- Opowiadanie: złotokopytny - Magia medycyny

Magia medycyny

W starej księdze plemienia Waniti napisano:

,,Zielony smok w niewidzianej dotychczas potędze przeciwko wrogowi stanie zaatakowany. W czasie starcia rozstąpią się sosny i przybędzie Zza Lasu. Wtedy smok straci siły, przerażony powiewem Ziemi, nigdy wcześniej niedoświadczonym i będzie w letargu. Krótko. Jednak wrogowie zostaną doświadczeni gorzej - wymrą - walka ustanie''.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Magia medycyny

-Tak, słuchaj, straszne są korki. Nie wiem, z godzinę chyba będziemy stali. A w drugą stronę nic. Za chwilę jest skrzyżowanie, spróbuję zawrócić i inaczej objechać…  

-Zakaz jest – rzuciła z tylnego siedzenia Laura. Jej ojciec tylko machnął ręką kontynuując rozmowę przez telefon. Powoli dojeżdżali do świateł, a zawracając wjechali prosto pod jadący tramwaj.

***

Długo szłam, niezbyt świadoma tego, gdzie jestem. Czasem słyszałam głosy ludzi, ale świat, w którym się znajdowałam, to nie był mój świat. Jakaś pani prosiła o podanie jej karty pacjenta, mrucząc pod nosem ,,ach, szkoda mi jej… nieuwaga zawsze przynosi złe wyniki. I dotyka niewinnych. Chociaż z drugiej strony może jest teraz na lepszym świecie…'' uśmiechnęła się do siebie (tak, takie rzeczy też się słyszy) potem chyba wyszła. Bardzo wyraźnie wybrzmiał za to głos mojego taty – ,,O Boże, co ja zrobiłem…''.

A więc to tak… wniosek z usłyszanych chwilę wcześniej słów nasuwał się sam. Byłam martwa? Coraz wyraźniej przypominałam sobie wypadek, ale im bardziej skupiałam się na rzeczywistości, tym bardziej zamazane było wszystko dookoła. Trudno. Właściwie… szkoda. Ale skoro jestem tutaj, to chyba muszę się trochę zorientować – myślałam, wciąż maszerując. Szłam przed siebie, przez las, licząc na to, że to właśnie za nim znajdę jakiś cel wędrówki albo kogoś żywego – choćby i tylko tu – tak samo, jak ja. Z dala słychać było jakieś krzyki, wycia i porykiwania. Dochodząc do końca drzewostanu rozchyliłam gałęzie sosen, zasłaniające mi widok i przed oczami stanęło mi olbrzymie pole bitwy. Bynajmniej nie walczyli tam ludzie – zawsze właśnie tak wyobrażałam sobie elfy. Nad jedną grupą walczących powiewał sztandar z czymś przypominającym zieloną papugę, z drugiej strony zaś na niebieskim płótnie srebrzył się potężny hipopotam ze skrzydłami jak u ważki. 

Nagle jeden z wojowników, gdy tylko mnie zobaczył. stracił całe zainteresowanie bitwą. Wbił we mnie swój przenikliwy, orli wzrok, po czym krzyknął na całe gardło ,,zwycięstwo!''. Krótko potem, kiedy okrzyk radości nie zdążył dotrzeć nawet do połowy ogromnego pola walki, wojownicy padli na ziemię nieprzytomni, upadając po kolei, jak kostki domina. Cała sytuacja trwała może pół minuty.

Ja siedziałam wciąż ukryta w lesie, czekając, co dalej się wydarzy, oczywiście dość mocno zdezorientowana. Nie działo się nic. Miałam nawet zamiar już odejść, poszukać innej drogi, innego celu i innych ludzi, ale do moich oczu dotarły powolne ruchy – jeden z elfów (tych spod sztandaru zielonej papugi), barczysty i wąsaty, wstał, po czym otrzepawszy się z pyłu powiedział kilka słów do dźwigającego się z ziemi towarzysza. Ten tylko skinął głową, po czym odszedł w nieznanym mi kierunku, natomiast barczysty, korzystając z zamieszania, jakie powstawało, kiedy kolejni mężczyźni powracali do życia po, co najmniej dziwnej, masowej utracie przytomności, zaczął się do mnie zbliżać. Zapewne bym się go przestraszyła, tym bardziej że budowy ciała mógłby mu pozazdrościć niejeden bokser, gdyby nie to, że cały wprost promieniał radością, co sprawiało, że i ja chciałam roześmiać się razem z nim.

-Witaj, Zza Lasu! – powiedział, kierując te słowa wyraźnie do mnie – Nawet nie wiesz, jaką radość nam sprawiłaś przychodząc! Martwiliśmy się już poważnie rozstrzygnięciem tej wojny… Nie chowaj się już, jest bezpiecznie. Asznur dał nam zwycięstwo i poskromił wrogów! Chwała Asznurowi!

Za namową wojownika, który przedstawił się jako Nauri, opuściłam swoją dotychczasową kryjówkę. 

– Przepraszam, ale z tego, co mówisz, wynika, że miałam jakiś wpływ na wasze zwycięstwo, czego zupełnie nie rozumiem… Tylko siedziałam w krzakach – to było aż takie ważne? – zapytałam, śmiechem maskując ogromne zdziwienie  – Ważne było samo to, że się tu pojawiłaś. Od dawna żyliśmy nadzieją spełnienia pewnej przepowiedni z naszej świętej księgi. Wraz z twoim przybyciem spełniło się proroctwo naszego zwycięstwa. Jeżeli jednak pozwolisz – udaj się z nami do króla. Poprosiłem Memlina, żeby uprzedził go o twoim przybyciu i przekazał radość wygranej. Wielki Alammal osobiście cię przyjmie. Zresztą chyba tylko on będzie w stanie odpowiednio cię ugościć. Zgodziłam się chętnie, licząc na to, że od króla uda mi się dowiedzieć czegoś więcej o mnie, mojej sytuacji i otaczającej mnie krainie.

 Nie wędrowaliśmy długo, ale nawet w czasie krótkiego przejścia zdołało oszołomić mnie bajkowe piękno krajobrazu. Ciała poległych w zakończonej przed niespełna godziną walce porastały już kępy trawy i kwiaty. Mniejszą część stanowiły kwiaty wilczomlecza, reszta łąki srebrzyła się błękitnie, połyskując odcieniami niebieskiego od chabrowego, przez indygo i lazurowego po cyjanowy, tworząc dywan o cudownej barwie. Podejrzewałam, że zielonych kępek było mniej, ze względu na to, że mniej było zmarłych spod sztandaru papugi. 

Szliśmy chwilę wzgórzami, wzdłuż linii lasu sosnowego, z którego się wyłoniłam, a w czasie drogi Nauri opowiedział mi historię tajemniczej przepowiedni i ich oczekiwania. Rozmawiając, dotarliśmy do pałacu królewskiego. Alammal – władca – wyszedł z kilkoma członkami swojej świty, by mnie powitać. Po uroczystej uczcie (która na szczęście nie przedłużała się w nieskończoność) zostałam zaproszona do monarszego gabinetu.  Był utrzymany w stylu klasycystycznym, bardzo ładnie skomponowany w czerwieni i złocie, tak że wiszący na ścianie zielony herb z papugą elegancko i wyraźnie się od niej odcinał. Usiedliśmy na fotelach ustawionych wokół okrągłego, inkrustowanego stolika, po czym król poprosił służbę o 2 filiżanki lirbaty – jak się potem okazało, był to ciepły, słodki napój o smaku liczi i banana, przygotowywany z ich liści.  Czekając na niego, zaczęliśmy rozmowę.– Droga Zza Lasu! (Zaczęłam się już nawet przyzwyczajać do mojego dziwnego imienia. Nie czułam potrzeby, żeby wszyscy nazywali mnie tu Laurą…) – zaczął władca. – Na początek chcę podkreślić jeszcze raz, jak wszyscy cieszymy się z twojego przybycia. W związku z twoją nieocenioną pomocą, możesz zawsze liczyć w naszym świecie na wszelkie honory i godności. Możesz mieszkać w pałacu tak długo, jak tylko będziesz chciała. Nie wiem, czy w inny sposób mógłbym ci się odwdzięczyć – jeśli jest coś, czego potrzebujesz, wiedz, że zawsze jestem gotów służyć ci pomocą! – zapewnił.

– Niech Wasza Wysokość nie odbierze moich słów jako obrazę – wasz kraj bardzo mi się podoba, zwłaszcza ze względu na piękno przyrody, ale chciałabym jakoś wrócić do domu… Właściwie to nie bardzo wiem, w jaki sposób się tu dostałam, nie mam też pojęcia, jak trafić z powrotem.

-Spodziewałem się, że o to zapytasz. Powrót niestety nie będzie należał do najłatwiejszych. O tym, jak wrócić, mówi inna przepowiednia, jednak jest niepełna.  Urywa się już na samym początku. Ocalała część brzmi „żeby dojść do siebie, Zza Lasu wyruszy…”. Reszta spłonęła wieki temu. Nie zachowała się żadna jej kopia.

-Czyli zupełnie nie wiadomo, co mam zrobić… – bardziej stwierdziłam, niż zapytałam.

-Nie do końca. Długo zastanawiano się nad tym, jak oczekiwany Zza Lasu będzie mógł wrócić do swojej krainy, jeśli będzie tego chciał. Pamiętasz coś z twojego życia na ziemi? – spytał nagle zaciekawiony, ale nie miało to chyba dużego związku z odsyłaniem mnie tam, skąd przyszłam.

-Pamiętam… że miałam wypadek. – Nie chciałam wspominać o tym, że najprawdopodobniej w moim świecie już mnie nie ma. Jako kto miałabym wrócić?… Mimo to chciałam spróbować.

– Dobrze, przejdźmy zatem do rzeczy. Jak zapewne wiesz, istota zwana człowiekiem składa się z kilku płaszczyzn. Dokładniej mówiąc, rozróżniamy 4: społeczną, umysłowo-emocjonalną, fizyczną i duchową, nazywaną też religijną. Żeby móc wrócić do siebie, musisz przywrócić te wszystkie płaszczyzny do stanu równowagi. Odżywić. Zrewitalizować.

-Od-żywić. Zre-witalizować.– powtórzyłam mechanicznie, odrobinę przestraszona. Albo mi się wydawało, albo Alammal celowo tak akcentował i dzielił słowa. Wiedział? Nie mogłam nic odczytać z wyrazu jego twarzy. Nie, wcale też nie chciałam o to pytać…

– Musisz stworzyć lek – kontynuował król – nie wiadomo, z jakich składników, bo każdy potrzebuje innych.

– Rozumiem. Będę zatem musiała spróbować. Mam się jakoś przygotować do wyprawy?

– Jeżeli tylko chcesz, możesz wyruszyć. Jednak wiedz, że w pałacu też możesz zostać na zawsze. Nie musisz się przygotowywać. Wyznaczę ci przewodnika. Na pewno będzie ci łatwiej poruszać się po naszej krainie z kimś, kto ją zna. Będzie nim smok. Aran. Nie odmówi mi tej przysługi, na pewno się tobą zajmie. Kiedy chcesz wyruszyć? 

-Najlepiej jutro. Z samego rana. 

 

***

Noc spędziłam wybornie – pałac odpowiadał swoim standardem co najmniej  pięciogwiazdkowemu hotelowi. Służba była wyjątkowo miła – nie narzucała się ze swoją obecnością, ale kiedy chciało się o coś poprosić (na przykład o lirbatę, która bardzo przypadła mi do gustu), od razu była gotowa spełnić moją prośbę. Jednak w czasie tego jednego popołudnia, spędzonego w pałacu Alammala, zrozumiałam, że pomimo wszelkich wygód chyba nie byłabym w stanie tam żyć. Szybko znudziłaby mnie panującą wokół idylla. Od zawsze lubiłam przygody.

 Właśnie dlatego nad ranem nie mogłam się już doczekać chwili, kiedy Alammal przedstawi mi mojego przewodnika. A stało się to bezpośrednio po śniadaniu.

Kiedy tylko wyszłam z pałacu, zobaczyłam na krużganku króla z zieloną papugą na ramieniu. Obok niego stał też dość mocno wypchany, solidny plecak, jak się domyślałam, przygotowany specjalnie dla mnie.

– Dzień dobry – powiedziałam radośnie – Kiedy pojawi się mój przewodnik?

– Już tutaj jest. – zdziwił się król – Oto Aran – odpowiedział Alammal, wskazując na ptaka.

– On? – zaczęłam się śmiać na całe gardło – Przecież to nie jest smok, tylko papuga…

Milczenie dwóch towarzyszących mi postaci przekonało mnie, że byłam w ogromnym błędzie. Aran był smokiem. Prawdziwym smokiem. I to w dodatku smokiem bardzo w tym momencie na mnie obrażonym.

-Jestem smokiem i nie brakuje mi nic ze smoczości, młoda damo – popatrzyłam na niego jeszcze raz i mimo wysiłku nie mogłam powstrzymać chichotu. Kto nie może mnie zrozumieć, niech wyobrazi sobie gadającą papugę, zapewniającą miauczącym falsetem, że wcale tą papugą nie jest.

– Przestań się głupio śmiać – skarcił mnie. Jeśli mamy wyruszać, ruszajmy. Chociaż jeśli masz zamiar dalej tak obraźliwie mnie nazywać, to zapewniam, że nigdzie z tobą nie pójdę, natomiast z miłą chęcią zostawię cię na pierwszym rozdrożu.

Kiedy się uspokoiłam, przeprosiłam go, wyjaśniając, że w moim świecie ludzie zupełnie inaczej wyobrażają sobie smoki, ale nie chciał mnie słuchać, nie zaszczycił mnie już też ani jednym spojrzeniem. Pożegnawszy się z królem i częścią służby, rozpoczęłam moją podróż. Z początku odbywała się ona w milczeniu i muszę przyznać, że nie była zbyt przyjemna. Aran lecąc prawie się nie męczył i niemal cały czas zostawiał mnie w tyle. Czasami próbowałam nawiązać rozmowę, zapytać o coś – nie chciałam mieć w nim wroga – jednak on zawsze coś odburkiwał pod dziobem, tłumiąc w zarodku każdą konwersację.

 Denerwujące było to, że nie wiedziałam, dokąd idę. Lubiłam wędrówki, ale one dotychczas zawsze dokądś mnie doprowadzały. Droga przed siebie wydawała mi się bez sensu i bardzo dłużyła.

Po kilku dniach marszu, kiedy na horyzoncie zajaśniały Smocze Góry, chociaż wciąż szliśmy przez malutkie wioski (w których wszystko przypominało mi o moim niefortunnym rozpoczęciu znajomości z Aranem– poczynając od tego, że on sam nie odzywał się do mnie ani słowem, a kończąc na tym, że z każdego mijanego budynku spoglądały na mnie z zawieszonego na ścianie herbu królestwa drwiące oczy smoka-papugi), Aran zdecydował się zrobić dłuższy postój. Bardzo mi tego brakowało, tym bardziej że wszystkie moje wcześniejsze prośby ignorował. W każdym razie zdecydowałam, już nawet bez złości, że dam mu czas, żeby mi wybaczył. Nie wiedziałam, jak bardzo pamiętliwe są smoki, ale moja duma też nie pozwalała mi dłużej zabiegać o polepszenie naszej relacji.

Tego wieczoru siedzieliśmy przy ognisku, jak zwykle nic nie mówiąc.

– Dobrze jest czasami pomilczeć – powiedziałam refleksyjnie i odrobinę ironicznie, jakby do siebie, wpatrzona w płomienie.

– Ale myślisz, że nie tak długo, jak my to robimy, co? – zapytał.

– Nie chciałam cię urazić. Ten świat czasem bardzo różni się od mojego.

– Wiem – powiedział cicho, po czym przyfrunął i usiadł na moim ramieniu – widzisz, za nim spotkałem Alammala i zostałem wojownikiem, wielu mnie wyśmiewało. Jestem mniejszy od innych smoków. Musiałem zrozumieć, że nie chciałaś mnie skrzywdzić. Choć spowodowałaś, że moje przykre wspomnienia wróciły.

– Przykro mi, naprawdę.

-Zostawmy to. – kiedy nie był zdenerwowany, miał bardzo przyjemny głos – ciepły, spokojny i głęboki baryton – Masz jakiś pomysł, co może być pierwszym składnikiem leku?

-Wszystko potrzebuje czasu. – zastanowiłam się – Osobiste relacje też… Chyba wiem! Pierwszym składnikiem będzie mlecz! Bardzo widać w nim upływ czasu. Widać, jak się zmienia. – wyjaśniłam. Zerwałam rosnący nieopodal dmuchawiec i włożyłam do wyjętej z plecaka buteleczki (w czasie drogi przekonałam się już, że zawiera on naprawdę wszystko, co w danej chwili jest potrzebne).

Szczęśliwa i zadowolona z osiągnięć tego dnia, mogłam w końcu położyć się spać. Noce przy ognisku zawsze łączą się z pięknymi uczuciami. Ta też się taka wydawała. Mogłam spać spokojnie.

***

Budziły mnie wielokrotnie krzyki. Moje własne krzyki. Słyszałam głośny dzwonek tramwaju. Przez ułamek sekundy widziałam strach w oczach motorniczego. Potem do mojej świadomości docierał brzęk tłuczonego szkła reflektorów i kruszonej karoserii. Następowała cisza. I w tej ciszy zaczynałam krzyczeć ja sama – ta ja, leżąca przy ognisku. Patrząc w płomienie, znów, choć powoli, zasypiałam. I znów się budziłam. I tak co chwilę. Wstałam zupełnie wyczerpana i złamana. Przecież nie żyłam. Moje poszukiwania nie miały sensu. Nie mogłam wrócić. Nie było mnie. Czemu się oszukiwałam? Czego szukałam?

W nocy nie było przy mnie Arana. Podejrzewałam, że odleciał, zorientować się w czekającej nas drodze. Mówił, że nie zna dobrze tej okolicy, nigdy nie zapuszczał się tak daleko od pałacu.

Kiedy wrócił, tuż przed świtem, zastał mnie całą we łzach Patrzyłam tępo przed siebie.. Wtulił się w moją szyję. Miał bardzo miękkie piórka.

Nie wiem, czy pytał, co się stało. Nie usłyszałabym. Nie zwróciłabym uwagi, zmęczona i pozbawiona nadziei po nocy pełnej koszmarów.

– Czy wy tutaj umieracie? – zapytałam.

Aran zwlekał chwilę z odpowiedzią, jakby się nad nią zastanawiał.

– Tak – odrzekł po chwili– ale nie wiadomo do końca, co się z nami dzieje. Naszym bogiem jest wielki Asznur. On wszystko wiąże na ziemi – utrzymuje w równowadze. Niektórzy twierdzą, że będzie nad nami władał również wtedy, kiedy opuścimy tę krainę i to do jego królestwa trafimy po śmierci. Inni mówią, że umierając trafiamy do waszego świata. Jeszcze inni – tych na szczęście jest niewielu – twierdzą, że nic się nie dzieje. Ciało gnije, zjadają nas robaki. Nie ma nic. Musisz przyznać, że nie jest to zbyt optymistyczne.  

– A ty co wierzysz?

– W Asznura – odpowiedział, uważając swoją odpowiedź za jasną, a temat za zakończony, choć dla mnie wcale takie nie były.

Wiem, że żeby mnie uspokoić, śpiewał mi swoim pięknym głosem opowieści o historii smoczych rodów. O tym, jak kiedyś przypominały gady, a zupełnie na początku motyle. O świątecznych smoczych krakersach imbirowych i lirbacie. Położyłam się na rozgrzanej palącym się przez całą noc ogniem ziemi. Bardzo szybko zasnęłam, śniąc o rodzinie Arana, lotach nad Smoczymi Górami i wielkich gadzich skrzydłach, zmieniających się w coraz mniejsze i mniejsze – papuzie. Aran, również zmęczony nocną eksploracją terenu, drzemał obok mnie. Po przebudzeniu zdecydowaliśmy się odłożyć dalszą drogę do następnego dnia. Nie musieliśmy się spieszyć, zwłaszcza że kiedy się obudziłam, znałam już drugi składnik leku. Był nim kwiat zapominajki. Złe sny nie męczyły mnie już nigdy więcej.

 

***

Kontynuowaliśmy naszą drogę, przez kilka następnych dni idąc podnóżem Smoczych Gór. Potem zaczęliśmy się wspinać zakręcając ostro w prawo i pnąc się na szczyt. Szlaki nie były oznaczone, ale od momentu opuszczenia pałacu Alammala nogi (i skrzydła) prowadziły nas same, choć z początku nie umieliśmy tego dostrzec. Nigdy jednak do tej pory nie zabłądziliśmy, a kiedy zatrzymywaliśmy się na rozdrożach (najbardziej rozgałęzione, jakie napotkaliśmy, miało 7 odnóg), nie wiedząc, którą trasę wybrać, Aran zamykał na chwilę w skupieniu oczy. Nie rozumiałam co robi, ale nigdy mu też nie przeszkadzałam. Ciągle nie pojmowałam praw rządzących tym światem. Po takiej chwili ciszy bez dalszego wahania smok wybierał jedną z dróg – zawsze wychodziło nam to na dobre – szliśmy bez przeszkód, znajdowaliśmy źródełko właśnie wtedy, kiedy kończyły nam się zapasy wody albo polanę czy jaskinię – miejsce, w którym mogliśmy bezpiecznie spędzić noc.

Droga pod górę była zdecydowanie bardziej wymagająca niż dotychczasowa, dlatego też posuwaliśmy się naprzód wolniej. Widoki wszystko wynagradzały. Zbocza Smoczych Gór porastała buczyna, a drzewa mieniły się tysiącem odcieni żółci i czerwieni. Wschód słońca nad lasem był piękniejszy od wszystkich, jakie widziałam w moim życiu, granat nieba pełnego gwiazd, jakich nie ma na ziemi, ustępował bowiem miejsca następującym po sobie barwom, stopniowo wygaszając lampy nocy.

Pomimo postępującej jesieni nie dokuczał nam chłód. Pięliśmy się coraz wyżej.

– Dlaczego te góry tak się nazywają? – zapytałam pewnego razu Arana.

– Te wzniesienia to groby moich przodków. Jeszcze tych bardziej przypominających gady. To bardzo piękne miejsce. Nigdy wcześniej go nie widziałem, chociaż rodzice często o nim opowiadali. Myślałem, że to tylko legenda… – w tym momencie smok zawiesił głos , zatrzymał się na chwilę i wbił wzrok w małą szczelinę w skale – Muszę coś sprawdzić – powiedział tylko i szybko poleciał w tamtym kierunku. Manewrował skrzydłami, chcąc zmieścić się w szparze i wlecieć do środka skały. Szczelina okazała się jednak za mała – Aran uderzył z impetem o kamień i osunął się na ziemię.

Od razu pobiegłam w tamto miejsce. Zanim odzyskał przytomność, opatrzyłam mu ranę na głowie, a gdy się ocknął, karmiłam czekoladą – sama wpadła mi w ręce, gdy sięgnęłam do plecaka po coś, co mogłoby go wzmocnić. Majaczył. Zawsze dotychczas na szlaku czekolada pomagała mi zregenerować siły, teraz jednak zawiodła.

Pomimo tego, że zderzenie ze skałą nie wyglądało na poważne, Aran nie odzyskiwał pełnej przytomności przez całą noc. Bełkotał coś niewyraźnie, a w tak pomocnym dotychczas plecaku nie znalazłam niczego, co mogłoby mu jakkolwiek pomóc.

Przez całą noc czuwałam, trzymając go na rękach jak małe dziecko. Uzupełniłam też mój lek o czekoladę – doszłam do wniosku, że najwyraźniej pomagała tylko ludziom, a nie smokom. Teraz specyfik był kompletny. Nigdy nie wierzyłam w żadnego boga, więc nie uważałam, żebym potrzebowała odżywienia płaszczyzny duchowej.

Dopiero nad ranem Aran zaczął ze mną rozmawiać. Przeraził mnie jego słaby głos. Zapytałam, dlaczego uderzył w tę skałę, ciesząc się jeszcze, że nareszcie dochodzi do siebie. Uśmiechnął się tylko gorzko.

-Za bardzo się spieszyłem – mruknął. – Ta skała pasowała dokładnie do opisu grobowca moich przodków. Chciałem sprawdzić, czy nim jest. Lauro… ja niedługo do nich dołączę. Umrę.

Tak samo dobrze jak on wiedziałam to teraz i ja. Nie było odwrotu. Nie było żadnego ratunku. Tuliłam go cały czas w ramionach, nie mogąc pogodzić się z tym, co niedługo miało nastąpić. Chciałam odejść z tego świata razem z nim.

Skoro niektórzy twierdzą, że śmierć tutaj przenosi do mojego świata, zdecydowałam się zażyć lek, kiedy się ze mną pożegna.

Zrobiłam to, pociągając łyk z butelki, ale nic się nie stało.

– Daj mi twoją buteleczkę – wyszeptał jeszcze Aran. Zrobiłam to, choć zostało w niej jeszcze trochę leku. Odszedł. I zniknął.

Nie mogłam w to uwierzyć. Nie myślałam już nawet o niedziałającym leku, o beznadziejności sytuacji. Nie myślałam o niczym Wspominałam tylko spędzone z nim dni. Tych kilka krótkich tygodni. Ten piękny czas. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie mogłam się z tym pogodzić.

Nagle coś do mnie dotarło.

Stało się dla mnie oczywiste, że lek nie zadziałał. Nie mógł zadziałać. Ja-tutaj byłam zdrowa. To w moim świecie potrzebowałam leku. A Aran go tam zabrał! 

Asznur z każdego zła umie wyprowadzić dobro! – pojawiła się w mojej głowie spontaniczna myśl. Chwała Asznurowi!

***

Obudziłam się w sali szpitalnej. Obok łóżka siedział mój ojciec, a nade mną stał lekarz, uśmiechając się promiennie.

– Cieszymy się z twojego przybycia tutaj – powiedział – Z powrotu do żywych. – mówił ciepłym, spokojnym, głębokim barytonem, tak doskonale mi znanym!

– Co się stało?

– Byłaś w śpiączce, po wypadku. Przez kilka dobrych tygodni. Odpoczywaj teraz – po tych słowach uśmiechnął się do mnie tylko i wyszedł z sali. Z kieszeni wypadła mu kartka. Poprosiłam tatę, żeby ją podniósł i przeczytał. Nie było to nic innego, jak dyplom dla Smokosława Papugi, za stworzenie najpiękniejszego świata marzeń. Tata tylko się zdziwił, myśląc, że jest to laurka od jakiegoś małego pacjenta. Ja nie posiadałam się z radości.

Kiedy odzyskałam siły, zobaczyłam też, że na szafce obok mojego łóżka leżała zielona zakładka do książki, przedstawiająca smoka. Z jednej strony wykaligrafowano napis „Tylko miłość rozumie tajemnicę – innych obdarować i samemu przez to stać się bogatym”, z drugiej natomiast cały tekst przepowiedni.

Od tej pory mam ją zawsze ze sobą.

Doktor Smokosław Papuga natomiast zniknął tak, jakby go nigdy nie było.

Może trafił do królestwa Asznura? 

Koniec

Komentarze

Interesujący pomysł, podobała mi się i koncepcja smoka, i fabuła.

Liście bananowca wcale nie smakują jak banany. ;-)

Pod względem warsztatu: w jednym miejscu dialog zlał się z narracją, inne błędy w zapisie dialogów też się trafiają, liczby zwykle piszemy słownie, myślniki oddzielamy od reszty zdania spacjami, wielokropek ma dokładnie trzy kropki, interpunkcja niekiedy szwankuje, ale ogólnie nie jest źle.

Babska logika rządzi!

Pomysł jest zaiste interesujący, ale niestety w jego odbiorze przeszkadza mi moja alergia na klasyczne fantasy. 

Jak wspomniała Finkla, w tekście są potknięcia i to potknięcia tej natury, które mogłyby zostać usunięte, gdybyś po prostu porządnie przeczytała własny tekst kilkukrotnie przed publikacją. Pytanie, dlaczego tego nie zrobiłaś?

Na mnie niestety tekst sprawił wrażenie dziecinnego, a przy tym nie do końca utrzymanego w konwencji bajki, która by tę dziecinność mogła tłumaczyć. Jakoś też nie trafiają do mnie smoki-motylki i smoki-papugi, zachowanie bohaterów nie wydaje mi się wiarygodne, a zabieg “co się dzieje z nami we śnie/w śpiączce/po śmierci” jest mocno oklepany.

 

Są potknięcia w zapisie dialogów, czasem brakuje akapitów, jest troszkę innych błędów. Nic, czego nie dałoby się naprawić, więc generalnie źle nie jest, ale nad warsztatem jeszcze trochę musisz popracować.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Usterek technicznych trochę jest, lecz w porównaniu do innych tekstów konkursowych opowiadanie i tak wypada dobrze. Do tego jest nawet wciągające, ale… momentami naiwne, a nawet niezbyt logiczne. Bardzo spodobał mi się pomysł z kolorami roślin szybko porastającymi ciała po bitwie, a po jakimś czasie bohaterka pyta, czy w tym świecie się umiera… Przyznaję, wywróciłem oczami.

Dodatkowo nie mogłem pojąć, że – zachowując pamięć i trzeźwość umysłu – bohaterka nie tęskni w ogóle za straconymi, być może bezpowrotnie, bliskimi z jej świata. To nienaturalnie.

 Tekst – mimo usterek – i tak stoi na wyższym poziomie niż większość nadesłanych prac, lecz przed Tobą jeszcze dużo pracy.

Sorry, taki mamy klimat.

Złotokopytny, kobieto (tak twierdzi twój profil ;-) ) – pomysł intrygujący, wykonanie mocno naiwne i z drobnymi usterkami (np. “7 odnóg” – w beletrystyce liczebniki zapisujemy słownie), fabuła niby bajkową, ale tak nie w pełni bajkowo poprowadzona.

 

Znaczy, przeczytałem bez bólu, ale i bez radości. Ćwicz, pisz, praktyka czyni mistrza Dżedaj! :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka