- Opowiadanie: śniąca - Ilustrator

Ilustrator

Zapraszam do krainy łagodności *

Opowiadanie sprzed paru lat, ostatnio odkurzone i mocno skorygowane – dzięki (wprawdzie krótkiej, ale owocnej) bytności tutaj dostrzegłam, czytając ponownie Ilustratora,  takie rzeczy, że mi się włosy na głowie zjeżyły ;). Nie daję gwarancji, że wszystkie babole wyłapałam, więc wszelka krytyka cały czas mile widziana. **  

 

* Niechaj miłośnicy dzikich awantur, przygód i szalonej akcji czują się ostrzeżeni :) 

 

** Wiem, że jest betalista, ale wolę w ten sposób testować swoje możliwości i umiejętności. 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Ilustrator

Paweł zobaczył ją w parku, karmiącą łabędzie. W pierwszej chwili pomyślał, że to przywidzenie, minęło przecież już tyle czasu. Zatrzymał się i oparł obiema rękami na lasce. Starcze, wysuszone ciało lekko drżało. Siwa głowa kiwała się niezależnie od jego woli. Spomiędzy sieci zmarszczek spoglądały wciąż żywe i pełne blasku, szare oczy, które wpatrywały się w dziewczęcą postać na drugim końcu ścieżki, schodzącej nad sam brzeg stawu. W popołudniowym, sierpniowym słońcu jej włosy lśniły czerwienią. Lekki wiatr rozwiewał je, to ukazując, to znów chowając w rudej plątaninie czarne pasma.

Poczuł nieodpartą chęć spojrzenia jej w twarz.

Ruszył powoli, szurając nogami. Zakończona gumową podkładką laska cichutko uderzała w kostkę chodnika.

Gdy jego cień padł na śnieżnobiałą szyję ptaka i zaciemnił tułów, łabędź zatrzepotał skrzydłami, a dziewczyna odwróciła się. Wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał. Gładka skóra, mały, kształtny nosek, bursztynowe oczy w czarnej oprawie rzęs. Czarna linia łuku lewej brwi uniesiona minimalnie wyżej od prawej – prawie niezauważalna asymetria, którą jego wciąż bystre oczy dostrzegły od razu. I uśmiech, pełen ciepła i dobroci. Ta sama dziewczęca, proporcjonalna sylwetka.

Paweł nie mógł uwierzyć w to, co widzi – przecież była w jego wieku. Powinna być stara, zgarbiona, siwa. Jej twarz i dłonie powinny pokrywać zmarszczki. Spotkał ją przecież ponad pół wieku temu. 

Wpatrywał się w nią bez słowa, ona z uśmiechem i równie milcząco patrzyła na niego. Nie wiedział, co powiedzieć. Wydawała mu się ułudą, zwidem starczego umysłu. Usiłował sam siebie przekonać, że to jakaś inna dziewczyna, niezwykle do tamtej podobna. Może nawet jej wnuczka. Że ją sobie tylko wyobraża, ale przecież on nigdy nie miał wyobraźni.

Aż w końcu otworzył usta i odezwał się drżącym głosem:

– Bardzo panienkę przepraszam. Chyba pomyliłem…

Przerwała mu przykładając palec do ust. Pokręciła milcząco głową, cały czas się uśmiechając. Dotknęła lekko jego policzka i natychmiast odwróciła się na pięcie. Odeszła przez zieloną, świeżo skoszoną trawę. Po kilku krokach odwróciła się, uśmiechnęła jeszcze raz i pomachała mu ręką. Tak, jak wtedy. I jak wtedy znikła pomiędzy drzewami.

 

Paweł wrócił ze spaceru wcześniej. Widok dziewczyny poruszył w jego duszy struny wspomnień. Wszedł do domu i od razu skierował się do swego dawnego gabinetu. Wnuk, zajęty w saloniku najnowszą wersją jakiejś gry, schowany za czernią połączonego bezprzewodowo z komputerem kasku, nie zwrócił nawet na niego uwagi.

Stary człowiek wyjął z najniższej szuflady staromodnej dębowej witryny przewiązane tasiemką, kartonowe pudełko i usiadł w ulubionym fotelu. Pakunek położył na kolanach i wpatrywał się w niego przez chwilę. Trzęsącymi się dłońmi zdjął wieczko. Ze środka zaczął wyjmować po kolei pożółkłe kartki papieru, na niektórych atrament czy tusz już częściowo wyblakły. Większość z nich jednak dawało się bez trudu odczytać.

Pośród listów i pism znajdował się osamotniony obrazek. Naszkicowany ołówkiem portret czerwonowłosej dziewczyny. Jeden jedyny, jaki udało mu się stworzyć z pamięci. Po jednym ulotnym spojrzeniu. Po jednej sekundzie, w ciągu której widział jej twarz.

Pomimo upływu lat wciąż był wyraźny, a częściowo roztarty i zamazany grafit nadawał mu pewną miękkość i delikatność.

Odłożył ostrożnie podobiznę i sięgnął po kolejne dokumenty.

 

Jednemu z arkuszy poświęcił chwilę uwagi. Drukowany list zaczynał się słowami: „Szanowny Panie, Dziękujemy za przesłanie szkiców do książki jednego z naszych autorów. Oczywiście spełnimy Pana prośbę i prześlemy je autorowi. Wyrażamy nadzieję, że tak jak my, będzie pod wrażeniem Pańskiego kunsztu.”

Następny list napisany został odręcznie, niebieskim atramentem. Paweł znał kiedyś jego treść na pamięć, każde słowo, każdą literę, przecinek i kropkę. Ten list i podpisana w efekcie tej korespondencji umowa odmieniły jego życie. Teraz zmęczony wzrok spoczął na jednym z akapitów:

„… fenomenalne. Pomijając świetną technikę (to tylko moja opinia amatora, na rysunku wszak się nie znam), jestem pod olbrzymim wrażeniem Pana talentu. Zawsze staram się tworzyć opowieści obrazowo, w miarę plastycznie przedstawiać wytwory moich fantazji. Chcę przekazać czytelnikom jak najwięcej i jak najlepiej. Ale Pan te wszystkie niedopisane drobnostki chyba dostrzega między wierszami. Oglądając Pana prace miałem nieodparte wrażenie, że tworząc je, nie mógł Pan tak po prostu tylko czytać. Pan musiał być w mojej głowie i obserwować to wszystko. Te detale! Nie mogłem przecież wszystkich opisać, ale widziałem oczyma wyobraźni. A Pan odtworzył każdy szczegół, dokładnie tak, jak je postrzegałem. Jak Pan to zrobił?! Pańskie obrazy nie potrzebują podpisów. Każdy czytelnik, który choć trochę zna moje książki od razu, na pierwszy rzut oka, pozna miejsca i bohaterów, oni sami się przedstawiają. Wręcz pulsują życiem. Miałem wrażenie, że zaraz zejdą z kart i zaczną spacerować po moim domu. Jest Pan prawdziwym Magiem – przez duże M. Czarodziejem Ilustracji i Mistrzem Ilustratorów. Jest Pan moim uzupełnieniem. Nie imaginuję sobie, żebyśmy nie współpracowali. Błagam Pana – razem pokażmy fantastyczne światy – ja słowem, a Pan rycinami…”

 

W dobie wszechobecnych komputerów i digitalizacji życia każdy mógł zostać grafikiem. W takim świecie prawdziwie utalentowany artysta, tworzący swe dzieła manualnie nabierał ogromnego znaczenia i prestiżu, czego przykładem był sam Paweł. Klasyczny rysunek znów stawał się prawdziwą i elitarną sztuką.

Po sukcesie pierwszych albumowych wydań książek mistrza pióra, po pochlebnych opiniach redakcji czasopisma fantastycznego, dla którego zaczynał pracę, posypały się kolejne propozycje – od wydawnictw i od samych autorów.

Życie Pawła nabrało kolorów, tempa i sensu. Spełniły się jego marzenia. A wszystko przez jeden mały, zielony notatnik. Zaczęło się od małego opowiadania, które dała mu w parku nieznajoma dziewczyna.

To znaczy, nie całkiem mu je dała. Choć tego nie był do końca pewny.

 

***

 

Chodził do parku, siadał na wpół zdemolowanej ławce nad brzegiem nieregularnej w kształcie sadzawki i relaksował się. Czasem po prostu bezmyślnie wpatrywał się w zwisające smętnie nad taflą wici wierzby, w plączące się po wodzie kaczki i łabędzie. Czasem wyjmował z torby blok i szkicował. Czasem cały krajobraz, czasem tylko jakiś jego element.

Ona przychodziła rzadziej, a może po prostu w innym czasie. Siadała po drugiej stronie sadzawki, na pierwszym siedzisku zaraz za mostkiem, przewieszonym ponad zarośniętą rzęsą wąską częścią zbiornika. Wyjmowała z plecaka brulion, zawsze w jakiejś jaskrawej okładce, coś do pisania i pisała. Pisała.

Z daleka widział sięgające łopatek, płomienno-rude włosy z kilkoma czarnymi pasmami. Gładkie i błyszczące, przywodziły mu na myśl reklamy szamponów. Nie był w stanie poprzez dzielącą ich odległość dostrzec szczegółów jej twarzy. Nie wiedział, czy ma mały, czy duży nos, kształtne i pełne, czy wąskie usta, jaki kolor mają jej oczy.

Kilka razy próbował ją sportretować. Zawsze kończył na zarysie postaci. Nie potrafił namalować tego, czego nie chwytał wzrokiem. Umysł Pawła, prawie pozbawiony wyobraźni, nie potrafił samodzielnie uzupełnić brakujących, nie ujrzanych elementów. Po kilku nieudanych próbach wykreowania dziewczyny bez twarzy, porzucił nierealny pomysł i wrócił do ptactwa nad stawem.

 

Tamtego dnia jesień postanowiła wystąpić w pełnej gali, strojna w całą paletę barw, z dużym dodatkiem słońca. Wiedział, że nie wysiedzi w taką pogodę w domu i że niczego konstruktywnego nie wymyśli.

Seria szkiców węglem do cyklu o zabytkowych drewnianych kościółkach dla lokalnej fundacji go wykończyła. Godzinami szukał w Internecie właściwych zdjęć, ujęć, które mógł skopiować. Kombinował kolejnymi godzinami, by uzyskać efekt rysunku z natury. Natury czternastego i piętnastego wieku, natury pełnej nie tylko budynków, ale i krążących wokół nich postaci. Fundacja zamówiła całe obrazy. Dla niego była to prawdziwa mordęga. Nie chciał popełniać plagiatów, więc rysował zawzięcie, usiłując przenieść na papier niewyraźne wizje, po czym, niezadowolony z efektów, wyrzucał zmięte kartki do kosza. Starał się, ale ubogiej wyobraźni wciąż coś umykało, zniekształcając obraz.Musiał jednak przecież z czegoś żyć, w jakiś sposób płacić rachunki, a jednocześnie nie wyobrażał sobie, by pracować w inny sposób.

Tak, ostatni tydzień był wyjątkowo męczący, a teraz jeszcze to nowe zlecenie. Głowa mu już pękała.

Zapakował do starej, dżinsowej torby nowy blok i kilka ołówków, położył wszystko na stole i porozglądał się jeszcze po pokoju, jakby nie mógł się zdecydować co dalej z sobą zrobić. Gdy przekręcał klucz w zamku, przybory wciąż leżały na tym samym miejscu.

Szedł przez miasto, którego gwaru nie słyszał. Nie zauważał też mijających go ludzi. Rozmyślał.

W czterech ścianach, przed ekranem komputera dopadała go depresja – dostał zadanie, które musiało go przerosnąć. Z którym wiedział, że sobie absolutnie nie poradzi. Zilustrować serię opowiadań fantastycznych? Czyli zobrazować coś, co nie istnieje poza wyobraźnią autora? Wolałby chyba wykonać dwanaście prac Herkulesa. Wszystkie Mission Imposible tego świata przy jego zadaniu wyglądały jak przysłowiowa bułka z masłem. Wtaczanie syzyfowego kamienia wydało mu się prostsze i realniejsze do wykonania, niż stworzenie tych ilustracji. Wszystko, tylko nie rysowanie wymyślonych tematów.

Wiedział, że ma perfekcyjnie opanowaną kreskę, perspektywa nie ma przed nim żadnych tajemnic, światło i cienie tańczyły jak im zagrał. Wiedział, że to zlecenie, na które pozostawało mu coraz mniej czasu, mogło być dla niego wielką szansą. Przepustką do wielkiego świata i sławy, do lepszego życia. No właśnie, mogło. Ale nie będzie. Z tego też zdawał sobie sprawę.

Tylko cud mógłby mu pomóc. A Paweł w cuda nie wierzył.

 

Gdy dotarł do swej ulubionej sadzawki, dziewczyna siedziała już po drugiej stronie. Pochylona nad notatnikiem głowa płonęła w jesiennym słońcu. Żaden z klonów, rosnących w pobliżu, nie miał liści o tak intensywnej barwie.

Kaczki uciekły na drugi koniec jeziorka, z dala od cienia rosnących na tym brzegu wierzb. Łabędzie znikły gdzieś zupełnie, może przeniosły się nad duże jezioro na skraju miasta. Spacerowiczów, mimo ładnej pogody, było mało. Pozostała mu do obserwacji tylko rudowłosa dziewczyna.

Przyglądał się jej blisko godzinę. Jego myśli błądziły bez celu. Aż w końcu postanowił zebrać się na odwagę i podejść do niej, zobaczyć jej twarz, może nawet zagadnąć. Wstał więc z ławki, udając beztroskę włożył ręce do kieszeni i ruszył alejką spacerowym krokiem. Na mostku zatrzymał się na moment, oparł o kamienną balustradę i udawał, że przygląda się mętnej wodzie w stawie. A tak naprawdę brał głęboki wdech.

Już tylko kilka kroków dzieliło go od dziewczyny. Podszedł bliżej, zawahał się na ułamek sekundy. Podniosła głowę i wtedy spojrzał jej prosto w oczy. Raz w życiu widział taki kolor, gdy nad morzem po jesiennych burzach zobaczył ciemny bursztyn, już nie całkiem przeźroczysty, ale wciąż pełen blasku. Czarne wachlarze rzęs przesłoniły na moment oczy dziewczyny, gdy zamrugała. Ciemne brwi cechowała delikatna asymetria. Zauważył też, że w gładkich licach zrobiły się jej dwa małe dołeczki, gdy tylko się uśmiechnęła. Niesforny kosmyk rudych włosów zakrywał część policzka i samą końcówką dotykał kącika ust. Uśmiechała się miło, ale w jej spojrzeniu czaiło się pytanie.

Paweł jednak nie mógł wydusić z siebie słowa, czuł, że zaraz zrobi się czerwony. Skinął lekko głową w pozdrowieniu i zaraz ruszył dalej. Obszedł staw i ponownie usiadł na swojej ławce. I choć starał się obserwować zmarszczki na wodzie wywołane podmuchami wiatru, to jego wzrok wciąż wracał na drugą stronę mostku.

 

W pewnym momencie dziewczyna zamknęła zeszyt, położyła go obok siebie. Powoli schowała do plecaka długopis, wyjęła niewielką butelkę z napojem, z daleka, po kolorze sądząc, mógł to być sok marchewkowy, i dopiła kilka ostatnich łyków. Wkładając pustą butelkę do plecaka, popatrzyła wprost na Pawła. Uśmiechnęła się i nawet lekko pomachała mu dłonią. Zrobiło mu się głupio, odwrócił szybko wzrok. Gdy po chwili zerknął ponad wodą po raz kolejny, dziewczyny już nie było, ale ławka nie pozostała pusta. Na ciemnobrązowych deskach zielenił się brulion.

Nie zastanawiając się zbytnio, poderwał się i szybkim krokiem, wciąż rozglądając się, czy nie dojrzy jeszcze gdzieś w oddali rudego błysku, przeszedł przez mostek. Obrzucił notatnik wzrokiem, jeszcze raz rozejrzał się dokoła. Wziął zeszyt do ręki i pognał kasztanową aleją w kierunku głównego wyjścia z parku. Wybiegł na zatłoczoną ulicę, ale nigdzie nie zobaczył dziewczyny. Ponownie spojrzał bezradnie na gładką okładkę. Do środka nie miał odwagi zajrzeć.

Wrócił nad sadzawkę i usiadł na miejscu rudowłosej dziewczyny. Miał nadzieję, że zauważy brak notesu i wróci tu po niego. Będzie mógł go wtedy oddać. I może w końcu zdobędzie się na odwagę i odezwie się do niej.

Siedział nieruchomo, notes położony na kolanach, na nim oparte dłonie. Początkowo zerkał w stronę głównej alei, później już tylko wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w żółknące korony wierzb. Jesienne popołudnie dobiegło końca, powoli do miasta wkraczał zmierzch. Na dokładkę już od dłuższej chwili wiatr spędzał nad park chmury i pierwsze krople uderzyły na asfaltową dróżkę.

Paweł jakby się obudził. Dokoła było już zupełnie szaro, a dziewczyna się nie pojawiła. W końcu postanowił zabrać notes do domu. Odda go następnym razem. Będzie przychodził codziennie, aż ją spotka.

 

Nowy sąsiad, emerytowany profesor matematyki, a z zamiłowania meloman i wirtuoz skrzypiec, odkąd się wprowadził, całymi godzinami ćwiczył grę. Pawłowi to nie przeszkadzało. Lubił muzykę. Nie przenosiła go w świat wyobraźni, bo tej nie posiadał. Po prostu pozwalała mu się uspokoić, wyciszyć.

Pomimo wieczornego chłodu zostawił lekko uchylone okno, by dźwięki strun łatwiej do niego docierały. Wyjątkowo potrzebował uspokojenia, a sam monotonny szum deszczu nie wystarczył. Odkąd wrócił z parku, nie mógł sobie znaleźć w domu miejsca. Chodził z kąta w kąt po ciemnym pokoju.

Próbował oglądać telewizję, ale nie znalazł niczego, co przykułoby jego uwagę na dłużej niż kilkanaście sekund. Skakał więc po kanałach, aż po drugiej rundzie wyłączył odbiornik i odrzucił na bok pilota.

Sprawdził w komputerze pocztę, ale i tak nie wiedział, co do niego przyszło, bo nie mógł się skupić na czytaniu.

Zrobił sobie kawę, ale nieruszona wystygła, tak jak i kolacja.

Jego myśli wciąż wracały do notesu leżącego pośrodku stołu.

Sąsiedzki koncert, wbrew oczekiwaniom, nie potrafił go uspokoić. Paweł znał i lubił klasyków i ich kompozycje, których zawsze z chęcią słuchał. Szczególnie do gustu przypadła mu interpretacja kilku utworów Vivaldiego, którą ostatnio raczył całą okolicę starszy pan. Tym razem jednak skrzypek diametralnie zmienił repertuar. Grał coś, czego Paweł nie znał. Jakieś skoczne rytmy, ostre tony, nuty pędzące w szybkim tempie jedna za drugą. Przy takim graniu nie dało się usiedzieć na jednym miejscu. Ta muzyka miała w sobie coś… zielonego.

Znów ten zeszyt. Narzucał się jego myślom.

Co ona tam właściwie wypisywała? Nie mógł się powstrzymać. Musiał tam zajrzeć, przeczytać choć kilka zdań, sam początek. Żeby dowiedzieć się kim jest tajemnicza dziewczyna, żeby móc ją odnaleźć i oddać zapiski. Dopiero ta myśl go uspokoiła.

Usiadł na krześle przy stole. Włączył stojącą z boku lampkę. Krąg żółtego światła zalał zarzucony szkicami i czystymi kartkami blat. Przyciągnął zeszyt bliżej, otworzył okładkę w kolorze wiosennej trawy. Pierwsza strona zapisana była równymi, lekko nachylonymi na prawo, literami. Nie długopisem, ale czarnym atramentem. Od razu rzuciła mu się w oczy maniera stawiania maleńkich kółeczek zamiast kropek, czy to nad poszczególnymi znaczkami, czy na końcu zdania.

Bez czytania przerzucił kilka stron. Wszystkie pokryte tym samym, wyraźnym charakterem pisma.

Wrócił na pierwszą stronę i zaczął czytać.

 

Melodia zmieniła się, nawet nie zauważył kiedy. Złagodniała, zagrała w niej tęskna, melancholijna nuta. Po przeczytaniu kilku pierwszych akapitów pozwolił sobie zasłuchać się na moment. Przymknął oczy i natychmiast je otworzył szeroko. Przez tę chwilę, gdy spuszczone powieki odcięły go od rzeczywistości, zobaczył spienioną górską rzekę, a nad nią tłum ludzi. Wpatrywał się w pędzącego z nurtem potwora. Pośród białej piany pochwycił błysk szmaragdowych oczu.

Potrząsnął głową. Automatycznie sięgnął poprzez stół po kubek z zimną kawą. Jednym haustem wypił połowę. Wrócił do lektury.

Kawa nie pomogła. Zanim dotarł do końca ostatniej strony, zmęczone oczy zamknęły się, ciężka głowa w końcu opadła. Czoło oparło się na otwartej stronicy.

 

Obudził go świeży podmuch powietrza i ciepło słońca na twarzy. Otworzył oczy i natychmiast je zamknął, gdy okazało się, że patrzy prosto w rozgrzaną tarczę, wiszącą na nieboskłonie. Po omacku uniósł się nieco i oczy otworzył ponownie dopiero, gdy usiadł. Rozejrzał się ze dziwieniem dokoła.

Znajdował się na szczycie płaskiej skały. Kilkanaście metrów od niego wznosiła się kamienna wieża, wejścia której strzegł wykuty w kamieniu smok o szmaragdowych oczach i diamentowych łuskach.

– O żeż… – wypsnęło mu się, ale nie dokończył myśli i przez chwilę wpatrywał się w wieżę z osłupieniem i wciąż otwartymi ustami. Zza budowli wyszła dziewczyna. Ubrana zwyczajnie, w jakieś spodnie i bluzę, którym się nie przyjrzał. Spojrzenie Pawła przykuły za to białe, długie włosy. Nigdy czegoś takiego nie widział.

– Halo, proszę pani! – Zerwał się na równe nogi i zrobił krok w jej stronę. Ale dziewczyna nie zwróciła na niego uwagi. Jakby go tam wcale nie było. A może była niesłysząca? Podbiegł do niej i stanął tuż przed nią, ignorując smoka, wieżę i rozciągające się ze wzgórza widoki.

Dziewczyna przeszła obok, jakby w ogóle nie istniał. Przy zachodniej ścianie wieży zatrzymała się i popatrzyła w dół urwiska.

Paweł odwrócił się w stronę otwartych drewnianych wrót. Ktoś z nich właśnie wychodził. Dziwnie ubrany mężczyzna o włosach czarnych, pośród których błyszczało bielą jedno pasmo. Zdawał się nie zauważać obecności kogokolwiek innego poza białowłosą dziewczyną. Coś do niej powiedział. Paweł nie usłyszał słów.

W tym momencie prawda uderzyła go z całą mocą. Dziwna, niesamowita i kompletnie nierealna. Znalazł się jakimś cudem w świecie opowiadania. Tego, które napisała rudowłosa z parku i które właśnie czytał. Nie, nie, to znaczy nie przeniósł się tam naprawdę. Po prostu zasnął i przyśniła mu się scena z opowiadania. To musiało być to.

Odwrócił się gwałtownie i poczuł, że coś uderzyło go w biodro. Opuścił wzrok i zobaczył swoją dżinsową torbę. Otworzył ją i zajrzał do środka. Doznał olśnienia.

Wyjął rysownik i pierwszy ołówek, który wszedł mu w rękę. Usiadł na skalnym podłożu ze skrzyżowanymi nogami i zupełnie inaczej zaczął postrzegać wieżę i strzegącego ją kamiennego smoka.

 

Bolał go kark, a policzek się do czegoś przykleił. Powoli podniósł głowę z trudem otwierając oczy. Świat był cały zamazany, a pod powiekami czuł piasek ze wszystkich plaż świata. Przejechał dłonią po twarzy i od policzka odpadł skrawek papieru. Paweł pokręcił głową, by rozruszać zastane w niewygodnej pozycji mięśnie szyi i karku, zamrugał i rzucił okiem na zasłany makulaturą stół. Dokoła panowała cisza, za oknem nie widział żadnego światła, sąsiednie bloki tonęły w mroku. Musiał być środek nocy. Jeszcze raz przetarł dłonią oczy i już przytomniej spojrzał na oświetlony lampką stół.

Zmarszczył brwi i pochylił się nad jednym z arkuszy pokrytych plątaniną czarnych kresek. Wpatrywał się ze zdumieniem w bajeczną grafikę, przedstawiającą szamoczącego się w spienionych wodach górskiej rzeki przedpotopowego potwora. Sięgnął po kolejny rysunek. Spoza rzeźby rozpościerającego szeroko skrzydła smoka wyrastała kamienna wieża. Każdy detal zdobienia drewnianych wrót, okienek, herbu nad wejściem i galerii na szczycie był nakreślony z niezwykłą pieczołowitością i dokładnością. Odrzucił kartkę i od razu pochwycił w dłonie następną. I następną.

Doliczył się sześciu ilustracji do opowiadania. Nie wiedział, skąd się wzięły. Chociaż wszystko wskazywało, że są jego dziełem. Stępione ołówki leżały pomiędzy szkicownikami, jeden spadł na podłogę. Styl był zdecydowanie jego. Ale przecież Paweł nie potrafił rysować w pełni z wyobraźni, tylko z natury. Musiał widzieć, nie tylko wiedzieć i czuć.

Przypomniał mu się sen. Ten, w którym znalazł się w świecie stworzonym przez autorkę opowiadania. Niesamowite! Tworzył śpiąc! Obudziła się w nim dzika nadzieja.

Jak szalony zerwał się z krzesła, które z szurgotem przesunęło się po starym parkiecie. Podbiegł do kąta, gdzie obok komputera leżał stos książek, czasopism i innych papierów. Gdzieś tu powinien być wydruk przesłanych z redakcji opowiadań. Po ciemku nie mógł nic znaleźć, więc zabrał ze sobą cały stos i rzucił na stół. Szybko zgarnął swe oniryczne dzieła i delikatnie odłożył na wolne krzesło. Zaczął przeglądać papiery.

Nic nie znalazł. Musiał odłożyć je gdzieś indziej. W ręce za to wpadła mu niepozorna książeczka w wiotkiej, kolorowej oprawie. Pożyczona od jednego z kumpli fantastyczna opowieść o świecie płaskim jak talerz, przemierzającym kosmos na grzbiecie czterech słoni i ogromnego żółwia. Zaczął ją kiedyś czytać, ale nie dał rady skończyć. Nie mogąc sobie wyobrazić tego pełnego magii i pozornych nonsensów świata, nie potrafił go zrozumieć. Teraz postanowił ponowić próbę. Odgarnął na bok stertę magazynów, wydruków i listów. Oparł książkę o grzbiet zielonego notesu. Usiadł, przysunął bliżej lampkę i zagłębił się w lekturze.

W miarę czytania ogarniała go coraz większa senność. Ciężkie powieki opadały wbrew jego woli. Oczy przymykały się na coraz dłuższe chwile.

 

Gdy całym wysiłkiem woli po raz kolejny otworzył oczy zobaczył, że już nie przebywa w swoim małym mieszkanku, ale stoi pośrodku ruchliwej ulicy.

Bruk pod stopami był nierówny, rynsztokiem płynęły ścieki. Dobrze, że nie czuł ich zapachu. Po obu stronach ulicy wznosiły się rzędy domów. Przedziwnie ubrani ludzie chodzili we wszelkich możliwych kierunkach. Na wprost niego, przed wejściem do budynku, noszącego szumną nazwę restauracji, stało dwóch korpulentnych mężczyzn. Jeden z nich, ubrany w coś, co ewentualnie można by nazwać szczątkową zbroją, drugi na myśl od razu przywodził karczmarza i kucharza w jednym. Pierwszego, gdyby spotkać samego, można nazwać pulchnym, ale przy kucharzu wyglądał na względnie szczupłego.

Paweł odwrócił się nieco i zagapił na scenkę, rozgrywającą się w dole ulicy. Ze zdziwieniem zauważył nieopodal dwie, przybrane w metalowe napierśniki i hełmy, kamienne postaci, pochylające się nad jednym ze stojących przy skraju drogi wozów. Domyślił się, że to opisywane w książce trolle. O ile mógł dostrzec z tej odległości, majstrowały one przy jakimś dziwnym, pomalowanym na żółto urządzeniu. Po chwili właściwy trybik zaskoczył w głowie Pawła – trolle zakładały na koło wozu drabiniastego klasyczną blokadę, stosowaną zazwyczaj przez policję czy straż miejską.

Wzdrygnął się, gdy jakiś kundel przebiegł przez jego nogę, a z piersi wyleciał ścigający psa kamień, który upadł na bruk kilka kroków dalej. Nie wydał przy tym żadnego dźwięku. Dopiero to zwróciło uwagę Pawła na otaczającą go ciszę. Zauważył otwierające się i zamykające usta ludzi, zajadle szczekającego psa. Toczące się po kocich łbach drewniane koła wozów i podkute kopyta ciągnących je koni musiały wydawać stukot. A on niczego nie słyszał. Tylko widział. I tylko tyle było mu potrzebne.

Wyjął z torby blok i kilka ołówków. W tym świecie tak samo widmowych jak on. Znalazły się tu, jak on, w jednym tylko celu – stworzyć obraz baśniowej krainy. Usiadł więc ze skrzyżowanymi nogami pośrodku ulicy i nie przejmując się już przejeżdżającymi przez niego wozami, wózkami i przechodzącymi ludźmi, kreślił obrazy magicznego miasta. Kartka za kartką.

 

Paweł leżał na zimnej podłodze, przez uchylone okno sączyła się do pokoju mgła. Usiadł powoli i przetarł oczy i twarz wierzchem dłoni. W zaciśniętych palcach wciąż trzymał ołówek. Ziewnął szeroko nawet nie zasłaniając ust. Na stole i podłodze leżało jeszcze więcej ilustracji.

Sięgnął po najbliższą. Rzucił na nią okiem i zaraz wziął do ręki następną. Sam nie potrafił wyjść z podziwu. Czuł się szczęśliwy jak nigdy wcześniej w życiu. Przynajmniej odkąd sięgał pamięcią.

Burczało mu w brzuchu, w ustach czuł niesmak, ale zanim wyszedł z pokoju do łazienki, czy kuchni, najpierw pozbierał i posegregował rysunki.

 

Zaraz po późnym śniadaniu wyszedł z domu, ściskając w dłoni magiczny kajet. Wszedł do parku, rozglądając się dokoła i poszukując wzrokiem płomiennorudych włosów, poprzetykanych kilkoma czarnymi pasmami. Tak doszedł do stawu i usiadł na swojej ławce. Siedział bez ruchu, wpatrując się w puste siedzisko po drugiej stronie mostku.

Mijały godziny, on siedział i rozmyślał, to zatapiając się w marzeniach, to wypływając na powierzchnię rzeczywistości. Nadciągnął zmierzch, a dziewczyna się nie pojawiła.

Chodził tak do parku przez kolejne dni i tygodnie. Wieczorami wracał do domu, kładł notatnik na brzegu stołu, szykował papier i ołówki, otwierał książki i wydruki nadesłanych z redakcji opowiadań.

Już nie pamiętał po ilu tygodniach przestał chodzić do parku. Stracił nadzieję, że jeszcze spotka tajemniczą rudowłosą. Dostawał coraz więcej zleceń, zaczął podpisywać poważne umowy. Przeprowadził się. Jego życie zaczęło się zmieniać.

 

Jedno tylko przez kolejne lata pozostało bez zmian – zielony zeszyt zawsze leżał na stole, przy którym pracował. Zawsze i wszędzie. Jak szmaragdowy, baśniowy talizman.

Koniec

Komentarze

Faktycznie, bardzo ładny świat, ciekawa koncepcja, spodobało mi się. Ciepły, sympatyczny tekst, wcale nie potrzebujący strumieni krwi. Nawiązanie do Pratchetta też miłe.

Pomimo upływu lat wciąż był wyraźny, a częściowo roztarty i zamazany grafit nadawał mu pewną miękkość, dodawał delikatności.

Zbyt podobne słowa.

Babska logika rządzi!

Trochę się zawiodłam na tym, że motyw dziewczyny w sumie pozostał nierozwiązaną tajemnicą. Kilka baboli jeszcze masz – w jednym zdaniu dwa razy “było” obok siebie, jakieś brakujące przecinki. Nie jest tego jednak dużo. Opowieść ładna, płynie powoli, ale nie nuży – za co duży plus. Nawiązanie do Prachetta super, wybrałaś genialna scenę! :D Blokady na wozach rozwaliły mnie zupełnie.

Tylko nie "Tęcza"!

Dziękuję pięknie za wizytę, uwagi i punkciki. Wieczorem spróbuję te “bycia” wyłapać. Przecinki też, ale z nimi mam większy problem.

Co do dziewczyny – tak miało być. Niech każdy sam sobie zinterpretuje kim jest – spersonifikowaną weną, inspiracją, muzą, a może dobrą wróżką, czy hipnotyzującą kosmitką – do wyboru, do koloru, co się komu zamarzy :)

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie wiedział co powiedzieć. ---> ja też nie wiem. Nie wiem, dlaczego poskąpiłaś przecinka.

[…] można było spokojnie odczytać. ---> spokojnie, czyli bez negatywnych emocji, czy bez trudu?

Nie wiedział skąd się wzięły. ---> ale ja wiem. Co innego, jednak wiem. Że brak przecinka.

<>

Śniąca, kłaniam się.

Jeśli nie wiesz, dlaczego, o co chodzi, zapytaj Finkli.

 

Adamie, dziękuję za wizytę, komentarz i punkt :)

 

I chyba muszę spytać Finkli o co chodzi, bo rzeczywiście nie wiem.

 

PS. Co wskazane i co jeszcze znalazłam – poprawiłam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hmmm. Finkla ma jakieś hipotezy na ten temat interpretacji Adama. Tak ze dwie, może nawet dwie i pół. Ale proponuję przenieść obgadywanie Adama do pw.

Adamie, sam się o to prosiłeś. ;-p

Babska logika rządzi!

:-) Ostrzegam, że mam wbudowany naturalny detektor obgadywania mnie. Lewe ucho swędzi – chwalą. Prawe – oj, to mi się nie podoba… Oba poswędują – równowaga.

Poza tym ja tylko pozwoliłem… :-)

Poszło :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Poza tym ja tylko pozwoliłem… :-)

Nieeee, to była prowokacja. :-)

Śniąca, odpowiedź też już popłynęła.

I jak, które uszko swędzi? ;-)

Babska logika rządzi!

:-) Wy chyba profilaktycznie o pogodzie pisałyście. Albo szyfrem. :-)

Kobieca dyplomacja :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

:-) :-) :-)

Kurczę! Też miałam nadzieję na rozwiązanie zagadki. Teraz pozostaje się domyślać. Pomysł na opowiadanie bardzo orginalny. Zdecydowanie czułam cierpienie Pawła, powodowane brakiem wyobraźni. Cóż za smutne życie…

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję, Morgiano, za wizytę i komentarz :)

Smutne życie odmienione przez dobrego anioła/wróżkę itd.

Przyznam się, że myślałam (jak pisałam dawno temu i jak korygowałam teraz) o dziewczynie, ale w żaden sposób nie chciało mi wyjść, jak wyjaśnić kto to i po co. Cokolwiek mi przychodziło na myśl, psuło efekt i klimat opowieści. Nie ma sensu robić cokolwiek na siłę. Pozostaję więc przy tajemnicy. Wydaje mi się, że zagadka nie jest aż tak dokuczliwa :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie, jasne, że nie! :) Nadaje chyba specyficzny klimat. Trochę szkoda mi było, ale nie mówię, że to źle. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Hejka 

Zajrzałem, bo sam jestem nieopłacanym ilustratorem amatorem. I lubię rude :) jakoś mi bliskie tematy rysowania, wyobraźni i natchnienia

Piszesz o 

kreacjach dziewczyny

kreacje w tym kontekście skojarzyły mi się ze strojem wieczorowym, czy balowym.

pozdro 

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Hejka, ilustratorze-amatorze :) 

Przyznaję, że zajęta tworzeniem, nie balami, nie skojarzyłam tego w ten sposób. Skoro jednak zwróciłeś uwagę, to muszę się zastanowić nad poprawką.

Dzięki :)  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ponieważ kiedyś wywołałem zamieszanie, nominując tekst w temacie dla użytkowników, zgłosiłem Twoje opowiadanie bezpośrednio w temacie Loży. Powiadomić Cię o tym mam prawo i korzystam z niego.

Adamie, dziękuję bardzo.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Otrzymaliśmy opowiadanie o rysowniku, który nie mógł zrobić kariery z powodu braku wyobraźni, lecz dzięki tajemniczemu zeszytowi nagle ją zyskał.

 

Pozostawmy na boku kwestię, czy możliwa jest sytuacja, że ktoś zupełnie nie potrafi z wyobraźni uzupełniać niewidzianych przez siebie elementów rzeczywistości. Wydaje mi się to schorzeniem psychicznym uniemożliwiającym jakiekolwiek normalne funkcjonowanie. Ale ja nie jestem znawcą schorzeń psychicznych, mogę natomiast założyć, że Autorka miała jakiś głębszy zamysł w zaprezentowaniu nam człowieka o takich właściwościach umysłu. Niestety, podczas lektury zupełnie takiego zamysłu nie dostrzegłem. Za to niemal od razu problem głównego bohatera rozwiązany został metodą deus ex machina.

 

Pod wpływem magicznego zeszytu, który dostał od nieznajomej, Paweł zyskał bowiem zdolność przenoszenia się do świata ilustrowanych przez siebie utworów literackich, gdzie mógł wreszcie rysować różne fantastyczne obiekty z natury. Taki myk – bohater opowiadania nie potrafił wyobrazić sobie świata fantastycznego, więc dostał go przed własne oczy. Ale przecież Paweł nie potrafi uzupełnić z wyobraźni nawet koloru oczu postaci!

 

Autorka napisała:

 

Umysł Pawła, całkowicie pozbawiony wyobraźni, nie potrafił samodzielnie uzupełnić brakujących, nie ujrzanych elementów.

 

I nagle, ni stąd, no zowąd zyskał taką zdolność. Dzięki magicznemu zeszytowi.

 

I odtąd wszyscy żyli długo i szczęśliwie, a Paweł zdążył jeszcze na starość spotkać swoją muzę zupełnie nie zmienioną przez czas. Po co? Po nic.

 

W naszą rzeczywistość został więc włożony przez Autorkę element fantastyczny. Stary sposób na opowiedzenie czegoś ciekawego o człowieku i jego relacjach ze światem. Tutaj jednak wykorzystany on został do ukazania innego elementu fantastycznego, który – w nie wiadomo jaki sposób – zniwelował ten pierwszy element. Nie wspominając o innych fantazmatach, które w kupie składają się na opowieść zmierzającą donikąd. Ponadto w omawianym tekście mamy za długi wstęp (wspomnienia Pawła) zanadto naruszający jego równowagę.

 

Opowiadanie najwyraźniej napisane zostało nie dla opowiedzenia ciekawej historii, lecz dla stworzenia nastroju, co jednak zostało osiągnięte za pomocą nadzwyczaj nieudolnych środków:

 

Gdy jego cień przeciął śnieżnobiałą szyję ptaka i zaciemnił tułów, łabędź zatrzepotał skrzydłami, a dziewczyna odwróciła się.

 

Biedny łabędź.  „Uważaj, mam cień i nie zawaham się go użyć!”

 

To nie jest opowiadanie. To tekst do napisania od nowa.

 

 

EDIT: drobiazg. ;-)

Marcinie Robercie, dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie (mimo że – jak wnioskuję – się nie spodobało) i napisanie komentarza. 

Odniosę się tylko do jednej kwestii. Osobiście znam kilka osób, które są doskonale odtwórcze w swoich dziedzinach, ale same nie potrafią nic wymyślić. To takie pierwowzory Pawła. I w normalnym życiu radzą sobie całkiem dobrze, schorzeń psychicznych nie mają. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie znam się na tym, ale trudno jest mi wyobrazić sobie człowieka tak całkiem pozbawionego wyobraźni… Nieumiejętność narysowania czegoś “z głowy” nie musi być winą kompletnego braku wyobraźni. Każdy coś sobie przecież imaginuje…

 

Abstrahując od tego zagadnienia, spodobał mi się pomysł człowieka “wchodzącego” w świat przedstawiony i malującego go. Naszpikowane akcją to opowiadanie nie jest, też mi troszkę szkoda, że brak wyjaśnienia, kim jest tajemnicza dziewczyna, niemniej czytało się miło. Choć nie wolny od potknięć, to jest jednak gładko wchodzący kawałek tekstu.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Są ludzie twórczy i są ludzie odtwórczy, ale i jedni i drudzy potrafią pokolorować obrazki do kolorowania (takie dla przedszkolaków). No chyba, że mają uszkodzony mózg. Pomysły Autorka ma niezłe, kłopot w tym, że nie potrafi złożyć z nich sensownej opowieści.

 

Tekst wchodzi gładko, bo jest krótki, ale jego struktura jest wadliwa i jeżeli poważnie traktujemy zamieszczaną tu twórczość, to nie możemy przechodzić obok takich błędów obojętnie.

Joseheim, dziękuję za komentarz. Piszesz:

Nieumiejętność narysowania czegoś “z głowy” nie musi być winą kompletnego braku wyobraźni. Każdy coś sobie przecież imaginuje…

Może i faktycznie za mocno przerysowałam tę cechę Pawła. Jak choróbsko odpuści, to zastanowię się nad ewentualną drobną przeróbką.  

 

Marcinie, może przez gorączkę, a może tak po prostu, przyszedł mi do głowy pomysł, że jeśli uważasz, że tekst jest do napisania od nowa, to może pokusisz się o to. Ciekawa jestem, jak Ty byś pokazał takiego ilustratora, w niewadliwy sposób. Wszak doświadczenie i uznanie masz tu większe niż ja.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Najważniejsza w twórczości literackiej – obok dobrego pomysłu – jest dyscyplina. Między innymi umiejętność zmieszczenia się w określonej liczbie znaków. Twoje opowiadanie składa się z 25 389 znaków. Jeżeli ograniczyłabyś je – powiedzmy – do 20 000, miałabyś szansę pozbyć się tych elementów, bez których opowiadanie mogłoby doskonale się obyć.

 

Drugą istotną sprawą jest usunięcie nadmiernej ilości niewiadomych, które sprawiają, że nie wiadomo o czym jest Twoje opowiadanie, dokąd ono zmierza. Dobrze byłoby zrezygnować z deus ex machina i konkretniej wyjaśnić, jak Paweł pozbył się swojej ułomności.

 

 

Nie chodziło mi o wskazówki, co ja mam zrobić z moim opowiadaniem i moim pomysłem, ale dziękuję za odpowiedź.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ze swoim opowiadaniem i swoim pomysłem możesz zrobić co tylko Ci się podoba. Natomiast: jeżeli coś się krytykuje, to trzeba tę krytykę merytorycznie uzasadnić z dwóch przynajmniej powodów:

 

  1. Aby postronni czytający także odnieśli z niej korzyść.
  2. Aby umożliwić “krytykę krytyki”, ponieważ komentarze także podlegają ocenie. (Gdybym ogólnikowo napisał – “podobało mi się” lub “nie podobało mi się”, byłoby to trudne). Moje opinie mogą bowiem być błędne, a im bardziej są one konkretne (czyli im więcej mówią o rzeczywistości, tutaj – Twoim opowiadaniu), tym łatwiej te błędy mi wytknąć. Uczenie nazywa to się “falsyfikowalność”.

Pozdrowienia i miłej pracy twórczej. :)

Widzisz, wszystko ładnie pięknie, tylko, że jądrem mojego pomysłu była właśnie ta tajemnicza magia, która sprawia, że Paweł rusza z miejsca ze swoją twórczością. Jeśli się jej pozbędę, to faktycznie będzie równało się to wyrzuceniu do kosza całego tekstu i napisanie zupełnie innego. A nie mam takiego zamiaru.

Nie oznacza to, że konstruktywnej krytyki nie biorę pod uwagę – do wykorzystania w przyszłości :)

 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tak sobie czasami myślę, że logika i konsekwencja zabija niektóre teksty – na przykład powyższy, przeze mnie rozumiany jako swoisty apel, swoista zachęta do “bujania w obłokach marzeń i wyobraźni”. Autorka pokazała niejako antytezę – i tak jest ciekawiej…

Poezja to piękna rzecz, ale nawet i ona powinna być zrozumiała. Karol Irzykowski napisał na ten temat celny artykuł dla międzywojennych “Wiadomości Literackich”. Jak uda mi się go wygrzebać, to – odwołując się do argumentum ad auctoritate – zacytuję kilka jego fragmentów. :)

O, to, to, to! Adamie, co ja czułam, Ty nazwałeś idealnie.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

:-) Rezonans, albo coś w jego rodzaju? :-)

Zaczniem od szeroko pojętej łapanki, potem pozwolę sobie na polemikę z innymi komentarzami, która – mam nadzieję gładko – przejdzie w subiektywną opinię o samym tekście. Na końcu zaś, z prawdziwą przyjemnością, klepnę w bibliotekę.

 

Do biegu, gotowi…

Pif, paf!

 

Zapakował nowy blok i kilka ołówków. Po krótkim namyśle dorzucił paczkę pasteli. Zapiął starą, dżinsową torbę(,) (i) położył (ją) na stole. (względnie: którą położył na stole – jest to oczywiście sugestia) Spojrzał na nią, odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju. Po drodze do wyjścia z mieszkania sięgnął do lodówki po małą butelkę wody mineralnej. Gdy przekręcał klucz w zamku, przybory wciąż leżały na stole.

(Powtórzenie nie rzuca się jakoś bardzo w oczy, ale jakbyś tak zamieniła drugi “stół” na, np. “to samo miejsce”, to było by lepiej. Co jednak najważniejsze, to to, że nie rozumiem. Dlaczego poświęcasz cały akapit informacji o tym, że Paweł → Pablo → Picasso^^ pakuje do torby te wszystkie utensylia, skoro na końcu i tak zostawia tę torbę na miejscu, a samo zdarzenie nie ma żadnego znaczenia dla fabuły?)

 

 

Wtaczanie syzyfowego kamienia wydało mu się prostsze i realniejsze do wykonania (czego?).

 

Powoli schowała do plecaka długopis, wyjęła niewielką butelkę z napojem, z daleka(,) po kolorze sądząc, mógł to być sok marchewkowy,

 

Zrobił sobie kawę, ale nie(-)ruszona wystygła, tak jak i kolacja.

 

Sąsiedzki koncert, wbrew oczekiwaniom, nie potrafił go uspokoić.

 

Od razu rzuciła mu się w oczy maniera stawiania maleńkich kółeczek zamiast kropek, czy to nad poszczególnymi znaczkami, czy na końcu zdania.

(W tych zdaniach masz dwa, nie wiedzieć czemu, pogrudione przecinki)

 

Koniec łapanki. Nie było tak źle, prawda?

 

Pozostawmy na boku kwestię, czy możliwa jest sytuacja, że ktoś zupełnie nie potrafi z wyobraźni uzupełniać niewidzianych przez siebie elementów rzeczywistości. Wydaje mi się to schorzeniem psychicznym uniemożliwiającym jakiekolwiek normalne funkcjonowanie. Ale ja nie jestem znawcą schorzeń psychicznych, mogę natomiast założyć, że Autorka miała jakiś głębszy zamysł w zaprezentowaniu nam człowieka o takich właściwościach umysłu. Niestety, podczas lektury zupełnie takiego zamysłu nie dostrzegłem. Za to niemal od razu problem głównego bohatera rozwiązany został metodą deus ex machina.

Marcinie Robercie, wybacz, ale nie mogę się powstrzymać przed zwróceniem Twojej – i nie tylko Twojej – uwagi na fakt, że wcale nie pozostawiasz tej kwestii “na boku”, tylko poświęcasz jej cały akapit. Nazwałbym to niekonsekwencją. Aczkolwiek nie ma w tym żadnej złośliwości, nic z tych rzeczy. Zresztą zgadzam się z Tobą i wszystkimi, którzy uważają kompletny brak wyobraźni Pawła za… chciałoby się rzec fantastykę, ale ograniczę się raczej do stwierdzenia: nienaturalność… ale tylko do pewnego stopnia. Jest ta ułomność zdecydowanie zbyt wyeksponowana w tekście (choć za każdym, absolutnie za każdym razem nawiązanie do niej wydaje mi się uzasadnione – ot, taki dylemacik), przez co, jako problem, nabiera monstrualnych rozmiarów. Myślę, że to jeden z powodów, może najważniejszy, dla którego Czytelnik ma taki problem z jego zaakceptowaniem. Na początku czytam, że gość ma problem z wyobrażaniem sobie rzeczy, których nie widzi. Spoko, ja mam słabą pamięć do twarzy i jestem brzydki, shit się happens. Zupełnie mnie ta informacja nie zraziła nie zaskoczyła i nie zazgrzytała. Jednak za każdym razem, kiedy to zostaje podkreślone i obarczone komentarzem w stylu “to niszczy mu życie”, problem urasta do rangi paranoi, której przeciętny czytelnik zwyczajnie nie rozumie, bo i nie ma jak. Przedstawione w tak intensywny sposób zatraca swój realny aspekt… A Ech, chyba nie udaje mi się uchwycić sedna sprawy. W każdym razie wystarczyło mi skupić się, nawet niezbyt mocno, na samej istocie problemu; na tym, jak też to może wyglądać w rzeczywistości, pomijając wszystkie jego konsekwencje dla bohatera, i okazało się, że potrafię sobie wyobrazić całą rzecz bez trudu. Jest gość, który nie umie sobie wyobrazić, jak też ten piękny kościółek wyglądał pińcet lat nazad, otoczony niezmechanizowaną wsią polską. Tyle. I aż tyle. Może rozważ, Śpioszko, czyby nie ułagodzić jakoś tej tragedii. Mam pytanie. Pisząc opowiadanie wyszłaś z założenia, że jak Paweł zamyka oczy i próbuje sobie coś wyobrazić, to widzi czarność, nicość i seksmisjowską ciemność? Jeżeli nie, to może zamiast kategorycznego stwidzenia, że nie potrafił wyobrazić sobie tych kościołów i całej reszty, opisz to co widział, albo lepiej, jak odbierał to, co widzi: kryte strzechą chaty i ubrani w lniane koszule chłopi wydawali mu się nienaturalni; nie potrafił wychwycić szczegółów, obraz się zniekształcał, zamazywał… Wyobraźni Pawła zawsze coś umykało i czuł, że czegoś w tym wszystkim brakuje, więc wszelkie próby przeniesienia tych wizji na papier kończyły się niepowodzeniem. Coś w tym stylu. Same założenia opowiadania raczej nie straciłyby na takim przedstawieniu sprawy, a czytelnikowi było by łatwiej ogarnąć temat.

 

 Pewnego dnia być może znudzi mi się zwalczanie wszelkich prób upchnięcia literatury w jakieś sztywne, nie wiadomo przez kogo i po co skonstruowane ramy, założenia smyczy i kagańca na indywidualny styl pisarski każdego Autora i narzucania własnych poglądów, ale to nie jest ten dzień. I dlatego uwagi Marcina o równowadze, zaburzonej kompozycji i za długim wstępie, jako jednoznacznie autorytatywne, zmuszony jestem zanegować i określić jako niepoważne. A przy okazji pozwolę sobie zauważyć, że wspomnienia Pawła nie stanowią wstępu, a – że tak powiem – właściwą część opowiadania. Ponadto, subiektywnie nie dostrzegam żadnego, ale to absolutnie żadnego zachwiania jakiejkolwiek równowagi. Ale to może dlatego, że tekst jest napisany równo, płynnie, bardzo harmonijnie i płynęło mi się przez każde słowo z nieodmienną łatwością i przyjemnością. Zresztą nie, przyjemność to złe określenie: z zachwytem. Jeśli chodzi o “nieudolne środki”, to również inaczej na to patrzę. Może i nie zajmę stanowiska krańcowo przeciwnego, niemniej cień padający na łabędzia w żaden sposób nie wydał mi się… śmieszny/głupi/niezrozumiały/nieudolny. Nie było w nim zupełnie nic przyciągającego uwagę. A w każdym razie nie w sposób negatywny.

Jeśli chodzi o treść opowiadania, to miał rację, kto napisał, że niesie ono ze sobą ciepło, łagodność i może ukoić strapioną duszę. A z drugiej strony jest w tym wszystkim bardzo wyraźna nuta melancholii, która z jednej strony pozostawia w czytelniku jakiś taki nieuchwytny żal (może nie taki znowu nieuchwytny, ale wolę, żeby został on niedopowiedzeniem, tak jak śliczny rudzielec z parku – ech…), ale z drugiej nadaje opowiadaniu jeszcze większej głębi; czyni je piękniejszym.

Natomiast jeśli chodzi o wykonanie, to znów udało Ci się mnie zachwycić pięknym stylem i – przede wszystkim – tym, że Twoje słowa włączają jakiś guzik w mojej wyobraźni i, w przeciwieństwie do Pawła, widzę i czuję Twoje opowiadania. Wciąż pamiętam, i to doskonale, jakie wrażenie zrobił na mnie diabeł tańczący na pokładzie statku. Cholera, bardzo lubię wracać do tego wspomnienia. Tutaj doznałem czegoś bardzo podobnego, choć tym razem zadziałałaś bardziej na moją wyobraźnię niż emocje. Chodzi mianowicie o wycieczkę do Świata Dysku. Nie wiem jak tego dokonałaś, ale teraz, kiedy zamknę oczy, widzę bardzo wyraźny, pełen żywych kolorów i szczegółów obraz ulicy w Ankh, widzę te trolle – bardzo, bardzo pratchettowska wizja – i całą resztę. A po środku tego wszystkiego widzę siedzącego na ulicy, jakby wpuszczonego w bajkowy kadr facecika z arkuszem papieru i malowadłem w ręku.

Coś pięknego, Ilustratorko.

 

Peace!

 

P.S.

Wybacz przydługawość i marną jakość komentarza, ale nie chce mi się go czytać od nowa i redagować. Nie dzisiaj.

 

P.P.S.

Tak sobie myślę, że oddanie głosu na Bibliotekę wcale nie będzie ostatnim akcentem w moim komentarzu.

 

P.P.P.S.

Jeśli ktoś poczuł się urażony moimi słowami, to przepraszam – nie było moim zamiarem nikomu dowalać. Niemniej, com napisał, napisałem. I zdania nie zmienię.

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A mnie, jak zawsze, gdy czytam Twoje komentarze, dech zapiera z wrażenia, drogi Cieniu :) 

Wyłapane drobiazgi w luźniejszej chwili poprawię (bo zaraz szef wpadnie i skończy się fantazjowanie).  Co do przerysowania ułomności – jak już Joseheim obiecałam – też skoryguję i złagodzę. 

 

Gdybym to ja tak umiała pisać komentarze!

 

Bardzo Ci dziękuję za te cudowne słowa, za bibliotekę i nominację (zdążyłam już zauważyć :) )

 

Wybacz przydługawość i marną jakość komentarza, ale nie chce mi się go czytać od nowa i redagować. Nie dzisiaj.

Nie redaguj! Daj się nacieszyć w chwilach zwątpienia, które mogą kiedyś nadejść ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Gdybym to ja tak umiała pisać komentarze!

Gdybym to ja tak umiał pisać opowiadania… I w ogóle tak pisać jak Ty…

 

Dziękować nie masz za co, albowiem dostajesz to, na co zasłużyłaś, nic więcej. Drobnych redaktorskich poprawek jednak się dopuściłem, ale – prócz tego, że pozwoliłem sobie podczepić link do komentarza – są one natury wyłącznie technicznej. Treść pozostała niezmieniona.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ja jestem z tego pokolenia, które zna i stosuje słowa takie jak dziękuję, proszę i… coś tam chyba jeszcze było ;) 

Oj, pisać to Ty potrafisz, więc się aż tak tu nie kryguj – piórek za darmo i za ładne oczy ładny awatar tu nie dają :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Interesujący tekst.

 

Skojarzyło mi się z “Ręką mistrza” Kinga ( jestem w trakcie lektury ), choć analogie raczej powierzchowne. Ale może była to jedna z inspiracji?

 

Opowiadanie ma świetny, melancholijny klimat. Jedno, co mi, przeszkadzało to brak zamknięcia historii. Gdyby tak bohater, w twórczym szale, został uwięziony w opowiadaniu, by już przez wieczność rysować te wspaniałe szkice… ;)

Ale może tekst doczeka się kontynuacji, gdzie tajemnice się wyjaśnią?

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dobra, Cieniu Burzy, masz swój pogląd i jest on co najmniej równie dobry jak mój. Chociaż… wyznaczenie sobie limitu znaków naprawdę dobrze robi na uporządkowanie myśli, a zabójstwo łabędzia przy pomocy cienia mimo wszystko wydaje mi się zabawne. :)

 

PS No i jeszcze warto przypomnieć mądre słowa, że “literatura to sztuka tworzenia w ramach ograniczeń”.

Pomysł był, nastrój też został stworzony, napisane nieźle, jednak opowiadanie pozostawiło mnie bez spodziewanych wzruszeń. Tak jak niektórzy wcześniej komentujący, nie pojmuję kompletnego braku wyobraźni bohatera, natomiast zazdroszczę mu nabytej umiejętności wnikania do świata książek, które ilustrował.

Nie przeszkadza mi zawieszony wątek rudej dziewczyny i nagłe jej pojawienie się w parku po pół wieku, ale nie przeszkadzało by mi jeszcze bardziej, gdyby coś zostało wyjaśnione.

 

Seria szki­ców wę­glem dla cyklu o za­byt­ko­wych drew­nia­nych ko­ściół­kach do lo­kal­nej fun­da­cji go wy­koń­czy­ła. – Wolałabym: Seria szki­ców wę­glem do cyklu o za­byt­ko­wych drew­nia­nych ko­ściół­kach, dla lo­kal­nej fun­da­cji, wy­koń­czy­ła go.  

 

A tak na­praw­dę brał głę­bo­ki od­dech. – Oddech, to wdech i wydech. Można głęboko oddychać, ale nie można brać głębokiego oddechu. Można natomiast głęboko nabrać powietrza, można zrobić głęboki wdech.

 

Za­uwa­żył też, że w gład­kich po­licz­kach zro­bi­ły się jej dwa małe do­łecz­ki, gdy tylko usta roz­cią­gnę­ły się w uśmie­chu. Nie­sfor­ny ko­smyk ru­dych wło­sów za­kry­wał część po­licz­ka i samą koń­ców­ką do­ty­kał ką­ci­ka ust. – Powtórzenia.

 

i do­pi­ła ostat­nie kilka łyków. – …i do­pi­ła kilka ostat­nich łyków.

 

Szcze­gól­nie do gustu przy­pa­dła mu in­ter­pre­ta­cja kilku utwo­rów Vi­val­die­go, jaką ostat­nio ra­czył całą oko­li­cę star­szy pan.Szcze­gól­nie do gustu przy­pa­dła mu in­ter­pre­ta­cja kilku utwo­rów Vi­val­die­go, którą ostat­nio ra­czył całą oko­li­cę star­szy pan.

 

Wyjął ry­sow­nik i pierw­szy ołó­wek, który wszedł mu w rękę. – Czy rysownik znaczy to samo co szkicownik?

 

przez uchy­lo­ne okno są­czy­ła się do po­ko­ju wil­goć i mgła. – Mgła jest wilgocią.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nieco złagodziłam brak wyobraźni Pawła (nie tak pięknie może jak w propozycji Cienia, ale swoimi słowami – przy okazji widzę, jak jeszcze dużo muszę się nauczyć). 

 

Nazgulu – na Kingiem nie przepadam, więc nie czytam – czyli żaden z jego utworów nie był inspiracją. Twoje słowa jednak dowodzą, że wszystko gdzieś krąży i czasem podobne rzeczy trafiają na różne osoby, nawet bez wzajemnej inspiracji :) 

Nie przewiduję na razie kontynuacji, ale ponieważ życie nauczyło mnie, żeby nigdy nie mówić nigdy, to nie wiem, co mi w przyszłości przyjdzie do głowy. 

 

Regulatorzy – dzięki za dalszą łapankę. I jak zwykle oczywiste oczywistości, gdyby to chociaż były przecinki, z którymi wciąż mam jakiś problem, to mniej by mi było wstyd. 

Jak napisałam – złagodziłam nieco tę kategoryczność braku wyobraźni. Nie namawiam Cię jednak na ponowną lekturę, jeśli nie masz już na nią ochoty – nic na siłę :) 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hej Śniąca,

 

Umysł Pawła, prawie pozbawiony wyobraźni,

No, to jeszcze jest dość kategoryczne. Dalsze stwierdzenie o ubogiej wyobraźni przełknąłem dużo bardziej gładko. No i wstęp z dziadkiem, proporcjonalnie, rzeczywiście trochę przydługi. Nie upierałbym się, w przypadku tego kawałka, tak bardzo przy żelaznej logice opowieści, bo mam wrażenie, że nie samej historii służy. To raczej… ilustracja Ilustratora. :-)

 

Tekst mi się spodobał – jako metaforycznie pokazana historia, której bohaterką jest właśnie wyobraźnia. Czy tak ma na imię dziewczyna z parku – Imaginacja? A może to Natchnienie? Nieistotne, wejście w powieść, by ją zilustrować, to tak ładnie odmalowana istota zanurzenia w lekturę, że poddałem się bez zbyt długiej dyskusji. 

Zgodzę się natomiast, że to jest tekst, który na nastroju stoi – jedynym elementem fabularnym jest “Jak Paweł zdobył Wyobraźnię” (chociaż w parku nie mógł jej nigdy dogonić). Klimatyczne, krótkie opowiadanie, ze smaczkiem w kierunku Terry’ego Pratchetta i niezłym pomysłem, ale nie klasyczna historia/opowieść.

 

Srubududubu, summa summarum, myślę, że autorce przyda się zestaw różnych opinii, więc pomacam ci ja Bibliotekę i zadam nominacji, korzystających ze swoich praw nabytych, aby sciagnąć tu nieco więcej czytelników. ;-)

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No dobra, z tym łabędziem, jeśli porzucić wyraźny zamysł autorki na rzecz brutalnej dosłowności, to oczywiście, masz Robercie rację. Wygląda to i dziwnie i zabawnie. Tyle, że ja takiej interpretacji musiałem się dopatrywać niejako na siłę, spoglądając w kierunku, w którym wskazałeś palcem. Inaczej bym przeoczył, a zasadniczo, to przeoczyłem, więc dla mnie problemu, generalnie, nie ma.

Uporządkowanie myśli + minimalizm mnie służy wyłącznie przy robieniu notatek i zapisywaniu skrótów myślowych do późniejszego wykorzystania, ewentualnie tworzeniu zarysu fabuły, wypunktowaniu zaplanowanych zdarzeń, słowem – tworzeniu planu ramowego. Natomiast podczas samego pisania limity już tylko przeszkadzają. No, ale wiadomo, co człowiek to inne podejście.

 

Śpioszko, teraz, po pobieżnym przejrzeniu zmian, stwierdzam z zadowoleniem, że jest o wiele lepiej.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ładny klimat. Chociaż (jeszcze!) nie czytałem Pratchetta, moment z trollami podobał mi się najbardziej. Ogólnie przenoszenie się w świat fantastyczny wyszło ci dość zgrabnie, autorko.

Chciałem jakoś odnieść się do podnoszonych wyżej zarzutów. Hmm… Przeczytałem uwagę Cienia Burzy o opisywaniu przedmiotów, które i tak pozostają na stole. W pierwszej chwili pomyślałem, że to bardzo trafna uwaga, ale potem stwierdziłem, że ten fragmencik tekstu wyraża chaos w głowie Pawła, więc jednak czemuś służy. Fakt faktem, że opowiadanie mogłoby być odrobinę krótsze i raczej by na tym nie ucierpiało, bo według mnie bazuje raczej na budowaniu nastroju niż na wartkiej fabule.

Jeśli chodzi o “deus ex machina”, tu również pomocny był mi bogaty komentarz Cienia, żeby przyjąć odpowiednią perspektywę. Otóż, z brakiem umiejętności rysowania z wyobraźni da się żyć! Jakoś. Może smutnawo, ale się da. Motyw deus ex machina irytuje najbardziej, gdy bohaterowi grozi absolutna zagłada. Jeśli grozi mu brak umiejętności rysowania z wyobraźni, irytuje mniej. Nie wiem czy tylko ja dostrzegam taką prawidłowość, ale widzę ją dość wyraźnie.

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Rybko, pięknie dziękuję za całą trójcę – komentarz, bibliotekę i polecanki :)

 

Cieniu, cieszę się, że oceniasz, że jest lepiej – taki był cel, który został najwyraźniej osiągnięty.

 

Nevaz, dziękuję za komentarz :) I masz rację co do zostawionych na stole przyborów. A Pratchetta polecam z całego serca, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie każdemu jego styl pisania odpowiada – ale nie przekonasz się, jeśli sam nie spróbujesz :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Podejrzewam, że Autorka chciała zbudować opowiadanie na klimacie, fabuła zaś miała być drugoplanowa. Jeśli tak – udało się i tekst mnie kupił, czy też ja go kupiłem – w zależności jak kto na różne sprawy patrzy. 

Ułomność głównego bohatera jest, moim zdaniem, przerysowana i wpływa to niekorzystnie na opowiadanie. Można było zasygnalizować problem łagodniej – jego rozwiązanie i tak jest fabularnie/logicznie/nielogicznie/światopoglądowo/whatever mało istotne, bo… rządzić ma tu przecież klimat. Prawda? 

Tak czy siak – tekst przesiąknięty melancholią, płynący leniwie, z dobrymi opisami, z niezłym pomysłem, bez flaków i magicznych mieczy oraz półtonowych toporów miotających błyskawicami, a – co najważniejsze – bez smoków!* Przeczytałem z przyjemnością. 

Sorry, taki mamy klimat.

Sethrael – ale jak to bez smoków :D ?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Znaczy mignął, przemknął ten smoczek niepostrzeżenie :) Cieszyć się, czy smucić?

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

*Bez smoków w roli głównej.

;)

Sorry, taki mamy klimat.

Tyle pięknych opowiadań, a tak mało czasu. Dobrze, że udało mi się go znaleźć na tą historię. Bardzo, bardzo ładną historię :) Taką spokojną, barwną i klimatyczną. Dobrą na wieczór, po spacerze z psem mokrymi uliczkami mojego osiedla.

Teraz jest mi ciepło i miło. Dzięki, Śniąca.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Bardzo proszę, Emelkali :) Nie pozostaje mi nic innego, tylko życzyć cudownych snów :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Opowiadanie nie zrobiło na mnie wrażenia. Bohater, jak już podniesiono, obarczony jest bardzo specyficzną cechą, która pewnie w zamierzeniu miała być po prostu fabularnym popychaczem, a nagle rozrosła się do dużego problemu ; P Ja bym jednak powiedział, że protagonista jest po prostu mało ciekawy – siedzi, patrzy, rysuje, żadnej głębszej refleksji; o, jest zredukowany do umiejętności rysowania. Fabuła również jest dość szczątkowa. Klimat natomiast ma to do siebie, że albo się go złapie, albo nie. Ja chyba nie złapałem. 

 

I po co to było?

Syf.ie, dziękuję za wizytę i komentarz. O cuda się nie podejrzewam, a cudem by chyba było, gdyby jakiekolwiek opowiadanie zrobiło wrażenie / przypadło do gustu / spodobało się absolutnie wszystkim :) I dzięki takiej różnorodności jest ciekawiej. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Opowiadanie bardzo mi się podobało! :) Zarówno pomysł jak i wykonanie świetne :) Dziękuje Ci ogromnie za tą krótką chwilę w której ‘odpłynąłem' razem z tekstem.

Fosken – dziękuję za wizytę i cieszę się, że udało mi się zapewnić Ci taką małą podróż :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ciekawe jest to opowiadanie, głównie dzięki pomysłowi. Choć myślałem, że pójdzie trochę w dramat. Gdy czytałem, przez głowę mi przemknęło, że w tym notesie są właśnie ilustracje, a nie opowiadanie, że Paweł zauroczy się jej stylem i go ukradnie i zacznie rysować tak jak ona i później zapomniał o tym, a na starość ta dziewczynka mu o tym przypomniała, uff :) Ale w takiej nostalgicznej odsłonie też mi się podobało. Co nie znaczy, że super. Podobne jest do innych na tym forum, nie ma tu własnego stylu, jeszcze :) I Mistrza też nie odnajduję. Za to w “Będę cieszyć się życiem” już widać, czyli jest progres.

I głównie przez ten styl pojawiał mi się uśmiech na twarzy, bo wyraźnie odczuwałem, że “Będę…” to nie twoja bajka :) Napisane jak wypracowanie do szkoły albo na konkurs.

Odstaw forum NF na kilka miesięcy. Kup psa, wychodź z nim na spacer, albo chomika, albo spaceruj boso po łące. Pływaj w morzu, jeździj rowerem, rób to wszystko co cię inspiruje i stwórz własny świat, jak Terry stworzył Świat Dysku.

Wiele osób pisze, ale niewielu da się rozpoznać, jeśli się nie podpiszą. Ty masz szansę naprawdę być rozpoznawalna. Widzę cię siedzącą wśród gnomów, krasnali i czarownic:) Mam nadzieję, że ty siebie też :)

 

 

 

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki bardzo za komentarz :) 

Owszem, to stary tekst, a nawiązanie jest nie w stylu, ale w treści odnoszącej się do książek :) 

Ja się nie widzę siedzącej za długo w żadnym konkretnym miejscu – za bardzo lubię różnorodność i co rusz nowe miejsca. Podnosisz mnie jednak na duchu swoją wiarą we mnie, dziękuję. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ciekawe, bardzo mi się podobało :)

Anet, dziękuję za wizytę i cieszę się :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka