- Opowiadanie: KPiach - Archipelag Północny

Archipelag Północny

Tekst zacząłem pisać na konkurs o piratach i oczywiście nie zdążyłem. Publikuję go teraz – lepiej późno niż wcale!  Zapraszam do lektury!

 

Serdeczne podziękowania dla betujących:

ocha

Tensza

zygfryd89

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla, Tensza, regulatorzy

Oceny

Archipelag Północny

– Ojcze! Ojcze! – Młody chłopak klęczał na deskach pokładu potrząsając delikatnie ramionami leżącego mężczyzny.

Wpół przytomny rodziciel usiłował coś powiedzieć, ale słychać było jedynie jęki i rzężenia. W końcu, z wysiłkiem uniósł drżącą rękę. Syn spojrzał we wskazanym kierunku. Opodal stał posunięty w latach człek. Ramiona skrzyżował na piersi i beznamiętnie oglądał scenę rozgrywającą się przed nim.

– Rektor! – szepnął przerażony młodzieniec.

Nagle leżący mężczyzna zaniósł się gwałtownym kaszlem. Ciało szarpane spazmami wygięło się w łuk a oczy nieomal wyszły z orbit.

– Ojcze!

Mężczyzna znieruchomiał. W jego rozchylonych ustach coś się pojawiło. Odnóże? I drugie. Spomiędzy odsłoniętych zębów wypełzł krab.

– Ojczeeee!

Krzyk chłopaka zmieszał się z upiornym śmiechem.

 

Torg z wrzaskiem poderwał się na posłaniu. Dyszał ciężko z twarzą ukrytą w dłoniach. To tylko sen. Ale majak był niewiele lepszy od rzeczywistości. Chłopak powoli dochodził do siebie. W tym samym tempie wracały wspomnienia wczorajszego wieczoru. Przypominał sobie jak coraz bardziej głodny i zziębnięty włóczył się po spływającej deszczem dzielnicy portowej. Zapewne nie było to zbyt bezpieczne, ale i tak nie miał żadnego pomysłu na przyszłość i zaczynało mu być wszystko jedno. W końcu ssanie w żołądku stało się nie do zniesienia. W sakiewce miał jeszcze kilka drobnych monet. W sam raz na ostatni, niewyszukany posiłek. Wkrótce znalazł tawernę nabitą po brzegi marynarzami. Uznał to za dobry znak i wszedł do środka.

 

 

 

Pomimo płonącego w kominku ognia, miejsce to trudno było nazwać przytulnym. Brudne i zadymione, a w dodatku śmierdzące jak siedem nieszczęść. Co ciekawe, najwyraźniej wszystkie te niedogodności nie przeszkadzały gościom ciasno stłoczonym na ławach. Większość z nich świetnie pasowała do lokalu. Podejrzana proweniencja, zakazane facjaty i brudne łachmany. Zdawało się, że całe to towarzystwo, nieźle podchmielone, postawiło sobie za cel zburzyć tę spelunę, używając w tym celu jedynie dźwięków. Wrzaski, krzyki i odgłosy walenia naczyniami w nadwyrężone zębem czasu blaty wprawiały w drżenie powałę.

Torg, szczelnie opatulony płaszczem z kapturem zarzuconym na głowę, przepchał się w najdalszy kąt i wcisnął na ławę pod ścianą. Co za speluna! – pomyślał. Tak, to określenie idealnie pasowało do tawerny Pod Złamanym Handszpakiem. Bywalcy musieli mieć podobne zdanie, bo chłopak usłyszał, jak sąsiedzi nazywają lokal Zawszonym Naglem. Młodzieniec rozglądał się wokół. Rum i piwo lały się strumieniami. Podchmieleni marynarze wywrzaskiwali niestworzone historie, w których roiło się od ukatrupionych wrogów – rzecz jasna każdy miał dwa sążnie wzrostu i klatę wielkości skrzyni – pięknych syren i morskich potworów. Tu i ówdzie, po kątach, siedziały grupki pochylonych ku sobie mężczyzn, którzy najwyraźniej próbowali w tym pandemonium porozmawiać. Od czasu do czasu w izbie wybuchał konflikt. Marynarze próbowali przy użyciu pięści wyjaśniać różnice zdań. Niekiedy nawet błyskała stal ostrza. Jednak każde zarzewie było w zarodku gaszone przez dwóch dryblasów, których postura budziła bezwarunkowy szacunek. Torg przez jakiś czas przyglądał się osiłkom z pewnym zainteresowaniem. W końcu zorientował się, że to synowie właściciela, obsadzeni w podwójnej roli: kelnerów i wykidajłów.

Niecodzienne otoczenie i hałaśliwa atmosfera pijackiej zabawy nie potrafiły na dłużej zagłuszyć czarnych myśli chłopaka. Przeklęty Archipelag! Przeklęty! – powtarzał w kółko. Ojciec twierdził, że będą tu w miarę bezpieczni, że ręce Imperium są zbyt krótkie. Może i tak, ale młodzieniec nie miał pojęcia jaki dokładnie był plan ich ucieczki. Torg przypuszczał, że rodzic kogoś znał na wyspach, jednak pewności nie miał. A teraz ojciec nie żył, a jego syn czuł się samotny i zagubiony jak nigdy dotąd.

Niewesołe myśli przerwało zamieszanie po przeciwległej stronie sali. Z ławy ustawionej przy samym palenisku poderwał się człowiek z twarzą wykrzywioną gniewem.

– Do kroćset! Smuga jest najszybszym szkunerem na Ocenia Wewnętrznym! – wrzeszczał, aż czerwone plamy pojawiły się na wygolonej czaszce.

Długowłosy marynarz, zasiadający naprzeciw, musiał coś powiedzieć, bo najbliżsi sąsiedzi gruchnęli salwą śmiechu. Łysy jegomość nie zdzierżył, złapał adwersarza za kurtę, poderwał z ławy niczym piórko i zanim ktokolwiek zdołał zareagować, cisnął w ogień. To znaczy usiłował to zrobić, bo napadnięty przyrżnął tyłem głowy w kamienny okap i wylądował na drewnianej podłodze. Pewnie byłby to koniec całego zajścia, gdyby nie łachman, który pełnił rolę płaszcza narzuconego na wytartą kurtę poturbowanego. Brudny, wytłuszczony materiał trafił na rozżarzone węgle. Płomień skoczył i z entuzjazmem zagarnął niespodziewany podarek. Mężczyzna przypominający szmacianą lalkę porzuconą przez dziecko powoli dochodził do siebie, dzięki czemu dotarło do niego, że zaczyna pełnić rolę pochodni. Przerażony poderwał się na równe nogi, co – zważywszy cios, jaki otrzymał przed momentem – zasługiwało na szacunek. Zawirował w gwałtownym piruecie niczym pies goniący własny ogon. Efekt był taki, że płonąca część płaszcza oderwała się i wylądowała przy pniaku stanowiącym podporę ławy. Suche drewno, impregnowane przez lata tłuszczem, alkoholem i bogowie wiedzą czym jeszcze, radośnie przyjęło pocałunek ognia. Synowie właściciela, którzy od początku zajścia usiłowali się przepchnąć do powaśnionych mężczyzn, stanęli niezdecydowanie. Wokół krańca ławy, który rozpalał się coraz bardziej, nagle zrobiło się pusto.

Torg postanowił nie czekać, aż Złamany Handszpak przejdzie do historii w blasku płomieni. Zareagował odruchowo. Podniósł się z miejsca pod ścianą. Pozwolił aby peleryna zsunęła się do tyłu. Zgromadzonym (to znaczy tym, którzy byli w pobliżu, bo reszta jak zahipnotyzowana patrzyła w płomienie) ukazał się młody mężczyzna, w zasadzie gołowąs. W lewej ręce dzierżył kostur maga, prawą wyciągnął w kierunku zarzewia i wykonał krótki gest. Nad szalejącym płomieniem pojawił się błysk, a następnie izbą wstrząsnął potężny huk, który przeszedł w wizg. Jednocześnie przez salę przetoczył się gwałtowny podmuch. Marynarze, którzy mieli nieszczęście być najbliżej pożaru, polecieli na posadzkę jak ścięci i wili się, przyciskając dłonie do uszu. Jednak, co najważniejsze, ogień zniknął, pozostawiając jedynie czarne ślady na drewnie.

 

 

Teraz młody mag miał wątpliwości, czy to co zrobił wczoraj było rozsądne. Trudno było sobie wyobrazić skuteczniejszą metodę zwrócenia na siebie uwagi. A przecież na rozgłosie mu nie zależało. Dobrą strona całego zajścia był to, że Gruby Joe – właściciel niedoszłego pogorzeliska – poczęstował chłopaka zaskakująco dobrym posiłkiem i zaprosił do dość przytulnego pokoju, z wygodnym i całkiem czystym posłaniem. Torg, wieczorem gdy się kładł, miał nadzieję, że może wreszcie spędzi noc bez koszmarów. Nic z tego. Co ze mną będzie? Co mam począć?

Mag westchnął, zwlókł się z posłania i oporządziwszy nieco, zszedł do izby. Stanął w progu i zdumiał się nieco. W wyludnionym o tej porze pomieszczeniu, pod ścianą, dostrzegł poznanego wczoraj mężczyznę. Smok toczył rozmowę z jakimś jegomościem obdarzonym okrągłą łysiną na czubku głowy i owiniętym czerwonym płaszczem, który zdradzał zasobną sakiewkę. Widok znajomego marynarza wywołał u chłopaka kolejną falę wątpliwości i frustracji. Co ja mam niby zrobić z jego propozycją? Pamięć maga przywołała moment gdy Gruby Joe, stanowiący uosobienie wdzięczności, postawił przed chłopakiem misę najlepszego mięsiwa oraz dzban przedniego wina, które było tu nie lada rarytasem.

 

 

Zapach unoszący się nad misą był zapowiedzią uczty. Szczególnie dla kogoś, kto od dawna nie miał niczego porządnego w ustach. Torg stwierdził, że jego kiszki nie tyle grają marsza, co naśladują trucht ciężkozbrojnego oddziału. Mimo uczucia głodu młodzieniec zawahał się. Co prawda od pospiesznego opuszczenia stolicy, minęło już trochę czasu, ale wciąż nie przywykł do braku prawdziwych sztućców i porządnej zastawy. Cóż, jakie miasta, taka kultura – westchnął mag i zabrał się za jedzenie. Jednak niezbyt długo dane mu było cieszyć się miejscową kuchnią.

– Won! – posiłek przerwało warknięcie mężczyzny, który stanął naprzeciw młodzieńca.

Dwaj goście zasiadający w pobliżu poderwali głowy, spojrzeli na intruza i… pospiesznie opuścili miejsca. Przybyły uśmiechnął się paskudnie i usiadł vis-à-vis maga. Chłopak spanikował i mało się nie udławił. Wciąż miał nadzieję, że ręce Imperium nie sięgają do tych niepokornych skrawków lądu, stanowiących skazę w projekcie budowy cesarstwa obejmującego wszystkie ziemie wokół Oceanu Wewnętrznego. A teraz pojawił się jakiś typ i wyglądał jak obietnica kolejnego nieszczęścia.

– Zwą mnie Smokiem. – Mężczyzna wskazał na tatuaż na prawym policzku, przedstawiający mitycznego gada. – A ciebie?

Chłopak przyglądał się zdobieniu, które w migotliwym świetle zdawało się żyć własnym życiem. Rogaty łeb sięgał aż na czoło, a ogon stwora oplatał szyję Smoka, jakby chciał go udusić. Widok był tak hipnotyzujący, że młody mag z najwyższym trudem oderwał wzrok od tatuażu i spojrzał w głęboko osadzone, czarne jak węgiel oczy. Przez moment chciał skłamać, ale w rezultacie bąknął:

– Torgiem.

– Ciekawy, urgwa, sposób gaszenia ognia. – Wąskie usta wykrzywiły się w grymasie, który prawdopodobnie miał być uśmiechem.

– Dziękuję.

Właściciel tatuażu parsknął.

– Słyszałem, urgwa, o kilku prostszych, choć może mniej zabawnych.

– Inaczej nie potrafię. – Młodzik wzruszył ramionami.

Smok spojrzał z namysłem na Torga.

– Mag ognia, yea?

Odpowiedziało mu skinienie głowy.

– Który krąg?

– Drugi. – W głosie chłopaka pojawiło się lekkie wahanie.

Prawie drugi – poprawił się w myślach. Uciekał z Uniwersytetu Zachodniego tuż przed ceremonią wstąpienia do kolejnego kręgu.

– Yea… – Smok zadumał się. – Słuchaj, jestem pierwszym na Fatum i mam, urgwa, propozycję.

Torg drgnął. Fatum! Znał tę nazwę. Znał ją po prawdzie każdy mieszkaniec zachodniego czy też wschodniego wybrzeża Imperium. Za głowę kapitana, zwanego Aflastonem z racji tego, co miał w zwyczaju czynić z pojmanymi oficerami armii cesarskiej, wyznaczono gigantyczną nagrodę. Za pozostałych członków załogi lub nawet tylko informację o statku również można było nieźle zarobić. Najwyraźniej pierwszy czytał w twarzy młodzieńca niczym w otwartej księdze, bo uśmiechnął się krzywo i rzekł:

– No, urqwa, widzę, że sława nas wyprzedza! Tym lepiej. Zaciągnij się, z głodu nie zginiesz, a jeśli pozwolą bogowie, wzbogacisz się. Ognia, urgwa, nie ognia, mag nam się przyda.

– A nie macie?

– Hm… Był. Usiekli go, urgwa, granatowi. Kto ich wiedział, że, ech… Porządny chłop był, niech go fale kołyszą!

Jasne, nie ma co wybrzydzać, mag to zawsze mag – pomyślał Torg sarkastycznie. Wiedział, że był niewłaściwym przedstawicielem profesji. Żeglarze cenili i zatrudniali magów powietrza i wody. Magowie ognia mogli znaleźć zatrudnienie tylko na pokładach jednostek należących do najbogatszych armatorów, których było stać na zatrudnienie więcej niż jednego członka cechu spod znaku kostura i półksiężyca. No i oczywiście, na niektórych imperialnych okrętach wojennych.

– Prędzej głowę położę, niż się dorobię – mruknął mag.

– Tak kombinuję, urgwa, młody, niedokształcony mag, tutaj, pod Zawszonym Naglem. Myślę, że uciekałeś cesarskim spod ręki, tylko się kurzyło. Yea! Myślę też, że w Archipelagu nie ma zbyt wielu wałęsających się magów, więc raczej będziesz zwracał uwagę. W końcu, urgwa, nawet tutaj dorwie cię jakiś przekupny drań.

Torg poczuł, że powrócili ciężkozbrojni, ale tym razem nie maszerowali. Tym razem zaciskali zimne prawice na jego żołądku.

 

 

Młodzieniec wciąż tkwił w progu sali, a jego skołatany umysł jednocześnie odtwarzał sceny z wczorajszego wieczoru oraz przywoływał opowieści o piratach z Archipelagu Północnego. Historie te pełne były okrucieństw, podłości i bohaterskich kapitanów floty imperialnej. Tyle w tym prawdy, co w oskarżeniach rzuconych na mojego ojca!

Zanim młodzian otrząsnął się i zdołał podjąć decyzję jak się zachować, oficer Fatum uniósł głowę i zobaczywszy Torga przywołał go gestem.

– Yea, witaj! Witaj i siadaj! – Marynarz przesunął się, robiąc miejsce na ławie. – Panie Kardel, przedstawiam młodzieńca, o którym opowiadałem. Torg, poznaj szanownego Tobiasza Kardla. Jednego z najznamienitszych kupców archipelagu.

Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Przez chwilę panowała cisza, w końcu kupiec przerwał milczenie, kontynuując najwyraźniej przerwany wątek:

– Obawiam się, że jeżeli nie pomożecie, to wówczas zaopatrzenie nie dotrze do Porto Nale. Straty hanzy pelagiańskiej to sprawa drugorzędna. Problemem, odczuwalnym teraz, będą braki w zaopatrzeniu. Problemem odczuwalnym w przyszłości: konsekwencje kolejnego osłabienia naszej floty handlowej.

Smok w geście zadumy pogładził czoło, co wyglądało, jakby głaskał wytatuowanego gada po łbie.

– Powiadasz Pan, Panie Kardel, że Wij Morski idzie ku Dwóm Basztom, yea?

– Tak. Jest uszkodzony i kapitan nie chce manewrować w mniejszych przejściach. Boimy się, że będzie łatwym łupem dla imperialnych.

– Yea. Wyjdziemy mu naprzeciw. Zrobimy, co się da, żeby bezpiecznie zawinął do Porto Nale.

Kupiec pokiwał głową, podniósł się z ławy, uścisnął dłoń Smoka i wyszedł.

– Cóż, urgwa, młody przyjacielu, może jednak wyruszysz z nami? To będzie krótka podróż. Zobaczysz, czy takie życie ci odpowiada.

Zaokrętować się na Fatum… Torg zdawał sobie sprawę, że załoga Fatum to nie są siostry-opiekunki i nawet nie przypuszczał, w co może się wplątać. Z drugiej strony takie rozwiązanie pozwalało choć przez chwilę nie martwić się najbliższą przyszłością, na którą nie miał żadnego innego pomysłu. Do kroćset! Może to ma sens?

 

 

Torg i Smok szli w kierunku nabrzeża. Mag kroczył zatopiony w myślach, wciąż targany wątpliwościami. Wiedział, że imperium podejmuje wysiłki w celu blokowania dostaw towarów na archipelag. Wyspy nigdy nie były samowystarczalne. Mogę pomóc tym ludziom! Nie wiadomo jak długo będę musiał wśród nich mieszkać. Ta myśl mu przyświecała. Z drugiej strony nie był w stanie odrzucić głęboko wpojonego strachu i niechęci do piratów z północy.

Mężczyźni minęli targ rybny, który był już wypełniony kupującymi, po chwili skręcili i w perspektywie ulicy ujrzeli zacumowany statek. Trzy topy dumnie celowały w obłoki płynące po błękitnym niebie, na tle którego powiewała turkusowa flaga z czerwonym wzorem przypominającym fragment mapy Archipelagu. Torg miał wrażenie, że nigdy nie widział żaglowca o podobnej sylwetce. Ciemnobrązowy kadłub był smuklejszy, a maszty wyższe niż w jednostkach, które miał okazję oglądać. Pokład znajdował się wysoko nad nabrzeżem, nieco niżej uwagę przykuwał rząd czarnych wrót zamykających ambrazury. Fatum był pozbawiony wszelkich ozdób, surowy i groźny w swej prostocie.

– Yea, piękny nieprawdaż? Jedyny w swoim rodzaju, drugiego, urgwa, takiego na wodach Oceanu Wewnętrznego nie spotkasz.

– Ma reje tylko na jednym maszcie? – zapytał nieco zdziwiony Torg.

– Yea. To barkentyna. Na grotmaszcie i bezanmaszcie nosi gafle. Nikt, urgwa, nie pójdzie na wiatr tak jak on! No, urgwa, w każdym razie nikt równie duży.

Skoro tak mówisz… Młodzieniec z grubsza orientował się, że chodzić na wiatr odnosi się w istocie do możliwości żeglugi przy wietrze wiejącym od dziobu. Podczas ucieczki, na jednym ze statków, spotkał jowialnego oficera, który starał mu się objaśnić zawiłości rzemiosła żeglarskiego. Magia – myślał wówczas Torg - to przy tym dziecinna igraszka. Chłopak co prawda rozumiał, że dosłownie pod wiatr żaden żaglowiec nie popłynie. Pojął również, że różne statki mają różne kąty nieżywe. Chwila, martwe, tak właśnie nazywał je tamten marynarz: kąty martwe. Jak on mówił: że jak przesadzisz z ostrzeniem, to dostaniesz mordewind i popłyniesz, ale do rzyci. Młody adept magii uśmiechnął się pod nosem.

Mężczyźni podeszli do trapu. Oficer wkroczył na deski i zorientował się, że Torg pozostał na kei. Młodzieniec stał i z dziwnym wyrazem twarzy przyglądał się beczkom zgromadzonym obok.

– Co w nich jest? – zapytał, wskazując ręką ładunek.

– A co?

– Widzisz, moc obdarza na różne sposoby. Jako mag ognia czuję przedmioty, to coś jak… no nie wiem… zapach, który jest tym intensywniejszy im materiał jest bliżej spowinowacony z ogniem. Nazywamy to lotach. Wody nie czuję, drewno już tak, choć różnie, najlepiej suche i wysłomowane. Jeszcze lepiej chociażby oliwę do lamp. Ale to, tutaj, przyprawia mnie nieomal o zawrót głowy.

– Yea! Najlepiej będzie gdy zapomnisz o tym i nie wspomnisz ani, urgwa, na pokładzie, ani nigdzie indziej. Chodź!

Mężczyźni ruszyli w górę trapu. Torg wykorzystał moment milczenia i zadał pytanie, które nurtowało go odkąd zobaczył Fatum:

– Co to za flaga wisi na maszcie?

– Flaga Lordów Skał.

Informacja, udzielona takim tonem jakby to była najoczywistsza sprawa, niczego magowi nie wyjaśniła. Nie zdążył jednak zadać kolejnego pytania, ponieważ stanęli wraz z oficerem na pokładzie, a tam już czekał na nich potężnie zbudowany, niespełna czterdziestoletni, szatyn. Mężczyzna nosił białą koszulę z podwiniętymi rękawami. Torg nie mógł oderwać wzroku od odsłoniętych, potężnych przedramion. Większość widocznej skóry była ozdobiona tatuażami. Przy czym rysunki były niezdarne i koślawe, jakby wykonało je dziecko.

– Witaj Smoku! A kogo nam prowadzisz?

– Ahoj, Karant! To jest Torg, młody mag. Znalazłem go, urgwa, Pod Handszpakiem. A to jest Karant – pierwszy zwrócił się do chłopaka – najlepszy sternik z jakim pływałem.

Marynarz rozpromienił się i skłonił głęboko.

– Do usług!

– Yea! Skoro tak, to powiedz, czy zdarzyło się coś godnego uwagi?

– Zastanówmy się. Mieliśmy tu awanturę na kei. Imaginuj sobie, wybranka Rudego goniła go przez pół miasta, aż tutaj. Trzeba było ją widzieć jak wymachiwała miotłą. Myślałem, że Rudy zemrze, przebiegł więcej niż przez całe życie.

Smok parsknął.

– Może teraz w końcu nabierze umu. A czym się, urgwa, tak naraził?

– Pamiętasz, ostatnio na południu, jak z targowiska przywlókł taką wielgachną kałamarnicę?

– Yea! Ciut nam się zaśmierdła. – Pierwszy kiwnął głową.

– Właśnie. Okazało się, że przy poprzedniej wizycie, damulka zażyczyła sobie, aby Rudy przywiózł stwora morskiego, który by ją zadziwił. A Rudy wziął to na poważnie!

Oficer z drwiącym uśmiechem i niedowierzaniem kręcił głową.

– No i była delegacja kupców do kapitana – kontynuował poważniejąc Karant. – W sprawie Młodego.

– I co?

– Stary przyjął ich tutaj, przy trapie. Nie wyglądali na szczęśliwych. Niewiele słyszałem, ale rozmowa była dość krótka i strasznie wnerwiła tamtych. Na odchodnym usłyszeli jeszcze, żeby lepiej pilnowali córek.

– Yea! Stary ich nie cierpi, ale potrzebuje.

– Oni nas jeszcze bardziej.

Torg przysłuchiwał się wymianie zdań i jednocześnie rozglądał wokół. Fordek i bakdek były podniesione, jednak nie na tyle, żeby nabrać charakteru kaszteli. Przy relingach w kilku miejscach zamontowane były falkonety. Na pokładzie panował wręcz wzorowy porządek. Wyszorowane deski, sklarowane liny, uporządkowane kołkownice. Tu i ówdzie kręcili się mężczyźni najwyraźniej wykonując drobne prace porządkowe lub konserwacyjne.

– No dobrze, dzięki Karant za informacje. – Smok skinął głową i zwrócił się do Torga: – Chodź, zaprowadzę cię do kajuty maga.

Smok ruszył w kierunku pokładu dziobowego. W grodzi fordeku widniało dwoje drzwi. Oficer otworzył lewe i gestem zaprosił młodzieńca.

– Uważaj, urgwa, na łeb i patrz pod nogi!

Rzeczywiście przed drzwiami był stopień, dzięki któremu próg został obniżony. Gdyby nie to, wejście do kajuty wymagałoby głębokiego skłonu, a tak wystarczyło pochylić głowę.

– Yea, rozejrzyj się i rozgość. Ja muszę pogadać ze starym.

– Smok, dlaczego kapitan nie lubi kupców?

Oficer, który już wychodził, odwrócił się na powrót.

– Stary mówi, że to są obcy. Obcy bez urodzenia, a myślą, że złoto daje im prawo do rządzenia. – powiedział Pierwszy i oddalił się.

Młodzieniec stał w wejściu do niewielkiego pomieszczenia. Na środku tkwił stół przytwierdzony do podłogi. Prawa ściana cała była zastawiona regałem z księgami zabezpieczonymi przed upadkiem dodatkowymi deskami. Wyposażenia dopełniały dwie skrzynie stojące pod ścianą, naprzeciw wejścia i kolejne dwie na burcie, pod okienkiem. Mag zamknął drzwi i dopiero wówczas poczuł nieznośny zaduch. Szarpnął uchwyt i z ulgą stwierdził, że jest w stanie otworzyć okno. Do środka wpadło świeże powietrze. Znacznie lepiej! Dobrze, a gdzie posłanie? Jeszcze raz rozejrzał się po kajucie. Dopiero teraz zwrócił uwagę na siatkę wiszącą obok regału. Podszedł bliżej. Ach, tak! Rzut oka w przeciwległy kąt ujawnił uchwyty, które umożliwiały rozwieszenie hamaka ponad stołem, po przekątnej pomieszczenia.

Torg wciąż stał w kącie, gdy uświadomił sobie, że coś czuje. Coś podobnego jak kilka chwil wcześniej na kei, tylko teraz to doznanie było dużo słabsze. Mag odwrócił się i uważnie spojrzał na skrzynie. W końcu kucnął i otworzył jedną z nich. W środku, w przegródkach, spoczywały przedmioty, których przeznaczenia, w większości, młodzieniec nawet się nie domyślał. Jednak niektóre były znajome. Torg, z nieskrywaną radością, ostrożnie wyjął termometr i barometr. Na uniwersytecie pasjonował się meteorologią. Co prawda, jako mag ognia nie miał wpływu na aurę, ale z prawdziwym zaangażowaniem uczęszczał na zajęcia dla studentów przynależnych kręgom powietrza. Dla nich był to przedmiot obowiązkowy, musieli zdawać sobie sprawę, jakie mogą być konsekwencje wpływania na pogodę. Otworzył drugą skrzynię. Tym razem wyraźnie poczuł lotach. Drewniane wnętrze wypełnione było trocinami, w których umieszczono zapieczętowane kolby wypełnione jakimiś substancjami. Najwyraźniej jedna z nich zawierała to samo co beczki na kei.

Mag w zadumie podszedł do regału z książkami. Tutaj również czekały niespodzianki. Wśród zgromadzonych tomów stały najbardziej znane traktaty magiczne z Przyrodą i Magią wielkiego Kelszta na czele. Podręczniki meteorologii, bestiariusze i mnóstwo innych. Niektóre pozycje były spisane w obcych językach. Kto by pomyślał? Biblioteka uniwersytecka w miniaturze! Na końcu jednej z półek spoczywały zapiski najwyraźniej poczynione ręką poprzedniego gospodarza. Torg zaczął studiować notatki z badań i doświadczeń, obserwacje meteorologiczne i astronomiczne. Zdumiewające! Skąd tutaj znalazł się mag tego formatu? Te rozmyślania przerwało otwarcie drzwi. Do kajuty wkroczył Smok, a w progu stanął potężnie zbudowany mężczyzna. Natura obdarzyła go grzywą kruczych włosów i podobną, bujną brodą. Przyodziany w czarny, skórzany kaftan i spodnie wpuszczone w wysokie buty sprawiał ponure wrażenie. Jedynym urozmaiceniem stroju była zdobna klamra pasa, na którym wisiał marynarski kordelas.

– Yea, kapitanie – rzekł oficer – to jest, właśnie Torg, mag ognia, o którym mówiłem.

Dowódca ciężkim spojrzeniem lustrował młodzieńca.

– Torgu – kontynuował Smok – przedstawiam ci kapitana Dermiona zwanego Czarnym.

Ciekawe dlaczego Czarnym? Pomyślał z przekąsem młokos. A może jednak Aflastonem? Jednak głośno nic nie powiedział, jedynie skłonił głowę.

– Witaj, synu, na pokładzie Fatum! – Tubalny głos bez reszty wypełnił małą przestrzeń kajuty. – Mam nadzieję, że będziesz przydatny. Panowie, wychodzimy wraz z wieczornym odpływem.

Wypowiadając ostatnie słowo, kapitan odwrócił się i odszedł.

 

 

Torga bez reszty pochłonęły księgi i notatki odnalezione w kajucie. Nie zdawał sobie sprawy z upływu czasu. Czytał, przeglądał… Z transu wyrwały go narastające hałasy dochodzące z pokładu. Wyjrzał przez okno i zdał sobie sprawę, że dzień chyli się ku zachodowi. Przetarł oczy i wyszedł z kajuty. Pokład tonął w czerwonej poświacie rzucanej przez słońce niknące za jedną z wysp. Wokół maga trwała krzątanina. Bosonodzy marynarze wspinali się na perty, sprawdzali fały, szoty i brasy. Cały statek ożył i zdawał się drżeć z niecierpliwości przed wyruszeniem w drogę. Młodzieniec rozglądając się wokół, spostrzegł Smoka, stojącego z kapitanem i dwójką innych mężczyzn w pobliżu bezanmasztu. Oficer od dobrej chwili machał ręką, starając się przywołać Torga.

Chwilę później chłopak stanął na pokładzie rufowym.

– No, urgwa, będziemy wychodzić – zawołał pierwszy. – Chłopcy kończą robotę na rejach.

Oficer musiał dostrzec z jakim zaciekawieniem mag obserwuje działania załogi, bo zapytał:

– Nie wyznajesz się na tym, co? – Powiódł ręką wokół.

Torg pokręcił głową.

– Yea! Zaradzimy temu! Tilg, dawaj tu, urgwa, Oczka!

Ostatnie polecenie skierowane było do odwróconego tyłem małego człowieczka z brązowymi włosami spiętymi w kitę. Bosman zamachał ręką, co chyba miało potwierdzać, że usłyszał słowa Smoka. Zawołał półgłosem coś do znajdującego się w pobliżu marynarza i powrócił do nadzorowania przygotowań do wypłynięcia. W kilka chwil później na achterdeku pojawił się blondyn o drobnej budowie ciała, z burzą niesfornych loków. Torg ocenił, że zapewne właśnie spotkał rówieśnika.

– Oczko, to jest Torg. Nie wyznaje się na naszym rzemiośle, więc objaśnij mu co tutaj wyprawiamy.

– Ta je!

Młodzieńcy stanęli nieco z boku.

– To wygląda jak kompletny chaos! – Mag był przytłoczony mnogością zdarzeń dziejących się wokół i ilością komend padających zewsząd.

– Eee tam. – Oczko lekceważąco machnął ręką. – Chopy wyznajom sie na robocie. Oficery gówkują co trza zrobić i komenderujom, tylko tak, wisz, ogólnie. Patrzaj. Przy każdym maszcie tkwi młodszy oficer i tyż komenderuje, tylko tak, wisz, szczególnie.

– Jak tam szpringi? – zakrzyknął Smok, co przerwało wywód młodego marynarza.

– Szpringi? – powtórzył Torg.

– To takie insze cumy.

Ledwie Oczko podał wyjaśnienie a już od dziobu dobiegł głośny okrzyk:

– Szpring dziobowy, klar do oddania!

I prawie jednocześnie:

– Szpring rufowy, klar do oddania!

Długowłosy bosman obejrzał się i ujrzawszy przyzwalający gest Smoka, niespodziewanie donośnym głosem rzucił rozkazy:

– Szpring dziobowy oddaj! Szpring rufowy oddaj!

Nieomal natychmiast zabrzmiały odpowiedzi:

– Jest, szpring dziobowy oddaj!

– Jest, szpring rufowy oddaj!

I po chwili:

– Szpring dziobowy oddany!

– Szpring rufowy oddany!

– Kapitanie są holowniki portowe. – Oficer wskazał ręką szalupy wiosłowe przy prawej burcie.

– Bosmanie, flaga sygnalizacyjna, niech trzymają się z dala, chyba że damy sygnał. Pierwszy, mamy wiatr odpychający, wychodzimy na żaglach.

– Aye, aye!

– Wyjdziem na szmatach. – W oczach blondyna pojawił się błysk. – Fajno! Dmucha z północy, bydzie nas odpychać od brzegu, łatwizna!

Teraz rozpoczął się prawdziwy korowód komend, potwierdzeń i nawoływań.

– Cuma dziobowa, nabiegowo! Cuma rufowa, nabiegowo!

– Jest cuma… – Reszta potwierdzenia utonęła, zagłuszona innymi komendami.

– Cumę dziobową, luzuj! Cumę rufową, luzuj!

Torg poczuł, że kadłub drgnął. Fala odpływowa powoli oddalała Fatum od nabrzeża.

– Chopoki tera luzujom cumy z pokładu. Musimy sie odsunońć, coby zadem nie przygrzmocić jak bendziem sie odwracać.

Przez chwilę na pokładzie panował względny spokój. Wreszcie Smok zadecydował, że może bezpiecznie zacząć kierować dziób do wyjścia z portu i dał znak bosmanowi.

– Bomkliwer, staw!

– Jest, bomkliwer staw.

– Patrzaj, bendom wciongać żagiel na dziobie. – Oczko najwyraźniej świetnie czuł się w roli eksperta.

Kilku mężczyzn pochwyciło fał i białe płótno wykwitło ponad bukszprytem.

– Prawy bomkliwra szot, wybierz!

– Tera bydzie duć w te szmate i odpychać dziób.

Zatrzeszczały bloki i sztaksel zaczął pracować. Dziób ciągnięty przebranym żaglem drgnął i powoli skierował się w prawo.

– Cumę dziobową, oddaj!

I znów chwila wyczekiwania, a po niej:

– Bezan, staw!

W pobliżu Torga i Oczka zakotłowało się. Blondyn pociągnął maga w tył.

– Uwazuj! Z bezanem bydom chłopoki mieć troche roboty. Patrzaj, tu som dwa drzewca. Tyn u góry to gafel,a u dołu bom. Muszom najsamprzód zadrzeć gafel a potem go dopiero wciongnońć.

W ruch poszły pikfał i gardafał. Po chwili wzdłuż masztu sunęło drzewce, rozpinając płachtę płótna.

– Cumę rufową, oddaj! Bomkliwra prawy szot, luzuj!

– Płyniem! – zawołał młody marynarz. – Chopoki muszom dać luz na żaglach. Duje od zadu, patrzaj jak pracujom. Pewnikiem zara postawim reszte szmat.

Fatum został uwolniony i jakby w geście wdzięczności znacznie żwawiej ruszył do przodu.

– Sternik, kurs na główki!

– Jest, kurs na główki!

Statek majestatycznie sunął w kierunku wyjścia z portu. Mag obserwował jak zbliżają się kolorowe dalby, a następnie zostają z tyłu. Zastanawiał się, jak znajdą drogę na otwarty ocean. Przed dziobem rozłożył się wachlarz wysp, które zdawały się tworzyć litą ścianę. Torg przeniósł spojrzenie na Oczka, który z niekłamanym zachwytem śledził kolejne żagle pojawiające się ponad pokładem. Zaprawdę, kocha to! Pomyślał niegdysiejszy student i wiedziony nagłym impulsem, zapytał:

– Oczko, skąd pochodzisz?

Zapytany drgnął, jego twarz spoważniała.

– Z Wysp Owczych. Leżom na Północnym Krańcu. Mój rodzic hodowali owce. Wsie ludziska je tam trzymali.

– I zamieniłeś owce na morze?

Blondyn spojrzał głęboko w oczy rozmówcy. Mag nie dostrzegł już nawet śladu po radosnym blasku, z jakim jeszcze przed momentem, młody marynarz witał rozwijane płótna.

– Ta. Przybyli cesarscy. Przypłyneli od północy. To zdradliwe wody, nigdy tego nie robili. Gadali cóś o podatkach i imperium. Rodzic i inni kazali im wynosić sie. – Chłopak odwrócił wzrok i po chwili dodał. – Ostała sie nas garstka. Swoich pochowałem na wzniesieniu. Ojciec lubili tam chadzać i patrzeć na morze.

Fatum szedł pod pełnymi żaglami.

 

 

Torg stał przy relingu i upajał się pięknem rozgwieżdżonej nocy. Dziób z cichym pluskiem rozcinał drobne fale, lekko trzeszczał takielunek. Świat emanował spokojem. Spokojem, którego tak pragnął mag. Chłopak oddychał pełną piersią i zastanawiał się jakim cudem sternik w tych ciemnościach omija skały i wyspy. Mroków tajemnicy w żaden sposób nie rozjaśniały ogniska nawigacyjne tu i ówdzie rozsiane na mijanych spłachetkach ziemi. Logika wskazywała, że wcześniej czy później powinien nastąpić wstrząs, a ciszę przeszyć trzask masakrowanego poszycia. Mimo wszystko młodzieniec nie odczuwał strachu. Od momentu gdy rozpoczął się manewr odejścia od nabrzeża, rosło w nim przekonanie, że znalazł się wśród prawdziwych profesjonalistów. Fakt, że sam niewiele wiedział o żegludze, ale z drugiej strony kilka razy w życiu podróżował statkami, szczególnie ostatnio, uciekając. Tutaj, na pokładzie Fatum, panował nadzwyczajny porządek, załoga sprawiała wrażenie świetnie wyszkolonej, a oficerowie cieszyli się bezwarunkowym posłuchem.

– Mag ognia, tak? Jak rozumiem prognoza pogody to nie twoja domena?

Chłopak drgnął, lekko zaskoczony nagłym pojawieniem się kapitana. Spojrzał na dowódcę, ale w ciemności dostrzegł jedynie majaczący owal twarzy. Zmarszczył brwi i odrzekł z namysłem:

– Nie, nie moja. Każdy mag powietrza przepowie dokładniej pogodę, ale…

Torg przypomniał sobie poranne cirrusy i późniejsze wypiętrzone cumulusy i wskazówkę barometru, która spadła o dwadzieścia działek.

– Ale – kontynuował – i ja coś mogę przepowiedzieć. Z południa nadchodzi załamanie pogody, zapewne z burzą. Myślę, że kierunek wiatru utrzyma się bez zmian aż do nadejścia frontu.

– I ja tak sądzę. – Kapitan poklepał młodzieńca po ramieniu i odszedł.

Chłopak jeszcze przez jakiś czas spoglądał w dal i zastanawiał się, co go czeka. W pewnym momencie poczuł subtelną zmianę. Temperatura nieco spadła, a gwiazdy dotknęły wody. Fatum wiedzione pewną ręką sternika dokonało drobnej korekty kursu i wypłynęło na otwarte wody. Czas na spoczynek! W sumie nigdy nie spałem w hamaku. Z tą myślą Torg udał się do kajuty.

 

 

Chłód poranka obudził maga. Chłopak przeciągnął się, co spowodowało, że podwieszane posłanie zakołysało się gwałtownie. Ten ruch przywrócił Torga do rzeczywistości. Zamrugał oczami i ze zdumieniem skonstatował: Nie śniłem! Żadnych koszmarów! Młodzieniec niezdarnie zwlókł się z hamaka, wciągnął płócienne spodnie i w tym momencie usłyszał przytłumiony okrzyk:

– Żagiel na horyzoncie! Dwa rumby w prawo od dziobu!

Wiedziony ciekawością, w pośpiechu zakończył kompletowanie odzieży, odłożył na bok kwestie toalety oraz śniadania i wypadł na pokład. Na prawej burcie fordeku ujrzał Smoka stojącego obok jednego z marynarzy. Odwróceni tyłem najwyraźniej wpatrywali się w horyzont. Młody adept sztuki magicznej podszedł do pierwszego i zapytał:

Wij Morski?

– Jeszcze, urgwa, nie widać. Musi wyleźć zza horyzontu. Gdy wystawi maszty Oczko nam powie, kto zawitał w gościnę.

Blondyn spojrzał przez ramię i uśmiechnął się przelotnie. Dopiero teraz mag zauważył, że Oczko ściska w lewej ręce lunetę. Po chwili jasnowłosy chłopak podniósł przyrząd i zastygł w bezruchu.

– To nie Wij – orzekł w końcu. – Ten jest winkszy. Trzy maszty, wyłoncznie reje. Idzie na wschód. Wyglonda na patrolowiec cesarski.

Dziwny, drapieżny grymas przebiegł przez twarz oficera.

– Yea! Obserwuj go, urgwa, a ty chodź ze mną! – Smok skinął na Torga.

W chwilę później, w pobliżu sternika, stała ta sama grupa mężczyzn co zaledwie kilkanaście kwinkwent temu, podczas wychodzenia z portu. Kapitan rzucił Smokowi pytające spojrzenie.

– Prawdopodobnie patrolowiec.

– Dobrze. – Spokojny głos kapitana przykuwał uwagę. – Bosmanie, cała załoga na pokład. W butach i pod bronią. Pierwszy, trzymamy się po jego nawietrznej i próbujemy podejść na odległość skutecznego strzału.

Dermion odwrócił się, zbliżył usta do metalowego tubusa sterczącego z pokładu obok kolumny sterowej i krzyknął:

– Obsługa dział, pełna gotowość!

Bosman Tilg uniósł niewielką świstawkę i wydobył z niej serię wysokich dźwięków. W chwilę później na pokładzie zaroiło się od ludzi, którzy w pośpiechu zakładali buty, dopinali pasy z bronią i zajmowali pozycje przy kołkownicach. Przygotowywali sprzęt do gaszenia pożarów, zabezpieczali pokrywy luków.

Smok nakazał sternikowi skorygować kurs, czemu towarzyszyło wybranie brasów i szotów. Fatum szedł teraz baksztagiem lewego halsu. Mag spojrzał do tyłu, ponad prawym ramieniem sternika i dostrzegł powoli rosnącą sylwetkę imperialnego żaglowca. Pierwszy podążył wzrokiem za spojrzeniem młodzieńca.

– Jest, urgwa, szybszy, ale nie pójdzie na wiatr tak ostro jak my. No i, urgwa, powinniśmy mieć większy zasięg dział.

Twarz Torga musiała wyrażać zdumienie, bo wytatuowany mężczyzna z wyraźną dumą dodał:

– Są, urgwa, rzeczy, których w Imperium jeszcze muszą się nauczyć. Wiesz od czego zależy skuteczność strzału?

– Od jakości dział i prochu.

– Yea! Ale, urgwa, nie tylko. Choć proch mamy zapewne i tak lepszy! Również od rodzaju kul i wytrzymałości celu. A pod tym względem łajby granatowych nie mogą się równać z Fatum.

Młodzieniec przypomniał sobie pierwsze wrażenie, jakie na nim zrobił żaglowiec.

– W której stoczni powstał? Ald Mariel? Brelugion?

– Yea! – parsknął oficer. – A świat, urgwa, kończy się na Oceanie Wewnętrznym?

– Za Południowym Przesmykiem?

Pierwszy uśmiechnął się tak szeroko, że smok wytatuowany na jego twarzy wygiął grzbiet w łuk niczym kot. Magowi cisnęły się na usta kolejne pytania, ale jego rozmówca skupił się na wykonywaniu rozkazu kapitana. Kolejne klepsydry mijały na stopniowym zmienianiu kursu Fatum. Torg zorientował się, że oficerom chodzi o to, aby koniec końców, zająć pozycję na kursie równoległym do przeciwnika. W dodatku niezbyt daleko i niezbyt blisko.

– Skraca żagle! – Oczko nadal pilnie obserwował imperialny okręt.

– Ładuj prawą burtę! – Kapitan znów pochylił się nad tubusem. – Kule kamienne!

Kamienne kule? Młody adept sztuki magicznej po raz kolejny stwierdził, że jego wiedza, a raczej wyobrażenia, o morskim rzemiośle są niezwykle odległe od realiów. Cisnęło mu się na usta mnóstwo pytań, ale wszyscy wokół byli zajęci przydzielonymi zadaniami. Atmosfera na pokładzie stawała się napięta. Mag stwierdził, że jego serce bije coraz szybciej, a ręce zaczynają się pocić. Imperialny żaglowiec powoli dochodził do trawersu prawej burty Fatum. Znajdował się w sporej odległości, ale można już było odróżnić ludzkie sylwetki na pokładzie. W burcie ziały czarne otwory strzelnicze.

– Wrota ambrazur prawej burty, otwórz! – Donośny głos Kapitana na chwilę zdominował wszystkie inne odgłosy. – Prawa burta, ognia!

Przez kilka uderzeń serca nic się nie działo. I nagle potężny, przeciągły grzmot wstrząsnął kadłubem. Z prawej burty strzelił rząd ognistych jęzorów, a po nich wykwitły obłoki dymu. Kule, z wielokrotnym, charakterystycznym wizgiem, pomknęły w kierunku cesarskiego żaglowca. Mag zaciskając pięści i szczęki wbił wzrok w sylwetkę ostrzelanego żaglowca. Nagle wzdłuż burty wroga wystrzeliła w górę ściana wody przez chwilę przysłaniając prawie cały widok. Na Wielkiego Badrala! Potężna moc! Ledwie ta myśl przeleciała przez głowę Torga, a już rozległ się nieznoszący sprzeciwu głos kapitana:

– Młody człowieku, podejdź do mnie!

Dermion odczekał, aż jego życzeniu stanie się zadość i zapytał:

– Jak sądzisz co to było?

– Mag wody. Postawił kurtynę wodną. Ma sporą moc, a w tych warunkach zapewne jest w stanie dość szybko ją regenerować.

– Tak. A jesteś w stanie ich zaatakować? Na przykład podpalić żagle? Wywołać pożar na pokładzie artyleryjskim?

– Nie. – Torg pokręcił głową. – Jestem zbyt słaby. Z tej odległości mogę co najwyżej spróbować zapalić fajkę kapitanowi. Zresztą nawet z całkiem bliska nie byłbym w stanie wzniecić naprawdę niebezpiecznego pożaru.

Chłopak, wygłaszając wyjaśnienia, patrzył na cesarski okręt, który wyłaniał się spoza dymu zwianego po salwie. Teraz ujrzał pojedynczy błysk. Po nim dał się słyszeć huk wystrzału. Kapitan i większość załogi również zwrócili wzrok w kierunku narastającego wizgu. Chwilę później, nieopodal burty wystrzelił gejzer wody.

– Sprawdzają zasięg – mruknął kapitan.

– Uwaga, ostrzy! – rozległ się okrzyk Oczka.

Smok i Tilg natychmiast zareagowali serią rozkazów. W rezultacie również Fatum skręcił na wiatr. Kapitan przez chwilę w zamyśleniu gładził czarną brodę. Wreszcie kolejny raz wydał rozkaz załadowania prawoburtowych dział. Torg doszedł do wniosku, że walkę morską trudno jest nazwać dynamiczną. No w każdym razie, jak sądzę, dopóki nie dochodzi do abordażu. Wreszcie nadeszło potwierdzenia gotowości z dolnego pokładu i prawie natychmiast padł rozkaz: Ognia! I znów: huk, wstrząs, dym i zapach spalonego prochu. Wizg lecących kul i ściana wody niwecząca wysiłki artylerzystów. Pierwszy zaklął, nawet jak na siebie w sposób wyjątkowo paskudny.

– Możemy tak, urgwa, do jutra. Bliżej go nie dopuścimy, a tak możemy go najwyżej rozśmieszyć!

Mag od dłuższego czasu intensywnie rozmyślał nad pewnym zagadnieniem. Wreszcie podjął decyzję, zwrócił się do kapitana i czas jakiś, półgłosem, coś mu tłumaczył. Dermion słuchał i kiwał głową. Na koniec zawezwał do siebie dowódcę artylerzystów i przekazał mu szczegółowe instrukcje. I znów trwało oczekiwanie. Oba żaglowce nadal płynęły równolegle do siebie. Imperialny starał się wykorzystywać każdą szansę na zmniejszenie odległości, ale znacznie większe możliwości Fatum w żegludze na wiatr skazywały te wysiłki na niepowodzenie. Wyglądało na to, że tylko jakieś nieprzewidziane zdarzenie, albo zmiana kierunku wiatru, albo szaleńczy manewr zniecierpliwionego kapitana, mogą coś zmienić.

– Działa prawej burty gotowe! – zadudniło w tubie.

Dermion spojrzał na maga i kiwnął przyzwalająco. Młodzieniec przymknął oczy i poruszył bezgłośnie wargami. Jednocześnie wyciągnął przed siebie ręce. Dłonie wykonały nieznaczny gest. Grzmot i błysk po prawej burcie zaskoczyły większość załogi. Smok znów zaklął, a bosman wypuścił z ręki świstawkę. Huk jeszcze nie przebrzmiał, gdy wzdłuż imperialnego kadłuba kolejny raz wystrzeliła wodna ściana. Dokładnie w tym momencie przez pokład Fatum przeszedł spazm, któremu powtórnie towarzyszyły jęzory ognia i dym. Tyle że tym razem wysoki wizg zaanonsował niszczycielskich posłańców. Torg, blady z wysiłku, oparł się o reling i z napięciem obserwował, jak kurtyna morska opadła. Prawie w tym samym momencie woda przy burcie wrogiego okrętu wściekle zakotłowała się, ale nie wystrzeliła w górę. Kule dosięgły celu!

– Oczko, urgwa, jakie zniszczenia?

– Zda mi sie, że poszła grotreja. Trafilim też w bezanmaszt, ale krzywdy dużej chyba mu nie zrobilim. Niektóre poszły za nisko, po kadłubie.

– Yea! Szału, urgwa, nie ma, ale ukąsiliśmy ich! – Pierwszy podszedł do maga. – Co to, urgwa, było? Fałszywa salwa?

– Tak. Oni mają potężnego maga na pokładzie, ale nawet on potrzebuje czasu na rzucenie czaru i na regenerację sił. Miałem nadzieję, że zareaguje na huk i błysk, i że nie zdoła rzucić zaklęcia dwa razy z rzędu.

– Odpada! – zameldował Oczko.

– Ster prawo! Tilg, odpadamy do fordewindu – polecił pierwszy.

– Ucieka? – Mag rzucił pytanie półgłosem, nie bardzo licząc na odpowiedź.

Jednak Smok skupiony na przebiegu manewrów odrzekł:

– Nie sądzę, urgwa. Kombinuje coś. Może liczy na to, że popełnimy błąd.

Kilka klepsydr później obie jednostki szły mając wiatr w rufy, w szyku torowym. Na bakdeku Fatum zapadła względna cisza. Oficerowie z wyraźnym napięciem obserwowali przeciwnika. Nagle kapitan zmarszczył brwi, a w chwilę później Smok zaklął:

– Chędożona mać!

– Ster lewo! Bosmanie, nie wybieramy żagli! – Głos kapitana nadal emanował pewnością i spokojem. – Ster zero, tak trzymaj!

Ledwie przebrzmiały komendy, Fatum wypuścił wiatr z żagli, zdecydowanie zwalniając, a już rozległ się kolejny okrzyk Oczka:

– Robi zwrot przez rufę!

– Ster lewo! Żagle wybrać! Zwrot przez sztag! Działa lewej burty, ładuj! Kule normalne!

Mag dopiero teraz zauważył, że dystans pomiędzy żaglowcami wyraźnie zmalał.

– Co się stało?

– Musiał, urgwa, rzucić dryfkotwy z dziobu. Teraz pewnie je, urgwa, odciął. – Smok na moment przerwał, a potem dodał: – Weszliśmy w zasięg jego dział.

– Reje, dookoła!

Obie jednostki powoli zwracały się na zachód, znów ustawiając się burtami do siebie. Dormian kolejny raz w tym dniu pochylił się nad tubusem i zawołał:

– Po salwie tamtego, bez rozkazu, lewa burta, ognia!

Nie minęła nawet klepsydra, gdy załoga Fatum dostrzegła złowrogi błysk i ogień, które przebiegły wzdłuż prawej burty imperialnego żaglowca. Uderzenie serca później do uszu marynarzy dobiegł huk, który zlał się z potężnym grzmotem salwy dział pod ich stopami. Przestrzeń pomiędzy walczącymi statkami zasnuły kłęby dymu. Tylko odgłos przypominający zbliżający się rój wściekłych os dowodził, że gdzieś tam jest groźny wróg. Trzask i drugi, przekleństwo, okrzyki i komendy. Potężna siła targnęła bezanem, zajęczała talia szotów. Płótno żagla nie wytrzymało i jeden z brytów pękł od szwu do szwu.

– Ster, prawo! Żagle, przebrasuj! Szoty, wybieraj!

Modulowny gwizd świstawki bosmańskiej dał sygnał załodze. Szczegółowe komendy, wykrzykiwane przez młodszych oficerów stojących przy masztach, padały jedna po drugiej.

– Melduj zniszczenia!

– Ster, zero! Tak trzymaj!

Do bosmana podbiegł wysoki, rudobrody marynarz. Z daleka rzucał się w oczy złoty kolczyk tkwiący w prawym uchu. Mężczyzna głowę miał otuloną kolorową chustą.

– Jedna z kul trafiła w wanty fokmasztu. Ucierpiały podwięzia i tarlepy. Nie wiem, czy wytrzymają, szczególnie jeśli zacznie solidniej dmuchać. Mamy uszkodzenie relingu i być może w dwóch miejscach kadłuba, ale ponad furtami strzelniczymi. No i potargany bezan. – Ostatnie zdanie mężczyzna podkreślił ruchem ręki. – Jedna osoba nie żyje.

– Dostał! – Tryumfalny okrzyk Oczka oznajmił, że wiatr zdołał przewiać dym.

Musiał nie trafić z postawieniem kurtyny. Salwy były prawie jednoczesne, może spóźnił reakcję? – przeleciało młodemu magowi przez głowę.

– Widzem uszkodzenia kadłuba, ale raczej niegroźne – kontynuował meldunek blondyn. – Chwila! Tak, dostał znów w bezanmaszt. Pękł! Bendom rombać drzewce!

Rzeczywiście na tylnym pokładzie cesarskiego okrętu zaroiło się od marynarzy, którzy zaczęli przy użyciu siekier usuwać maszt grożący zwaleniem się na pokład. Cięli liny. Bezansztaksle poszły precz. W tym czasie Fatum zdołał odpłynąć na bezpieczną odległość.

– Co teraz? – Torg zwrócił się z tym pytaniem do Smoka.

– No, urgwa, już chyba nie jest od nas szybszy! W każdym razie na prawym halsie. – Uśmiechnął się kwaśno pierwszy. – Yea! – kontynuował, widząc uniesione w wyrazie zdziwienia brwi rozmówcy. – Mamy, urgwa, nadwyrężone lewe wanty fokmasztu. Nie wiem, ile wytrzymają, ale lewe na prawym halsie prawie nie pracują.

– Bosmanie, do półwiatru.

– Jest do półwiatru! – Tilg potwierdził rozkaz kapitana.

Ledwie przekazał załodze polecenie, a już nowy okrzyk, tym razem dochodzący z góry, rozbrzmiał nad pokładem:

– Żagiel na horyzoncie! Na trawersie lewej burty!

– Ożeż! Teraz, urgwa! Jeżeli to Wij Morski to może stać się ofiarą i możliwe, że nie zdołamy temu przeszkodzić.

Klepsydry zaczęły wlec się niemiłosiernie. Żaden z adwersarzy nie miał ochoty podejmować jakiś zdecydowanych działań. Poszarpane żaglowce szły tymi samymi kursami, w bezpiecznej odległości. Tamci zapewne też czekają, aż się okaże, kto to płynie i dokąd. Mag już ochłonął z emocji, jakie niosło ostatnie starcie i z prawdziwą troską myślał o losie Wija, a z pewną trwogą o dalszej walce. Czy to możliwe, aby wszystko poszło na marne? Czy znów będziemy musieli pójść na wymianę salw? Wielki Badralu, dlaczego jestem taki słaby! Ostatnia myśl przywołała wspomnienie z czasów uniwersytetu. Torg przypomniał sobie, jak podobną skargę usłyszał jeden z wykładowców i mocno rozgniewany zrugał młodzieńca, przypominając mu, że magia to nie wszystko. Prawdziwą potęgę daje połączenie magii i wiedzy. Student czytał Kelszta? Hę? A zrozumiał choć akapit? Ten obraz i nazwisko wielkiego uczonego wywołały lawinę skojarzeń. Młody mag nagle odwrócił się na pięcie i pędem pomknął do kajuty. Pierwszy zdumionym wzrokiem powiódł za oddalającymi się plecami, mrucząc coś pod nosem.

Chłopak wpadł do pomieszczenia niby tornado. Najpierw przyskoczył do półki z książkami, z której porwał kartki z zapiskami poprzednika. Krótką chwilę przekładał papiery, wreszcie znalazł to, czego szukał. Przyskoczył do skrzyń. Najpierw otwarł tę, w której znalazł utensylia naukowe i wydobył z niej trzy niewielkie, wydłużone walce i trzy kule wykonane z jakiegoś metalu. Z drugiej skrzyni, niezwykle ostrożnie wyjął jedno ze szklanych naczyń. Spakowawszy wszystkie przedmioty z wyjątkiem kolby, którą ostrożnie tulił do siebie, znacznie wolniejszym krokiem powędrował z powrotem na achterdek.

Wrócił w samą porę, aby usłyszeć meldunek Oczka:

– To Wij Morski! Idzie bajdewindem na północny-zachód, zapewne halsuje. Część żagli jest zrzuconych, wydaje mi się, że ma przechył na lewą burtę.

Najwyraźniej na żaglowcu imperialnym poczyniono podobne obserwacje, bo skorygował nieco kurs, najwyraźniej chcąc przeciąć drogę handlowcowi.

– Pierwszy, staraj się trzymać jego burty!

– Yea!

Torg podszedł do dowódcy.

– Kapitanie, proszę spojrzeć! – Wyciągnął przed siebie kilka kartek z zapiskami i rysunkami.

– Co to jest, chłopcze?

– To projekt kuli armatniej. Zapalającej. Pracował nad nią wasz mag. W środku kuli jest druga, wypełniona prochem. Resztę przestrzeni wypełnia, jak sądzę ta substancja. – Torg podniósł na wysokość oczu kolbę. – Wyczuwam, że jest bardzo łatwopalna. Tamten mag…

– Miał na imię Zold – wtrącił Dermion.

– Zold opracował również specjalny zapalnik. Z zapisków wynika, że robiliście jakieś próby i były nieudane.

Kapitan skinął głową, a mag kontynuował:

– Te trzy są przekonstruowane. Zamontowane w kuli powinny wysadzić proch po mniej więcej pięciu uderzeniach serca od wystrzału. Wybuch rozerwie zewnętrzną sferę i rozpyli wokół to. – Młodzieniec ponownie wskazał na kolbę. – Zold twierdził, że gdyby udało się podpalić taką mgiełkę, to doszłoby do kolejnego wybuchu, któremu towarzyszyłaby ogromna kula ognia. Nie wiedział tylko, jak spowodować wybuch, ale ja wiem!

– Sądzisz, że to bezpieczne?

– Nie wiem, ale te notatki zawierają szczegółowe instrukcje dla artylerzystów, włącznie ze sposobem dobierania ilości prochu do ładunku miotającego.

– A jeżeli coś zawiedzie? Jeszcze tutaj, pod pokładem?

– Naprawdę nie wiem. Przypuszczam, że skutki mogą być straszne.

Kapitan odwrócił głowę i długo wpatrywał się w powoli rosnącą sylwetkę Wija. Wreszcie spojrzał na powrót na młodzieńca i spytał:

A co z tą ich kurtyną wodną?

Nie ma problemu, pod warunkiem, że będziemy celować powyżej masztów. Mam nadzieję, że kule wybuchną nad nimi.

Dermion z uwagą zaczął studiować zapiski Zolda.

– W dodatku kule są dość lekkie – mruknął. – Będą miały duży zasięg.

Pochylił się nad tubusem i drugi raz tego dnia zawezwał do siebie dowódcę artylerzystów. Kilka chwil później pojawił się. Był lekko zdyszany, mocno umorusany i cuchnął dymem prochowym. Spora tusza zapewne nie była sprzymierzeńcem podczas wdrapywania się na górny pokład. Gdyby nie okoliczności, to gładko wygolony i lekko łysiejący jegomość przywodziłby na myśl statecznego bankiera, a nie oficera na pokładzie żaglowca. Dermion dość długo klarował artylerzyście co i jak, pokazując zapiski i przedmioty, które przyniósł Torg. Później obaj oficerowie zadali jeszcze kilka pytań magowi. I wreszcie kapitan rzekł:

– Dobrze, wszystko jasne. Szefie, wybierzesz najlepszych celowniczych i najlepsze obsady trzech dział. Reszta precz na górę. Tak jak ustaliliśmy, działa wybierzesz zależnie od stanu luf. Wykonać i meldować gotowość!

– Aye, aye! – odpowiedział dowódca artylerzystów i potruchtał do swego królestwa.

Młodzieniec poczuł skurcz żołądka i skonstatował, że nerwy ma napięte jak postronki. Niedobrze. Muszę być spokojny. Magia wymaga skupienia. Niekontrolowany przepływ mocy to nieprzewidywalne skutki. Chłopak powtarzał w myślach nauki wyniesione z uniwersytetu. To niewiele pomagało, a gdy na pokładzie zaczęli pojawiać się artylerzyści, młodzieniec poczuł, że trzęsą mu się ręce. Wziął głęboki oddech, usiadł na deskach pokładu i przyjął pozycję medytacyjną. Przydałoby się ognisko, nawet takie niewielkie. Przemknęło mu przez myśl. Zamknął oczy i zamarł w bezruchu.

Nie słyszał meldunku o gotowości artylerzystów. Do rzeczywistości przywrócił go dopiero uścisk dłoni kapitana.

– Do dzieła, magu!

Torg wstał. Spojrzał za lewą burtę. Żaglowiec imperialny nadal był na swoim miejscu. Chłopak przymknął powieki i uniósł ręce. Poczuł przepływ mocy i poczuł, że może z niej czerpać. Powoli kiwnął głową, dając znać, że jest gotów.

– Ognia!

Wystrzały z trzech luf zlały się w jeden huk. Du-dum, uderzenie serca. Tym razem wstrząs był znacznie słabszy, a dym zbyt rzadki by przesłonić widok. Du-dum. Kule, z lekkim świstem, szybko nabierały wysokości. Du-dum. Przeleciały więcej niż połowę odległości pomiędzy jednostkami, zanim zaczęły opadać. Du-dum. Kurtyna wodna nie podniosła się, wszak wróg przestrzelił haniebnie. Du-dum. Pociski znalazły się ponad topami masztów cesarskiego żaglowca. Podwójny błysk. Huk, niezbyt potężny. Ostatnia sylaba zaklęcia, ostatni gest. Gigantyczna biała kula ognia wykwitła nad imperialnym okrętem. Potworny huk wstrząsnął powietrzem. Gorący podmuch dotarł aż do Fatum.

Ognista kula czerwieniała, znikając równie szybko jak wyrosła. Niknący blask odsłaniał płonące żagle i maszty. Żar dosięgnął również pokładu. Niektórzy marynarze skakali do wody, próbując ugasić tlące się ubrania i przynieść ulgę poparzeniom. Rozgrywające się sceny robiły niesamowite wrażenie, szczególnie że pozostawały nieme z racji odległości. Mag ze zgrozą obserwował dzieło zniszczenia, do którego przyłożył iskrę. Dobra Daleno, a wybuchły jedynie dwie.

– Kapitanie, dobijmy ich! – To był głos Oczka, jednak nienaturalny, ochrypły

– Nie! Nie ma czasu, idzie sztorm. I tak mają marne szanse. Kurs na Wija Morskiego!

– Abyście zdechli wściekłe pomioty chendożonej maciory! – Przekleństwa Oczka żegnały pokonanych.

 

 

Fatum i Wij Morski dryfowały spięte hakami abordażowymi. Kapitanowie obu jednostek zarządzili przesztauowanie części ładunku, tak aby w miarę możliwości zmniejszyć przechył uszkodzonego żaglowca. Załogi pracowały w pośpiechu, poganiane przez rosnący na południowym horyzoncie czarny zwał chmur. Szczególnie dla Wija nadchodzące kwinkwenty mogły być ciężką próbą.

Torg stał pod bezanmasztem, w tym samym miejscu co podczas niedawnej walki. Wciąż jeszcze przeżywał minione chwile i zastanawiał się czy powinien był wyjść ze Smokiem spod Złamanego Handszpaka. Miał świadomość, że walnie przyczynił się do pokonania cesarskiego okrętu i uratowania hanzeatyckiego zaopatrzenia. Jednak nie opuszczała go myśl, że wielu ludziom przyczynił cierpienia, a nie wykluczone, iż na sumieniu ma również niejedną śmierć. I w imię czego? Naprawdę komuś pomogłem? Tym niewesołym rozmyślaniom towarzyszył jednak podziw dla sprawności pracujących marynarzy. W niezwykle krótkim czasie, używając talii, ławek bosmańskich i co tam jeszcze było pod ręką, zbudowali prymitywne wyciągi i teraz trwał transport towarów z jednej ładowni do drugiej. Strumień szarych płóciennych worów płynął nieprzerwanie przy akompaniamencie pieśni, którą mężczyźni urozmaicali sobie monotonną, fizyczną robotę. Mag miał nadzieję, że robota skończy się na tyle szybko, żeby zdążyli znaleźć schronienia przed nadciągającym sztormem. Tym bardziej, że dzień powoli chylił się ku zachodowi, a perspektywa walki z burzą w nocy przerażała młodzieńca znacznie bardziej niż za dnia.

Nagłe zamieszanie przy luku Wija Morskiego przykuło uwagę Torga. Niestarannie zamocowany ładunek przechylił się i przez chwilę balansował na linach nad pokładem. Marynarze próbowali uratować sytuację ale daremnie. Jeszcze jedno wahnięcie i wory zwaliły się na deski. Jeden z nich pękł i pokład pokryły jakieś łodygi oraz małe, czerwone kwiaty. Mag spoglądał na nie szeroko rozwartymi oczami. Na Badrala, to lynecha! Roślina w imperium była surowo zakazana jako surowiec do produkcji silnego narkotyku. Zaopatrzenie! Przekleństwo na nich! Torg poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Owładnęła nim niepohamowana złość. W imię tego? Ojcze przebacz! Zmrużył oczy, uniósł ręce. Nie panował nad sobą, nie panował nad strumieniem mocy. Rozpoczął inwokację i… wówczas zapadła ciemność.

 

 

Torg budził się powoli. Jego pierwszą myślą było, że żyje. Drugą, że jest mu ciepło i wygodnie. Otwarł oczy i zobaczył nad sobą belkowany sufit. Uniósł głowę i natychmiast stwierdził, że był to bardzo poważny błąd. Z tyłu czaszki eksplodował ból jakby kowal z ogromnym młotem założył tam kuźnię i właśnie ruszył do pracy. Chłopak jęknął cicho.

– Witaj, magu. – Cichy głos brzmiał znajomo. – Cios naglem nie jest przyjemny, ale ciesz się, że Smok ma wprawę, bo inaczej mógłbyś nie żyć.

– Dermion Czarny – szepnął młodzieniec.

Dopiero teraz Torg poczuł kołysanie i zdał sobie sprawę z tego, że koja, w której leżał, nie stoi w poziomie.

– A sztorm?

– Na otwartym oceanie już się zaczęło. Zdążyliśmy się schować pomiędzy Wyspami Zachodniej Rubieży. Tutaj jesteśmy bezpieczni. Jutro powinniśmy zawinąć do Porto Nale wraz z Wijem Morskim.

Mag jeszcze raz powoli uniósł głowę. Stwierdził, z pewną ulgą, że co prawda kowal kuźni chyba nie zlikwidował, ale przynajmniej ma przerwę obiadową. Torg zaryzykował jeszcze bardziej i wsparł się na łokciach. Kapitan wstał, poprawił poduszki i pomógł młodzieńcowi usadowić się w półsiedzącej pozycji. Dopiero teraz chłopak zdał sobie sprawę, że z zewnątrz dochodzą jakieś przytłumione hałasy.

– Co tam się dzieje? – zapytał cicho.

– Kazałem wybatożyć tych nieudaczników, którzy uszkodzili ładunek. – Dermion zamilkł, by po chwili kontynuować. – Powiedz, magu, co chciałeś zrobić? Wtedy podczas przeładunku.

– Zniszczyć lynechę, a najlepiej zniszczyć wszystko. – Głos chłopaka był matowy, wyprany z emocji.

Dermion pokiwał głową i po dłuższej pauzie zapytał:

– Idealista? Narkotyki to zło, nieszczęśliwe rodziny, przestępczość, i tak dalej. Zgadłem?

Torg wzruszył ramionami.

– Przez lynechę musieliśmy uciekać z Imperium i przez nią zmarł mój ojciec.

– Był uzależniony?

– Nie. – Mag pokręcił głową i natychmiast tego pożałował. – Mój ojciec był dowódcą straży miejskiej.

Młodzieniec przymknął oczy. Powróciły wspomnienia.

Wendal, ojciec Torga, przez przypadek natrafił na ślad szlaku przerzutowego lynechy. To draństwo było przekleństwem imperium. Wiele lat wcześniej zdobyło ogromną popularność, ponieważ dodawane do alkoholu zapobiegało nieprzyjemnym doznaniom dnia następnego. Oprócz tego gwarantowało wręcz euforyczne doznania podczas samych libacji. Niestety okazało się, że lynecha uzależnia. Bardzo silnie, psychicznie i fizycznie. Zanim zorientowano się, jakie jest prawdziwe oblicze tej niepozornej rośliny, już tysiące obywateli było nałogowcami. Władze wprowadziły zakaz handlu i spożycia, co oczywiście podniosło ceny narkotyku i stworzyło ogromne podziemie. Wendal rozpoczął śledztwo i szybko doszedł do wniosku, że w przemyt zamieszany jest rektor Uniwersytetu Zachodniego, który w dodatku jest lynechaistą. Wydawało się, że jedynie najbliżsi i najbardziej zaufani współpracownicy dowódcy straży miejskiej zostali dopuszczeni do śledztwa, jednak profesor Ulinen dowiedział się o wynikach dochodzenia. Rektor był człowiekiem potężnym i wpływowym. Zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Strażnicy biorący udział w śledztwie wycofywali się jeden po drugim. Wendel pewnego wieczora, idąc do domu, otrzymał cios w tył głowy. Atak wyglądał na typowy rozbój, ale nic nie zginęło, za to w sakiewce ojciec maga znalazł karteczkę z zawoalowanymi groźbami. Gdy to nie pomogło, sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót. Przyjaciel ojca, polityk, ostrzegł go pamiętnego wieczoru, że wraz z synem zostanie oskarżony o handel lynechą. Dowody miały już być spreparowane, a rozkazy aresztowania w drodze. Sam Wendel może by się nie ugiął, ale bał się o syna. Wykorzystał swoje znajomości w porcie i jeszcze tej samej nocy, po kryjomu, obaj znaleźli się na pokładzie jednego z żaglowców.

– Potem rozpoczęła się poniewierka od portu do portu i z pokładu na pokład. Ojciec chciał dotrzeć do Północnego Archipelagu. Po drodze zachorował. Czuł się coraz gorzej, w końcu zmarł. Pogrzeb miał marynarski.

– Przykro mi, magu. – W głosie kapitana brzmiał autentyczny smutek. – Teraz rozumiem i jestem ci winien wyjaśnienia. Widzisz Archipelag Północny od lat walczy by zachować niezależność od Imperium, które usiłuje sobie wszystko podporządkować. Bogowie dali nam nasze wyspy. – Dermion zacisnął pięści. – I bogowie dali nam władzę nad nimi. Jedynymi władcami tych ziem jesteśmy my, Lordowie Skał! Żaden cesarz nie obierze nam naszej domeny! – Kapitan przerwał, powiódł dłonią po twarzy i kontynuował już dużo spokojniej. – Wyspy. Dzięki nim możemy się opierać potędze cesarza. Trudno jest nas najechać i podbić. Ale armia to nie jedyna siła, która może złamać przeciwnika. Imperium wie, że nie jesteśmy samowystarczalni i stara się abyśmy mieli problemy z zaopatrzeniem. Coraz trudniej jest nam zdobywać niezbędne towary i są one coraz droższe. Pieniądz, pieniądz i wiedza stały się dla nas orężem. Dzięki wiedzy mamy lepszy proch i lepsze działa. To dzieła kapłanów Badrala z Wyspy Ognistej. Lepsze statki budowane z drewna bagiennego dzięki umiejętnościom przyjaciół zza Południowego Przesmyku. Jednak każde działania, każde badania, wymagają finansowania. Dlatego szmuglujemy do Imperium lynechę. Nie dość, że dobrze na tym zarabiamy to jeszcze osłabiamy wroga. Cena lynechy powoduje, że trafia do bogatych ludzi. Przedsiębiorców, polityków, naukowców. Elity Imperium. Ich nałóg, ich niezdolność do działania, osłabiają państwo. Wspieramy rozkład i dekadencję. To jest nasz oręż i nasza droga do pozostania wolnymi.

Po policzkach maga płynęły łzy.

– Co teraz ze mną będzie?

Kapitan Dermion Czarny wstał.

– Torgu, synu Wendala, wierzę, że nasze spotkanie to nie przypadek. Wierzę, że żadne ze zdarzeń, które przywiodły cię na pokład Fatum nie były przypadkiem. I jestem pewien, że znam miejsce, w którym możesz wiele się nauczyć. O magii, o ogniu i o przyrodzie. Jeśli zechcesz, to kapłani z Wyspy Ognistej przyjmą cię z otwartymi ramionami.

 

Koniec

Komentarze

Muszę przyznać się bez bicia, że dokonałem niecnej manipulacji i powyższy tekst bo betowaniu skasowałem i zamieściłem powtórnie. Wszystko przez to, że wisiał na becie prawie miesiąc i gdy go opublikowałem to dla użytkowników, którzy korzystają z sortowania po dacie publikacji wylądował na piątej stronie.

W każdym razie dla zainteresowanych i ku pamięci zamieszczam link do pliku, który zawiera tekst i dyskusję pod nim z czasów bety.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Ciekawa koncepcja. Spodobali mi się magowie żywiołów na statkach. Dobrze się czyta, tekst wciąga.

Wołacze, KPiachu, wydzielamy przecinkami.

Smuga jest najszybszym szkunerem na Ocenia Wewnętrznym!

Literówka.

– Chopoki tera luzujon cumy z pokładu. Musimy sie odsunońć coby zadem nie przygrzmocić jak bendziem sie odwracać.

Tu też. Czy gwara chłopaka uniemożliwia poprawną interpunkcję?

Dlaczego Oczko patrzył przez lunetę z pokładu? Z bocianiego gniazda zobaczyłby wcześniej.

nie jedną => niejedną

Babska logika rządzi!

Kurczę, kiepski sobie czas wybrałeś na publikację. Smoki wciąż szaleją, loża zarobiona i cały czas spycha nowości na dalsze pozycje w ostatnio komentowanych.

Postaram się przeczytać ponownie, jak się jako tako ogarnę z Dragonezą.

Dzięki, dziewczyny, za odwiedziny. Wiem, że obecnie smoki rządzą. Cóż począć, to potężne istoty i wygrać z nimi niepodobna…

Ech, Finklo, interpunkcja daje mi popalić, choć naprawdę się staram. Kilka baboli poprawiłem, włącznie z kilkoma wołaczami, które pozbawiłem towarzystwa przecinków. Na szczęście większość nie była samotna ;-)

Bocianie gniazdo było obsadzone, pierwszy meldunek o cesarski pochodzi właśnie z niego. Może być kilka przyczyn, dla których detaliczna obserwacja była wykonywana z pokładu. Po pierwsze luneta mogła być zbyt cenna, aby ryzykować używanie w bocianim gnieździe. Miały one (znaczy gniazda) różną konstrukcję i różne miejsce montażu. Niekiedy wymagały, aby obserwator przywiązywał się w nich do masztu. Poza tym bocianie gniazda nie koniecznie były montowane na topach, równie dobrze w miejscu łączenie steng masztu. W rezultacie rozwinięte żagle mogły utrudniać obserwację. Nie ma problemu gdy chodzi o jak najwcześniejsze dostrzeżenie lądu czy drugiego żaglowca, ale stwierdzenie co się dzieje na pokładzie jednostki, znajdującej się stosunkowo blisko już może być nieco kłopotliwe. Poza tym obserwacja z góry przez lunetę może być niecelowa jeszcze z jednego powodu: kołysania się masztu, który działa jak odwrócone wahadło. Trudno jest utrzymać w wąskim polu widzenia przyrządu interesujący nas obraz.

 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Tekst bardzo porządnie napisany, widać że autor ma rozległą wiedzę na temat żeglugi i bez oporów z niej korzysta ;) Podczas bety nadmiar zwrotów profesjonalnych mnie raził, ale po poprawkach jest zdecydowanie lepiej (albo przywykłam :P).

Mimo pewnej przewidywalności, tekst mi się bardzo podobał. A Smok rządzi :P Urgwa! 

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki, Tenszo, i za betę i za to, że znalazłaś czas na powtórne czytanie. Cieszę się, że zmiany poszły w dobrą stronę i przyniosły skutek. Nawet jeżeli po prostu przyzwyczaiłaś się do nawału słownictwa żeglarskiego to i tak mam plusik za krzewienie wiedzy marynistycznej  ;-).

Jeszcze raz dzięki! 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Całkiem ciekawy świat tworzyłeś, KPiachu. Podobała mi się postać Smoka i Oczka, mało było kapitana, ale też wyszedł fajnie – Twoi piraci to w gruncie rzeczy poczciwe chłopaki, aż za dobre na ten fach. Raczej taki ruch oporu, a nie siatka przestępcza.

Mam zastrzeżenie do początku – scena w karczmie to zdarta płyta w opowieściach pirackich (i fantasy w ogóle) – normalnie odpowiednik rozpoczęcia od opisu przyrody :), szczególnie że właściwie nie poczułam, żeby ta karczma była taka niezbędna (przez tę scenę dwa razy podchodziłam do tekstu). Spokojnie mogłeś zacząć od wejścia na Fatum, informacje z karczmy przemycić w ramach wspominek / opisów. Dużo słownictwa marynistycznego, dla mnie to szum informacyjny, bo się na tym nie znam, ale przyjmuję na wiarę – nie poczułam przesytu, bo tekst był zrozumiały, a język nadawał klimatu opowieści. Targ jakoś tak najmniej mi się spodobał – ot, młokos. Nie nadałeś mu żadnej cechy, która odróżniałaby go on innych klasycznych “Porwanych za młodu”, i sprawiła, że jego losy jakoś specjalnie by mnie przejęły. A koniec ucinasz aaaa…. Jakbyś miał dosyć historii. Szkoda, bo miałam chrapkę na więcej przygód :)

Ogólnie opowiadanie na plus, ale mogło być lepiej – bo umiesz lepiej, sam sobie poprzeczkę tekstem o Twardowskim wysoko umieściłeś i stąd moje wyrzuty (łatwo się przyzwyczajam do dobrego) :)

A i brawo za cudne przeklinanie – uwielbiam takie smaczki! :D

Witaj, rooms, w moich niskich progach ;-)

Dzięki za komentarz. Jak widać mam jakiś permanentny problem z rozpoczynaniem tekstu. Może uczynię z tego swój znak firmowy ;-) Rozmyślałem o tym co napisałaś i doszedłem do wniosku, że faktycznie można by zmienić początek. Może nie zaczynałbym od wejścia na pokład Fatum, ale raczej od snu Torga. Potem jedna retrospekcja zaraz po obudzeniu i druga (z rozmową ze Smokiem w karczmie) w drodze na statek.

Twoi piraci to w gruncie rzeczy poczciwe chłopaki, aż za dobre na ten fach. Raczej taki ruch oporu, a nie siatka przestępcza.

Fakt, bo to przecież de facto nie są piraci – choć jak to często bywa punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Podobała mi się postać Smoka i Oczka, mało było kapitana, ale też wyszedł fajnie (…)

Targ jakoś tak najmniej mi się spodobał (…)

Kreacja postaci w tym tekście wogóle była problemem. Obecny rezultat jest w dużej mierze zasługą oszy, która kopała mnie przy becie po rzyci. Stąd cieszę się, że przynajmniej niektórzy bohaterowie przypadli Ci do gustu. A, co do Torga – to nie moja wina, że jesteś nieczuła ;-D

Całkiem ciekawy świat tworzyłeś, KPiachu.

A koniec ucinasz aaaa…. Jakbyś miał dosyć historii. Szkoda, bo miałam chrapkę na więcej przygód :)

Dzięki! Już przy becie spowiadałem się z tego, że podczas pisania postawiłem tak wykreować świat i tak przedstawić historię, żeby można było w tym uniwersum umiejscowić kolejne opowiadania. Co nie znaczy, że na pewno powstaną. Gdzieś musiałem zakończyć, ta przygoda została opowiedziana do końca.

Ogólnie opowiadanie na plus, ale mogło być lepiej – bo umiesz lepiej (…)

No i wyszło na to, że sam sobie podłożyłem nogę ;-P Dobrze, że ogólnie na plus…

 

Jeszcze raz dzięki za odwiedziny!

 

 

 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Może nie zaczynałbym od wejścia na pokład Fatum, ale raczej od snu Torga. Potem jedna retrospekcja zaraz po obudzeniu i druga (z rozmową ze Smokiem w karczmie) w drodze na statek.

Bardzo dobry pomysł! Mocne uderzenie na początek.

 

Kreacja postaci w tym tekście w ogóle była problemem. Obecny rezultat jest w dużej mierze zasługą oszy, która kopała mnie przy becie po rzyci.

Oooo… za to Ci się od niej dostanie :) Ocha odmienia się jak “olcha”… Ale faktycznie dziewczyna wie, jak stworzyć bohaterów, którzy zapadają w pamięć.

 

podczas pisania postawiłem tak wykreować świat i tak przedstawić historię, żeby można było w tym uniwersum umiejscowić kolejne opowiadania. Co nie znaczy, że na pewno powstaną.

Myślę, że świat ma potencjał, tylko przemyśl sobie bohaterów – ciekawi są ci mało stereotypowi, niejednoznaczni, z rysami, słabościami. Warsztat masz świetny, więc tylko rozwinąć skrzydła wyobraźni i do dzieła ! :)

Spoka, osza, tfu, ocha, już powinna się przyzwyczaić do tego co robię z jej nikiem ;-D

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

sztauer, sztauerka, sztauowanie…

Przeczytałem nie bez przyjemności i nie bez zainteresowania – wyjątkiem pod tymi względami jest początek. Zgoda, jakoś trzeba wprowadzić na scenę Torga i Smoka, zgoda że w porcie najlepszym do tego miejscem jest tawerna – ale dlaczego tak długo i mało ciekawie?

Będą dalsze przygody Torga Wielkiego?

Ocha sobie wybrała taki nick to teraz niech (już) nie narzeka. ;) Nie jesteś jedyny, KPiachu, więc rzeczywiście się przyzwyczaiłam. ;)

Dzięki, Adamie, za odwiedziny.

Błąd już poprawiłem.

Co do początku, postanowiłem, że przerobię, tylko jeszcze muszę znaleźć trochę czasu…

Będą dalsze przygody Torga Wielkiego?

Kto wie? W świecie przedstawionym jest kilka kwestii, które interesują mnie, że tak powiem, od strony koncepcyjnej. Ale napewno nie prędko, bo kilka innych pomysłów mam rozgrzebanych, a z czasem – jak wspominałem – krucho.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

No, nareszcie znalazłem czas, żeby dotrzymać słowa i przerobić początek tekstu. Mam nadzieję, że wyszło mu to na dobre. No i zrobiło się kilka tysięcy znaków mniej…

Dragoneza się trochę przewaliła (pozdrowienia dla lożowników-męczenników ;-D ) więc może ktoś tu jeszcze zaglądnie?

 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

No i ja się dokulałam, i wreszcie przeczytałam :-)

I wiesz co? Najbardziej mnie uderzył Oczko. Takie dwa małe fragmenty o nim zrobiły mi tak, że chciałabym poznać jego historię. Najpierw to:

– Ostała sie nas garstka. Swoich pochowałem na wzniesieniu. Ojciec lubili tam chadzać i patrzeć na morze.

a potem to:

– Kapitanie, dobijmy ich! – To był głos Oczka, jednak nienaturalny, ochrypły

– Nie! Nie ma czasu, idzie sztorm. I tak mają marne szanse. Kurs na Wija Morskiego!

– Abyście zdechli wściekłe pomioty chendożonej maciory! – Przekleństwa Oczka żegnały pokonanych.

Poczytałabym o człowieku, który innych – niektórych innych – przestaje postrzegać jak ludzi. Z pełną świadomością, że to śliski temat, bo łatwo pójść w banał.

A tak poza tym to skojarzył mi się Twój tekst z opowiadaniem Murakamiego “Yesterday”, bo jedna z głównych postaci mówiła tam (w polskim przekładzie) gwarą poznańską. Podobnie się czułam, czytając “Yesterday” i Twoje fragmenty z manewrami :P To nie jest zarzut do tekstu/tekstów, tylko spostrzeżenie – rozumiem wydźwięk całości, ale nie tworzą mi się obrazy, bo wiem za mało. I to jest OK.

I na koniec się przyczepię do jednego ortografa, którego aż musiaam sprawdzić, bo przez chwilę zwątpiłam we własną pisownię ;-) achoj? Serio?

 

 

Ahoj, Lola! Jasna dupa, nie mam pojęcia jak mi się przemknął taki błąd. I nikt wcześniej na to nie zwrócił uwagi. Zaraz poprawię.

Cieszę, że znalazłaś w opowiadaniu coś dla siebie. Opowiadania Murakamiego nie znam, więc pozostaje mi wierzyć, że generalnie odbiór obu tekstów buł pozytywny. Wiesz ciekawe, że pomimo iż miałaś problem z wizualizacją, z powodów technikalii żeglarskich, to stwierdzasz, że to nie jest wada. Większość osób takiej sytuacji nie akceptuje, uznając tekst za zbyt hermetyczny. Zresztą z tego powodu wprowadzałem zmiany do pierwotnej wersji.

Dzięki za odwiedziny!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Przeczytawszy Archipelag Północny dopiero dziś, chyba nie powiem już nic nowego o jego zaletach, drobne wady przemilczę i z przyjemnością dołączę do grona czytelników usatysfakcjonowanych opowieścią. ;-)

 

– Ojcze! Ojcze! – Młody chło­pak klę­czał na de­skach po­kła­du… – Chłopak jest młody z definicji.

 

aż czer­wo­ne plamy po­ja­wi­ły się na wy­go­lo­nej czasz­ce. – Na pewno miał wygoloną czaszkę?

 

gdyby nie łach­man, który peł­nił rolę płasz­cza […] że za­czy­na peł­nić rolę po­chod­ni. – Słowa te są na tyle blisko, że trochę rażą.

 

wes­tchnął mag i za­brał się za je­dze­nie.wes­tchnął mag i za­brał się do jedzenia.

 

Że­gla­rze ce­ni­li i za­trud­nia­li magów po­wie­trza i wody. Ma­go­wie ognia mogli zna­leźć za­trud­nie­nie tylko na po­kła­dach jed­no­stek na­le­żą­cych do naj­bo­gat­szych ar­ma­to­rów, któ­rych było stać na za­trud­nie­nie wię­cej… – Powtórzenia.

Może: Że­gla­rze ce­ni­li magów po­wie­trza i wody. Ma­go­wie ognia mogli zna­leźć pracę/ zajęcie tylko na po­kła­dach jed­no­stek na­le­żą­cych do naj­bo­gat­szych ar­ma­to­rów, któ­rych było stać na za­trud­nie­nie wię­cej

 

– Po­wia­dasz Pan, Panie Kar­del… – – Po­wia­dasz pan, panie Kar­del

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Wody nie czuję, drew­no już tak, choć róż­nie, naj­le­piej suche i wy­sło­mo­wa­ne. – Pewnie miało być: …naj­le­piej suche i wy­smoło­wa­ne.

 

Spoj­rzał na do­wód­cę, ale w ciem­no­ści do­strzegł je­dy­nie ma­ja­czą­cy owal twa­rzy. – Skoro kapitan miał kruczoczarną bujną czuprynę i równie czarną, obfitą brodę, to czy w ciemności można było dostrzec owal jego twarzy? ;-)

 

Idzie baj­de­win­dem na pół­noc­ny-za­chód, za­pew­ne hal­su­je.Idzie baj­de­win­dem na pół­noc­ny za­chód, za­pew­ne hal­su­je.

 

Żaden ce­sarz nie obie­rze nam na­szej do­me­ny! – Pewnie miało być: Żaden ce­sarz nie odbie­rze nam na­szej do­me­ny!

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tym razem nie dałem się zaskoczyć aż tak bardzo i w mniej niż 24 godziny zauważyłem, że zawitałaś. Za co oczywiście serdecznie ci dziękuję, i za głos biblioteczny również ;-)

I znów znalazłaś garść baboli :-( Jak kiedyś uda mi się opublikować tekst, w którym znajdziesz, powiedzmy nie więcej niż trzy błędy lub potknięcia, to chyba się opiję z radości ;-D Zakładam, oczywiście, że mówimy o tekście nieco dłuższym niż drabbel…

Jeszcze raz dzięki!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

KPiachu, ktoś kiedyś rzucił przepowiednię, że jeśli ani Reg, ani Adam nie zdołają znaleźć żadnego błędu w tekście, to nastąpi koniec świata. ;-)

Babska logika rządzi!

No to serdecznie życzę Ci, KPiachu, abyś niebawem, radośnie i obficie nasączywszy się, mógł w stosownym czasie raźno i ochoczo powstać z łoża, nie doświadczając przy tym żadnych skutków ubocznych. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Początek opowiadania został fatalnie przegadany – bardzo wolno rozkręca się fabuła… I, jak już ktoś zwrócił uwagę, bardzo sztampowo. W dodatku raziła mnie nierównomierna stylizacja języka – kelner, wykidajło, sala… Wyrazy nie z tej epoki, jak mniemam.

Chyba dobrze byłoby tekst co nieco skrócić, aby go zdynamizować, a nad warstwą językową popracować.

Pozdrówka.

Koniec świata, powiadasz? To od dziś, tak na wszelki wypadek, jednego babola będę dokładał specjalnie ;-D

Za życzenia, Reg, pięknie dziękuję. Myśl jest godna, więc zaocznie zacznę nasączać się już za chwilę ;-)

Dzięki, Roger, za odwiedziny i uwagi.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Niby nikt nie wierzy w przepowiednie, ale jakoś lepiej nie ryzykować… ;-)

Babska logika rządzi!

Chłoń jak gąbka, KPiachu, na zdrowie! ;-)

 

By nie dopuścić do końca świata, jestem gotowa coś znaleźć/ przyczepić się do czegoś, nawet w bezbłędnie napisanym opowiadaniu. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobno Regulatorzy dzielą opowiadania na te z błędami i nieprzeczytane. ;-)

Babska logika rządzi!

yes

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Są jeszcze opowiadania Thraina. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czyli jakie? Nieprzeczytane, ale bezbłędne? ;-D

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Też mnie żre ciekawość… ;-)

Babska logika rządzi!

Boję się je czytać, więc nigdy ich nie poznam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czyli kategoria: nieprzeczytane. ;-)

Babska logika rządzi!

Czyli Regulatorzy dzielą opowiadania na te z błędami, te nieprzeczytane i te co atakują znienacka ;-)

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Niezupełnie. Opowiadania nieprzeczytane będą przeczytane, opowiadań Thraina nie przeczytam. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Nieprzeczytane dożywotnio”?

Babska logika rządzi!

Tak, skazane na nieprzeczytanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A, to jeszcze inaczej: te z błędami, te nieprzeczytane i te z wyrokiem dożywocia.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Bardzo trafny podział. Widać nasączanie czyni umysł jasnym. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

;-D

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Nowa Fantastyka