- Opowiadanie: prosiaczek - Natura boi się próżni

Natura boi się próżni

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Natura boi się próżni

Kalejdoskop.

Pobudka, szybki prysznic, jeszcze szybsze śniadanie, zrobiony w biegu przelew na konto Surprise Inc., pobranie z kont bankowych wszystkich środków, telefoniczne zakończenie nic nie znaczących znajomości, porzucenie pracy, anihilacja internetowych awatarów, seks z Amelią i… Albert Coggins nie pamiętał, kiedy ostatnio miał tak wyostrzone zmysły. Przetwarzał bodźce prędzej i dokładniej, w dodatku gromadził je w jakby jakimś nowym typie pamięci; nadal czuł zimne krople spływające po skórze, smak jajek na twardo, dźwięk zjeżdżającej windy, ostre światło poranka, słodki zapach Amelii. Pamiętał gniew szefa, uliczny rejwach i rwetes, nawet uśmiech żebraka, któremu rzucił parę monet. Niestety przeświadczenie o absolutnym panowaniu nad rzeczywistością nie trwało długo. Gdy wyjechał samochodem z miasta, percepcja zwolniła; hormon Z wyparował z organizmu. Jego doraźne działanie nie zdziwiło Cogginsa. Mężczyzna czasami miał wrażenie, że próbujący mu pomóc specjaliści są jak dzieci bawiące się w piaskownicy. Przeważnie rozwalały jakiś zamek.

Droga przez las była prosta i szeroka. Albert odetchnął, dla pewności rzucił okiem na autopilota i zapadł się w ciepło skórzanego fotela. Cienie za szybą auta popłynęły, jakby potwierdzając nieuniknioność predestynacji. Pod wpływem nagłego strachu Albert skrzywił się, nie zamierzał jednak ulegać atawizmom; z jakiego niby powodu miałby bać się samotności i zmierzchu? To głupie, mamy prawie dwudziesty drugi wiek. To – nie dokończył myśli, ponieważ ogarnęło go kojące znużenie. Ziewnął, włączył radio, zamknął oczy, spojrzał na swoje dłonie, które dawno już nie powinny być tak gładkie, znów zamknął oczy… Kiedy się obudził, za szybą nie widział nic prócz kawałka drogi i drążących ciemność świateł.

Spróbował się uśmiechnąć. Nienawykłe do radości policzki i kąciki ust zadrgały, sekunda, dwie, boleśnie zesztywniały, a potem wróciły do poprzedniego stanu. Wymuszana emocja zgasła jak iskierka ognia, tak efemeryczna, że Albert przez sekundę nie był pewien, czy w ogóle istniała. Zatęsknił za tą namiastką strachu, której niedawno przecież doświadczył na widok mroku, lecz nawet tęsknota okazała się płytka i krótka. Obojętność, znieczulica, abulia. Pomyślał tylko, że musi wreszcie dotrzeć do celu, w przeciwnym razie straci tę ostatnią cząstkę napędzającą do działania. Wypali się, wpadnie w stagnację, skarleje duchowo. Sama idea powinna była zrodzić szloch, a przynajmniej ściskające gardło żal i smutek, lecz Albert nie umiał żyć jak dawniej.

Dlatego jechał do doktora Fledana.

 

***

 

Fledan, starszy mężczyzna o siwej, krótko przystrzyżonej brodzie, zapisał coś w notatniku, po czym pomieszczenie znów wypełnił jego łagodny głos:

– Według mnie jesteś całkiem normalny. Wszystkie standardowe testy i badania przeszedłeś pomyślnie.

Albert siedział lekko zgarbiony.

– To znaczy?

– To znaczy, że odchylenia od normy, których nawiasem mówiąc jest niewiele, są na tyle małe, że nie można mówić o patologii.

– Jest pan pewien, doktorze? – Albert nie potrafił ukryć nagłej nadziei.

Fledan uśmiechnął się pogodnie. Przy zielonych oczach wykwitły zmarszczki mimiczne, nadając jego twarzy wyraz serdeczności.

– Jak najbardziej. Jesteś typowym starszym.

Albert poczuł się zawstydzony. Nie powinien zakładać, że grupą normatywną są młodzi ludzie.

– Ale jakie dokładnie są wyniki? – spytał.

– Mógłbym powiedzieć o cytoarchitekturze i metabolizmie mózgu, kwestiach neuro-immuno-fizjologicznych, endokrynologicznych… To jednak bez znaczenia. Uwierz mi, zanudziłbym cię.

– Niewiele by się zmieniło – mruknął Albert.

Fledan pokiwał głową, zerknął na notatnik, wydął w zamyśleniu usta.

– Ponad sto siedemdziesiąt lat…

– Doktorze, powiedział pan, że nie różnię się od reszty. Dlaczego więc nie potrafię żyć tak jak oni? Wiem, że moja przypadłość dla obserwatora nie jest tak spektakularna, jak zespół Cotarda, a w każdym razie nie uważam się za trupa, ale, prawdę mówiąc, wtedy przynajmniej nie miałbym takich oporów przed samobójstwem.

– A teraz je masz.

Rozłożył bezradnie dłonie.

– Natura horret vacuum.

– Czyli przyznajesz, że nie jesteś całkowicie obojętny?

– Tak jak już wspominałem, to widzenie stroboskopowe.

Fledan uśmiechnął się.

– Kiedyś badałem przypadki podobne do twojego. W istocie trudno znaleźć znaczące różnice, ale wydaje mi się, że trafiłem na pewien trop – odchrząknął. – Mówiłem o testach i badaniach standardowych, ale jest też coś, co opracowałem sam.

Albert milczał. Nigdy nawet nie przypuszczał, że inni starsi mogą cierpieć podobnie jak on. Słowa doktora nieoczekiwanie go pokrzepiły.

Fledan, nagle rozemocjonowany, podniósł się z krzesła.

– Zamierzam wprowadzić w życie pionierski projekt. Problem w tym, że trudno oszacować ryzyko. Jeśli…

– Nie mam nic do stracenia – przerwał mu Albert. – Proszę tylko powiedzieć, co pan odkrył.

 

***

 

Pierwszy dzień w nowej pracy minął szybko i przyjemnie. Albert wyszedł z wieżowca na zatłoczony chodnik, odetchnął rześkim powietrzem i z rosnącym zadowoleniem rozejrzał się wokół. Fieri Hominem, skondensowany konglomerat ultranowoczesnych technologii ze wszystkich stron świata, kolebka pionierskich badań psychoimmunologicznych, mekka ludzi ambitnych, numer jeden do pracy i odpoczynku. Twarze, setki twarzy, wszystkie tak cudownie nieznane, obce, fascynujące. Praktycznie sami dorośli. Albert wkroczył w tę ożywczą rzekę ludzkich istnień, amorficzną obietnicę potencjalnych interakcji, i dał się jej poprowadzić. Szelest liści i szum wiatru, stukot obcasów, ryk spalinowych silników – tak wyglądało to kiedyś. Brzmienie najróżniejszych ludzkich głosów – melodyjnych, wypranych z emocji, popadających w emfazę, wybrzmiewających narastającym afektem – tak wyglądało to w innych miastach. Ludzki umysł musiał barykadować się przed prymitywnymi bodźcami, stale odsiewać ziarna od plew, przez co szybko stawał się mniej wydajny. A dziś, w tym miejscu, bramy percepcji mogły stać szeroko otwarte, ba, musiały! Optymalne oświetlenie, modyfikowane powietrze, co pewien okres nasycane zapachowymi nutami dla orzeźwienia somypsyche; cedr, paczula, limonka. Kompatybilny z ruchem tłumu, trawestujący rytmicznie Storm Vivaldiego, a za jakiś czas inny utwór i tak bez końca, choć o rutynie nie było mowy, bowiem człowiek nie miał pojęcia, co spotka go następnym razem. Klasyk mógł ustąpić chociażby brain theme, która w połączeniu z aromatem indyjskiej kawy sprawiała, że ludzie przyspieszali, co z kolei zmieniało muzykę. Obustronny feedback, sprzężenie zwrotne między homo sapiens a technologią. Ponoć ta interaktywność stymulowała oraz oczyszczała ludzki mózg w iście cudowny sposób. Już nie musiałeś jechać na bezludną wyspę, aby odpocząć – regeneracja następowała w drodze do pracy i z pracy. Spacer jedną z alei redukował zmęczenie nagromadzone podczas dwunastogodzinnego zasuwania w wirtualu nad projektem. Fieri Hominem – dopiero tu stawałeś się człowiekiem.

Zdał sobie sprawę, że nie skręcił na skrzyżowaniu w prawo, co powinien zrobić, jeśli zamierzał wrócić do mieszkania. Zanim tu przyleciał, słyszał, że takie sytuacje się zdarzały. Nurt miasta porywał ze sobą zamyślone jednostki, niekiedy wyrzucał je na samych obrzeżach, pod jedną z meduzowych autostrad. Lecz to nie prąd go zniósł. Rzeczywiście, Albert kroczył bezwiednie, ale to właśnie tędy chciał iść. Kowbojki, smukłe nogi, powiewająca od ruchu bioder spódnica, podkreślająca talię koszulka i sięgające ramion ciemne włosy. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie może oderwać spojrzenia od kobiety. Jak w transie, zahipnotyzowany ruchem bioder, kolebiących się wdzięcznie niczym muskany wiatrem kwiat. Wdrukowane w DNA imperatywy; myśl przelotna; blaknący ślad indyjskiej kawy.

Niespodziewanie kobieta odwróciła się, jakby czegoś zapomniała, i prawie na niego wpadła.

– Przepraszam! – wypaliła. – Znowu…

– Nic się nie stało.

– …wpadłam w tę cholerną pułapkę! Czasami wydaje mi się, że miasto żyje, jak jakiś organizm, a ja jestem tylko niewiele znaczącą komórką.

Albert postanowił wykorzystać szansę.

– Gdyby nie pani, sam pewnie zorientowałbym się w suburbiach – powiedział z uśmiechem na twarzy.

Miała bystre, migdałowe oczy, w których przez sekundę zamigotała niepewność, może nawet podejrzliwość.

– Pan też, rozumiem. – Odwzajemniła uśmiech, trochę nieśmiało, trochę kokieteryjnie.

– Albert – przedstawił się.

– Diana.

Po chwili dodała:

– Cóż, pójdę już, jutro rano znowu pobudka do pracy.

Słońce powoli zachodziło, ale we Fieri Hominem nadal było jasno. Zrobiło się puściej, zmieniły się emanacje miasta; utwór Vivaldiego zastąpiła Tosca Fantasy Edvina Martona, powietrze przepełnił intensywny zapach goździków.

– Poczekaj! – Albert podbiegł do Diany. – Odprowadzę cię. Chociaż kawałek, sam idę w tym kierunku.

Diana posłała mu bezradne spojrzenie. Przez chwilę szli, nie odzywając się, wsłuchani w puls nocnego życia.

– Nie można zjeść cukierka i mieć cukierka.

– Słucham? – zdziwił się Albert.

– Odkąd się tu wprowadziłam, myśli mi się znacznie jaśniej, a to, sądzę, wynagradza ten mały efekt uboczny, prawda? Wybaczy pan, znaczy Albercie, o co ja właściwie pytam, to przecież oczywiste, że korzyści są wystarczające. A ty, często zbaczasz z drogi?

Albert wzruszył ramionami.

– Podobno mówią na to syndrom transu. Dotyka paru procent tutejszej populacji.

– Wiec czuj się zaproszony do klubu.

– Być może.

– Przecież sam przyznałeś.

– Jaskółka wiosny nie czyni.

Diana pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Kiedyś ludzie nie popadali tak często w zadumę – rzekł z tęsknotą.– Ale teraz to jest inne miasto.

Diana spojrzała na niego dziwnie, a on zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo. Akurat przechodzili obok katedry, na ścianach której wykwitały fragmenty Biblii. Albert miał wrażenie, że patrzy na metacytaty, że te słowa pochodzą z jego głowy; mimo agnostycyzmu, w tej chwili tak bardzo mocno modlił się, aby Diana nie skojarzyła oczywistych faktów.

Najwidoczniej jednak skojarzyła, ponieważ zaraz zwolniła, zatrzymała się.

– Byłeś tu ponad sto lat temu – wyszeptała.

– Muszę iść – powiedział gorzko. – Późno już.

– Rzeczywiście. – Przygryzła wargę. – Czekaj. Dam ci swój numer. Jeśli jutro po pracy będziesz miał ochotę, odezwij się.

A potem poszła. Zanim znikła za rogiem wieżowca, odwróciła się i jeszcze pomachała mu ręką.

Tej nocy nie mógł przestać o niej myśleć. O tym, jak niesamowicie naturalna i otwarta mu się wydała. O jej nieśmiałym uśmiechu, rozbieganych oczach, łagodnie kolebiących biodrach… Również pierwszy raz od bardzo dawna poczuł głęboki niepokój.

 

***

 

Doktor Fledan wiedział, że w przypadku starszego niczego nie można być pewnym. Dlatego jako wybitny specjalista postanowił przeprowadzić kompleksowe badania. Najpierw wykorzystał metody strukturalne, pozwalające obejrzeć budowę mózgu. Pierwsza z nich, tomografia komputerowa, wykluczyła schorzenia kości czaszki, guza, pozwoliła również wyeliminować udar niedokrwienny oraz krwotoczny. Fledan doskonale pamiętał pacjenta, u którego wylew doprowadził do uszkodzenia ośrodka Broki. Zresztą, wtedy CT stanowiło formalność, gdyż i bez niego doktor potrafił trafnie ująć problem; charakterystyczne upośledzenie mowy, afazja jak nic.

Nuklearny rezonans magnetyczny jeszcze bardziej skrócił listę podejrzanych. Potwierdził wyniki tomografii komputerowej, jednak przede wszystkim wykluczył choroby demielinizacyjne. Tak zwane osłonki mielinowe, dzięki którym neurony nie gubiły impulsów elektrycznych, okazały się nadzwyczaj solidne. Co prawda Fledan nawet nie myślał o stwardnieniu rozsianym czy o Alzheimerze, lecz poważnie brał pod uwagę depresję. Niektórzy starsi podobno cierpieli właśnie z jej powodu.

Angiografia potwierdziła brak patologii tętnic mózgowych.

Doktor odetchnął i zaraz poczuł wstyd. Zawsze uważał, że proces introspekcyjny jest niezwykle ważnym elementem w zachowaniu etyki zawodowej, że utrzymuje w ryzach moralność, która czasem chciałaby zerwać się ze smyczy, uciec i już nie wrócić. Wgląd w siebie, we własną duszę szeptał z wyrzutem: Spójrz, to nie altruizm, lecz czysty egoizm. Owszem, Fledan był rad, że badania metodami strukturalnymi nic nie wykazały. Dzięki temu mógł nieść pomoc dalej, Albert zaś, żywił nadzieję naukowiec, okaże się jego największym wyzwaniem. A nawet jeśli nie, Fledan pragnął zgłębiać i zgłębiać mózg starszego jak najdłużej, poznawać ten żyjący przeszło trzy półwiecza umysł, obcować z nim więcej, niż to konieczne, i było w tym coś nienaturalnego, jakaś efemeryczna perwersja. Nie raz i nie dwa odtwarzał w pamięci wywiady z Albertem, a gdy to nie wystarczało, puszczał nagranie; w gabinecie miał sześć kamer, każda rejestrowała pacjenta z innej odległości, pod innym kątem; mowa ciała, mimika, pauza w dowolnym momencie – nieocenione narzędzie.

Fledan nie potrzebował światła, znał ten pokój jak własną kieszeń. Usiadł na twardym krześle i powiedział „Albert Coggin, starszy, przypadek 11003, wywiad pierwszy”. Sześć sporych monitorów rozjarzyło pomieszczenie jak kinową salę. Doktor w wystudiowanym geście złożył dłonie w piramidkę, oparł o nie brodę i zamarł w bezruchu. Obserwował.

– Proszę, przedstaw się.

Starszy siedział przygarbiony.

– Nazywam się Albert Coggin. – Twarz jak maska, głos beznamiętny. – Urodziłem się w Anglii, gdzie mieszkałem z matką i ojcem przez pierwszy miesiąc życia. Potem nastąpił okres częstych przeprowadzek. Tak mówili rodzice, i pewnie tak było, bo pamiętam, że pamiętałem, jak pierwszy raz poszedłem do szkoły, pierwszych kolegów i koleżanki, a potem to wszystko zaczęło się zmieniać. Kolejne szkoły, nowi znajomi. Rozumie pan, mobilny charakter pracy rodziców. Muszę przyznać, dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że tak naprawdę nigdy nie mieliśmy prawdziwego domu. Wynajmowane mieszkania, hotele

– Powiedziałeś: pamiętam, że pamiętałem – przerwał Fledan. – Co miałeś na myśli?

– Być może nie wyraziłem się wystarczająco precyzyjnie. Chodziło mi o to, że kiedyś pamiętałem to dokładnie. To tak, jak rozumieć coś, powiedzmy, z matematyki, a za jakiś czas już tylko wiedzieć, że się rozumiało.

– Jak sądzisz, dlaczego retrospekcje wyblakły?

– A dlaczego rzeczy się dzieją? – W głosie zabrzmiała lekka irytacja.

– Nie upatrujesz w tym pewnego rodzaju wyparcia?

– Nie… Chociaż, jak się teraz nad tym zastanawiam, wydaje mi się to prawdopodobne. Jeśli przyjąć, że mechanizmy obronne usuwają nie tylko traumatyczne obrazy, ale także te stanowiące nadmiar, a przynajmniej z czasem stające się taką osobliwą redundancją, mogącą w pewnym sensie sabotować tkankę mózgową. Podobnie jak nowotwór, w tym wypadku rak memowy.

Gabinet spowiła cisza. Fledan trawił słowa, zarówno na nagraniu, jak i w pokoju wyświetleń. Nie ulegało wątpliwości, że Albert to człowiek niezwykle inteligentny.

– Rozumiem. A inne retrospekcje? – indagował dalej doktor. – Opowiedz mi o nich.

– Cóż, później, to znaczy gdzieś tak od okresu dojrzewania, pamiętam lepiej. Moje życie ustabilizowało się, gdy wreszcie skończyłem studia i znalazłem pracę. Akurat to pamiętam najlepiej. – Na twarzy pojawił się uśmiech, szybko jednak zgasł, kąciki ust nieznacznie opadły. – Jak rodzice nie mogli pogodzić się z moją samodzielnością. – Westchnienie. – Oni poszli swoją drogą, ja swoją. Więcej się nie spotkaliśmy. A potem umarli.

– Opowiedz o pracy.

Kpiące parsknięcie.

– Doktorze, obawiam się, że nie starczyłoby czasu. Wiele kierowniczych stanowisk i masa podwładnych, mówiąc w skrócie.

Fledan na wideo przez moment milczał, mając nadzieję, że Albert jeszcze coś powie, a gdy tak się nie stało, rzekł:

– W e-mailu napisałeś mi, na czym polega twój problem. Stwierdziłeś przy tym, że nie jest to ani depresja, ani schizofrenia, ani zaburzenie afektywne dwubiegunowe.

Albert zamknął oczy. Fledan zauważył, że starszy robił to zawsze, gdy odrzucał pomoc.

– Nie musimy o tym rozmawiać – rzekł doktor.

Powieki Alberta uniosły się.

– Chodziłem do wielu specjalistów, niestety żaden nie był w stanie mi jej udzielić, a jeśli nie zgadzałem się z diagnozą, byłem traktowany protekcjonalnie. Proszę wybaczyć, ale doktor nie słuchający słów pacjenta, to zwykły amator. A ja naprawdę mam dosyć indolencji zawoalowanej impertynencją i pseudonaukowym bełkotem.

Fledan poczuł déjà pensé; wydawało mu się, że wtedy, podczas wywiadu, pomyślał o atrybucji w służbie ego. Jeżeli dobrze odczytywał zachowanie pacjenta, musiał liczyć się z tym, że Coggins będzie miał tendencje do przypisywania porażek jemu, a sukcesów sobie.

Zatrzymał nagranie, cofnął, puścił z zwolnionym tempie. Twarz Alberta przybrała wyraz drapieżnej zawziętości, jednak bardzo powoli, jakby starszy nie chciał poddać się emocji, walczył z nią; brwi delikatnie drgnęły – prawe oko nieznacznie się zmrużyło – górna warga uniosła – brwi ściągnęły mocniej, aż na czole pojawił się mars. Widocznie rzetelność badań była dla Alberta niezwykle ważna. A może ten wniosek wynikał z powodu kontrastu; gdyby Albert wyrażał emocje normalnie, Fledan nie zwróciłby tak wielkiej uwagi na tę przelotną złość pacjenta. Jedno nie ulegało wątpliwości – dalej nagranie robiło się jeszcze ciekawsze. Doktor pochylił się na krześle, do pozycji dorożkarza, przewinął wideo o dziesięć minut i puścił.

Na pierwszy rzut oka oblicze Alberta było niewzruszone, jednak po dokładnym przyjrzeniu się odbiór ulegał całkowitej zmianie. Od Cogginsa niemal czuło się bijącą melancholię, jakiś niewysłowiony smutek, tęsknotę tak głęboką, że aż ściskało serce. Jego głos potęgował efekt, miało się wrażenie, że wpada się do fraktalnej studni; każde dno okazywało się zarazem początkiem.

– To nie jest zaburzenie afektywne dwubiegunowe, ponieważ od kiedy choruję, ani razu nie miałem epizodu manii. Schizofrenia i związana z nią anhedonia? Depresja? Ja po prostu wiem… Doktorze, jestem chory od trzydziestu lat. Od tylu żadna praca nie przyniosła mi satysfakcji, żaden związek nie okazał się udany, nie popadłem w nostalgię…

– Nostalgię? – zdziwił się Fledan. – Sądziłem, że właśnie jej chcesz się pozbyć.

– Ja nie chcę niczego się pozbywać. Pragnę tylko odzyskać… Normalny punkt widzenia. Dawną percepcję. Widzę stroboskopowo. Rozumie pan?

Przez chwilę milczeli. Na nagraniu słychać było, jak Fledan stuka palcami w e-notatnik, coś zapisując.

– Chciałbym przeprowadzić kompleksowe badania.

Albert pokiwał głową.

– A teraz chcę usłyszeć to, co napisałeś w e-mailu. Wyjaśnij mi swój stan.

 

***

 

Restauracja wydawała się oczywistym rozwiązaniem. Imponujący, trzypiętrowy budynek w stylu wiktoriańskim, który nie pasował do nowoczesnego Fieri Hominem, choć doskonale wpisywał się w eklektycznego ducha miasta. Fasada okazała się bogato zdobiona interaktywną ornamentacją. Albert zrobił krok w stronę wejścia, pierwszy niepewny, kolejne coraz szybsze, nie mogąc wyjść z podziwu dla układających się w płomienie wzorów. Wyglądało to tak, jak gdyby stała w ogniu; gigantyczny kominek w środku aglomeracji. Tak właśnie wyglądała Nocna Gwiazda.

W środku której przywitał go – a jakże – staromodnie ubrany kelner, który, ukłoniwszy się, wyrecytował jakąś grzecznościową formułkę i ruszył subtelnie przyciemnionym korytarzem w stronę roziskrzonej sali. Po grubym dywanie tłumiącym kroki, w pół-ciszy. Po prawej starodawne portrety, cenne, o jakich niejedno muzeum śniło, po lewej inkrustacje roślinne, krzewy, drzewa, kwiaty, a w nich ukryte twarze, smutne, szczęśliwe, zatroskane, karykaturalne. Sala tymczasem puchła, światło jaśniało, dźwięki narastały, nozdrza chwytały słodkie zapachy.

Albert, pomimo tych dekoracji, myślał trzeźwo i jasno. Zastanawiał się, dlaczego akurat to miejsce wybrała. Skąd mogła wiedzieć, że będzie go na nie stać? Pierwsze spotkanie i lokal tak wykwintny? Na myśl przychodziło jedno wyjaśnienie – Diana obawiała się obcego mężczyzny, a tu będzie bezpieczna.

Bogactwo przepastnej sali zakręciło mu w głowie. Setki stołów, prawie każdy nakryty i zajęty, krzesła z karminowymi bądź szmaragdowymi obiciami, na nich goście, wytworni w ubiorze i zachowaniu. Tu erudyci popisywali się elokwencją, tam bawidamek okazywał szczególną atencję emfatycznym bliźniaczkom, jeśli śmiechy to tłumione, ktoś z kimś deliberował o religii, ignorując sommeliera, inni milczeli, jedli w skupieniu, wymieniali się toastami, kieliszki dźwięczały, alkohol roztaczał cudowne wonie, ciepłe, wyperfumowane ciała emanowały błogim spokojem.

I wtedy zobaczył ją; perła w mieniącej się kolorami muszli. Refleksy kieliszków, migotliwe oczka biżuterii, skrzące żyrandole – ich światło jakby przygasło. Podobnie jak wypełniające salę dźwięki oraz zapachy, stały się tłem, pretensjonalnym prologiem do skromnego, acz zwiastującego bogactwo znaczeń rozwinięcia. Siedziała lekko onieśmielona, skromnie ubrana; biała koszula z falbanami, bez żadnych błyskotek, makijaż miękki, subtelny niczym motyl.

Ich spojrzenia spotkały się. Albert posłał nieśmiały uśmiech, Diana jego kontrapunkt.

Przywitali się i zanurkowali w oprawionej w skórę księdze dań. Przyszedł kelner, Albert złożył zamówienie, choć nawet nie wiedział, co kryje się pod dziwną nazwą.

– Dawno temu przyjechałeś do Fieri Hominem? – zagaiła Diana.

– Właśnie mija drugi dzień. A ty?

– Dziewięć lat.

Nie mógł oderwać od niej spojrzenia. Ciemne, bystre oczy, zaróżowione policzki, te usta, ta szyja…

Znów milczeli. I ponownie to ona się odezwała. Albert wtedy pomyślał, że jest jak żywe srebro.

– Rzadko mi się zdarza… Nie chciałabym, żebyś pomyślał o mnie jak o jakiejś napalonej wariatce, która flirtuje z każdym napotkanym mężczyzną.

– Równie dobrze ty mogłabyś pomyśleć o mnie jak o zboczeńcu.

Zmrużyła oczy.

– Przecież powiedziałeś, wpadłeś w trans.

– Nawet o nim nie wiedziałem.

– To dlaczego…

– Rzadko mi się zdarza iść za kimś tak długi kawałek tylko dlatego, że…

Zamilkł. Miałby się przyznać tak otwarcie?

– Taaak? Szedłeś za mną, ponieważ…?

– Byłem w jakiś sposób zaintrygowany. Wracając do ciebie. Czemu zaproponowałaś spotkanie? Przecież nawet mnie nie znasz.

Diana wzruszyła ramionami, zaśmiała się.

– Rozbijamy nasze motywacje na atomy. Nie wszystko warto analizować. Niech się dzieje.

W duchu przyznał jej rację, nawet nie zauważając kelnera, stawiającego przed nimi ciepłe potrawy.

– Rodzice muszą być dumni, że mają tak bystrą córkę – powiedział Coggins.

Uśmiech Diany przygasł. Bez słowa zabrała się do jedzenia. Albert wstrzymał powietrze. Czyżby poruszył jakieś tabu? Nagle sztućce brzęknęły o talerz. Diana wytarła usta serwetką.

– Przepraszam. Po prostu… nie znałam ojca. Mama była ze mną w ciąży, a on wyjechał daleko. Takie czasy. Miasto wybierało człowieka. Mogłeś mieć predyspozycje, wykształcenie, fach w ręku i miesiącami szukać zatrudnienia, aż wreszcie przychodziło ci do głowy, żeby gdzieś się ruszyć. Natomiast mama była nią tylko przez piętnaście lat. Nie mogłam tego pojąć, sądziłam, że nasze relacje… że mnie nie kocha. Nienawidziłam jej. Ale co mogłam zrobić w tak młodym wieku? Gdyby rodzina nie była daleko, może ktoś zauważyłby problem. W każdym razie ja go nie dostrzegłam. Pewnie zabrzmi to okrutnie, ale utrata przytomności, której doznała, kiedy miałam dwadzieścia trzy lata, okazała się błogosławieństwem. Przyczyną okazał się udar, ale lekarze podczas badań odkryli coś jeszcze. Mama już wcześniej miała zawał mózgu, skończył się tak zwanym zespołem Capgrasa. Chodzi o to…

– Słyszałem o tym – pomógł Albert. – Przykro mi. Naprawdę.

W zespole Capgrasa połączenia między ośrodkami wzrokowymi kory mózgowej a układem limbicznym, odpowiadającym za emocje, ulegały uszkodzeniu bądź całkowitemu zerwaniu. Skutkowało to tym, iż widok bliskich osób miał dla chorego zerową wartość emocjonalną. I tak własna córka mogła wydawać się kimś obcym, oszustem, mimo że na poziomie poznawczym była doskonale rozpoznawana.

Albert nie spodziewał się tak wielkiej szczerości. Pragnąc się odwdzięczyć, opowiedział jej o swoim dzieciństwie. Diana siedziała z głową lekko przechyloną na bok i dłońmi złożonymi jak do modlitwy. Słuchała uważnie, nie udawała, parafrazowała słowa Alberta, jakby chciała mieć pewność, że go dobrze rozumie.

– A jak ci się tu podoba? – spytała, gdy jego słowa wybrzmiały.

– Diano, ty naprawdę wierzysz w to miasto, prawda?

– Nie każdy dostrzega pozytywne skutki od razu.

Tak, pomyślał Albert, ostatnio czuję się zdecydowanie lepiej. Ale to zasługa doktora Fledana.

– Muzykoterapia – mruknął. – Trudno nią zaszkodzić, niemniej nie zawsze pomaga.

– Czyżbym słyszała nutkę sceptycyzmu? Fieri Hominem wpływa na człowieka wieloma kanałami. Zmysł słuchu, wzroku, powonienia, kinestetyczny. Kiedyś chodziłeś oddzielnie na różnego rodzaju terapie, teraz masz wszystko, co istotne, w jednym miejscu. Słyszałeś o synergii?

Skinął głową. Współdziałanie czynników ma większą siłę niż suma tychże działających osobno.

– Wydaje mi się, że odbiegamy od istoty rzeczy. Widzisz, osobiście wolałbym być traktowany indywidualnie, zamiast szamana i jego ziół na wszystko preferuję kontakt z lekarzem. Terapia grupowa sprawdza się gorzej od indywidualnej, masowa zaś pewnie całkiem wypada z wykresu przydatna-nieprzydatna.

– Uściślając, owszem, leczenie przez zajęcia grupowe daje słabsze rezultaty, ale tylko jeśli mówimy o cięższych zaburzeniach.

Albert podświadomie wziął na warsztat swój własny przypadek. Punkt dla ciebie, panno bystra, pomyślał.

– Chodź, pokażę ci coś – powiedziała Diana.

Wstała od stołu i swobodnym krokiem ruszyła przez gąszcz stolików. Z początku lawirowała między innymi gośćmi, jakby szukała jakiejś zguby. Albert ruszył za nią, zdezorientowany, a o niezapłaconym rachunku przypomniał sobie dopiero, gdy znaleźli się na drugim końcu igrającego z percepcją korytarza. Diana podziękowała kelnerowi i wyszła w przyjemny wieczór.

– Nie powinniśmy…

– Ciii. Zobaczysz.

Fieri Hominem pulsowało spokojnie acz ożywczo. Diana chwyciła Alberta za dłoń i poprowadziła w wąską uliczkę wciśniętą między drapacze chmur, a potem do kwitnącego w centrum parku. Oświetlony szpaler rozłożystych drzew zdawał się nie mieć końca. Co pewien czas, w nasyconym matową jasnością powietrzu, pojawiały się i znikały jakieś żyjątka; przypominały dryfujące w toni drobiny.

– Wczoraj wspomniałeś, że kiedyś byłeś we Fieri Hominem. Musisz być bardzo…– zawahała się. – Przepraszam, nie chciałam być wścibska.

Albert zaśmiał się serdecznie. Spacery miastem działały relaksująco, a on w dodatku poznał atrakcyjną nieznajomą, z którą właśnie spędzał miły wieczór.

– Bardzo stary – powiedział i czekał na dalszą reakcję.

Diana przez moment milczała, obawiając się pytania, które cisnęło jej się na usta, jednak ciekawość w końcu zwyciężyła.

– Ilu ludzi przeszło zmianę?

Albert spodziewał się, że będzie drążyć temat wieku. Zmarszczył czoło, próbując sobie przypomnieć zdarzenia sprzed dziesiątek lat.

– Około dwustu.

– Tak mało?! – zdziwiła się Diana. – Nie wierzę, że nie było więcej chętnych.

– Byli, ale w grę wchodziły budżet i kwestie bezpieczeństwa. No bo spróbuj przez wiele lat mieć kontrolę, albo choćby ograniczony nadzór nad tyloma osobami. Pozwól im żyć, ale pilnuj, żeby stawiali się na badania kontrolne.

Diana kpiąco uniosła ramiona.

– I niby ta cała firma pilnowała dziesiątek rozrzuconych po całym świecie ludzi?

– Po pierwsze, w Europie. Po drugie, nie wszyscy naraz przeszli zmianę. Dwadzieścia pięć osób co pięć lat. Kwestie bezpieczeństwa, jak mówiłem.

– Czyli niemal półwieczny eksperyment.

– Yhym.

– Masz kontakt z kimś podobnym?

– Kiedyś sądziłem, że poznałem takiego człowieka. Musisz zrozumieć, było wielu oszustów udających starszego, dziennikarzy szukających jakiejkolwiek sensacji. Nawet nie wiem, ilu z nas zostało na świecie. Być może nadal tam są, a wtedy – bo widzisz, dostałem się do ostatniej grupy – byłbym jednym z najmłodszych.

– Eksperyment się skończył – zrozumiała Diana. – Coś nie wypaliło, coś się stało z ludźmi z pierwszej grupy i badacze wstrzymali dalsze prace.

Albert pokiwał w zadumie głową.

– Gdybyś znalazła kogoś z pierwszej grupy, miałby teraz ponad dwieście lat.

– Ale nadal nie rozumiem, dlaczego ci naukowcy nie pomogli ci. Co, wezwali na wizytę, zrobili badania, pokiwali głowami i odprawili z kwitkiem?

– Prawie.

– Co prawie?

– Nie zdążyli, ponieważ wybuchła afera. Ktoś ich o coś oskarżył, ruszył proces. Część ponoć posadzono, część rzekomo popełniła samobójstwa.

– Wierzysz w to?

– Tak, bo dokopałem się do pewnych tropów. Jedynie poszlaki, ale… – Wzruszył ramionami. – Walka korporacji.

– A ty? Coś ci się stało?

– Całe szczęście nie – skłamał. I zaraz dodał prawdę. – Jestem zdrowy jak ryba.

Diana spojrzała mu w oczy. Uśmiechnęła się szeroko, chwyciła za rękę i pociągnęła ze sobą.

– Pokażę ci najcudowniejsze miejsce – wyszeptała.

 

***

 

„Albert Coggin, starszy, przypadek 11003, wywiad drugi”

– Ten stan to najgorsze, co mnie spotkało w życiu – powiedział Albert. – Trzydzieści lat widzenia stroboskopowego. Na pierwszy rzut oka obraz wygląda normalnie, ale gdyby móc wejść w niego, zyskać głębię widzenia, wtedy się je dostrzega. Niuanse, walą jak młot między oczy.

– Masz na myśli percepcję.

Oczy Alberta przeczesywały przestrzeń, jakby w intensywnym poszukiwaniu odpowiedzi.

– Wydaje mi się, że postrzegam rzeczywistość wyraźniej niż pięćdziesiąt lat temu. Kiedyś czytałem o efektach długotrwałej stymulacji mózgu. A ja prace umysłowe wykonuję, od kiedy pamiętam.

– Mówisz o części związanej z inteligencją. Tymczasem percepcja to także wyobraźnia, uczucia, potrzeby, które deformują wrażenia zmysłowe.

– Nie wiem, doktorze. Intelekt jest nienaruszony, natomiast stany emocjonalne… Czasami poczuję złość czy zadowolenie, ale to wszystko jest jakby pozbawione pierwotnych wymiarów. Albo przesączane przez sito pragmatyzmu kory nowej.

– Rozumiem. Wcześniej powiedziałeś, że od dawna nie popadłeś w nostalgię.

– I właśnie za nią tęsknię. Za… – urwał w pół słowa. Brwi mocno ściągnięte, czoło zmarszczone, rosnące na twarzy napięcie; Fledan jeszcze go takiego nie widział. – Doktorze, niektórzy ludzie wielkiej wiary przeżywają emocje o charakterze transcendentnym. W porównaniu do nich, zabarwienie emocjonalne mojego świata wewnętrznego jest jak czarnobiały obraz amatora postawiony obok kunsztownego dzieła malarskiego. Obawiam się, że nasz język jest zbyt ubogi, abym mógł dokładnie wyrazić to, co chcę. Ujmując rzecz najprościej, doświadczam quasi-gniewu, quasi-przyjemności, quasi-nostalgii za nostalgią.

 

***

 

Świerszcze, Albert słyszał ich narastający cykot, gdy biegł z Dianą ramię w ramię, zatapiając się w serce parku Fieri Hominem. Wszystkimi zmysłami chłonął zmiany, kolejne iteracje natury; z każdym krokiem krzewy obszerniejsze, drzewa większe, już nie droga, lecz ścieżka, dziczejąca, jak w ostępach, światło lamp tłumione, duszone. Powietrze ciężkie i lepkie, osadzało się w płucach z jakąś perwersyjną lubością; zapach kory, żywicy, soków natury. Gdzieś wybrzmiał śpiew ptaka, jeszcze jeden, i tak co dwa uderzenia serca, w tle witający gości cykot świerszczy; uwertura puszczy.

Dianie i Albertowi wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zrozumieć się nawzajem; pantomima w mateczniku miasta; teatr pod spijającymi księżycowe światło liśćmi.

Zatrzymali się tylko na chwilę, zdyszani, ale szczęśliwi. A potem ruszyli dalej, szybkim krokiem, słabiej i słabiej widoczną ścieżką, lawirującą między grubymi pniami drzew, wznoszącą się i opadającą, czasami przecinaną przez inne; Albertowi przeszło przez głowę, że jeśli się nie zatrzymają, zgubią się w tych gęstwinach. I nie miał nic przeciwko, dał się nieść atawistycznemu instynktowi odkrywcy, prowadzić delikatnej dłoni Diany. Było w tym coś pierwotnego, nie myślał logicznie, stery przejęły starsze ośrodki mózgu. Wystarczyła muzyka puszczy: szelest liści, śpiew ptaków, cykanie świerszczy.

Rośliny płożyły się coraz zachłanniej, zabierały tlen, plątały nogi. Nagle Albert i Diana wyszli na niewielką, otwartą polanę. Z niedaleka dochodził rechot żab. Między trzcinami widniał drewniany mostek, na który weszli i zatrzymali się w jego połowie. Diana, nadal ciężko oddychając, słysząc dobiegający z dołu plusk, wychyliła się za barierkę. Kiedy odwróciła się do Alberta, obok jej głowy przeleciał nienaturalnie wielki motyl.

– Nie znajdziesz żadnego znanego gatunku – powiedziała.

Albert uniósł pytająco brwi.

– Park sztucznie kontrolowanej ewolucji – wyjaśniła. – Zwierzęta i rośliny stają się dojrzałe płciowo znacznie szybciej, w następstwie żyją nawet pięciokrotnie krócej. Taki zwyczajny kos umiera w wieku pięciu lat, tutaj jego średnia wynosi dziesięć miesięcy.

– Wcześniej zapadają na choroby – zauważył Albert.

– Niekoniecznie. Ptaki raczej nie cierpią z powodu neurodegeneracji, po prostu żyją w zdrowiu. Innych zwierząt nie męczymy, drapieżniki są zbyt niebezpieczne, a łagodne ssaki to nadal ssaki, z którymi są pewne komplikacje… Między innymi natury moralnej.

– Poza tym są inteligentniejsze.

Diana parsknęła.

– Są głupie tak bardzo, jak tylko mogą, żeby przeżyć.

Albert pokręcił głową w podziwie.

– Skąd to wiesz?

– Pracuję tu. Owszem, nie patrz na mnie tak, jakbyś zobaczył potwora. Jestem ewolucjonistką.

Albert rozejrzał się po wodnym oczku.

– Śmierć i życie muszą przeplatać się w niesamowitym tempie. Tylko, szczerze mówiąc, nie widzę sensu w takim eksperymencie.

– Jest, jest! – zaoponowała energicznie Diana. – Nowe technologie pozwalają dosyć dokładnie sprawdzać, jakie zmiany zachodzą u poszczególnych gatunków. Czasami prowokujemy mutacje.

– A gdybyście zrobili to na ludziach?

– W wieku sześciu lat osiągaliby dojrzałość płciową, mając piętnaście toczyliby walkę z rakiem, a jeśli by ją wygrali, to na osiemnastkę umarliby przez degenerację komórek, cierpiąc przy okazji z powodu Alzheimera czy Parkinsona. Oczywiście z progami wiekowymi strzelam.

Przechyliła głowę na bok, z jej ust znikł lekki uśmiech, przyjrzała mu się badawczo.

– A ty? Ile masz lat?

– Nie chcesz wiedzieć.

Szturchnęła go w ramię.

– Chcę!

Albert poczuł się zakłopotany, ponieważ nie lubił o tym mówić, ale także zawstydzony, bo uważał, że Dianie należy się odpowiedź, a przez chwilę chciał skłamać. Kiedy jej powiedział, zrobiła komicznie zaskoczoną minę.

– Sto siedemdziesiąt sześć! Niemożliwe! Masz ledwie widoczne zmarszczki mimiczne! Nie, żartujesz sobie ze mnie.

– Zmianę przeszedłem, gdy byłem na studiach.

– Wyglądasz na trzydzieści pięć, góra czterdzieści. – Pokręciła głową z niedowierzaniem.

– To taka zwolniona ewolucja – zadrwił. – Prawda?

– Bez starzenia się, bez nowotworów, bez poważnych chorób…

Albert przyglądał się jej. Była taka naturalna, taka… A potem mało brakowało, żeby opowiedział jej o ciemnych stronach długowieczności.

– Mam pewien pomysł – powiedziała Diana, odgarniając włosy z czoła. – Spotkajmy się jutro, to pokażę ci stworzenie, które natura obdarzyła czymś niezwykłym.

 

***

 

Doktor Fledan był przekonany o niezwykłości starszego, dlatego wykonał serię kolejnych badań, dla bezpieczeństwa zachowując odpowiednie odstępy czasowe. I tak po metodach strukturalnych przyszedł czas na funkcjonalne. Pozytronową emisyjną tomografię komputerową wykonał dla formalności. Jak się spodziewał, nie wykazała najmniejszego śladu guza.

Znacznie większą nadzieję wiązał z inną techniką. Funkcjonalny rezonans magnetyczny doskonale obrazował aktywność psychiczną. Prężniej pracujące obszary mózgu potrzebowały między innymi więcej dostarczanego przez krew tlenu. To właśnie jej przepływ oraz utlenowanie odczytywało urządzenie. Doktor siedział z drżącymi palcami zawieszonymi nad dotykowym interfejsem i wykonywał około dziesięciominutowe sekwencje. Podczas każdej z nich dawał Albertowi inne polecenia. Skupiać wzrok na świetlnych punktach umieszczonych wewnątrz skanera fMRI, słuchać muzyki, mówić o przykrych i miłych wspomnieniach, po prostu wspominać, i tak dalej, i tak dalej. Wszystkie sekwencje były zapisywane w pamięci komputera, ale Fledan już podczas badania doszedł do kilku wniosków. Obszary odpowiadające za zmysły funkcjonowały prawidłowo, wydawało się nawet, że wiele części kory pracuje intensywniej niż u zwykłego człowieka. Nic dziwnego, pomyślał, mimowolnie wspominając badania strukturalne. Neuron przeciętnej osoby tworzył do dziesięciu tysięcy połączeń z innymi komórkami, u Alberta natomiast nawet o czterdzieści procent więcej. To było fascynujące, lecz prawdziwych cudów doktor spodziewał się gdzie indziej. Odpowiedzialny za pamięć hipokamp oraz siatka Horraya, w skład której niegdyś wchodził tak zwany układ limbiczny; clou programu, obserwujący je Fledan siedział w bezruchu, w niemal nabożnym oczekiwaniu. Coś się musiało stać, miała się wydarzyć niezwykła rzecz… Nic, próżny trud, nihil novi, porażka na całej linii.

Elektroencefalograf także nie wykazał żadnych patologii, natomiast pozwolił prześledzić sen, który u starszego przebiegał inaczej niż u normalnej osoby. Albert potrzebował go mniej, fazy NREM trwały dłużej, fale delta były niezwykle niskie – zero koma trzy herca. Fledan miał wrażenie, że umyka mu coś istotnego, więc na koniec wykorzystał względnie młodą technikę – obrazowanie obszarowych oscylacji neuronowych.

Kiedy nic nie znalazł, bardzo długą chwilę siedział bez ruchu. Oddychał płytko, jak zwierzę, które wpadło w pułapkę.

Cóż innego mógł zrobić w takiej sytuacji? Albert zapłacił mu duże pieniądze, zaufał jak ojcu, a on zawiódł na całej linii. Dlatego umówił kolejną wizytę na następny tydzień, obiecując starszemu trafną diagnozę. Doktor głęboko wierzył, że przez ten czas uda mu się wyjaśnić biologiczne podłoże psychicznego stanu Alberta. Wielokrotnie oglądał zapisy z obrazowań. Parę razy miał wrażenie, że trafił na jakiś trop, ale szybko łapał się na myśleniu życzeniowym.

Na kolejnym spotkaniu oszukał Alberta. Wymyślił historię o wszczepieniu stymulatora, naprawdę wstrzykując uśpionemu pacjentowi potężny, jeszcze nie przetestowany rzetelnie środek farmakologiczny.

 

***

 

Albert siedział oparty o wezgłowie łóżka, z tysiącem kłębiących się myśli, trzymając kubek gorącej czekolady. Za oknem wstawał świt, budziło się Fieri Hominem. Diana leżała na boku, w pozycji embrionalnej, z wyrazem błogości na twarzy. Na przekór wczorajszemu wieczorowi, jakby nic nie robiąc sobie z tego, że nie chciał się z nią kochać. Być może faktycznie nie widziała w tym problemu, być może wystarczyła jej rozmowa do drugiej w nocy, dotyk dłoni, wzajemne słuchanie, pocałunek, objęcie ramieniem. Albert opowiadał jej o swoim życiu, nie z obowiązku, jak u psychologa, lecz z potrzeby. Pierwszy raz był emocjonalnym ekshibicjonistą. Mówił o późniejszym dojrzewaniu, kolejnych miłosnych zawodach, krótko– i długodystansowych związkach, pracach, pasjach i lękach, pamięci. O tym, że przedłużenie życia wcale nie wiązało się z ciągłym serwisowaniem medycznym, jak niegdyś prognozowali wielcy naukowcy. Wreszcie o swoich problemach, stroboskopowym widzeniu, ciągłych zmianach środowisk, zawodów i partnerek.

– W pewnym momencie bycie z jedną kobietą przez większość życia, to całe przywiązanie emocjonalne, zacząłem uważać za chorobę psychiczną.

Diana słuchała, zadawała pytania, parafrazowała, zafascynowana; prawie spijała słowa z jego ust. Potem przyszła jej kolej. Ewolucjonistka, trzydzieści osiem wiosen, wczesne lata w cieniu tragedii wychowywania bez ojca oraz tragicznej choroby matki, brak perspektyw po studiach. A potem pstryk! – jakiś impuls, podyplomówka, liczne badania, habilitacja, praca w prestiżowych ośrodkach, aż wreszcie Fieri Hominem i park sztucznie kontrolowanej ewolucji. Ewolucja – słowo klucz, esencja jej jestestwa. I, jak się okazało, siła napędowa do dalszych deliberacji.

Albert zapamiętał tę noc szczególnie dobrze. Uczucie silnej miłości powinno trwać przynajmniej półtora roku. On tracił ukochaną kobietę po kilku dniach.

Tracił siebie.

 

***

 

Doktor Fledan miał mnóstwo pracy. Robił wywiady z chorymi, przeprowadzał neurochirurgiczne operacje, występował w konferencjach, zajmował się dydaktyką na uczelni medycznej, a mimo to czuł osobliwą pustkę oraz towarzyszący jej głęboki niepokój. Dlatego zamiast wracać późną nocą do mieszkania, jeździł z powrotem do pracowni, gdzie oglądał zapisy z badań, szukając uszkodzonej lub źle działającej części mózgu. Wiedział, że gdzieś kryje się rozwiązanie i nawet przez głowę mu nie przeszło, że starszy wymyślił swoje problemy. Ten człowiek cierpiał, w sposób inny, być może niezrozumiały dla kogoś normalnego, ale cierpiał. Gdy zamykał oczy, Fledan wciąż widział wołające o pomoc spojrzenie. I obiecał sobie, że nie spocznie, dopóki nie rozwiąże zagadki.

Wiele struktur mózgu wpływało na siebie wzajemnie, mimo to doktor postanowił zwiększyć rozdzielczość badań. Pierwszą na warsztat wziął siatkę Horraya, która z logicznego punktu widzenia była głównym podejrzanym.

 

***

 

Dianę aż trzęsło z nerwów.

– Dwa dni nie dawałeś znaku życia! – powiedziała z wyrzutem. – Niepokoiłam się. Myślałam, że coś ci się stało.

Albert się skrzywił, ponieważ w jej słowach kryło się dużo gorzkiej prawdy, z której pewnie nie do końca zdawała sobie sprawę.

Posłała mu gniewne spojrzenie.

– Teraz przychodzisz do mnie i mówisz, że musimy porozmawiać. Dlaczego więc milczysz?

– Diano, ja… To się znów dzieje. Wszystko robi się wyblakłe, obce.

– Nawet ja?

– Nic nie rozumiesz.

– W takim razie wytłumacz mi! Skoro wiedziałeś, to dlaczego… Och – westchnęła – mogłeś nie mieszać mi w głowie.

Usiadła obok, położyła dłoń na jego dłoni.

– Tak bardzo chciałabym ci pomóc. Ale nie wiem… Albert?

Siedział przygarbiony, wpatrzony w ich splecione palce.

– Świat pędzi do przodu coraz szybciej, ewolucja nie nadąża za postępem. Przedłużanie życia jest jak ostatni gwóźdź do trumny. A potem, kiedy potrzebowałem pomocy, lekarze poddawali się po przeprowadzeniu badań… Różnice ilościowe, a nie jakościowe, rozumiesz? Byłem dla nich fascynującym przypadkiem, ale gdy okazywało się, że nie mam w mózgu nieznanych dotąd struktur, ich zapał malał. Panie Albercie, jest pan całkowicie zdrowy, słyszałem. Sugerowali, że sobie coś uroiłem, choć nie mogli tego stwierdzić na pewno, ponieważ nie mieli punktu odniesienia. Mój przypadek ich nudził, bo nie wiedzieli, że jestem starszym. Po co miałem im mówić? Wiem, jakie to zainteresowanie wzbudza. Dopiero Fledan się dowiedział.

Diana przytuliła go.

– Dobry boże – wyszeptała. – Co oni ci zrobili.

– Zmienili. Posłuchaj mnie uważnie.

Naukowcy doprowadzili do pojedynczej mutacji w genie kodującym szlak biochemiczny, który z kolei określa długość życia. Tylko tyle wystarczyło, aby wywołać efekt, którego nie dałoby się osiągnąć żadną restrykcją kaloryczną. Dwie strony tego samego medalu zwanego starzeniem się – uwiądu i niekontrolowanego wzrostu – zostały zniesione w cudowny sposób. Wszelkie choroby degeneracyjne, w tym związane z mózgiem, chociażby Alzheimer czy Parkinson, oraz te nowotworowe, pokonane, wymazane z ludzkiego życia. Zmiana, holocaust koszmarów ludzkości, panaceum na starość, bo to właśnie ją należało leczyć, nie punktowo, lecz holistycznie.

A wszystko sprowadzało się do fabryk energetycznych komórek – mitochondriów. Na drodze różnych reakcji powstawały w nich wolne rodniki – później wydostające się z organelli – w optymalnym stężeniu pełniące ważne funkcje obronne w organizmie. Problem pojawiał się wraz z wiekiem; błony mitochondriów stawały się coraz słabsze, przepuszczały więcej i więcej wolnych rodników, aż w końcu dochodziło do wylewu, jak przez pękniętą tamę, co skutkowało aktywacją wbudowanych w DNA mitochondriów imperatywów śmierci; komórkowego seppuku.

– Zawsze uważałam, że eksperymenty medyczne są niewiele warte bez uwzględnienia kontekstu ewolucjonistycznego – powiedziała Diana, gdy skończył mówić.

Albert wzruszył ramionami.

– Ewolucja to też nauka. Zmienia się, jest w ciągłym ruchu, hipotezy są obalane, paradygmaty tracą dawną moc.

Diana przygryzła wargę.

– Dawno temu niejaki Peter Madewar powiedział, że jesteśmy skazani na skutki cmentarzyska własnych genów. Ta hipoteza została skrytykowana przez późniejszych uczonych.

– Co to właściwie oznacza? – W oczach Alberta łysnęła iskra ciekawości. – Cmentarzysko genów?

– Chodzi o te, które nie zostały przesiane przez sito selekcyjne, ponieważ nie zdążyły się uaktywnić.

– Ich ekspresja była uśpiona – zrozumiał. – Uaktywnia się w wieku stu lat, lecz ludzie tylu nie dożywają.

– Na przykład. – Diana energicznie pokiwała głową, odgarnęła z oczu włosy. – Konkludując, postęp cywilizacyjny pozwala doczesność przedłużyć, ale jednocześnie sprawia, że rośnie procentowy udział starości.

– W moim przypadku raczej został zmarginalizowany – zauważył. – Starość. Nie upływ czasu, lecz wiek biologiczny.

Uśmiech Diany sprawił, że coś w nim drgnęło.

Spojrzał na nią z wielką powagą.

– Naprawdę uważasz, że dopadły mnie ekshumowane geny?

 

***

 

Siatka Horraya, doktor Fledan sprawdzał ją raz jeszcze. Uruchomił komputery, w ciemni zamigotały hologramy, obrazy ustabilizowały się. Manipulował głosem – zbliżenie, oddalenie, analiza, porównanie – jednocześnie bez ustanku krążąc po pomieszczeniu; perypatetyka w akcji.

Jakość mielinizacji komórek nerwowych, od której zależało ich przewodnictwo – w porządku.

Neuroprzekaźniki – to samo.

Doktor mógł tak chodzić godzinami. Każdy krok jak kolejna sprężynka nakręcająca myślenie.

Zmniejszył rozdzielczość, potem znów zwiększył i przyjrzał się innym podejrzanym, astrocytom. Sądził, że muszą wykazywać nadmierną aktywność; nawet niewielka zmiana wychwytu wstecznego neurotransmiterów mogła okazać się kluczowa. Niestety, komórki glejowe również okazały się być fałszywym tropem.

Mimowolnie doktor przypomniał sobie słowa Alberta. Na pierwszy rzut oka obraz wygląda normalnie, ale gdyby móc wejść w niego, zyskać głębię widzenia, wtedy się je dostrzega. Niuanse, walą jak młot między oczy.

Doktor zatrzymał się. Włączył trójwymiarowe środowisko, uzyskane dzięki obrazowaniu obszarowych oscylacji neuronowych, a następnie puścił w ruch animację. Na początku nie dostrzegł niczego interesującego, lecz później, kilkukrotnie obejrzawszy funkcjonowanie różnych obszarów mózgu, znalazł to, czego tak intensywnie szukał.

Siedemdziesiąt herców.

 

***

 

Kiedy zadzwonił Fledan, Albert i Diana bez zastanawiania kupili najwcześniejsze bilety na lot do Toronto. Albertowi przez całą podróż w głowie odbijał się echem głos doktora. Pełen zadumy i niepokoju. Fledan nie chciał powiedzieć, co się stało, twierdząc, że to nie jest rozmowa na telefon. I tak Coggins opuścił Fieri Hominem. Terapia masowa okazała się nieskuteczna, ale starszy tego się spodziewał. Co innego porażka doktora, z którą nie mógł się pogodzić. Dostał kilka dni normalnego życia, a potem mu je odebrano. To zupełnie tak jakby człowiekowi choremu na raka powiedzieć, że wynaleziono cudowny lek, a chwilę później przyznać się do pomyłki.

 

***

 

Fledan nie mógł spać. Chodził po gabinecie całą noc, rozmyślając o konsekwencjach swego odkrycia. W istocie, niosło ono niezliczone potencjalne implikacje, rodziło więcej pytań niż odpowiedzi. Doktor nie czuł rozpierającej dumy, ekscytacja nie zdążyła się narodzić; ledwie płomyk, a potem i on uwiądł, pozostawiając tlące się zgliszcza. Świadomość, że Coggins już do końca będzie żył w niepewności, ściskała mu serce.

– Witam – powiedział nieco zaskoczony, widząc dwie osoby. – Proszę, wejdźcie.

Albert przedstawił kobietę. Usiedli.

– Miałem nadzieję, że się uda – powiedział Fledan, nie wiedząc, jak zacząć. – Przepraszam.

Diana trzymała Alberta za dłoń. Miała spuchnięte, przeszklone oczy.

– On tam wciąż jest. – Mrugnęła, po policzku spłynęła łza. – Szuka pomocy, doktorze.

Fledanowi zajęło kilka uderzeń serca, żeby zrozumieć, co miała na myśli. Musiał mocno zacisnąć zęby, aby zachować profesjonalne oblicze.

Diana pociągnęła nosem. Kciukiem gładziła nadgarstek Alberta.

– Kiedy ktoś złamie rękę, każdy spieszy z ratunkiem. Wszyscy współczują. Problemów z psychiką nikt nie rozumie, choć często są najgorszym koszmarem.

Coggins siedział przygarbiony.

– Chciałem dostać skrzydła i znów wzbić się wyżej – rzekł bezbarwnym tonem. – Nie musi pan przepraszać, doktorze. Prawdę mówiąc, powinienem podziękować. Za te kilka dni.

– Proszę powiedzieć – wtrąciła Diana – dlaczego chciał pan widzieć się osobiście.

– Pozwólcie za mną.

Za gabinetem znajdowała się ciemnia. Fledan włączył obraz neuronu i zaczął tłumaczyć:

– Kluczowa okazała się tak zwana oscylacja neuronów. Ujmując rzecz najprościej, o jej charakterze decyduje to, ile razy w określonym odcinku czasowym pobudzane są komórki nerwowe. Przykładowo, czterdzieści herców oznacza, że impuls przepływa przez nie czterdzieści razy na sekundę. Dalej wiemy, że wolniejsza oscylacja to większy obszar nakładania się faz. Żeby jeden neuron mógł odebrać informację od innej komórki, musi znajdować się w stanie spoczynku. Jeśli jest akurat pobudzony, nie odbierze żadnego sygnału, podobnie jak telefon.

– Zaraz – przeszkodził Albert. – Czy takie neurony nie powinny umrzeć? Gdzieś czytałem, że jeśli nie mają informacji zwrotnej od innych komórek, stwierdzają, że są same i popełniają samobójstwo.

– Zgadza się. Ale u ciebie one komunikują się, tylko nie z tymi, z którymi powinny. Zaś z tymi, z którymi powinny, robią to niezwykle rzadko.

– Czyli u Alberta… – zaczęła Diana.

– U każdego człowieka istnieje w mózgu pewien konstrukt, siatka Horraya, która odpowiada za emocje, za barwienie nimi naszej rzeczywistości. U Alberta część z tworzących ją neuronów zwiększyła oscylację. Ich fazy przestały prawidłowo nakładać się z fazami obszarów integracyjnych kory nowej. Te zaś są odpowiedzialne między innymi za uświadamianie sobie pewnych stanów.

Milczeli przez dłuższą chwilę.

– Ale… – Diana próbowała pozbierać myśli. – Dlaczego? Same się pobudzają i nie mają czasu dla innych?

– Nie wiadomo.

Po spotkaniu doktor poprosił Dianę o rozmowę na osobności. Spytał wprost, czy jest jedną z tych hien mających nadzieję na szybki zarobek kosztem chorego człowieka. Trochę się zdenerwowała, lecz prędko zrozumiała, że Fledan pyta z troski o Alberta. Wytłumaczyła mu sytuację, powiedziała o tym, co czuje do Cogginsa, a także zaoferowała wsparcie. Miała nadzieję, że jej wiedza może się przydać. Doktor również tak sądził, zgodził się z wdzięcznością i swego rodzaju wzruszeniem.

– Mam nadzieję, że starczy ci sił, dziecko – powiedział. – Że go nie porzucisz.

– Albert… – zawahała się. – Nie mogłabym go zostawić tylko dlatego, że potrzebuje pomocy.

 

***

 

Siedział oparty o wezgłowie łoża. Wpatrywał się w panoramiczne okno, za którym roztaczał się widok na dachowy ogród. Drzewa, krzewy i kwiaty rosły bujnie, między nimi ścieżki i ławeczki. Kiedy wyszedł na zewnątrz, uderzyło go rześkie powietrze z nutą mięty. Cykały tu świerszcze, a żaby przyjemnie kumkały, choć z pewnością nie były to te z parku sztucznie kontrolowanej ewolucji. Gdzieś daleko, w tle, do życia budziła się nieznana melodia, za sprawą algorytmów gotowa cały dzień i noc trawestować zgodnie z ludzką rzeką. Ale to było niżej, za krawędzią dachu. Za oczkiem wodnym, wokół którego chodziła Diana. Jej rozpuszczone włosy lśniły w przesączających się przez korony drzew promieniach słonecznych. W uchu słuchawka; żywo gestykulowała, rozmawiając z kimś. Kiedy skończyła, posłała Albertowi uśmiech. A potem, gdy usiedli na ławce, Albert wyciągnął rękę; palce dłoni splotły się mocno.

– Znowu go wziąłem – powiedział beznamiętnie. – Wymusiłem na doktorze.

Spojrzała na niego z troską.

– Środek farmakologiczny – wyjaśnił – który sprawił, że wtedy mnie pokochałaś.  Ale nie zadziałał ponownie.

– Nie obawiaj się – powiedziała Diana.

– Będę dla ciebie ciężarem.

– Poradzimy sobie.

Westchnął.

– Człowieczeństwo… utraciłem je za cenę długowieczności.

– Jeszcze nie utraciłeś – wyszeptała. – Jeszcze nie.

Spojrzał na swoje dłonie, które dawno już nie powinny być tak gładkie.

 

***

 

Albert wspomnieniami wracał do pięknych chwil. Pierwsze spotkanie we Fieri Hominem, kolacja w restauracji, park sztucznie kontrolowanej ewolucji… Jednak szczególnie często myślami cofał się do nocy w laboratorium Diany. Zamykał wtedy oczy, a na jego twarzy, choć o tym nie wiedział, pojawiał się nieznaczny uśmiech.

Diana opierała się o biurko. Mimo iż miała na sobie biały fartuch pracowniczy, wyglądała równie pociągająco jak podczas kolacji. A może nawet bardziej – podekscytowana, przygryzała dolną wargę, intensywnie wpatrzona w niego.

Albert podszedł blisko, bardzo blisko, poczuł jej delikatne perfumy. Diana odchyliła się nieznacznie, ale nie uciekła wzrokiem. Oddychała szybko. Ciepłe, słodkie powietrze musnęło mu nos i policzki, od emocji zawirowało w głowie. Pocałowali, on ostrożnie, ona nieśmiało, uderzenie serca, drugie, trzecie, coraz zachłanniej. Złączyli się całkowicie. Albert pieścił dłonią głowę, policzki, szyję, błądził palcami wzdłuż talii; kibić raz sztywna, raz giętka niby trzcina. Diana usiadła na biurku, oplotła go w pasie nogami, pocałowała mocniej, drapieżniej. Uniesienie trwało, z każdym oddechem intensywniejsze, aż nagle odsunęła go od siebie, sięgnęła po coś do tyłu. Gdy zakładała mu a następnie sobie okulary, nie mógł oderwać od niej spojrzenia. Próbował znów się zbliżyć, lecz odginała się do tyłu, z uśmiechem na twarzy.

Biel pokoju zastąpił granat. Zniknęło wszystko poza wczepioną w Alberta Dianą. Wokół pojawiły się pęcherzyki powietrza i Coggins przestraszył się utopienia, ale prędko zrozumiał, że to rzeczywistość wirtualna.

Opadali wśród dryfujących stworzeń. Meduza turritopsis nutricula, przypomniał sobie. Była w nich jakaś fascynująca tajemnica, w tym hipnotycznie wolnym ruchu, w tej błękitno-czerwonej bioluminescencji. Momentalnie Alberta ogarnęło cudowne uczucie nostalgii. Tęsknota za czymś nieidentyfikowalnym, być może za utraconą cząstką szczęścia, albo za nigdy nie osiągniętym szczytem, o którego zdobyciu marzył. Był teraz jak te meduzy, wieczne efemerydy, rodził się i umierał w głębokiej refleksji nad własnym życiem, w tle słysząc motyw przewodni z bardzo starego filmu Interstellar.

Objął Dianę mocniej, pocałował łagodny łuk szyi. Ogromna Turritopsis nutricula podpłynęła, oświetlając wtulonych bladoniebieską poświatą. Chwilę później zgasła gdzieś nad ich głowami.

Tym razem Diana odważyła się pierwsza. Albert nie miał pojęcia, jak długo tonęli. Liczyło się tylko to, że zapamiętał tę chwilę jako kluczową.

 

***

 

– Jeden uśpiony gen, nazwaliśmy go wyzwalacz, koduje białko TRs-2 – mówiła Diana – a TRs-2 aktywuje grupę genów odpowiedzialnych za modyfikacje biochemicznego szlaku życia.

– Rozumiem, że zlokalizowaliście ten wyzwalacz.

– Tak, na dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent.

Fledan pokiwał w zamyśleniu głową. Sparafrazował, upewniając się, że rozumie:

– Mamy więc ciąg przyczynowo-skutkowy. Wyzwalacz, białko TRs-2, a na końcu modyfikator biochemicznego szlaku życia.

– Dokładnie.

– Wystarczyło więc włączyć tego drania, a dalej poszło jak wężyk z domina. Nie można go ponownie uśpić?

– Ryzyko jest zbyt duże. To nie jest tak, że stan a zmieniasz na stan b. Po drodze dzieje się wiele innych rzeczy. Ten wężyk rozgałęził się w wiele różnych stron. W dodatku nie jednokierunkowo, nastąpiły sprzężenia zwrotne.

– A czy ten gen odpowiada za ekspresję czegoś innego poza TRs-2?

– Być może… Kolejni podejrzani to grupa genów odpowiedzialnych za szlak biochemiczny życia.

Fledan postukał palcami o biurko.

– Bierzmy się do pracy.

– Jesteśmy już blisko.

– Zaczęliście? – zdziwił się doktor.

– Nie możemy pozwolić sobie na zwłokę. Proszę za mną. Pokażę panu nasze postępy.

 

***

 

– Mam je coraz częściej – powiedział Albert Dianie. – Odnoszę wrażenie, że stanowią klucz.

– Do czego?

– Jeszcze nie wiem.

Topił się. Zawsze zaczynało się tak samo. Dźwięk bijącego serca, szum w uszach, niknące u góry światło. A potem ciemność oraz paniczny strach. Odruchowe wciąganie powietrza, zalewająca płuca woda, wstrząsające ciałem spazmy. Oddalająca się, gasnąca świadomość. Po tym otwierał oczy i znowu był w wodzie, lecz na większej głębokości. Topił się wiele razy, zawsze widząc gdzieś obok przynajmniej jedną Turritopsis nutriculę. I tak w nieskończoność.

Mimo że po śmierci powinien się budzić, podczas każdego snu umierał wielokrotnie. Szarpał się w łóżku, a kiedy z krzykiem wracał na jawę, cały roztrzęsiony i spocony, Diana włączała światło i z trudem go uspokajała.

Pewnego dnia wstał po południu. Prześcieradło łóżka było pomarszczone, mokre od przeżytego we śnie substytutu strachu, kołdra leżała na podłodze. Dwa dni temu Diana wyjechała na lotnisko po doktora Fledana i od tamtego czasu nie odzywała się. On również nie dzwonił. Nie miał ochoty się spotykać, Diana poświęcała coraz więcej czasu na badania. Każda rozmowa zaczynała albo kończyła się na kwestiach związanych z nowymi odkryciami. Które, nawiasem mówiąc, prowadziły do kolejnych i kolejnych pytań. Albert zastanawiał się, czy chce żyć w ten sposób. Nie jako partner, lecz człowiek, któremu nieustannie trzeba nieść pomoc.

W mieszkaniu panowała kompletna cisza. Albert podszedł do lustra. Koszmar odbił się na twarzy, mimo to Cogginsowi wydawało się, że wygląda w pewnym sensie lepiej. Jeszcze pół roku temu włosy miał rzadsze. Nie tak intensywnie czarne. Poza tym skóra wokół oczu… Zbliżył się do lustra, dotknął palcem przy powiece… Spojrzał na dłonie, które dawno już nie powinny być tak gładkie. Czy to możliwe? – pomyślał.

 

***

 

Doktor Fledan szedł z Dianą przez zatłoczoną ulicę Fieri Hominem.

– Skoro wiemy, że wyzwalacz bezpośrednio nie jest szkodliwy, proszę sprawdzić, czy na oscylację neuronów wpływu nie ma przypadkiem TRs-2.

– Najpierw musimy znaleźć odpowiedni gen.

– To znaczy?

– Coś przecież musi regulować pracę neuronów.

– I uważa pani, że będzie to jeden gen?

Wzruszyła ramionami.

– Albo ich grupa.

– Musi pani zrozumieć…

Diana zatrzymała się.

– Doktorze, z Albertem ostatnio dzieję się coś złego.

– Złego?

– Pamięta swoje sny. Koszmary. Rzecz w tym, że…

Fledan dotknął jej ramienia.

– Tak?

– Proszę wybaczyć, ale robiliśmy elektroencefalografię. Wiem, że lepiej byłoby u pana, ale nie mogłam czekać. W każdym razie odczyty nie wykazały nic niezwykłego.

– Nie martw się, dziecko. – Doktor pogładził jej rękę. – Ważne, żebyśmy do czegoś doszli. Pamiętaj, walczymy w tej samej drużynie.

– Tak – westchnęła. – Dziękuję.

 

***

 

Tym razem w Nocnej Gwieździe przywitał go sam doktor. Fledan ukłonił się, klepnął Alberta w ramię, gwizdnął i nucąc coś pod nosem, ruszył w stronę sali. Ręce trzymał splecione za plecami, jak to miał w zwyczaju, gdy się nad czymś zastanawiał. Prawdę mówiąc wcale nie pasował na kelnera, szedł jak perypatetyk, przygarbiony, ze spuszczoną głową. Co rusz nią kiwał, niby zgadzając się z własnymi wnioskami.

Korzystając z chwili, pełny dla nich podziwu, Albert chłonął zmiany zaszłe w holu restauracji. Rozglądał się na boki, oczarowany kunsztownymi ściennymi inkrustacjami, kontemplował ich wysublimowanie. Zdawało się, że część wzorów układa się w słowa, lecz Coggins nie wszystkie był w stanie rozszyfrować. Dziwne skróty przeplatały się w fantazyjnych wzorach z obco brzmiącymi imionami, nazwami własnymi oraz pisanymi kursywą tytułami piosenek albo książek. Tymczasem sala puchła i Albert zdał sobie sprawę, że zaczyna się obawiać spotkania z Dianą. W geście rozpaczy chwycił Fledana za rękę, lecz ten odwrócił się nagle, uśmiechnął serdecznie i pchnął starszego na salę, życząc udanej zabawy.

Było ciemniej niż ostatnim razem, paradoksalnie także mniej dyskretnie. Czuł się jak bohater filmu noir. Ledwie widział tutejszych gości, a jednak mógłby przysiąc, że gdy wolnym krokiem wkraczał na salę, wszyscy zamilkli i w skupieniu odwrócili się ku niemu. Widział tlące papierosy; główki śledziły każdy ruch jego; ślepia drapieżników schowanych w gęstwinach.

Coś zgrzytnęło, mlasnęło. To wielka perłowa muszla otwierała swą paszczę, zalewając salę srebrzystym światłem. Albert teraz lepiej widział gości, tylko co z tego? Przestali go interesować, już się ich nie bał, bowiem niedaleko siedziała emanująca blaskiem istota. Wystarczyło jedno uwodzicielskie spojrzenie i już ruszył w jej stronę, krok w lewo, trzy w prawo, między stolikami, krzesłami, osłupiałego sommeliera odsunął ręką, kelner sam zszedł z drogi, tu stłukł się kieliszek, tam brzęknęły sztućce, gdzieś wybrzmiało pełne niepokoju „Ooooooch”. Diana nieznacznym uśmiechem sprawiła, że serce Alberta zabiło jak do Stormu Vivaldiego, nogi poplątały się i z najwyższym trudem utrzymał równowagę.

Wspaniała, pomyślał, jaka ona wspaniała. Aromat indyjskiej kawy; kolebiący kieliszek wytrawnego wina.

Zatrzymał się, ukłonił, wyprostował, wdech, wydech, oblizał suche usta.

Teraz ona. Wyszła z muszli krokiem pełnym wdzięku, choć ostrożnie, uważając, żeby nie nadepnąć długiej sukni. Pobiegła. Nie w stronę korytarza – może się pomyliła?

W mgnieniu oka anturaż zolbrzymiał i Albert musiał przyspieszyć, żeby nie stracić Diany z oczu. Jedno, drugie uderzenie serca, tyle wystarczyło, aby stali się mikrzy jak muchy; już nie żyrandol, a gwiazdy nad głowami. Dywan, ich droga, fantazyjnie lawirował towarzyską dżunglą, tworząc pętle wokół gargantuicznych krzeseł. Kiedy zaczął się wznosić, Diana zerknęła na Alberta i rozpromieniona powiedziała, że pokaże mu najcudowniejsze miejsce.

Dywan-droga, który podobnie jak oni zachował pierwotną wielkość, przecinał właśnie przestrzeń nad stolikiem, albo stoliskiem, bo ten wyglądał jak ziemia z lotu ptaka.

Mgnienie oka.

Sztućce co jakiś czas grzmiały, oddechy gigantów szuuum-szumiały niczym przybój. Wkroczyli w przestrzeń nad kielichem wina. Albert zachwiał się, otumaniony słodkimi oparami, wstrzymał oddech, zatkał nos i przyspieszył. Zginę w restauracji, pomyślał zirytowany. Dalej nie było lepiej – strefa bijącego od świecy żaru; w uszach skwierczało, na twarzy kwitły rzęsiste krople potu.

Mgnienie oka.

Droga bardziej stroma, pięła się serpentyną wokół cielska karminowej damy. Albert krążył wokół niej zahipnotyzowany. Głęboki dekolt na plecach – naszyjnik skrzył jak neony wieżowca – zapięcie biustonosza naprężone na odstających łopatkach, jakby miało puścić od byle kichnięcia – znów ta kolia oślepiająca. Spojrzał wzwyż. Krwiście czerwone usta otwierały się i zamykały niezwykle szybko. Albert poznał, że niewiasta mówiła szeptem; furkotało jak wysoko w górach.

Mgnienie oka.

Wbiegli w ucho, gdzie wiał ledwie wiaterek. Starszy odwinął mankiety koszuli, poprawił garnitur, przetarł czoło chusteczką.

Mech zamortyzował upadek. Było tu tak spokojnie, tak przyjemnie rześko i chłodno. Albert pomógł wstać Dianie.

– Nie spotkasz tu nic zwyczajnego – powiedziała sennie.

Mgnienie oka.

I oto była. Coggins zbliżył się do niej z szeroko otwartymi oczami. Poznanie Diany, uwertura puszczy, pełna wrażeń kolacja w Nocnej Gwieździe, wszystkie te ostatnie dni prowadziły właśnie tutaj, do boskiego stworzenia, transcendentności absolutnej, do semi-demiurga wplecionego w szarą rzeczywistość. Bo teraz wiedział, że to nie on, lecz świat był aberracją, archaizmem nieprzystosowanym do wymykającej się badaniom percepcji wyższego poziomu, nie nadążającym za ostrą jak brzytwa muzyką neuronów, kognitywnym plejstocenem.

 

***

 

– Sęk w tym, że za oscylację neuronów odpowiada wiele genów – powiedziała Diana. – Zaś na część z nich faktycznie zdaje się wpływać białko TRs-2, ale podczas badań pojawiło się tyle nowych pytań, że na razie niczego nie możemy być pewni.

Spacerowali dachowym ogrodem. Fledan szedł z zatroskaną twarzą, szurał po ziemi nogami. Wiara wyciekała z niego jak z rozbitej szklanki. W głowie echem powracało Ignoramus et ignorabimus. Nie znamy i nie poznamy.

– …komórki macierzyste.

Zmarszczył brwi, spojrzał na Dianę z ukosa.

– Mówiłam, że zmiany zaszły również w komórkach macierzystych. Jeszcze nie wiem, co to oznacza, ale już prowadzimy badania.

Fledan milczał. Modyfikacja pracy neuronów okazała się jednym z wielu efektów ubocznych długowieczności. Albo skutkiem samego przeprowadzenia zmiany.

– Włączyły się tysiące genów, które powinny być nieaktywne i które uważano za zbędne – mruknęła Diana.

Nie traciła zapału, tej naukowej fascynacji, ale Fledan widział, że nadzieja u niej karlała z każdy kolejnym odkryciem.

– Rozmawialiście? – spytał.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Spuściła głowę.

– Miałam dużo pracy.

– Dobrze ci z nim?

– Doktorze… Albert ma sny, w które zaczyna wierzyć.

– Taki racjonalny człowiek?

– Mówi, że są zarazem fascynujące i straszne. Marzenia i koszmary.

– Co w nich jest?

– On rzeczywistość tłumaczy sobie zniekształcanymi przez sny wspomnieniami. A ja chyba podświadomie daję się wciągać w dziwne teorie. Kiedyś byliśmy u mnie w laboratorium… Pokazałam mu… Doktorze, wie pan, co to transdyferencjacja? Są organizmy potencjalnie nieśmiertelne. Jedna z meduz zamiast umierać, powraca do stadium niedojrzałości płciowej. Zachowuje równowagę między chorobą nowotworową a degeneracją komórek.

Fledan słuchał z rosnącym niepokojem.

– Rozmawia mi się z nim coraz trudniej. Albert boi się prawdy o nieistnieniu prawdy. A my nie możemy mu pomóc, dlatego stworzył sobie własne wyjaśnienie. On… On przypuszcza, a raczej wmawia sobie, że zyskał komórkową omnipotencję. To szaleństwo, wiem, też tak sądzę, ale jeśli uwierzy w to całkowicie, obawiam się, że stracę z nim kontakt.

– Kiedy widzieliście się ostatni raz?

– Tydzień temu.

– Pojadę z tobą. Może nie jest za późno.

 

***

 

Podświadomie przeczuwał, że nie powinna być tak ogromna. Lecz to nie miało znaczenia. Lewitowała tuż przed nim, jakby wsłuchana w cykot świerszczy i rechot żab. Niebiesko-czerwona bioluminescencja spowita półmrokiem, nasycona wilgotnym oddechem bezustannie umierającej i rodzącej się na nowo puszczy. Gdy na nią wchodził, musiał zasłonić oczy przed blaskiem, prędko jednak się do niego przyzwyczaił. Usiadł, lekko pochylony, wsparty na przedramionach. Pod dłońmi czuł wibrującą energię stworzenia.

– Chodź – powiedział do czekającej na dole Diany.

Pokręciła głową; włosy smutno zatańczyły na wietrze.

– Nie mogę lecieć z tobą – odparła. – Ja… Jeśli jednak zmienię zdanie, jeśli będę chciała cię powstrzymać, pamiętaj te słowa.

Miała rację, pomyślał Albert, kiedy zaczął się wznosić.

Ziemia malała, kolory zlewały się z sobą, kształty gubiły dawną naturę. Amorficzne drzewa, strumyki, mostek, na którym kilka lat temu prowadzili ożywioną dyskusję, amorficzna Diana, Fieri Hominem kolapsujące w Fieri Infinitum, a potem już nic, toń i oni płynący przez ciemność; cud schowany w mrokach.

Albert wiedział, że to tylko sen, ale wiedział też, że gdy się obudzi, dalej będzie musiał żyć sam.

Wtopił się w czerwoną duszę Turritopsis nutricula.

Koniec

Komentarze

Dzieło wyjątkowo dojrzałe, co stwierdzam z czymś w rodzaju zazdrości, bo ja bym w wieku 26 lat czegoś takiego nie napisał. Klimat jest i bardzo dobrze, natomiast napocząłeś, Prosiaczku, pewne wątki, których potem nie chciało Ci kontynuować. Przez takie zaniedbanie tekst niebezpiecznie zahacza o rewię teorii na temat neurologii i procesów starzenia. Na przykład te geny letalne czy tam ekshumowane  – no kapitalny pomysł, myślałem że coś się z nich ujawni i że będzie to niespodzianka. A używanie konkretnych, naukowych terminów wymaga trochę bardziej łopatologicznych rozstrzygnięć, a nie onirycznego dryfowania. Poza tym bardzo dobry poziom warsztatu.

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Dlaczego, Adamie, nie startujesz z tym tekstem w konkursie ---SF 2015?

Uradowańczyku, dziękuję za komentarz i bardzo miłe słowa. Fakt, miejscami zahacza, ale ostatecznie w opowiadaniu mamy rozwiązanie zagadki stanu bohatera. Tylko… No właśnie, na razie nie spojleruję :-)

 

Ryszardzie, Pan Michał Cetnarowski ostatecznie odrzucił opowiadanie, a skoro wykopali mnie drzwiami, to nie będę się pchał, wracając oknem ;-) Konkurs to najpierw akceptacja didżeja, a potem słanie tekstu do redaktora.

Doktor pochylił się na krześle, do pozycji dorożkarza – to mnie walnęło po oczach. Już w naszych czasach dorożkarz należy do rzadkości, za dwieście lat nikt by nie wiedział, o czym mowa

ich światło jakby przysłabło – przygasło?

Siedemćdziesiąt herców. – literówka

Miała spuchnięte, zeszklone oczy. – szkliste

dachowe ogrody – raczej ogrody na dachu/dachach

Trudny ten tekst i nie do końca chyba go zrozumiałam. Jak dla mnie jest zbyt najeżony specjalistycznym słownictwem, przez to zapewne umknął mi jego sens. Mam wrażenie, że zgubiłeś w tym wszystkim człowieka, a chyba on w takim tekście powinien być najważniejszy.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki za wskazanie błędów.

Pierwsza tak uważasz. Na człowieku bardzo się skupiłem. Trudno, nie wszystko wszystkim się podoba.

 

Prosiaczku, właśnie o to i chodziło – tak bardzo się skupiłeś na człowieku w sensie fizycznym, najeżyłeś całość specjalistycznym słownictwem, pokazałeś technologię, że aż za bardzo zakamuflowałeś istotę. Wprawdzie opowiadanie dotyczy właśnie “czucia”, ale ja – typowa humanistka – zgubiłam się i zostałam zgnieciona warstwą technikaliów, gdzieś mi umknęło, przeciekło między palcami człowieczeństwo Alberta.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zabawne, że w komentarzu robisz to, co w opowiadaniu – obiecujesz , że coś zaraz wyjawisz. W domyśle -tajemnicę niedyspozycji bohatera. No to już zaspojleruj, przyszedł czas ;)

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Rozumiem.

Uradowańczyku, ślę Ci priva. Dodam tylko, że w tekście jest jasno podane, co dolega hirołowi.

Jestem pod ogromnym wrażeniem, choć na pewno nie zrozumiałem wszystkiego. Podoba mi się, jak umiejętnie wplatasz w narrację wyjaśnienia niektórych rzeczy/terminów, przez co nie zostawiasz nadmiernie dużego pola dla chaotycznych domysłów. Językowo na najwyższym poziomie, ale są błędy w edycji.

 

To jest wspaniałe:

Bo teraz wiedział, że to nie on, lecz świat był aberracją, archaizmem nieprzystosowanym do wymykającej się badaniom percepcji wyższego poziomu, nie nadążającym za ostrą jak brzytwa muzyką neuronów, kognitywnym plejstocenem.

PS: Polecam film "Źródło" Darrena Aronofskiego.

 

Ale mi zrobiłeś miłą niespodziankę :-)

Cieszę się, że opowiadanie może się podobać. Błędy, między innymi te już wskazane, będę poprawiał za parę dni. Nie lubię dłubać, jak jeszcze ktoś czyta, chyba że to konieczne.

Filmu raczej nie widziałem, ale przeczytałem opis, zobaczyłem trailer, więc może uda się namówić do obejrzenia dziewczynę.

wpis obserwacyjny…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No dobra.

 

Prosiaku co najmniej jeden błąd powinieś był poprawić już dawno, dawno temu… ;-P

 

Zacznę od krytykowania:

 Tekst jest ciężki nie tylko przez temat, ale i przez sposób podania. Owszem, masz charkaterystyczny styl, ale nagromadzenie fachowego nazewnictwa, mimo, iż kilka kluczowych dla fabuły “wyjaśnień” podajesz w formie dialogu i narracji, praktycznie potężnie zwęża ci grupę odbiorców zdolnych dotrzeć do jego końca. Zgodzę się również, że oniryczność końcówki bardzo, ale to bardzo utrudnia zrozumienie czytelnikowi, co się stało z Albertem. Wydaje mi się, że część “naukowych” wywodów można, bez szkody dla charakteru tekstu, skrócić lub okroić. Teraz dramat, w części złożonej z emocji, trochę tonie w żargonie. Ale rym, a niech mnie…

 

No, to teraz miodek.

 

Motyw wydłużonego życia, nieśmiertelności człowieka, wraca w sci-fi bardzo często. Ugryzłeś go z niezwykłej strony – na warsztat wziąłeś stary, dobry, genetyczny śmietnik, jaki każde z nas w sobie nosi i zasłaniając się nim stawiasz ważne pytania. O percepcję, o to, jak długowieczność może zmienić nas samych, o to, jak definiujemy człowieczeństwo – czy życie bez emocji, czy też właściwie z bladym cieniem dawnej ich intensywności jest tej wieczności warte? Czy życie na pełny, intensywny emocjonalnie gwizdek, jest możliwe cały czas? Co tak w ogóle, w przypadku człowieka, może oznaczać nieśmiertelność? Jak bardzo jesteśmy podobni do innych, nieraz niezwykłych form życia, egzystujących tuż obok nas? I – ha, moje ulubione – jak silna może być miłość w starciu z genami?

 

Kurczę, tekst, który nie daje łatwych odpowiedzi, a zmusza do zadawania pytań. Niezłe.

 

Porównuję go sobie z tekstem Urbaniuka, “Ostatni pierdziel na świecie”, w lutowej NF. Tam też dotknięty jest motyw długowieczności, ale pod zupełnie innym kątem. W “Pierdzielu”, napisanym z kolei bardzo przystępnie (momentami wręcz chyba na siłę mocno kolokwialnie, by zbliżyć bohatera do czytelnika), widzę głównie problem zachowania własnej tożsamości, życia w zgodzie ze samym sobą mimo presji otoczenia, niechęci do wpasowywania się w wyznaczane przez innych tory. Bierny bunt czy silna osobowość?

 

Twój bohater chce odzyskać dawną intensywność uczuć, tytułowy Pierdziel ucieka od wlewającej się zewsząd sztuczności i mody, jeden i drugi – walczą. U ciebie starcie rozgrywa się w meandrach rozważań na temat możliwych konsekwencji zabawy w Boga lub matiuszkę Ewolucję, u Urbaniuka – na płaszczyźnie pytań o godną starość (czy w ogóle istnieje godna starość przy takiej długowieczności?) i zidiocenie podążającego za modami społeczeństwa. U ciebie ocieramy się o post-człowieka w ludzkim świecie, u Urbaniuka – o emocje i niedopowiedzianą tajemnicę między ciałem a duchem.

 

Po twoim tekście zostaję z pytaniami, po tekście Urbaniuka – ze smutkiem w sercu.

 

Co za luty, wszyscy wzięli się za długowieczność… Napiszcie może coś wesołego, kolorowego, z seksem i dobrą zabawą, co? Czas na samobójstwa już był, bodajże w styczniu. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No, no, no, dzięki za wypasiony komentarz, rybo. Zgadzam się w całej rozciągłości. Rozumiem, że niektóre elementy mogą utrudniać czytanie, ale to w końcu twarda fantastyka. Widocznie następnym razem kompromisy muszą być nieco większe. Tak gdzieś o cztery promile ;-)

Dobra, zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Może opowiadanie z seksem i samobójstwem? ;-)

Może opowiadanie z seksem i samobójstwem? ;-)

O, to ci się Bravincjusz na betę nada… :-D

 

Twarda fantastyka naukowa niekoniecznie oznacza tekst trudny w odbiorze przez technikalia – nie namawiam cię też na pisanie fraszek. Po prostu, wydaje mi się, że jeszcze nie wyczułeś takiego equilibrum między fantastycznonaukowym uzasadnieniem, pomysłem, a jego prezentacją w sposób, który zatrzyma więcej niż kilku równie zatwardziałych fanów hard sci-fi ;-) Może nie cztery promile, a półtorej i grupowa przyśpiewka? ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Może si, może si. Ale po półtora procentowym to raczej nie śpiewam, nawet nie tańczę, ale seks to już okej, choć zależy z kim. Chyba że grupowa przyśpiewka miałaby zakończyć się grupowym… No, nie, nie samobójstwem. W każdym razie, bądź co bądź, ale nie żadna tam hybryda powyższych, jeszcze raz dzięki za tak rozbudowane zaopiniowanie :-)

Przyjemność po mojej stronie. To ciekawy tekst, chociaż upichcony w nielatwy sposób, a nominację trzeba jakoś uzasadnić… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Poczekałem do dzisiaj z komentarzem, ciekaw, ile osób odezwie się, jak ocenią tekst.

Padła uwaga o wąskim, bardzo wąskim kręgu odbiorców. Zgadza się, mój Imiennik łatwych i prostych historyjek nie pisuje; przynajmniej te, które znam z portalu, takimi nie były. Dlaczego? Domysł zachowam dla siebie i dla Autora…

Tak się złożyło, że mniej więcej połowę tekstu poznałem wcześniej. W dopisanej części Autor pozostał wierny sobie, swojemu stylowi, swoim poglądom – i świetnie, ponieważ przeczytanie jednego takiego opowiadania, zagłębienie się w morzu pytań i refleksji, już własnych, nie zaczerpniętych z tekstu, daje więcej, niż można “wyciągnąć” z najpopularniejszych przedstawień wizji przyszłości człowieka, sprzężonego nierozerwalnie z technologiami. Mają rzeczone wizje swoją wartość, tego im nikt rozsądny nie odmówi, ale w porównaniu…

Czasami zastanawiam się, czy, gdybym potrafił pisać jak prosiaczek, nie dokonałbym takiego jak On wyboru: niełatwo o niełatwym…

To jest, Adamie, mimo wszystko konieczność odpowiedzenia sobie na pytanie: w jaki krąg czytelników celuję? Nie widzę nic złego w hermetycznosci, jeżeli tylko jest realizowana świadomie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie każdy stawia sobie to pytanie. Śmiem twierdzić, że tak dalece nie każdy, kto sięga po klawiaturę, że, praktycznie, nikt tego nie czyni za pierwszym razem. Dopiero zderzenie z opiniami – lub, co gorsza, z brakiem jakiegokolwiek odzewu – powoduje, że “delikwenci” zaczynają się albo zastanawiać, ile w komentarzach racji, albo natychmiast obrażają i odmawiają wszystkim “znania się” na literaturze, albo w milczeniu odchodzą, ostatnio dość często razem ze swoimi tekstami.

Piszę, oczywiście, o zjawiskach z portalu.

Już z paroma pociągami się zderzyłem, ale jeszcze żyję ;-) Chodzi o oczekiwania innych, nie o zdjęcie AdamaKB.

Właśnie, dobrze, że wpadłeś. Bez przesady, to właśnie od Ciebie się uczę. Apropos, ślę Ci priva, bo są pewne zaległości.

Nie wiem, mam mieszane uczucia.

Po raz pierwszy zdarzyło mi się, czytając Twój tekst, że podejrzanie dużo rozumiałam. I podejrzewałam, że to wstęp do katastrofy – bo pod koniec wydarzy się coś, co sprawi, że znowu do końca nie pojmę. No i tak – oniryczna końcówka mi odbioru nie ułatwiła.

To jest oczywiście fascynujące, pytania o człowieczeństwo w takich czasach jakie mamy teraz, przy takich możliwościach, które są już lub potencjalnie będą za chwilę. I jest to fascynujące także dla takiej niedouczonej humanistki jak ja, no – bo właśnie – to nie chodzi tyle o technologię, tylko o istotę człowieczeństwa. Ty w swoich tekstach, mimo ich przepełnienia naukowym żargonem – w centrum stawiasz człowieka, i dlatego czytam Cię z uporem, chociaż zwoje mózgowe mi się gotują.

Tylko że ja jednak jestem z tych, którzy uważają, że o sprawach trudnych można pisać… Bo ja wiem? Prościej? Przystępniej? Nie do końca o to chodzi i nie wiem, jak to wytłumaczyć. Chodzi mi o to, że to właśnie sprawy trudne są fascynujące, nie pierdoły, a przez ten tekst czasem musiałam się przedzierać, bardziej skupiając się na tym, czy dobrze zrozumiałam przekaz niż na frapującym pytaniu. Coś o czym pisał PsychoFish z tym equilibrum.

Nie wiem, czy jasno piszę, Prosiaczku. Ale też z drugiej strony nie jest winą Autora, że mu się czasem przytępawy, chociaż pełen dobrych chęci czytelnik trafi. ;)

Może i tak lepiej – niełatwo o niełatwym.

 

Każdemu podoba się co innego, było, jest i będzie :-)

Zasadniczo ta oniryczna końcówka nie miała nic plątać, w założeniu. Tak czułem, tak napisałem, a teraz piję nawarzone piwo ;-) To ciekawe, jak różnie ludzie potrafią ją odbierać. I nie deprecjonuj się, nikt tu nie jest tępy. Jednym forma przekazu podejdzie, innym nie :-)

A wiecie, że zabawna historia z tym opowiadaniem? Tekst doczekał się trzech nominacji do piórka, a biblioteki jeszcze nie ma! Może dla przyzwoitości ktoś usatysfakcjonowany lekturą klepnąłby piąty element do biblioteki!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Adam…? :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki bemik za nominację! W życiu bym się nie spodziewał, muszę przyznać.

To, że nie zrozumiałam do końca, nie znaczy, że nie doceniam jakości!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zastanawiające, że choć opowiadanie nie należy do najłatwiejszych, a poruszone zagadnienia są dość złożone i przyprawione mnóstwem pojęć, znaczenia których nie zawsze umiałam się domyśleć, to ze zdumieniem stwierdzam, że lektura sprawiła mi przyjemność. Co prawda kilkakrotnie musiałam robić przerwy, aby sprawdzić i upewnić się, że właściwie rozumiem to, co czytam, a to nieco rozpraszało, jednak w ogólnym rozrachunku opowiadanie podobało mi się, uważam je za bardzo porządne, mimo że w końcówce chyba troszkę się pogubiłam.

 

Muszę przy­znać, długo za­ję­ło mi zro­zu­mie­nie, że tak na­praw­dę nigdy nie mie­li­śmy praw­dzi­we­go domu. – Zrozumienie czegoś może zająć dużo czasu, może długo trwać, ale nie rozumiem wyrażenia długo zajęło. :-(

Wolałabym: Muszę przy­znać, dużo czasu za­ję­ło mi zro­zu­mie­nie… Lub: Muszę przy­znać, długo trwało nim zrozumiałem

 

Cho­dzi­łem do wielu spe­cja­li­stów, nie­ste­ty żaden nie był w sta­nie mi jej udzie­lić, a jeśli nie zga­dza­łem się z dia­gno­zą, byłem trak­to­wa­ny pro­tek­cjo­nal­nie. – Czego specjaliści nie byli w stanie udzielić?

 

A ja na­praw­dę mam dosyć in­do­len­cji za­wo­alo­wa­nej w im­per­ty­nen­cję i pseu­do­nau­ko­wy beł­kot. – A ja na­praw­dę mam dosyć in­do­len­cji za­wo­alo­wa­nej im­per­ty­nen­cją i pseu­do­nau­ko­wym beł­kotem.

 

Sala tym­cza­sem pu­chła, świa­tło ja­śnia­ło, dźwię­ki na­ra­sta­ły, za noz­drza chwy­ta­ły słod­kie za­pa­chy. – Sala tym­cza­sem pu­chła, świa­tło ja­śnia­ło, dźwię­ki na­ra­sta­ły, noz­drza chwy­ta­ły słod­kie za­pa­chy. Lub: Sala tym­cza­sem pu­chła, świa­tło ja­śnia­ło, dźwię­ki na­ra­sta­ły, słod­kie za­pa­chy wpadały do nozdrzy.

 

Bez słowa za­bra­ła się za je­dze­nie.Bez słowa za­bra­ła się do je­dze­nia.

 

Diana wy­tar­ła usta chu­s­tecz­ką. – Do nakryć podaje się serwetki.

Chusteczka bywa noszona na głowie lub na szyi, służy też do wycierania nosa.

 

le­d­wie pło­myk, a potem i on uwiądł, po­zo­sta­wia­jąc tlące zglisz­cza. – Chyba miało być: …po­zo­sta­wia­jąc tlące się zglisz­cza.

 

Miała spuch­nię­te, ze­szklo­ne oczy.Miała spuch­nię­te, zaszklo­ne oczy.

Zeszklić można np. cebulę, lekko ją podsmażając, natomiast oczy mogą się zaszklić, zwilżone łzami.

 

Wi­dział tlące pa­pie­ro­sy… – Chyba: Wi­dział tlące się pa­pie­ro­sy

 

Aro­mat in­dyj­skiej kawy, ko­le­bią­cy kie­li­szek wy­traw­ne­go wina. – Czy aromat indyjskiej kawy kołysał kieliszek z winem? ;-)

 

Droga strom­sza, pięła się ser­pen­ty­ną wokół ciel­ska kar­mi­no­wej damy. – Czy miałeś na myśli drogę bardziej stromą?

 

Głę­bo­kie roz­cię­cie na ple­cach – na­szyj­nik skrzył jak neony wie­żow­ca… – Ponieważ w pierwszej chwili zrozumiałam, że plecy były głęboko rozcięte, proponuję: Głę­bo­ki dekolt na ple­cach

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się, Regulatorko, że Ci się podobało. Poprawki wprowadzę, jak tylko będę miał dłuższą wolną chwilę.

Cieszę się Prosiaczku, jeśli w czymkolwiek pomogłam i życzę Ci wszystkiego dłuższego, nie tylko wolnej chwili. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sugerujesz, że mały, ale wariat? ;-)

<leży>

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ciekawy pomysł, spodobało mi się zwłaszcza regenerujące miasto. Trochę pogrzebany odjechaną terminologią, ale idzie wytrzymać. Mam wrażenie, że nie domykasz wielu wątków, widać nie można mieć wszystkiego.

Jestem na TAK.

Babska logika rządzi!

Ciężka lektura. Ciężka, ale bardzo ciekawa. Ten tekst zdecydowanie nie nadaje się do szybkiego czytania. Wymaga od czytelnika skupienia i wiedzy, dzięki czemu skutecznie zawęża grono potencjalnych odbiorców. Ale to nic.

Bardzo podobają mi się zagadnienia, które poruszyłeś w tym tekście, jak również – czy raczej przede wszystkim – sposób, w jaki je opisałeś. Widać, że wszystko tu zostało przemyślane i poparte rzeczywistą wiedzą. Ten tekst chyba najbardziej ze wszystkich twoich tekstów, które czytałem, pokazuje, że posiadasz nieprzeciętną wiedzę, potrafisz ją sprzedać i – co bardzo ważne – wiesz, o czym piszesz. 

Całość tekstu utrzymana jest w stylistyce naukowej – stylistyce konkretnych refleksji, konkretnych pytań i odpowiedzi. To jest fajne, bo kiedy czytelnik zmusi się do myślenia, niezawodnie dostrzeże sens w twoim rozumowaniu. W tym kontekście bardzo zawiodło mnie zakończenie, bo moim zdanie takie – wybacz określenie – transcendentne pitu-pitu niweczy konkretny fundament, na którym stoi reszta tekstu. To tak, jakby przedstawić komuś równanie matematyczne – razem z badaniami, wykresami, danymi i całą otoczką teoretyczną – a potem z uśmiechem na ustach powiedzieć, że rozwiązaniem tego równania jest transcendencja. A moim zdaniem po prostu nie jest. Nigdy. Ot, widzisz, różnica poglądów po prostu.

Niemniej, szczerze – naprawdę szczerze – gratuluję kapitalnego tekstu.

Dziękuję za opinie :-)

Hm, zacznę komentarz od zdziwienia. Dziwię się, że mc tekstu nie wziął. I jak już (mam nadzieję :)) opowiadanie doczeka się piórka, z wielką ciekawością przeczytam jego opinię na temat “Natury…”. Bo – już bez brzydkiego wskazywania palcami – ostatnio (znaczy parę tygodni temu) czytałam w NF tekst filozoficzny, również naszpikowany cięższym słownictwem (choć z innej branży niż u ciebie), ale moim zdaniem zdecydowanie gorszy niż twoja “Natura…”. I to w taki prosty sposób – tamten tekst był nudny. Moim zdaniem z filozoficznymi treściami łatwo o nudę. Czytajac twój tekst, takowej jednak nie odczułam.

Mam wrażenie, że lepiej operujesz ciężkim słownictwem niż kiedyś. O ile w “Spetryfikowanych” czułam się zmiażdzona nadmiarem fachowej terminologii, tutaj dozujesz to lepiej i tłumaczysz, gdzie trzeba. Widzę postęp :)

Czego mi brakowało w tekście? Brzydko mówiąc – dupnięcia. Kończy się nad wyraz nijako i hm… typowo dla takich tekstów. Przechodzisz w myślenie poza ciałem, w abstrakcję, której czytelnik nie jest w stanie pojąć i gdzieś ci w tym wszystkim to zakończenie ucieka, ulatnia się i pozostawia czytelnika z pustymi rękoma. ¾ tekstu bomba, ale zakończenie jest tylko ciekawe i dobrze napisane, ale już dobre dobre – jak dla mnie nie ;]

Co nie zmienia faktu, że jest to na pewno opowiadanie nieprzęcietne.

 

EDIT: czytałam tylko kilka pierwszych komentarzy, a po napisaniu swojego rzuciło mi się w oczy:

transcendentne pitu-pitu niweczy konkretny fundament

z komentarza vyzarta. No i nie mogłabym się  bardziej zgodzić :)

 

EDIT2: Zapomniałam o poprawkach…

Ale to zasługa doktora Fledana.[+]

– Wyglądasz na trzydzieści pięć, góra czterdzieści.[+] – Pokręciła głową z niedowierzaniem.

Fledan szedł z zatroskaną twarzą,

Tylko nie "Tęcza"!

Tak naprawdę nie ma tu mowy o transcendencji, raczej o komórkowej nieśmiertelności, i, co starałem się zaznaczyć w tekście, wcale nie takiej pewnej, bo przecież Diana uważa, że Albertowi zwyczajnie się poprzewracało w głowie ;-)

Hmm, mam nadzieję, że nikt nie zacznie czytać najpierw od komentarzy, więc napiszę, co napisałem Vyzartowi. Tzn. to, jak ja to widziałem :-)

 

  1. jest tajemnica bohatera
  2. zostaje ona rozwiązana (część o oscylacji neuronów)
  3. pojawiają się kolejne pytania
  4. bohater racjonalizuje je sobie w dziwny sposób(to, czy faktycznie osiągnął transcendencję, dokładniej transdyferencjację ;-), zależy od czytelnika. A przynajmniej miało zależeć ;-)

Co więcej, uważam, że ostateczne rozwiązanie problemu Alberta byłoby banalizacją tekstu. Dlatego wolałem dać odpowiedź na zasadnicze pytanie – dlaczego ma taki stan – a potem pokazać, że pewnych kwestii nie da się rozwikłać ze względu na złożoność, o której nie śniło się nawet filozofom ;-)

 

W każdym razie wielkie dzięki za budujący komentarz. Umiliłaś mi paskudny dzień w pracy ;-)

 

Okej, poprawki już wprowadzone.

Ufff, mocno mi ulżyło, że inni mieli z tym tekstem te same problemy, co ja :) A już się bałam, że mózg mi gąbczeje :)

www.herbatkauheleny.pl

Hela to bystra bestia, rozłożyła moje niejedno opowiadanie na łopatki :-)

Tensza napisała: Dziwię się, że mc tekstu nie wziął. I jak już (mam nadzieję :)) opowiadanie doczeka się piórka, z wielką ciekawością przeczytam jego opinię na temat “Natury…”.

Ja też. Bardzo i z bardzo wielką.

 

czytałam w NF tekst filozoficzny, również naszpikowany cięższym słownictwem (choć z innej branży niż u ciebie),

Tenszo, mówisz o styczniowym czy lutowym numerze?

 

Oj, Adamie, tak publicznie do tablicy?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ależ nikogo nie wywołuję do rzeczonej tablicy; ciekawy tylko jestem, co napisze _mc_, a napisać powinien, bo sam się do opiniowania zobowiązał.

Adamie, zrozumiałem za pierwszym razem ;-) Dzięki za dobre słowo.

 

Tenszo, mówisz o styczniowym czy lutowym numerze?

Palcami wytykac nie będę, ale ja bym się cofnęła jeszcze o miesiąc :D

Tylko nie "Tęcza"!

Bizancjum nieszczęsne z grudnia, hę? ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Hę, hę :D 

Tylko nie "Tęcza"!

Gratuluję piórka, Prosiaczku!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki!

Ha, akurat dzisiaj nam trafiło na dyskutowanie, a tu komentować mi piórka wypadło, do Twojego też się odnieść.

 

Ale tekst, choć w sumie oparty na dobrym pomyśle i napisany generalnie tak, że kiedy nie ma akurat nadmiaru rozkmin i słownictwa, którego nie ogarnie nikt, kto mocno nie siedzi w temacie, jednak niespecjalnie mnie przekonał.

Z wykonania, to prócz zbyt trudnego języka (niby ogólny kontekst wyłapałem, ale męczyło to srogo), przyczepię się masakrycznych, a przy tym zupełnie niepotrzebnych dłużyzn. Niektóre opisy, choć w sumie ładne, przeokropnie się ciągły i nudziły mnie, a pojedyncze sceny, jak na przykład sny Starszego, spokojnie można by, uważam, wyciepnąć w całości. Generalnie, tekst spokojnie można by odchudzić o dobre – pi oko – dziesięć-piętnaście kilo i tylko by na tym zyskał.

Z uwag co do fabuły, to zakończenie – nawet jeśli dobrze je zinterpretowałem (a tutaj mam ogromne wątpliwości) – jest zdecydowanie zbyt enigmatyczne, by mogło się podobać (przynajmniej mi).

No i uderzyło mnie jeszcze coś innego. Już na początku opowiadania dowiadujemy się, że jego akcja ma miejsce pod koniec dwudziestego pierwszego wieku (To głupie, mamy prawie dwudziesty drugi wiek.), a bohater ma już – ACHTUNG! SPIOLER!) lat koło stu siedemdziesięciu, przy czym są od niego osobniki starsze jeszcze o ćwierć wieku, czyli liczące jakieś dwa wieki). Wynikałoby z tego, że cały eksperyment rozpoczął się jeszcze pod koniec dziewiętnastego, a w najgorszym wypadku na początku wieku dwudziestego. I może bym to łyknął jakoś, bo cholera tak naprawdę wie, czym ten świat stoi – piramidy są jeszcze starsze, a mimo to nawet dzisiaj nie potrafilibyśmy wybudować czegoś podobnego – ale… Odniosłem wrażenie, że cały eksperyment od początku był jawny. Nie wynika to jednoznacznie z tekstu i można tu mieć wątpliwości… I właśnie te wątpliwości mnie męczą.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, dzięki za odwiedziny, choć rozumiem, że z jakiegoś względu(zdradzisz?) musiałeś przeczytać opiórkowane opowiadania. Tekst pisałem dosyć dawno temu, ale pamiętam go wystarczająco dobrze, żeby się odnieść do zarzutów.

 

Ad rem.

 

Sny Starszego ostatecznie prowadzą do kluczowego dla fabuły spotkania z tajemniczą meduzą. Teoretycznie mógłbym je skrócić, lecz chciałem opowiadanie “dowizualizować”, poza tym, jak to sny, są pokręcone i stanowią kontrast dla postrzeganej w depresyjnych barwach jawy. Są zarazem niejako kontrapunktem rzeczywistości, gdyż pozwalają na pełniejsze zrozumienie/odczucie sytuacji Alberta. Wielu osobom te fragmenty właśnie się zdecydowanie podobały, dlatego choć rozumiem Twój punkt widzenia, nie zgadzam się z nim, a ponadto nie uważam, aby w kwestiach bardzo subiektywnych wygłaszanie opinii ex cathedra mogło stanowić dobre narzędzie krytyki. ;-)

 

Eksperyment nie był jawny – jest fragment mówiący, że ich tragiczne skutki próbowano wręcz wyciszyć. Zgadzam się, że lepiej pasowałby dwudziesty trzeci wiek.

 

Skoro to opowiadanie Ci się nie spodobało, z pewnością tak samo będzie z tym z marcowej NF.

Z tą katedrą bym nie przesadzał, bo podkreślałem – miałem nadzieję, że dostatecznie wyraźnie, ale, jak widać, chyba jednak nie – iż to moja i najmojsza opinia. A ja po prostu nie lubię cudzych snów w ogóle (za swoimi też nie przepadam), a wmieszanych w literaturę w szczególe, choć mam bardzo mglistą teorię na temat tego, dlaczego tak jest i – prawdę mówiąc – jakoś nie umiem się tym przejmować. A Ty nie przejmuj się mną.

Sen chyba rzeczywiście musiał być, i owszem, ale nawet jeśli tego nie ruszać, to i tak w kilku miejscach można by (jak dla mnie, podkreślam) spokojnie pociąć, żeby się nie dłużyło i skupienie na samej opowieści nie uciekało gdzieś w siną dal. A właśnie ból w tym, że jednak ucieka i chyba właśnie najbardziej przez to miałem (mam) trudności z ogarnięciem finału.

Ale czy mi się nie podobało? I owszem, ale tylko o tyle, o ile można tak powiedzieć o opowiadaniu, które jest napisane bardzo sprawnie i obrazowo, ma ciekawą fabułę, i które czytało się – w ogólnym ujęciu – z zainteresowaniem.

 

A dlaczego czytałem, dowiecie się wkrótce, może nawet na dniach.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka