- Opowiadanie: Yourand - Szeryf i Bawół

Szeryf i Bawół

„Shadows of Brimstone” to gra planszowa dla dwóch do czterech (lub sześciu, jeśli wykorzystać oba zestawy podstawowe) graczy, w której bohaterowie rodem z Dzikiego Zachodu ścierają się z siłami ciemności i pradawnym złem przywołanym przez nagłe pojawienie się nieznanego wcześniej minerału zwanego po prostu Mrocznym Kamieniem; badają opuszczone kopalnie, walczą z potworami, zbierają skarby, a niekiedy podróżują do innych wymiarów.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Szeryf i Bawół

Szeryf Jeremiasz Kane i Siedzący Bawół z ociąganiem zagłębili się w mroku kopalni pod miasteczkiem Brimstone. Wszystkie dźwięki, które słyszeli jeszcze przed chwilą – śpiew ptaków, szum liści okolicznych drzew, bzyczenie owadów – zastąpiło teraz jednostajne, leniwe echo ich kroków oraz cichy odgłos kapiącej wody. Jeremiasz przetarł odznakę. Ten drobny gest jak zawsze pomógł mu nieco uspokoić nerwy. Mężczyzna wbił wzrok w znajdującą się kilka metrów przed nim sylwetkę Siedzącego Bawoła; indiański zwiadowca niósł lampę naftową, która rzucała wokół nienaturalne, płochliwe światło. Jeremiaszowi wydawało się, że mrok kopalni co i rusz usiłuje zdławić płomień.

– Ostrożnie z lampą, durniu – rzucił do Indianina. – Jeśli ją stracimy, będzie po nas.

– Tak, panie Kane – odparł zwiadowca łamaną angielszczyzną, dumny że może nawiązać ze swym towarzyszem kulturalną rozmowę. – Ja nie upuścić jej nigdy.

– „Nie upuścić nigdy”? – przedrzeźnił go falsetem Jeremiasz. – Ty się nauczyć mówić, albo ja cię kopnąć w dupę z irytacji. Chwytasz?

– Oczywiście, panie Kane.

– Pamiętałeś, żeby zabrać bandaże?

– Tak.

– Chociaż tyle.

Jeremiasz wciąż nie wybaczył Bawołowi, że podczas ich ostatniej wspólnej przygody ten nie skorzystał z cechującej go prędkości, by zwiększyć szanse całej drużyny. Stracili wtedy dwoje towarzyszy i sami ledwie uszli z życiem. Gdyby Indianin zechciał poruszać się nieco żwawiej, można by tego uniknąć. Siedzący Bawół na wszelkie zarzuty odparł jedynie z rozbrajającą szczerością, że „nadal uczy się zasad gry”. Jeremiasz nie wiedział, co dzikus miał na myśli. Zapewne pokonały go zawiłości języka cywilizowanych ludzi.

Tym razem szeryf przygotował się na wyprawę naprawdę porządnie. Wziął ze sobą kilka lasek dynamitu, swemu towarzyszowi wepchnął zaś do torby bandaże. Na wszelki wypadek.

Mrok jaskini zgęstniał, gdy bohaterowie wkroczyli do pierwszej pieczary. W niepewnym świetle lampy ukazało się kilkadziesiąt ułożonych pod ścianami beczek i drewnianych skrzyń. W powietrzu unosił się zapach zgnilizny.

– Na Wielkiego Manitou! Ciekawe, co oni tu przechowywać… – zastanowił się na głos Indianin.

– Nie twój zasrany interes, matole – upomniał go łagodnie Kane. – Poświeć mi, to przeszukam skrzynie, może znajdę coś wartego uwagi.

– Ja już przeszukać. – Indianin zgarbił się pod ciężarem wzroku szeryfa.

– Co?

– Ja wejść pierwszy i przeszukać, ale nic nie znaleźć.

– Przeszukałeś wszystkie skrzynie? Nie wierzę! Nawet pieniędzy nie było?

– Skąd pieniądze w jaskini? – zdziwił się Indianin.

– Słucham?

– To być kopalnia, niby kto przechowywać tu złoto?

– Nie baw się w filozofa, czerwony osłojebco. Przestań podbierać mi skarby sprzed nosa i trzymaj lampę, bo będzie z nami cienko!

– Dobrze, panie Kane.

Jeremiasz sprawdził, czy rewolwer nie zaklinował mu się w kaburze. Poprzednia przygoda sporo go nauczyła. Wiedział już, że w kopalniach pod Brimstone czai się prawdziwe zło. Takie, któremu czoło stawić może jedynie determinacja, odwaga i czystość ducha cywilizowanych ludzi. Niestety, mógł liczyć jedynie na towarzystwo Siedzącego Bawoła.

Po drugiej stronie jaskini znajdowało się wzmocnione drewnianymi belkami przejście prowadzące do szybko zwężającego się korytarza. Indianin nadal szedł przodem. Jeremiasz zerknął przez ramię. Gęstniejący mrok wywołał w nim coś, co absolutny laik mógłby wziąć za przypływ paniki. Jeremiasz wiedział jednak, że jest to po prostu irytacja spowodowana oczywistą niekompetencją jego towarzysza.

– Ruszaj się szybciej, łajzo! Wiem, że umiesz!

– Tak jest, panie Kane, ja iść prędko. Korytarz rozdziela się!

Indianin miał rację. Z prawej strony doszedł bohaterów odległy szum wody. Lewa odnoga korytarza zatopiona była w mroku i ciszy. Jeremiasz wyciągnął rewolwer i znów przetarł odznakę.

– Wiedziałem, że oczyszczenie tych jaskiń ze zła nie będzie proste…

– Tak – Indianin skinął głową. – Prawie jakby my być postaciami w wielka gra, która dopasowywać się do naszych możliwości.

– Jasne – rzucił Jeremiasz, który myślał zbyt intensywnie, by słuchać bełkotu dzikusa. – Dobra, zrobimy tak… Nie warto się rozdzielać. Pójdziemy razem w lewo, tylko najpierw przeszukamy ten korytarz.

– Ja przeszukać.

– No wiem; ja też.

– Nie, ja już przeszukać.

– Co? – wycedził Jeremiasz.

– Ja przeszukać korytarz; nic nie ma.

– Znowu?! Jaja sobie robisz?! No, nie stój jak kołek! Idź dalej, czerwone ścierwo!

Indianin uniósł lampę i posłusznie ruszył w głąb kopalni. Pieczara, do której po chwili wkroczył, okazała się mniejsza od poprzedniej i niemal całkowicie pusta. Pod ścianą leżało jedynie kilka kilofów.

– Ślepy zaułek – skwitował Jeremiasz. – Bardzo dziwne. Nie próbowali kopać dalej?

– Może to dlatego, że nas być tylko dwóch? Kopalnia się dopasować?

– Stul pysk i chodź w prawo. Może znajdziemy podziemną rzekę, do której będę mógł cię wrzucić, kretynie.

Drżący krąg światła rzucanego przez lampę stanowił wątpliwą ochronę przed napierającą ze wszystkich stron ciemnością. Bohaterowie szli dalej, a dźwięk kapiącej wody stawał się coraz wyraźniejszy. Kiedy mieli już wkroczyć do kolejnej pieczary, Jeremiasz spojrzał pod nogi. Jego wysokie buty ze skóry węża były wilgotne. Dno jaskini pokrywała płytka warstwa wody i korzystających z sytuacji śliskich porostów.

– Uważaj, jak leziesz – rzucił Jeremiasz po tym, jak sam niemal wywinął orła.

– Dobrze, panie Kane. Dziękuję za cenna wskazówka.

Wymieniwszy spojrzenie bohaterowie wkroczyli do wnętrza jaskini, która okazała się mieścić w sobie podziemny wodospad… oraz całe stado potworów. Szeryf dostrzegł w ciemności niewyraźne kształty upiornych macek, usłyszał jęk żywych trupów. Z sufitu opadła chmara pozbawionych oczu, uskrzydlonych węży.

– Uwaga, panie Kane! – ryknął Indianin i wyciągnął strzelbę. Oddał kilka strzałów nie puszczając lampy naftowej, co wydawało się przeczyć prawom fizyki. Jeden ze skrzydlatych węży spadł na ziemię wijąc się w przedśmiertelnych konwulsjach. Jeremiasz nie marnował czasu. Wypalił do nadchodzącego zombie. Niestety, nie uczynił mu większej szkody. Dostrzegł, że Indianin nie celuje w najbliższych mu przeciwników.

– Co robisz, matole?! – ryknął. – Odstaw fajkę pokoju i wal w nietoperze!

– Ale macki…

 – Są daleko! Rób co mówię, łajzo!

Indianin posłusznie zmienił cel. Kilka sekund później macki otoczyły bohaterów i zrobiło się naprawdę groźnie. Sączący się spod kapelusza pot piekł szeryfa w oczy. Siedzący Bawół ciął na wszystkie strony tomahawkiem. Światło lampy rzucało na ściany jaskini dzikie cienie potworów. We wrzaskach uskrzydlonych węży pojawiła się nuta tryumfu.

– Rzuć dynamit! – krzyknął szeryf. – Szybko!

– A ja nie wziąć bandaży?

– Nie! Obaj mamy dynamit, półgłówku!

– Na pewno?

– Pamiętam, że to ustaliliśmy! Obudź się wreszcie!

– Dobrze, panie Kane! – Siedzący Bawół, który nie lubił oszukiwać, niechętnie sięgnął do torby i wydobył laskę dynamitu. Odpalił ją od lampy i rzucił w zbiorowisko macek. Potężna eksplozja rozerwała jedną z nich na strzępy. Pozostałe były ciężko ranne. Gęsta posoka zmieszała się z lodowatą wodą pokrywającą dno jaskini. Widząc to Jeremiasz przetarł odznakę i rzucił własną laskę dynamitu. Kolejny wybuch wykończył ledwo żywe macki i ogłuszone węże. Indianin, trzymając w zębach lampę, posłał kilka strzałów w stronę żywych trupów, które nadal stanowiły zagrożenie.

– Tak się rzuca dynamitem, idioto! – tryumfował Kane. – W wigwamie cię tego nie nauczyli, co? Trzeba było ćwiczyć, zamiast padać na kolana przed drewnianą sową i srać pod kaktusem! Mam rację?

– Panie Kane, proszę pomóc!

– Teraz to pomóc! Przed chwilą myślałeś, że sam sobie poradzisz, co? – kpił dalej szeryf.

– Nie!

– Akurat! To nie polowanie na bizony, pąsowa mordo! Tutaj liczy się opanowanie i dobre oko! Dlatego ja jestem szeryfem, a ty w końcu trafisz do piachu…

– Panie Kane, pan strzela!

– Dobra, zamknij dupę, nie pali się! – Szeryf przeładował rewolwer i posłał kulkę prosto w czoło ostatniego zombie. Stwór upadł na dno jaskini z głośnym pluskiem. Bohaterowie po raz pierwszy mieli szansę spokojnie się rozejrzeć. Woda skakała po nierównej ścianie, tworzyła płytkie rozlewisko i znikała gdzieś w ciemności. Kilka metrów od sterty ciał potworów znajdowały się trzy beczułki. Siedzący Bawół ruszył w ich kierunku, ostrożnie odstawiwszy lampę.

– Nie tak szybko! – warknął Kane. Skoczył naprzód, znów omal się nie przewracając, i zaszedł Indianinowi drogę. – Teraz ja szukam pierwszy.

– Dobrze, panie Kane. Ja się rozejrzeć pod wodospadem.

Szeryf parsknął i podszedł do zbutwiałych beczek. Okazały się być pełne szlamu, spleśniałej kapusty i węgla. Jeremiasz niemal stracił już nadzieję na wartościowe znalezisko, gdy nagle jego wzrok przyciągnął zielonkawy blask. Na dnie ostatniej z beczek znajdował się fragment Mrocznego Kamienia – minerału odpowiedzialnego za przybycie do Brimstone sił ciemności, który ludzie nauczyli się jednak wykorzystywać do produkcji broni. Nie trzeba dodawać, iż Mroczny Kamień był niezwykle cenny. Szeryf sięgnął i wziął błyszczący fragment do ręki. Zignorował wywołane jego dotykiem uczucie mrowienia. Zauważył, że pod kamieniem znajdowało się coś jeszcze – stary medalion, który wyglądał, jakby mógł być wart nawet kilkadziesiąt dolarów. Szeryf zaniósł się śmiechem.

– No i co ty na to, prymitywie?! – odwrócił się do Indianina. – Trzeba było pomyśleć i zajrzeć do beczek, a nie ganiać pod wodospad!

Siedzący Bawół zerknął na towarzysza i pobladł, co było widoczne nawet w świetle lampy naftowej.

– Panie Kane!

– Czego się drzesz, durniu?

– Pana nogi!

Szeryf zerknął w dół i zamarł. Okazało się, że moc Mrocznego Kamienia wywarła na niego przedziwny wpływ. Jego skóra stała się podobna do ścian jaskini; była teraz twarda i pokryta zgrubieniami. Szeryf z trudem uniósł nogę. Wiedział, że mutację można usunąć chirurgicznie, nie będzie to jednak łatwe… ani przyjemne. W myślach sklął się za to, że chwycił kamień gołą dłonią.

– Dobra, dobra, nie ekscytuj się, Siedząca Krowo. Przynajmniej nie wyjdę stąd z pustymi rękoma – wydusił odzyskując animusz. – Chciałbyś mieć taki medalion, co? – Zamachał Indianinowi przed oczyma znaleziskiem. – U was w wigwamie pewnie byłby wart więcej, niż paciorki, za które oddaliście całą ziemię przodków! Mam rację, frajerze? Chwila, co to jest?

Indianin trzymał w dłoniach ociekający wodą skórzany mieszek pokaźnych rozmiarów.

– Ja znaleźć… pod wodospadem – rzucił zawstydzonym głosem.

– I co tam niby jest w środku?

– Sześćset dolarów… w złocie. 

Koniec

Komentarze

Nie chcę być niemiły, bo i może to nie jest fake konto, ale jedzie mi to tanim marketingiem czy czymś w ten deseń. Jakbyś tu wrzucał relację z ostatniej sesji RPG, a ktoś spytał w co graliście – wtedy podesłałbyś link. Sorry.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Na gry szkoda mi czasu, a i te mnie nie kręcą, bo stary już jestem, ale generalnie kocham westerny. Dlatego klimatem opowiadanko przypominało mi film: “Jeździec znikąd”. Fabułka cienka, podobnie końcowy twister, dialogi nierówne (kilka śmiesznych, kilka naiwnych), ale rozumiem – parodia miała być. Całkiem poprawnie napisane: bodaj trzy usterki widziałem. Nie powala, ale daje radę. Niezłe..

 

 

Kwisatz – chodzi o link? To już usuwam, jeśli narusza regulamin czy dobry smak. A przedmowa boldem wydawała mi się potrzebna, żeby zrozumieć realia całości, bez niej chyba byłoby ciężko?

ambroziak – mógłbyś powiedzieć, gdzie usterki?

Zarobiony jestem… W jednym miejscu zabrakło przecinka (nie pamiętam – gdzie), a zgrzytnęło mi: “mlaskanie” wody i rewolwer w “pochwie”. Drobiazgi! Jak mówiłem: porządnie napisane.

Haaaa faktycznie, rewolwer w pochwie, miecz w kaburze. Dzięki wielkie!

Dokładnie!

Bardzo fajnie się czyta, i swietne dialogi!

Zamysł, zgodnie z którym postaci opowiadania zaczynają przeczuwać, że są bohaterami gry, w dodatku sterowanymi przez kogoś z góry (oszukiwanie) w świecie ograniczonym zasadami gry, jest całkiem niezły. Gorzej jest z wykonaniem, bo ani zabawne, ani tajemnicze. 

I po co to było?

Może wybitne to nie jest, ale czytało mi się całkiem przyjemnie, bo przypomniały mi się te wszystkie wakacyjne książki przygodowe czytane za dzieciaka i jakoś zatęskniłam :D Tylko te zombie mi tam nie pasują, no ale jeśli to bazowane na grze, to się nie czepiam.

Dobra, może czegoś nie zrozumiałam, bo nie znam gry, ale szału nie ma. Chociaż czytało się w miarę przyjemnie.

Babska logika rządzi!

Ot, takie sobie wędrowanie korytarzami kopalni i zmaganie się a to z mackami, a to z wężami, a to z zombie. Nie porwało, niestety. Przeczytałam i pewnie niebawem zapomnę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie też nie porwało :(

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka