- Opowiadanie: valheru - Klejnot Umysłu

Klejnot Umysłu

Zaczynałem z radością, kończyłem w męczarniach, próbując zdążyć z terminem. Jeśli czytanie moich wypocin sprawi komuś przyjemność, to dla mnie wystarczająca nagroda.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Klejnot Umysłu

Był przyparty do muru. Dosłownie i w przenośni. Rzadko zdarzały mu się sytuacje takie jak ta. Zawsze potrafił znaleźć odpowiednie rozwiązanie, a teraz zdawało się być beznadziejnie. Po raz pierwszy w życiu czuł, że ma problem, którego tym razem może nie przeskoczyć. Choćby niewiadomo jak bardzo się starał. I pomyśleć, że kłopoty to do tej pory była jego specjalność. „Kłopoty to moje drugie imię”. Tak zawsze śmiał się z bratem.

– Chciałbym go jeszcze zobaczyć. – pomyślał. Pomógłby mu. We dwóch na pewno by wybrnęli z tej sytuacji. On znajdował rozwiązanie, a brat dawał mu siłę, by je z realizować. Nic dziwnego. Byli praktycznie nierozłączni. Razem chowali się przed staruszkiem Skobenem.  Razem wykradali owoce handlarzowi Rastowi. Ich obu, po śmierci Skobena, przygarnęła Gildia Złodziei. Obu wyćwiczyła i wytrenowała. I w poiła najważniejszą zasadę: „pozostań niezauważonym”. Szpiedzy, złodzieje, włamywacze, skrytobójcy – to był dla nich chleb powszedni. Chleb, o którym nikt nie mógł się dowiedzieć. Jedyna zasada, której obaj byli zawsze wierni. On nawet za bardzo. O tej wyprawie nie powiedział nawet bratu. Nie pożegnał się z nim. Zniknął, zachęcony nagrodą, nie mówiąc o tym nawet jemu.

– On gdzieś tu jest – mały goblin zacharczał do stojącego obok niego orka.

– Sprawdź to. I bądź ciszej. – ork był podenerwowany głupotą goblina, który zdradził ich pozycję.

Już wiedział gdzie są. Pojawiło się malutkie światełko w tunelu. Ale nadal nie wiedział gdzie mogą czaić się pozostali. Jeden goblin i ork to nie jest wyzwanie. Ale cała armia czająca się w tym starożytnym królestwie krasnoludów, to nazbyt wiele. Nie było o tym mowy w zleceniu.

– Przydałbyś mi się teraz. – kolejny raz pożałował, że nie zabrał ze sobą brata. Wziął głęboki wdech. Do dwóch strażników dołączyły dwa kolejne gobliny. Dziwiło go ich zachowanie. Każdy wie, że gobliny nie grzeszą inteligencją i wytrwałością. A ta grupka, i zapewne parę kolejnych, uparcie go szukały. Przez głupi błąd, zwykłe zlekceważenie tego miejsce. Ale nie cofnie się, to nie w jego stylu.

To zlecenie było wyjątkowe. Nie przez wartość. To miejsce. Prastara kopalnia krasnoludów, Styr. Jedno z trzech pierwszych, legendarnych królestw krasnoludów, które z nieznanych powodów zostało opuszczone przez swych mieszkańców.  Tysiące lat minęło od czasów jego świetności. I po tym czasie miał być pierwszą osobą, która postawi swą stopę w Styrze. Miał się okazać odkrywcą, godnym samego Artrystmotesa. Jak się jednak okazało, nie był pierwszy.

Nie miał wyboru. Dobrze wiedział, że najgorzej jest stać w miejscu. Oparty o ścianę czekał już zbyt długo, a ork i jego podwładne gobliny były stanowczo zbyt blisko.

Napiął ciało jak strunę. Każdy mięsień zastygł w oczekiwaniu na decyzję, który ma pierwszy ruszyć. Planował. Zamknął oczy, wytężył słuch. Niczym prorok Azareli, zaczął przewidywać co zaraz nastąpi. Musiał przewidzieć każde możliwe posunięcie, każdy krok czy nadciągający cios. Chciałby pozostać niezauważony, ale musi być przygotowany na to, że będzie musiał wydobyć swoje ostrza z pochwy.

Parę sekund minęło jak wieczność.  Ale już wiedział wszystko. Poprawił rękawice i pas. Naciągnął kaptur chowając twarz całkowicie w cieniu. Sprawdził dwa bliźniacze ostrza uczepione na plecach. Był gotów. Jeszcze tylko raz spojrzał wstecz.

– Trzymaj za mnie kciuki braciszku… – wyszeptał. I ruszył.

 

 

– Czujecie? Smród człowieka. Naprawdę, gdzieś tu jest człowiek! – goblin wykrzywił twarz w okropnym grymasie. Nawet nie zauważył cienia, który przemknął tuż obok. Jednak przechytrzyć goblina to żadna filozofia. Z paroma orkami również mógł sobie poradzić. Jeśli gdzieś jest cień, to szansa na zauważenie go jest praktycznie żadna. A pod kopułą ogromnej góry, prastarej kopalni, ciemność panowała praktycznie wszędzie. Nikłe pochodnie były jego sprzymierzeńcem. Ktoś kto szuka, a nie próbuje się ukryć, tak jak te orki i gobliny, nie zauważyłby go nawet jakby stał z nim oko w oko. Ten kto się ukrywa, ma łatwiej. Oczywiście, jeśli wie jak to robić. On wiedział to najlepiej. Do tego był szkolony. „Pozostań niezauważonym” – ta zasada zawsze brzmiała w jego myślach.  

–  Pamiętaj braciszku, mamy trzymać się cienia. Jeśli go zgubimy, czeka nas pewna śmierć. – brat za każdym razem mu to przypominał. Zawsze go słuchał, ale wolał otwartą walkę. Starcie w zwarciu dawało mu większą satysfakcję niż ukrywanie się przed oczami wroga. Jego dwa bliźniacze miecze wirowały wtedy w nieokiełznanym tańcu. Każde pchnięcie, cięcie czy riposta, które upuszczały wrogą krew, były tylko powodem dla jego dalszej kontynuacji. Dlatego nierzadko wyłaniał się z cienia i testował swoje umiejętności. I nigdy nie spotkał lepszego od siebie.

– Nikogo nie widzę. Nikogo nie słyszę. Tu nie ma żadnego człowieka! Marnujemy tylko czas, a On będzie zły! – kolejny goblin pozwolił się minąć.

– On wie! – warknął ork. – Szukamy bo On tego chce. – cień zatrzymał się. Nie wiedział o czym ork mówił. Jaki On? W tej kopalni miało nikogo nie być. To miejsce miało być zapomniane przez wszystkich. Tym czasem roiło się tu od orków, goblinów i na pewno jeszcze czegoś. I do tego jeszcze jakiś On, przed którym respekt czuł ork. Ciekawość zdecydowała za niego. Cień ruszył dalej w głąb jaskiń.

Powoli pokonywał kolejne groty nie skupiając się nawet na omijanych goblinach. Już nie czuł żadnego zagrożenia z ich strony. Orków było stanowczo mniej, na dwóch, trzech goblinów przypadał jeden z nich. Zapewne w roli przywódcy grupy. Jedno mu się wydało dziwne. Każdy z tych orków miał na szyi dziwny, biały tatuaż. Gdy mu się bliżej przyjrzał, zauważył, że ma on kształt smoka. Pierwszy raz widział taki symbol i postanowił się nim póki co bardziej nie interesować.

Brat był inny. Zawsze wierny zasadom, a raczej tej jednej. Nie opuściłby cienia, chyba że byłaby to ostateczność. Nie, on nie zabijał, jeśli nie musiał. Jego ostrza były niesplamione niewinną krwią. Starannie wybierał zlecenia. Nie podejmował się ich o ile nie był pewien, że nie ucierpi postronna osoba. Był zbyt wrażliwy do innej pracy. Zbyt dobry by zabić kogoś, kto na to nie zasłużył.

– Czuję, że nie dam ci dziś powodów do dumy braciszku. – głód walki wzmagał się w nim. – Ale naprawdę wytrzymam tyle, ile tylko dam radę. – przylgnął bardziej do ścian jaskini. Tunele wydrążone przez krasnoludy ciągnęły się w nieskończoność. Niektóre ściany zdobione były glifami, które uwieczniały wzniosłe i chwalebne momenty z historii tej rasy. Chętnie by się im dokładniej przyjrzał, ale ani nie miał czasu, ani warunków do tego. Co krok mijał jakiegoś orka lub goblina, a każdy z nich zdawał się wiedzieć, że gdzieś może czaić się intruz. Tylko że oni sami byli tu intruzami. Przedzieranie się pomiędzy nimi nie sprawiało mu problemów. Większość tuneli była na tyle szeroka, że cień pozwalał mu na ukrycie się w odległości przynajmniej łokcia od przeciwnika. Umiejętnie unikał światła z pochodni. Nikt nie był w stanie go zauważyć.

Korytarz, którym szedł, stopniowo się zwężał. Większość straży zostawił za sobą. W grocie panowała ciemność, do której oczy nie mogły się już przyzwyczaić. Korytarz stał się na tyle wąski, że obiema rękami delikatnie przesuwał po równoległych ścianach, zupełnie przestając polegać na zmyśle wzroku. Polegając na pozostałych zmysłach zanucił sobie tylko cichutko:

„Idziemy przed siebie, w czerni schowani…”

 

 

– Nic nie widzę braciszku, boję się – brat wyszeptał do niego trzęsącym się głosem. Po śmierci Skobena musieli sobie jakoś radzić. Kradli, żeby przeżyć. Tym razem przesadził i naraził ich obu. Uciekając schowali się w kanałach pod miastem. Wśród zupełnej ciemności szli na oślep.

– Nie bój się. Jestem z tobą. – próbował go pocieszyć. Sam nie czuł strachu. Może też dlatego, że byli razem.

– Boję się. Jest tak ciemno – zawsze bał się ciemności.

– Zanuć coś. – tak naprawdę to nie wiedział wtedy jak pomóc bratu.

– Co mam zaśpiewać?

– Cokolwiek braciszku, to ty lubisz śpiewać, nie ja. Zaśpiewaj cokolwiek, a od razu będzie ci lepiej. – przesuwał dłońmi po równoległych krańcach kanału by nie stracić drogi. Brat powoli szedł zanim. Po kilku krokach rzeczywiście zaczął nucić:

 

„W mroku nocy, pod migotliwym blaskiem gwiazd,

Gdy łatwiej uniknąć złowrogiego wzroku.

Skradamy się wąskimi alejkami miast,

Próbując sobie dotrzymać kroku.”

 

– Czemu nucisz taką smutną opowieść? Nie znasz nic weselszego? – zapytał go. Był raczej żywiołowy, podejmował natychmiastowe decyzje i bez zastanowienia ryzykował. Młodszy brat był rozważny, ostrożny. Starał się wszystko na chłodno ocenić. Przez to zdawał mu się zawsze przygnębiony.

– Poczekaj braciszku. Zaraz wymyślę dalszy ciąg.

 

„Zziębnięci i zmęczeni, lecz w odwagę odziani.

Idziemy przed siebie, w czerni schowani.

Idziemy do przodu, pewni swego celu.

Dotrzemy do tego, co ma już niewielu.

 

Znajdziemy dom, znajdziemy rodzinę.

Znajdziemy ratunek na każdą godzinę.

Mrok nocy i cisza to złudne schronienie.

Lepszym jest naszych marzeń spełnienie.

 

Idziemy więc dalej, w odwagę odziani.

Idziemy przed siebie, w czerni schowani.

Idziemy do przodu, pewni swego celu.

Dotrzemy do tego, co ma już niewielu.”

 

– Miało być weselej. –  przygnębiła go opowieść brata. To było ich marzenie – dom. Dom, którego nigdy nie mieli.

– Kiedyś go znajdziemy braciszku. – powiedział młodszy brat, jakby czytając w jego myślach. – Powiedz lepiej, gdzie nas teraz prowadzisz?

– Jeszcze nie wiem mały. Tak samo jak ty, jeszcze nigdy tu nie byłem. Idziemy przed siebie.

Szli do przodu, byle dalej od strażników, którzy na pewno jeszcze ich szukali. Po omacku oddalali się od włazów. Byli pewni, że są tu sami i nic im nie grozi. Nie przyzwyczajeni do otaczającej ich ciemności, nie czuli śledzących ich spojrzeń.

– Dalej już maluchy nie pójdziecie – nieznajomy głos odezwał się w ciemności.

– Kto tu jest? – bracia krzyknęli prawie jednocześnie. – Nie zbliżajcie się!

– Za późno mały, jestem już tuż za tobą. – niewidzialne ręce chwyciły starszego chłopaka za nadgarstki i wprawnie obwiązały mu dłonie. W tym czasie druga para rąk spętała mu nogi i uniosła do góry.

– Bra..! – nie zdążył krzyknąć do brata. W usta wepchnięto mu szmatę. Miał tylko nadzieję, że brata zabrali razem z nim. Nie musiał się długo martwić.

– Po co ci oni w gildii? Nie lepiej było ich tu zabić? Straszyliby następnych, którym przyjdzie do głowy wędrować kanałami. – skrzekliwy głos zabrzmiał w ich uszach.

– Zamilcz Flank. Szkoda mi tych dzieciaków.  – powiedział ten sam głos, który ich zatrzymał. – Poza tym, nie zabronisz mi ich zabrać.

– Nie, ale naprawdę wolałbym ich zabić. Skoro oni tu dotarli, to inni tez mogą. – bracia słuchali, nie mogąc się ruszyć czy odezwać. Nie rozumieli, jakie znaczenie ich obecność mogła mieć w zwykłych, podmiejskich kanałach.

– Nikt wcześniej tu nie dotarł poza nimi. Wątpię też, by ktoś miał tu jeszcze dotrzeć. Oni pierwsi przeszli przez nasze pułapki.

– Widziałeś ich przecież od początku, Braven. Szczeniackie szczęście. Nikt wcześniej z gildii nie zakładał, że tą drogą mogą próbować przedrzeć się dzieci. – starszy brat zaczynał rozumieć gdzie dotarli.

– Mylisz się. Gildia dobrze wiedziała co robi.

– Naprawdę chcesz ich zabrać ze sobą?

– Tak, Flank. Zabieramy ich do Gildii Złodziei.

 

 

Z dziecięcych wspomnień o początkach w Gildii Złodziei wyrwał go blask pochodni. W wąskim korytarzu, u jego końca pojawiła się grupka goblinów i kolejny ork. Szli gęsiego, ork z tyłu, jakby pilnował swoich mniejszych pobratymców. Światło pochodni jeszcze go nie dosięgało, ale to była kwestia sekund, aż go zobaczą. Spojrzał w tył, ale szybko zrezygnował z myśli o zawróceniu. Słychać było stamtąd odgłosy miniętych już grup, a one też się wzmagały, więc z tej strony korytarza też ktoś się zbliżał. Obie ściany tunelu miał przy sobie. Nadal dotykał ich opuszkami palców. Wzrok ponownie skupił na grupce z drugiego końca. Byli coraz bliżej, a światło pochodni wyprzedzało ich o jakieś dziesięć kroków. Zwrócił uwagę, że nie rozświetlało ono sufitu nad grupką. Tunel był wąski, ale miał przynajmniej kilkanaście stóp wysokości. Nie namyślał się długo. Skoczył w górę najwyżej jak tylko mógł. Zaparł się rękami i nogami i skoczył w górę jeszcze dwa razy. Spojrzał w dół na gobliny. Z tyłu korytarza pojawiła się druga grupa i szły teraz naprzeciw sobie. Po chwili spotkały się dokładnie pod nim.

– Nic nie widzieliśmy – rzekł jeden z orków.

– My też nic. Ale on wie, że ktoś tu jest. – po raz kolejny wspomnieli o tej tajemniczej postaci. – Lepiej żebyśmy go znaleźli. Nie chcę żeby mnie pożarł.

– Ani ja. Zawracamy.

Obie grupy zawróciły i poszły w swoje strony. Tajemniczy on mógł ich pożreć. Bali się go. Do tej pory sądził, że orki niczego się nie boją i idą ślepo na śmierć. Oba z tych orków miały na szyi białe tatuaże w kształcie smoka. Przeszło mu przez myśl, że taki smok pożarłby orka bez problemu.

Nie zwlekając dłużej opuścił się na dół i podążył za grupą z naprzeciwka. Szedł spokojnie, ale myśli zaprzątały mu głowę. Miał proste zadanie. Zdobyć, o ile naprawdę istnieje, legendarny klejnot, który wedle legend pozwalał zawładnąć cudzym umysłem. Według zapisek, które szczęśliwie odnalazł po miesiącach poszukiwań, miał się on znajdować właśnie w Styrze, w samym sercu krasnoludzkiego królestwa. A to serce, w pozytywnych założeniach puste, było otoczone oddziałami orków i goblinów, które znacząco go spowolniły. Nie miał już czasu ostrożnie krążyć po korytarzach i grotach. Zaczął się niecierpliwić.

Grupka powoli badała teren, o ile można takie zadanie powierzyć niezbyt inteligentnym goblinom. Ich pochodnia oświetlała mu teren i dzięki temu zobaczył załamanie w jednej ze ścian. Znalazł wąską szczelinę, której straże zdawały się nie widzieć. Nie namyślając się zbyt długo, postanowił w nią wejść i zaryzykować ścieżkę, której nie widział wcześniej na mapie.

Poczuł podmuch powietrza na twarzy. Musiał się zbliżać do większej jaskini. Zdążył się już zastanowić jak daleko w głąb mogą się ciągnąć te wąskie korytarze. Ścieżka przed nim stopniowo się rozjaśniała. Zdawało się być to światło słońca, nie pochodni. Nie miał pojęcia jak tu, pod ziemię, do wnętrza ogromnej góry, mogło się dostać światło dnia. Była to miła odmiana. Spędził już parę godzin wewnątrz góry i zatęsknił za jaskrawym niebem. Serce jakby wzmocnione tą myślą, kazało mu przyspieszyć kroku, choć sam nie wiedział po co. Oczy zmęczone ciemnością zapragnęły bardziej do światła. Jego chód zamienił się w trucht, a ten chwile potem w bieg. Zbliżał się w do końca tunelu gdy usłyszał świst przecinanego powietrza. W ostatniej chwili, niemal automatycznie przeturlał się pod toporem wielkiego orka. Siłą rozpędu wyleciał z tunelu, a jego oczom ukazała się ogromna komora, a raczej komnata. Bez zastanowienia chwycił się obiema rękami krawędzi, a ciało, opadając, uderzyło o pionową ścianę. Natychmiast oderwał lewą dłoń, by nie odrąbał jej ponownie nadciągający topór. Wyjście z groty pozwoliło mu obrócić swoje ciało i oprzeć się plecami o ścianę. Przeczuwał kolejny cios orka i jego pordzewiałego topora. Napiął mięśnie i z całej sił zarzucił nogi w górę. Gdy nogi były już nad głową, wyprostował je i odepchnął się rękami. Przerzucił się za orka i z całych sił kopnął go w plecy, a ten, dodatkowo przeciążony toporem, zleciał w dół ściany.

Otrzepał kurz z rąk i pleców oraz otarł pot z czoła. Stracił na chwilę czujność i pozwolił, by ork go zaskoczył. Czemu w ogóle wszedł w tą szczelinę? Nie było jej na starych mapach, które studiował przed wyprawą. Gdyby nie jego nadludzki refleks, to teraz byłby krótszy o głowę. No i trochę szczęścia. Spojrzał przed siebie chcąc szybko rozeznać się w komnacie. Niebywałe, żeby takie pomieszczenie znajdowało się we wnętrzu góry. Ciężko mu było dokładnie określić ogrom tego miejsca. Ork leżał około trzydziestu pięciu stóp w dół. Sala była długa na około trzysta stóp, a głęboka na sto. Rzeźbiony sufit znajdował się jeszcze około  dwudziestu stóp nad jego głową. Podłogę z sufitem łączyło dwadzieścia kolumn, szerokich na osiem stóp. Wokół niektórych z nich widoczne były jeszcze przegnite pozostałości po wielkich okrągłych stołach.  Na każdej ze ścian, idealnie po środku, było wielkie wejście, tak aby do Sali mogły się dostać krasnoludy z każdej części Styru. Dwa z czterech wejść były zasypane gruzem. Pozostałe były wciąż otwarte. Światło, które tak go zaintrygowało, docierało z czterech dziur, które znajdowały się na jednej ze ścian. Poniżej na podłodze leżały kolorowe resztki szkła, więc w dziurach zapewne znajdowały się witraże. Przez dziury wdzierał się również śnieg, a wiatr wył, przywodząc na myśl najróżniejsze tortury. W narożach tej samej ściany znajdowały się dwa wielkie pomniki. Znając zachłanność i władcze zapędy tej rasy, domyślał się, że to pomniki władców Styru. Przedstawione postacie były wyprostowane, uzbrojone w wojenny rynsztunek. Jedna wspierała się na swoim dwuręcznym młocie, druga natomiast dzierżyła topór i tarczę.

Rozejrzał się po komnacie szukając zejścia w dół. Nie chciał się wracać wstecz, mimo że nie widział na mapie jaskiń tej komnaty. Dał się zaskoczyć orkowi i nie chciał ryzykować czegoś podobnego wracając się. Musiał iść do przodu. Na ścianie pod nim znajdowały się liczne wyłomy i wystające głazy. Ściana być może była kiedyś wypolerowana, ale bezlitosny czas nie oszczędził również jej. Powoli i ostrożnie ruszył w dół. Na przemian rękami i nogami szukał oparcia, aby pokonać kolejną odległość. Po dłuższej chwili stał już nad martwym orkiem. Nadal nie rozumiał jak mógł dać się podejść temu orkowi. Jak w ogóle mógł dać się ponieść emocjom i tak stracić trzeźwość umysłu? Lubił rzucać się w ferwor walki, ale nie zwykł podejmować bezmyślnych decyzji. A ork zdawał się tam czekać konkretnie na niego. Tak jakby wiedział, że będzie właśnie tamtędy szedł. Zaprzątało mu to głowę, ale nie miał czasu się nad tym dalej rozwodzić. Czuł, że jego cel jest blisko. Miał z komnaty dwa wyjścia do wyboru, a ten zdawał się być oczywisty. Z jednego schody prowadziły do góry, z drugiego w dół. Jego cel miał być w centrum góry. W sercu prastarego, krasnoludzkiego królestwa, nie zaś w pobliżu powierzchni. Poszedł więc schodami w dół. Oglądając się jeszcze wstecz zobaczył napis: „Komnata Słońca”. Rzeczywiście, prawdopodobnie było to jedyne pomieszczenie we wnętrzu tej góry, gdzie można było poczuć słońce na twarzy. Nie patrząc już wstecz, ruszył w dół.

Ścieżka wyglądała inaczej niż wcześniej. Podążał teraz pięknie rzeźbionymi i zdobionymi korytarzami, nadszarpniętymi duchem czasu. Był on jednak łaskawy. Większość naściennych płaskorzeźb zachowała swój charakter i przedstawiała wyraźne obrazy przeszłości. W jednej z pierwszych komnat natrafił na rzeźby i obrazy ukazujące początki krasnoludzkich grot. Czasy, gdy ta góra nie była jeszcze Styrem, a tylko kopalnią, gdzie wydobywano szlachetne kamienie. W następnej komnacie ujrzał rozwój kopalni i powolne przeistaczanie się jej w miasto krasnoludów. Widział wykuwane w skałach budynki, wydrążane ogromne komnaty, wieloletnie prace nad pomnikami i ozdobami. Następna sala ukazywała już czasy świetności. Wąska grota, która była wejściem do kopalni, została wydrążona i otoczona wysokim murem obronnym. Stworzono w ten sposób majestatyczną bramę. Bramami miasta wyruszały transporty złota i błyszczących kamieni, które i tak nie mogły równać się ze skarbem zgromadzonym w Styrze.

Nad wejściem do następnej komnaty ujrzał napis „Komnata Chwały”. Wnętrze tej Sali zdobiły szczegółowe wizualizacje epickich bitew. Odnalazł tam przedstawicieli wszystkich znanych ras, nie tylko krasnoludów. Uwiecznieni zostali tu ludzie, wysokie, leśne, ale i mroczne elfy, niziołki, orki, gobliny, trolle. Obrazy przedstawiały wieki, jeśli nie milenia historii świata oraz tej góry. Widać też było salę tronową władcy Styru, którą odwiedzali najwięksi władcy tych ras. Oddawano tu hołdy, zawiązywano sojusze lub je zrywano. Jeden z obrazów uwiecznił władców wszystkich znaczących ras wznoszących kielichy w górę. Wśród nich był też i ork.

Z tej sali prowadziły znowu dwa wyjścia. Nad jednym było napisane „Komnata Mroku”, nad drugim zaś „Komnata Odrodzenia”. Zachłyśnięty chwałą poprzedniej komnaty wybrał „Komnatę Odrodzenia”. To co tam ujrzał zupełnie go zaskoczyło. Krasnoludy wykopały klejnot. Klejnot większy od największego z krasnoludów. Błyszczący i mieniący się feerią barw. Czy to za sprawą piękna czy też otaczającej go magii, nie można było oderwać od niego wzroku. Każdy chciał na niego patrzeć i go dotykać. Niektóre obrazy przedstawiały krasnoludy, które podczas wykonywania swoich codziennych czynności, prac i obowiązków, często nieświadomie kończyły przy klejnocie obserwując jego błyszczącą, pochłaniającą bez reszty, powierzchnię. Kolejne obrazy pokazywały przemiany w społeczeństwie krasnoludów. Wokół dziwnego klejnotu zaczęły wytwarzać się kulty, czczące go niczym boga, wierzące, że posiada jakąś tajemniczą, magiczną moc. Wreszcie, gdy klejnot otaczały tysiące krasnoludów, w tym jeden z wyraźnie zarysowaną koroną, klejnot pękł na pół, a w jego wnętrzu ukazał się mały, błękitny smok.

– Tak, to ja. – usłyszał głos. Zdezorientowany rozglądał się we wszystkie strony, ale w „Komnacie Odrodzenia” nikogo poza nim nie było.

– Tu jestem. – głos był wyraźnie rozbawiony jego konsternacją.

– Gdzie? Kim jesteś? – zawołał w eter wyraźnie osłupiały.

– Jestem tu, w twojej głowie. W twoim umyśle. – nadal ogłupiały rozglądał się po sali, szukając osoby, która tak bezpośrednio zwraca się do niego. Bez przerwy starał się zachować ostrożność i unikać wroga, mimo że przez cały czas od wyjścia z „Komnaty Słońca”, nie natrafił na żywą duszę. – Przestań się rozglądać. Przecież powiedziałem ci gdzie jestem, tu mnie na pewno nie zobaczysz. – melodyjny głos bez przerwy brzmiał w jego głowie. – Dobrze, przestań się już rozglądać. Pokonasz jeszcze kilka par drzwi i mnie spotkasz. – czuł przerażenie. Pierwszy raz w życiu ogarnął go przeszywający strach.

– Nie bój się, nie jestem wcale taki straszny. – powiedział głos.

Odetchnął głęboko. – Nie daj się pochłonąć emocjom. – pomyślał.

– Skąd mam to wiedzieć? Nawet nie wiem kim jesteś – próbował odzyskać rezon.

– Nie krzycz tak. Wystarczy, że pomyślisz co chcesz powiedzieć. Ja wszystko usłyszę.

– Jak to on usłyszy? – pomyślał.

– Normalnie. Jestem parę kroków dalej, ale jakby tuż obok. Słucham wszystkiego wokół, ale słyszę tylko ciebie. Nie muszę patrzeć na ciebie, wiem jak wyglądasz. Nie musimy nawet walczyć. I tak zginiesz.

– A po co niby mamy walczyć? – nic nie rozumiał.

– Bo przyszedłeś tu po mnie.  – nie potrafił ogarnąć swoim umysłem trwającego zjawiska. – Nie męcz się już. Chodź dalej, czekam tu na ciebie. – drzwi do następnej komnaty otworzyły się same. Pierwszy raz się zawahał. Działo się coś, czego nie przewidział. I dalszych kroków też nie potrafił przewidzieć. Nie próbował już. Przyszedł tu w jednym celu i postanowił się nie cofać.

– Dobrze, chodź do mnie. – czytał każdą jego myśl. Postanowił nie zadawać już pytań i nie szukać więcej odpowiedzi. Przynajmniej na razie.

Przeszedł przez otwarte drzwi do następnej komnaty. Ściany zdobiły obrazy smoka otoczonego krasnoludami. Przynosiły mu one swoje największe skarby. Bogactwa góry były wynoszone ze skarbca i przenoszone do smoka by zadowolić jego pragnienia. Nowo wydobywane dobra nie wędrowały już do króla, władcy Styru. Styr miał nowego władcę – smoka, który rósł każdego dnia.

– To były wspaniałe wieki. – głos skomentował znajdujące się tam płaskorzeźby. Głos przemawiał doświadczeniem i mądrością. Zdawał się znać te czasy, tak jakby sam tam był.

– Bo byłem. To były piękne czasy. Ale nie tęsknię za nimi. Niedługo je przywrócę. – już nawet nie próbował zrozumieć o co tu chodzi. Coraz bardziej wyobrażał sobie w głowie klejnot, którego szukał. Wyobrażał sobie jego blask i potęgę, której jego zleceniodawca tak bardzo pragnął.

– Widzisz, bez przerwy o mnie myślisz. Nieważne, wejdź przez ostatnie drzwi, a staniemy naprzeciw siebie. – ciekawość zawładnęła nim bez reszty. Stanął przed tą przyrzeczoną komnatą. Nad drzwiami widniał napis „Komnata Umysłu”. Czyżby miał tu spotkać właściciela nieznajomego głosu, ale i odnaleźć klejnot, po który tu przybył? Może nieznajomy pilnuje tego klejnotu i przyjdzie mu z nim walczyć?

– Nie. – rzekł głos – Ja nie pilnuję Klejnotu Umysłu. – drzwi otworzyły się i wszedł do środka. – Ja nim jestem…

 

 

– Kim jesteś? – stał naprzeciw ogromnych ślepi. Oczy te przeszywały na wylot. Czuł, że patrzą w jego duszę, czytają każdą myśl i widzą każdą rozterkę, radość i smutek. Miał pytania, a w tych oczach widział swoje odpowiedzi.

– Jestem Vereterimevierinon, ale od wieków zwą mnie Klejnotem Umysłu. –  patrzył zatopiony bez reszty w dwoje oczu. Z ledwością oderwał od nich swój wzrok. Przed nim znajdowała się ogromna paszcza zdolna naraz połknąć dziesięciu takich jak on. Szczęka uzbrojona w rzędy szpiczastych, ostrych kłów krzywiła się w nad wyraz przyjemnym, szczerym uśmiechu. Wypuszczane nozdrzami powietrze za każdym razem powodowało szelest jego ubrań. Długa, giętka szyja wiła się niczym wąż aż do tułowia, który opatulony był skrzydłami jak kołdrą. Paszczę podpierały mocarne łapy. Na samą myśl o ich sile ścisnęło mu żołądek i odebrało dech w płucach. Smok. Najprawdziwszy smok. Jak miał ukraść smoka? – Miło mi cię poznać, Aron.

– Skąd znasz moje imię? – zapytał z niedowierzaniem.

– Wyczytałem je. Z twojego umysłu. Pozwól, że tak do ciebie będę mówił. – odwrócił oczy.

– Hipnotyzujesz mnie smoku. – zaczął odzyskiwać trzeźwość umysłu.

– Nie robię tego rozmyślnie. Odkąd pamiętam, ci co patrzą, zawsze tracą dla mnie swą głowę. – w komnacie nie było żadnych pochodni. Od smoka bił blask, który rozświetlał niewyobrażalne rozmiary okrągłej sali. Wokół błyszczały monety, klejnoty i inne kruszce. Ogrom zgromadzonego tu skarbu zaspokoiłby najbardziej zachłannych.  Tak zachłysnął się widokiem, że z ledwością zauważył otaczających salę orków i goblinów.

– To tylko część mojej armii. – powiedział zachwycony smok.

– Po co ci armia?

– Już ci mówiłem. Przywrócę te piękne czasy, które odeszły. Chcę się znów odrodzić, ale jako większy i piękniejszy. I jeszcze silniejszy.

– Jak to odrodzić? Chcesz powiedzieć, że już raz umarłeś, smoku? – Aron zapytał bez przerwy walcząc nad pokusą, by nie spojrzeć w smocze ślepia.

– Nie raz. Umierałem, by znów się odrodzić i móc za każdym razem sięgnąć większych celów. A ty będziesz mi potrzebny, by móc zrealizować następne. Używałem do tego największych tego świata. Służyli mi królowie i królowe, magowie i rycerze, szlachetni i zepsuci. Oni wszyscy poddawali mi się, bym ja mógł osiągać swój cel. – gubił się, kiedy smok mówił na głos, a kiedy odzywał się w jego głowie. – Zawsze czegoś mi brakowało. Byłem cierpliwy, ale dopiero niedawno zorientowałem się co powinienem zrobić. Straciłem eony by zorientować się, że próbowałem władać nie tymi co trzeba. Moja historia zataczała liczne kręgi. A teraz wreszcie pójdzie naprzód tak jak to zawsze planowałem. – niepokój narastał w Aronie. Smok zdawał się mieć wobec niego konkretny plan. A on nie chciał być częścią cudzej układanki.

– Tak, teraz posłużę się tobą. Zawsze sięgałem po wielkich i znaczących. Po władców i królów, którzy mieli już wszystko i mogli to wszystko stracić. Powielałem ten sam schemat. Władałem tymi, co sami władali, ale nigdy tymi, co niemieli nic do stracenia. Ty nie masz nic do stracenia. A możesz wiele zyskać.

– Nie zawładniesz mną. – Aron nie dowierzał temu co słyszał. Prosta misja przemieniła się teraz prawdopodobnie w walkę o jego życie.

– Już tobą władam. Od momentu gdy tylko wszedłeś do tej góry. Twój umysł był dla mnie jak otwarta książka. Taki sam jak umysł Thariona. – Wszystkie obrazy z komnaty układały się w całość. Wykopany klejnot. Już wtedy rozpoczął swoją misję.

– Błąd, rozpocząłem ją eony wcześniej. Krasnoludy również stworzyły to królestwo dzięki mnie. Któż inny mógł mnie stąd wykopać? Mówiłem, że jestem cierpliwy. –  zatruwał umysły mieszkańców krasnoludzkiego miasta, aż zatruł samego króla Styru, Thariona.

– Jego następców też zatrułem.

– Po co? – Aron nie rozumiał misji Vereterimevierinona. Wiedział już, że nie wykona swojego zlecenia. Od początku była niemożliwa.

– Myślisz, że po co ci ją zleciłem? Chciałem tylko, żebyś tu przybył. Twój zleceniodawca miał niezwykle słaby umysł. Takich, którzy pragną władzy, najłatwiej opanować. – cała jego misja była oszustwem. Zostawił brata, zaryzykował swoje dotychczasowe życie, a to wszystko było zmyślone przez tego smoka. Wzmagała się w nim złość.

– Chciałbym go jeszcze zobaczyć. – powiedział przez zaciśnięte zęby.

– Zobaczysz, razem zawładniemy światem. I jego też spotkasz.

– W niczym ci nie pomogę! – drzwi zanim zatrzasnęły się. Rozejrzał się szybko po komnacie.

Otoczony kolumnami oraz zastępami orków i goblinów, spojrzał w górę. Smocza komnata nie miała sufitu, a w jego miejscu, niezliczone ilości stóp w górę, ujrzał gwiazdy. Poczuł, że to być może ostatnia, dobra rzecz, na którą patrzy. Czy to ma być koniec?

– Nie Aronie, to dopiero początek, dzięki Twojej pomocy zawładnę światem. Nie chcę cię zabić. Jesteś mi potrzebny.

– Wszyscy, którzy byli ci potrzebni, jak widać nie żyją.

– Oni nadal są we mnie. I ty też będziesz! – smok szybko ruszył szyją i rzucił rozwartą paszczą w jego stronę. Aron odskoczył wstecz w ostatniej chwili unikając smoczej szczęki. Nie zastanawiając się długo pobiegł w stronę drzwi, które do tej pory nie były pilnowane przez orki.

– Co za tępa rasa. – odezwał się smok w jego umyśle. – Widzisz? Naprawdę jesteś mi potrzebny… Wszystko im trzeba tłumaczyć. Łapcie go! – Krąg orków i goblinów zgodnie ruszył za nim. Zaparł się całym ciałem o drzwi i pchnął je ze wszystkich sił. Przecisnął się przez szczelinę i nie tracąc czasu na ich powtórne zamknięcie ruszył biegiem w stronę „Komnaty Słońca”.

– Nie uciekaj, dam ci wszystko. Cały świat będzie nasz! – ostatnie słowa odbiły się echem w jego głowie. Nie chciał nic. Chciał tylko spotkać znów brata. Zobaczyć go i poradzić się co ma zrobić.  – Dołączy do nas, on też mi jest potrzebny. – zatrzymał się.

– Jak to jest ci potrzebny? Nie próbuj go nawet dotknąć! – krzyknął w powietrze.

– Nie tylko ty możesz być przydatny. Twój brat będzie równie wspaniałym nabytkiem dla mojej armii.

– To ja ci nie wystarczę? – nie pozwoli skrzywdzić brata. Dla niego jest gotów poświęcić wszystko.

– Co dwie głowy to nie jedna, Aronie. Chcesz, to uciekaj. I tak tu do mnie przyjdziesz. Jeśli nie z własnej woli, to z mojej. Tak jak wszedłeś w tą szczelinę i dzięki mnie trafiłeś do „Komnaty Słońca”, tak wrócisz do mnie, nieświadom nawet, że to robisz. Tak czy tak jesteś mój.

– Będę twój. – sytuacja była beznadziejna. Zbyt długo stał w miejscu. Otoczony przez podwładnych Klejnotu Umysłu, nie myślał już nawet o sobie. Jego życie w jednym momencie zmieniło swój bieg. Chciał spotkać brata, ale wolał go uchronić, choćby już miał go nigdy nie zobaczyć.

Spojrzał wstecz. Wspomniał słowa brata: „Kiedyś go znajdziemy braciszku. Nasz dom.” – Mam nadzieję, że go odnajdziesz. – pomyślał. Obrócił się w stronę smoka. Klejnot już wiedział, jego paszcza zdawała się uśmiechać. Aron ruszył w jego stronę.

– Chodź, nic ci nie grozi. – orki i gobliny stanęły blisko siebie tworząc korytarz. Stali ciasno, tak, aby nie było żadnej szczeliny, którą mógłby się przedrzeć i uciec. – Czuję, że nie zamierzasz uciekać. Aż tak ci na nim zależy? – zapytał smok z ironią.

– To mój brat, aż tak mi na nim zależy. – szedł w stronę smoka. Ponownie przeszedł przez drzwi i znów znajdował się w „Komnacie Umysłu”. Po raz drugi spojrzał w oczy smoka. Zaczął go ogarniać błogi spokój. Patrzył coraz bardziej urzeczony błękitem i głębią oczu smoka.

Ostatkiem sił, pomyślał o bracie. O tych wszystkich chwilach, które razem spędzili. O bólach i radościach. O Skobenie i Raście, o naukach Bravena i utyskiwaniach Flanka.

– Aronie, szanuj te wspomnienia. – smok zbliżył swą paszczę. – Dzięki nim jesteś właśnie taki. Dzięki nim jesteś dla mnie taki cenny. – smok powoli rozwarł swe szczęki. – Szanuję je razem z tobą. – otoczył Arona zębami. – Teraz będą częścią mnie. – na szyi Arona pojawił się biały tatuaż smoka.

– Przepraszam braciszku. – po raz ostatni spojrzał wstecz. Szczęki smoka zamknęły się wokół niego. – Przepraszam…  

 

 

Mam na imię Derwan. I mam swój cel. Mój brat, Aron, zaginął. I nie spocznę, póki go nie odnajdę…

 

Koniec

Komentarze

Ciekawy pomysł na smoka, spodobało mi się wykorzystanie dwóch braci do skonstruowania fabuły.

Ściana zerodowała, ale zachowały się resztki stołów?

Koncepcjom strasznie zaszkodziło wykonanie – masz literówki, błędy w zapisie dialogów, powtórzenia, interpunkcja szwankuje, znalazłam jakiś pleonazm, czasem niewłaściwy przypadek, dziwne związki frazeologiczne, zawirowanie na temat pisowni nie z czasownikami…

Babska logika rządzi!

Zaczęło się ciekawie, ale potem oczywiście musiały pojawić się orki, gobliny i krasnoludy. Po co zamykać się w wytartej konwencji? Nie można pokusić się o skonstruowanie jakiegoś oryginalnego tła wydarzeń.

Fabularnie jest nieźle, ale pośpiech w kończeniu tekstu zdecydowanie się mu nie przysłużył.

Zgadzam się, że smok jest całkiem interesujący, zamknięcie klamrą-młodszym bratem wypada dobrze, ale tekst mi się dłużył. Opis wędrówki przez kopalnię był taki mało dynamiczny i plastyczny.

Czy scena w kanałach, sugerująca, że dzieci są specjalne, ma jakiś związek z późniejszymi wyborami smoka? Chociaż w sumie nie widzę powodu, dla którego smok miałby uważać braci za jakichś szczególnych…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Liczne powtórzenia, pleonazmy, gdzieniegdzie zgubiony podmiot, generalnie zły zapis dialogów, interpunkcja leży, a do tego wszystkiego mnóstwo durnych orków i jeszcze głupszych goblinów. Dopóki nie pojawił się smok, myślałem, że zasnę z nudów. Pomysł miałeś całkiem fajny, ale zabiłeś go wykonaniem, powielaniem schematów, brakiem pisarskiego doświadczenia. Oczywiście zdarzały się tez całkiem udane fragmenty, ale nad warsztatem musisz, dobry człowieku, sporo popracować. 

Sorry, taki mamy klimat.

Dziękuję za słowa krytyki. Postaram się je dobrze wykorzystać w przyszłości.

Nic nowego nie napisałbym, więc…

 

Ja bym to opowiadanie przepisał. Mniej schematycznych ras. Bracia-łotrzykowie i żądny świata smok to kopalnia pomysłów. Góra-miasto mogłaby należeć do wymyślonej, zaginionej rasy, a obecne w tekście orki i gobliny mogłyby stać się tej rasy dalekimi, sparszywiałymi wiekami pozbawienia woli potomkami… Wizja mi się nasunęła, bo sama koncepcja pobudza wyobraźnię. :-)

 

No, dobry pomysł, moim zdaniem wart uważnego przerobienia.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka