- Opowiadanie: Wilk który jest - Prezentacja produktu TRSM II

Prezentacja produktu TRSM II

Strategia wprowadzenia na rynek Produktu Cajala była obowiązkowym zadaniem dla wszystkich uczęszczających do London School of Public Relations. Stamtąd wziąłem podstawowe informacje, dotyczące działania tego urządzenia. W tekście wykorzystałem też fragmenty strategii, którą napisałem jako pracę domową w 2009 roku.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Prezentacja produktu TRSM II

Taksówka zatrzymała się przed pałacykiem stanowiącym siedzibę Agencji Kontrwywiadu. Na tylnym siedzeniu Piotr obracał w palcach kopertę z zaproszeniem, co czynił od momentu wyjazdu z domu. Przeklinał spontaniczne potwierdzenie obecności, a jego myśli krążyły wokół tego, jak bardzo mu się nie chce wysiadać i brać udziału w tej prezentacji.

– Dojechaliśmy! Szesnaście pięćdziesiąt się należy! – rzucił przez ramię taksówkarz.

Piotr wyjrzał przez okno. W tym samym momencie z budki wyszedł uzbrojony w broń automatyczną strażnik i znaczącym gestem poprawił karabin wiszący na pasku. Chyba stali tu już zbyt długo, by nie wzbudzić czujności ochrony. Piotr westchnął ciężko i sięgną po portfel. Wyjął z niego dwadzieścia złotych. Poczekał na resztę, po czym wysiadł. Zaproszenie trzymał przed sobą, jak tarczę, która miała go ochronić, przed zbytnim zainteresowaniem straży.

Podszedł do szlabanu, krokiem, który miał sprawiać wrażenie pewnego i powiedział:

– Dzień dobry. Ja na spotkanie…

Strażnik wziął z jego ręki kopertę, wyjął pismo, szybko przebiegł po nim wzrokiem i wskazując na drzwi rezydencji, rzekł:

– Proszę prosto. Tam pana pokierują dalej.

Piotr kiwnął głową, odebrał pismo i nie chowając go już w kopertę, ruszył w stronę drzwi. Za jego plecami strażnik coś cicho powiedział do radiotelefonu.

Drzwi otworzyły się automatycznie. Wejście wyglądało jak każde inne w centralnych instytucjach państwowych. Po sprawdzeniu znaku wodnego na jego zaproszeniu i tłoczenia logotypu odciśniętego w czerpanym papierze nakazano mu: portfel, zegarek i telefon włożyć do podstawionej skrzyneczki. Bez problemów przeszedł przez bramkę wykrywacza metali i odzyskał, oddane przed chwilą przedmioty. Potężny mężczyzna w garniturze odczekał aż założy zegarek po czym ustąpił mu z drogi, informując przy tym z grymasem imitującym uśmiech:

– Duża aula, na pierwszym piętrze, na wprost schodów. Tam dostanie pan identyfikator uczestnika, uprawniający do przebywania na terenie obiektu. Proszę iść prosto na miejsce spotkania! – dorzucił z naciskiem.

Piotr zaczął w myślach kląć na siebie jeszcze bardziej niż w taksówce. Źle się czuł w tym gmachu, przypominającym wystrojem muzeum socrealizmu, tyle że bez wątków socjalistycznych. Schody były szerokie, ozdobione czerwonym dywanem, z grubymi marmurowymi poręczami. Na pierwszym piętrze znajdowało się pokaźne foyer. Za nim szeroko otworzone, dwuskrzydłowe, drewniane drzwi. Widać było przez nie równiutkie rzędy wysokich krzeseł, z czerwonymi obiciami. Lewą stronę foyer wypełniały grupki mężczyzn, z których większość była w mundurach różnych formacji: od marynarki wojennej, poprzez lotnictwo, aż po podhalańczyków. Po prawej stronie tuż przy schodach, stało potężne, dębowe biurko. Lampka, typowa, dla banków o długoletniej tradycji, oświetlała listy obecności leżące przed młodym mężczyzną, w ciemnym garniturze.

Piotr ruszył ku niemu. Mężczyzna podniósł głowę i z powagą powiedział:

– Dzień dobry! Zaproszenie proszę!

Spojrzał na podany dokument. Odnalazł nazwisko na liście i… spurpurowiał.

– Przepraszam najmocniej! Na liście nie mam podanego pana stopnia! Bardzo przepraszam, już uzupełniam!

Piotr delikatnie odchrząknął. Popatrzył na listy, na których roiło się od pułkowników, majorów, nadinspektorów, naczelników, w najgorszym razie kapitanów… Obok jego nazwiska rubryki: „stopień” i „służba” były puste.

– Ja nie mam stopnia. Nie jestem oficerem i nie reprezentuję żadnej służby… – powiedział cicho Piotr.

Pionowa zmarszczka na czole młodego mężczyzny stała się tak głęboka, jakby chciała wcisnąć się w mózg.

– Panie poruczniku… – odezwał się teatralnym szeptem do wysokiego oficera, o fryzurze stylizowanej na Ronaldo. Ten przeprosił swoich rozmówców i podszedł do biurka sprężystym krokiem.

– Dzień dobry – powiedział, jednocześnie omiatając wzrokiem twarz Piotra. Następnie rzucił pytające spojrzenie siedzącemu. Ten bez słów podał mu zaproszenie, wskazał na listę i rzekł:

– Pan nie jest ze służb.

„Ronaldo” zerknął raz jeszcze na Piotra, tym razem dokładniej, jakby chcąc się nauczyć jego twarzy na pamięć. Piotr uznał ten wzrok, za wprost stworzony, do prowadzenia przesłuchań.

– Proszę zaczekać, zaraz się wszystko wyjaśni – dodał „Ronaldo”. Wskazał komuś Piotra głową, po czym ruszył w boczny korytarz, po lewej stronie od drzwi do sali konferencyjnej.

Piotr pomyślał o sięgnięciu po tabakę… Czuł się jak przybysz nie z tego świata, wystawiony przez tubylców na widok publiczny. Za chwilę powinno odbyć się głosowanie starców, którego wynik zadecyduje o tym, czy: wpuścić go do wioski, wydalić na odległość trzech mil, czy ukamienować.

„Ronaldo” wrócił szybkim krokiem, z pogodnym uśmiechem!

– Ach, to pan! Prosimy bardzo!

Wyjął pióro, w obu pustych rubrykach postawił kreski a obok nich swoje parafy z datą. Podał Piotrowi zaproszenie i powiedział:

– Zapraszamy serdecznie! Liczymy na pana głos w dyskusji! – i nie czekając, na odpowiedź wrócił do towarzyszy.

Młodzieniec za biurkiem uśmiechał się z wyraźną ulgą, która pojawia się na twarzy człowieka, który pozbył się właśnie straszliwego problemu.

– Proszę o podpis – Piotr złożył autograf we wskazanym miejscu. – Ile ma pan przy sobie telefonów?

– Jeden.

Mężczyzna wyciągnął trzy nalepki z nazwiskiem Piotra. Dwie oderwał i wrzucił od razu w niszczarkę. Trzecią podał mu ze słowami:

– Proszę nalepić na telefon.

– Aż tak tu kradną? – Piotr wysilił się na dowcip.

Twarz po drugiej stronie biurka wyglądała, na odlaną z mosiądzu. Piotr chrząknął i nalepił naklejkę na tylną ściankę obudowy. Odebrał identyfikator oraz program spotkania i bez słowa ruszył w stronę otwartych drzwi.

Nikogo z rozmawiających oficerów nie znał. Jedynie „Ronaldo” spojrzał na niego z uśmiechem i powiedział coś do swoich rozmówców, a ci odwrócili na chwilę głowy, by popatrzeć na przybysza. Zerknął na program. Prezentację mieli poprowadzić właściciele agencji Public Relations o nazwie Sanczo Pe. Wyjął telefon i napisał, krótką wiadomość, do kolegi z Zarządu Związku Firm PR: „Hej Mariusz! Znasz agencję PR Sanczo Pe?”. Odpowiedź nadeszła błyskawicznie: „Nie słyszałem – pewnie jakaś mała firma jak 98% branży. Pzdr, M”. Odpisał, z krótkim podziękowaniem i uruchomił Google. Na zapytanie „Sanczo Pe” otrzymał zaledwie 315 odpowiedzi. Strona WWW agencji była w budowie i zdobiła ją sama nazwa (bez logotypu) oraz adres e-mail i dwa numery telefonów komórkowych. Sprawdził pozostałe linki. Z pospiesznej kwerendy wynikało, że największym sukcesem agencji było jak dotąd poprowadzenie warsztatów z profesjonalnej obsługi klienta dla oddziału Służby Celnej „na końcu świata”. Zaklął pod nosem, schował smartfon do wewnętrznej kieszeni marynarki i przekroczył próg sali.

Od razu pojął, dlaczego oficerowie dyskutowali ze sobą na korytarzu. Tuż za drzwiami podeszło do niego dwóch rosłych mężczyzn w garniturach i poprosiło o telefon. Chciał go wyłączyć. Powiedzieli z uśmiechem:

– Nie trzeba! Z tej skrzynki żaden dźwięk się nie wydobędzie!

Włożył smartfon do podanego, foliowego woreczka. Mężczyźni umieścili telefon w skrzyni wyglądającej jak te do transportu elementów nagłośnienia dużych imprez.

Piotr zajął miejsce w ostatnim rzędzie. Sala była duża i prostokątna. Ściany zdobiły zwierciadła, z wypolerowanego metalu, mające na celu odbijanie światła. Spod sufitu zwisały na łańcuchach dwa potężne kandelabry. Światła były przygaszone. Na scenie obitej boazerią stał stół, przykryty zielonym suknem, ustawiony na ukos. Za nim cztery krzesła, takie same jak na widowni. Na ścianie widniał potężny logotyp Agencji Kontrwywiadu oraz orzeł w koronie.

Do spotkania pozostało jeszcze piętnaście minut. Piotr, niemający chwilowo co robić (a takie momenty zdarzały się w jego życiu bardzo rzadko), zaczął zastanawiać się, co go właściwie, poza spontaniczną reakcją na „egzotyczne” i elitarne zaproszenie przywiodło do tego obcego świata? Smak tajemnicy, możliwość obejrzenia niedostępnego dla ogółu miejsca, poznanie nowego produktu z branży komunikacyjnej, czy próżność. Chroniąc własne dobre samopoczucie, postawił na to, że przywiodły go tu sentymenty. Zawodowo zajmował się kiedyś produktem o nazwie TRSM. Zapewne to uzasadniało jego zaproszenie na tę prezentację i sugestia, ze strony „Ronaldo”, że powinien zabrać głos w dyskusji.

W głowie otworzyły się szufladki ze wspomnieniami. W 2009 roku napisał strategię promocji narzędzia, które w świecie służb specjalnych i formacji wojskowych nazywano TRSM, a które dostało komercyjną nazwę Product Cay (skrót PC stanowił przy tym wyzwanie rzucone określeniu: komputer personalny). Realizowano ją do dwa tysiące dwunastego roku. Kampania była ogromnym sukcesem. Otrzymała m.in. prestiżowe Cannes Lions. Sprzedaż produktu zawaliła się jednak w dwa tysiące czternastym roku. Bum się skończył. To już jednak Piotra kompletnie nie interesowało. Jego zlecenie nie obejmowało kontynuacji działań promocyjnych.

Teraz, siedząc nad ciężkim krześle w Sali konferencyjnej Agencji Kontrwywiadu, zaczął zastanawiać się nad tym, jak bardzo TRSM II, różni się od swojego poprzednika. Czy wzrósł rozmiar komunikatu, jaki można przesłać? Pojawiły się jakieś nowe funkcje? Może dzięki TRSM II, można przy wykorzystaniu samych tylko myśli czymś sterować? Na przykład dronem lub mobilnym robotem, jakich używały nie tylko służby specjalne, ale i na przykład saperzy? To byłoby coś! Bez wątpienia różnice muszą być znaczące, skoro zdecydowano się zrobić prezentację, dla oficerów wszystkich rodzajów służb. „Tylko dlaczego prowadzi ją agencja o nazwie bez nazwy?” – pomyślał Piotr. Po chwili odpowiedział w myślach sam sobie: „Jestem w Polsce, tu się takie rzeczy zdarzają…”

Spojrzał na zegarek. Do spotkania było jeszcze dziesięć minut. Piotr uśmiechnął się do wspomnień. Nazwa Product Cay wywodziła się od nazwiska noblisty Santiago Cajala. Oferenci wręcz lansowali nazwanie urządzenia właśnie w ten sposób Product Cajala. Przekonanie ich, że Hiszpania może i jest sexy, ale nie kojarzy się z nowymi technologiami, zajęło mu trochę czasu. Podobnie trudno było wytłumaczyć przedstawicielom producenta, że cytaty z geniusza nie przemówią do potencjalnych kupców. W tysiąc dziewięćset trzydziestym pierwszym roku stwierdził on na przykład: „Nie możemy przekroczyć granicy wyznaczonej przez zasoby, z którymi się rodzimy (bowiem nasz mózg nie może się rozwijać)”. Jak to próbować „wcisnąć” wszystkim wierzącym w American Dream?

Tamte spotkania miały dla niego swój smak. Producenci mieli już zgodę państw członkowskich NATO na wprowadzenie produktu o nazwie TRSM, stanowiącej skrót od angielskiego „To read sb’s mind”, na rynek komercyjny. Technologie wojenne mają jednak to do siebie, że są oparte o gigantyczne budżety zwane przewrotnie obronnymi i powstawały, do użycia w akcji. TRSM miał dla cywili więcej wad niż zalet. Za samą aktywację trzeba było zapłacić trzy tysiące dolarów, przy umowie na dwa lata. Sprzęt kosztował kolejnych pięćset, a minuta transferu całe dwa dolce. Proces aktywacji trwał przy tym trzy dni. To akurat można było fajnie zaaranżować, gorzej, że produkt był inwazyjny i wymagał wszczepienia elektrod pod skórę. Pozwalał też na wysyłanie tylko najprostszych komunikatów. Jak zapisano w Biblii „mowa wasza niech będzie: tak, tak; nie, nie.” Do tego się nadawał, do plotkowania – nie.

