- Opowiadanie: vaevictis15 - MoD

MoD

Wybaczcie za mały poślizg, ale edytor tekstu na stronie nie chciał się mnie słuchać. :) Miłej lektury! (Oby taka była).

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

MoD

 

Odkąd wstawiono mleczne szkło w obramowania okien, dzienne zmiany stały się nie do zniesienia.

 

Poranne promienie słońca, które pozwalały bezboleśnie wybudzić się ze zbyt krótkiego snu, zamieniono na krzykliwie ostre światło lamp halogenowych. Dodatkowo żarówki wciąż bzyczały z cicha. Skutek był taki, że jeszcze przed przerwą śniadaniową, Marcin dostawał piekącego w oczy bólu głowy.

 

I tak codziennie. Sześć dni w tygodniu. Całe szczęście, że nie w systemie pracy czterobrygadówek. Organizm Marcina był zbyt wrażliwy na zmianę pór snu. Kiedyś próbował pracować w nocy, ale skończyło się to bezsennością i skrajnym wycieńczeniem. Po tygodniu, brygadzista widząc, jak Marcin wygląda, przeniósł go na poranną zmianę. I tak zostało. Od trzech lat.

 

Praca nie była ciężka. O ile się do niej człowiek przyzwyczaił. Nie wymagała szarpania, dźwigania, czy kopania. Kilka prostych, powtarzalnych ruchów i ciągłe skupienie. I nuda.

 

Szeroka na trzy metry taśma produkcyjna snuła się leniwie w stronę Marcina. Obrzucona była wielkimi kawałami mięsa. Potężne golenie, ogromne żeberka i bardzo długie polędwice wyjeżdżały na taśmę rozwartej paszczy ''wstępnego rozczłonkowania'' i rozjeżdżały się w trzech kierunkach. Do Marcina trafiały polędwice. Kolejny fart. Najmniej roboty i kłopotów. Najgorzej było na trąbach. Przekichane, jak to mówili złośliwi do tych, którzy na tym dziale pracowali.

 

Marcin trzymał w ręku laserową maczetę i czekał spokojnie na przybycie ponad dwumetrowego kawałka chudego mięsa. Gdy ten już do niego dotarł, lekkimi ruchami laserowego ostrza Marcin odcinał przerośnięcia, ścięgna i pozostałe po mechanicznej obróbce cienkie paseczki tłuszczu.

 

Smród niosący się po produkcyjnej hali przeszkadzał Marcinowi przez pierwsze trzy minuty pracy. Później nos się przyzwyczajał. Nieprzyzwyczajonymi nosami współtowarzyszy codziennych podróży PKS–em najzwyczajniej w świecie się nie przejmował.

 

Co kilka wyczyszczonych polędwic Marcin spoglądał na zegarek na ścianie. Piąta czterdzieści siedem krzyczały wskazówki. Jeszcze ponad sześć godzin w pracy. I to we wtorek.

 

– Byle do śniadania – mruknął cicho, odsyłając oczyszczoną polędwicę w stronę taśmy Jacka. Jacek zajmował się robieniem steków.

 

To mięso przynajmniej przypominało te, które Marcin znał z półek supermarketów. Kolorem i strukturą kojarzyło się Marcinowi z tuńczykiem. Wyglądało tak, jakby było zabarwione buraczanym sokiem.

 

– Cholera wie czym się karmi mamuty – szepnął do siebie Marcin. Podobno takie informacje były podawane na szkoleniach wdrożeniowych, ale Marcin wymigał się od nich, zasłaniając się najstarszą chorobą pracującego człowieka – biegunką.

 

Ponownie głowa w górę, wzrok na ścianę. Piąta pięćdziesiąt sześć.

 

Po chwili Marcin odpłynął myślami do czasów, gdy był dzieckiem. Pamiętał ten dzień tak, jakby to było wczoraj, gdy z całą rodziną siedział przed ich pierwszym telewizorem LED o zawstydzającej rozdzielczości.

 

– W ten oto sposób amerykańscy naukowcy dokonali tego, co może być początkiem urzeczywistnienia wizji Parku Jurajskiego – mówił podekscytowany spiker. – Od dziś już nic nie będzie takie same! W tym momencie czekamy na reakcję Watykanu…

 

– Właśnie – sapnął wąsaty ojciec Marcina. – co na to Bóg?!

 

– Ale, że jak? – spytała zdziwiona matka. – Chcecie mi powiedzieć, że teraz będą na świecie dinozaury?

 

Z rozmyślań wyrwał Marcina głośny gong. Godzina siódma. Przerwa śniadaniowa. Wszystkie maszyny stanęły, a mrowie ubranych w niebieskie koszule ludzi ruszyło w stronę drzwi, nad którymi wisiał napis KANTYNA.

 

Marcin jak zwykle znalazł się na stołówce ostatni. Nie przejmował się tym zbytnio, gdyż kolejka do dań jarskich była dziesięciokrotnie krótsza, niż do mięsnych śniadań.

 

– Tofu? – spytał kucharz Karol, uśmiechając się do Marcina. Często grali razem w koszykówkę po pracy.

 

– Tofu – odparł Marcin, odwzajemniając uśmiech. – Grilowane. I mleko sojowe.

 

Znalezienie wolnego miejsca w stołówce na porannej zmianie graniczyło z cudem. Ale tylko dla nowych pracowników. Marcin siedział przy stole ze starą gwardią i zawsze ktoś pilnował jego miejsca.

 

– Marcin! – krzyknął Jacek, machając do niego ręką. – Dawaj do nas! I przynieś sól!

 

Po chwili Marcin siedział wśród mężczyzn, z którymi przebywał po osiem godzin dziennie, przez ostatnie trzy lata. Rodzina. Ze wszystkimi wrednymi, niechcianymi dodatkami.

 

– Znowu to żarcie mdłe jak sraczka wyverny – zrzędził Jacek przy stole. – Dawaj tę sól!

 

– Na pewno nie takie mdłe, jak styropian Marcina – dodał Andrzej zwany Esesmanem. Mężczyzna odpowiadał za gazowanie stworzeń przywożonych do przetwórstwa. – Wolałbym głodówkę, niż jedzenie tego świństwa.

 

Marcin nie skomentował.

 

– Robiłem kiedyś na wyvernach – kontynuował Andrzej Esesman. – Tam to jest smród, mówię wam. Nasza hala przy tym to łąka pełna kwiatów. I te kurewsko oślizłe, błoniaste skrzydła do porcjowania. Człowiek chciałby się zrzygać, ale nie ma już czym, bo nawet jelita wypluł w pierwsze trzydzieści minut pracy! No, ale i kasę mają większą. Dodatki, premie…

 

– Pieprzę ich premie – żachnął się Jacek. – I tak już wszyscy na mnie zaglądają, gdy  wracam metrem do domu. Jakbym był jakimś żulem. A ty co myślisz, Marcin?

 

Marcin podniósł wzrok znad talerza.

 

– Myślę, że żadna praca nie hańbi – odpowiedział spokojnie.

 

– No tak! – zaśmiał się Jacek, poklepując go po ramieniu. – Nasz słynny idealista! To, że się do swojej roboty przykładasz, a wiem, że tak jest, bo robisz prześliczne, chirurgiczne cięcia na mięsku, wcale nie oznacza, że masz tę robotę kochać!

 

– Tego nie powiedziałem – odparł Marcin.

 

– Nie no, kurwa, nie mogę tego jeść! – Jacek wypluł z powrotem do talerza kawałek mięsa. – Co to  w ogóle za padlina?

 

– Kurczak… – odpowiedział Marcin, przeżuwając kawałek mdłego tofu. – Chyba… Ciekawe co dziś dostaną MoD`y.

 

– Jak to co? – odezwał się Esesman, który już miał prawie pusty talerz. – Same rarytasy! Jak zwykle! Pieprzona elita!

 

Gong oznajmił koniec przerwy.

 

– Byle do dwunastej! – krzyknął Jacek.

 

– Byle do dwunastej – odpowiedzieli wszyscy przy stole.

 

Stary, proletariacki rytuał.

 

Nagle z megafonów popłynął przyjemny, melodyjny głos pani Irenki z kadr:

 

Pracownik o numerze identyfikacyjnym MS892312 proszę o niezwłoczne udanie się do dyrektora!

 

– No to se ktoś podpadł Fretce! – zaśmiał się Andrzej Esesman. – I to przy wtorku!

 

– Marcin, co żeś tak pobladł? – spytał Jacek. – To te twoje tofu?

 

– To… – Marcin się zająknął. – To mój numer.

 

***

 

Klucha z tofu zatyka przełyk tak samo, jak ta z kurczaka. Zwłaszcza, gdy człowiek jest sparaliżowany ze strachu.

 

Marcin siedział już od dwudziestu minut na korytarzu, przed wejściem do biura Dyrektora Józefa Helca. Zza obitych brązową skórą drzwi słychać było głośne przekleństwa i krzyki dyrektora.

 

– To za wczorajszy transport – powiedziała cicho zza biurka pani Irenka, patrząc na Marcina. – Padły chłodziarki w ciężarówkach i trzy tony filetów z moa jest do wyrzucenia.

 

– To sporo.. – jęknął cicho Marcin. – Ja pracuję na mamutach… To chyba jakaś pomyłka…

 

– Wiemy na jakim dziale pan pracuje – odparła z uśmiechem sekretarka. – Proszę się tak nie denerwować i przyjąć wszystko na klatę. Jak na mężczyznę przystało. Jest pan strasznie blady! Może herbatki?

 

– Po… poproszę…

 

Zza drzwi dotarł głośny dźwięk tłuczonego szkła.

 

– Trzy tony! – ryknął dyrektor Józef Helc. – Wiesz ile to pieniędzy?!

 

Drzwi otworzyły się z hukiem i wybiegł z nich przerażony mężczyzna. Tuż za nim wyleciała ozdobna, wiktoriańska szpada, która wbiła się w tablicę korkową pełną wykresów dotyczących efektywności poszczególnych działów produkcji.

 

– To wariat! – rzucił przerażony pracownik i pobiegł w stronę windy.

 

– Zwalniam cię! – ryknął Józef Helc. – Irena! Dawaj tego z MoM`u!

 

Marcin wstał i poczuł, że uginają się pod nim kolana.

 

– Proszę pamiętać, aby być mężczyzną – pani Irenka uśmiechnęła się i delikatnie pchnęła Marcina w stronę drzwi.

 

Gabinet dyrektora Józefa Helca miał większy metraż, niż całe mieszkanie Marcina. Na posadzce znajdował się błyszczący czarno–biały gres ułożony w szachownicę. Pod ścianami stały czarne, hebanowe meble o ostrych nowoczesnych kształtach, a z sufitów zwisały ledowe lampki zatopione w kryształowym szkle, niczym zastygłe w locie, świetliste krople.

 

Ściana, znajdująca się za wielkim, dyrektorskim biurkiem, była cała ze szkła. Widok za oknem przedstawiał Przetwórstwo Mięs Ekskluzywnych w całej okazałości. Ciągnące się setkami metrów hale logistyczne, dziesiątki doków do rozładowywania ciężarówek, oraz majaczące w oddali kominy parowe upadłej Huty Katowice, które przerobiono na ogromne wędzarnie zakładu PME. Wszystko to wtapiało się w krajobraz, przywodząc na myśl Marcinowi krainę mroku z prozy Tolkiena.

 

Józef Helc stał przed barkiem i odkręcał nerwowo butelkę.

 

– Siadajcie – sapnął ciężko.

 

Marcin usłuchał i usiadł na krześle tuż przed biurkiem.

 

– Napijecie się? – dyrektor, nie czekając na odpowiedź, podał Marcinowi szklankę z whiskey i lodem.

 

– Panie dyrektorze – odparł nieśmiało Marcin. – Jestem jeszcze w pracy…

 

–Ja o tym decyduję – przełożony opadł na swoje wielkie, skórzane krzesło. – Pij.

 

Marcin umoczył delikatnie usta. Trunek był mocny, ale smaczny. Zupełnie inny od tych, które zdarzało mu się kosztować.

 

– Straciliśmy dziś transport filetów z moa warty sześćset tysięcy złotych – ciągnął dalej dyrektor. – Te łamagi myślą, że każę wrzucić mięso na pracowniczą stołówkę i będą mogli posmakować nieświeżego, lecz wciąż moa! Taki chuj! – Józef Helc skrzyżował ręce w geście Kozakiewicza. – Każę wyjebać całą dostawę! Bezczelne gnojki!

 

Marcin nie za bardzo wiedział co powiedzieć, więc nerwowo wziął kolejny łyk whiskey.

 

– Dobrze ci w tym MoM`ie? – spytał po chwili ciszy przełożony.

 

– Nie narzekam, dyrektorze – odparł już trochę spokojniej Marcin.

 

– Brygadziści cię chwalą. Mówią, że nikomu innemu nie daliby do obróbki polędwic z mamuta. Widziałem na nagraniu z monitoringu, jak umiejętnie władasz laserową maczetą. Winszuję.

 

– Dzię…, Dziękuję…

 

– To prawda, że jesteś wegetarianinem?

 

– Od szesnastego roku życia, dyrektorze. Ale raczej z pobudek trawiennych, a nie światopoglądowych.

 

– Świetnie – odparł Józef Helc, wstając i podając rękę Marcinowi. – Zatem witamy na pokładzie MoD!

 

– MoD? – spytał oszołomiony Marcin. – Ja w MoD`zie?!

 

– Owszem – dyrektor wyszczerzył zęby. – Uśmiechnijcie się, cholera, Matysik! Dopuszczamy was do najdroższego mięsa na świecie! To wyraz ogromnej wdzięczności i zaufania z naszej strony! Pani Irenka przygotowała już dla pana aneks do umowy, bo oczywiście czeka was także podwyżka! I to spora!

 

– Dziękuję…

 

– To ja dziękuję, panie Matysik, za tak nienaganną postawę w naszej firmie! Jutro zaczynacie szkolenia, a dziś idźcie świętować swój zawodowy sukces. Macie wolne do końca dnia!

 

Marcin wstał, dopił jednym haustem resztę whiskey i ruszył w stronę drzwi.

 

– Aha! Matysik, jeszcze jedno! – powiedział dyrektor, gdy Marcin był już w drzwiach. – Jak spotkacie Henia z logistyki, tego, który był tu przed wami, to powiedzcie mu, że ma dwa tygodnie bezpłatnego urlopu i brak premii przez najbliższe pół roku!

 

***

 

Marcin rozsiadł się wygodnie na swojej kanapie, odblokował ekran tabletu i nalał sobie kubek rumu. Zdecydowanie musiał się napić.

 

Smoki…

 

Wyszukiwarka w pierwszej kolejności odnalazła strony dotyczące legend, baśni i motywów w kulturze. Dopiero na drugiej zakładce Marcin odnalazł artykuł, który go interesował.

 

Pierwszego znaleziska smoczego DNA dokonano w roku 2063, gdy interes dotyczący produkcji mięs i wędlin z gatunków wymarłych dość prężnie prosperował na światowym rynku spożywczym. Szczątki odnalazła chińska grupa badawcza w okolicach lodowca Siachen w Karakorum.

 

Zamarznięta mumia ogromnego, gadopodobnego stworzenia z początku została zdefiniowania jako nieznany gatunek dinozaura. Po bardziej szczegółowych badaniach naukowcy doszli do wniosku, że mają do czynienia z odrębnym gatunkiem. Nie zgadzał się tu głównie rozmiar mózgu, który był wielokrotnie większy, od tego u dinozaurów. Wskazywało to na większą sprawność intelektualną stworzenia. W płucach zwierzęcia odkryto narządy mogące wytwarzać w reakcjach chemicznych nadmanganian potasu. Zwierze także posiadało ślinianki bogate w glicerynę. Naukowcy doszli do wniosku, że stworzenie mogło ziać ogniem.

 

Lekturę przerwał dzwonek telefonu komórkowego. To Jacek napisał wiadomość z gratulacjami i zapraszał dziś do siebie na wódkę. Marcin nie miał ochoty nigdzie wychodzić.

 

Było to największe odkrycie od czasów odnalezienia szczątków Yeti z roku 2031. Po serii badań przystąpiono do klonowania DNA i próby odtworzenia tajemniczego gatunku.

 

Niestety, mimo wielu prób, smocze szczątki okazały się tak samo reagować na proces duplikowania kodu genetycznego, jak inne wymarłe zwierzęta. Stworzenie mogło pozostać żywe tylko przy pomocy specjalistycznej aparatury medycznej i nie wykazywało żadnej reakcji na bodźce ze świata zewnętrznego.

 

To, co odróżnia smocze mięso od innych wyrobów zakładu PME, to cena tego rarytasu. Do tej pory odkryto pozostałości jedynie po trzech przedstawicielach tego niezwykle rzadkiego gatunku. PME wycenia najdroższe kawałki smoczego mięsa na czterdzieści tysięcy dolarów za sto gram. Czyni je to najdroższym produktem na świecie i sprawia, że jest wyznacznikiem prawdziwego luksusu.

 

Obróbką i przygotowaniem mięsa zajmuje się specjalna komórka PME zwana Meat of Dragon (MoD) z siedzibą w Katowicach.

 

– Cholera – mruknął Marcin i przechylił kubek. Zorientował się, że naczynie jest puste, więc szybko je napełnił i wrócił do lektury.

 

Mięso ze smoka uważa się za afrodyzjak nie tylko ze względu na jego ekskluzywny charakter, ale również przez to, że wywołuje u ludzi różne reakcje. Od euforii i trudnego do panowania pociągu seksualnego, aż po silne uczucie przygnębienia i czasową impotencję. Smocze podroby są silnie trujące i jako jedyne nie nadają się do spożycia.

 

To dlatego pytali o mój wegetarianizm, przypomniał sobie Marcin. Nie chcą ryzykować kradzieży.

 

Popielate, letnie słońce desperacko próbowało przeniknąć przez kremową roletę. Na śląsku robiło się z każdym rokiem zimniej, a słońce stawało się coraz bardziej nieśmiałe. Efekt cieplarniany.

 

Marcin wypił kolejny kubek rumu i nawet nie wiedząc kiedy, zasnął.

 

***

 

 

Szkolenia trwały dziesięć dni i były strasznie nudne. W większości dotyczyły Bezpieczeństwa i Higieny Pracy, a ta niczym nie różniła się od tej z MoM`u. Marcin przez większość czasu przysypiał. Słuchał z uwagą tylko, gdy omawiano budowę smoka i przedstawiano zarys historii odkrycia.

 

Po dziesięciu dniach Marcin trafił na stanowisko produkcyjne. Opiekował się nim Anioł – osoba, która pilnowała każdego ruchu Marcina. Aniołowanie trwało trzy dni. Trenerzy byli pod wrażeniem pewnych cięć laserową maczetą i jednogłośnie zdecydowali, że dopuszczą Marcina do działu łopatek.

 

Praca na MoD `zie, patrząc od strony technicznej, nie różniła się zbytnio od tej na MoM`ie. Ta sama taśma, trochę inne ruchy, te same godziny pracy.

 

Inne było mięso. I atmosfera.

 

Każdy z pracowników, których do tej pory poznał Marcin na MoD`zie, uważał się za kogoś wyjątkowego. W opozycji do Jacka, czy Esesmana, tutaj każdy był dumny ze swojej pracy. Marcin nie rozumiał, skąd w tych ludziach tyle energii i siły do działania. Zagadkę rozwiązała pierwsza wizyta na zajęciach motywacyjnych. Odbywały się one w każdy poniedziałek i Marcin uznał, że są jedną, wielką pralnią mózgów. Co gorsza skuteczną.

 

Łopatka smoka wyglądała na niesamowicie soczystą, jakby była moczona przez długi okres w miodzie. Złociste włókna bezproblemowo pozbywały się przy pomocy Marcina niewielkich przerośnięć i cienkich, jak karta papieru pasków tłuszczu. Po obróbce łopatka wyglądała lepiej, niż polędwica z Mamuta.

 

Dostawy przychodziły rzadko i były niewielkie. Do MoD`u przyjeżdżał transport do dwóch smoków w tygodniu, więc mięsa do obróbki było maksymalnie półtorej tony. Wszystko robiono ręcznie. Nie było mowy o wrzucaniu całego smoczego korpusu do „wstępnego rozczłonkowania”.

 

Za plecami Marcina, po drugiej strony hali, część pracowników wycinała laserowymi skalpelami błony ze skrzydeł. Inni zajmowali się powlekaniem smoczych oczu delikatną warstwą poliestrowej, transparentnej żywicy.

 

– Świeżak! – krzyknął ktoś z końca sali. – Wyłącz na chwilę maszynę i podejdź tu!

 

Marcin dokończył obróbkę kolejnej łopatki, zatrzymał taśmę i ruszył przez halę produkcyjną.

 

– Znasz kod dostępu do odpadowni? – spytał siwy, około pięćdziesięcioletni mężczyzna.

 

– Niestety nie – przyznał nieśmiało Marcin.

 

– To słuchaj uważnie. Kod dostępu to 1B2BWDWDG. Załapałeś?

 

– Yyy 1B2W…

 

– Słuchaj, świeży – mężczyzna zbliżył się do Marcina. – Jedna baba drugiej babie wsadziła dziś w dupę grabie.

 

– Co?!

 

– To hasło, pierwsze litery i cyfry. – pracownik uśmiechnął się szeroko. – A teraz weź ten wózek z podrobami i zawieź go do głównego basenu

 

Marcin posłusznie złapał za wajchę elektromagnetycznego paleciaka i pociągnął za sobą plastikowy basen pełen flaków. Podroby ekstremalnie śmierdziały, więc jak najszybciej wbił hasło na panelu dotykowym. Właz otworzył się bezgłośnie i po chwili Marcin był już w odpadowni.

 

W składzie odpadów śmierdziało jeszcze bardziej, niż na bloku produkcyjnym. Marcin odnalazł wzrokiem w kącie hali plastikowy zbiornik wielkości boiska do siatkówki. Pociągnął delikatnie za kierownicę widłaka i ruszył w jego stronę.

 

Z Każdym krokiem smród był coraz większy. Kwaśno-ostry zapach gryzł w gardło i piekł w oczy. Marcin naciągnął kołnierz golfa, zakrywając nos i uparcie ciągnął wózek masztowy.

 

– Cholera – mruknął, gdy już był przed basenem. – Niby jak mam to tam wrzucić? Tu jest jakieś sto litrów tego cholerstwa.

 

Marcin mógł poprosić o pomoc kogoś z działu, ale nie chciał wyjść na niedojdę. Najpierw obrócił paleciaka widłami w stronę zbiornika, a następnie podjechał bardzo blisko ściany basenu. Opuścił widły i wyciągnął je spod mniejszego zbiornika na mniej więcej połowę odległości. Następnie podniósł widły ponad ścianę basenu z odpadami. Ostatnim krokiem było podjechanie wózkiem tak blisko, aby widły z mniejszym zbiornikiem znalazły się nad wielkim basenem.

 

– Trudno – powiedział do siebie Marcin, rozglądając się dookoła. – Wyleję tę ścierwo wiadrem.

 

Po chwili znalazł około dziesięciolitrowy kubeł, wspiął się na widły wózka i wstrzymał oddech.

 

Tafla flaków znajdująca się pod nim, zdawała się lekko bulgotać i syczeć. Marcin zauważył też unoszącą się ponad powierzchnią podrobów, kilkucentymetrową, rdzawą mgiełkę.

 

– Też mi awans, psia mać – westchnął i rozpoczął opróżnianie basenu.

 

Okazało się, że wiadro, które znalazł, jest dziurawe. Żółć zmieszana z krwią wyciekała spod denka i spływała mu na dłonie i rękawy flanelowej koszuli. Widły wózka także zostały zalane smoczymi flakami i Marcin z ledwością utrzymywał równowagę.

 

W pewnym momencie , gdy schylał się, aby napełnić jedno z ostatnich wiader, obsunęła mu się noga i wpadł do basenu.

 

Zdrętwiał. Podroby były gorące i lepkie. Czuł, jak maź ciągnie go w dół.

 

– Pomocy! – próbował krzyknąć, ale brakowało mu tchu. Z jego ust wydostało się tylko nieznaczne chrapnięcie.

 

Już był wciągnięty po pierś, gdy poczuł, że smocze jelita niczym macki oplatają mu kostki. Zaczął się nerwowo szamotać, lecz to tylko przyspieszyło tonięcie. Po kilkunastu sekundach podroby sięgały mu do brody. Wrzasnął z całej siły, czując, że krzyk rozrywa mu płuca. Wstrzymał oddech, jakby miał zanurkować na głębokość kilkunastu metrów i zamknął oczy.

 

Wszystko wokół żyło. Czuł ruchy robaczkowe jelit i skurcze dwudziestokilogramowych żołądków. Zmysły wychwytywały płynącą, wirującą w basenie krew, gorącą i syczącą, jakby próbowała się pozbyć nadmiaru dwutlenku węgla.

 

Gdy mózg zażądał tlenu, Marcin odruchowo otworzył usta. Zachłysnął się słodką krwią zmieszaną z przepełnioną goryczą żółcią.

 

Wtedy usłyszał bicie serca.

 

I zemdlał.

 

***

 

– Aleś nas nastraszył, Swieżak! – krzyknął wesoło siwy, pięćdziesięcioletni mężczyzna. – Już myśleliśmy, że jest po tobie!

 

Marcin wciąż się krztusił, ale zdążył już zwrócić większość płynów, które dostały się do płuc. Ktoś podał mu koc, a jeszcze ktoś inny zaproponował herbatę.

 

– Co ci w ogóle strzeliło do głowy, żeby za pomocą wiadra wylewać podroby? Dlaczego nie użyłeś pompy i węża?

 

Bo nikt mi nie powiedział o ich istnieniu, pomyślał Marcin, ale nie odpowiedział. Podniósł się z podłogi i poczuł, że stoi twardo na nogach. Ruszył w stronę drzwi wyjściowych.

 

– Dokąd idziesz? – spytał wystraszony mężczyzna. – Marcin!

 

– Spokojnie, nie pisnę nawet słówka przełożonemu – na twarzy mężczyzny pojawiła się ulga. – Ale za godzinę podbijesz mi kartę zakładową. Ja już mam dość na dziś.

 

Marcin udał się pod natryski, aby zmyć z siebie cały szlam. Spędził pod prysznicem prawie czterdzieści minut. Zdążył w tym czasie wykrztusić jeszcze trochę krwi i żółci. Splunął gęsta, brunatną flegmą na białe płytki i patrzył jak ślina wędruję do kratki spływowej.

 

Przy wyjściu z zakładu czekał na niego Jacek i Esesman. Obydwoje palili papierosy własnej roboty.

 

– Nie wywiniesz się, Marcin – Jacek uśmiechnął się szeroko. – Idziemy na wódkę! Jest co świętować!

 

– Dajcie spokój, chłopaki. Nie mam siły.

 

Słyszałeś go, Esesman? Nie chcesz świętować swojego awansu, to chociaż uczcij moje zaręczyny!

 

Marcin nie mógł odmówić. Są takie okazje, kiedy trzeba się napić.

 

***

 

Czuł przyjemne ciepło monet, dotykających miękkiego podbrzusza. Nigdy nie spał na równie wygodnym legowisku.

 

Z chrap wydostały się niewielkie smużki dymu. W jaskini było ciepło i wilgotno. Jego długoletnie leżakowanie doprowadziło do ogrzania pieczary. Czuł w płucach miłe gorąco, które rozchodziło się po całym ciele.

 

Stalagmity ściekały słodką, krystalicznie czystą wodą. Spadające na grzbiet krople odbijały się od chitynowych, pięciokątnych łusek.

 

Podniósł podwójne powieki i otworzył oczy. Pionowe źrenice rozszerzyły się nieznacznie. Leżał na nasypisku ze złotego pyłu i monet. Wszędzie walały się wielkie, szczerozłote kandelabry, lśniące dzbany, naszyjniki pełne nefrytowych oczu, talerze skrzące się od szafirowego piasku i wszelkiego rodzaju naczynia wysadzane perłami i opalami.

 

Moje… Wszystko moje…

 

Podniósł do góry długą na trzy metry szyję i napiął mięśnie pleców. Chrupnęło.

 

Spałem zbyt długo.

 

Wstał, a spod łap sypnęła lawina monet.

 

Poczuł swędzenie w chrapach. Kichnął. Nieśmiałe płomienie pojawiły mu się tuż przed pyskiem. Spiekota w trzewiach wołała o to, aby się wydostać na zewnątrz. Wciągnął powietrze przez nos, przefiltrował je, pozostawiając sam tlen i wchłonął do płuc. Naczynia krwionośne rozszerzyły się, a z gruczołów zaczęły ściekać tłuste krople.

 

Smok, wraz z oddechem, wypuścił falę ognia. Wszystkie kaganki, które wisiały pod sklepieniem, zachybotały i wznieciły ciepły, pomarańczowy płomień.

 

Chcę zobaczyć świat.

 

Wyrobisko początkowo było wąskie, więc człapał, ciężko stawiając łapy. W tunelu roiło się od nietoperzy. Szalały, latając na oślep, uderzały o kamienne ściany i tratowały się nawzajem. Smok otworzył paszczę i gwałtownie zatrzasnął szczęki. Usłyszał chrobotliwy dźwięk miażdżonych kości i poczuł słodki smak mięsa. Krew wyciekła mu z pyska i spłynęła po szyi.

 

Po kilkuset metrach tunel rozszerzył się, więc smok mógł wyprostować skrzydła. Świeże, mroźne powietrze uderzyło go w pysk niczym taran. Na końcu przekopu zobaczył blady księżyc na tle upstrzonego gwiazdami, czarnego nieba. Przyspieszył.

 

Gdy się wydostał na zewnątrz, został zmiażdżony tysiącami zapachów świata. Ponad wszystko wybijała się woń igliwia i sosnowej żywicy. Spojrzał na postrzępione pasmo górskie. Ryknął. Z pobliskiego stoku zeszła potężna lawina, zmiatając po drodze skupisko modrzewi.

 

Wypruł w górę, niczym pocisk z trebusza. Postrzępione, okryte popielatą plwociną śniegu wierchy rzucały wyzwanie. Zagęścił ruch skrzydłami. Po chwili miał cały świat pod sobą, a szczyty stały się niepoważnie małe.

 

Leciał wzdłuż uzbrojonego w szpiczaste kolce grzbietu górskiego. Kły masywu stawały się coraz łagodniejsze w kształtach, a po chwili teren przeszedł w bardziej płaski. Widział pod sobą wstęgi rzek i owalne, czarne plamy jezior. Nad nim świeciły niezliczone gwiazdy – jedyne klejnoty, po które nigdy nie było mu pisane sięgnąć.

 

Gdy górskie wybrzuszenia znikły całkowicie z krajobrazu i teren stał się bardziej nizinny, smok obniżył lot i skierował się na zachód. Przyciągała go woń bydła.

 

Jestem śmiertelnie głodny.

 

Widok skupiska ciemnych kropek na ziemi wywołał w nim euforię. Ryknął i zanurkował, nabierając prędkości. Tuż nad ziemią usłyszał paniczne bekanie owiec.

 

Wróciłem.

 

Przy pierwszej próbie zdołał złapać trzy sztuki. Łapczywie łykał kawały ciepłego, włóknistego mięsa. Po kilkunastu sekundach zapikował ponownie. Tym razem udało mu się złapać dwa barany. Szaleńczo szamotały mu się w pysku, co tylko wzmogło u niego uczucie ekscytacji. Czuł jak powoli się poddają, jak coraz rzadziej wierzgają kopytami i żegnają się z życiem.

 

Owce zdążyły się już rozbiec po sporym terenie i teraz gonił dla zabawy pojedyncze sztuki. Co jakiś czas orał ziemie szponami, aby zmusić bydło do natychmiastowej zmiany kierunku ucieczki, delikatnie podcinał ogonem łapy przerażonych jagniąt, tworzył skrzydłami podmuchy wiatru, które zatrzymywały w miejscu biegnące zwierzęta.

 

Dawno tak dobrze się nie bawił.

 

Nagle powietrze rozpruł wysoki pisk, który poniósł się po równinie. Fale dźwiękowe cyklicznie uderzały w bębenki i powodowały ogromny, przeszywający ból. Smok panicznie rozglądał się dookoła, nie wiedząc skąd dochodzą coraz głośniejsze gwizdy. Bestia runęła na ziemię, skręcając się z cierpienia. Każdy kolejny dźwięk coraz mocniej wbijał się w łuskowate cielsko. Smok czuł, że rozpada się na kawałki.

 

Chciał umrzeć.

 

***

 

 

Marcin wstał z ogromnym kacem. Głowa bolała go tak, jakby wczorajszego wieczoru ktoś rozszczepił mu czaszkę siekierą. Bez zastanowienia złapał za budzik i rzucił nim o ścianę. Kwarcowy mechanizm rozprysł się na poliestrowej wykładzinie.

 

– Nienawidzę wódki – splunął do wiaderka, które leżało obok łózka. Na biurku stała półtoralitrowa butelka wody mineralnej.

 

– Kocham cię, Jacku – mruknął i złapał za szyjkę. Odkręcił korek i przechylił flaszkę, opróżniając ją do połowy.

 

– Uff, dzięki bogu, dziś sobota – westchnął i spróbował wstać. Momentalnie zakręciło mu się w głowie i z powrotem opadł na przepoconą pościel.

 

Marcin poczuł wibracje w lewej kieszeni. Wyciągnął telefon i odblokował ekran dotykowy.

 

Dzwonił do niego Jacek.

 

– Halo – odezwał się ochrypniętym głosem.

 

– Auuuu! – zawył Jacek po drugiej stronie słuchawki. – Jak się czuje nasz drapieżnik? Nieźle wczoraj dałeś w palnik! Nie znałem cię od strony!

 

– Ja siebie też – odparł niechętnie Marcin. – Dzięki za odprowadzenie.

 

– Spoko – odparł rześko Jacek. – Trochę to trwało, bo zatrzymywaliśmy się przy każdym ulicznym grillu i budce z kebabem, ale było warto!

 

– Słucham? – spytał Marcin, patrząc na swój wzdęty brzuch, który wyglądał jak napompowany helem balon.

 

– Gościu, zjadłeś wczoraj tyle, co ja w miesiąc! Bez kitu! – Na początku nas to z Esesmanem śmieszyło, ale potem zabrałem ci portfel. Wyglądałeś tak, jakbyś miał się nigdy nie najeść.

 

– Dzięki… – wyszeptał Marcin. Czuł, że żołądek podchodzi mu do gardła.

 

– Nie ma sprawy. Trochę to było dziwne, gdy zacząłeś krzyczeć, że nas rozerwiesz na

strzępy, a potem próbowałeś ziać na nas ogniem, ale nie dziwię ci się. Dużo stresu, dużo zmian, dużo wódki. Śmiertelna kombinacja. O której będziesz gotowy?

 

– Gotowy? – spytał zdziwiony Marcin. – Gotowy na co?

 

– Cholera, Marcin, obiecałeś…– mruknął rozczarowany Jacek. – Wczoraj mówiłeś, że pójdziesz ze mną wybrać pierścionek zaręczynowy dla Elki. Nie pamiętasz?

 

– Pamiętam – skłamał Marcin. – Daj mi godzinę.

 

– Ok. Podjadę pod twój blok o dwunastej. Cześć!

 

– Cześć!.

 

Jacek był punktualnie. Podjechał po Marcina swoim golfem XII wziętym w kredycie pięćdziesiąt na pięćdziesiąt i zaparkował na trawniku, tuż przed klatką.

 

– Może jakieś śniadanko? – wyszczerzył zęby do Marcina, otwierając mu pilotem drzwi. – Jakiś kebab? Albo burger?

 

– Nie dobijaj mnie – żachnął się Marcin, zapinając pasy. – Gdzie jedziemy po ten pierścionek?

 

– Do Amber Shopu – rzucił Jacek, pokazując Marcinowi kolorowy kupon. – Polowałem na tę promocję z pół roku.

 

Marcin spojrzał na tekturową kartkę, na której znajdowało się powlekane brokatem zdjęcie pierścionka. Bon upoważniał do trzydziestoprocentowej zniżki na zakup biżuterii z ubiegłorocznej kolekcji.

 

Weekend był jedynym okresem, gdy można było, poruszając się po mieście, zdjąć maskę ochronną. Smog rozrzedzał się odrobinę, gdyż większość zakładów nie pracowała, a na ulicach aglomeracji śląskiej topniał ruch samochodowy. Jacek wykorzystał ten fakt, składając dach Golfa XII.

 

Jadąc mikołowską, Marcin patrzył w sine niebo. Gęste, szare chmury kotłowały się, sunąc na południe. Marcin nie potrafił dostrzec słońca. Poczuł, że bardzo chciałby się znaleźć ponad tym sufitem spalin, gdzie złapałby głęboki oddech nieskażonego powietrza.

 

Sklep znajdował się już za starym znakiem granicznym miasta. Wielkie, przeszklone witryny wypchane były różnymi błyskotkami i witały klientów napisami „SALE”. Mężczyźni pchnęli drzwi obrotowe i weszli do środka.

 

Marcin nigdy nie lubił takich miejsc, ale dziś mu się wyjątkowo podobało. Jacek podszedł do lady i skinął na sprzedawcę.

 

– W czym mogę pomóc, dżentelmenie? – spytał przyjemny, siwowłosy staruszek. Miał na sobie złote, okrągłe okulary z przyciemnianymi szkłami.

 

– Dzwoniłem rano – odparł Jacek. – Moje nazwisko Tomaszewicz.

 

– Ach to pan! – ucieszył się szczerze sprzedawca. – Gratuluję decyzji!

 

– Nie dziękuję – Jacek uśmiechnął się lekko. – Przygotował pan coś dla mnie?

 

– Oczywiście – odparł staruszek, schylając się pod ladę i wyciągając kilkanaście pierścionków zatopionych w grafitowej gąbce. – Wszystkie są rozmiaru, który mi pan podał oraz ich cena nie przekracza kwoty, którą uzgodniliśmy.

 

Jacek oglądał wszystkie pierścionki bardzo dokładnie. Marcin okazał się mało użyteczny, ponieważ nie potrafił stwierdzić, który jest najładniejszy. Podobały mu się wszystkie, bez wyjątku. W końcu Jacek wybrał pierścionek z białą, matową perłą.

 

– Doskonały wybór! – przytaknął sprzedawca. – To będzie sześć tysięcy sześćset złotych.

 

Marcin szybko obliczył, że w MoM`ie musiałby pracować na to cudeńko cztery miesiące. I to nie wydając w tym czasie grosza.

 

Jacek podał kupon sprzedawcy.

 

– Ach… – westchnął sprzedawca. – Kupon! Oczywiście! To będzie cztery tysiące sześćset dwadzieścia złotych.

 

Jacek wyciągnął plik wymiętoszonych banknotów i odliczył należną kwotę.

 

– Proszę o chwilę cierpliwości – rzucił staruszek, podając paragon Jackowi. – Zaniosę pierścionek naszej dekupażystce, aby panu ładnie zapakowała ten wyjątkowy prezent.

 

Po chwili staruszek przyszedł z przepięknym opakowaniem, zrobionym na kształt muszli pielgrzymiej. Sprzedawca powoli otworzył skorupę i pokazał Jackowi pierścionek.

 

– Teraz wygląda jak prawdziwa perła – powiedział z uśmiechem.

 

– Zajebiste – przyznał ucieszony Jacek.

 

Marcin, który do tej pory stał z boku, podszedł bliżej i przyjrzał się dokładnie dziełu dekupażystki.

 

– Jacek – powiedział spokojnie, acz głośno.

 

– No?

 

– Dzwoń na policję.

 

– Co?!

 

– To co słyszysz. Dzwoń na policję. Ten pan to oszust. Miły, ale wciąż oszust. I złodziej.

 

Staruszek zdziwiony otworzył szeroko oczy i spojrzał na Marcina.

 

– Co pan?! – krzyknął zdenerwowanym głosem sprzedawca. – Jak pan śmie?!

 

– To pan jak śmie – odarł twardo Marcin. – Jak pan śmie, z uśmiechem na twarzy, wciskać ten bubel mojemu przyjacielowi? I to za jego ostatnie oszczędności.

 

– Jaki bubel? Marcin, co ty gadasz?! – spytał zdenerwowany Jacek. – Mówiłeś, że ci się podoba!

 

– Bo tak było – przyznał Marcin. – Ale ten pierścionek nie ma nic wspólnego z tym, który oglądaliśmy wcześniej. Sprzedawca przyniósł ci w tej muszelce zwykłą podróbkę. To nawet nie jest złoto.

 

Staruszek wyglądał jakby raził go piorun. Stał sztywny i wystraszony.

 

– Tak, kurwa, chciałeś ze mną zagrać, stary zgredzie? – syknął Jacek. – Gardzisz plebsem, który przynosi kupony promocyjne? Już ja ci, gnoju, zgotuję promocję!

 

Jacek rzucił się przez ladę na staruszka, ale Marcin złapał go za ramię i zatrzymał. Nie sprawiło mu to większych kłopotów, jakby miał do czynienia z dzieckiem z podstawówki.

 

– Puść mnie! – ryczał Jacek. – Nogi mu z dupy powyrywam!

 

–Spokojnie – krzyknął Marcin i przydusił lekko Jacka. – Co zrobimy z tą sprawą, starcze? Wzywać gliny, czy masz może jakiś pomysł?

 

Sprzedawca trząsł się ze strachu, ale milczał.

 

– Jeżeli ty nie masz pomysłów, to ja coś zaproponuję – powiedział Marcin, wciąż trzymając Jacka. – Przynieś w tym momencie poprzedni pierścionek i oddaj całość kwoty, która dał ci mój przyjaciel, to uznamy, że całej sytuacji nie było.

 

Staruszek stanął sztywno.

 

– Liczę do trzech i go puszczam. – powiedział przez zęby Marcin – Raz… Dwa…

 

– W porządku – powiedział w końcu staruszek. – Proszę, o to pierścionek.

 

Marcin dokładnie przyjrzał się biżuterii. Ta była autentyczna.

 

– A oto pieniądze – sprzedawca wyciągnął plik w stronę Jacka. Mężczyzna uspokoił się i sięgnął po banknoty.

 

– Wychodzimy – rzucił Jacek.

 

– Jak najprędzej – przyznał Marcin.

 

Po kilku minutach pruli już szosą w stronę centrum. Marcin prowadził, a Jacek po krótkotrwałym szoku, szczerzył teraz zęby i podśpiewywał, licząc pieniądze.

 

– Wiedziałem, cholera, kogo wziąć ze sobą na zakupy! – krzyknął wesoło. – Skąd wiedziałeś, że to nie jest złoto? Nie sądziłem, że znasz się na takich rzeczach! Ciągle mnie, chłopie, zaskakujesz!

 

Marcin sam nie potrafił wyjaśnić, jak rozpoznał falsyfikat. Po prostu wiedział . Co więcej, czuł, że poznałby fałszywe złoto za każdym razem, gdyby próbowano go oszukać.

 

– Jedziemy na wódkę?! – uśmiechnął się szeroko Jacek, machając plikiem banknotów. – Ja stawiam!

 

– Wybacz, ale muszę odespać wczorajsze wojaże – odpowiedział Marcin. – Wysiądę pod blokiem, a ty jedź do Elki i oświadcz się tak, jak należy.

 

– Zupełnie o tym zapomniałem! – zaśmiał się Jacek. – Porządny z ciebie facet, Marcin.

 

– Dzięki.

 

– Nie dziękuj. Po prostu się nie zmieniaj.

 

Za późno.

 

***

 

Tym razem postanowił polecieć dalej na południe. Jeżeli wcześniej napotkał stado owiec, to osady ludzkie musiały znajdować się w ich pobliżu.

 

Sunął po powierzchni chmur, zostawiając za sobą dwie mgliste smugi. Na tej wysokości nie napotykał ptaków. W przestworzach to on był jedynym panem i władcą. Wszystko dookoła należało do niego i z nikim nie musiał się tym dzielić. Tak, jak lubił.

 

Noc chyliła się ku końcowi, a on wciąż leciał. W końcu wzeszło słońce, przeszywając promieniami obłoki. Smok obniżył lot i zdecydował skierować się w stronę wschodzącego słońca.

 

Po kilkunastu minutach usłyszał ciche grzmienie w oddali. Nie brzmiało jednak jak burza. Z każdą sekundą stawało się coraz głośniejsze.

 

Zaciekawiony Smok rozpruł gęstą chmurę i skierował się ku ziemi. Jego oczom ukazała się niezliczona rzesza ludzi.

 

Szli długim wężem, jeden obok drugiego, ciągnąc za sobą bydło i wozy wypchane dobrem. Wśród nich było wiele kobiet i dzieci. Jedni ledwo człapali nogami, inni podpierali na ramieniu towarzyszy, jeszcze inni byli ciągnięci na drewnianych wozach.

 

Po obu stronach kolumny szli uzbrojeni w łuki i lance mężczyźni. Na samym końcu pochodu, kilkadziesiąt koni ciągnęło uparcie kilkunastometrowy, pleciony z papirusu kosz. Prowadził ich siwobrody starzec wspierający się drewnianą laską.

 

Nareszcie.

 

Smok nie czekał, od razu runął na korowód. Usłyszał przeraźliwy krzyk i płacz. Kochał ten dźwięk. Zerwał pazurami z wozu wrzeszczące dziecko, rozpruł mu brzuch i rzucił krwawym strzępem w stronę uciekających kobiet, co spowodowało jeszcze większy wrzask.

 

Dobrze.

 

Próbowano do niego strzelać z łuków, ale strzały odbijały się od grubego pancerza. Dobrze wiedział, ze łucznicy celują w podbrzusze, ale zbyt długo żył na tym świecie, aby dać się trafić.

 

Uniknął zgrabnym manewrem rzuconej z wielką siłą dzidy i spadł całym ciężarem na rydwan. Przycisnął go do ziemi i rozsmarował woźnicę po twardym stepie na odcinku dwudziestu metrów.

 

Ludzie uciekali we wszystkie strony, ale równina ciągneła się po sam horyzont.

 

Będą widoczni z odległości kilku kilometrów. Dopadnę wszystkich.

 

Kilku jeźdźców podjechało do plecionego, papirusowego kosza. Smok zauważył, że jest z nimi siwobrody starzec. Stwór ryknął i ruszył w ich stronę. Nie zwracał uwagi na odbijające się strzały i śmiałków, którzy próbowali go dosięgnąć dzidami. Wiedział, że i tak wszyscy zginą.

 

Gdy smok był tuż przy nich, kosz otworzył się z trzaskiem, a w powietrzu rozległ się warkliwy dźwięk.

 

W niebo wzbił się monumentalny ptak o białych piórach, długiej czarnej szyi i równie długim i czarnym, zakrzywionym ku dole dziobie. Był prawie tak wielki, jak smok.

 

Ibis.

 

Smok wystrzelił w górę i zaatakował szyję ptaszyska. Nie trafił. Ibis zrobił zręczny manewr i wbił dziób w chitynowy grzbiet. Smok poczuł piekący ból, zasyczał, ale się nie cofnął. Machnął szponiastą łapą, ale ledwo dotknął śnieżnobiałych piór. Ptak znów zdążył uciec przed atakiem.

 

Jest szybki.

 

Smok odleciał na kilkanaście metrów i nabrał powietrza. Plunął ognistym podmuchem w stronę ptaka. Trawa na stepie zajęła się i w jednej chwili wybuchł ogromny pożar. Płomień wciąż wylewał się ze smoczego pyska, pokrywając całą okolicę ostrym, piekącym dymem.

 

Gdy smok przestał, słychać było już tylko jęki dogorywających i skwierczenie palonego, ludzkiego tłuszczu. Dym przysłaniał wszystko.

 

Czas na polowanie na tych, którzy uciekli.

 

Smok niespodziewanie poczuł, jak ostry niczym diament dziób przeszywa jego miękkie podbrzusze, przebija serce i wychodzi z grzbietu, roztrzaskując łuski.

 

Bestia runęła w sam środek pożaru, spadając bezwładnie na rozłożone skrzydła.

 

Ibis podleciał do dogorywającego smoka i wylądował lekko na palącej się trawie.

 

Płomienie nie wyrządzały mu krzywdy. Ptak pochylił się nad smokiem i spojrzał na niego swoimi czarnymi jak onyks oczyma. Następnie wsadził w ranę dziób i go otworzył.

 

Smok ryknął rozpaczliwie. Ibis rozerwał klatkę piersiową smoka i wyciągnął, na końcówce dzioba, wciąż bijące serce.

 

A potem je zjadł.

 

***

 

Obudził wszystkich mieszkańców o godzinie czwartej czterdzieści sześć. Niefortunnie spadł na przystanek autobusowy, który znajdował się tuż przed blokiem. Siła uderzenia była tak wielka, że ciało rozprysło się po asfalcie w promieniu pięćdziesięciu metrów.

 

Policja uznała, że identyfikacja na podstawie zwłok będzie niemożliwa dopóty, dopóki nie zostaną przeprowadzone badania DNA.

 

To czego nie potrafiły zrobić służby porządkowe, udało się uczynić sąsiadom. Stwierdzono, że tragicznie zmarły to Marcin Matysik. Identyfikacja była możliwa po resztkach koszuli, na której widniał napis: Meat of Dragon – Zakłady PME w Katowicach.

 

Koniec

Komentarze

Bardzo ciekawy pomysł, może nawet kilka, przyjemnie się czytało.

Czterysta dolarów za gram to jeszcze nie najdroższy produkt.

Efekt cieplarniany powodujący, że robi się zimniej jakoś tak dziwnie wygląda.

Najpierw oblewają zaręczyny, później kupują pierścionek? Faceci…

Jeśli chodzi o język, “to” odmienia się trochę inaczej niż sądzisz, sporadyczne literówki, ale nie jest źle.

Po co Ci puste linijki między akapitami?

Babska logika rządzi!

Dziękuję za lekturę i uwagi :)

 

Czterysta dolarów za gram to jeszcze nie najdroższy produkt.

 

Miałem na myśli pokarm. (nawet cena białych trufli jest niższa). Biłem się z myślami, czy nie wycenić mięsa na czterysta tysięcy, ale nie chciałem przesadzić. Oczywiście kamienie szlachetne są droższe, ale nie są dobrem, że tak powiem, jednorazowego użytku.

 

Efekt cieplarniany powodujący, że robi się zimniej jakoś tak dziwnie wygląda.

 

Napisane celowo. Wielu naukowców uważa, że efekt cieplarniany może spowodować ochłodzenie w danym regionie (głównie półkula północna). 

 

Najpierw oblewają zaręczyny, później kupują pierścionek? Faceci…

 

Celowe :) Zauważ, że Jacek po wizycie w sklepie zapomina o tym, że ma sie oświadczyć. :) Dzień wcześniej oblewają podjęcie przez niego tak “odważnej” decyzji :)

 

Jeśli chodzi o język, “to” odmienia się trochę inaczej niż sądzisz

 

Wciąż z tym walczę :)

 

Po co Ci puste linijki między akapitami?

 

Sądziłem, że będzie bardziej przejrzyście. W moim pliku pdf. mam klasyczny zapis.

 

Dziękuję jeszcze raz,  że sie podjęłaś lektury, mimo dwudziestu minut spóźnienia.

 

Pozdrawiam!

“Moje słowa nie odpowiadają moim myślom, a to poniża moje myśli.” F. Dostojewski

A, nie napisałam o tym. Loża zadecydowała o zakwalifikowaniu tekstu do konkursu. A co do lektury, to i tak był mój dyżur.

Piszesz o sobie “miałem”, “biłem”, ale w profilu zaznaczyłeś, że jesteś kobietą. Zdecyduj się. ;-)

Babska logika rządzi!

Hah! Szybciej napisałaś komentarz, niż poprawiłem dane :) To przez pośpiech przy tworzeniu profilu 15.01. Jestem ON :)

“Moje słowa nie odpowiadają moim myślom, a to poniża moje myśli.” F. Dostojewski

Świetny pomysł, nie sądziłem, że wciągnę się tak w opowiadanie o pracowniku przetwórni mięsa ;)

Od momentu wpadnięcia do flaków już raczej dosyć przewidywalnie, chociaż zakończenie niespodziewane. Wykreowany świat, język, opisy akcji, bohaterowie, wszystko bardzo na plus. Na plus również golf XII ;)

Z jakichś bardziej rażących błędów, które zauważyłem to:

”Uniknął zgrabnym unikiem” – ale to jest tak ewidentne, że pewnie wynika z kilkukrotnej zmiany koncepcji tego zdania.

“Marcin wyciągnął plik wymiętoszonych banknotów…” –  z kontekstu rozumiem, że to Jacek wyciągnął kasę, chyba że, Marcin po awansie zaczął szastać hajsem na tyle, żeby fundować kolegom pierścionki zaręczynowe ;)

Generalnie bardzo przyjemna lektura stawiam 5 z czystym sumieniem i powodzenia przy kolejnych opowiadaniach!

No nieźle.

Skoneczny: Dziękuję za tak wysoką ocenę :)

Co do unikniętych uników, to oczywiscie masz rację (już poprawione). Co do Marcina – sponsora, to mój błąd. Za dużo Jacków i Marcinów nagromadziło się w tamtym fragmencie :)

 

Golf XII – pewne rzeczy się zmieniają, inne niekoniecznie :)

“Moje słowa nie odpowiadają moim myślom, a to poniża moje myśli.” F. Dostojewski

Obydwoje palili papierosy własnej roboty. – Jcek i Esesman to faceci, więc obaj, ew. obydwaj 

Tuż nad ziemią usłyszał paniczne bekanie owiec. – a czegóż to te owce się nażarły, że tak im się bekało? Chodziło Ci o beczenie!

aby zmusić bydło do natychmiastowej zmiany kierunku ucieczki – bydło to krowy, a smok zabawia się z owieczkami

Jadąc mikołowską, Marcin patrzył w sine niebo – Mikołowska to ulica, więc dużą literą

 

Miło się czytało, bardzo ciekawy pomysł.

Powodzenia!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Jedyna rzecz, do której tak naprawdę i z premedytacją mógłbym się doczepić, to opis smoczej anatomii. Rozumiem, że to fantastyk i tak dalej, ale wszystkich obowiązują takie same prawa fizyki i biologii. Po prostu nie można mieć dodatkowego narządu w płucach – można mieć narząd obok płuc, połączony z tchawicą, oskrzelami czy czymkolwiek innym. Nie można mieć ślinianek produkujących glicerynę. Ślinianki produkują ślinę, gliceryna nie jest śliną. Można miecz oczywiście gruczoł produkujący glicerynę, ale to już nie będzie ślinianka. Ot, takie tam czepiactwo.

Kod dostępu do odpadowni to oczywiste mistrzostwo świata.

Opowiadanie czyta się bardzo przyjemnie. Stylistycznie mogło by być trochę lepiej, ale nie zamierzam być w tej kwestii drobiazgowy. Trochę żałuję, że fabularnie nie skupiłeś się bardziej na historii Marcina w zakładzie mięsnym, bo to wydaje mi się o wiele bardziej oryginalne od smoczej walki, ale w ogólnym rozrachunku i tak jest bardzo dobrze.

Bemik: Dziękuję za uwagi (za Mikołowską i bekanie trochę mi wstyd), ale o bydło powalczę, bo sam zawsze takie rzeczy sprawdzam, żeby tekst był przekonywujący. Źródło: wikipedia (tak, wiem to żadne źródło).

Bydło – ogólna nazwa zwierząt hodowlanych z rodziny krętorogich hodowanych celem uzyskania mleka, mięsa, tłuszczu, skóry oraz siły pociągowej.

Wchodząc na rodzinę krętorogich, znajdujemy także owce (w kozłowatych).

 

vyzart: Dzięki za miłe słowa członka loży. Co do budowy organów, to nie chciałem, aby wyszedł mi jakiś pseudo-naukowy bełkot :) W wolnym czasie przeczytam któryś z twoich tekstów.

 

Pozdrawiam!

“Moje słowa nie odpowiadają moim myślom, a to poniża moje myśli.” F. Dostojewski

A wiesz, weszłam sobie w to hasło “bydło” i teoretycznie masz rację. Tyle że obok są zdjęcia i choć znalazłam nawet grzybka w otoczeniu wrzosów i portret jednego polityka, to owieczki nie znalazłam żadnej wink I nigdy nie słyszałam, aby ktokolwiek o owcach powiedział bydło.

EDIT: A w wikisłowniku pkt 1.2 jest tak: w polskiej systematyce biologicznejudomowieni potomkowie tura i to wydaje mi się właściwe.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Mój wniosek: kwestia jest na tyle sporna, że nawet wikipedia jest sprzeczna :)

No, ale nie jest to słowo, o które musiałbym walczyć do upadłego, a skoro czytelnika w oczy kole, to może i warto je zmienić :) (Ale to już po ogłoszeniu wyników).

 

EDIT: “Do krętorogich należą udomowione gatunki bydła oraz kozy i owce. Dzikie gatunki są traktowane przez człowieka jako zwierzyna.“ – sprawa jest jasna, będzie trzeba zmienić :)

“Moje słowa nie odpowiadają moim myślom, a to poniża moje myśli.” F. Dostojewski

Przeczytałam z zainteresowaniem. Mimo że tekst nie należy do najkrótszych, jak zaczęłam, chciałam skończyć jeszcze dzisiaj ; ) Fajna koncepcja, jeszcze ciekawsza kreacja świata, wykonanie niezłe.

 

Jako klimatolog potwierdzam, że ocieplenie klimatu w skali globalnej może powodować różne dziwne zjawiska w skali lokalnej, również na przestrzeni lat, nie tylko okazyjnie (a tak przynajmniej mądrzą się badacze ; P).

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

joseheim: Mam nadzieję, że się chociaż wyspałaś :) Cieszy mnie, że Cię ta historia wciągnęła, gdyż na tym zależało mi najbardziej, gdy pisałem to opowiadanie.

“Moje słowa nie odpowiadają moim myślom, a to poniża moje myśli.” F. Dostojewski

Przeczytałem. Wskrzeszenie i mamutów, i stworów bajkowych, lekko mi nie współgra, ale bądź wola Twoja, Autorze. Skądś tego smoka wytrzasnąć musiałeś… :-)

Dziękuję za lekturę i uwagi :) Smoki były motywem wyjściowym. To raczej mamuty dodane zostały  do tego opowiadania póżniej :) Także od samego początku moim zamysłem było połączenie tych dwóch różnych kategorii zwierząt :)

“Moje słowa nie odpowiadają moim myślom, a to poniża moje myśli.” F. Dostojewski

Dobry tekst! Wciągający, zabawny, całkiem porządnie napisany. yes

Sorry, taki mamy klimat.

Opowiadanie faktycznie wciągające i porządnie napisane. Kilka drobiazgów, które rzuciły mi się w oczy, nie psuje efektu i nie przeszkadza za bardzo. Szkoda mi tego Marcino-smoka :( Jak dla mnie za szybko z nim skończyłeś.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję bardzo za komentarz, śniąca, i tobie, Sethraelu, za przyklepanie biblioteczki. To bardzo budujące, że mój debiut na tym portalu jest tak ciepły i motywujący. Aż chce się pracować dalej!

“Moje słowa nie odpowiadają moim myślom, a to poniża moje myśli.” F. Dostojewski

Ha! Nareszcie dotarłam. Dobre, wciągające opowiadanie, choć fragmenty z pracy Marcina znacznie lepsze imo niż te “smocze”. Co do smoczej anatomii – zgadzam się z Vyzartem. Prócz tego zgrzytało mi strasznie to zachłyśnięcie się żółcią – wierz mi, jakby do płuc Marcina dostała się żółć, to wpływ tej kąpieli na psychikę stałby się naprawdę nieistotnym problemem, bo gość byłby zbyt zajęty umieraniem z powodu ARDS.

Ale pomysł świetny, klimat zacny – plask w Bibliotekę:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Bardzo ciekawy tekst. Dowód na to, że ze smoków, wielokrotnie przemielonych, nadal można zrobić kawał smakowitego, świeżego mięsa.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Medal dla Ciebie, AlexFagus, za wspomnienie o ARDS! Jest to jedna z rzeczy, które w tekście pojawiają się na tyle subtelnie, że trzeba mieć niezłego nosa, aby je wyniuchać. ARDS objawia się do 72h od nieszczęśliwego wypadku, a początkowe objawy to uczucie duszności i niemożności złapania oddechu.

Z jednej strony zwierzęcy zew, a z drugiej pierwsze objawy niewydolności płuc.

Stąd w tekście: Po kilkuset metrach tunel rozszerzył się, więc smok mógł wyprostować skrzydła. Świeże, mroźne powietrze uderzyło go w pysk niczym taran.

Albo: Jadąc Mikołowską, Marcin patrzył w sine niebo. Gęste, szare chmury kotłowały się, sunąc na południe. Marcin nie potrafił dostrzec słońca. Poczuł, że bardzo chciałby się znaleźć ponad tym sufitem spalin, gdzie złapałby głęboki oddech nieskażonego powietrza.

Od nieszczęśliwej kąpieli do skoku z bloku minęło trochę więcej niż dwadzieścia cztery godziny, więc nasz Marcin oszczędził sobie sam umierania w agonii :)

Takich pstryczków w nos jest w tekście jeszcze kilka. Starczy powiedzieć, że tego przerośniętego ptaszyska też nie umieściłem sobie od tak i jest swoistą odpowiedzią na jedno z pytań zadanych na początku tekstu.

Beryl: Mielonka z dragona, mimo iż byłby to MOM, to mogłaby być smakowita.

Dziękuję za lekturę i ciepłe słowa. No i za przyklepanie punktu do biblioteki, AlexFagus :)

“Moje słowa nie odpowiadają moim myślom, a to poniża moje myśli.” F. Dostojewski

Bardzo dobrze napisane.

Historia też w miarę nietuzinkowa. Choć zakończenie trochę za szybkie. Bohater dopiero poznaje nowego siebie. Smocze fragmenty wyszły najsłabiej, osobliwy paradoks, zważywszy, że to w nich dzieje się najwięcej.

 

Przeczytałem z przyjemnością.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Bardzo zacny pomysł, nieco gorsze wykonanie. Mimo wszystko czytało się świetnie, a najbardziej podoba mi się, że rzecz dzieje się w naszym pięknym kraju ojczystym, na ruinach Huty Katowice, że nie osadziłeś całej historii w jakimś innym gdzieindzieju.

Śmiała wizja niedalekiej przyszłości – bohater wraca do domu metrem, że nie wspomnę o asortymencie przetwarzanym w opisanej przetwórni – dobrze świadczy o Twojej wyobraźni i mam nadzieję, że MoD, nie jest Twoim ostatnim słowem. ;-)

 

Prze­ki­cha­ne, jak to mó­wi­li zło­śli­wi do tych, któ­rzy na tym dzia­le pra­co­wa­li.Prze­ki­cha­ne, jak to mó­wi­li zło­śli­wi do tych, któ­rzy w tym dzia­le pra­co­wa­li.

 

Od dziś już nic nie bę­dzie takie same! – Od dziś już nic nie bę­dzie takie samo!

 

Męż­czy­zna od­po­wia­dał za ga­zo­wa­nie stwo­rzeń przy­wo­żo­nych do prze­twór­stwa.Męż­czy­zna od­po­wia­dał za ga­zo­wa­nie stwo­rzeń przy­wo­żo­nych do prze­twór­ni/ przetworzenia. Lub, jeśli masz na myśli zakład w którym pracuje Andrzej Esesman: Męż­czy­zna od­po­wia­dał za ga­zo­wa­nie stwo­rzeń przy­wo­żo­nych do Prze­twór­stwa.

 

I tak już wszy­scy na mnie za­glą­da­ją, gdy  wra­cam me­trem do domu. – Zaglądać można do kogoś/ czegoś, ale nie na kogoś. Na kogoś można spoglądać.

 

…przed wej­ściem do biura Dy­rek­to­ra Jó­ze­fa Helca. – Dlaczego dyrektor wielką literą?

 

Padły chło­dziar­ki w cię­ża­rów­kach i trzy tony fi­le­tów z moa jest do wy­rzu­ce­nia.Padły chło­dziar­ki w cię­ża­rów­kach i trzy tony fi­le­tów z moa do wy­rzu­ce­nia.

 

Na po­sadz­ce znaj­do­wał się błysz­czą­cy czar­no–biały gres uło­żo­ny w sza­chow­ni­cę. – Wydaje mi się, że gres nie znajdował się na posadzce, gres był posadzką.

 

więc ner­wo­wo wziął ko­lej­ny łyk whi­skey. – Czym/ w co wziął alkohol?

Proponuję: …więc ner­wo­wo upił ko­lej­ny łyk whi­skey.

 

z po­cząt­ku zo­sta­ła zde­fi­nio­wa­nia jako nie­zna­ny ga­tu­nek di­no­zau­ra. – Literówka.

 

Zwie­rze także po­sia­da­ło śli­nian­ki bo­ga­te w gli­ce­ry­nę. – Literówka.

 

czter­dzie­ści ty­się­cy do­la­rów za sto gram. – …czter­dzie­ści ty­się­cy do­la­rów za sto gramów.

 

Po ob­rób­ce ło­pat­ka wy­glą­da­ła le­piej, niż po­lę­dwi­ca z Ma­mu­ta. – Dlaczego mamut wielką literą?

 

Po­cią­gnął de­li­kat­nie za kie­row­ni­cę wi­dła­ka i ru­szył w jego stro­nę.Po­cią­gnął de­li­kat­nie kie­row­ni­cę wi­dła­ka i ru­szył w jego stro­nę.

 

Przy wyj­ściu z za­kła­du cze­kał na niego Jacek i Es­es­man.Przy wyj­ściu z za­kła­du cze­kali na niego Jacek i Es­es­man.

 

Sta­lag­mi­ty ście­ka­ły słod­ką, kry­sta­licz­nie czy­stą wodą. – Stalagmity nie ściekają, to woda ścieka po nich.

 

Wszyst­kie ka­gan­ki, które wi­sia­ły pod skle­pie­niem, za­chy­bo­ta­ły i wznie­ci­ły cie­pły, po­ma­rań­czo­wy pło­mień. – Płomień wzniecił smok, kaganki zapaliły się/ rozjarzyły. Ponieważ było wiele kaganków, zajaśniało wiele płomieni.

Proponuję: Wszyst­kie ka­gan­ki, które wi­sia­ły pod skle­pie­niem, zakołysały się i zajaśniały/ zalśniły mnóstwem cie­płych, po­ma­rań­czo­wych pło­mieniami.

 

Bez za­sta­no­wie­nia zła­pał za bu­dzik i rzu­cił nim o ścia­nę.Bez za­sta­no­wie­nia zła­pał bu­dzik i rzu­cił nim o ścia­nę.

 

splu­nął do wia­der­ka, które le­ża­ło obok łózka. – …plu­nął do wia­der­ka, które stało obok łóżka.

Z wiaderka, które leży, wszystko się wyleje. ;-)

 

Gdzie je­dzie­my po ten pier­ścio­nek?Dokąd je­dzie­my po ten pier­ścio­nek?

 

Mar­cin spoj­rzał na tek­tu­ro­wą kart­kę… – Kartka, to kawałek papieru, strona w zeszycie lub książce; kawałek tektury nie jest kartką.

Proponuję: Mar­cin spoj­rzał na kartonik

 

gdzie zła­pał­by głę­bo­ki od­dech nie­ska­żo­ne­go po­wie­trza. – Oddech, to wdech i wydech. Można głęboko oddychać, ale nie można złapać głębokiego oddechu powietrza.

Proponuję: …gdzie mógłby głęboko oddychać nieskażonym powietrzem.

 

–Spo­koj­nie – krzyk­nął Mar­cin i przy­du­sił lekko Jacka. – Brak spacji po pierwszej półpauzie.

 

Pro­szę, o to pier­ścio­nek.Pro­szę, oto pier­ścio­nek.

 

Po pro­stu wie­dział . – Zbędna spacja przed kropką.

 

Jedni ledwo czła­pa­li no­ga­mi, inni pod­pie­ra­li na ra­mie­niu to­wa­rzy­szy… – Człapać nogami to tak jak iść nogami – trochę bez sensu. Podpierać można się czymś, nie na czymś.

Proponuję: Jedni ledwo czła­pa­li/ powłóczyli nogami, inni ws­pie­ra­li się/ opierali się na ra­mi­onach to­wa­rzy­szy

 

Do­brze wie­dział, ze łucz­ni­cy ce­lu­ją w pod­brzu­sze… – Literówka.

 

ale rów­ni­na cią­gnła się po sam ho­ry­zont. – Literówka.

 

i rów­nie dłu­gim i czar­nym, za­krzy­wio­nym ku dole dzio­bie. –…i rów­nie dłu­gim, i czar­nym, za­krzy­wio­nym ku dołowi dzio­bie.

 

Ptak po­chy­lił się nad smo­kiem i spoj­rzał na niego swo­imi czar­ny­mi jak onyks oczy­ma. – Czy ptak mógłby spojrzeć cudzymi oczyma?

Czasami zaimki są zupełnie zbędne.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za lekturę i wskazówki. 

Nazgul: Cieszy mnie myśl, że opowiadanie skończyło się dla Ciebie za wcześnie. To oznacza, że miałeś ochotę czytać dalej :)

 

regulatorzy, możesz być pewna, że to nie jest moje ostatnie słowo :)

Wiedziałem, że, gdy ty przeczytasz tekst, to wyłapiesz naprawdę sporo rzeczy do poprawienia :)

Cenna czytaczka z Ciebie. Dziękuję za przyklepanie biblioteki!

 

Pozdrawiam!

“Moje słowa nie odpowiadają moim myślom, a to poniża moje myśli.” F. Dostojewski

Vaevictis, dziękuję za uznanie i bardzo się cieszę, że mogłam pomóc, a najbardziej raduję mnie Twoja deklaracja – czekam na kolejne opowiadanie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, to było ciekawe. Masz trochę błędów interpunkcyjnych (przede wszystkim koniecznie sprawdź, kiedy niekoniecznie musisz postawić przecinek przed “niż”). Podobnie jak Bemik te owce to bydła mi nie pasowały, nawet chciałam sprawdzić po przeczytaniu, ale widzę, że dyskusja się już odbyła. :)

No i tak jak większości – fragmenty w fabryce bardziej mnie urzekły niż te smocze (chociaż te drugie też niczego sobie. Gdzie on w Katowicach znalazł tyle kebabów z baraniną?! Ale ok, to przyszłość… ;)). Podobało mi się też to, że – o ile dobrze zrozumiałam – nie nastąpiła realna transformacja w smoka, tylko Marcin zyskał coś jak smoczą pamięć genetyczną.

No i co? Zaczęłam tylko czytać, myśląc, że skończę wieczorem. I nawet nie zauważyłam, kiedy , ni z tego ni z owego, zobaczyłam słowo “koniec”. Podobało mi się.

Ciekawy pomysł z zakładem mięsnym, w którym przetwarzane jest mięso mamucie, czy smocze. Pierwsza część tekstu, której akcja rozgrywa się właśnie w pracy Marcina, wzbudziła moje zainteresowanie i zwiększyła oczekiwania względem dalszego ciągu. Fajnie pomyślany był moment zwrotny całej historii, dzięki czemu kolejny fragment opowiadania owiany był aurą pewnej tajemniczości, ale też grozy. odniosłem jednak wrażenie, że można to było wykorzystać w jeszcze większym zakresie, zostało Ci do użycia jeszcze kilkanaście tysięcy znaków. Finał również na plus.

Ogólnie zaciekawiłeś mnie i nie nudziłem się w trakcie lektury. Wrażenie jak najbardziej pozytywne.  

Fajne :)

Nowa Fantastyka