osierocony. Po prawdzie to poniekąd tak się czułem.

– A pamiętasz, słonko, jaki ci komplement sprawiłem po łacinie tego zadusznego wieczoru? – Pokręciła głową i zamrugała, ale nie odgadłem, co ten gest miał oznaczać. – Powiedziałem, że gdy wschodzi słońce, gwiazdy gasną. Teraz jest na odwrót, niestety. Gaśniesz, moje słoneczko, a ja właśnie zobaczyłem pierwszą iskierkę na nieboskłonie.

Obiecałem jej na pożegnanie nagrobek z karraryjskiego marmuru oraz zamaszysty poemat, co uwieczni jej alabastrową urodę i szlachetne wyczyny.

Zapadły ciemności i wkrótce Helena przestała oddychać. Zamknąłem jej powieki i wstałem z trudem. Przemarznięty do szpiku kości, starałem się rozruszać zgrabiałe dłonie i zdrętwiałe członki. Co za szczęście, że zima była wyjątkowo łagodna, inaczej odmroziłbym sobie stopy.

Jeszcze tego wieczora przyjechał wóz drabiniasty z pobliskiej wioski. Załadowaliśmy z woźnicami tuzin zwłok co najmniej. Był wśród nich komendant i kasztelanka. Pojechaliśmy w kierunku Bruchacza, gdzie benedyktyni mieli swój cmentarz.

Pamiętam, że cały czas trzymałem Helenę za rękę, a pod kołami chrzęściły grudki błota, świeżo utwardzone przymrozkiem.

 

***

 

Pochowaliśmy walecznych na cmentarzu w Bruchaczu. W czasie pogrzebu Andronik wygłosił kilka dobrych słów o pułkowniku. Trochę niewyraźnie, bo pęknięta żuchwa nie do końca się zagoiła. Na szczęście mnich całkiem dał się udobruchać. Może uwierzył, że tamtego pamiętnego, deszczowego dnia Bóg wybrał go na swe narzędzie.

Nie zabawiłem już długo w tamtych okolicach. Tuż po świętach Bożego Narodzenia wyruszyłem do Tybingi. Chciałem wcześniej, ale ciężko by mi było przeżywać ten czas wśród protestantów. Choć i tak byli dla mnie łaskawi. Przymykali oko na moje katolickie wyznanie, które innemu zamknęłoby bramę do uczelni.

EPILOG

 

Zachęceni Polikarpowym porywem, rodacy ocknęli się wreszcie. W miesiąc czy dwa przegnali wraże zastępy. Judaszowe srebrniki zaciążyły sprzedawczykom, nadszedł czas pokuty i rozliczeń. Z gorzką satysfakcją przyjąłem wieść, że bliźniacy, młodsi synowie chana Muktara, skoczyli sobie do oczu. Przez ich waśnie chanat pogrążył się w bratobójczych walkach.

Tych tematów nie będę jednak drążył, bo nie pobudzają mojego natchnienia. Nie czuję się nawet na siłach. Znajdzie się zapewne masa służalców, którzy opiszą te zdarzenia wedle życzeń promotorów i gustów publiki.

I to już z grubsza wszystko, drogi Joachimie. Dzięki talarom Twojego dziadka dalej studiuję w Tybindze. Przytyłem wyraźnie. Sypiam w ciepłej izbie i po raz pierwszy w życiu dopieszcza mnie poducha nie z sianem, a z pierzem w środku. Poza tym dzielę sypialnię z trzema zaledwie żakami z Czech. Marudzą już i każą gasić świecę, bo jakoby zakłóca im sen.

Mam przeczucie, że nastanie pokój. A nawet coś silniejszego niż przeczucie, miły Joachimie. Jestem przeświadczony, że tych kilka miesięcy w Grohomlu było najburzliwszym okresem w moim życiu i że już nic tak wstrząsającego moim życiem nie targnie.

Kreśląc te słowa, spłacam zatem dług zaciągnięty u Twego dziadka. Spodziewam się, że je przeczytasz.

W sumie nie będziesz miał wyboru.

Spędzimy razem dużo czasu.

Koniec

Komentarze

Niezła opowieść, ale momentami trochę mi się dłużyła. Nie wydaje mi się, że te historyczne szczegóły na wstępie to dobry pomysł, ale później się rozkręciło. Fajna mnogość smaczków różnorakich.

Tylko pionowa zmarszczki nad nosem zdradzały, jak uciążliwą Stella jest sekutnicą.

Literówka.

Była to już piętnasty zgon wśród ofiar nowej kaszgarskiej taktyki. Niektórzy zginęli od poparzeń,

Tu też. I powtórzenie.

Jesteś pewien, że gorzałka się pali?

– Nie się za długo godoł.

Hę?

Babska logika rządzi!

Zacząłem czytać przy porannej kawie i jak na razie mi się podoba. Musiałem przerwać, bo goście przyszli. Dokończę później. Pozdrawiam.

Przeczytałem do końca i niestety, po początku dość intrygującym, nastąpiło rozczarowanie. Opowiadanie napisane jest niestarannie, dużo błędów stylistycznych i potknięć logicznych. Dużo określeń nie pasujących do epoki – np. snajper. Ponadto opowiadanie momentami jest zbyt rozwlekłe, akcja się zacina, pojawiają się wtręty i dywagacje, rozciągające fabułę. Również pomysł przeklętego pomieszczenia jest, moim zdaniem, średnio udany. Tak więc, po przeczytaniu tej noweli odczucia mam mieszane. Pozdrawiam.

Finkla – gorzała się pali, o ile się jej przesadnie nie ochrzci. Opary alkoholu – żeby być precyzyjnym. W ogóle to wiele substancji się pięknie hajcuje lub nawet wybucha, gdy je zmieszać z tlenem. Wiem to z podstawówki. Ryszard – błędy logiczne, powiadasz. hmmm, to mi ćwieka zabiłeś.

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Autorze.

Po pierwsze, ludy koczownicze nie budowały oblężniczych machin.

Po drugie, w siedemnastym wieku nie można było znienacka wystrzelić z wcześniej zamaskowanego muszkietu – zapłon lontowy. A więc scena z nagłym strzałem do pułkownika jest mocno naciągana.

Natomiast bardzo podobały mi się pisma wysyłane do obrońców twierdzy, styl mniej więcej oddaje ducha epoki.

Reasumując, opowiadanie podoba mi się do chwili, aż do fabuły dostają się “siły nadprzyrodzone”. No i zakończenie nie bardzo mnie przekonało. Niemniej zauważam u ciebie niezły literacki potencjał. Pozdrawiam życzliwie.

Ryszardzie, coś mi się zdaje, że mieszanie faktów z fikcją stanie się trendem w literaturze fantasy i SF w najbliższych latach. No i czytelnicy będą mieli problem z oddzieleniem tego, co prawdziwe i zmyślone. Będą się zżymali i marudzili. Czyngis chan musiał opanować sztukę oblegania miast – w przeciwnym razie podboje szłyby mu bardzo, bardzo  opornie. 

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Teoretycznie rozumiem po co prolog i epilog, ale jak dla mnie bez prologu by się mogło obyć. Zabierałam się ze trzy razy za czytanie i znudził mnie ten wstęp. Później jednak, jak już przetrwałam, wszystko się rozkręciło tak, że nie mogłam się oderwać.

W kilku (dosłownie) miejscach miałam wrażenie, że zjadłeś jakąś końcówkę, czy przyimek, ale nie notowałam na bieżąco i teraz już nie znajdę.  

Generalnie, mnie się podobało – i zaklęta cela straceńców i cała ta klątwa, którą załoga zamku przekuła na swoją korzyść.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka