- Opowiadanie: jakub.skarpetowski - 90.

90.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

90.

Nagrzany facet wracał do domu, chwiejnym krokiem niepewnego swej przyszłości okrętu zmierzał powoli w stronę bezpiecznej przystani. Falując na chodniku z szarej płyty, spojrzał za siebie. To był błąd – efektownie upadł nieborak, w ostatniej chwili łapiąc się stojącej obok zgasłej już latarni.

Zaczął się kolejny słoneczny, gorący jak czajnik dzień. Zanim jeszcze rosa znikła z przychodnikowych fragmentów zieleni, już dało się usłyszeć wózki. Kraciaste torby na dwóch kółkach zaczęły swe powolne podróże na czwartkowy targ, prowadzone przez swych starej daty przewodników. Mimo, iż cień niedojrzałej gwiazdy spowijał place zabaw, codzienność już dawno wstała.

Targ był najludniejszym miejscem na osiedlu. Położony na wielkim, ogrodzonym zardzewiałą siatką, piaszczystym placu, gdzieś po środku blokowiskowego labiryntu, budził się najwcześniej. Handlarze rozstawiali swe towary, wyciągając z Żuków i Polonezów warzywa, kury w klatkach, jajka, kartridże do Pegasusa. Niedługo potem pojawili się pierwsi klienci – emeryci i matki, które odprowadziły swoje dzieci do szkół i przedszkoli. Jakiś czas później dotarł inny matek rodzaj, ten z wózkami, w których leżały śpiące niemowlaki, lub z maluchami drepczącymi tuż obok, ubranymi w kolorowe ogrodniczki, czytającymi opowiadające o Kaczorze Donaldzie komiksy z opakowań gumy do żucia. Słychać było gwar, rozmowy, jakiś mężczyzna w skórzanej kurtce proponował po cichu prawie oryginalne zegarki. Życie toczyło się na targu przez pierwszą połowę dnia. Różowe bloki z betonowych płyt promieniały w tle odbitymi promieniami słońca. Będący na urlopie obibok stał na jednym z balkonów w białym podkoszulku na ramiączka i palił papierosa, przyglądając się ruchowi na bazarze. Gdzieś cicho szumiały drzewa, poruszane letnim, gorącym wiatrem.

Wpół do ósmej Paula ugotowała kaszkę. Mały Olek siedział obok w wysokim, drewnianym krzesełku ze stolikiem. Mebel był żółty w kwiatki, dziecko zaś różowe w Myszkę Miki na błękitnych śpioszkach. Mikiego mama znalazła w pasmanterii i przyszyła do ubranka. Okrągły bobas wyglądał uroczo, bawiąc się łyżką wesoło gaworzył. Ciemną, wąską kuchnię otoczył zapach gotowanego mleka. W magnetofonie tkwiła kaseta, przygotowana na nagranie popołudniowej audycji.

Po nakarmieniu dziecka Paula postanowiła wybrać się na spacer i zakupy. Ubrała Olka, zapakowała kilka jednorazowych pieluch, sok i własnoręcznie zrobiony mus owocowy w słoiczku. Wszystko włożyła do torby, którą schowała na półce pod wózkiem-spacerówką. Gdy już wyszli na klatkę schodową, wróciła się jeszcze po portfel i łyżeczkę, których zapomniała.

Jasne, puste niebo stało się już błękitne. Na pobliskim placu zabaw starsze dzieci bawiły się w piaskownicy, a te większe kręciły na metalowej karuzeli, siedząc na drewnianych krzesełkach i odpychając się nogami. Ziuuu, ziuu, ziuuu! – mówiło jedno z nich. Dwie grube matki spoczywały na zielonej ławce – prawiąc o przepisach i wychowaniu, poprawiały kwieciste sukienki. Wyglądały jak siostry.

Olek zachowywał się bardzo spokojnie. Wózek skakał po nierównościach betonowych płyt, a dziecko trzymało poręcz, i, ssąc smoczka, rozglądało się dookoła. Zainteresowały je chmary ptaków, które wyleciały z koron topoli. I pies, który szedł na smyczy. Prowadząca go pani podeszła do wózka i zaczęła chwalić chłopca.

– A co to za bobas? O jaki śliczny bejbi! Jaki piękny, przystojny mężczyzna! A ty ty ty!

Paula cieszyła się, że zawiązała na wózku czerwoną wstążeczkę. Już raz przelewali o północy wosk nad łóżeczkiem Olka. Kobieta nachyliła się nad wózkiem, cały czas zachwycona. Miała długi płaszcz z futrem, choć było gorąco. Olek próbował zobaczyć coś więcej niż owalną twarz starszej pani, najbardziej zależało mu zaś na widoku psa. Niestety, kobieta nie dawała za wygraną, skutecznie zasłaniając bobasowi cały świat. Paulina starała się być miła i odpowiadała na każde zadane pytanie zgiętej wpół baby: „a ile ma lat? A jak się nazywa? OOOlek! Aleksander! Ho ho, a gdzie państwo tak idą? A gdzie mają państwo pediatrę? Bo ja chodzę do lekarza na…”. Olek zaczął płakać.

– OHO! – Pisnęła kobieta.

– Musimy już naprawdę iść – odpowiedziała mama. Ruszyła wózkiem w przód, baba odskoczyła. Pies zaszczekał, bo zobaczył kota. Olek go usłyszał, spojrzał na niego, uśmiechnął się. Poszli dalej.

Paula pomyślała, że to musi być źle, że jej męża nie ma już czterech dni. Nie miała do kogo z tym pójść. Policja mówiła, że to się zdarza i że rozpoczęli poszukiwania, ale jeszcze trochę, byli dwa razy przesłuchiwać i oglądać mieszkanie. Tak musi być. Niepokój pożerał jej duszę.

*

Za blokami znajdowały się „wydmy”, a ta, nadana przez okoliczną młodzież, nazwa jak najbardziej pasowała do tego miejsca. Obrośnięte suchą trawą góry piasku wyglądały jak mała pustynia. Walały się tam resztki z budowy – grube druty, połamane betonowe płyty, nieużyte rury. Na samym środku stała opuszczona koparka, pordzewiała, bez silnika, używana przez starsze dzieci do zabawy. Niedaleko od tego miejsca był też zbudowany z kartonu i sklejki niewielki przypominający budę budynek, w którym ktoś postawił kanapę, a przy dziurze służącej na okno powiesił na gwoździach firankę.

„Wydmy” były najlepszym miejscem zabaw, równie dobrym co najlepsze place zabaw świata, a jednocześnie postrachem matek. „Dzieci nie upilnujesz”, mówiła niejedna z nich do drugiej.

Pawełek leżał na dywanie o perskim wzorze, mimo dochodzącej dwunastej – w piżamie. Jego matka słuchała w kuchni radio, gotując obiad. On zaś tkwił pół dnia przed telewizorem. Wyciągał opartą na rękach głowę wysoko do góry, zainteresowany lecącą na ekranie bajką o wojownikach szukających smoczych jaj. Usiadł po turecku, nie odrywając wzroku od kineskopu, podłubał w nosie i bezwiednie zjadł to co tam znalazł. Potem siedział z otwartymi ustami aż do końca seansu.

Tak się złożyło, że złapało go paskudne przeziębienie na sam początek roku szkolnego. Aby nie narazić innych dzieci na infekcję, matka postanowiła przetrzymać go nieco w domu. Dzięki temu mogła wziąć chorobowe w pracy i, korzystając z czasu, spotykać się z koleżankami. Tuż po zakończeniu bajki do drzwi w kłujący sposób rozległ się przeciągły, wibrujący dzwonek. Pawełek włączył sobie wideo z wypożyczalni.

Rozmowy dochodzące z kuchni brzmiały poważnie. Chłopiec po cichu schował się w przedpokoju, tuż koło kuchni. Czuł swąd papierosowego dymu.

– Wczoraj Jacek od Gródków i ten, Maciek Tobarczyk, znaleźli go w tych piaskach – mówiła sąsiadka.

– W tych wydmach? – Zapytała matka. Pawełek słuchał uważnie. Na wydmach nie raz się bawił, właśnie z Jackiem i Maćkiem. To musiało być coś ciekawego.

– Tak. Pod wieczór. Z piasku, ręka wystawała. To była jego. Tego trupa.

– Och! – Wykrzyknęli naraz matka i Pawełek. Uciekł do pokoju. Usiadł, przykrywszy się kocem, na swoim łóżku, pod plakatem z Terminatorem. Oby matka nie dowiedziała się, że podsłuchiwał!

*

Na dobranockę był Coralgol. Bardzo smutny odcinek, opowiadał o konkursie talentów. Główny bohater, miłe zwierzątko, miał zaśpiewać, lecz zaczęło padać i w końcu nikogo nie było na jego występie. Miś śpiewał przez łzy.

– A teraz prosimy o wyjście dzieci i osoby o słabych sercach – powiedziała poważnym głosem spikerka w wieczornych wiadomościach. – Pokazany przez nas materiał będzie zawierał brutalne sceny.

Ojciec i matka nic nie zrobili. Ich dzieci nadal siedziały na kanapie. Zobaczyły odkopywanie męskich zwłok – człowiek ten nie miał połowy twarzy, cały pobrudzony był piaskiem, jedynie wystające z obdrapanego mięsa oko lśniło czystością; patrzyło gdzieś w dal, ale jakby prosto w kamerę, martwo. Spiker mówił coś o morderstwie, o zgubnym wpływie alkoholu. Lecz dzieci prześladował w nocy tylko widok martwego oka, twarzy, która wydawała się mrugać i ruszać, choć była nieżywa.

*

Za jednostką wojskową stało osiedle nazywane Pekinem. Złożone z carskich czerwonoceglanych koszarów gromadziło w sobie biedę całego miasta. Okna zabijano gazetowym papierem, a z wielu z nich całymi dniami wystawały babcie i obrzucały przekleństwami każdego, kto się napatoczył. Dzieciarnia, zmęczona grą piłką będącą na skraju wytrzymałości i siedzeniem w cieniu, wyruszała na osiedle z drugiej strony jednostki, pomęczyć rówieśników i pokazywać, czyją własnością są wydmy. W Pekinie stał też bar. Śmierdzący potem, kurzem i rozsypką blaszany barak przyciągał mężczyzn nie tylko z tego rejonu. Jeśli któryś chciał mieć pokiereszowany ryj, trafił dobrze. Choć głównie się tam piło. Pekinu ogólnie nie lubiono. A Pekińczycy nie lubili nikogo.

Pewnej nocy ojczym ściął Eli włosy. Wrócił do domu pijany i uznał to za dobry pomysł. Piętnastolatka płakała na łóżku, trzymając włosy w rękach, cicho, bo ojczym mógł usłyszeć, a jak usłyszał, to bił gdzie popadnie. Z plakatu na ścianie uśmiechał się do niej aktor z serialu o młodzieży w Beverly Hills.

Dziewczyna z krótkimi włosami była dobrym tematem do żartów dla młodych Pekińczyków. Czasem na nią pluwali lub ciągali za ubrania. Ze szkoły szybko przemykała w znalezionej w pokoju chustce, między budynkami. Czasem tylko szła na drugi koniec jednostki, koło wydm, na osiedle i patrzyła na drzewa, ale czuła się tam niezręcznie, nieswojo. A gdy wracała, nawet babcie z okien krzyczały swymi skrzeczącymi piskliwymi głosami, że idzie łysa, czym przyzywały i prowokowały młodocianych.

– Ej, nie za zimno ci w tą głowę? – Wołał najwyższy z bandy chłopaków. Gdy miała jeszcze włosy, próbował ją podrywać. Teraz traktował ją jak zwierzę w cyrku.

Włosy nie odrastały szybko. Szczerze mówiąc, rosły o wiele za wolno. Nastolatka płakała wieczorami przy lusterku o kształcie szczęśliwego kwiatu.

Wieczorem matka wysłała Elę do baru, po ojczyma, bo przyszło do nich kilku znajomych i robili popijawę. Dziewczyna niechętnie założyła bluzę z kapturem i klapki, a potem zeszła w kompletnej ciemności klatki schodowej, ostrożnie ważąc każdy krok. Jej metalowa latarka na płaskie baterie nie działała, nawet gdy się w nią uderzyło ręką. Pod dłońmi czuła wyrzeźbioną nożami i nożykami w różne napisy drewnianą balustradę, a z drugiej strony odpadający od cegieł tynk. Poczuła niekończący się zapach moczu, lecz na szczęście nie spotkała nikogo. Przemknęła między budynkami, idąc w stronę świateł i dźwięków. Bar był dla niej miejscem odstręczającym, więc zdziwiła się, że są w nim również kobiety. Zauważyła dwie, siedzące na kolanach ludzi, których znała tylko z widzenia.

Ojczym siedział w środku z kilkoma kolegami. Wśród gwizdów i zaczepek Ela podeszła do jego stolika.

– Tato – powiedziała, używając zwrotu, którego kazała jej używać matka w stosunku

do tego człowieka. – W domu jest Krzysiek i Kamil…

Odwrócił się do niej. Zmarszczył brwi, ewidentnie nie będąc zadowolonym.

– W domu jest Krzysiek i jest Kamil – powtórzyła Ela. – Przyjechali do ciebie, mają wódkę, mama kupiła kiełbasy.

Ojczym wymamrotał coś do kolegów, po czym wstał, dał w mordę dziewczynie, aż ta upadła na podłogę, a następnie wyszedł. Usłyszała wśród szumu w uszach coś, co brzmiało jak „się należało” i ledwo namacalny śmiech. Wstała. Cała twarz pulsowała, ale była przyzwyczajona. Powoli poszła w stronę wyjścia, słysząc jedynie pisk w uszach.

Na dworze silny, łysy mężczyzna w dresie napierdalał jej ojczyma.

– Tak do dziecka, kurwa? – Wrzeszczał, kopiąc leżącego.

Ela stała przerażona, patrząc na ten spektakl męskiej brutalności. Gdy łysy zauważył jej twarz, zaprzestał przemocy i, oddychając ciężko, powiedział do oniemiałej dziewczyny:

– Ty, wielkooka. Idziesz ze mną.

Posłusznie ruszyła za mężczyzną, zostawiając zakrwawionego ojczyma leżącego na chodniku.

*

Życie było niesprawiedliwe dopiero wtedy, gdy wreszcie zdało się sobie z tego sprawę. Ludzie z biedniejszej strony jednostki wojskowej, żyjący z dala od centrum miasteczka, z dala od kościoła, z dala od kanalizacji, zwykle byli tak przytłoczeni codziennością, że nie mieli czasu pomyśleć o swym fatalnym położeniu. Zastanawianie się było luksusem bogatych. Bogatym zaś stawał się każdy, kto mieszkał po drugiej stronie poligonu.

*

Większą część miasteczka, zabytkowe centrum, osiedle i wydmy łączyła z Pekinem i przedmieściami pojedyncza asfaltowa droga. Idąca wzdłuż ogrodzenia jednostki, po drugiej stronie miała las i stację benzynową. Jeździł nią pekaes, lecz rzadko. Po stronie ogrodzenia ciągnął się chodnik. Wieczorem droga oświetlona była tylko przez rzadko porozmieszczane, ledwo działające betonowe lampy, światła stróżówki i cepeenu.

Szedł nią Kacper, wracając do domu z kolejnej libacji w Pekinie. Ubrany w granatowy dres, lekko się zataczając, nucił pod nosem piosenkę usłyszaną kilka dni wcześniej w Disco Relax. Kilkanaście metrów za nim pielgrzymowała grupka nastolatków. Wychudzeni, naładowani frustracją, dążyli raźnie w stronę osiedla i wydm. Choć rozmawiali, odczuwało się w ich towarzystwie napięcie. Przypominali byka, który czekał na sygnał, by wyskoczyć z boksu.

Dopadli go na wydmach. W ciemności zaatakowali. Najwyższy z młodocianej bandy wyjął młotek i zaczął go bić po twarzy, pozostali dwaj trzymali ofiarę. Gotowała się w nich krew, pot zmęczenia znikał z sykiem z ich gorącej od gniewu skóry. Adrenalina podarowała rozkosz.

Po zamordowaniu łysego wpadli w panikę. Krzyczeli do siebie, choć głosy nie chciały wyjść im z gardeł. Gołymi rękoma wykopali dziurę w piachu i schowali zmasakrowane ciało. Opróżnili mu kieszenie. W portfelu znaleźli zdjęcie jakiejś kobiety z dzieckiem, uśmiechnięta, przytulała okrągłe, pomarszczone niemowlę. Po zakopaniu ofiary, nie myśląc wiele, ruszyli biegiem z powrotem w stronę Pekinu, tym razem przez las. W tamtym momencie wyglądali jak cienie w kącie rozmazanego wideo, na którym uchwycono czyjegoś ducha.

Ela tym czasem wpatrywała się w ciemność zgrzybiałego sufitu. Jej matka leżała na stole nieprzytomna od alkoholu. Ojczym zaś kolejny tydzień tkwił w szpitalu. Dziewczyna zastanawiała się nad swoją przyszłością, która tkwiła w jednym słowie: „Kacper”. I zazdrosne chłopaki mogły mówić, co chciały. Mogły ją gnębić i grozić. Wiadomo było, że najwyższy z nich chciał się do niej dobrać. Ale to Kacper ją rozdziewiczył pewnej nocy za Pekinem, przy zimnej ścianie urzędu pocztowego. I to on jej obiecał, że zawsze będą razem, że uciekną. Że ich życie będzie jak gwiazd z Bravo. On ją uratował.

Paulina zmartwiona siedziała przy małym Olku, który nie mógł tej nocy zasnąć. Wyglądał dokładnie jak jego ojciec, każdy tak mówił. Spojrzała na zegarek. Kacpra nie było kilka godzin, powinien był już wrócić.

Dzieci z mieszkania obok spały słodko. Czekały na Coralgola, swoją ulubioną dobranockę, którą zawsze pokazywali w czwartki – dopiero za kilka dni. Paweł siorbnął nosem przez sen.

Tego wieczoru w telewizji nadawali film sensacyjny o mścicielu, któremu przestępcy zabili żonę. Niektóre z okien rozświetlało od wewnątrz niebieskie światło kineskopów. Stado psów przebiegło ulicę. Znikły gdzieś w lesie.

Koniec

Komentarze

Na początku tekstu tworzysz metafory, wydumane porównania, a zdania są przekombinowane. Potem nagle z tego rezygnujesz i opowiadanie staje się przystępniejsze, lepiej, poprawniej napisane.

Nie rozumiem m.in., o co chodzi w tym fragmencie:

Paula pomyślała, że to musi być źle, że jej męża nie ma już czterech dni. Nie miała

do kogo z tym pójść. Policja mówiła, że to się zdarza i że rozpoczęli poszukiwania, ale jeszcze trochę, byli dwa razy przesłuchiwać i oglądać mieszkanie. Tak musi być. Niepokój pożerał jej duszę.

Policja zaczęła poszukiwania czy nie? Bo niby zaczęła, ale potem piszesz że “jeszcze trochę” i w końcu nie wiem. 

Formatowanie Ci się rozjechało i utrudnia to czytanie.

 

Nie widzę jednak w tej mrocznej wizji fantastyki i powiem szczerze, były momenty, w których gubiłam się w fabule i wzajemnych relacjach bohaterów. Rozumiem, że ten przeskok czasowy z końca tekstu był zamierzony – ale nie zrozumiałam za bardzo sensu jego wprowadzenia. Mnie nieco namieszał w głowie.

Pozdrawiam.

Muszę zgodzić się z Ochą. Żeby się nie powtarzać, od siebie dodam kilka nowych uwag. Rozjechane formatowanie to koszmarek, ale najłatwiejszy do poprawienia. Nad innymi błędami trzeba trochę popracować – w oczy wpadły mi literówki, błędy w roz/łącznym zapisie słów, dziwne wyrażenia (jak namacalny śmiech). Ela na koniec zamieniła się w Alę (chyba, że to jeszcze inna postać, bo nieco się można pogubić).

I pytanie zasadnicze (które też już tu padło) – gdzie jest fantastyka?

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Poprawiłem formatowanie, sorry za niedopatrzenie, rzeczywiście szkoda, bo psuło odbiór.

A teraz popolemizuję – ogólnie rzecz biorąc, tak słownikowo, “fantastyczny” oznacza wszystko to, co należy do świata wyobraźni, co zmyślone. Dlatego też pomyślałem, że w sumie czemu nie, można to tu wstawić. Starałem się w tym opowiadaniu przenieść czytelnika do tej wizji lat dziewięćdziesiątych, jaką pamiętam, czyli dziecięcą, słoneczną, ale kryjącą mrok, w ekranach telewizorów, kilka ulic dalej.

Tak, przypadkiem zamieniło mi Elę na Alę. To cały czas Ela ;)

W akapicie, na który uwagę zwróciła Ocha mamy do czynienia z parafrazą myśli Pauli, przeniesieniem ich na poziom narracyjny. Miało to przedstawić natłok jej myśli, zresztą taki środek stylistyczny jakoś się nawet nazywał.

Dzięki za uwagi i pozdrawiam!

“fantastyczny” oznacza wszystko to, co należy do świata wyobraźni, co zmyślone

To i ja popolemizuję :) Gdyby iść tym tokiem myślenia, to można by było ładować tu romanse i opowiadania obyczajowe – bo przecież też są wymyślone i powstały w wyobraźni autora. Jednak nie o to chodzi. Chodzi o tę fantastykę, która wykracza poza świat realny.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Prosiłbym Cię więc o przedstawienie swoich odczuć, jeśli chodzi o klimat mojego tekstu, bo chciałbym coś o nim powiedzieć, a boję się, że jako autor (na pewno!) będę nieobiektywny.

Mianowicie – opowiadanie jest swego rodzaju kryminałem. Starałem się (ciekawe, z jakim skutkiem) przelać trochę mroku i napięcia. Dla mnie kryminał jest gatunkiem pokrewnym horrorowi, a co za tym idzie – stricte fantastyce. W księgarniach stawia się przecież Londona tuż obok Wellesa, a Wellesa w sąsiedztwie z Chandlerem. :)

Boję się jednak, przeczytawszy mój tekst ponownie, że odleciałem w stronę prozy obyczajowej, mam nadzieję, że się mylę. Wtedy Twoja teza jest całkowicie słuszna – inaczej stoimy gdzieś na cienkiej linii między fantastyką fantastyką, a fantastyką ogólnie.

Hm, przegapiłam w środę, to nadrabiam.

Mam mieszane uczucia. Po pierwsze fantastyki nie widzę. Nawet baaardzo dyskretnie zarysowanej.

Fajnie próbujesz oddać klimat lat dziewięćdziesiątych, ładnie odmalowujesz niektóre sceny, ale miejscami fabuła wydaje się być jedynie pretekstem do pokazania rozbudowanego tła.

Jednak widać, że masz potencjał i dlatego pokuszę się o – może nieco pobieżną – łapankę.

 

Początek poetycki, ale imo mocno przekombinowany.

Sporo zbędnych zaimków, zwłaszcza swojstwa. Trochę brakujących przecinków. Poza tym:

gdzieś po środku blokowiskowego labiryntu

pośrodku albo w środku

 

wyciągając z Żuków i Polonezów warzywa, kury w klatkach, jajka, kartridże do Pegasusa

nazwy wytworów przemysłowych, min samochodów małą

http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/marki-samochodow;715.html

 

Okrągły bobas wyglądał uroczo, bawiąc się łyżką+, wesoło gaworzył.

Brak istotnego przecinka – bo istnieje też możliwość, że wesoło bawił się łyżką.

 

Gdy już wyszli na klatkę schodową, wróciła się jeszcze po portfel i łyżeczkę, których zapomniała.

– precyzjonizm narratorski godny prof Zaimka. I dzięki takim konstrukcjom opowiadanie jest ( o rany i ja to mówię… ja! No, ale jak kocioł ma próbny dyżur, to trzeba przyganiać garnkowi;)) przegadane.

prawiąc o przepisach i wychowaniu, poprawiały kwieciste sukienki.

zahacza o powtórzenie

Wózek skakał po nierównościach betonowych płyt, a dziecko trzymało poręcz-, i, ssąc smoczka, rozglądało się dookoła.

smoczek

I pies, który szedł na smyczy. Prowadząca go pani podeszła do wózka i zaczęła chwalić chłopca.

powtórzenie

– OHO!

czyżby Pratchettowa Śmierć?

Paula pomyślała, że to musi być źle, że jej męża nie ma już czterech dni. Nie miała do kogo z tym pójść. Policja mówiła, że to się zdarza i że rozpoczęli poszukiwania, ale jeszcze trochę, byli dwa razy przesłuchiwać i oglądać mieszkanie. Tak musi być. Niepokój pożerał jej duszę.

Tu podobnie jak ocha, nie rozumiem, o co biega, a przy tym stylistycznie mocno gryzie się z wcześniejszymi fragmentami.

Niedaleko od tego miejsca był też zbudowany z kartonu i sklejki niewielki przypominający budę budynek,

Źle to brzmi, warto pokombinować z synonimami

 

Ojczym włosy Eli obciął czy ogolił? Bo przy obcięciu nie rozumiem wyzywania od łysych. Większości moich koleżanek obcinano włosy po pierwszej komunii, bo wcześniej wypadało je zapuścić, a potem miały się niby wzmocnić po ścięciu. Chyba że tam, gdzie mieszkasz było inaczej.

 

Ojczym wymamrotał coś do kolegów, po czym wstał, dał w mordę dziewczynie, aż ta upadła na podłogę, a następnie wyszedł.

E? Co rusz kwieciste jako wiosenna łączka metafory, a tu kolokwializm w narracji? Niejedyny zresztą w części Eli. Eksperymenty z narracja fajna rzecz, ale tu zgrzyta.

Ela tym cza­sem

tymczasem

 

W ostatnim ustępie razi chaos – przeskoki miedzy bohaterami, zmiany czasu – warto byłoby go uporządkować, choćby formatowaniem.

 

Pozdrawiam i czekam na kolejne teksty

Alex

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Drogi Jakubie, pytasz jak odebrałam tekst. Zacznę od cytatu z Twojego komentarza: dziecięcą, słoneczną, ale kryjącą mrok. I tu Twoje oczekiwania się rozjechały w dużej części z moim odbiorem. Nie znalazłam w opowiadaniu nic słonecznego. Tylko mrok i ponurość. Nawet dobranocka była smętna – gdy miś śpiewał w deszczu do pustej widowni. Dla mnie ten klimat jest depresyjny*.

Kolejny cytat: kryminał jest gatunkiem pokrewnym horrorowi, a co za tym idzie – stricte fantastyce. Kryminał, to kryminał, choćby nie wiem jak był mroczny czy krwawy, to – jeśli nie dodasz mu elementów fantastycznych lub naukowo-fantastycznych, nadal będzie opowieścią “realną”. Bo wszystko, co opisałeś i umieściłeś w opowiadaniu (postaci, przedmioty, otoczenie, programy tv itd. itp. ) są rzeczywiste.

 

* Jak się dobrze zastanowić, to możesz to uznać za komplement. Nie jest wcale tak łatwo stworzyć jakikolwiek klimat. Nie przepadam za horrorami, ale jeśli masz w tę stronę ciągoty, to spróbuj napisać taki horror z elementami fantastyki, to przeczytam i zobaczymy co z tego wyjdzie.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki za uwagi – AlexFagus, nie wybaczę sobie tych żuków i polonezów, nie wiem, w przebłysku jakiej głupoty tak to napisałem, zresztą wszelkich przecinków i niepotrzebnych spacji również ciężko będzie mi zapomnieć. Co do bycia łysą: w szkołach spotkałem się jak dotąd z tym, że nawet krótko obcięte dziewczyny nazywano “łysymi”. Po prostu ostro się wyróżniały z tłumu długowłosych uczennic. Natomiast masz całkowitą rację – może to być mylące i niejednoznaczne.

Śniąca – cieszę się z Twojego odbioru, gdyż sam widzę, że mimo chęci mrok jednak przeważył. To w sumie nic złego, dobra wprawka przed kolejnymi tekstami, a efekt w gruncie rzeczy pozytywny. Aktualnie kończę pewien horror (już z elementami fantastycznymi), przeszkodziła sesja, zobaczymy co z tego wyjdzie. Natomiast muszę się przyznać do porażki w naszej małej dyskusji, masz całkowitą rację – brak tu elementów fantastycznych. Pozdrawiam!

Mebel był żółty w kwiatki, dziecko zaś różowe w Myszkę Miki na błękitnych śpioszkach.

Hahahahahahah!!! Genialne.

 

Opis Pekinu też niezły.

Ogólnie opisy są dobre, ale czasem wydają mi się zbyt mocno zaakcentowane elementy sztafażu (stereo)typowe dla lat dziewięćdziesiątych (tzn. bardzo dobrze, że są, bo to one budują plastykę, tylko miejscami żyją własnym życiem w tym tekście i wołają: JESTEŚMY TU).

No i dość sporo błędów technicznych.

Ja też nie znalazłam fantastyki. To wszystko mogło się zdarzyć.

Fajny, późnokomunistyczny klimat.

Słabe wykonanie. Niekiedy metafory przekombinowane – na przykład chwiejny krok okrętu. Czasami pułapki zaimkowe, miejscami powtórzenia.

Babska logika rządzi!

Nieźle oddany klimat różnych dzielnic miasteczka, nieźle opisane też sylwetki kilkorga mieszkańców, a wpleciony watek kryminalny, jeśli można tak powiedzieć, uatrakcyjnił opowiadanie. Szkoda tylko, że zabrakło choćby odrobiny fantastyki.

Szkoda też, że wykonanie pozostawia wiele do życzenia. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka