- Opowiadanie: Szeptun - Biob33. Oto kim jesteśmy...

Biob33. Oto kim jesteśmy...

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Biob33. Oto kim jesteśmy...

 

„(…) Chcesz czy nie chcesz… Jesteś BIOBEM. Bio-Bękartem, półczłowiekiem, hybrydą…

Islamscy radykałowie powiedzą o Tobie – Dziecko Szatana; Kościół Chrześcijański wyklnie cię, weterani Wojny Światów spluną ci pod nogi, bo ich towarzysze, bracia, ginęli zabijani przez technologię, która teraz jest częścią ciebie…

Nie jest ważne, czy masz bio-oczy pierwszej generacji, kupione w ulicznej klinice, gdzieś na obrzeżach Sankt Petersburga lub na blokowisku Marsylii…

Możesz wymienić sobie kręgosłup na niełamliwą substancję drugiej generacji, bo zawsze byłeś słabym chłopcem, a tata pracuje w Patta Biotechnology i może załatwić ci to poza oficjalnym rynkiem…

Nie liczą się powody, motywacja, cena… Fakt pozostanie faktem… Na twoich tkankach, wewnątrz kości lub organów przyczaił się symbiont, dzieło Obcych, którzy dwie dekady temu próbowali unicestwić nas wszystkich…

Jeśli nosisz w sobie zabójcę ludzi lub cząstkę zabójcy – kim jesteś?

Chcesz czy nie chcesz… Jesteś BIOBEM.

Ale zaraz…

Przecież nikt nie powiedział, że z tego powodu masz płakać, że nie możesz się cieszyć…

Nikt nie może ci zabronić tego uczucia. Jesteś szybszy, sprawniejszy, zwinniejszy, możesz być bardziej inteligentny, w szybkim tempie przyswoić sobie wiedzę, którą zwykły człowiek studiowałby wiele lat… A w tym świecie będzie ci po prostu łatwiej przeżyć…

Powiedzmy to jeszcze raz… Jesteś Hybrydą, jesteś Nad-Człowiekiem. To brzmi lepiej.

Chcesz czy nie chcesz… Jesteś BIOBEM…”

 

– „Manifest” znaleziony gdzieś w sieci.

 

 

 

 

/Paraisópolis, południowe São Paulo,

27 kwietnia 2033 roku./

W przeddzień Wojny Światów w tym miejscu znajdowała się jedna z największych faveli – płaski teren zamieszkiwało sto tysięcy ludzi żyjących w skrajnej biedzie. Dwie dekady później, całe południowe São Paulo zmieniło się w gigantyczną neo-favelę, zabudowaną różnorodnie, ale zaludnioną głównie przez tych, którym z jakichś przyczyn nie udało się zamieszkać wewnątrz murów korporacyjnego centrum. Strefę walki zwano „Rajskim Miastem”, a władzę sprawowali najsilniejsi i najbogatsi spośród wszelkiej maści przestępców. Miejskie siły porządkowe zapuszczały się do Paraisópolis rzadko i tylko w wyjątkowych przypadkach – jak dziś.

Dziś raj podlegał pacyfikacji.

Benedict znajdował się trzy przecznice od celu, stał na balkonie, na piątym piętrze opuszczonego wieżowca; zatrzymał się tu na moment, by rzucić okiem na panoramę – domostwa na terenie, do którego zmierzał były niskie, jedno i dwu piętrowe, przeważnie brunatno-żółte, wszędzie unosił się pył, a niebo zasnuwał gęsty dym – lokalne, przestępcze milicje starały się utrudnić policyjny rajd. Wysoko w górze wisiały policyjne helikoptery i pojazdy AGV; od czasu do czasu któryś z nich zniżał swój pułap – wtedy ryk silników przetaczał się ponad budynkami.

Słońce grzało niemiłosiernie, próżno było szukać nawet najdelikatniejszego podmuchu wiatru.

„Raj, zaiste”.

Benedict skanował sieć.

Kiedyś w dzielnicach biedoty internet traktowany był jak luksus, teraz takie miejsca wypełniała zaawansowana elektronika i jej odpady, a bio-symplanty stały się powszechne i ogólnodostępne – czasem bogaci korpowie zapuszczali się właśnie w takie niebezpieczne miejsca w poszukiwaniu najdziwniejszych, gdzie indziej zakazanych, bio-modyfikacji. Siły porządkowe starały się zakłócić jak największą ilość łączy, ale zwykłego Bio-Netu nie dało się ograniczać – tak długo, jak na terenie neo-faveli znajdował się choć jeden nadajnik, łączność istniała.

Benedict badał otwarte kanały, przeglądał informacje, zbierał dane. Dzięki wsparciu Theron posiadał dostęp do wewnętrznych kanałów karteli i pomniejszych organizacji przestępczych, ale i do łączy sił bezpieczeństwa. Szczęśliwie, główna akcja pacyfikacyjna przeprowadzana była w sporej odległości od celu jego misji.

Zupełnie obok, na płaszczyznach informacyjnych, rozgrywały się wydarzenia równie istotne, choć nie tak dramatyczne, jak te w São Paulo. Transmisje najważniejszych światowych serwisów skupiały się na odbywającym się w Londynie uroczystym posiedzeniu ONZ. Wszystkie kamery skierowane były na Javeda Puriego-Lewisa reprezentującego grupę C-6. Bio-Net przypominał Benedictowi, że Puri-Lewis jest właściwie pracownikiem Patta Biotechnology, co mogłoby wskazywać, że aktualnie akurat ta korporacja wiodła prym pośród globalnych firm-gigantów.

„Niewątpliwą przyjemnością będzie dla mnie podzielenie się ze społecznością międzynarodową wiedzą związaną z tak zwanymi Czerwonymi Tablicami”. Serwisy przekazywały słowa Puriego-Lewisa. „Nasze badania i analizy dobiegły końca i nareszcie wiemy, rozumiemy, kim byli wrogowie rodzaju ludzkiego. Chociaż, po zapoznaniu się z wiedzą, którą mam państwu do przekazania, sami zdecydujecie, jak mniemam, czy zasadne było, jest i będzie w przyszłości, używanie słowa wróg”.

 

 

***

 

/ Pułap – 1050 m.,

Helikopter snajperski Comando de Operações Táticas./

Strażnik trzeciej klasy Titus Almeida spojrzał na prawy ekran taktyczny wyświetlany poprzez Bio-Net; kokpit po stronie operatora wypełniały pół-przezroczyste ikony, znaczniki i obrazy generowane przez sieć. Drużyny PA-6 i PA-11 czekały na rozkazy i systematycznie przemieszczały się do celu, nie napotykając na opór. Almeida widział, co działo się bardziej na wschód, tam gdzie operowały siły korporacyjne i pozostałe drużyny „miejskich”, i bardzo się cieszył z ustaleń planu. Kartele rozumiały, że dzisiaj policja korporacyjna „wjeżdżała na poważnie” i nie zamierzały poddawać się bez walki – poniżej trwała regularna miejska bitwa.

„Jego” podopieczni, póki co, zabezpieczali flankę – na razie byli w miarę bezpieczni.

„Niech to”, Almeida zganił samego siebie w myślach. „Chyba przesadzam… Dwie trzydziestki uzbrojonych po zęby, napakowanych symplantami i mocno opancerzonych policyjnych komandosów, powinny dać sobie radę”.

Ale odczuwał ten charakterystyczny niepokój zawsze, gdy koordynował wsparcie. Chłopaki na dole nie byli bezdusznymi najemnikami, nie posiadali bajecznych majątków, żelaznych ubezpieczeń społecznych i wymyślnych domów na korporacyjnych tarasach. Wielu z nich urodziło się na skraju Paraisópolis lub w samym „Raju”.  To byli policjanci, jakkolwiek elitarni i doskonale wyszkoleni, ale jednak zwykli federalni pracownicy, otrzymujący marne, w porównaniu z korpami, pieniądze.

Almeida miał nadzieję, że „jego” drużyny nie będą dziś zmuszone do udziału w otwartej wymianie ognia.

W rogu ekranu taktycznego pojawiło się wezwanie. Porucznik aktywował połączenie. Centrala, głosem spokojnej operatorki, informowała:

– Libe-siedem-siedem, zmiana rozkazów. Ustawcie się na 12-A-26 i czekajcie na dalsze rozkazy. W terenie operuje samodzielny agent, jego misja ma znaczenie priorytetowe. Będziecie wspierać.

Almeida otworzył usta, nim jednak zdołał cokolwiek powiedzieć, kobiecy głos dodał:

– Drużyny PA-6 i PA-11 przejmie Libe-siedem-zero. Właśnie zostały wam przekazane dodatkowe dane dotyczące aktualnego zadania. Powodzenia. Bez odbioru.

Strażnik odetchnął i spojrzał na Eberta Batistę. Pilot kiwnął głową. Borges, Rocha i Socrates potwierdzili gotowość, nawet na ułamek sekundy nie odrywając oczu od systemów snajperskich.

Helikopter opuścił dziób i przekrzywił się nieco, ruszając do wskazanego punktu.

 

 

***

 

Benedict poruszał się szybko, ale rozsądnie, uważnie wybierając drogę. Dzięki Theron posiadał dostęp do przestrzennych planów budynków, choć plany te nie były kompletne – jak to w faveli – ktoś coś ciągle zmieniał i dobudowywał. Na szczęście w powietrzu aż roiło się od różnorodnych dronów, w terenie rozmieszczono także dużą ilość kamer. To wszystko, przeanalizowane, połączone i dopasowane, składało się na spójny obraz, przekazany do systemu Benedicta – wygenerowaną przez Bio-Net – Rozszerzoną Rzeczywistość.

Gdy znalazł się dwa budynki od celu, do wykreowanej wizji dołączyły także dane ze specjalnych wielozakresowych systemów snajperskich; w górze, na wysokości trzech tysięcy pięćdziesięciu pięciu stóp zawisł helikopter policyjnego wsparcia.

– Theron – Benedict odruchowo poruszył ustami, wysyłając wiadomość poprzez łącze bojowe. – Połącz mnie z dowódcą-operatorem śmigłowca.

– Jesteś pewien? – W kobiecym głosie dało się wyczuć wątpliwość. – Czy powinni…

– Połącz, proszę – przerwał jej Benedict. – To moja decyzja…

Po sekundzie ciszy Theron odpowiedziała:

– Masz ich na odseparowanym kanale. Przekazałam ci także dane personalne załogi. Mów…

 

***

 

Agent o kryptonimie „Voz” połączył się z Almeidą na osobnym kanale audio. Miał spokojny, niski głos, a jego portugalski brzmiał zbyt idealnie.

– Strażniku, chciałbym, żeby wszystko było jasne. Wiem, że rozmawiam z profesjonalistą, ale zależy mi na zaufaniu…

Po sekundzie ciszy Almeida pokiwał głową i rzucił tylko krótkie:

– Dziękuję. Może pan na nas liczyć.

Voz milczał przez moment, po czym wyjaśnił:

– Ludzie w budynku to członkowie międzynarodowej siatki terrorystycznej, przypisano im status „gotowych do zabicia”, ale ja potrzebuję co najmniej jednego z nich w opcji „zdolny do rozmowy”. Nie potrafię, na tym etapie, określić, który ma ocaleć, ale postaram się rozwiązać to jak najszybciej się da. Potrzebuję precyzji i szybkości. Strażniku?

– Potwierdzam – szepnął Almeida.

– I jeszcze jedno – dodał Voz, brzmiał twardo, ale niezwykle przekonująco. – Tak samo mocno, jak panu zależy mi na bezpieczeństwie funkcjonariuszy. Nie narażę was.

Almeida zmrużył oczy, powiódł wzrokiem po płaszczyznach komunikacyjnych i wyjrzał za okno śmigłowca. Paraisópolis, zalane słońcem, wypełnione kurzem i dymem, wyglądało zarazem pięknie i upiornie.

„Chciałbym w to wierzyć. Ach, jakże mocno bym chciał.”

 

 

***

 

„Dobry człowiek”.

Benedict był pewien. Specjalna aplikacja rozłożyła życiorys, wyniki badań i testów osobowościowych Titusa Almeidy na najdrobniejsze cząsteczki, a później stworzyła dziesiątki modeli postępowania wobec Strażnika trzeciej klasy.

„Zaufanie, sprecyzowany system wartości i nieustanna obawa o podwładnych”.

Almeida był staromodnym gliniarzem, co skutecznie uniemożliwiało mu ambitniejszą karierę, ale i budowało szacunek u jego ludzi.

„Zasługiwał na te kilka słów”.

Benedict właściwie powiedział niewiele, ale tak należało uczynić. Nigdy nie powinno się przeceniać staromodnych wartości, szczególnie gdy można ich użyć w celu zwiększenia bezpieczeństwa.

„Szkoda, że bycie dobrym człowiekiem, samo w sobie, nie gwarantuje owego bezpieczeństwa.”

 

 

***

 

Voz znalazł się przy siedemnastym znaczniku; wirtualny kwadrat pulsował fioletem. Agent był zręczny i sprawny, jego jasny uniform współgrał kolorystycznie z barwami otoczenia.

Socrates oddał strzał. Górna część głowy terrorysty zniknęła, zastąpiła ją krwawa mgiełka; w tym czasie agent pokonał dystans od narożnika sąsiedniego budynku do celu i stanął tuż pod balkonikiem.

Ciało trafionego zwiotczało, i zniknęło za żółtawym murkiem. Voz podskoczył, złapał metalowy pręt i, używając go, wspiął się na górę. Tam przywarł do ściany, tuż obok zdobiącej ją krwawej plamy.

Ekran taktyczny określał to miejsce jako znacznik o numerze osiemnastym. Od tego momentu miało być symultanicznie.

Kamery i cały system ostrzegawczy atakowanych zostały kilka sekund wcześniej przejęte przez centrum operacyjne Voza; w kwestii sieciowej, terroryści byli de facto ślepi i głusi. Borges lustrował okoliczne zabudowania, poszukując ewentualnego oddziału wsparcia dla przeciwników – zameldował „czystość”.

W tym samym momencie centrum Voza wydało rozkaz „wejścia”, a Almeida podał swoim strzelcom „zielone światło”.

Rocha wyłączył chudzielca z ciężkim karabinem, stojącego na północno wschodnim rogu; Socrates zlikwidował cel na drugim balkonie – umierający wypuścił z dłoni jakiś przerabiany sprzęt – połączenie karabinu i ręcznego granatnika.

Agent przestrzelił zamek i wykopał wzmocnione drzwi, wpadając do wnętrza.

Almeida rejestrował to wszystko – barwy, znaczniki i ikony „żyły” w wirtualnej wizji, nakładającej się na trójwymiarowy przekaz z kamer i czujników; chociaż wisiał wysoko nad budynkiem, praktycznie czuł jakby tkwił pośrodku akcji. 

 

 

***

 

Pokonanie wąskiego, ciemnego korytarza zajęło Benedictowi półtorej sekundy, serce tłukło mu w piersi, działał na maksymalnych obrotach. Jego Rozszerzona Rzeczywistość generowała idealny obraz – postrzegał poprzez ściany – wiedział gdzie znajdują się interesujące go obiekty – czwórka ludzi i leżące, nieruchome ciało. Następne drzwi były zwyczajne, Benedict przebił się przez nie i wpadł do centralnego pokoju.

Po lewej miał kobietę, właśnie sięgającą po ciężki pistolet, na wprost, pośrodku pomieszczenia, stało dwóch wyraźnie „rozszerzonych” solo –takich nazywano po prostu biobami. Ostatnie cele Benedict zlokalizował po prawej, chudzielec z widocznymi bio-wszczepami czaszki uniósł głowę znad quasi-szpitalnego stołu operacyjnego.

Benedict zlikwidował kobietę nim zdążyła wystrzelić, pociski oderwały jej lewą stronę głowy.

Biob w ciemnoszarym uniformie, uzbrojony w karabin szturmowy, wypalił krótką serią. Ściana, w miejscu gdzie sekundę wcześniej stał Benedict, eksplodowała feerią odłamków.

Drugiego bioba, z widocznymi bio-wszczepami rąk, ubranego w taktyczną kamizelkę i czerwoną bejsbolówkę, sięgnął jeden ze snajperów – wielkokalibrowy pocisk przebił sufit. Czapeczka zawirowała w powietrzu głowa mężczyzny zniknęła, a reszta ciała zwinęła się w makabrycznym piruecie.

„Ten ma żyć”, Benedict przesłał neuronalną wiadomość do Strażnika Almeidy, wskazując na „lekarza”.

Jednocześnie, sunąc bokiem po ziemi, oddał kilka strzałów w kierunku bioba z karabinem. Trafił dwa razy, barwiąc uniform czerwienią, snajper zawtórował mu – ciężkie pociski oderwały lewe ramię celu. Benedict przymierzył i przestrzelił biobowi oko.

Zaległa cisza, ale tylko w pomieszczeniu – bojowe płaszczyzny, łącza i ikony Rozszerzonej Rzeczywistości generowały niezliczone ilości informacji.

„Lekarz” nie figurował w żadnej bazie danych. Wyglądał na Latynosa, a poza tymi umiejscowionymi w głowie, nie posiadał żadnych wszczepów. Uniósł ręce.

Benedict sprzęgł się z „lekarzem” neuronalnie i w mgnieniu oka na otwartym kanale przesłał mu obraz łącza bojowego, by cel mógł zdać sobie sprawę ze swojego położenia. Taka „przesyłka” trafiała do adresata o wiele szybciej niż klasyczne: „Stój, nie ruszaj się, jesteś otoczony”.

Jednocześnie, mierząc z broni, Benedict zbliżył się do stołu – ciało leżące nań, pozbawione było ramion i lewej nogi, nosiło ślady operacji, podłączono doń sporo symplantalnego sprzętu. Bez wątpienia, ciało miało tylko imitować ludzkie.

„Biorobot”.

– Nie zdołasz tego wyciszyć – wycharczał „lekarz”, jego głos wydobywał się ze ściśniętego gardła, Latynos brzmiał jak rodowity Brazylijczyk.

– Mów – odparł Benedict. – Daję ci czas.

„Lekarz” otworzył usta, a Benedict zmrużył oczy i odpiął łącze bojowe.

 

 

 

***

 

– Co jest, kurwa? – warknął Socrates, najpewniej wyrażając uczucia całej załogi.

– Odpiął nas? – Borges nie mógł uwierzyć.

Almeida pokiwał głową.

– Mamy tylko obraz z naszych wizjerów – potwierdził. – Centrum operacyjne jest odcięte, a Voz się nie zgłasza.

– Za cholerę nie rozumiem – burczał Socrates.

Almeida wzruszył ramionami.

– To jego sprawa, widać pewne informacje mają pozostać poza naszą wiedzą – ocenił. – Agent Voz zmniejsza w ten sposób swoje bezpieczeństwo, ale my trzymamy się planu. Pełna gotowość.

Pośrodku pomieszczenia Voz przytknął lufę pistoletu do czoła ostatniego z żyjących terrorystów.

 

 

***

 

– Jak brzmi wasze przesłanie? – Benedict przekrzywił głowę, jednocześnie, korzystając ze wsparcia Theron, neuronalnie atakował zabezpieczone łącze „lekarza”. W Bio-Necie mężczyzna figurował jako Cyan-11. – Przecież właśnie tego chcesz…

– Wiemy, co planujecie. – Aplikacje Benedicta zanalizowały drżenie głosu Cyana jako wynik mieszanki strachu i podniecenia. – Mamy was i za cholerę nie zdołacie tego wyciszyć…

– Potrzebuję pewnych partii twojego ciała, mózgu – odparł Benedict. – Ty sam, żywy, niekoniecznie jesteś mi potrzebny. Przejdź, więc do rzeczy.

Theron cierpliwie wspomagała atak. Łącze Cyana zostało osaczone przez „Watahę”, najpewniej potrzebne było kilka sekund, by malware zdołały wedrzeć się do wnętrza.

Wtedy, niespodziewanie, biorobot się aktywował. Theron błyskawicznie określiła wysoki poziom zagrożenia. Bio-łącze Benedicta zawyło ostrzegawczo, notując gwałtowny wzrost emisji danych. Cyan-11 uśmiechnął się szeroko.

Wewnątrz pokoju eksplodowała dziwaczna, hybrydalna bio-bomba.

Programy ochronne Benedicta pracowały na najwyższych obrotach, ale nie były w stanie zablokować każdego bio-impulsu wdzierającego się w wewnętrzną sieć. To nie był zwykły atak, choć posiadał formę wirusa. Niemal natychmiast praktycznie każda zsymplantalizowana cząsteczka w ciele Benedicta aktywowała się z pełną mocą.

Theron zamilkła.

Fizyczny ból został odcięty, ale system, wszystkie wewnętrzne kręgi wokół bio-procesora przeładowały się i wymusiły na sobie restart.

Na pół sekundy Benedict stracił kontakt z rzeczywistością…

 

 

***

 

W pierwszej chwili Almeida nie wiedział, z czym ma do czynienia. Voz zachwiał się, ciało leżące na stole poruszyło się nieznacznie, a ostatni z terrorystów po prostu stał w miejscu, z lufą agenta przytkniętą do czoła.

Wtedy system śmigłowca odnotował pierwsze błędy – sypały się transmisje z kamer, snajperskich wizjerów i bazowe kanały komunikacyjne z centralą. Ekrany taktyczne zadrgały, pojawił się nieznany kod i cała masa pozornie bezsensownych i całkowicie przypadkowych obrazów.

„Dobry Boże”.

W następnej kolejności zaatakowane zostały systemy sprzęgające snajperów z helikopterem, Rocha wrzasnął, a Socrates odchylił się i z całej siły trzasnął czołem w metalową ściankę.

Nim do Almeidy dotarł przerażający, fizyczny ból, pociemniało mu przed oczami. Czuł, że śmigłowiec przechylił się na prawy bok, ekran taktyczny zameldował mu głosowo, ze pilot przestał odpowiadać.

W ostatniej sekundzie świadomości zanotował, że pakiet danych odpowiedzialny za zagładę dotarł poprzez bio-łaczność.

„Za szybko. Nie mieliśmy żadnych szans”.

 

 

***

 

– Zbyt szybko – szepnął Benedict. Splunął czarna śliną, a ta rozbryzgała się na gładkiej, kremowej posadzce.

„Pierdolona Krypta”.

Znajdował się wewnątrz, poza czasem. To miało zarówno złe, jak i dobre strony.

– Całkowicie bez sensu – zawtórował mu Neill. Chłopiec także szeptał.

Benedict uniósł głowę. Młodzieniec miał na sobie niby wojskowy, wściekle pomarańczowy uniform, z rękawami odprutymi na wysokości ramion. Włosy targał mu wiatr.

Neill pokiwał głową.

– Widzę twoje zaskoczenie. – Wydął wargi. – Ale muszę przyznać ci całkowitą rację. Nic nie zapowiadało takiego rozstrzygnięcia. Biorobot był całkowicie wyłączony.

– Czasowy włącznik?

– Być może. Albo mieli jakiś dodatkowy kanał, dojście, którego nie odkryłeś…

– Theron nie pominęła by takiego szczegółu. – Benedict nerwowo tupnął bosą stopą. Posadzka emanowała chłodem.

– Załatwili cię – przyznał Neill. – Co więcej, zdaje się, że załatwili nas…

Benedict westchnął.

– Jest źle?

Chłopak wytrzeszczył oczy.

– Żartujesz? – warknął. – Pytasz mnie? Ja tylko tkwię wewnątrz twojej Krypty… Nie rozwiążę tego za ciebie…

Neill spojrzał na swoją rękę. Czarna ciecz rozlewała mu się pod skórą, pnąc się w górę, od nadgarstka po łokieć.

Chłopak osłupiał.

– Ja piórkuję… – Pobladł i załkał. – Jak? Przecież jesteśmy zamknięci. Poza wszystkim…

Benedict poczuł ruch powietrza po swoje prawej. Ramię Neilla uderzyło o posadzkę.

Zgrabna wysoka Azjatka odruchowo strzepnęła z długiego ostrza nieistniejącą krew. Odcięta kończyna nie uroniła nawet jednej kropli.

Benedict mrugnął.

– I-Ko?

Blada twarz kobiety nie wyrażała żadnych uczuć. Jak zawsze piękna, jak zwykle tajemnicza.

Neill wykrzywił twarz w grymasie bólu, zaczął krzyczeć, ale dźwięk pozostał przytłumiony, dochodził jakby z oddali.

Azjatka poruszyła ustami.

„Odejdź, czym prędzej”, Benedict odczytał z ruchów jej warg. „Tak musi się stać, byś miał do czego wracać w przyszłości”.

Benedict opuścił powieki.

Moment później stał przed zamkniętymi, spiżowymi wrotami, bijąc w nie pięściami.

„Łączymy się z naszym specjalnym komentatorem w centrum Londynu, który dotarł ze swoją ekipą na miejsce ataku jako pierwszy… Gabrielu, jak mnie słyszysz?”.

 

 

***

 

„To bezprecedensowy akt terroru, na niespotykaną dotąd skalę. Posiadamy, jak dotąd, śladowe ilości informacji, ale postaramy się państwu wyjaśnić, co wydarzyło się podczas uroczystego posiedzenia…”

Benedict był w stanie utrzymać w górze tylko lewą powiekę, na siatkówce wyświetlała mu się informacyjna płaszczyzna.

Był pewien, że zdołał pociągnąć za spust.

Pełzł.

Krew wyciekała z miliona ran na jego ciele. Czarna krew, smolista, lepka i śmierdząca.

„Plugawa”, nie miał pojęcia dlaczego, ale tak właśnie o niej myślał. „Grzeszna krew”.

Obrócił się na posłaniu, zawinął w koc.

Pełzł.

„Czy dotarłeś do wnętrza, Gabrielu?”

„Jesteśmy w zewnętrznych salach, i mam nadzieję, że widzicie wszystko co rejestrujemy… Choć, muszę przyznać, wygląda to wyjątkowo odrażająco…”

Gdzieś tam, Benedict dostrzegał resztki ludzkich ciał, porozrywanych od wewnątrz. Czarna substancja, kiedyś dająca swym nosicielom nadnaturalne możliwości, wyciekła… Wpełzła na ściany, pokryła posadzki pajęczo podobnymi wzorami …

Na kanale audio niski męski głos obwieszczał:

„Nie wiemy, na ten moment, kto stoi za atakiem, ale służby śledcze błyskawicznie rozpoczęły działania. Utworzyliśmy międzynarodową grupę, otrzymaliśmy zapewnienie od największych korporacji, że ich zasoby zostaną w pełni udostępnione. To na obecnym etapie najważniejsze – dowiedzieć się, kto sprowadził na nas to nieszczęście…”

Benedict pełzł.

„To broń biologiczna?”.

„Jeszcze zbyt wcześnie, by o tym przesądzać, Marto, ale to wielce prawdopodobne”, analizował znajomy głos, współgrając ze statycznym obrazem ze studia informacyjnego. 

„Dopiero szacujemy potencjalną ilość zabitych i rannych”.

„Jak to możliwe, że nie zachowały się żadne nagrania?”, dopytywał żeński głos, używając japońskiego.

Benedict uniósł dłoń i przetarł powieki, dostrzegł brudne szmaty, którymi obwiązano mu nadgarstki. Uchem złowił charakterystyczny dźwięk – zgrzyt, jakby ktoś pocierał metalem o kamień.

Znał to brzmienie – gdzieś nieopodal Gunnar ostrzył swój szeroki miecz.

Benedict odszukał potężnego mężczyznę wzrokiem. Wiking uśmiechnął się szeroko i wypowiedział kilka niezrozumiałych słów.

„Co to za język? Łacina… Czyżby poganin nawrócił się?”.

Gunnar podniósł się z miejsca, w prawicy dzierżył rękojeść miecza. Zamiast skórzanej zbroi lub garnituru założył zniszczoną bluzę z kapturem, ozdobioną na piersi jakimś krzykliwym fosforyzującym logo.

„Férias todo o ano?”.

Benedict próbował sobie przypomnieć, ale coś wydarło mu z głowy zdolność do zrozumienia. Wiking nachylił się i cały czas mówił.

„To nie łacina…”.

Pojedyncze słowa zaczynały układać się w zrozumiałe kwestie.

„Leż spokojnie. Musisz nabrać sił”.

Benedict próbował pełzać…

„Nic ci tu nie grozi, nie wydajemy bliźnich sługom diabła”.

Naciągnął koc na głowę, ból wzmagał się i odchodził, naprzemiennie.

„Jezus dał nam znak, czekaliśmy wiele lat, nie zawiedziemy…”.

Nim twarz Gunnara, okolona płowymi warkoczykami, przemieniła się w ciemne, nieznajome oblicze, Benedict zrozumiał jeszcze jedno zdanie:

„To nie Ragnarok, to ledwie sztorm, silniejsza burza, a takowe przychodzą i pierzchają. Przetrwasz”.

Wtedy nareszcie stracił przytomność.

 

 

***

 

 

/ Szpital w dzielnicy korporacyjnej São Paulo,

11 maja 2033 roku /

Goście przedstawili się jako „pracownicy firmy”, machnęli Almeidzie przed twarzą legitymacjami sił bezpieczeństwa i od razu przeszli do rzeczy.

– Reprezentujemy grupę śledczą i badamy konkretne wątki akcji pacyfikacyjnej w Paraisópolis – zaczął młodszy, niejaki Boutinho. Miał niski, przyjemny głos, brzmiał jak prezenter kanału informacyjnego, ale jego portugalski nie był ojczystym językiem, Almeida był pewien.

– Pracujecie dla Shorai?

Starszy, ciemnoskóry Ramirez, uniósł brew.

– Oczywiście – odparł. – Korporacja współorganizowała policyjną operację przeciwko zorganizowanej przestępczości. Teraz płaci za pańskie leczenie.

– Proszę nie zrozumieć mnie źle – wyjaśnił Almeida, wodząc wzrokiem po gustownie urządzonej sali. – Jestem wam ogromnie wdzięczny, mam na myśli firmę, za opiekę i… to wszystko…

– Rozumiemy – przerwał mu Boutinho. Nie będziemy panu przeszkadzać, postaramy się aby niedogodności spowodowane naszą wizytą u pana potrwały jak najkrócej… Mamy kilka pytań.

– Proszę – szepnął Almeida. – Zrobię wszystko aby pomóc…

 Pobieżnie streścili raport, który strażnik złożył kilka dni po wypadku. Powróciły doń smutne wspomnienia i refleksje: śmierć Batisty, Rochy i Borgesa, trwałe kalectwo i śpiączka Socratesa.

„Nie zdołałem zapewnić im bezpieczeństwa”.

Almeida przypomniał sobie także własne, trzydobowe piekło – bio-procesor przestał funkcjonować prawidłowo i spowodował „wysmażenie” części hybrydalnego układu nerwowego…

Ból, którego doświadczył, był nie do opisania. Mimowolnie skrzywił usta.

– Staramy się zbadać wątek specjalnej operacji, do której rzekomo was przydzielono – rzekł Ramirez.

– Rzekomo? Wszystko już wyjaśniałem…

– Sęk w tym, strażniku, że wspominany przez pana „agent Voz” wydaje się być duchem… W żadnej z agend, czy publicznych, czy korporacyjnych, nie zachowały się jakiekolwiek dane na temat jego działań…

– Niemożliwe, były rozkazy, zapisy transmisji…

– Jeśli takowe istniały, przepadły – wyjaśnił Boutinho. – Wszystkie wasze łącza obsługiwane poprzez Bio-Net są niemożliwe do odtworzenia, płaskie.

– To samo, co w Londynie?

Ramirez zmrużył oczy i długo sondował Almeidę wzrokiem.

– Nie zajmujemy się szerszym aspektem, podobieństwami – wyjaśnił. – Mamy ustalić, jak doszło katastrofy waszej maszyny. Mamy określić, co spowodowało wyłamanie się z planu pacyfikacji.

– Katastrofę spowodował wirus. Coś na jego kształt, wedle mojego rozeznania – wyjaśnił Almeida, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby. – To zaatakowało moich ludzi, pilota i jego bio-systemy sterujące. Dlatego spadliśmy.

Ramirez wydął wargi.

– Pozostaje pan naszym jedynym źródłem informacji – zawyrokował. – Nic więcej się nie zachowało.

Almeida opuścił powieki.

– On naprawdę nie był waszym człowiekiem… Dla kogo pracował? Zlikwidowaliśmy cele, a później się zatrzymał. Cokolwiek załatwiło moich ludzi i mnie, dopadło także i jego…

– Niech się pan skupi – rzekł Boutinho – i jeszcze raz nam opisze, jeden po drugim, każdy szczegół związany z „agentem Voz”. To bardzo istotne…

Almeida pokiwał głową.

„Szukacie agenta, zamiast wytężyć wszystkie siły i dopaść tych, którzy odpowiadają za ten cały bałagan. Ciekawe”.

Zmęczenie i ból spowodowany adaptacją nowego bio-procesora dawały się strażnikowi we znaki.

Oparł się o poduszkę i zaczął odpowiadać na pytania.

 

 

 

***

 

/ Macapá, Północna Brazylia , 28 czerwca 2033 roku /

Hubbart Skorsky, przez przyjaciół zwany Hubbem, zdał sobie sprawę z beznadziejności swojego położenia w momencie, gdy stracił połączenie z Bio-Netem. Nie panikował, szkolenie i długoletnia praktyka zabiły w nim większość tego typu odczuć – po prostu przyjmował pewne sprawy takimi, jakimi są.

Bio-sieć, korzystająca z orbitalnych przekaźników „podarowanych” dwie dekady wcześniej przez Najeźdźców, i miliarda, jak twierdziły aktualne dane, bio-procesorów wszczepionych użytkownikom, oplatała świat – cały czas on-line, bez możliwości wygaszenia, ukrycia czegokolwiek, chwili prywatności.

Niemożliwa do wyłączenia, czy ograniczenia. Tak było, do dwudziestego siódmego kwietnia, gdy okazało się, że istnieją siły zdolne do czynienia niemożliwego.

W Londynie, „Przebudzeni” zdołali odciąć Bio-Net na określonym obszarze i na określony czas; tutaj, w portowej części Macapá,  stało się coś zarazem podobnego i jakże innego.

Bio-procesor Hubba po prostu przestał działać, wszystkie wszczepy „zgasły”. W jednej chwili stał się ślepy, praktycznie głuchy, pozbawiony możliwości poruszania… Ale – odmiennie niż w przypadku dwóch tysięcy makabrycznych londyńskich ofiar – Hubb nie został unicestwiony. 

Trwał, jakby w półśnie, mogąc rejestrować ciągi obrazów, strzępki słów, komunikatów, haseł. Posadzili go na inwalidzkim wózku, na łodzi przebrali w szorstkie ubranie, krótkie spodnie i koszulę bez rękawów; w końcu założyli mu worek na głowę.

To ostatnie dało Hubbowi cień nadziei, że Benedict może pozwoli mu żyć.

 

 

***

 

Od jakiegoś czasu Hubb mógł, w miarę normalnie, postrzegać rzeczywistość, chociaż bio-wszczepy nadal nie działały poprawnie – czuł ich istnienie, jakby pomrukiwały gdzieś w głębi, trzymane w uśpieniu, na uwięzi.

Nad wodę, do drewnianej chaty zaprowadzili go dotychczasowi opiekunowie – czterej Indianie, ciemnoskórzy, jakby żywcem wyjęci z ostatniego wydania „National Geographics”. Ich twarze nie wyrażały żadnych uczuć, nosili półwojskowe ubrania, na ramionach wisiały im nieśmiertelne, tradycyjne, acz zmodyfikowane, karabinki Kałasznikowa – u żadnego z Indian nie widać było „rozszerzeń”.

Benedict siedział na molo, ogolony na łyso, w czerwonej koszuli, z podwiniętymi nogawkami wojskowych spodni. Bose stopy trzymał wyciągnięte na stoliku. Udawał drzemkę.

Indianie zostali kilkanaście metrów z tyłu. Hubb zatrzymał się obok przyjaciela i czekał w milczeniu.

Okolica urzekała – zieleń amazońskiej dżungli koiła zmysły, a słońce delikatnie ogrzewało odsłonięte przedramiona. W jakiś dziwaczny niewytłumaczalny sposób, Hubb powrócił myślami do ledwie pamiętanych lat dzieciństwa, na farmie dziadków…

„Moje wszczepy płatają mi figle”, pomyślał. Jeśli istotnie tak było, żałował, że zapewne za moment idylla przestanie istnieć.

Szorstki znajomy głos, z dawno nie słyszanym akcentem amerykańskiego południa, zadudnił mu w uszach:

– Nie mógłbym cię zabić, stary druhu.

Hubb mrugnął. Benedict pokiwał głową i dodał:

– Mam nadzieję, że przekażesz naszym aktualnym mocodawcom moją rezygnację…

– Ocalałeś, po raz kolejny. Masz to w genach…

Benedict zmarszczył brwi.

– Rezygnacja…

– Przyjąłem do wiadomości – wycedził Hubb. – Będzie mi łatwiej wyłożyć im twoje stanowisko, jeśli poznam szczegóły. Opowiesz mi? Wiesz, że się niepokoiłem…

Benedict potarł czubek łysej głowy. Sięgnął do kieszeni na udzie.

– Wypełniłem misję – wyjaśnił i wyciągnął dłoń. Hubb sięgnął po stalowoszary mini-deck. – Tu jest wszystko, czego zdołałem się dowiedzieć o komórce w São Paulo. Dane mogą być niekompletne, uszkodzone lub zaszyfrowane, ale coś powinno się przydać… I niech zatrzymają wynagrodzenie. Skończyłem z tym.

Hubb zacisnął mini-deck w pięści. Zrobił dwa kroki i oparł się plecami o drewnianą poręcz.

– Opowiesz? – ponowił pytanie.

Benedict przekrzywił głowę.

– Wynudziłbyś się… Miałem szczęście, kilku przyjaznych ludzi po drodze… To wszystko.

– Zawsze wiedziałem, że twoje brazylijskie zadanie w dwudziestym piątym wykorzystasz w stu procentach – Hubb wyszczerzył zęby. – Nie wiedziałem, za to, że przygotujesz sobie taki surowy safe-house. Opłaciło się…

– To, co odpalili w faveli, przypominało ładunki w Londynie; tylko było słabsze – zamruczał Benedict. – Później uruchomił się także jakiś mechanizm klasycznej bomby. Wszystko trafił szlag, a ja mocno oberwałem. Nie wiem jak, ale dotarłem na południe. Tam, trzeba to przyznać, uratował mnie Jezus…

– Taaa.

– Wiem, co mówię. Samemu jest mi z nim, lub z jakimkolwiek innym, nie po drodze, i to się nie zmieniło. Za to rodzina, która mnie znalazła, wierzy mocno. Dla Cassio, Marilli i ich syna, byłem wybrańcem Jezusa. Nie pytaj…

Benedict rozłożył ręce. Hubb wykrzywił usta.

– Co wiesz o Londynie? – spytał. – Nie wydaje mi się, żeby Bio-Net, działał tutaj szybko i sprawnie…

– To moja krew – wypalił Benedict. – Moja nowa, powtórnie zsymplantalizowana krew…

Hubb przygryzł wargę.

– Twoja krew jest w stanie blokować Bio-Net… Stary…

–Ufam, ze jakoś zdołasz zachować tę rewelację dla siebie. 

– Nie sprzedałbym cię. Nigdy tego nie zrobiłem…

– Wiem.

Przez chwile trwali w milczeniu.

– To, co bio-bomba spowodowała w Londynie – rzekł Benedict – ten proces niekontrolowanego rozrostu komórek symbionta, u mnie zadziałał zupełnie inaczej. Unikalnie…

– Nie jesteś zwykłym „biobem”, Bennie – zawyrokował Hubb. – Jesteś unikatem. Zawsze to wiedziałem, przez wzgląd na Tsugaru…

Benedict zachował kamienną twarz. Hubb wiedział, że ma rację, że japońska misja sprzed dwóch dekad była początkiem. Jego przyjaciel i towarzysz po kilku sekundach wstał i odezwał się:

– Odpadam. Nie jestem pewien, czy kiedyś zobaczymy się ponownie, druhu. Mam kilka spraw do załatwienia, trochę myśli do złapania. Nie próbuj iść po moich śladach, nawet jeśli ci nakażą. Ci „Przebudzeni” mają kilka mniejszych komórek, rozsianych po całym globie, i sporo środków, mogą mocno namieszać. Pilnuj się. Moja krew nie powoduje trwałych zmian, po jakimś czasie, twój procesor powróci do pełnej sprawności.

Hubb wiedział, ze jakakolwiek dyskusja nie ma sensu. W głowie już układał plan, zastanawiał się jak powinny wyglądać najbliższe godziny, najbliższe dni, jak rozegrać atuty. Benedict nie potrzebował czasu, dymnej zasłony, czy temu podobnych bzdur. Przeczucie, że może istotnie widzą się po raz ostatni, stawało się dla Hubba bardzo żywe.

– Co dokładnie napisali – mruknął Benedict, gdy uścisnęli sobie dłonie – przy swoim przyznaniu się do zamachu? Ten slogan…

Hubb wiedział, ze przyjaciel pyta specjalnie, po prostu chcąc usłyszeć znane sobie słowa. Przekaz „Przebudzonych” był prosty: każdy, kto zdradził rodzaj ludzki, przyjmując śmiercionośne dary od Najeźdźców, powinien wiedzieć, ze kara jest nieuchronna – „powtórna, zabójcza symplantalizacja”. Wiadomość wyrażała wszystko, zarówno w odniesieniu do grzeszników, jak i do prawowiernych – odrzucających obce podarunki.

„Oto kim jesteśmy”.

 

 

***

 

Benedict odprowadził przyjaciela wzrokiem, patrzył jak Ajato i Himeni wprowadzają Hubba na łódź, uprzednio, ponownie założywszy mu na głowę płócienny worek.

– Więc… – dziecięcy głos dobiegający z boku spowodował, że Benedict wzdrygnął się. – Dokąd teraz wyruszy mały chłopiec prowadzony za rękę przez swojego tatę?

Głos brzmiał znajomo, niepokojąco znajomo.

– Neil?

–Ymmm?

Benedict zamrugał. Dwa metry w lewo, tuż nad krawędzią molo, stał chłopak, ubrany w czerwoną koszulkę i bermudy; wpatrywał się w nurt rzeki.

– Jak to zrobiłeś?

– Jaaa? – Neill odpowiedział pytaniem. – Zastanów się, tato. To ty jesteś dorosły, powinieneś kontrolować sytuację.

Benedict zacisnął zęby.

„Projekcja. W jakiś sposób system Krypty zdołał dostać się do Rozszerzonej Rzeczywistości”.

To byłoby jedyne logiczne wyjaśnienie, a ingerencja „bomby” mogła spowodować takie konsekwencje. Byłoby, gdyby nie fakt, że aktualnie Benedict nadal nie mógł się w żaden sposób połączyć z jakąkolwiek siecią…

„Więc?”.

– Nie, tato. Nie zwariowałeś – uspokoił go Neill. – Zwyczajnie, chciałbym być bliżej ciebie. Wszystko się zmienia, a ja boję się nowego świata. Daj mi rękę…

Benedict spojrzał na wyciągnięta dłoń. Nie drgnął. Przeniósł wzrok na twarz chłopaka; kontury lekko rozmywały się, w okolicach uszu i lewego oka można było dostrzec błędy w wyświetlaniu obrazu.

„Dzięki Bogu”.

– Czego chcesz?

– Mówiłem ci.

Benedict skrzywił się.

– Dlaczego mówisz o „nowym świecie”? – spytał, po czym dodał: – I przestań, do cholery, nazywać mnie swoim ojcem…

Neill wywrócił oczami, a zaraz po tym zrobił smutną minę.

– Zadajesz mi pytania – odparł – zapominając, ze wszystkie odpowiedzi tkwią wewnątrz ciebie. Jestem tu, by ci pomóc. Tak jak i reszta…

Benedict stężał. Obrzucił okolicę czujnym wzrokiem. W podcieniu jednej z chat dostrzegł postać. Rosły Nord siedział w starym, głębokim fotelu; na kolanach trzymał miecz.

– Wszyscy?

Neill rozciągnął usta w uśmiechu.

– Mathurin zabrał tę bladą chudą panią, do selvy… Mam nadzieję, że nie robią tam niczego zakazanego… – relacjonował chłopak, używając niewinnego, naiwnie brzmiącego głosu. – Kai popłynął z twoimi najmitami, a Hector, kręci się gdzieś w okolicy… Jesteśmy tu, wszyscy razem. Nareszcie możemy być jak rodzina…

Benedict milczał. Kalkulował. Zastanawiał się. Chłopiec zbliżył się niepostrzeżenie; jego rączka była ciepła, miła w dotyku.

Ich spojrzenia zetknęły się. Neill powtórzył:

– Dokąd? Dokąd teraz wyruszy mały chłopiec prowadzony za rękę przez swojego tatę?

Benedict pokiwał głową.

„Nowy świat? Dobrze więc…”.

– Do miejsca narodzin. Dokładnie tam…

 

 

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Ciekawa koncepcja, ale nie pamiętam poprzedniej części, więc pogubiłam się przy rozmowie z chłopcem i wikingiem, a potem już nie odnalazłam. Kim jest Hubb, też nie wiem.

Taka wątpliwość: czy na favelach posługują się stopami?

Po sekundzie ciszy Almeida pokiwał głową i rzucił tylko krótkie:

Zazgrzytało mi to – w poprzedniej wypowiedzi nic takiego ciekawego nie było, więc nie wiadomo, o co chodzi z ciszą – czy informacje płynęły mu wprost do mózgu, czy (względna) cisza panowała w helikopterze, a ten z drugiej strony nawijał, czy to miał być namysł…

– Theron nie pominęła by takiego szczegółu.

O jedną spację za dużo.

Babska logika rządzi!

Finkla – dzięki

Co do stóp – Benedict, który jest POV – myśli i przelicza po amerykańsku… Almeida, myśli po brazylijsku – stąd metry…

Link do poprzedniej części – http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/11702

 

Wróciłem, do “Bioba”, gdyż nie pamiętałem, co to i o czym. ale to nic nie pomogło – jak nie wiedziałem, o co chodzi, tak nie wiem nadal.

Powyższe nie stanowi zarzutu, nawet jego cieniem nie jest. Winę – jeśli o winie można mówić – ponosi moja odporność na tego typu wizje przyszłości. Na cyberpunk także.

Niezależnie od tego życzę Autorowi wielu czytelników, słów uznania i tak dalej. Styl i język, w przeciwieństwie do treści, nawet mi się częściej podobał, niż nie.

Kontynuacja mi się spodobała, ale nadal się trochę gubię. Odnoszę wrażenie, że jednak w tej części trochę więcej wyjaśniasz. Z pewnością przeczytam ciąg dalszy. 

Nowa Fantastyka