- Opowiadanie: Armored - Król Popiołów

Król Popiołów

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla, Użytkownicy IV, Użytkownicy

Oceny

Król Popiołów

W niesamowitej ciszy można było usłyszeć nawet najlżejszy szelest dochodzący z wnętrza namiotu. Niesamowitej, bo wokół niego zebrały się trzy setki ludzi zamarłych w nerwowym wyczekiwaniu. Lark rozejrzał się, czując jak niepokój towarzyszący mu od trzech godzin osiąga punkt krytyczny.

Dzieci Popiołów nigdy nie milczały. Napar z higrysu, jednej z nielicznych roślin na tyle niewybrednych by porastać Pustkowie, działał pobudzająco. Zaś Dzieci Popiołów piły go tak często, że gwar podczas wędrówek nigdy nie ustawał. Milczenie było dla nich nienaturalne. Brak dźwięków ranił uszy Larka, sprawiając, że oczekiwanie stawało się jeszcze gorszą torturą.

Młody wojownik co chwila odwracał się, sprawdzając czy przypadkiem nie został sam przed namiotem szamana. Wiedział, że było to niepotrzebne, ale nie mógł się powstrzymać. Żaden członek plemienia nie odszedłby teraz nie poznawszy wyniku operacji. Choćby czcigodny Daku siedział tam do rana, to gdy wyjdzie z namiotu, zastanie wszystkich skupionych wciąż w tym samym miejscu.

Ze środka dobiegł cichy śpiew. Zachrypnięty głos czcigodnego Daku ułożył się w dziwną melodię, która przyprawiła Larka o dreszcze. Chłopak zagryzł wargę i spojrzał na siedzącego obok pana Kolvę. Dowódca jednak nie zdradził zaniepokojenia, wciąż utrzymując kamienny wyraz twarzy i nie spuszczając z oczu wejścia do namiotu. Jego spokój, nawet jeżeli był tylko pozorny, dodał Larkowi otuchy.

Chłopak zamknął oczy i spróbował wyobrazić sobie, że znów jest na polowaniu z ojcem. Zapanował nad oddechem i uspokoił myśli, jak podczas napinania łuku. Ojciec zawsze uczył go, że myśliwy musi być najbardziej spokojny właśnie w kulminacyjnym momencie. Miłe wspomnienia zalały go i dały mu choć trochę wytchnienia, którego żadne Dziecko Popiołów nie zaznało od czasu napadu zabójców na obóz. Oczywiście wyłapano ich potem i stracono, ale zdążyli wykonać zadanie. Wszyscy asasyni byli ubrani na czarno, ale nikt nie miał wątpliwości co do tego, kto ich nasłał. Pogłoski o jednoczeniu się plemion dotarły już pewnie do Kaltów, którzy spróbowali zdusić możliwy konflikt w zarodku.

Czy udało im się to, czy nie, to zależało już teraz tylko od czcigodnego Daku.

Krzyk, który nagle rozdarł ciszę, wyrwał Larka z zamyślenia i przyprawił o dreszcze. Dzieci Popiołów nie zdołały zachować spokoju i z tyłu dało się słyszeć zaniepokojone szepty. Część na pewno rozpoznała głos kiedyś tak łagodnie przemawiający do tłumów i dający nadzieję. Lark również do nich należał i z niedowierzania aż spróbował wstać. Powstrzymał go żelazny uścisk dłoni, która zakleszczyła się na jego ramieniu. Lark spojrzał w bok i napotkał karcące spojrzenie pana Kolvy.

– To niemożliwe. – Lark nie potrafił powstrzymać drżenia głosu. – Królowa Eerin umarła pół roku temu. Wiedziałem, że igramy z ogniem! Spróbowaliśmy dokonać czegoś niezgodnego z naturą i spotka nas teraz kara!

– Uspokój się. – Ton dowódcy był bezbarwny, ale Lark zauważył, że w jego oczach również zatańczyły iskry zdenerwowania.

Lark chciał się wyrwać, ale w tym samym momencie poły namiotu rozchyliły się. Oczy wszystkich powędrowały ku postaci, która ukazała się w wejściu, a osoby siedzące dalej zerwały się na nogi aby lepiej widzieć. Ogień potrzaskujący w środku rzucał cień na twarz okrytego kocem mężczyzny, ale gdy tylko podniósł on głowę do góry, Lark poczuł, jak do oczu napływają mu łzy.

Inni spostrzegli to dopiero, kiedy obok postaci pojawiła się zgarbiona sylwetka czcigodnego Daku. Nad obozem uniósł się radosny krzyk, po czym wszyscy pochylili głowy i oddali cześć Królowi Popiołów, mesjaszowi zesłanemu im przez boga Albę. Zmartwychwstałemu.

*

– Zupełnie nic?

Dheran nie krył rozczarowania. Cała radość i wylewność, z jaką powitał króla, ulotniła się bez śladu. Mężczyzna trwał jeszcze bez ruchu przez chwilę, jakby szukając na twarzy króla najmniejszych oznak wesołości świadczących o tym, że potworna prawda, jaką przed chwilą usłyszał, była jedynie żartem. Gdy ich nie znalazł, opuścił ramiona w geście bezsilności. Jego szara twarz wydłużyła się, a plecy zgarbiły, jednak pozostał w stojącej pozie czekając na rozkaz. Mimo zaistniałych okoliczności, wciąż był posłuszny królowi.

Jirra westchnął w duchu. Miał dość rozczarowywania ludzi wciąż świętujących jego powrót do życia. Zgadzał się jednak z Cobarem, że jego doradcy musieli znać prawdę. Zwłaszcza, że ten podobno był jego najbliższym przyjacielem.

– Tylko urywki obrazów – przyznał niechętnie i spuścił wzrok na swoje ręce. Biała farba, którą narysowano skomplikowane symbole na szarej skórze, powodowała potworne swędzenie. Nie wiedział w jaki sposób powstrzymywał się wcześniej od drapania. Został jednak ostrzeżony przez szamana, aby pod żadnym pozorem ich nie ruszać. Być może nie zawierały w sobie żadnej starożytnej magii, ale jego pozycja wymagała noszenia ich wszędzie, gdzie może być widziany. – Wiem kim jestem, pamiętam obyczaje i kulturę Dzieci Popiołów, a także jak ważne jest to, abym wam teraz przewodził. Jednak wspomnienia z dzieciństwa, wszelkie osobiste przeżycia: to wszystko przepadło.

– Aj, dzieci. Nie ma co przesadnie dramatyzować – z głębi namiotu dał się słyszeć słaby głos czcigodnego Daku . Szaman wciąż nie doszedł do siebie po rytuale, w którym wskrzesił Jirrę, więc Król Popiołów kazał go otoczyć opieką i przenieść do swojego namiotu. – Chwilowa demencja jest normalna po tak skomplikowanym procesie, jakim jest powrót do życia. Podświadomość naszego króla celowo blokuje wspomnienia, żeby nie wywołać zbytniego szoku, podczas gdy jego ciało wciąż nie jest jeszcze do końca sprawne. Pamięć wróci raz dwa.

Dheran rozluźnił się, słysząc zapewnienia szamana. Gdy wśród wszystkich plemion rozeszła się wieść, że rytuał naprawdę się powiódł, czcigodny Daku stał się drugą najbardziej szanowaną osobą wśród Dzieci Popiołów. Już wcześniej bardzo liczono się z jego zdaniem, ale teraz przyjmowano je niemalże jako dogmat.

– A Eerin? – Jirra wzdrygnął się po raz kolejny słysząc to imię i nadzieję, z jaką zostało wypowiedziane. Z jakiegoś powodu wszyscy myśleli, że samo imię jego zmarłej żony wystarczy by przywrócić wszystkie wspomnienia.

Pokręcił głową, pozbawiając Dherana tej ostatniej iskierki nadziei. Mężczyzna opuścił głowę.

– Przyjdę później, wasza wysokość. Wiem, że to pewnie był ciężki dzień. – Dheran pokłonił się i wyszedł z namiotu.

Jirra odprowadził przyjaciela posępnym wzrokiem. Ból w jego głosie powinien przejąć króla, sprawić, że wstanie by go zatrzymać. Król Popiołów nie poczuł jednak nic. Zdawał sobie sprawę, że to właśnie ta jego lodowata obojętność tak zraniła Dherana.

– Co teraz? – zapytał ze zrezygnowaniem siedzącego przy wejściu Cobara, gdy namiot znów pogrążył się w półmroku. Jego generał, pełniący teraz rolę strażnika, przez cały czas odwiedzin Dherana nie zdejmował ręki z przytroczonego do pasa noża. Dopiero gdy gość wyszedł, Cobar pozwolił sobie na rozluźnienie.

Po ataku zabójców, wobec których poprzedni strażnicy króla okazali się bezsilni, postanowił osobiście zająć się jego obroną, powierzając organizację armii swoim dowódcom. Póki co i tak nie było czego organizować, wieść o śmierci władcy rozeszła się jak zaraza, pokonując w dosłownie parę dni setki kilometrów, od jednego plemienia do drugiego. Wojownicy, wystawieni przez każde z nich, zaczęli dezerterować, a poszczególne ludy znów wdały się w wojny między sobą, jak podczas mrocznych czasów. Trzeba było szybko poskromić ten chaos, inaczej lata pracy pójdą na marne, a plemiona znów rozejdą się po Pustkowiu. Tego jednak nie mógł dokonać nawet Cobar. Tylko Król Popiołów mógł nad nimi zapanować. Nawet jeżeli stracił pamięć.

– Myślę, że wasza wysokość powinna przede wszystkim teraz wypocząć. – Cobar skłonił głowę w geście posłuszeństwa. – Obawiam się, że następny dzień, w którym będziemy mogli sobie na to pozwolić, nie nadejdzie w najbliższym czasie. Rozkazałem przygotować konie i zapasy. Zwiadowcy już krążą wśród plemion, roznosząc nowinę o pańskim zmartwychwstaniu, ale aby były wiarygodne, wasza wysokość musi pokazać się osobiście. Jutro z samego rana jedziemy do Arche.

Surowy klimat Pustkowia wymuszał na Dzieciach Popiołów koczowniczy tryb życia. Poszczególne plemiona przemierzały je, niestrudzenie poszukując okresowych oaz sporadycznie pojawiających się i znikających niczym krosty na szarej twarzy Pustkowia.

Jedynym miejscem, gdzie życie zatrzymało się na dłużej, było Arche. Oaza, powstała w tamtym miejscu, była wyjątkowo duża i już od dziesięciu lat tętniła życiem, nie chcąc ponownie zjednoczyć się z martwą ziemią Pustkowia. Plemię, które pierwsze tam osiadło, zostało napadnięte i przegonione przez inne, gdy tylko plotki rozeszły się wśród reszty. Przez pierwsze pięć lat wielka oaza było miejscem nieustających wojen, jakich Dzieci Popiołów nie doświadczyły od czasów potopu Kaltańskiego. Dopiero Saloa, plemię znane ze swojej zaciętości, zdołało utrzymać wielką oazę przez dłuższy czas. Tym samym stało się bezsprzecznie najsilniejszym plemieniem wśród Dzieci Popiołów. Zbudowane przez nich Arche właściwie nie było miastem. Domy postawione przez budowniczych z Saloa wciąż były prowizoryczne, ale nie były to przynajmniej namioty. Arche najbardziej zasługiwało na tytuł miasta ze wszystkich plemiennych osad.

Jirra pokiwał głową. Bunt Saloa, wciąż pozostającego w przymierzu plemion, definitywnie położyłby kres jego istnieniu. Nie mógł jednak zgodzić się z Cobarem w drugiej kwestii.

Król Popiołów ostrożnie podniósł się z posłania i chwiejnie stanął na nogach. Na zerwanie się Cobara ze swojego miejsca odpowiedział niecierpliwym machnięciem dłoni.

– Nie mogę siedzieć tutaj dłużej i trzymać moich ludzi w niepewności – odparł spokojnie, słysząc protesty strażnika usiłującego z powrotem położyć go na posłaniu. – Ukazałem się im jedynie przez chwilę, kiedy byli wycieńczeni po całym dniu i nocy oczekiwania. Potem przyjąłem tylko moich doradców, którzy wychodzili stąd z minami skazańców. Ludzie mogą pomyśleć, że widzieli jedynie ducha i koszmar, który przeżywali przed przybyciem czcigodnego Daku, wciąż trwa. Muszę do nich wyjść.

– Pozwól mu – dobiegło nagle z zacienionej części namiotu. – Kto wie? Może spacer rzeczywiście przyspieszy zdrowienie. Na pewno jego stan nie pogorszy się bardziej, niż gdyby siedział bez ruchu przez cały dzień.

Cobar nie odpowiedział, ale rozluźnił uścisk. Jego argumenty straciły znaczenie, gdy czcigodny Daku wyraził swoje zdanie. Jirra wyminął go i skinął głową w mrok, w ciszy dziękując szamanowi.

Z początku światło słoneczne oślepiło go. Przesłonił oczy przyzwyczajone do półmroku i uśmiechnął się, słysząc wesołe pokrzykiwania ludzi przerywających swoje prace i biegnących mu na spotkanie. Szczęśliwy tłum brutalnie zatrzymał jednak Cobar. Zapał ludzi został ostudzony przez jego wysoką, umięśnioną sylwetkę i dłonie wymownie spoczywające na długich nożach wsuniętych za pas.

– Moi drodzy – zaczął Jirra, wypróbowując głos i od razu odchrząknął, słysząc jak zamiast pewnego siebie tonu z jego gardła wydobywa się zachrypnięty szept. Tłum jednak ucichł złakniony każdego słowa władcy. – Wiem, jak ciężkie były dla was ostatnie dni. Plemię Caraa, jak i wszystkie Dzieci Popiołów, spotkało wielkie nieszczęście, choć przecież zdawało się, że jesteśmy bezpieczni, ze wszystkich stron otoczeni przez sprzymierzone plemiona. Chociaż czcigodny Daku robił, co mógł by przybyć jak najszybciej, przez dwa dni i noce byliście przekonani, że odszedłem i przepowiednia o odzyskaniu naszego domu okazała się jedynie mrzonką głupich. Na szczęście wielki Alba czuwa nad nami i oto zwrócił mnie wam z krainy zmarłych.

Na słowa Jirry tłum zaczął wiwatować, z oczu niektórych popłynęły łzy. Cobar musiał powstrzymać co bardziej pokornych, którzy rzucili się do stóp władcy. Korzystając z jego nieuwagi Jirra obszedł go i wkroczył pomiędzy ludzi. Niektórzy od razu kładli się na ziemi oddając pokłony, co bardziej śmiali witali go i wypytywali o zdrowie. Jirra uśmiechał się tylko i kiwał głową, niepewny co ma im odpowiedzieć.

Prawda była taka, że wcale nie czuł się najlepiej. Od widoku tych wszystkich ludzi, których przecież powinien był poznawać, a którzy byli dla niego tak obcy, zakręciło mu się w głowie. Poczuł też mrowienie w palcach i mdłości, ale wciąż poklepywał garnących się do niego poddanych po ramionach i grzecznie odpowiadał na powitania, nie dając nic po sobie poznać. Przyszedł tu, żeby zapewnić ich, że wszystko z nim w porządku, nie mógł teraz pokazać im, że jest inaczej.

Nagle dobiegł go dźwięk przepychanek. Twarze stojących najbliżej ludzi skrzywiły gniewne grymasy, gdy pomiędzy nimi przecisnęła się stara kobieta i od razu upadła na kolana wznosząc ręce ku Jirze. Zmarszczki pokryły w całości szarą twarz, z której spoglądały na niego wodniste oczy, zaczerwienione, jakby kobieta nie spała od wielu dni. Przerzedzone siwe włosy spływały luźno na ramiona, nieskrępowane żadną fryzurą. Dwóch mężczyzn od razu wzięło ją za ramiona i, ku aprobacie tłumu, pchnęło do tyłu, gdzie chwycili ją następni.

– Zostawcie ją! – rozkazał Jirra, zszokowany brutalnością, z jaką ją potraktowano. Należał jej się szacunek, choćby ze względu na wiek.

– Dziękuję, panie. – Kobieta od razu upadła na twarz, ale zaraz podniosła się i spojrzała na Jirrę oczami pełnymi smutku. Poczuł przejmujący chłód, widząc to spojrzenie, ale również dlatego, że nagle ta kobieta wydała mu się znajoma.

– Przybyłam, bo pragnę błagać o wybaczenie dla mojej rodziny – wytłumaczyła przy akompaniamencie złośliwych parsknięć ze strony tłumu. – Mój syn dostąpił zaszczytu obrony waszej wysokości i pełnił służbę, kiedy zabójcy wdarli się do obozu. Zawiódł, ale zapłacił za to wysoką cenę. Męczył się od zadanych mu ran przez całe dwa dni, do przyjazdu czcigodnego Daku. Widząc jego cierpienie, szaman zgodził się mi pomóc, ale niewiele dało się już zrobić, zwłaszcza że musiał poświęcić się rytuałowi. Wiem, że nie możemy cofnąć tego co się stało, ale proszę cię, o miłosierny, o wybaczenie dla mojego syna. Za to, że nie zdołał uchronić waszej wysokości.

A więc o to chodziło. Groźne spojrzenia, jakimi ludzie obrzucali kobietę nie miały nic wspólnego z jej przepychaniem się. Jirra delikatnie podniósł kobietę z klęczek i zadarł wysoko głowę, upewniając się, że słyszy go jak najwięcej osób.

– Twój syn zginął, wypełniając swój obowiązek. Nie był tchórzem, który ucieka w obliczu zagrożenia, ale dzielnie stawił mu czoła. Nie ma w tym nic karygodnego i wymagającego przebaczenia.

Z oczu kobiety popłynęły łzy. Jej podziękowania utonęły w wiwatach wykrzykiwanych na cześć Jirry.

– Jak ci na imię, o płomienna?

Kobieta rozdziawiła usta w wyrazie niewymownego zdziwienia. Widać nie mogła uwierzyć w to, że sam Król Popiołów użył w stosunku do niej zwrotu grzecznościowego symbolizującego najgłębszy szacunek.

– Loorea, panie – wyszeptała w końcu. Hałas wokoło wciąż trwał, ale Jirra słyszał dokładnie każde słowo, które wypowiadała. – Jestem jedynie zwykłą zielarką, która nie mogła pomóc własnemu synowi. Nie zasługuję na twą uwagę.

Coś w jej głosie, w jej sposobie mówienia intrygowało Jirrę. Nie potrafił racjonalnie tego wytłumaczyć, ale przy Loorei czuł się bardziej swobodnie, niż przy wszystkich najbliższych mu ludziach, którzy go dzisiaj odwiedzili.

Otworzył usta, by jej odpowiedzieć, ale w tym momencie stracił ją z oczu w tłumie, który zaczął gwałtownie na niego napierać. Każdy chciał znaleźć się jak najbliżej, dotknąć go i namacalnie potwierdzić cud wykonany przez czcigodnego Daku. Świat nagle zaczął się kręcić i Jirra poczuł, jak siły go opuszczają. Zanim jednak osunął się na ziemię, czyjaś silna ręka zacisnęła się na jego ramieniu.

– Koniec spotkania! – krzyknął Cobar, groźnie wypinając umięśnioną klatkę piersiową i odstraszając stojących najbliżej ludzi. – Król Popiołów musi wypocząć przed podróżą.

– Dziękuję – słabo wyszeptał Jirra, wspierając się na ramieniu generała.

– Pańska ochrona to cel mojego życia – odpowiedział poważnie Cobar. – Byłoby mi jednak o wiele łatwiej, gdyby wasza wysokość następnym razem posłuchał moich rad.

*

Monotonny krajobraz działał usypiająco. Głowy „królewskiej świty”, starannie wyselekcjonowanej przez samego Cobara, jedna po drugiej opadały na piersi wojowników, podczas gdy ich właściciele pozwalali ukoić się delikatnemu kołysaniu w siodle. Jirra nie miał im tego za złe. Na środku Pustkowia ciężko było o zagrożenie, więc mogli sobie pozwolić na chwilę odpoczynku. Sam również poszedłby w ich ślady, ale wspomnienie ostatniej nocy skutecznie wybijało mu z głowy jakiekolwiek myśli o spaniu.

Nie pamiętał całego snu. Wiedział tylko, że dotyczył zamachu. I że zaraz po przebudzeniu złapał się za brzuch, pewien, że ostrze zabójcy wciąż jest w nim pogrążone. Dopiero po paru sekundach przyspieszonego oddechu uświadomił sobie, że to nie tam dosięgnął go nóż napastnika. Rana, magicznie zasklepiona magią czcigodnego Daku, znajdowała się na piersi. Jego reakcja nie miała znaczenia, każdy przecież po przebudzeniu nie wie co się dzieje, ale Jirra nie mógł przestać o tym myśleć.

Zwłaszcza teraz, gdy nie miał nic innego do roboty, oprócz obserwowania, jak szara ziemia znika w ślimaczym tempie pod kopytami jego konia. Wszędobylski, nic nie znaczący popiół. Aż trudno uwierzyć, że jego ludzie tak go czcili. Tak długo oddawali cześć nieurodzajnej ziemi, na którą zostali wygnani, że w końcu sami przybrali jej barwę.

Jirra uniósł głowę, odpędzając heretyckie myśli. Za głoszenie takich idei można było zostać straconym. Zwłaszcza on wiele zawdzięczał popiołowi. To właśnie ten pył był głównym składnikiem wszelkich mikstur i maści stosowanych przez czcigodnego Daku, a także źródłem magii potrzebnej do przeprowadzania rytuałów.

Na horyzoncie pojawiła się plama zieleni. Jirra obejrzał się na Cobara. Generał, wciąż zachowujący czujność w przeciwieństwie do swoich ludzi, pokiwał głową. Zbliżali się do Arche.

– Jest to? – Natrętny głos niespodziewanie zabrzmiał obok Jirry, domagając się uwagi. Dheran ledwo trzymał się w siodle, kiwając się na boki, jego oczy jednak w pełnym skupieniu przyglądały się królowi.

Jedno spojrzenie na trzymaną kurczowo w ręku kompana butelkę wystarczyło, aby wyjaśnić dziwne pytanie kompana. Higrysowa nalewka stanowiła naprawdę paskudne połączenie alkoholu i napoju pobudzającego. Wielu nie podobał się ten efekt, niektórzy jednak wprost go uwielbiali, pijąc trunek nawet pomimo dziwnego efektu ubocznego, a mianowicie połykania słów.

– Jest Arche? – ponowił pytanie Dheran, przenosząc spojrzenie z plamki zieleni na Jirrę.

– Tak, to cel naszej podróży – odpowiedział spokojnie jego rozmówca, próbując subtelnie skierować konia z dala od doradcy.

– Dobrze, zaczynałem martwić, że nigdy. Dawno nie tak długo siodle. Całe to podskakiwanie wybojach może do szaleństwa. Swoją drogą, ciekawe tam żyją? Z zbudowane te domy? Podobno największą armię. Wyobrażasz? Tyle ludzi w jednym. Nie mam pojęcia udaje im się dyscyplinę. Pewien, że…

Jirra, który z początku próbował zrozumieć sens słowotoku wylewającego się z ust Dherana, poddał się. Jego doradcy jednak najwyraźniej to nie przeszkadzało. Nie oczekiwał odpowiedzi na swoje pytania, tylko zadawał wciąż nowe, skacząc od jednej myśli do drugiej. Reszta podróży upłynęła Jirrze na bezskutecznych próbach odbicia od Dherana.

– Zrób coś dla mnie – szepnął Cobarowi, gdy udało mu się przekierować uwagę przyjaciela na czcigodnego Daku kulącego się teraz pod nawałem bredni wyrzucanych z siebie przez królewskiego doradcę. – Kiedy będziemy rozmawiać z przywódcą Saloa, wyślij paru swoich ludzi, żeby przeszukali rzeczy Dherana. Jeśli ma jeszcze gdzieś ukryty ten swój cudowny trunek, pozbądźcie się go.

– Oczywiście. – Cobar zachował milczenie, ale w kąciku jego ust zatańczył uśmiech.

Byli już na tyle blisko Arche, że można było rozróżnić poszczególnych ludzi zbierających się na skraju miasta i obserwujących przybyszów. W rękach niektórych błysnęła broń. Jirra nie dziwił im się. Krwawe wojny musiały wyrobić w nich lęk przed przybyszami. Jeden z ludzi Cobara, zbudzony kuksańcem generała, popędził swojego konia i ruszył jako pierwszy, by uspokoić tłum i zapowiedzieć króla.

Jirra wjechał do miasta na czele swojej świty, rozglądając się z niedowierzaniem. Otaczały go prawdziwe domy z drewna. Plemię Saloa musiało sprowadzić je z bardzo daleka, bo przecież na Pustkowiu nie miało szansy wyrosnąć nawet najmniejsze drzewo.

– Niech wasza wysokość przestanie się tak dziwić – półgłosem zwrócił mu uwagę Cobar. – Z całym szacunkiem, król musi wyglądać na pewnego siebie, nawet jeżeli wokół zaczynają spadać meteoryty.

Jirra zdołał przybrać swoją najbardziej wyniosłą minę akurat na czas, bo tłum nagle rozstąpił się, ukazując oczom przybyłych niskiego, łysego człowieka. Surowa twarz pokryta była w całości białymi symbolami, nie pozostawiając wątpliwości, co do tego, do kogo należy.

– Witaj w Arche, o płomienny Jirro. – Niski człowiek ukłonił się sztywno.

Król Popiołów zsiadł z konia i odwzajemnił ukłon.

– Przynosimy pokój plemieniu Saloa, płomienny Balunie.

– Rad jestem to słyszeć. Proszę za mną, to miejsce nie jest odpowiednie do rozmów.

Niski człowiek poprowadził go główną aleją, ku środkowi osady. Reszta królewskiej świty również zsiadła z koni, które od razu zostały od nich przejęte i przywiązane do słupków. Idąc za przewodnikiem, Jirra nie mógł powstrzymać się od ukradkowego spoglądania na boki. Domy z prawdziwego drewna, droga z ociosanych kamieni, a nawet kwiaty rosnące tu i ówdzie: wszystko to było jak ze snu. Z rodzaju tych pięknych, z których nie chcesz się budzić.

Chata wodza była największa ze wszystkich domków. Drewno nie zostało nawet pocięte na deski, ściany zostały zbudowane z całych bal i uszczelnione czymś w rodzaju zaprawy. Drzwi pilnowało dwóch strażników w pełnym uzbrojeniu. Jirra przelotnie pomyślał, że aby wykuć zbroję jednego z nich, plemię Caraa musiałoby latami chodzić po Pustkowiu, jedynie zbierając rudy żelaza.

Strażnicy zastąpili wejście, gdy tylko Jirra i Balun przeszli przez drzwi, zagradzając tym samym drogę Cobarowi. Ręce generała od razu powędrowały do noży, jednak na znak króla ochroniarz niechętnie ustąpił.

– Wasza wysokość musi wybaczyć mi środki ostrożności, ale nie lubię rozmawiać przy świadkach – wytłumaczył Balun, gdy drzwi zamknęły się za nimi.

– Rozumiem to.

– Proszę usiąść.

Jirra z zadowoleniem zauważył, że pomimo budowania domów Saloa nie odeszli od tradycyjnych sposobów witania gości. Oazy cechowała ziemia o dziwnym, brunatnym kolorze, ale wnętrze chaty zostało wysypane popiołem. Na środku znajdowały się dwie maty, na których mężczyźni usiedli.

– Muszę przyznać, że nie wierzyłem w twoje zmartwychwstanie, panie – zaczął Balun. – Wydawało mi się, że to tylko historyjka mająca utrzymać przymierze plemion.

– Nie ty jeden Balunie. Właśnie dlatego tu jestem. Musisz dać mi odpowiedź: Czy Saloa pozostanie naszym sojusznikiem w wojnie przeciwko Kaltom?

– Nasze miecze pozostaną wycelowane we wrogów aż do chwili, gdy odzyskamy utracone ziemie. Lub gdy umrzemy, przypominając Kaltom, dlaczego kiedyś drżeli przed nami ze strachu.

Jirra uśmiechnął się, słysząc to szczere wyznanie. Jego ręce odruchowo powędrowały do swędzących ramion, jednak w porę powstrzymał się pod czujnym spojrzeniem Baluna.

– Ty i ja jeszcze odbudujemy nasze państwo na utraconych ziemiach, o to się nie martw. Bóg Alba czuwa nad nami, dlatego zawrócił mnie z krainy zmarłych, bym mógł dopełnić przepowiednię.

Twarz Baluna na moment wykrzywił grymas. Królowi wydało się, że zobaczył na niej cień ironicznego uśmiechu, ale nie był pewien.

– Jeżeli nam się to uda, to tylko i wyłącznie dzięki naszej sile i determinacji, a nie przepowiedni.

– Nie wierzysz w nieomylność słów proroków? – Jirra zmarszczył brwi.

– Wierzę w to, że Dzieci Popiołów mogą się zjednoczyć i uderzyć na Kaltów. Ale, z najwyższym szacunkiem, przepowiednie o tym, że uda się tylko, jeżeli poprowadzi nas człowiek urodzony dokładnie o północy przesilenia wiosennego w plemieniu Cara, są dla mnie odrobinę naciągane. Dlatego nasze plemię nie załamało się, gdy usłyszeliśmy o twojej śmierci.

– Niestety nie można tego powiedzieć o innych.

– Rozumiem. – Balun pochylił głowę. – I nie umniejszam twej zasługi w jednoczeniu plemion. Potrzeba było o wiele więcej, niż jednej przepowiedni, aby stworzyć takie przymierze. Dlatego też poczyniłem pewne przygotowania na wieść o twoim przyjeździe. Wodzowie najpotężniejszych plemion niedługo zjawią się w Arche, by na własne oczy przekonać się o zmartwychwstaniu.

Jirra pokiwał głową.

– Bardzo dobrze. Oszczędzi nam to mozołu i niebezpieczeństw podróży.

– Oczywiście, zdrowie waszej wysokości to teraz kwestia najważniejsza. – Czyżby znów ten ironiczny uśmiech? – Do tego czasu pozostaniecie naszymi gośćmi.

*

– Mówiłem, że nie jest to królewskie zachowanie.

Jirra na moment odwrócił się od Arche i spojrzał na Cobara.

– Tutaj nikt nas nie widzi, mogę się dziwić, ile chcę. – Po tych słowach na powrót spojrzał na zatłoczone ulice miasta. Zatłoczone! Nigdy nie widział tylu ludzi, zebranych w jednym miejscu. Najwięksi wojownicy, wybrani na eskortę wodzów poszczególnych plemion, starali się trzymać we własnych grupkach, możliwie daleko od siebie, ale nawet Arche nie było w stanie wszystkich pomieścić. Obawiając się ukrytych wśród nich zabójców, Cobar zarządził rozbicie obozu poza miastem.

– Nie przejmuj się nim, przecież to ty tu jesteś królem – szepnął Dheran, również nie odrywając wzroku od tłumów.

– Za chwilę ruszamy, proszę się przygotować – rzucił jeszcze raz Cobar, po czym odszedł w głąb obozu.

Królewskiej świcie nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Gdy Jirra wyszedł z namiotu czcigodnego Daku w towarzystwie szamana i z odświeżonymi malunkami na twarzy, czekali na niego w równiutkiej formacji. Z ich podekscytowanych twarzy mężczyzna wyczytał, że oni również cieszą się perspektywą obejrzenia wojowników innych plemion z bliska. Bądź co bądź były to zalążki armii Dzieci Popiołów, która już niedługo stanie przeciwko Kaltom.

Pomimo tłoku na ulicach, gdy wódz plemienia Caraa, otoczony przez strażników, wkroczył do Arche, tłumy od razu rozstąpiły się. Utworzył się korytarz aż na plac na środku miasta, gdzie w obecności wojowników Jirra miał dojść do porozumienia z innymi wodzami. Rozmowy od razu ucichły, wszyscy w napięciu obserwowali pochód swego zmartwychwstałego króla.

Jirra ukradkiem spojrzał za siebie. Ku swemu zdziwieniu spostrzegł, że Dheran, który powinien iść na końcu, gdzieś zniknął. Król przeklął w myślach swego doradcę i po raz kolejny zastanowił się, dlaczego kiedyś się z nim przyjaźnił. Może zanim Jirra umarł, Dheran sprawił mniej problemów? Wspomnienia króla wciąż nie wróciły, więc nie miał jak zweryfikować swojej teorii.

Na środku kwadratowego rynku wysypano popiół i utworzono krąg z mat do siedzenia. Trzydziestu czterech wodzów innych plemion czekało tam już na króla. Zanim zaczęli, Jirra wymienił ze wszystkimi zwyczajowe powitanie. Niektórzy otwarcie okazywali radość, inni, jak na wodzów przystało, zachowali powagę. Jedynie z twarzy Baluna król wyczytał coś innego. Niechęć? Nie, musiało mu się zdawać.

– Przyjaciele – rozpoczął Jirra, gdy gwar rozmów wokół nich w końcu ustał. Trwało to dość długo, gdyż rozochoceni naparem z higrysu wojownicy nie dali się łatwo uciszyć. – Wszyscy wiemy, po co tu jesteście. Kaltowie, obawiając się naszej potęgi, nasłali na mnie zabójców. Jak jednak widzicie, nic mi nie jest, gdyż niebiosa są po naszej stronie.

Wielu wodzów pokiwało głowami, na twarzach niektórych pojawiły się uśmiechy.

– Jeżeli nasi wrogowie sądzili, że mogą poróżnić nas tym tchórzliwym atakiem, nie mogli bardziej się mylić. Teraz jesteśmy bardziej zjednoczeni, niż kiedykolwiek. – Głos zabrał Akama, przywódca plemienia Garea, otyły mężczyzna, znany ze swoich sadystycznych upodobań.

Balun spojrzał wilkiem na mówiącego. Garea była głównym przeciwnikiem Saloa w czasach walki o oazę. Ludzi Baluna, schwytanych przez Akamę, spotykał los gorszy od śmierci. Podczas podróży Cobar wytłumaczył Jirrze koneksje pomiędzy wszystkimi wodzami, więc król wiedział jak niekorzystne w wielu przypadkach były. Pomimo słów wodza Garea, wiedział jak niewiele brakuje do rozpadu sojuszu. W tej rozmowie musiał uważać na każde słowo.

Gdy otwierał usta, by odpowiedzieć Akamie, w tłumie nagle dało się słyszeć szmer. Ku wodzom przepchnęli się strażnicy domu Baluna, prowadząc kogoś pomiędzy sobą. Jirra poczuł zimny pot na plecach, gdy uświadomił sobie, że to Dheran. Z jego opuszczonej głowy kapała krew.

Królewska świta wystąpiła na przód, ale Cobar powstrzymał ich przed interwencją. Tak jak i Jirra, musiał zdawać sobie sprawę, że zamieszki wywołane przy tylu wrogich sobie plemionach mogą mieć opłakane skutki.

– O płomienny – odezwał się jeden ze strażników. Jednak nie zwracał się do Jirry, a do Baluna. – Złapaliśmy tego złodzieja, gdy próbował dobrać się do pańskiego majątku. Pewnie chciał wykorzystać zamieszanie.

Balun powoli wstał. Inni wodzowie, w tym i Jirra, poszli za jego przykładem.

– A na co zwykłemu złodziejowi byłby majątek wodza tak potężnego plemienia? – Pytanie Baluna było skierowane do strażników, ale zadał je na tyle głośno, by usłyszeli je również inni wodzowie i wojownicy. Jirra zacisnął pięści, gdy zorientował się, do czego zmierza.

– Otóż myślę, że wcale nie kradł dla siebie – Balun sam sobie odpowiedział, po czym skierował wzrok na Jirrę. W jego oczach Król Popiołów dostrzegł iskierki triumfu. – Wódz Caraa od początku to planował. Mówisz nam o jedności, ale w gruncie rzeczy chcesz umocnić własne plemię. Od początku tylko o to ci chodziło. Wojna z Kaltami była tylko pretekstem.

Niespokojny szmer przetoczył się wśród zebranych. Ręce wielu, w tym i wodzów patrzących nieufnie to na Baluna to na Jirrę spoczęły na broniach.

Dheran z trudem uniósł zakrwawioną głowę. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale w tym momencie jeden ze strażników zdzielił go okutą rękawicą po twarzy. Widząc to, Król Popiołów poczuł, jak rośnie w nim złość.

– Czy to prawda, Jirro? – Głos Akamy nie brzmiał już tak pewnie, jak przed chwilą, gdy mówił o jedności plemion. Jego pytanie pewnie cisnęło się na usta wszystkich.

– Nie. Balun sam zaaranżował całą sytuację. – Jirra usiłował zachować spokój, ale w jego głosie pobrzmiała jadowita nuta. – Chce mnie oczernić, aby zająć miejsce na czele sojuszu plemion. To było jego celem od początku.

Ironiczne uśmiechy, niechętne spojrzenia – dopiero teraz to wszystko nabierało sensu.

– Moje słowo przeciw twojemu. – Balun stanął naprzeciw Jirry. Był od niego niższy, ale pewność siebie, która od niego biła, z nawiązką to wynagradzała. – Możemy rozstrzygnąć nasz spór tylko pojedynkiem. Niech Alba zadecyduje, kto ma rację.

– Nie! – Jirra obejrzał się. Cobar szedł w ich stronę energicznym krokiem. Czcigodny Daku próbował za nim nadążyć, ale generał narzucił ostre tempo.

Widząc jego morderczy wyraz twarzy, Jirra szybko wyszedł mu naprzeciw, by nie dopuścić go blisko Baluna. Gdyby Cobar go zaatakował, tylko pogorszyłoby to ich sytuację.

– Wasza wysokość nie może stanąć do walki z tym podłym kłamcą! – Głos Cobara aż kipiał nienawiścią. Co rusz spoglądał na wodza Saloa i gdyby spojrzenie mogło zabić, Balun już dawno leżałby w popiele. – Musiał przygotowywać się do tego pojedynku od dłuższego czasu. Pewnie zlecił strażnikom pochwycenie Dherana, gdy będziemy tu szli. W tym tłumie mogliśmy to przeoczyć.

– Chyba nie mamy wyboru – odezwał się czcigodny Daku, gdy wreszcie ich dogonił. – Rzucił uzasadnione wyzwanie. Król nie może odmówić.

– Nie zgadzam się! – Cobar stanął pomiędzy szamanem, a Jirrą, jakby chcąc ochronić go przed nieuniknionym.

– To nie twoja decyzja, Cobarze. – Jirra położył mu rękę na ramieniu. Ogarnęła go nagła pewność siebie, choć wiedział przecież, że nigdy nie był szkolony do walki na miecze. Zresztą i tak by niczego nie pamiętał.

 – Weź to. – Czcigodny Daku sięgnął do tobołka na plecach i ku zdziwieniu Jirry wyciągnął stamtąd krótki miecz.

 Gdy król wyciągnął po niego rękę, Cobar złapał go za nadgarstek.

– Nie rób tego. – Oczy generała wyrażały determinację. I strach. – Jeżeli zginiesz, stracimy wszystko.

– Nie zginę. – Jirra nie wiedział, czemu jego słowa brzmiały tak pewnie. I skąd wzięła się ekscytacja pojedynkiem? Powinien przecież trząść się ze strachu.

Cobar nie puszczał, więc król wyszarpnął rękę i chwycił oręż. Od razu poczuł jak miecz wpasowuje się w dłoń, jakby to tam od zawsze było jego miejsce. Jirra nie musiał machać nim na próbę, ani ważyć w dłoni. Wiedział, że miecz poruszy się dokładnie tak, jak on tego zechce.

– A więc jednak zostało ci na tyle honoru, aby walczyć o dobre imię? – Balun uniósł brwi w udawanym zdumieniu. On sam dzierżył już w dłoni własny miecz, błyszczący, jakby dopiero co go wykuto.

Przeciwnicy stanęli naprzeciwko sobie bez słowa. Twarz Jirry nie wyrażała żadnych emocji, gdy mierzył wzrokiem Baluna. Ocenił jego postawę, sposób trzymania miecza i koncentrację. Miał wrażenie, jakby robił to już wcześniej setki razy.

Wódz Saloa zaatakował pierwszy. Pionowe cięcie od góry, łatwe do zablokowania. Tak jak myślał Jirra, od razu wykorzystał swój niski wzrost jako atut. Jeszcze bardziej ugiął kolana i płynnie obrócił miecz, celując w nogi przeciwnika. Miał pewnie nadzieję na szybkie zakończenie pojedynku, jednak Jirra z łatwością odbił cięcie i odpowiedział paroma krótkimi uderzeniami, zmuszając Baluna do wycofania się.

Uśmiech powoli spełzł z twarzy wodza Saloa, gdy Jirra atakował coraz bardziej wymyślnymi kombinacjami cięć i sztychów, nie dając mu czasu na kontratak. Wyostrzone zmysły króla wychwytywały każde odsłonięcie się, a refleks i precyzja pozwalały wykorzystać w pełni każdą taką sytuację.  Balun zaprzestał jakichkolwiek prób ataku, skupiając się tylko i wyłącznie na parowaniu i unikach, jednak Jirra wiedział, że jego przeciwnik długo nie wytrzyma. Widział krople potu spływające po łysej głowie i zamazujące białe symbole, słyszał rzężenie, dobywające się z otwartych ust, czuł woń potu i rosnącej frustracji przeciwnika. Król Popiołów był w swoim żywiole. Delektował się każdym uderzeniem miecza, igrał ze swoją ofiarą.

Spięcie mięśni, zaczerpnięcie tchu, oczy naraz utkwione w jednym punkcie. Te wszystkie rzeczy trwały razem pół sekundy, jednak ostrzegły Jirrę, że desperacja Baluna osiągnęła punkt krytyczny.

Cięcie było celne, ale za wolne. A co ważniejsze, Balun się przy nim odsłonił. Krótki miecz Jirry nagle wyrósł z pleców wodza Saloa, którego ciało najpierw się spięło, a po paru sekundach zwiotczało. Jego broń upadła na ziemię. Ostatecznie nie dane jej było zakosztować krwi.

Jirra wyszarpnął miecz i spojrzał na zebranych na placu wojowników. Przez parę uderzeń serca nic się nie działo, oczy wszystkich były utkwione w wyprostowanej sylwetce stojącej na środku koła usypanego z popiołu. Po tej chwili najwięksi wojownicy Dzieci Popiołów upadli na kolana i pochylili głowy.

– Niech żyje król! – rozległo się gdzieś z tyłu. Tłum podchwycił okrzyk i po chwili cały rynek aż grzmiał od wiwatów na cześć Jirry.

Ten powiódł wzrokiem po pochylonych głowach i zatrzymał go na czcigodnym Daku. Szaman patrzył wprost na niego. Uśmiechał się.

Jirra odwzajemnił uśmiech w przypływie zrozumienia. Spojrzał na swój miecz. Podczas walki nie miał czasu zastanawiać się nad swoimi umiejętnościami i dopiero teraz zorientował się, że wcale nie należały do niego. Pochodziły od miecza, zaklętego przez czcigodnego Daku.

*

Kobieta siedziała przy brzegu jeziora i śpiewała. Jej głos był cichy i łagodny, potrafiący przynieść ukojenie nawet w największym cierpieniu. Jirra wiedział kim była ta kobieta. W końcu musiał ją spotkać, bo to ona była kluczem do jego wspomnień.

– Eerin.

Głos ucichł, a kobieta zesztywniała. Powoli wstała i odwróciła się do Jirry. Król zadrżał, gdy zamiast uśmiechniętego oblicza pasującego do anielskiego śpiewu, ujrzał twarz wykrzywioną złością.

– Wynocha! – wykrzyknęła nieludzkim głosem jego żona, po czym rzuciła się na niego z krzykiem.

*

Jirra zbudził się zlany potem. Na zewnątrz wciąż było ciemno, ale światło księżyca wpadało przez uchylone poły namiotu, tworząc delikatną, srebrną poświatę. Król przejechał ręką po twarzy, zastanawiając się nad dziwnym snem. Nienawistne spojrzenie Eerin wciąż przewiercało go na wylot, aż nazbyt realne jak na zwykłą nocną marę. Z zamyślenia wyrwały go strzępki rozmów dochodzące z głębi obozu. Jirra po cichu ubrał się i wyjrzał na zewnątrz.

Księżyc wiszący na jak zwykle bezchmurnym niebie Pustkowia, doskonale oświetlał trójkę ludzi cicho kłócących się ze sobą. Jedna z osób klęczała, inna przykładała jej nóż do szyi.

Jirra natychmiast dobył swój krótki miecz z którym nie rozstawał się od czasu walki z Balunem i ruszył ku zebranym. Jedna z osób przerwała wypowiedź w pół zdania i odwróciła się ku niemu. Król Popiołów napotkał zdziwione spojrzenie czcigodnego Daku. Zaraz za nim odwrócił się człowiek trzymający nóż.

– Wasza wysokość. – Cobar skłonił głowę pospiesznie.

Jirra spojrzał na trzecią, klęczącą postać i w przypływie złości odepchnął Cobara i klęknął przed nią.

– Nic ci nie jest, płomienna?

– Dziękuję, Ziju. – Zapłakana Loorea objęła zdumionego Jirrę. – Tak się cieszę, że wielki Alba mi cię zwrócił.

– Jak śmiesz tak się zwracać do króla, wariatko! – tubalny głos Cobara wystarczył, aby Loorea puściła oniemiałego Jirrę i upadła do tyłu, zasłaniając się ręką.

– Panie, ta kobieta jest niespełna rozumu – wytłumaczył generał, gdy Jirra powoli odwrócił ku niemu głowę. – Przyjechała tu za nami i uważa, że jesteś jej zmarłym synem.

– Zrozumiałam to dopiero gdy odjechaliście – płakała Loorea. – Sposób, w jaki się poruszasz i mówisz… Nie wiem jak to możliwe, ale jestem tego pewna!

– Milcz! – zagrzmiał Cobar.

Do umysłu Jirry napłynęły obrazy i dźwięki, których nie powinien znać. Wspomnienia, które nie mogły należeć do niego. Ponad nimi, w jego głowie wisiało jedno pytanie.

– Czy to prawda? – Król uniósł głowę ku czcigodnemu Daku.

Starzec w odpowiedzi westchnął i spojrzał w niebo. W ciszy jaka zapadła Jirra mógł usłyszeć przyspieszone bicie własnego serca. Nie. Nie własnego.

– Sądzicie, że to ludzie są panami życia i śmierci? Że możemy bezkarnie przywracać zmarłych do życia, kiedy nam się to podoba? – Po raz pierwszy Jirra usłyszał, jak w głosie szamana pobrzmiewają emocje. Złość, wyrzut, żal. Ale nie poczucie winy. – Kiedy dotarłem na miejsce po ataku zabójców, Jirra z plemienia Caraa był martwy. Nic tego nie mogło zmienić.

– Nie… – wyszeptał Cobar.

– A my potrzebowaliśmy króla – wyrzucił z siebie czcigodny Daku, jakby się usprawiedliwiając. – Jeden z ochroniarzy Jirry umierał. Bardzo się męczył od ciosów zadanych w brzuch. Wiedziałem, że sojusz plemion nie przetrwa bez Króla Popiołów, dlatego przeniosłem ducha tego chłopaka do ciała Jirry.

– A więc to wszystko… kłamstwo. – Mężczyzna nie wiedział co powiedzieć. Nie czuł nic, nie wiedział kim jest. Przypomniał sobie twarz Eerin wykrzywioną wściekłością. Wściekłością na to, że ktoś podszywa się pod jej męża. Ręka mężczyzny zacisnęła się na krótkim mieczu. Czcigodny Daku to zauważył.

– Tego miecza też wcale nie zaczarowałem. Należał do ciebie w poprzednim życiu. Wziąłem go dlatego, że podejrzewałem, że Balun może wyzwać cię na pojedynek. Zawsze był zbyt zachłanny. Zabójcy zaskoczyli cię w noc śmierci Jirry, ale zostałeś jego ochroniarzem, bo byłeś najlepszy z całego plemienia. Wiedziałem, że twoje umiejętności nie znikły. Teraz, gdy znasz prawdę, muszę cię zapytać: Czy będziesz naszym królem i poprowadzisz nas przeciwko Kaltom? To jedyna szansa Dzieci Popiołów na odzyskanie ziem. Kogo obchodzi przepowiednia? Ty bądź naszym królem. Stań się Jirrą dla dobra swoich ludzi.

– Ziju. – Loorea wyciągnęła rękę ku mężczyźnie, ale uderzenie kosturem szamana ogłuszyło ją i pozbawiło przytomności.

Mężczyzna nie poczuł współczucia, ani złości. Nie czuł nic.

– Kłamstwo – wyszeptał tylko.

– Rozumiem. – Kostur starca nagle rozsunął się, ukazując ukryte ostrze.

– Stój! – krzyknął Cobar i rzucił się na czcigodnego Daku.

*

Dheran krążył niespokojnie wokół namiotu. Dźwięki dochodzące z wnętrza wcale nie brzmiały dobrze. Ponadto poobijana twarz znów zaczęła boleć, pomimo maści, jaką przygotował dla niego czcigodny Daku. Zbyt szybko zaczęli świętować zwycięstwo, ale kto mógł przypuszczać, że Jirra ukrywa ranę, zadaną przez Baluna w trakcie pojedynku?

Pierwsze promienie słońca rozjaśniły Pustkowie. Niedługo obudzą się członkowie królewskiej świty, później wieść o złym stanie Jirry dotrze także po Arche. Kto będzie chciał iść za osłabionym królem? Oby tylko rana nie okazała się poważna.

Dheran wyciągnął schowaną w fałdach szat butelkę, do której na szczęście nie dotarła królewska świta i odkorkował ją. Stres był zbyt duży.

Gdy z namiotu w końcu wyszedł czcigodny Daku, Dheran leżał na ziemi zwinięty w kłębek, trzymając pod głową pustą flaszkę.

– Co nim? – spytał szybko, usiłując wstać.

Szaman spojrzał na niego krytycznie i pokręcił głową z dezaprobatą.

– Rana wywołała u niego kolejny atak demencji. Potrzebuje teraz odpoczynku, nie przeszkadzaj mu, zwłaszcza w takim stanie.

– Nie mi mówił, kiedy mogę z przyjacielem! – Dheran wyminął czcigodnego Daku i wparował do namiotu. – Jirra?

Król Popiołów rzeczywiście nie wyglądał na okaz zdrowia. Jego szara skóra zbladła jeszcze bardziej, a niespokojny oddech świszczał w całym namiocie. Mętne oczy rozwarły się i spojrzały na królewskiego doradcę, ale Dheran wcale nie był pewien, czy Jirra go widzi.

– Ja, Dheran. – Mężczyzna ukląkł przy macie do spania i spojrzał na czerwony bandaż, owinięty wokół szyi. Jakim cudem nikt tego wcześniej nie zauważył? – Jak czujesz?

Jirra skrzywił się, widocznie od zapachu higrysówki.

– Nic nie pamiętam – słabo odpowiedział.

– Posiedzę tu tobie. Dobrze, że nie Cobara, zaraz by mnie. Swoją drogą, ciekawe on jest?

Jirra wzdrygnął się na dźwięk imienia swojego generała. Dheran zmarszczył brwi, gdy spostrzegł, że dłoń jego króla spoczywa na przytroczonym do pasa długim nożu.

Koniec

Komentarze

Udało mi się przeczytać Króla Popiołów, ale szczerze mówiąc, przedstawiona historia  nie zaciekawiła mnie zbytnio. W dodatku chyba nie do końca udało mi się pojąć zamysł Autora, a może coś umknęło mojej uwadze. I tak, z jednej połowy opowieści dowiedziałam się o zmartwychwstaniu króla i wędrówce jego ludu do miasta, by w drugiej towarzyszyć bohaterom w mieście i móc obserwować pojedynek.

W lekturze przeszkadzał mi nadmiar zaimków, przeważnie zupełnie zbędnych i zdarzające się powtórzenia, których można było uniknąć. Konstrukcja niektórych zdań pozostawia nieco do życzenia.

Mam nadzieję, że Twoje kolejne opowiadania okażą się ciekawsze i lepiej napisane. ;-)

 

Napar z Hi­gry­su, jed­nej z nie­licz­nych ro­ślin, na tyle nie­wy­bred­nych… – Dlaczego nazwa rośliny jest napisana wielka literą?

 

ale zło, któ­re­go zdą­ży­li się do­pu­ścić było zbyt wiel­kie, by można je było w ten spo­sób wy­na­gro­dzić. Wszy­scy za­bój­cy byli ubra­ni na czar­no… – Powtórzenia.

 

Krzyk, który nagle roz­darł ciszę wy­rwał Larka z roz­my­śle­nia i przy­pra­wił o dresz­cze. – Pewnie miało być: …wy­rwał Larka z z­amy­śle­nia… Lub: …wy­rwał Larka z roz­my­ślania

 

Po­wstrzy­mał go że­la­zny uścisk dłoni, który za­klesz­czył się na jego ra­mie­niu.Po­wstrzy­mał go że­la­zny uścisk dłoni, która za­klesz­czyła się na jego ra­mie­niu.

 

Blask ognia po­trza­sku­ją­ce­go w środ­ku rzu­cał cień na twarz okry­te­go kocem męż­czy­zny… – Nie bardzo umiem sobie wyobrazić by blask, z natury jaskrawy, świetlisty i błyszczący, mógł rzucać cień.

 

Miał dość roz­cza­ro­wy­wa­nia ludzi, wciąż świę­tu­ją­cych jego po­wrót do życia. Zga­dzał się jed­nak z Co­ba­rem, że jego do­rad­cy mu­sie­li znać praw­dę. Zwłasz­cza, że ten po­dob­no był jego naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem. – Nadmiar zaimków.

 

Biała farba, ry­su­ją­ca skom­pli­ko­wa­ne sym­bo­le na sza­rej skó­rze po­twor­nie swę­dzia­ła.Biała farba, którą narysowano skom­pli­ko­wa­ne sym­bo­le na sza­rej skó­rze, powodowała po­twor­ne swę­dzenie.

 

Nie wie­dział, jak uda­wa­ło mu się wcze­śniej po­wstrzy­my­wać się od dra­pa­nia. – Proponuję: Nie wie­dział, jak wcze­śniej potrafił/ mógł/ umiał po­wstrzy­my­wać się od dra­pa­nia.

 

słaby głos czci­god­ne­go Daku ode­zwał się z głębi na­mio­tu. – Głos nie odzywa się, nie mówi.

Proponuję: …słabym głosem, z głębi namiotu, odezwał się czcigodny Daku.

 

Jirra od­pro­wa­dził go po­sęp­nym wzro­kiem. Ból w gło­sie przy­ja­cie­la po­wi­nien go prze­jąć, spra­wić, że wsta­nie, by go za­trzy­mać. – Nadmiar powtarzających się zaimków.

 

Po ataku za­bój­ców, prze­ciw­ko któ­rym po­przed­ni straż­ni­cy króla oka­za­li się bez­sil­ni, po­sta­no­wił sa­me­mu zająć się jego obro­ną… – Po ataku za­bój­ców, wobec których po­przed­ni straż­ni­cy króla oka­za­li się bez­sil­ni, po­sta­no­wił sa­m/ osobiście zająć się jego obro­ną

 

ale aby były wia­ry­god­ne, wasza wy­so­kość musi po­ka­zać się im na oczy. – Wolałabym: …ale aby były wia­ry­god­ne, wasza wy­so­kość musi po­ka­zać się im osobiście. Lub: …ale aby były wia­ry­god­ne, muszą zobaczyć waszą wy­so­kość na własne oczy.

 

Po­zwól mu – do­bie­gło nagle z za­cie­nio­nej czę­ści na­mio­tu. – Kto wie? Może spa­cer rze­czy­wi­ście do­brze mu zrobi. Na pewno nie po­gor­szy mu się bar­dziej… – Nadmiar zaimków.

 

Jirra uśmie­chał się tylko i kiwał im gło­wa­mi, nie­pew­ny co ma im od­po­wie­dzieć. – Ile głów miał Jirra? ;-)

 

Nagle do­biegł go od­głos prze­py­cha­nek. – Jaki odgłos wydają przepychanki? ;-)

 

Dzię­ku­ję – słabo wy­szep­tał Jirra, pod­pie­ra­jąc się na ra­mie­niu ge­ne­ra­ła.Dzię­ku­ję – słabo wy­szep­tał Jirra, ws­pie­ra­jąc się/ opierając się na ra­mie­niu ge­ne­ra­ła.

 

Głowy „kró­lew­skiej świty”, sta­ran­nie wy­se­lek­cjo­no­wa­nej przez sa­me­go Co­ba­ra, jedna po dru­giej opa­da­ły na pier­si wo­jow­ni­ków, pod­czas gdy ich wła­ści­cie­le po­zwa­la­li uśpić się de­li­kat­ne­mu ko­ły­sa­niu w sio­dle. – Dlaczego, podczas gdy kołysana świta usypiała, głowy świty opadały na piersi wojowników? ;-)

 

Drew­no nie zo­sta­ło nawet po­cię­te na deski, w skład ścian wcho­dzi­ły całe bale… – Wolałabym: Drew­no nie zo­sta­ło nawet po­cię­te na deski, ściany zostały zbudowane z bali

 

Nasze mie­cze po­zo­sta­ną wy­ce­lo­wa­ne w na­szych wro­gów aż do chwi­li, gdy od­zy­ska­my nasze zie­mie. – Paskudne powtórzenia niepotrzebnych zaimków.

 

Ro­zu­miem. – Balun po­chy­lił głowę. – I nie umniej­szam pań­skiej za­słu­gi w jed­no­cze­niu ple­mion. Po­trze­ba było o wiele wię­cej, niż jed­nej prze­po­wied­ni, aby stwo­rzyć takie przy­mie­rze. Dla­te­go też po­czy­ni­łem pewne przy­go­to­wa­nia na wieść o pań­skim przy­jeź­dzie. Wo­dzo­wie naj­po­tęż­niej­szych ple­mion nie­dłu­go zja­wią się w Arche, by na wła­sne oczy prze­ko­nać się o pań­skim zmar­twych­wsta­niu. – Balun zwraca się do króla per proszę pana?

 

oni rów­nież cie­szą się na per­spek­ty­wę obej­rze­nia wo­jow­ni­ków in­nych ple­mion z bli­ska. –…oni rów­nież cie­szą się perspektywą obej­rze­nia z bliska wo­jow­ni­ków in­nych ple­mion.

 

Na środ­ku kwa­dra­to­we­go rynku wy­sy­pa­no po­piół i utwo­rzo­no krąg z mat do sie­dze­nia. Trzy­dzie­stu czte­rech wo­dzów in­nych ple­mion cze­ka­ło tam już na niego. – Na tego krąg z mat, czekali wodzowie? ;-)

 

Gdy otwie­rał usta, by od­po­wie­dzieć wo­dzo­wi Garea, w tłu­mie nagle dało się sły­szeć szmer. Ku wo­dzom prze­pchnę­li się straż­ni­cy… – Powtórzenie.

 

Wie­dział, że miecz po­ru­szy się do­kład­nie tak, jak on tego za­chce. – Literówka.

 

Spię­cie mię­śni, za­czerp­nię­cie od­de­chu… – Oddech, to wdech i wydech. Nie można zaczerpnąć oddechu, ale można zaczerpnąć tchu/ powietrza.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szczerze to ulżyło mi – głupio tak nie wiedzieć na czym się stoi. Dzięki :)

Mówi się trudno, może następnym razem pójdzie mi lepiej.

Bardzo się cieszę, jeśli w czymkolwiek pomogłam, a skoro Ci ulżyło, to cieszę się jeszcze bardziej. ;-D

Jestem przekonana, że następnym razem, jeśli tylko zechcesz, na pewno będzie lepiej. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mnie się spodobało.

Początkowo trudno mi było zrozumieć, o co chodzi, ale później się wciągnęłam. Chyba dobrze byłoby bardziej zróżnicować postacie – przez jakiś czas nie wiedziałam, kto jest kim. Czasami opisy wydawały mi się przydługie. Ale w końcu intryga okazuje się całkiem, całkiem. I fajne skutki uboczne nalewki. :-)

Interpunkcja kuleje i popłakuje z bólu.

Babska logika rządzi!

Cieszę się, że ktoś jeszcze zagląda na moje stare opowiadania. Z perspektywy czasu widzę, że rzeczywiście postacie mnożą się i troją, więc nie dziwię się, że mogłaś się w tym pogubić. Wierzę, że podciągnąłem się w interpunkcji od tamtego czasu, więc skoro opowiadanie wciąż jeszcze miewa okazjonalnych gości, to muszę usiąść i w końcu je poprawić ;)

Bardzo fajne opowiadanie.

Nie wiem, dlaczego tak mało osób do niego zajrzało. Widocznie trafiłeś na jakiś zły moment.

Podoba mi się pomysł z przenoszeniem duszy do ciała innego człowieka, cóż, szaman trochę szaleje i wszyscy go kochają, same plusy.

Podoba mi się też pomysł na same Dzieci Popiołów i nie przeszkadza mi nawet, że nie wiadomo, co w nich jest takiego niezwykłego (poza tym, że pomagają w jakiś sposób w przenoszeniu duszy).

W jednym miejscu mignął mi brak przecinka przy wołaczu, ale czytało się bardzo dobrze.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Ładne. Ciekawe opowiadanie.

Wpadłam na nie zupełnie przez przypadek (zaglądając do nominowanych do Biblioteki) i nie żałuję.

Podobał mi się wstęp. 

Imiona i nazwy miejsc bardzo ładne, oryginalne. Chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o Dzieciach Popiołów, o Eerin. Sporo wątków w takim krótkim opowiadaniu, aż czuć niedosyt. Ale to nie szkodzi – może na podstawie tego opowiadania stworzysz coś jeszcze? Chętnie przeczytam.

Historia sama w sobie nie jest szczególnie porywająca, ale im dalej, tym bardziej wciąga. Jedyne, co mi trochę zgrzytało, to miecze. Jakiś taki miałam obraz w głowie, że miecze mi nie pasowały do Dzieci Popiołów. Jakieś lżejsze wyposażenie wojskowe bardziej by mi do nich pasowało. Ale to już tylko moja opinia. Miałam ochotę na więcej.

 

“Poszczególne plemiona przemierzały je, niestrudzenie poszukując okresowych oaz sporadycznie pojawiających się i znikających niczym krosty na szarej twarzy Pustkowia.” → ładne.

 

Moim zdaniem tekst zasługuje na to, by znaleźć się w Bibliotece.

:)

 

P.S. Też właśnie pracuję nad czymś popiołowym. Powinno się pojawić za kilka dni, o ile wcześniej upały nie ugotują mi mózgu. ;)

Sara

Nowa Fantastyka