- Opowiadanie: Prada - Bazyliszek

Bazyliszek

Reinterpretacja słynnej warszawskiej legendy. Mile widziane komentarze i obiektywna krytyka :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Bazyliszek

Odziana w biały fartuszek służąca delikatnie rozczesywała długie, jasne włosy swojej pani. Wysadzany klejnotami grzebień błyskał w jej dłoni. Kiedy zbyt mocno pociągnęła splątane pasmo, pani Anna teatralnie westchnęła i odesłała ją zniecierpliwionym ruchem ręki. Pokojówka dygnęła i wyszła szybko, zastanawiając się czy nie spotkają jej przykre konsekwencje.

 Tymczasem Anna wystudiowanym krokiem przeszła przez pokój, otworzyła szeroko drewniane okiennice i wpatrzyła się w blade światło księżyca.

To już dzisiaj! Obiecał, że przyjdzie. Na pewno będzie.

Westchnęła, wspominając tajemniczego młodzieńca. Jego słodkie karminowe usta, głębokie czarne oczy, silne ramiona… Orzeźwiona wieczornym chłodem Anna podeszła do toaletki, usiadła przed lustrem i zaczęła nerwowo przeczesywać włosy. Poprawiła usta czerwoną glinką, prowokacyjnie rozpięła górny guzik nocnej koszuli i wpatrzyła się w swoje odbicie.

Pojawił się znikąd. Przytknął pełne usta do jej smukłej szyi i złożył na nich pocałunek. Anna przymknęła oczy i wtuliła się w ramię młodzieńca, wdychając delikatny, kwiatowy zapach. Przywodził jej na myśl usiane wiosennym kwieciem łąki, wrzosowiska i dworskie ogrody…

– Mówiłem, że przyjdę – wyszeptał cicho i musnął ustami jej obojczyk. Poczuła jego ciepły oddech. Zadrżała, kiedy przejechał nosem wzdłuż jej szyi, aż do ucha. Wyszeptał kilka słów, przeznaczonych tylko dla niej.

Anna uśmiechnęła się delikatnie i otworzyła oczy, aby po raz ostatni przejrzeć się w lustrze. Zauważyła, że coś się nie zgadza. Niewielki, choć istotny szczegół.

W lśniącej tafli było widać tylko ją.

Zamarła na krótką chwilę. Nie zdążyła krzyknąć, bo silne szczęki zmiażdżyły jej gardło.

 

Mężczyzna warknął cicho i zatopił ostre kły w Annie. Wtulił twarz w jej włosy, chciwie chłepcząc ciepłą krew. Nektar bogów, też coś! Nic nie mogło się równać ze smakiem tego słodkiego płynu… Kiedy na chwilę rozluźnił uścisk, blade ciało kobiety osunęło się na drewnianą podłogę. Młodzieniec mruknął z niezadowoleniem i błyskawicznie przypadł do jej smukłej szyi, wysysając resztki krwi. Nie uronił ani kropli. Długim językiem oblizał jeszcze ślad po kłach.

– Pani? Czy wszystko w porządku? – Wyraźnie zaniepokojona pokojówka zastukała w drzwi.

Mężczyzna zerwał się na równe nogi, otarł usta rękawem i owinął płaszczem. Zniknął w kłębie duszącego dymu, równie prędko jak się pojawił.

Przez otwarte okiennice wyleciał czarny nietoperz.

 

***

 

Warszawscy płatnerze nie mieli sobie równych. Ich towary były precyzyjnie kute, kunsztownie zdobione i co ważne trwałe. Fakt, że przy tym niespecjalnie tanie. Z całego kraju napływały doń zamówienia – a to na trzy tuziny szyszaków dla miejskiej straży, a to na posrebrzany hełm dla bogatego rycerzyka. A to na płytową zbroję dla niemieckiego zakonnika, a to na sztućce dla czeskiej damy.

Jednym z mistrzów płatnerskiego cechu był Marcin. Rzekłbyś – zwyczajny mieszczuch. Niespecjalnie gadatliwy, ale też nie mruk. Niemłody, niestary. Niebrzydki, niepiękny. Trochę za niski. Ujdzie w tłumie.

Jednakowoż to właśnie do warsztatu Marcina ściągało najwięcej rycerzy. Bez wątpienia, jego towary były cenione najwyżej.

W kutych przez niego zbrojach mógłbyś przejrzeć się jak w lustrze. Łuskowe kirysy połyskiwały jak gadzia skóra, a hełmy… Ach, Marcinowe hełmy! Niezwykłe to były przedmioty. Każdy z nich inny, każdy piękny i niepowtarzalny. Każdy misternie kuty na kształt łbów drapieżników: czy to wilków, czy to tygrysów. A każdy łeb jak żywy!

 

Warszawa leniwie otwierała oczy, budzona stukotem kupieckich wozów i zapachem pieczonego chleba. Marcin niespiesznym krokiem szedł do warsztatu. Czeladnicy już się tam uwijali, sposobiąc miechy i zamiatając podłogę.

– Dzień dobry, mistrzu! – zawołał patykowaty brunet, odkładając narzędzia.

– Witajcie, chłopcy. – Marcin usiadł przy szerokiej ławie i przejrzał zamówienia. – Dwa tuziny szyszaków dla miejskiej straży. Do roboty, panowie! Dzisiaj tylko będę krążyć i ględzić. Kto zrobi najzacniejszy, ten będzie mógł przystąpić do egzaminu w przyszłym miesiącu. Ruchy, ruchy!

Trzech czeladników z chudym brunetem na czele zabrało się do pracy. Do południa z warsztatu dobiegał odgłos miechów i brzdęk młotów uderzających o stal. Marcin przechadzał się pomiędzy uczniami, czasem chwaląc, czasem narzekając. Częściej narzekając, gwoli ścisłości. Znał się na swojej robocie, więc zwracał uwagę nawet na najdrobniejsze wgniecenia czy ryski. Tego samego wymagał od czeladników.

Kiedy dzwony biły dwunastą, do warsztatu przyszły dzieci mistrza, Maciek i Hania, ubrani w czyste, kolorowe ubrania, z koszyczkami w pulchnych rączkach. Ojciec w jednej chwili zapomniał o pracy, uśmiechnął się szeroko i przykucnąwszy, mocno przytulił dzieci. Bliźnięta zostawiły koszyczki u progu i ruszyły na podbój Marcinowej pracowni. Niczym małe myszki harcowały wśród zepsutych zbroi, zardzewiałych hełmów i strzaskanych tarcz. Czeladnicy zwykle cieszyli się z wesołego gwaru, jakim dzieci wypełniały warsztat, żartowali z nimi i raczyli je słodkościami. Ale dzisiaj, w tak ważny dzień, wszyscy trzej byli zbyt zaabsorbowani pracą. Każdy chciał zyskać przychylność mistrza. Rozumne dzieci postanowiły im nie przeszkadzać.

– Tatusiu, możemy iść na jarmark? – zapytała Hania. – Niania opowiadała mi o ślicznych koralikach! – Ojciec uśmiechnął się szeroko.

– Oczywiście. Macie tu parę groszy. Kupcie też jarzyn, coby niania zupy nagotowała. – Marcin spoważniał. – Jeno pamiętajcie, nie zachodźcie na Krzywe Koło. Ponoć tam straszy.

– Dobrze, tatusiu – powiedział ośmioletni Maciek, dorosłym, jak mu się zdawało, tonem. – Będę się opiekował Hanią.

– Wrócimy przed drugą godziną, pokazać tatusiowi koraliki! – zawołała jeszcze Hanka, zanim w podskokach wybiegła na rynek.

 

***

 

Krew. Tylko to się liczyło. I choć śliczna, jasnowłosa kobieta z pewnością nadałaby się do innych celów, to dla ciemnookiego drapieżnika liczył się tylko szkarłatny napój, pompowany przez przepełnione miłością serce. Ambrozja, ha! Niczym jest przy najsłodszej, najwilgotniejszej, najsmaczniejszej… Krwi. A tym razem trafił się wyjątkowy kąsek. Krew arystokratki. Żony burmistrza, gwoli ścisłości. Ponoć jakowejś damy Czech. Młodzieniec zaśmiał się cicho, kiedy zauważył, że jej krew wcale nie jest błękitna.

Z namaszczeniem wyssał ostatnie krople i zlizał resztki z rany. Złożył pocałunek na bladych ustach księżnej. Wstał, otarł usta rękawem i owinął się płaszczem. Zniknął w kłębie duszącego dymu.

Na parapet wskoczył bury kot. Machnął ogonem i tyle go było widać w ratuszu. Rozpłynął się w nocy.

 

***

 

Marcin kolejny dzień spędzał w warsztacie. Maciek i Hania poszli na rynek, obejrzeć jarmarczne błyskotki. Po wczorajszej pracy dał czeladnikom dzień wolnego. Sam pracował nad misternym hełmem dla niemieckiego możnowładcy. Takiego zadania nigdy nie zleciłby uczniom – może i potrafili wykuć proste szyszaki, ale żaden z nich nie upodobniłby hełmu do wilczego łba tak, jak to robił Marcin.

Płatnerz oliwił zawiasy przyłbicy, kiedy do warsztatu wszedł biskup, a przy tym wuj Marcina. Z tiarą na głowie, z laską w dłoni. Lekko utykając, podszedł do szerokiej ławy i przysiadł.

– Niech będzie pochwalony, Marcinie – powiedział duchowny. – Jak zdrowie?

– Na wieki wieków, księże biskupie. Dziękuję, w porządku. – Marcin odłożywszy młot, spoglądał na gościa spod uniesionych brwi, nie kryjąc zdziwienia.

– Złe rzeczy się dzieją w Warszawie – zaczął duchowny. – Jeno ostatniej pełni, jakaś mara zabiła dwie kobiety. Znaleziono je blade, obie w nocnych strojach, bez jednej kropli krwi.

– Mara? – zdziwił się Marcin. – Wuju, wiesz co to za stwór?

– Bóg jeden raczy wiedzieć. – Biskup rozłożył bezradnie ręce. – Zmora jaka, czy inny upiór.

Płatnerz wydął usta i potarł dłonią brodę.

– Nie rozumiem jednak, księże biskupie, czemóż to do mnie przychodzisz?

Duchowny odetchnął głęboko i złożył ręce jak do modlitwy.

– Jesteś moim siostrzeńcem, jedyną rodziną, Marcinie. Do kogóż innego miałbym się zwrócić w potrzebie? Poza tym, w całej Warszawie gadają, żeś ty najlepszy płatnerz w mieście. Potrzeba jakoweś srebrne sztylety sporządzić. Wiadomo, dobre na demona. Znasz ty się na srebrze, prawda to?

– Ano, nieraz trzeba posrebrzyć jakie hełmy dla paniczyków. – Marcin pokiwał głową. – Ale to lepiej do kowala jakiegoś się udać.

– Marcinie, powiem szczerze. – Biskup był wyraźnie zmartwiony. – Żona burmistrza padła ofiarą upiora. Burmistrz poprosił mnie w tajemnicy, żebym spróbował marę wyśledzić. Bardziej ja tobie ufam, niźli kowalom. Poza tym, burmistrzowi nie przystoi mieszać wojskowych zbrojmistrzów do spraw osobistych, sam rozumiesz. A tylko wojskowi kowale we Warszawie! Innych nie uświadczysz.

Płatnerz tylko uniósł brwi. Biskup poczerwieniał odrobinkę, ale mówił dalej.

– Nie zechciałbyś mi dopomóc? Trzeba odlać broń… No i ktoś musi wyśledzić marę i zabić. Podejrzewamy, że upiór ma kryjówkę gdzieś w okolicach Krzywego Koła…

Marcin spochmurniał.

– Nie będę ryzykować życia – powiedział stanowczo. – Mam dwójkę dzieci. Wuju, jeśliby coś mi się stało… Nie mogę ich samych zostawić, przecież nie dadzą sobie rady beze mnie…

– Rozumiem, Marcinie. – Biskup wstał, po jego poczciwym uśmiechu nie został nawet ślad. – Jeżeli zginie ktoś jeszcze, na twoim to spocznie sumieniu. – Ruszył w stronę wyjścia, błyskając sygnetami na palcach.

Marcin dostrzegł manipulację w słowach wuja, toteż niespecjalnie się nimi przejął.

 

Ksiądz omal się nie przewrócił, kiedy do warsztatu wpadł patykowaty brunet, czeladnik.

– Mistrzu – wydyszał. – Widziałem twoje dzieci na Krzywym Kole. Weszły do podziemi!

 

Marcin chwycił biskupa za ramię. Ksiądz dostrzegł w jego oczach zdecydowanie.

– Muszę tam pobiec. Sprawdzić! Pomóc! Szybko!

– Marcinie, to bez sensu. Upiór zabije i ciebie, i tyleż pożytku będzie. Chodź do kościoła, znajdziemy sposób jaki na demony. Mam ci ja całkiem pokaźny bestiariusz.

 

***

 

– Maćku, zaczekaj! – zawołała Hania. – Nie umiem tak szybko biegać!

Dziewczynka skręciła w uliczkę, w którą pobiegł brat. Gdyby potrafiła czytać, na kamienicy dostrzegłaby biały napis „Krzywe Koło”.

– Haniu, tutaj! – powiedział Maciek. – Wszedł tutaj, po tych schodkach!

Dzieci usłyszały żałosne miauczenie.

– Musiał tam utknąć – szepnęła Hania ze łzami w oczach. – Musimy go uratować! Tatuś na pewno się zgodzi, żebyśmy wzięli go do domu.

W swej dziecięcej naiwności, bliźnięta zeszły po schodkach. Wyślizgane stopnie prowadziły do tunelu. Ściany oświetlało rozedrgane światło pochodni. Maciek przełknął ślinę, ale nie chciał pokazać, że się boi. Kilka kroków dalej tunel rozszerzał się w przestronną salę. Jak się zdało Hani, znaleźli się w piwnicy.

Na środku sali przysiadł bury kot. Spojrzał na dzieci z zainteresowaniem.

– Kici, kici – szepnął Maciek. – Chodź do mnie burasku.

Kocur przechylił łepek i stanął na tylnych łapkach. Ku zdziwieniu dzieci, zniknął w chmurze gryzącego dymu.

Na środku piwnicy stał wysoki młodzieniec w czarnej pelerynie.

 

***

 

Marcin i biskup ślęczeli nad opasłymi księgami w katedralnej bibliotece. Przerzucając pergaminowe strony bestiariusza, szukali demona wysysającego krew.

– Utopiec… Leszy… Zmora… Bazyliszek… Strzyga… Wąpierz… Wąpierz! – zawołał ksiądz.

Marcin pochylił się nad księgą. Opis był niepełny, ktoś udarł dolną część kartki.

– Wąpierz, inaczej upiór, wupi, wampir… – Biskup przeczytał tytuł. – Zmarli mogli przemienić się w wąpierza jeśli ktoś ich przeklął, zmarli gwałtownie… et cetera… Silny, długie kły… Pije krew! Spojrzenie zamienia w kamień… To pewnie przenośnia… Przybiera postać nietoperzy i innych zwierząt… et cetera… O! – zawołał. – Wrażliwe toto na czosnek, cebulę, krzyż, święconą wodę… Aby pokonać wampira, trza przebić jego serce osinowym kołkiem, okutym dla pewności srebrem! Niestety… – Tu strona się kończyła. – Niestety co?

Biskup popatrzył z niepokojem na Marcina. Niestety co? Obaj wzruszyli ramionami.

– Silne toto pewnie. – Płatnerz zasępił się. – Silne, szybkie, z kłami. I pazurami pewnie! A jak się zmienia w nietoperza, to pewnie i w niedźwiedzia by mogło!

– Trzaby go wziąć podstępem! – Panowie pochylili się nad księgą, aby jeszcze raz uważnie przejrzeć zapiski w bestiariuszu.

 

***

 

Dzieci skuliły się w kącie niewielkiej celi. Przez kraty spoglądał na nie ciemnooki młodzieniec, szczerząc w uśmiechu długie kły. Miał gęste włosy i szerokie bary. Na plecy zarzucił pelerynę.

– Na imię mi Bazyli – wyszeptał. – Nie obawiajcie się, nie zabije was. – Przechylił głowę i wbił w dzieci hipnotyczne spojrzenie. – Lubię krew dzieciaków. Będę was tu sobie trzymać i popijać od czasu do czasu, ha! – Echo szaleńczego śmiechu niosło się przez korytarze i piwnice Krzywego Koła.

 

***

 

– Mam! – krzyknął biskup. – Spojrzenie zamienia w kamień! Jakby tak zwierciadło zabrać? I niechby tylko spojrzał, sam siebie by w głaz przemienił!

– To w sumie logiczne. – Marcin przygryzł dolną wargę. – Wszak w lustrach odrobinka srebra się zawiera, a przeca te tam, wampiry, wrażliwe na srebro. Ale co dalej? Sam ksiądz biskup mówił, że to pewnie przenośnia z tym zamienianiem w kamień.

– Hmm… – Duchowny zamyślił się. – Ale jeżeli jest w tym kamienieniu choćby ziarno prawdy, udałoby się zyskać nieco czasu, aby w serce wbić kołek osinowy. Trza też przetopić parę srebrników, coby ten kołek w srebrze unurzać. Poświęcę ja potem broń. W imię Jezusa działać będziemy. Marcinie, czy ty zajdziesz na Krzywe Koło?

– Ja, księże biskupie. Któż inny moje dzieci oswobodzi? Żeby tylko nie było poniewczasie… – Płatnerz ukradkiem otarł łzę. – Kiedy najlepiej podejść tego upiora?

– Dziś jeszcze, za dnia pójdziemy. Wiadomo, że demony w dzień w kryjówkach swoich siedzą. A pójdziemy, w samo południe! Niech się strzeże, mara nieczysta!

 

***

 

Dzień był jasny, ciepły. Zegary biły dwunastą, kiedy Marcin z biskupem stanął przed schodami do piwnicy na Krzywym Kole. Na lewym ramieniu, niczym tarczę, zawiesił wielkie lustro w srebrnej ramie. Za pazuchę włożył drewniany różaniec i kilka ząbków czosnku. W prawej dłoni, niczym miecz, dzierżył długi osinowy kołek, którego czubek połyskiwał srebrem w słonecznym blasku. Czuł się jak parodia rycerza.

– Księże biskupie, to nie jest dobry pomysł – powiedział Marcin. – Może lepiej trza było wezwać jakiego łowcę demonów? Podobno najlepszy w kraju, Gerald, bawił niedawno w Warszawie.

– Ten siwy staruch? Tfu! – Biskup pokręcił głową. – Nie ma co zwlekać. Nie obawiaj się, idziesz czynić w imię Boga! – Pobłogosławił Marcina po łacinie i cmoknął go w czoło. – Ruszaj lepiej, póki słońce w zenicie.

Cóż było robić? Marcin przeżegnał się i ostrożnie wszedł na schodki. Żeby było mu raźniej, liczył stopnie. Jeden, dwa, trzy… Naliczył trzynaście.

Zły znak.

Potem przeszedł przez długi tunel, oświetlony pochodniami, nagle rozszerzający się w przestronną salę.

Po przeciwnej stronie piwnicy Marcin dostrzegł potężne kraty, a za nimi dwie malutkie istotki, chłopca i dziewczynkę. Maćka i Hanię. Jednak aby je uwolnić, musiał stoczyć walkę.

Na środku sali stał wielki stwór. W ogólnym zarysie przypominał koguta, tyle że z dwadzieścia razy powiększonego. Za nim wił się kilkumetrowy, wężowy ogon. Na czubku głowy, nad lśniącym dziobem, jawiły się wyłupiaste oczy, ni to żabie, ni to ludzkie, ciemne, przenikliwe… Marcinowi włosy na karku stanęły dęba. Przypomniało mu się, ze wampiry mogą zamieniać się w zwierzęta. Tylko co to, u diabła, za zwierzę?

Marcin zasłonił się lustrzaną tarczą i powoli szedł w stronę wielkiego koguta. Zerkał zza ramy, czy aby już monstrum skamieniało. Zamarł, kiedy jego uszu dobiegł perlisty śmiechem, niosący się echem wśród podziemnych ścian.

– Zwierciadełkiem na wampira?! Haha! Nie powiedział ci ten gruby klecha, że upiorów w lustrze nie widać?! Haha! Hahahahaha!

Marcinowe serce tłukło się pod żebrami. Czuł się, jakby już zamienił się w kamień. Co robić? Co robić? Płatnerz odetchnął głęboko i mocno ścisnął osinowy kołek w dłoni. Jeden cios. Jedno uderzenie. Wziął kolejny oddech.

Nagle poczuł, że wężowy ogon owinął mu się wokół łydki. Jedno silne szarpnięcie i już pędził na spotkanie z kamienną podłogą. Uderzenie w plecy wypchnęło mu całe powietrze z płuc. Donośny huk oznajmił, że lustro rozsypało się w drobny mak. Marcin nie mógł złapać oddechu, drżał na całym ciele jak w gorączce.

Otrzeźwiło go chlaśnięcie w policzek. Zakaszlał donośnie i spojrzał w stronę wampira. Zdało mu się, że wielki stwór uśmiechał się pod dziobem. Gorączkowo myślał. Cóż uczynić? Wbić kołek w serce, wiadomo. Tylko gdzie toto ma serce? Chyba gdzieś po lewej. Hmm…

Marcin zebrał w lewą dłoń garść lustrzanych odłamków i zerwał się na równe nogi. Zaskoczenie, to jedyna szansa! Podbiegł do Bazylego najszybciej jak potrafił. Kiedy popędził ku niemu wężowy ogon, rzucił się na podłogę. Poczuł jak coś rozcina mu ramię, ale nie było czasu tym przejmować. Zerwał się na nogi i sypnął garścią szkła w wyłupiaste oczy potwora.

Dziki ryk długo niósł się echem wśród piwnic Krzywego Koła.

Marcin nie marnował czasu. Długi osinowy kołek przebił serce wampira. Wielki stwór, ni to ptak, ni to gad, osunął się na podłogę bez życia. Płatnerz drżał na całym ciele, wpatrując się w ciało Bazylego.

– Tatusiu, tutaj! – cichutkie głosiki wzywały Marcina z drugiego końca sali. Podbiegł do zakratowanej celi i rozejrzał się. Klucze wisiały na gwoździu, tuż poza zasięgiem małych rączek. Płatnerz zdjął je ze ściany i otworzył drzwi więzienia. Przykucnął i mocno przytulił dzieci.

– Tatusiu, Bazyli powiedział, że jak przyjdziesz, to mamy ci to dać. – Hania podała Marcinowi skrawek pergaminu. Słowa były zamazane, ale dało się je odczytać. Płatnerz w mgnieniu oka rozpoznał pismo i pożółkłą kartkę. Kartka musiała pochodzić z bestiariusza. Wydarty fragment. Ten po słowie „niestety”.

, coby poskutkowało, trza mu łeb urżnąć chyżo, bo inaczej upiór ożyje. Serca ich zimne i twarde jak lód są, a choćbyś je przebił po trzykroć, na powrót całością się staną.

 

Płuca i serce Marcina przebił długi, osinowy kołek ze srebrnym czubkiem. 

Koniec

Komentarze

To bazyliszek nie był smokiem? Spodobał mi się twist w końcówce. Reszta opowieści trochę naiwna. Biskup ryzykuje życiem krewniaka, bo go lubi? Chrońcie mnie, bogowie, przed przyjaciółmi…

Majster zwracał się do czeladników “panowie“? Wydaje mi się, że to określenie raczej było zarezerwowane dla szlachty. I druga sprawa: arystokratka wyszła za burmistrza? Za mieszczanina? Niezły mezalians.

– Jesteś moim siostrzeniec,

Coś tu się porozwalało.

Babska logika rządzi!

Nie był smokiem, tylko właśnie koguto-żabo-wężem, z przewagą koguta, gwoli ścisłości, a arystokratka wyszła z burmistrza z miłości ;) Rzeczywiście momentami kuleje, co mogę to poprawię. Dzięki wielkie :*

“Ponoć jakowejś damy Czech.“ – z Czech

 

Mnie również spodobał się twist na końcu, jednak zrobienie z bazyliszka wampira mi do gustu nie przypadło. Jakoś tak na siłę wepchnięte mi się to wydało. Fajnie jest wydobyć coś ze znanej opowieści, ale ten pomysł jest przekombinowany.

Zgadzam się też z Finklą, że dość naciągane są niektóre momenty – wuj wygania krewniaka na pewną śmierć, ten nie chce iść, w tym momencie – jakże dogodnym – okazuje się, że jego dzieci poszły na Krzywe Koło, a płatnerz zamiast na łeb na szyję rzucić się na ratunek, ma czas manuskrypty czytać i kołki posrebrzać…

No ale generalnie czytało się nieźle, także próbuj dalej, bo tworzyć zawsze warto.

 

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

“Tymczasem Anna wystudiowanym krokiem przeszła przez pokój, otworzyła szeroko drewniane okiennice i wpatrzyła się w blade światło księżyca.”

Czysta ciekawość… jaki to jest wystudiowany krok? To znaczy się domyślam, ale wolę się upewnić.

 

“To już dzisiaj! Obiecał, że przyjdzie. Na pewno będzie. Westchnęła, wspominając tajemniczego młodzieńca. Jego słodkie karminowe usta, głębokie czarne oczy, silne ramiona… “

 

Przyznam szczerze, w tym momencie przestałem dalej czytać… karminowe usta. Znaczy się czerwone?

Ale biorąc pod uwagę, że jesteś dziewczynką i masz 16 lat,  więc suma sumarum (że tak powiem) zmierzch jest pewnie najlepszą książką o wampirach, którą przeczytałaś i nic dziwnego, że się na nim wzorowałaś. Dziewczynkom w Twoim wieku, bądź tym starszym, opóźnionym w rozwoju, opowiadanko może się spodobać – nie obrażając tutaj nikogo… umyślnie. Mi nie przypadło do gustu, za dużo zmierzcho-kupy, ale w sumie nie łapię się w grupę docelową, dla której skierowana jest treść.

Zerknąłem dalej, pobieżnie i wcale lepiej nie było pod względem fabuły. 

Ale, żeby nie było. Wydaje mi się, że jest to opowiadanie bardzo ładnie napisane. 

W komentarzach zachwalają twist końcowy, ja jednak się nie skuszę. 

Pozdrawiam ;) 

Ja też zdecydowanie nie jestem grupą docelową. Pierwsze, co przyszło mi na myśl po kilku akapitach, to kolejne kiczowate opowiadanie  o wampirach. Pomimo tego, że naprawdę takich nie lubię, to je przeczytałem. Masz całkiem dobry warsztat, nie robisz zbyt wielu błędów, co zaskakujące w twoim wieku ;) Fabuła taka sobie, trochę naciągana, ale daje radę.

Drogi Idaho,

na przyszłość radzę doczytać chociażby pierwszą scenę :* Wiedziałbyś wtedy, że ze “Zmierzchem”, to opowiadanie ma jedną wspólną rzecz, wampiry mianowicie, co zapewne w swej błyskotliwości przeczytałeś w tagach. Owszem, lat mam szesnaście i jestem kobietą, natomiast nie wypada dojrzałemu mężczyźnie tylko na tej podstawie oceniać, i nie mówię tu tylko o opowiadaniu. 

Bardzo zaciekawiło mnie owo “opóźnienie w rozwoju”. Wiesz, po przeczytaniu Twojego komentarza, zaczęłam się zastanawiać KTO z naszej dwójki jest opóźniony – nie obrażając tutaj nikogo… umyślnie, jak raczyłeś napisać. 

Nie przypadło Ci do gustu… Ale co? Pierwsze zdanie? A może pierwszy akapit? Bo wnosząc po komentarzu, nic więcej z tego opowiadania nie przeczytałeś. Rozumiem, że każdy ma inny gust, co więcej, sama też wzdragam się na widok “dzieł”, budowanych na “fenomenie” “Zmierzchu”. Niemniej jednak, nie należy oceniać książki po okładce – tak samo, jak nie należy oceniać tekstu, po “pobieżnym zerknięciu”.

Następnym razem radzę “skusić się” na przeczytanie całego opowiadania przed napisaniem komentarza. Pozwoli to Panu uniknąć zbędnych nieporozumień, a co najważniejsze, nie wystawi się Pan na pośmiewisko swoją ignorancją i brakiem ogłady.

Pozdrawiam :)

 

PS. Screen komentarza na pamiątkę ;)

 

Prado, młoda Prado… Od czego by tutaj zacząć, by nie skrzywić Twojego młodego umysłu.

Wiem! Przede wszystkim nie odbieraj krytyki jako ataku, bo nigdzie nie napisałem,  nic obraźliwego wobec Ciebie, a jeżeli tak uważasz to radzę przeczytać mój komentarz z panią od polskiego bądź nauczyć się racjonalnego myślenia i przyjmowania krytyki. Tym bardziej, jeżeli decydujesz się upubliczniać opowiadanie i wystawiać je na osąd innych użytkowników. Nie licz na to, że każdy się rozpłynie w ochach i achach tylko dlatego, że w Twoim mniemaniu, napisałaś dobre opowiadanie.  A takie ono z pewnością nie jest.

  1. Idąc do “analizy” mojego komentarzu, po pierwsze napisałem, że nie jestem w grupie docelowych odbiorców i mi się ono <opowiadanie> nie podoba, z resztą już Finkla i Joseheim stwirdzili, że jest ono naiwne… nie bez powodów. I wątpie, by komuś w wieku + 17/18 lat spodobało się ono na tyle, by się nim zachwycać.  Ciągle mówimy o treści. Poza tym zaznaczyłem na końcu, iż jest ładnie napisane. I to w moim mniemaniu jedyny jego plus.
  2. Po drugie, oglądając film zapoznajesz się z treścią/zapowiedzią i wiesz czy Ci się spodoba czy też nie. Tak samo jak z książką, czytasz opis na końcu. A nawet jeżeli zaczynasz coś oglądać/czytać i Ci nie odpowiada wtedy przestajesz. Tak samo jak ja przestałem Twoje opowiadanie czytać, bo mi się nie spodobało. Ale jak już sama zauważyłaś i sobie odpowiedziałaś nie ocenia się książki po okładce, dlatego “dałem opowiadaniu szansę” i zerknąłem dalej.  I W dalszym ciągu mnie ono nie przekonało. 
  3. A co do nieporozumień to jedyną osobą, która tutaj czegoś nie zrozumiała to Ty Prado (Skoro tak moja uwaga Cię dotknęła, że musiałaś mi pw napisać, bym zobaczył, że mi odpisałaś)… fakt, wystawiłem się na pośmiewisko i brak ogłady w oczach 16 latki i jej hipsterko/emo/swag /yolo/ (niepotrzebne skreśl/dodaj pominięte) koleżanki wzdychające do biebiera i one direction. Nie zapomnij tego screena wrzucić na insta i fb dodając “#lol #burak, #cham, #żal.pl #haha #nieznasięnadobrymopowiadani” i jakietamkolwiek dzieci teraz hashtagi wstawiają pod zdjeciami. Będziesz miała z koleżankami ubaw po pachy, komentując wiadomośc, ktorej nawet nie rozumiesz. Z resztą już “:*” na początku zdania ostrzega z kim się ma do czynienia. Więc ten tego, pozdrawiam! A raczej jakbyś to zapewne napisała #pzdr600 ? I nie sil się na odpowiedź, bo więcej z mojej strony jej nie uświadczysz. Dzieci i ryby głosu nie mają. Pozdrawiam ;) 

Miło powitać (a może raczej znaleźć?) rówieśniczkę. <;

Tekst czyta się szybko, ale przynajmniej mnie wciągnąć nie zdołał. Wolałam bazyliszka jako bazyliszka, a nie bazyliszko-wampira. Pomysł wydaje mi się trochę przekombinowany, przez co stwór nie jest szczególnie straszny. Zabrakło mi atmosfery, aury, którą ma w sobie oryginał. (;

,,Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu." ~ Ken Kesey

Idaho, bez obrazy, ale jak na kogoś, kto jest rzekomo starszy od autorki, to nie grzeszych – moim zdaniem – ani dojrzałością ani poprawnym składaniem zdań po polsku. Spuść więc z tonu w komentarzach i się tak nie nadymaj – to, że ktoś jest od Ciebie młodszy jeszcze nic nie znaczy. Unikaj prowokacji w komentarzach.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Taki trochę ot: berylu, przedstawiłem tylko jak ja to widzę. I nie muszę silić się na poprawną i piękną polszczyznę w komentarzu to raz, tym bardziej w takim, którego pierwsze zdanie zaczyna się od “:*”. Po drugie skoro poczuła się urażona to grzecznie, jej chciałem wytłumaczyć, iż nie “zaatakowałem jej” by dogryźć, a jedynie wyraziłem opinię, tym bardziej, iż sama domagała się odpowiedzi pisząc mi, bym zapoznał się z jej komentarzem. A wydaje mi się, że właśnie po to jest ta opcja <komentowania> by prowadzić dialog, ale jeżeli tak nie jest, to masz okazję wyprowadzić mnie z błędu, obrońco uciśnionych i poszkodowanych. Przynajmniej tak mi się wydaje. Po trzecie Berylu, bez obrazy, ale powinieneś popracować nad umiejętnością interpretacji, bo ani nigdzie na dobrą sprawę nie napisałem, że jest głupsza z tego powodu i gorsza, że jest młodsza, ani też nie nadymam się, więc nie wiem skąd te wnioski u Ciebie. Poza tym, prowokacja czy też nie, skoro domagała się odpowiedzi to jej dostała.  I za przeproszeniem G** mnie to interesuje czy ma lat 16 czy 116, ale trochę kultury zawsze można zachować. I to nie jest hipokryzja, tylko racjonalna odpowiedź. Ale znowu będzie, że Idaho jest zły i się czepia i dostanie bana, bo wdał się w dyskusję z dzieciakiem i napisał co myśli.  Na szczęście mamy tutaj beryla, wspomnianego już obroncę uciśnionych i mistrza ortografii i pięknej, poprawnej polszyczyzny, który wszystko wie najlepiej ;) 

Pozdrawiam. 

Idaho, na nic silić się nie musisz, ale sam sobie świadectwo komentarzami wystawiasz i nie jest ono dobre.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Nie chcę wyjść na płaczkę, która uważa się za pokrzywdzonego, ale berylu, z łaski swojej, przeczytaj jeszcze raz wolno i ze zrozumieniem mój komentarz pierwszy, następnie komentarz autorki i zastanów się kto “wystawił tutaj świadectwo o sobie i to nie dobre”. Ja tylko napisałem co sądzę na temat opowiadania, a że nie każdy potrafi przyjąć krytykę bądź zrozumieć sens wypowiedzi to już nie mój problem. 

Twój pierwszy komentarz zdecydowanie może być uznany za prowokację i z całą pewnością może być obraźliwy dla autorki. Prada rzeczywiście nie uniknęła wbicia Ci szpili w swojej odpowiedzi, ale prawdziwy popis czekał nas dopiero w Twoim kolejnym komentarzu. I uwierz mi, że można krytykować inaczej – i zarówno autorce byłoby milej, jak i o Tobie nikt by źle nie pomyślał. Nie chcąc ciągnąć tego tematu, po prostu kulturalnie apeluję o przemyślenie sytuacji i wyciągnięcie wniosków na przyszłość :)

I pozwólcie, że to ostatni komentarz dotyczący tej sprawy, nie ma co dalej rzeczy roztrząsać – lepiej zostawić miejsce na kolejne opinie i merytoryczną dyskusję o tekście.

Dobranoc :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Przeczytałem to opowiadanie, a także komentarze z zainteresowaniem. Temperamenty autorki i komentatora nie wydają mi się aż tak naganne, aby wkraczać ze zbędnymi reprymendami. Na stronie nieco barwniejsza polemika nie jest niczym, moim zdaniem, nagannym. Autorka pisze zupełnie nieźle. Pozdrawiam.

Drogi Idaho,

nie odbieram krytyki jako ataku, to po pierwsze. Po prostu zwróciłam Ci uwagę, abyś na przyszłość przeczytał cały tekst przed porównaniem go do “Zmierzchu”, bo oceniłeś całość a podstawie kilku pierwszych zdań. Co jak co, dalszy ciąg z tym “dziełem” niewiele ma wspólnego.

Secundo, z jednej strony mówisz że nikogo nie obrażasz i nie prowokujesz, a z drugiej nazywasz mnie “dziewczynką,  która w życiu nie przeczytała lepszej książki o wampirach niż “Zmierzch””, fanką JB i 1D, “ 16 latki i jej hipsterko/emo/swag /yolo/”… Co jak co, to prowokacją było, co więcej, po raz kolejny oceniasz mnie na podstawie innych nastolatków. 

Tertio, mówisz że nie myślę racjonalnie i nie potrafię przyjąć krytyki. Krytykę przyjąć potrafię, ale obiektywną i dotyczącą całego tekstu. No i, co najważniejsze, krytykę tekstu, a nie mnie i mojego światopoglądu.

 

Wybacz berylu, za dalsze roztrząsanie sprawy, ale jako hipsterska swag yolo fanka zmierzchu i łan dajrekszyn nie mogłabym zostawić tego, nie mając ostatniego słowa. Cóż, taki urok wrednych, rozpieszczonych szesnastolatek.

 

Cóż mogę powiedzieć? Mimo niezmiernej banalności zaprezentowanej nam historyjki czytało mi się ją naprawdę dobrze. Błędów strukturalnych nie dostrzegłem, choć znam polonistkę prowadzącą warsztaty literackie, która na pewno by się ich doszukała. ;-P

 

Problem dostrzegam jeden – po raz kolejny mamy do czynienia z opowiadaniem, którego akcja umieszczona została w świecie pseudo– (tu wpisz: średniowiecznym, renesansowym, barokowym itd.). Chciałbym kiedyś trafić na opowiadanie młodego, początkującego autora, który zamiast przebierać współczesnych ludzi w pseudośredniowieczne lub pseudorenesansowe kostiumy, przeczytał jakąkolwiek książkę z serii “Życie codzienne w… (tu wpisz: średniowieczu, renesansie, baroku itd.)” i spróbował zastosować to, co tam znalazł, w swoim utworze.

 

Dla mnie jest to opowiadanie na tróję.

Przeczytałem – uwaga – cały tekst i nie przypadł mi do gustu. Dlaczego? Nie pasowały mi dialogi, bo – moim zdaniem – brzmiały straszliwie sztucznie, co z pewnością było efektem niekonsekwentnych prób stylizowania. Do tego relacje płatnerza i biskupa są dość zabawne, w ogóle rola i zachowanie samego biskupa to zupełny odlot i oderwanie od jakichkolwiek realiów. Oczywiście spokojne czytanie sobie bestiariusza (skąd on go w ogóle miał? pewnie w tajemnej piwnicy trzymał, prawda?) chwilę po tym, jak dzieciaki zaginęły (nie zginęły, lecz zaginęły) świadczy… no właśnie – o młodym wieku Autorki; rodzić nie zachowałby się raczej tak, jak postąpiła wykreowana przez Ciebie postać.

Oczywiście w były w opowiadaniu fragmenty, które mi się podobały – mam na myśli niektóre opisy. Podobało mi się również dość przykre zakończenie; było zaskakujące. 

Pisać potrafisz, bo tekst jest zjadliwy. Następnym razem proponuję bardziej przemyśleć fabułę i kreację postaci, by ich zachowania pasowały do ról społecznych, sytuacji i wzajemnych relacji.

Pozdrawiam pokojowo. ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Nowa Fantastyka