Piotr pracował wtedy dla dużej agencji zrzeszonej w PRGN, specjalizując się w kampaniach komunikacyjnych dla służb specjalnych państw NATO i policji państw UE. Pierwsze „zderzenie” z TRSM odczuł boleśnie. Oto jako strateg ma przekonać ludzi, żeby wydali niemałe pieniądze na coś, czego nie potrzebują i dodatkowo poddali się operacji. Porównanie oferty, z propozycją dużych sieci telefonii komórkowej było druzgocące. Agencja pracowała na zasadach success fee, czyli do zarobienia były fajne pieniądze, ale pod warunkiem, że się uda osiągnąć cele wyznaczone przez zleceniodawcę: pięćdziesiąt tysięcy abonentów w dwa lata… Co dawało tyleż samo operacji i gigantyczną liczba dni na aktywację… Grupa docelowa: panie w wieku plus minus trzydzieści lat i panowie starsi o dekadę, szczęśliwie posiadający zasobne portfele i potencjalny kryzys wieku średniego.

Dobrą stroną, ale jednocześnie wyzwaniem, był nieograniczony budżet. I tak powstała strategia, w ramach realizacji, której było mnóstwo internetowego szumu w środowisku miłośników służb specjalnych. Odbył się międzynarodowy kongres pod patronatem WHO, pod tytułem: „Osobnicza mapa pamięci i biochemia mózgu”, którego celem było danie uczonej podbudowy pod produkt. Wreszcie film, w którym wystąpili pierwszy raz wspólnie: Cameron Diaz, Uma Thurman, Keanu Reeves, George Clooney i Sean Connery. Obraz zatytułowany po prostu „Product Cay”, w większości został napisany przez „piarowców”, ale o tym, ani nikt nie wiedział, ani nikt nie mówił. Temat był na czasie – grupa agentów specsłużb walcząca z terrorystami, chcącymi przejąć władzę w posiadającym broń jądrową Pakistanie. Akcja była wartka, trup ścielił się gęsto, a, że do tego ona, powiedziała mu „tak” wykorzystując do przesłania tej myśli TRSM, sukces był murowany. Product placement to potęga!

Jedyną bowiem szansą na skuteczną sprzedaż było wywołanie mody na produkt. W grupie kupujących znalazły się poza z góry założonym targetem, małolaty z zamożnych domów i miłośnicy kultowej książki „Neuromancer” (chyba ze względu na inwazyjność produktu…).

Udało się osiągnąć założony cel, czyli przekroczyć do dwa tysiące dwunastego roku liczbę pięćdziesięciu tysięcy abonentów. Krach nastąpił w dwa tysiące czternastym. Zabawka szybko im się jednak się znudziła. Abonenci po dwóch latach obowiązywania umowy zaczęli masowo poddawać się operacjom usunięcia elektrod. To już jednak ani Piotra, ani jego byłego pracodawcy nie interesowało. Dzięki temu sukcesowi Piotr otworzył własny biznes i cieszył się jego rozwojem. Na brak klientów, oferujących rzeczy niemożliwe do sprzedania, przy wykorzystaniu ulotek wrzucanych do skrzynek pocztowych nie narzekał.

Piotr kolejny raz sprawdził układ wskazówek na tarczy zegarka. Do rozpoczęcia prezentacji pozostało pięć minut. Oficerowie zaczęli wchodzić do sali, oddając z powagą posiadane środki łączności, które znikały najpierw w foliowych woreczkach, a później w przepastnej skrzyni. Piotr zanucił w myślach: „I co ja robię tu? Uhu! Co ty tutaj robisz?”

Rozgadani dotychczas oficerowie zasiedli w milczeniu. Światła przygasły. Punktowo rozjaśniono pulpit. Na scenę wszedł barczysty mężczyzna, z gęstym czarnym wąsem. Podszedł do mikrofonu. Wtedy podbiegł do niego asystent, wręczając jakieś ostatnie poprawki do wystąpienia. Wąsacz mruknął pod nosem coś, co z oddali można było uznać równie dobrze za szorstkie „dziękuję”, jak i za zapowiedź rychłej śmierci dla asystenta. Założył na nos okulary. Spojrzał nad nimi w ciemność, która spowiła nieoświetloną widownię i przemówił:

– W imieniu dyrektora Wydziału Nowych Technologii i Wojny Cyfrowej witam panów w auli głównej Agencji Kontrwywiadu. Dzisiejsze spotkanie poświęcone jest dyskusji na temat nowego produktu, o roboczej nazwie TRSM II. Jest to oferta, którą producent znanego już wam TRSM, w wersji cywilnej „Product Cay”, postanowił najpierw przedstawić nam, reprezentantom służb, których celem jest ochrona bezpieczeństwa Polski. Zgodnie z wolą naszego ministra prezentację przygotowała dla nas agencja Sanczo Pe.

W tym momencie punktowe oświetlenie pokazało stół. Siedział za nim chudy młodzieniec, z brodą opartą na zgiętym palcu i drobna dziewczyna ubrana tak szaro, że myszy mogłyby jej pozazdrościć kamuflażu.

– Witam państwa serdecznie – rzekł bez serdeczności w głosie wąsacz do siedzących za stołem. Ci skinęli głowami. Światło punktowe zgasło. Prelegent ciągnął dalej.

– Nim oddam głos naszym ekspertom, pragnę powitać w imieniu dyrektora Wydziału Nowych Technologii i Wojny Cyfrowej Agencji Kontrwywiadu…

Tu, jak to w Polsce często bywa, nastąpiła prawie dwudziestominutowa wyliczanka stopni i nazwisk, wymieszana oklaskami dla tych, którzy odruchowo wstawali w ciemnościach, by ukłonić się zgromadzonym.

Na końcu listy Piotr usłyszał swoje nazwisko.

– …eksperta ds. komunikacji, który współpracował z tajnymi służbami wielu państw europejskich, w zakresie komunikacji z mediami. Odpowiadał też za strategię wprowadzenia na rynek komercyjny pierwotnej wersji TRSM.

Piotr nie wstał, w ciemnicy panującej na widowni i tak nie miało to żadnego znaczenia. Wąsacz sprawdził raz jeszcze otrzymaną kartkę. Uznawszy, że nikogo godnego nie pominął, przy swojej wyliczance, oddał głos przedstawicielom Sanczo Pe.

Z sufitu opuszczono duży ekran. Reflektor jaśniej oświetlił stolik i siedzącego za nim młodzieńca, którego twarz nabrała jeszcze bardziej profesjonalnego wyrazu. Dziewczyna stanęła przy końcu stołu, jakby zasłaniając, przed wzrokiem siedzących w ciemności, swoje łono. Zaczęła niepewnym głosem.

– Witam państwa… eee witam panów serdecznie. Chcemy wam pokazać eee, krótką prezentację, ilustrującą możliwości nowego produktu, jakim jest TRSM II. Proszę o pierwszy slajd.

Dobra prezentacja to taka, która opowiada jakąś historię. Ta też opowiadała… Wszyscy obejrzeli młodzieńca, który idzie ulicą, ze słuchawkami na uszach i układa w myślach list do dziewczyny. Starannie dobiera cytaty. Planuje, jakie piosenki załączy do wiadomości. Wraca do akademika. Pospiesznie wita się z kolegami pijącymi na korytarzu (scena, przy której przez salę przebiegł dźwięk głośnego przełykania śliny przez zgromadzonych), siada przed komputerem, włącza pocztę i… Tu okazuje się, że nie pamięta ani tego listu, który ułożył, ani jakie piosenki miał dołączyć.

Tu lektorka rzuca do mikrofonu:

– a gdyby…?

Historia się powtarza, z tą różnicą, że wszystkie myśli zostały zapisane na płytce TRSM II wszczepionej pod skórę z tyłu czaszki. Następnie młodzian za pośrednictwem Bluetooth’a połączył się z PeCetem. Zgrał całą wiadomość. System automatycznie dobrał linki do piosenek. O błędach ortograficznych oczywiście nie mogło być mowy, myślimy bez błędów, co najwyżej nie pamiętamy o tym, w trakcie pisania. Bohater historyjki nacisnął więc „wyślij”. Ostatni slajd pokazał tulącą się parę, przed domkiem z ogródkiem, na podwórku pełnym psów, kotów i dzieci.

W tym momencie głos zabrał mężczyzna siedzący dotychczas nieruchomo za stołem.

– Mam nadzieję, że widzicie panowie potencjał militarny zastosowania tego urządzenia. Proszę wybaczyć formę prezentacji, chcieliśmy maksymalnie utajnić przekaz. Chętnie odpowiemy na panów pytania.

Po tych słowach na sali włączono oświetlenie

Prezentacja była tak zła, że równie dobrze mogła w ogóle się nie odbyć. Piotr z doświadczenia wiedział, że służby nie chcą rozmawiać o sikaniu, jako o „sisi” i o kupie, jako o „kaka”. W ramach zwalczania konkurencji uniósł rękę w górę. Zaraz pojawił się koło niego młody, wyprostowany jak struna mężczyzna z bezprzewodowym mikrofonem.

Piotr wstał. Na jego widok dziewczyna rozpromieniła się w uśmiechu i rzuciła do mikrofonu:

– Serdecznie pana witamy, jest nam bardzo miło, że pan jest z nami!

Spojrzał na nią zimnym wzrokiem i zaczął swoją wypowiedź od słów:

– Przywołując myśl profesora Ciekockiego z „Uciekła mi przepióreczka” Stefana Żeromskiego, rzeknę: niepotrzebnie się pani fatyguje, ja jestem człowiek niewdzięczny. Po waszej prezentacji nie widzę żadnej możliwości bojowego wykorzystania TRSM II, no, chyba że przez zakochanych poborowych – na sali wybuchły śmiechy, a liczni pokiwali głowami z aprobatą. – W momencie schwytania agenta jego odporność na tortury, wielogodzinne przesłuchania, czy techniki manipulacji stanowi wystarczające zmartwienie dla służb. Sytuacja, w której pamięć agenta można po prostu ukraść, jest nie do pomyślenia. Przed zdradą nie uchroni go nawet kapsułka z cyjankiem, którą moglibyście dodawać w gratisie.

Koniec

Komentarze

Przede wszystkim spodobała mi się tematyka. Nie to, że kocham marketing, ale zwyczajnie powiało świeżością, o tym jeszcze nie czytałam. No i nie było żadnego smoka, co powolusieńku zaczynam uznawać za zaletę. ;-)

Kurczę, niby nic się nie dzieje, ale czytałam z zainteresowaniem. I… końcówka nadeszła zbyt szybko. Chętnie dowiedziałabym się, co działo się dalej.

nie potrzebnie się pani fatyguje, ja jestem człowiek niewdzięczny. 

Niepotrzebnie.

Babska logika rządzi!

Dzień dobry!

 

Tak, najazd smoków zmiótł z powierzchni ziemi moje poprzednie opowiadanie. :-) Chyba lepsze od tego. Zatytułowane: “Jeszcze tylko…” W tym opowiadaniu odnajdziesz, jeśli dasz się namówić na lekturę: TRSM III. ;-)

Wbrew wszelkiemu marketingowi i logice zamieściłem je w ostatnim dniu Dragonezy2014. :-D

Żeby miało szanse, na znalezienie czytelników, zgłosiłem je do SF 2015.

 

Piękne dzięki dobre słowo i za korektę!

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

A to przeczytam, ale dopiero po ogarnięciu Dragonezy. Mam nadzieję, że nie oznacza to “na święty nigdy”. ;-)

Babska logika rządzi!

:-) Też mam taką nadzieję! :-)

Będę kusił: głównym bohaterem jest kobieta!

 

Miłej walki ze smokami życzę!

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Czytało się przyjemnie, pomimo wielu błędów, które mi się rzuciły w oczy – głównie pozjadane litery.

 

Do spotkania było jeszcze dziesięć minut.

Dziwne zdanie. Wiadomo, o co chodzi, ale ja bym tego tak nie zostawił ;).

 

Co do tematyki, owszem, interesująca. I miałem podobne wrażenie, co Finkla, że niby nic się nie dzieje, a jednak chce się czytać. Popsułeś zakończeniem, tzn. nie dałeś go. Tak się nie robi. Akcja się rozkręca i nagle napisy końcowe. Nie dałeś nawet szansy czytelnikowi, żeby sobie dopowiedział ciąg dalszy. No bo jakie są możliwości, uwzględniając dotychczasowy klimat tekstu i prędkość akcji? Piotr skończył mówić i opuścił spotkanie? Albo czekał, aż pani z Sanczo Pe zacznie się bronić, jąkając się co piąty wyraz? Nagłe poruszenie wojskowych i godzinna debata? No bo, nie wyobrażam sobie nic innego, każde inne rozwinięcie by nie pasowało, byłoby abstrakcją względem oryginału. Gdybyś to Ty napisał, że nagle wpadli komandosi konkurencji i wykradli projekt, to nie byłoby żadnego sprzeciwu. Jednakże czytelnik nie może tego tak po prostu sobie wymyślić, jako zakończenie. Byłoby to nie fair względem autora, bo nie wiadomo, co on chciał uzyskać.

Takie jest moje zdanie. Pomimo tego tekst uważam za udany, bo naprawdę czytało się lekko i nic nie blokowało odbioru. W następnym opowiadaniu pamiętaj o dopracowaniu zakończenia i będzie gitez majonez ;).

Pozdro!

Witaj Dragonie!

Już się obawiałem, że to ciąg dalszy najazdu smoków! ;-)

 

Zmartwiłeś mnie tymi literówkami, bo wygląda na to, że Titivillus znowu wygrał. No cóż, wygrywa bestia nie tylko ze mną. Georges Dumézil pytany o to, co widzi, kiedy trzyma w rękach swoją nową książkę, odpowiedział: błędy w druku. Chyba trzeba demonowi jakieś opowiadanie poświęcić, bo się ewidentnie domaga!

 

Zakończenie – jak słusznie zauważyłeś, każde inne rozwinięcie by nie pasowało. Skoro tak, to nie jestem pewien, czy masz rację, że trzeba to było ciągnąć. Obiecuję się zastanowić i piękne dzięki za uwagi.

 

Pozdrawiam serdecznie Dragonie!

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Ciekawy pomysł, dobre wykonanie i totalnie, doszczętnie spaprane zakończenie. Rzecz nawet nie w tym, że opowiadanie kończy się bez fajerwerków, zwrotów akcji czy błyskotliwej puenty. Rzecz w tym, że główny bohater, konsekwentnie kreowany na profesjonalistę, oraz obecni na sali oficerowie i funkcjonariusze zdają się nie dostrzegać oczywistego sposobu zastosowania TRSM II. Sposobu, o którym główny bohater wspomina mówiąc “Sytuacja, w której pamięć agenta można po prostu ukraść, jest nie do pomyślenia.“. Wystarczy tylko odwrócić sytuację i wykorzystać TRSM II do wydobycia wiarygodnych informacji od pojmanych agentów obcych wywiadów. Technologia byłaby także niezastąpiona w trakcie poszukiwań podwójnych agentów.

 

W oko rzucił mi się jeden mankament z gatunku maślanego masła: “Ściany zdobiły zwierciadła, z wypolerowanego metalu, mające na celu odbijanie światła“ – każde zwierciadło odbija światło.

na emeryturze

Witaj Gary!

 

OK – każde zwierciadło odbija światło, przy czym większość pokazuje też odbicie, te metalowe nie, ale dobra – przyjmuję z pokorą.

Powiedz mi, jaki masz pomysł na to, jak skłonić obcych agentów, żeby sobie wszczepili TRSM II z własnej woli. Serio, nie mam pomysłu. Fajne, że ja widzę wady, a Ty zalety. Okazuje się, że produkt ma potencjał, którego serio, nie widzę.

Sądzę, że aby zapisać cokolwiek na tę płytkę trzeba po prostu wiedzieć jak to zrobić. Szkolenie pozwalające na obsługę Product Cay trwało trzy dni. Do tego dochodzi akt woli. Wydaje mi się, że to niewykonalne.

 

Pozdrawiam serdecznie i dzięki za uwagi! Pomyślę o nich spokojnie.

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Ale kto powiedział, że obcy agenci mają wszczepiać sobie cokolwiek z własnej woli? Montujesz ustrojstwo schwytanemu agentowi i masz możliwość monitorowania jego myśli, czy raczej miałbyś, gdyby nie wspomniany przez Ciebie “akt woli”. Prawie jak uniwersalne serum prawdy.

Wszystko rozbija się o sposób fukncjownowania TRSM II – czy urządzenie wyłapuje wszystkie myśli użytkownika, a zapisuje tylko chciane, czy też rejestrowanie procesów myślowych możliwe jest jedynie przy świadomym wysiłku zaimplantwanego. Zakłożyłem, być może pochopnie, że mamy do czynienia pierwszym wariantem, bo ta opcja wydaje mi się łatwiejsza do zrealizowania pod względem technicznym.

na emeryturze

Zwróć uwagę na ten obóz związany z aktywowaniem TRSM. Trzy dni na aktywację i naukę używania sprzętu. Ja postawiłem na to, że zapisują się te myśli, które zapisać chcemy. Z samej opowieści to faktycznie nie wynika. Tyle można wniosków wyciągnąć, ile nam dają wspomnienia Piotra na temat Product Cay.

Gdybyśmy mieli zmuszać tych schwytanych agentów, to wtedy robi się trochę wszystko jedno, czy zapisujemy na płytkę, czy jak w “Psach": “z akumulatorem na jajach nikt jeszcze nie kłamał”.

 

Tak, czy inaczej Piotr może i widzi ten potencjał, o którym wspomniałeś. Zabiera jednak głos w ramach “zwalczania konkurencji”. W takim wypadku wszystkie chwyty są dozwolone, czy jest potencjał, czy go nie ma.

 

Ciekawe urządzenie – :-D W TRSM III postawiłem na zapisywanie doznań i coś mi teraz mówi, że to jeszcze nie jest wariant ostatni. :-)

 

Pozdrawiam!

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nie do końca satysfakcjonuje mnie to wyjaśnienie, ale kupię je i tak, bo całość podoba mi się na tyle, że nie mam serca nadmiernie czepiać się końcówki. Chętnie przeczytam o kolejnych wersjach TRSM, nieśmiało licząc na lepsze finisze. Także pozdrawiam!

na emeryturze

:-)

To się da zrobić! Polecam opowiadanie zatytułowane “Jeszcze tylko…” (z 15 stycznia – ciężko znaleźć, bo zmiótł je z powierzchni ziemi najazd smoków, lecących na Dragonezę2014). W nim więcej o TRSM III Overkill. Da Bóg zakończenie ma lepsze. :-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Autor wpisze mnie na czarną listę, ale trudno się mówi i prawdę pisze. Zaproszenie na konferencję, wystosowane przez taką instytucję – o cholera, to będzie coś! Trochę prześmiechów z owej instytucji – OK. Nudziarskie myślenie Piotra, samotnie siedzącego w pustej sali – no nie, coś tu nie tak, po co tyle i tak nudnowato… Słowna i wizualna nędza prezentacji – w kontekście miejsca i oczywistych, a niewymienionych zastosowań nawet celna, ale riposta Piotra już nie taka oczywista, bo nie padła żadna chociażby sugestia, jak pracuje TRSM, wybiórczo czy notuje strumień myśli non stop, poza wiedzą i wolą użytkownika… Nikt z wiadomej instytucji nie zainteresował się tym wcześniej? Zbieranina cymbałów…

Chyba że miała to być satyrka na tę “firmę” – ale zabrakło wyraźniejszej prześmiewczości…

No i załapałeś minusa… :-P

Żart oczywiście. :-)

Niestety i “takie” instytucje nie są niczym więcej, tylko strukturami urzędniczymi. Szefowie mają w nich swoich “krewnych i znajomych królika” i takimi kanałami potrafią tam trafić i dziwni dostawcy usług.

Ja założyłem, że TRSM II wymaga woli zapisania na nim myśli. Bazując na tym, czym był sam Product Cay. Tym bardziej widać, jak zła była ta prezentacja. A riposta Piotra? Wiesz, on zabrał głos z konkretną wolą: zwalczania konkurencji i tak na rzecz całą chciałem żeby popatrzyli czytelnicy. Nic to – “my się poprawimy” i kolejna historia będzie lepsza! Mam też “w budowie” taką ze służbami “prawi” od środka. Tym bardziej przydadzą mi się Twoje uwagi, spisane powyżej. Dzięki za nie!

Pozdrawiam!

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

No, niestety, Wilku, tym razem nie spodobało mi się.

Czytałam i czytałam, o czym też Piotr rozmyśla, a końca jego wspomnień nie było widać. Znudziłam się setnie, już miałam przerwać lekturę, aż tu nagle – rach ciach, dwie dziurki w nosie i skończyło się!

Idę poszukać kolejnego opowiadania.

 

z budki wy­szedł uzbro­jo­ny w broń au­to­ma­tycz­ną straż­nik i zna­czą­cym ge­stem po­pra­wił au­to­mat wi­szą­cy na pasku. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Piotr po­my­ślał, o się­gnię­ciu po ta­ba­kę… Myśli miał po­nu­re. – To też nie brzmi zbyt dobrze. Zbędny przecinek.

 

Na sce­nie obi­tej bo­aze­rią stal stół… – Literówka.

 

Teraz, sie­dząc nad cięż­kim krze­śle w Sali kon­fe­ren­cyj­nej… – Literówka.

 

że się uda osią­gnąc cele… – Literówka.

 

wy­stą­pi­li pierw­szy raz wspól­nie: Cam­ron Diaz… – Literówka.

 

zo­stał na­pi­sa­ny przez „pi­ja­row­ców”… – …zo­stał na­pi­sa­ny przez pi­a­row­ców/ PR-owców

 

grupa agen­tów spec służb wal­czą­ca z ter­ro­ry­sta­mi… – …grupa agen­tów specsłużb wal­czą­ca z ter­ro­ry­sta­mi

 

Spoj­rzał nad nimi w ciem­ność, jaka spo­wi­ła nie­oświe­tlo­ną wi­dow­nię… – Spoj­rzał nad nimi w ciem­ność, która spo­wi­ła nie­oświe­tlo­ną wi­dow­nię

 

– Witam Pań­stwa ser­decz­nie – rzekł… – Formy grzecznościowe piszemy wielka litera, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Świa­tło ja­śniej oświe­tli­ło sto­lik… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Do im starszych tekstów sięgasz, tym większy odczuwam niepokój. Zakładam, że to normalne w kontakcie z Bóstwem. :-D

Dziękuję za uwagi. Kolejne, krótkie i średniowieczno-tolkienowskie fantasy ukaże się jeszcze w sierpniu. Mam nadzieję, że sprosta Twoim oczekiwaniom, Pani. :-)

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

O! To już niebawem, bo sierpnia ledwie mała połowa została. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To prawie jak „mały litr”! :-D ;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nowa Fantastyka